Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2009

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 296 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 9 godz. 4 min Lektor: Mariola Orłowska

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 9 godz. 4 min Lektor: Mariola Orłowska

Opis ebooka Sprawa Niny S. - Maria Nurowska

Radca prawny Jerzy Baran zostaje zastrzelony w swoim warszawskim mieszkaniu. Śledztwo prowadzi komisarz Zawadka, doświadczony policjant, wciąż szukający spełnienia zawodowego – zadania, które odmieni jego życie. Instynkt podpowiada mu, że taka sprawą będzie zabójstwo Jerzego B. Do zbrodni przyznaje się była konkubina denata, pisarka Nina S., jednak komisarz nie daje wiary jej wersji wydarzeń. Aby dotrzeć o prawdy, studiuje dziennik pisarki i zeznania jej córek bliźniaczek. Poznaje losy trzech kobiet. Ich pragnienia, lęki i skrywane od lat tajemnice. Wkracza do świata, w którym miłość splata się z podłością, a o uczucie i godność trzeba nieustannie walczyć. To świat, w którym za chwilę nieuwagi i nieostrożności płaci się wysoką cenę.

Maria Nurowska po mistrzowsku nawiązuje do gatunku powieści kryminalnej, aby wygłosić pean na cześć miłości między matką a córkami, między siostrą a siostrą. Złemu światu mężczyzn przeciwstawia czuły i delikatny świat kobiet. Toksycznemu uczuciu – doznanie, które wyzwala. Bohaterowie Sprawy Niny S. to postaci tragiczne. Wtłoczone w tryby historii i niebezpiecznych namiętności.

Opinie o ebooku Sprawa Niny S. - Maria Nurowska

Fragment ebooka Sprawa Niny S. - Maria Nurowska

Copyright © by Maria Nurowska, 2009 Wydanie I Warszawa 2009

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Maria Nurowska

autorka powieści i dramatów. Wydała ponad dwadzieścia książek, m.in. Listy miłości (1991), sagę Panny i wdowy (1991–1993), Rosyjskiego kochanka (1996), Miłośnicę (1999), Niemiecki taniec (2000), opowieść biograficzną o Ryszardzie Kuklińskim Mój przyjaciel zdrajca (2004), trylogię ukraińską: Imię twoje… (2003), Powrót do Lwowa (2005), Dwie miłości (2006) oraz wspomnienia Księżyc nad Zakopanem (2006). W 2008 roku nakładem W.A.B. ukazała się książka biograficzna Anders. Powieści Marii Nurowskiej zostały przetłumaczone na dwanaście języków, w tym chiński i koreański. We Francji i w Niemczech były bestsellerami.

Wzorem Jarosława Iwaszkiewicza, autorka informuje, że „ani topografia, ani chronologia, ani faktografia nie odpowiada tu żadnej rzeczywistości… Żadna osobistość ukazana tutaj, żaden fakt nie odpowiada rzeczywistym zdarzeniom, jest to czysta fikcja”.

Piątego września dwa tysiące ósmego roku w godzinach porannych ekipa komisarza Zawadki została wezwana na ulicę Różaną w Warszawie, gdzie znaleziono zwłoki mężczyzny.

Dobrze mi się zaczyna dzień – pomyślał komisarz. Wchodząc ze swoimi ludźmi do eleganckiej, dwupiętrowej kamienicy, zauważył przy wejściu mosiężną tabliczkę z napisem:

Jerzy Baran

Kancelaria Radców Prawnych Rechtsanwälte

Ciekawe, co ci radcowie będą mi mieli do powiedzenia, chociaż sądząc po nazwisku ich szefa, pewnie niewiele. Zaraz się jednak zreflektował, bo sam miał kłopot ze swoim, odkąd telewizja nadawała serial kryminalny, w którym głównym bohaterem był komisarz Zawada.

Na schodach minęli załogę pogotowia ratunkowego, lekarz rzucił przez ramię:

– To sprawa dla was, zastaliśmy trupa.

Drzwi do mieszkania na drugim piętrze otwarte były na oścież i stała w nich roztrzęsiona młoda kobieta, a tuż za nią nie mniej zdenerwowany mężczyzna w średnim wieku.

– Kto znalazł zwłoki? – spytał komisarz.

– Ja – odpowiedziała – to znaczy my… z tym panem klientem, bo go zaraz zawołałam i on dzwonił na pogotowie i na policję…

Mężczyzna potwierdził jej słowa kiwnięciem głowy.

– Gdzie są zwłoki? Proszę zaprowadzić.

W dużym owalnym pokoju o weneckich oknach leżał na podłodze otyły, odwrócony na bok mężczyzna. Twarz miał uniesioną ku górze i półotwarte oczy. Szlafrok mężczyzny był rozchylony, co pozwalało dostrzec rany postrzałowe klatki piersiowej, na podłodze widoczna była niewielka kałuża krwi.

Kiedy komisarz pochylił się nad zwłokami, odkrył też ślady po kulach na brzuchu zabitego.

– O ho ho, wygląda na to, że ktoś władował w faceta cały magazynek. Musiał go bardzo nie lubić – zwrócił się potem do świadków. – Nic państwo nie ruszali?

– Nie, broń Boże – odpowiedziała szybko młoda kobieta, a jej towarzysz znowu kiwnął głową.

Widocznie zaniemówił – pomyślał komisarz.

– Zna pani tego mężczyznę?

– Tak, to pan mecenas Jerzy Baran, ja pracuję… pracowałam u niego… jako sekretarka. Przyszłam jak zwykle do pracy tuż przed dziewiątą…

– Dobrze, potem złoży pani zeznania. A ten pan skąd się tu wziął?

– To klient, był umówiony.

– Kto z państwa przyszedł pierwszy?

Spojrzeli po sobie.

– Chyba razem – odpowiedziała kobieta. – Ja otwierałam drzwi do kancelarii, a ten pan wchodził do budynku.

– Dobrze, złoży pani zeznania na komendzie – przerwał jej komisarz i łagodniej dodał: – Jak się pani trochę uspokoi.

Dziewczyna nie wyglądała na morderczynię, a sytuacja, w której się nieoczekiwanie znalazła, wyraźnie j ą przerosła.

Nazywała się Katarzyna Wójcik i jako pierwsza zeznawała w sprawie morderstwa radcy prawnego Jerzego Barana.

(nagranie)

Nazywam się Katarzyna Wójcik, lat dwadzieścia siedem, stan cywilny: panna, zawód: sekretarka.

Pana mecenasa Jerzego Barana poznałam sześć lat temu… To znaczy, najpierw poznałam panią Ninę, która przychodziła do mojej cioci… Zofii Wójcik… Pani Nina Sworowicz jest znaną pisarką, a moja ciocia to konserwatorka zabytków i pani Nina przynosiła do jej pracowni obrazy do konserwacji… a właściwie ramy, żeby je odświeżyć… No i wspomniała, że jej mąż, pan mecenas Baran, szuka sekretarki…

Potem z prasy się dowiedziałam, kiedy wychodziły te wywiady z panią Niną, że oni się nie chajtnęli, ale ona mówiła o panu mecenasie „mój mąż”, a on o pani Ninie „moja żona”. „Proszę mnie połączyć z moją żoną” – mówił pan mecenas. Często ze sobą rozmawiali, czasem z dziesięć razy dziennie, i na stacjonarny, i na komórkę… Jakby nie mogli bez siebie wytrzymać tych parę godzin… Tak sobie myślałam…

Ale przedtem mnie to nie dziwiło, że są razem, bo pani Nina tak wyglądała, jakby była młodsza od pana mecenasa… Może przez te swoje kilogramy pan mecenas miał taki poważny wygląd… Więc jak ja potem przeczytałam w gazecie, ile pani Nina ma lat i ile pan mecenas ma lat, po prostu nie mogłam w to uwierzyć… myślałam, że to jakaś ściema… I teraz też nie mogę uwierzyć… Co się stało, kto miał taką złość do pana mecenasa, że zrobił coś aż tak potwornego… Jaki to był związek? Ja widziałam dwoje kochających się ludzi… oni ze sobą tak ładnie rozmawiali… No tak jakoś wesoło… było mi przyjemnie na nich patrzeć, jak byli razem… No potem, potem to już nie było przyjemnie, jak przyszłam na Freta, żeby oddać pani Ninie klucze do mieszkania…

Aha, mam mówić po kolei, dobrze. No i jak pani Nina powiedziała mojej cioci, że potrzebna jest sekretarka do kancelarii prawnej, ciocia na to, że jej bratanica, czyli ja, właśnie szuka pracy. Miałam ciężko. Rodzice zrobili mi bydło, więc się od nich wyniosłam. Przez pół roku byłam sekretarką pana mecenasa Mrowca, ale umarł na zawał. I zostałam bez kasy. I wtedy pani Nina powiedziała, żebym zadzwoniła do pana mecenasa, i dała mi jego telefon. Zadzwoniłam. Wtedy jeszcze kancelaria była na Starym Mieście, przy ulicy

Freta, na drugim piętrze. Cieszyłam się, bo to czadowe miejsce… Lubiłam tam przychodzić, bardziej niż na Różaną. Niby też elegancko, ale to całkiem co innego. Stare Miasto to Stare Miasto, a Mokotów wiocha… Nie, przez te lata nie zauważyłam żadnej zmiany w ich zachowaniu, ciągle ich łączyłam, albo on do pani Niny dzwonił, albo ona do niego… I pan mecenas się często śmiał do słuchawki, słyszałam przez drzwi… i mówił „cześć, kochanie”… potrafili tak sobie słodzić godzinami. Tak było do kwietnia dwa tysiące szóstego roku, i nagle w maju cisza. Myślałam, że pani Nina wyjechała daleko, ale nawet kiedy ona gdzieś wyjeżdżała, to często ze sobą rozmawiali… A teraz nic, jakby ktoś kabel przeciął… A w sierpniu pan mecenas nam wyskoczył z informacją, że kancelaria się przenosi… Pod koniec miesiąca była ta przeprowadzka… Zjawiła się ekipa w kombinezonach, ja ich wpuszczałam, wynieśli wszystko, biurka, komputery… Potem pan mecenas przyszedł i kazał mi opróżnić szafy biblioteczne, to były szafy antyczne, rzeźbione… Spytałam, w co pakować książki, a pan mecenas na to, żeby nie pakować, tylko złożyć je na podłodze pod ścianą. Wydało mi się to dziwne, bo dookoła było pełno kurzu i śmieci. Jak zaczęłam te książki wyjmować, zobaczyłam, że to książki napisane przez panią Ninę, i przetłumaczone, najwięcej wydań niemieckich, ale i francuskich, i hiszpańskich, i innych… Pomyślałam wtedy, że coś tu jest nie halo, że te egzemplarze się przecież poniszczą, takie piękne wydania, w twardej okładce. I w miękkiej, nawet większość w miękkiej…

ale w końcu to nie była moja sprawa… Ci ludzie wynieśli szafy i myślałam, że już po przeprowadzce, a tu pan mecenas kazał poodkręcać kontakty, poobcinać czujki od alarmu. Elektryk nawet powiedział, że jak się te czujki obetnie, nowy lokator będzie musiał pruć ściany, a pan mecenas na to, że to już zmartwienie nowego lokatora… No a potem dostałam polecenie od pana mecenasa, aby pojechać z kluczami na Freta i oddać te klucze pani Ninie, która też tam przyjdzie. Ale miałam je oddać dopiero, jak spiszemy liczniki od elektryczności, zimnej wody i gazu, pani Nina ma podpisać protokoły i dopiero można jej oddać klucze. No to już było dla mnie pokręcone… Pani Nina przyszła z córką, z panią Gabrielą. I kiedy zobaczyły puste mieszkanie, z tymi dziurami w ścianach… Usłyszałam, jak córka mówi do pani Niny:

– Zostawił po sobie spaloną ziemię.

A potem przeczytałam wywiad pani Niny w jednej z gazet i to normalnie był dla mnie kolejny szok, bo dowiedziałam się, że mieszkanie na Freta było jej i dom w Brwinowie też. Oni tam razem mieszkali, pan mecenas bardzo narzekał na dojazdy, że korki… No i że ona ten dom na niego przepisała, żeby pan mecenas mógł wziąć kredyt hipoteczny na kancelarię, właśnie tutaj, na Różanej…

W Brwinowie byłam tylko raz, zawoziłam panu mecenasowi jakieś papiery… Dom był naprawdę piękny, taki dworek z kolumnami. I wewnątrz ładnie urządzony… A na Różanej pan mecenas zajmuje całe piętro, w jednej części ma mieszkanie, w drugiej kancelarię… O ile wiem, on to kupił tanio, bo był jakiś bałagan w papierach, coś z księgami wieczystymi. A poprzednie właścicielki, dwie Niemki, chciały się pozbyć kłopotu… Pani Nina z panem mecenasem rozmawiali na Freta, że warto to kupić, bo tutaj jest ciasno, a jak kancelaria ruszy, i tak trzeba będzie pomyśleć o czymś większym. Pani Nina dowiedziała się od znajomej o tej okazji. Pan mecenas coś marudził, że jest goły i go nie stać, a pani Nina na to:

– Weźmie się kredyt.

W tym mieszkaniu pana mecenasa byłam tylko raz, kiedy zachorował, robiłam mu zakupy… Takie mi się wydało trochę ponure, bo bez remontu się pan mecenas wprowadził…

Więc ten wywiad… Nie mogłam w nocy spać, tylko myślałam, co ja mam z tym zrobić… Pani Nina była taką miłą osobą, moja ciocia znała ją tyle lat i lubiła bardzo… dostawała od pani Niny książki z dedykacją… Rano pojechałam do cioci, żeby się poradzić.

– Może to nie jest prawda – powiedziałam. – Pan mecenas chyba by nie mógł być taki.

Na to moja ciocia:

– Jeśli chodzi o pieniądze, każdy mógłby być taki.

– Sorry, ale ja na pewno nie – zaprotestowałam.

– Jeszcze tego o sobie nie wiesz.

Ciocia kazała mi siedzieć cicho i pilnować swojej pracy.

– To są prywatne sprawy pracodawcy – powiedziała. No niby tak, więc po co pani Nina to ujawniała? Ale córka pani Niny przyszła po obraz, który leżał w pracowni już z pół roku, i wyjaśniła nam, że ktoś im doradził, żeby całą sprawę nagłośnić. Może wtedy konkubent, czyli pan mecenas, się przestraszy i pójdzie na ugodę. Ale z tego, co wiem, to pan mecenas się nie przestraszył… No, pani Nina wytoczyła mu sprawę o zwrot majątku, ale ta sprawa jest jeszcze w pierwszej instancji… wyroku nie było i chyba już nie będzie, bo z kim się ma pani Nina sądzić, z umarłym?

Nie, nic mi nie wiadomo, żeby pan mecenas był potem w związku, na pewno mieszkał sam, tylko córki do niego przyjeżdżały… Coś tam aplikanci plotkowali, że ma jakąś laskę, ale ją ukrywa… Mogła to być prawda, bo często go łączyłam z jedną prawniczką z Gdańska. I słyszałam, jak się z nią wita: „noo, cześć”. To już nie było „cześć, kochanie”, ale mówione tym samym nasłodzonym głosem… no, takim męsko-damskim. I ona kilka razy była w kancelarii, trochę sztywna jak dla mnie, ani się nie uśmiechnęła, bizneswoman w kostiumie… On się do niej zwracał „pani mecenas”, ale to było na pokaz, przed obcymi, na sto procent. Kiedyś zanosiłam do gabinetu herbatę, to siedzieli oboje przy stoliku, głowa przy głowie. Na mój widok zaraz się pan mecenas od niej odsunął…

A tego dnia… po dziewiątej godzinie przyszłam do kancelarii. Od razu zauważyłam, że drzwi do mieszkania pana mecenasa są uchylone, ale tam nie zaglądałam. Zaraz potem przyszedł pierwszy umówiony klient, a że pan mecenas się nie pokazał, zadzwoniłam na zwykły telefon, a potem na komórkę. Pan mecenas nie odbierał, mimo że słyszałam, jak ta komórka u niego w mieszkaniu dzwoni. Więc tam w końcu weszłam. I to, co zobaczyłam… aż mi teraz brakuje tchu, przepraszam… No więc pan mecenas leżał na podłodze, w szlafroku, przekręcony na bok… Myślałam, że może zasłabł, ale zobaczyłam krew i… film mi się urwał. To ten pan klient zadzwonił po pogotowie i po policję, byliśmy tylko we dwoje na piętrze, ja i on… Więcej nie mam nic do powiedzenia.

Komisarz Zawadka wezwał swoich podwładnych na naradę. Nie był szczególnie podekscytowany tą sprawą, pewnie to jakiś napad w celach rabunkowych, chociaż na pierwszy rzut oka nic nie zginęło.

– Albo niezadowolony klient – rzucił któryś z chłopców.

– No, tylko bez takich – osadził go komisarz. – Co już wiemy o sprawie?

– Kancelaria miała głównie zagranicznych klientów, między innymi prowadziła obsługę dużego niemieckiego koncernu. Obroty ten Baran miał spore, ale wszystko zgodne z dokumentacją.

– To się jeszcze okaże – mruknął.

– Jeden trop to sprawy kancelarii – referował dalej Aksamitny, tak go przezwali koledzy, bo głos miał niemal kobiecy, wybitnie niepasujący do jego postury. Ale za to zdolności nieprzeciętne, komisarz nauczył się liczyć z jego zdaniem. – Jest też ta pisarka… tylko po co by miała zabijać kolesia w trakcie rozprawy sądowej?

– Zraniona kobieta jest zdolna do wszystkiego – wtrącił któryś.

– Trzeba ją przesłuchać w następnej kolejności – zawyrokował komisarz.

– Ustalono, że strzały padły z pistoletu P-64, kaliber 9 milimetrów, w ciele ofiary znaleziono sześć kul.

– Czyli cały magazynek – pochwalił się Zawadka. – Ma się to oko. No i wiadomo, kierunek Ukraina. Może to zabójstwo na zlecenie?

– Raczej nie – pokręcił głową Aksamitny. – Wygląda na to, że strzelał amator, z bliskiej odległości.

– I nikt nic nie widział? Nie słyszał? – wypytywał dalej komisarz.

– Nie, ten dom ma tylko dwóch właścicieli, a ci z pierwszego piętra gdzieś wyjechali.

– A z parteru?

– Parter jest niezamieszkany. Dom stoi w pewnym oddaleniu od reszty budynków na tej ulicy. Jest przedwojenny i ma solidne mury, sąsiedzi mogli nie słyszeć strzałów. A z innej beczki: pan radca był żonaty, nie rozwiódł się przez te sześć lat, które spędził w ciepłym gniazdku pani pisarki. Z żoną utrzymywał stały kontakt, tak jak z trzema swoimi córkami. Był podobno wyjątkowo troskliwym ojcem.

– To się jeszcze okaże – powtórzył komisarz swój ulubiony zwrot.

Następnego dnia Zawadka wychodził właśnie od fryzjera, kiedy zadzwoniła komórka:

– Co jest?

– Przesłuchaliśmy tę pisarkę, panie komisarzu, i przyznała się – zameldował Aksamitny.

– Jak to przyznała się?

– No, oświadczyła, że to ona zabiła Jerzego Barana, i powiedziała, że oczekuje aresztowania, odmówiła też składania wszelkich wyjaśnień.

Skoro tak, o wyjaśnienia poproszono jej córkę, Gabrielę Sworowicz.

Do pokoju przesłuchań weszła niezbyt wysoka szatynka, dość skromnie ubrana.

– Od czego mam zacząć? – spytała komisarza Zawadkę.

– Najlepiej od początku – odparł. – Skoro Nina Sworowicz milczy, pani musi opowiedzieć nam wszystko, co pani wie o życiu swojej matki.

(nagranie)

Nazywam się Gabriela Sworowicz-Olszewska, mam trzydzieści dziewięć lat, stan cywilny: wdowa, zawód: pedagog.

Według Freuda nikt nie jest bardziej bezbronny wobec cierpienia niż ten, kto kocha… to by pasowało do naszej mamy Niny, jak ją nazywała w dzieciństwie moja starsza o cztery minuty siostra. Na złość, że mama nie pozwala mówić do siebie po imieniu. „Jak tak, to będzie mamą Niną i już” – zawyrokowała. Więc mama Nina była bezbronna wobec tego, co j ą spotkało. W jednej chwili runęły dwa filary jej życia: miłość do mężczyzny i dom, a właściwie to dom utraciliśmy my wszyscy, cała nasza czteroosobowa rodzina: mama, moja siostra Lilka, jej syn Piotruś, no i ja…

Miałyśmy nie więcej niż osiem lat i siedząc na schodkach werandy, dobijałyśmy targu. Rzecz w tym, że bardzo mi się nie podobało moje imię, a nawet szczerze go nie cierpiałam. Brzmi ono Gabriela, więc w domu nazywano mnie Gapcią, a w szkole Gapą. Lilka zgodziła się zostać tą Gapcią za zdjęcie Janusza Gajosa z dedykacją, czyli Janka z Czterech pancernych, ale niestety zamiana nie doszła do skutku, bo mama nie dała się na to nabrać. Ona jedna nas rozpoznawała, mimo że byłyśmy identyczne, obie skośnookie, ciemnowłose, z grzywką. Tylko charaktery miałyśmy różne. Kiedy robiłam mamie wymówki, że mnie tak dziwacznie nazwała, ucinała krótko, że moje imię jest oryginalne i piękne. Może dla takiej literatki jak ona, ale nie dla moich kolegów i koleżanek, po prostu nabijali się ze mnie.

Jak wiadomo mama jest pisarką i odkąd pamiętam, wszystko kręciło się wokół tego, czy będzie miała natchnienie. Od jej natchnienia zależała nasza codzienna egzystencja. I to było bardzo męczące dla wszystkich domowników, a trzeba dodać, że mieszkał z nami jeszcze dziadzio Aleksander Sworowicz, tata naszej mamy, który, odkąd pamiętam, był już bardzo stary. A właściwie my u niego mieszkałyśmy, bo dom ten dziadzio zbudował przed wojną światową dla swojej rodziny: żony, to znaczy naszej babci, i swoich przyszłych dzieci. Ciocia Zofia, a właściwie Zocha, bo tak o niej mówimy, jest starsza od naszej mamy o całe dwadzieścia lat. Mama była późnym dzieckiem. „Przytrafiła się” – jak czasami dziadzio żartował. Siostry są nawet do siebie podobne, tylko to, co u naszej mamy jest ładne, u ciotki Zochy szpeci: zbyt wydatny nos, wyblakły kolor oczu i grube łydki. Nasza mama ma naprawdę fantastyczne nogi. Lilka uważała, że to wszystko się marnuje, bo długi czas nie widać było na horyzoncie żadnego mężczyzny.

Co do ciotki Zochy, zawsze się strasznie szarogęsiła. Jej to się naprawdę dobrze powodziło, miała prywatny gabinet dentystyczny w Alejach Jerozolimskich róg Poznańskiej i jeszcze podobno miała renomę. Ciągle o tej swojej renomie mówiła, więc sprawdziłyśmy z Lilką w słowniku, że to „sława, rozgłos, wziętość”. Z francuskiego renommée. Lilka uczyła się tego języka, ja wolałam angielski. Mama dała nam do wyboru jeden język zachodni, poza tym obowiązkowym w szkole. Więc Lilka wybrała francuski, bo jej zdaniem był elegancki. Wybierała się na filologię romańską, ale jak to w życiu bywa, skończyła zupełnie inne studia i tym ważniejszym językiem stał się dla niej angielski, którym dawniej tak pogardzała.

Wracając do naszego domu, dziadzio zbudował go w Brwinowie, w letniskowym miasteczku pod Warszawą, według projektu znanego architekta Marconiego. Wszyscy, którzy do nas przychodzili, wychwalali głośno cudowne proporcje naszej willi i w ogóle samą willę. Ja tych zachwytów nie podzielałam, bo zwyczajnie nasz dom się sypał i widać to było gołym okiem. Nie miałyśmy pieniędzy na remont, dziadzio dostawał małą emeryturę jako profesor uniwersytecki i tylko czasami pisał na zlecenie recenzje prac doktorskich. My się jeszcze uczyłyśmy. Więc biedna mama musiała wszystko sama ciągnąć. Niestety za często to powtarzała i nam z siostrą aż się przewracało w brzuchu, jak tak zaczynała biadolić nad swoim losem. Lilka jej kiedyś poradziła, żeby wyszła bogato za mąż i wtedy ten jej mąż wyremontuje nam dom. Ale mama odpowiedziała na to:

– Nie bądź bezczelna.

– Ja tylko jestem praktyczna – odszczeknęła moja siostra – i na pewno lepiej się urządzę niż ty.

A mama na to:

– Zobaczymy.

Jak pokazało życie, było w tym dużo racji. Już we wczesnym dzieciństwie Lilka potrafiła o siebie zadbać, ja zwykle ładowałam się wprost do kałuży, a ona przeciwnie, obchodziła ją bokiem, żeby nie zamoczyć pantofelków.

Poza dziadkiem Sworowiczem mężczyźni w naszym życiu byli nieobecni. Podobno ciotka Zocha miała jakiegoś męża, ale zniknął dosyć szybko, więc go nie zapamiętałyśmy. Niczego też nie było wiadomo o naszym ojcu. Kiedyś Lilka, ta odważniejsza, spytała mamę, dlaczego inne dzieci mają tatę, a my nie.

1 mama na to odpowiedziała, że jesteśmy jeszcze za małe, aby to zrozumieć, i powie nam, kiedy skończymy szesnaście lat. Nam się to czekanie wydawało za długie, więc same próbowałyśmy wpaść na jego trop. Ale i dziadzio, i ciotka nabrali wody w usta, a myszkowanie w biurku mamy w poszukiwaniu listów i przeglądanie albumów ze zdjęciami nic nie dało. Znalazłyśmy jakieś fotki kolegów mamy ze szkoły, a potem ze studiów, ale do żadnego z nich nie byłyśmy podobne.

– Może to jakiś cudzoziemiec – zachodziła w głowę Lilka – i dlatego tak zniknął.

– Może Chińczyk albo Japończyk, bo mamy skośne oczy. Sama mówiłaś, że nadawałybyśmy się do roli Madame Butterfly bez charakteryzacji – pociągnęłam tę myśl.

Lilka postukała się w czoło.

– Mało mówisz, Gabrycha, ale jak już się odezwiesz, to nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać.

No więc ten nieobecny w naszym życiu ojciec był jednak obecny w postaci wielkiej niewiadomej. Nie pozostawało nam nic innego, jak czekać na spełnienie obietnicy mamy w dniu naszych szesnastych urodzin. I stało się. Były dwa torty urodzinowe ze świeczkami i zdmuchiwanie tych świeczek. Zjawiła się ciocia Zocha z prezentami, Lilka dostała nową rakietę do tenisa, a ja album o rasach psów. Kiedyś coś powiedziałam, że może zostanę weterynarzem i ciotka to zapamiętała. Oczywiście musiała przy okazji swojej wizyty coś niemiłego powiedzieć. Zajrzała w kuchni do chlebownika, tak nazywam pojemnik na chleb, i stwierdziła, że u nas się wszystko marnuje, jakbyśmy się urodziły milionerkami, a potem wyjęła kilka zeschłych bułek i wrzuciła do swojej torby, dla gołębi, jak powiedziała. Lilka twierdzi, że ciotka chciała jej usunąć stały ząb, całkiem dobry, żeby zaoszczędzić na plombie. Nie wiem, jak z tym naprawdę było, ale Lilka się nie zgodziła na to wyrywanie i ciotka, chcąc nie chcąc, jej ten ząb wyleczyła, twierdząc oczywiście, że długo nie posiedzi. Od tamtego czasu minęło sporo lat, a moja siostra jakoś nie chodzi szczerbata.

A teraz najważniejsze. Wieczór, jesteśmy w kuchni: mama, Lilka i ja. Zmywamy po kolacji. Rozmawiamy o tym i owym i Lilka w końcu zagaja:

– Pamiętasz, co nam obiecałaś?

Mama spojrzała na nią.

– Co takiego?

– A to, że jak skończymy szesnaście lat, to nam wreszcie powiesz o ojcu.

Mama od razu posmutniała.

– Czy to ma teraz dla was znaczenie?

– Myśmy czekały! – odrzekła Lilka. – Prawda, Gabrycha?

Skinęłam twierdząco głową.

– Ja byłam taka młoda…

– Wiemy, wiemy, miałaś dziewiętnaście lat, jak nas urodziłaś – przerwała jej Lilka.

– Właśnie, i on nie był starszy.

– A dlaczego nas nie chciał? – to znowu Lilka.

– Bo o was nie wiedział.

I tu mama opowiedziała nam historię swojej pierwszej miłości do chłopaka o imieniu Jakub. Chodzili ze sobą od podstawówki, no i pod koniec liceum rozpoczęli współżycie, jak mama to nazwała. Oczywiście mieli być ze sobą zawsze i wypowiedzieć sakramentalne: „nie opuszczę cię aż do śmierci”. Ale zaraz po maturze on musiał opuścić Polskę.

– Musiał czy chciał? – upewniła się Lilka.

– Musiał, był rok sześćdziesiąty ósmy i pewni ludzie stali się niewygodni.

– Jacy ludzie?

Mama przez chwilę milczała.

– Żydzi.

Popatrzyłyśmy na siebie z Lilką i obie chyba miałyśmy w oczach ten sam strach.

– Żydzi? – spytała cicho moja siostra. – Ten Jakub był Żydem?

– Był Polakiem żydowskiego pochodzenia.

– A dlaczego ci ludzie musieli wyjechać?

– To była sprawa polityczna, ówczesne władze chciały zbić na tym swój kapitał.

– Że jakiś osiemnastolatek musiał opuścić Polskę? To był ten kapitał? Niepoważne. – Lilka wzruszyła ramionami.

– Było bardzo poważne i zaszkodziło naszej ojczyźnie.

I znowu wszystkie trzy milczałyśmy.

– A dlaczego ty nie pojechałaś z tym Jakubem, skoro się tak kochaliście? – spytała Lilka, zawsze była odważniejsza i mówiła za nas obie.

– Nie mogłam – odrzekła mama. – Odprowadziłam go na Dworzec Gdański, bo z tego dworca wyjeżdżały całe rodziny, którym oświadczono, że już nie są Polakami. Obiecał, że napisze. Ale nie napisał.

– Na pewno by napisał, jakbyś mu o nas powiedziała – odezwała się z wymówką w głosie Lilka.

– Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że jestem w ciąży – usłyszałyśmy.

Kiedy już byłyśmy w łóżkach, stwierdziłam nie bez satysfakcji:

– A widzisz, miałam rację, może nie Chińczyk, ale Żyd.

– Przecież on był tym Żydem na niby, idiotko – odpowiedziała Lilka. – Nie słyszałaś, że naszego tatę wypędzono z Polski!

– Rzecz w tym, panie komisarzu, że ja się nie mogę streszczać. Sam pan powiedział, że jeżeli chodzi o ludzkie życie, każdy, nawet najdrobniejszy szczegół się liczy…

Ale bez przesady – pomyślał.

(nagranie)

Ta rozmowa o naszym ojcu toczyła się tak dawno, w innej rzeczywistości.

Obie z Lilką jesteśmy teraz prawie czterdziestolatkami, a ja dziesięć lat temu zostałam wdową. Nie lubię tak o sobie myśleć, ale w świetle prawa tak właśnie jest. W świetle prawa… Znienawidziłam to określenie, bo pojawił się w naszym życiu człowiek, który w świetle prawa odebrał nam nasz dom rodzinny i nic na to nie mogłyśmy poradzić.

Pamiętam letni słoneczny dzień, siedziałyśmy z mamą na werandzie, mama przylepiła listek babki na nosie i przymknęła oczy. Ukradkiem ją obserwowałam. Była taka ładna, miała delikatne rysy twarzy. Dlaczego nie zdecydowała się na stały związek z mężczyzną? Wiem, że miewała romanse, ale nigdy żadnego ze swoich partnerów nie zaprosiła do domu, nie przedstawiła córkom… Albo tak mi się tylko wydawało, może przed Jerzym Baranem nie było nikogo, może pojawiał się w jej życiu jako spóźniony przechodzień. W marcu następnego roku mama pojechała do Niemiec zbierać materiały do książki…

To był marzec dwutysięcznego roku, panie komisarzu.

– A przepraszam, na jakich latach się zatrzymaliśmy? – spytał.

– Osiemdziesiątych…

(nagranie)

Trzeba przyznać, że w naszej rodzinie wstrząsów nie brakowało. Moja ciotka skwitowała to nawet słowami: „Wszystko w innej kolejności niż u normalnych ludzi…”

Wiosna tysiąc dziewięćset osiemdziesiąt pięć. Bardzo na nią czekałam. Uwielbiam kwitnące kasztany, ale jeszcze wtedy nie zakwitły, bo jak na maj, było wyjątkowo zimno. W naszym domu też powiało chłodem, a nawet więcej, zrobiło się lodowato. Mama płakała, Lilka płakała, dziadzio się denerwował, bo nie wiedział, co się takiego stało. A stało się to, „że niedaleko pada jabłko od jabłoni”, jak mówiła ciotka Zocha.

– I żeby to jeszcze Gapcia – szlochała mama – ale ty, ty, Lilka!

– A ty? – odpowiedziała moja siostra na to.

– Ja… byłam od ciebie starsza!

Więc już wiadomo, o co chodziło. Lilka była w ciąży. Z kolegą z klasy. Wina leżała nie tylko po jej stronie, ale trochę i po mojej. Wszystkie nasze koleżanki już miały „to” za sobą, tylko my jeszcze nie. Ja w ogóle nie miałam chłopaka, może podkochiwałam się trochę w Gajosie, ale to przecież co innego. A ona się prowadzała za rączkę z jednym takim. Mnie się nie podobał, bo był wysoki jak tyczka i miał pryszcze na twarzy. Lilka jednak stwierdziła, że to młodzieńczy trądzik i przejdzie.

Tego dnia dziadzio wybrał się z wizytą do ciotki Zo-chy, a mama przebywała w Oborach, w domu pracy twórczej, a właściwie dawnym pałacu hrabiów Po-tulickich. Władza komunistyczna odebrała im tę posiadłość ze stawami i pięknym parkiem i podarowała Związkowi Literatów, a związek ten zagrabiony dar przyjął. Lilka mi wytłumaczyła, że nazwa pałacu została spolszczona i pochodziła z francuskiego: belle odeur, czyli piękne powietrze.

No więc chata była wolna, w związku z tym siostra kazała mi się ulotnić. Wystawiła w oknie doniczkę i powiedziała, że mogę wrócić, jak doniczka z tego okna zniknie. Ale ta doniczka stała i stała, więc kiedy się zaczęło ściemniać, zdecydowałam się wejść do domu. Lilka była sama i strasznie nie w humorze. Nic mi nie chciała powiedzieć, dopiero kiedy już leżałyśmy w łóżkach, przy zgaszonym świetle, usłyszałam:

– To nie jest miłe, to jest głupie.

I już więcej nie było o tym mowy, chociaż przedtem obiecywała, że opowie mi wszystko ze szczegółami. Jak to nie jest miłe, a nawet jest głupie – myślałam – to dlaczego tyle się o tym mówi. I w życiu, i w literaturze.

Po jakimś czasie zauważyłam, że moja siostra chodzi zgaszona i nawet popłakuje, kiedy myśli, że nikt nie widzi, ale my przecież mamy wspólną sypialnię. Zagadnęłam ją raz i drugi, i w końcu się przyznała, że jej się spóźnia okres.

– Ile? – spytałam.

– Trzy tygodnie.

Uradziłyśmy, że odwiedzę ciotkę Zochę, niby że chcę sprawdzić stan swoich zębów, i postaram się od niej dowiedzieć, co w takim wypadku robić. Nie cierpiałam tych wizyt, bo po opowieści Lilki o wyrywaniu zdrowego zęba bałam się, że ciotce coś takiego i teraz może przyjść do głowy. A ja nie byłam taka wygadana jak Lilka i pewnie nie umiałabym się obronić. Na szczęście znalazła u mnie tylko jedną małą dziurkę w górnej trójce, którą zaraz załatała.

– Wiesz, ciociu – zaczęłam – nasza koleżanka z klasy ma taki kłopot, że jej się spóźnia okres trzy tygodnie i nie wie dlaczego.

– Albo ma zaburzenia hormonalne, albo jest w ciąży – zawyrokowała ciotka. A potem przyjrzała mi się i spytała ostro: – Czy to nie ty albo Lilka macie ten kłopot?

– A skąd – odparłam szybko – my się jeszcze nie prowadzamy z chłopakami… Więc co ona ma zrobić, ta koleżanka?

– Niech idzie do ginekologa.

– Ale ona się wstydzi.

– To niech odda mocz do zbadania, sprawdzą na myszach, czy jest ciężarna, czy nie.

Strasznie mnie to „sprawdzanie na myszach” przygnębiło, ale powtórzyłam Lilce słowo w słowo, co ciotka powiedziała.

– Może masz te zaburzenia z nerwów – zakończyłam z nadzieją w głosie.

– Może – powtórzyła jak echo Lilka – ale zaniesiesz mocz do lecznicy.

– Ja? Dlaczego ja?

– Bo… jak coś się wydarzy, to powiesz, że to nie twój i że ktoś cię prosił przed drzwiami, żebyś zaniosła. I ten ktoś zniknął.

– To ty też możesz coś takiego powiedzieć – broniłam się.

– A jak mnie wezmą na przymusowe badanie i wszystko się wyda?

Teraz dopiero się przestraszyłam, ale zaniosłam ten mocz. Podałyśmy nazwisko ciotki Zochy po mężu, bo inne nam nie przychodziło do głowy, i sporo ją odmłodziłyśmy. Wynik zdruzgotał nas obie. Był dodatni.

– Musimy powiedzieć mamie – rzekłam.

– Zwariowałaś! – wrzasnęła na mnie Lilka.

– Przecież mama nas nie zabije.

Lilka potrzebowała kilku dni na podjęcie decyzji. Mama znowu była w Oborach, miała jakąś pilną pracę do oddania, więc wzięłyśmy taksówkę. Zdezelowana łada okrążyła gazon i zatrzymała się przed oficyną, gdzie mama zwykle zajmowała pokój na piętrze. Zobaczyła nas przez okno, zeszła i zapłaciła taksówkarzowi.

– Co miałyście tak ważnego, żeby przyjeżdżać tu taksówką – skarciła nas. – Jest telefon i taniej kosztuje.

– Ale to nie na telefon – powiedziałam. Nasze role z siostrą się zmieniły, teraz ja odpowiadałam za nas obie.

Mamę też to chyba zastanowiło, bo spytała:

– Coś w szkole? Lilka znowu narozrabiała?

Podałam jej wynik badania. Mama tak pobladła na twarzy, aż się przestraszyłam, że zemdleje.

– Czyje to badanie? Bo chyba nie cioci Zosi?

– Lilki – odrzekłam, a moja siostra spuściła głowę. Mama milczała długą chwilę.

– Jak was chciałam uświadomić, twierdziłyście, że nie zamierzacie rozpoczynać życia seksualnego przed maturą.

– Bo nie zamierzałyśmy. Chciałyśmy tylko wypróbować, jak to jest – wybąkałam.

Mama spojrzała na mnie:

– Jak to, to ty też?

– Nie, ja nie. Lilka mi miała opowiedzieć.

– Lilka ci miała opowiedzieć! Tylko jakie będzie zakończenie tej opowieści! A ja wam tak ufałam!

A potem, w Brwinowie, za zamkniętymi drzwiami, ciotka Zocha tak krzyczała, że na ulicy ją było słychać.

– Ufałaś im, szesnastolatkom! Toż to jeszcze głupie kozy… Zostawiałaś je same na całe tygodnie, to teraz masz!

– Nie chodziłam na bale, ale ciężko pracowałam – tłumaczyła się mama.

– Trzeba było zatrudnić gosposię. Ktoś dorosły powinien być w domu.

– Był przecież tatuś.

– Nasz tatuś buja w obłokach od osiemdziesięciu trzech lat, nie wiesz o tym? To matka wszystko trzymała w garści, bez niej chodziłby w dwu różnych butach, jednym czarnym, drugim brązowym. Ale tutaj trzeba działać, załatwię lekarza. Nie ma na co czekać. Liczy się każdy dzień.

Mama powiedziała coś tak cicho, że nie usłyszałyśmy. A ciotka grzmiała dalej:

– Pewnie, że o tym myślę, to jedyne wyjście. Wiesz, co by to było dla takiej dziewczynki chodzenie z brzuchem, a potem poród?! Przecież ona sama jest jeszcze dzieckiem.

– Ale to takie brutalne, to j ą może skrzywić na całe życie – broniła się mama.

– Nie ma innego wyjścia. – Ciotka była nieubłagana. Lilka patrzyła na mnie przestraszona.

– Jakiego wyjścia? – spytała.

– Ja nie wiem – odrzekłam szeptem, chociaż raczej się domyślałam, o czym mama i ciotka mówią. Lilka też się chyba domyślała, tylko nie chciała się do tego przyznać.

I wtedy usłyszałyśmy głos dziadzia:

– Przestańcie wrzeszczeć, bębenki od tego puchną. Lilka urodzi mojego prawnuka!

– Ależ to ma związek ze sprawą, to są fakty, które jak kamienie milowe wyznaczyły życiową drogę naszej mamy – nastroszyła się córka Niny S., a komisarzowi Zawadce nie wypadało nic innego, jak tylko się z nią zgodzić.

(nagranie)

Mama leżała na kanapie i nie można jej było namówić, żeby wstała, zaczęła normalnie żyć. Ten stan trwał od wielu miesięcy.

– Jest źle, boję się, że coraz gorzej – mówiłam przez telefon do mojej siostry, która mieszka w Londynie.

– Musisz przyjechać.

– Teraz nie mogę, mam urwanie głowy w pracy – usprawiedliwiała się.

– Jesteś tu potrzebna!

– Wiem, i coś wymyślę. Daj mi mamę do telefonu.

– Nie będzie chciała rozmawiać.

– Spróbuj.

– Przecież już próbowałyśmy – stwierdziłam z irytacją.

– Ale może w końcu się uda, zrozum, to nie jest moje widzimisię, tutaj się daje z siebie wszystko i nikogo nie interesuje, że czyjaś matka przeżywa zawód miłosny.

– Zawód miłosny! Ona po prostu odchodzi, widzę, jak z dnia na dzień jest jej coraz mniej.

– No to zrób coś, jesteś tam na miejscu! – denerwowała się Lilka.

– Co mam zrobić?

– Nie wiem, kup pistolet i zastrzel tego typa albo ja przyjadę i palnę mu w łeb.

– Nie żartuj, Lilka!

– Ja wcale nie żartuję, po tym, co zrobił naszej mamie i nam wszystkim, nie zasługuje, aby żyć.

– Moja siostra? Ona na pewno żartowała, znam ją tak dobrze jak siebie samą i wiem, że nie potrafiłaby skrzywdzić muchy… Ja wtedy krzyczałam do słuchawki: „A co on mnie obchodzi, mnie obchodzi moja matka i o nią się boję”. „Mama Nina jest z twardego materiału” – odpowiedziała moja siostra, po raz pierwszy od czasu, gdy byłyśmy małe, użyła tego zwrotu. Ale chyba za bardzo wybiegłam do przodu…

– Chyba tak – ciężko westchnął komisarz.

(nagranie)

Dużo się działo w naszym domu od pamiętnej rodzinnej debaty za zamkniętymi drzwiami. Przeważył głos dziadzia i zapadła decyzja, że Lilka zostanie młodocianą mamą. Ta decyzja lawinowo pociągnęła za sobą inne. Lilkę przeniesiono do szkoły wieczorowej, a ja siedziałam teraz w ławce z koleżanką, której bardzo nie lubiłam i chyba z wzajemnością, bo ciągle coś mi ginęło na przerwie, a potem się znajdowało, na przykład w koszu na śmieci. Ale to drobiazg wobec innych przeciwności losu. Lilkę usunięto z harcerstwa, więc i ja na znak solidarności stamtąd odeszłam. Nasza drużynowa namawiała mnie, co prawda, żebym tego nie robiła.

– Nie unoś się ambicją, Gabrycha – perswadowała – jesteś dobrą druhną, a twoja siostra nie może być z nami. Widziałaś kiedyś harcerkę z brzuchem?

A jednak odeszłam. Wstępowałyśmy z Lilką do zuchów, kiedy miałyśmy po dziewięć lat. Dziadzio nie był tym zachwycony, mówił, że to czerwone harcerstwo i z tym prawdziwym niewiele ma wspólnego. Ale my byłyśmy dumne z naszych mundurków i zaczytywałyśmy się w Kamieniach na szaniec. Lilka uwielbiała „Zośkę”, bo