Wydawca: Novae Res Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 161 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Sprawa Jontona - Tomasz Dziedzic

Przyszłość. Świat, jaki znamy, od dawna nie istnieje. Społeczność zamknięta została pod potężną Kopułą 144. Pozbawiona znacznej części historii, wiedzy i osiągnięć technologicznych swoich przodków, rozwinęła własny obraz społeczeństwa i kultury. Nie ma zwierząt ani roślin, są tylko ludzie i drożdże, z których produkuje się niemal wszystko. I jest jeszcze Tech – superkomputer wymyślony po to, by nad wszystkim czuwał, poznawał ludzi i skutecznie ich chronił.

Inspektor Jonton Mart jest szarym urzędnikiem CorpPolicji w zamkniętej i najnowocześniejszej części kopuły. Pewnego dnia dostaje niecodzienne zadanie: ma sprawdzić adres w dystrykcie niższej kategorii i wyjaśnić zagadkę z nim związaną.

Co kryje się za tajemniczym adresem? Jak wygląda świat przyszłości? Czy ludzkość znowu znalazła się na skraju zagłady? I czym tak naprawdę jest Tech – maszyną, a może bogiem?

Opinie o ebooku Sprawa Jontona - Tomasz Dziedzic

Fragment ebooka Sprawa Jontona - Tomasz Dziedzic

 

 

 

1

To był wyjątkowo szalony dzień. Od samego momentu wejścia do budynku CorpPolicji wszystko zapowiadało nadchodzący kryzys. Awarii uległ moduł podstawowego systemu służącego. Ekspresy w miejsce drożdżowej kawy wydawały gorącą wodę. Zamiast wody z umywalek lał się jakiś brunatny żel o miętowym zapachu. Z dystrybutora kanapek strzelała maź przypominająca łajno. Możliwe, że faktycznie było to gówno w czystej postaci, bowiem kible zamiast spuszczać wodę, wybijały ją na delikwenta. Do tego z ekranów wizyjnych w miejsce normalnie emitowanych reklam na cały regulator grzmiała jakaś religijna pieśń.

144 piętro należące do Wydziału Dochodzeniowego było w całości pogrążone w chaosie. Jonton Mart, inspektor 4 stopnia, stał w samym centrum huraganu. Co bardziej nerwowe koleżanki gestykulowały i głośno wyrażały swój sprzeciw. Te mniej widoczne i ciche płakały schowane w samotności swoich boksów. Jonton należał do ludzi obdarzonych mityczną cierpliwością i spokojem, ale przede wszystkim należał do ludzi sumiennych w swojej pracy. Punktualnie, bez względu na harmider, o godzinie 7.00 zasiadł do swojego boksu i uruchomił panel komunikacyjny. Na ekranie pojawiła się twarz jego tech-naczelnika.

– Skanowanie zakończone. Bądź pozdrowiony, Jontonie Mart. Aktualnie twoja skuteczność pracy wynosi 87,11 wskaźnika głównego. Okresowe badania za 3 dni, 5 godzin i 24 minuty. Na twoim profilu pozostaje 7 zadań o priorytecie 11.

Twarz milczała przez moment, po czym poinformowała:

– Przydzielono ci sprawę nr katalogowy 4,723.

Jonton westchnął głęboko. Zalogował się do rejestru. Otworzył plik nr 4,723. Przez chwilę wpatrywał się w ekran z wyrazem zdziwienia na twarzy. Jedyną informacją był adres: Kopuła 144, dystrykt 4, ul. Misjonarzy, blok 22, pomieszczenie 1193. Nic więcej, żadnego opisu wykroczenia, kodu osobowego, danych na temat okoliczności zlecenia. To musiał być błąd, tym bardziej, że za dystrykt 4 odpowiadała zupełnie inna jednostka jego firmy. Wstał i ruszył energicznym krokiem w stronę pokoju koordynatora piętra.

„Chwalmy jego imię. Jego prawą rękę, jego lewą rękę, jego lewą nogę, jego prawą...” – durna pieśń nadal sączyła się z głośników. Pod biurem koordynatora stała grupa wkurzonych biurowych szyderców. Koordynator zaryglował drzwi starą szafą i schowany za biurkiem lekce-sobie-ważył tłum pikietujący za szklaną szybą. Jonton zrozumiał, że w tym chaosie nie ustali nic nowego i został ze swoimi wątpliwościami sam. Sprawa to sprawa. Została przydzielona. Nawet z błędem w opisie należało ją wyjaśnić. Na tym polega jego praca.

Jonton, jako inspektor 4 kategorii, nie pracował w terenie. Tech-naczelnik dostarczał szczegółowe opisy spraw, które należało odpowiednio zakatalogować, podpisać i wgrać do rejestru. Wykroczenia, którymi się zajmował, dotyczyły zwykle przypadków niesubordynacji w pracy, dewastacji dobra publicznego czy zachowań niezgodnych z kodeksem kopuły – nieregulaminowej fryzury lub stroju.

Kopuła 144 dzieliła się na 7 dystryktów, podzielonych na zasadzie statusu przydatności społecznej. Łączna liczba mieszkańców kopuły wynosiła 7,8 miliona. Z czego przeważająca większość należała do wewnętrznych obszarów. Zewnętrzne dzielnice: 1, 2 i 3 były stale oddzielone od pozostałych. Między dystryktami podróżować można było tylko za pomocą tramwajów podziemnych.

Jonton od wieku 16 lat był obywatelem trójki. Mimo, że dzieciństwo spędził w czwórce, nigdy nie odwiedził starych stron. Adres wpisany na rejestrze oznaczał, że będzie musiał udać się w przynajmniej całodzienną podróż. Należałoby skontaktować się z koordynatorem czwórki i zapewnić sobie odpowiednie wsparcie. Siadł w swoim boksie i wywołał centralę. Urocza, smukła buzia Jany Deterwi przywitała go, ukazując zestaw wspaniale zrobionych zębów. Wykonanie takiego uśmiechu musiało kosztować spore pieniądze – odruchowo pomyślał. Jana, jak zawsze oficjalna, odezwała się pierwsza, wyciągając go z rozważań na temat własnych marnych zarobków.

– Inspektorze Mart, w czym mogę pomóc?

W tle słychać było grającą także na dole pieśń: „Chwalmy jego mądrość, chwalmy jego szczerość, głośmy pod nieboskłon nieskończoną dobroć”.

– Proszę połączyć mnie z koordynatorem dystryktu czwartego.

Wypowiedział te słowa znacznie bardziej oficjalnie, niż miał w zamiarze. Ekran zaciemnił się. Po chwili urocza Jana pojawiła się ponownie.

– Rozmowa z oddziałem CorpPolicji dystryktu czwartego. Na linii starszy koordynator Jarrek Biali.

Obraz przeskoczył i oczom Jontona ukazała się twarz starzejącego się mężczyzny. Miał łysiejące czoło, pofałdowaną twarz i bliznę na prawym policzku. Rzecz niesłychana tak wyglądać – pomyślał Jonton. Nie mógł uwierzyć, że starszy koordynator mógł dopuścić do takich zaniedbań we własnym wyglądzie. Coś w mimice Jontona musiało go zdradzić, bowiem starszy mężczyzna z drwiną, ale i wesołością w głosie powiedział:

– Moj drogi rozmówco, tak tutaj wyglądamy. Biedniejszych dzielnic nie stać na usługi plastochirurgów i farmaceutyczne kuglarstwo. Zresztą nawet wtedy nie rozstałbym się z moją zdziadziałą twarzą.

– Tak, tak. To zrozumiałe. Proszę wybaczyć. Mamy tu dziś spore zamieszanie i człowiek traci koncentrację.

Odpowiedział grzeczniej, niż należało, czym chyba zdobył sympatię po drugiej stronie.

– W czym mogę pomóc, inspektorze? Nie podzielono się ze mną szczegółami.

– Ach, to dosyć nietypowa sprawa.

– Na to wygląda.

– Tech-naczelnik, to znaczy rejestr... – nie wiedział, czy w dystryktach niższych zakres pracy jest równie zautomatyzowany – przydzielił mi sprawę. Jest niezbędnym, abym udał się do dystryktu czwartego i przeprowadził… wizytację.

– To ci dopiero – wyszczerzył się koordynator, pokazując swoje zniszczone i żółte zęby.

– Cóż, życzenie inspektora z głównego oddziału CorpPolicji jest dla nas rozkazem. Proszę przesłać niezbędne dane do mnie na profil. Przydzielę panu partnera na czas pobytu w naszym pierdolniku – zaśmiał sie dosyć złowieszczo, po czym ekran zrobił się czarny.

W ciągu następnych kilku godzin Jonton dokonał wszystkich formalności związanych z wyjazdem – zupełnie jakby była to jego czynność codzienna. Złapał się na tym, że jest podekscytowany. Czuł się jak bohater swoich ukochanych opowieści detektywistycznych. Czekała go tajemnicza sprawa, na niebezpiecznym terenie, gdzie ludzie prawdopodobnie popełniają okropne zbrodnie.

Moment literackiego natchnienia był krótki, ale Jonton łajał się za niego do końca dnia. Jedzie przecież wyjaśnić ewidentny błąd i naprostować sprawę. Jutro powróci zapewne do swojej pustej kwatery mieszkalnej i o przygodach detektywów poczyta co najwyżej w prehistorycznych książkach wgranych na wizjonot. Wieczorem przed snem wziął dodatkową dawkę proszków relaksujących b12. Musiał być wypoczęty, wstać wyjątkowo wcześnie i dostać się na stację.

2

Aby dotrzeć do stacji podziemnego tramwaju, musiał wsiąść w miejską kolejkę elektrostatyczną. Rząd odkrytych foteli przymocowanych do grubej czarnej rurki poruszał się wolno. Miał czas, by podziwiać monumentalne, wysokie, białe budowle korporacji, wyniesione wysoko pod kopułę. Długo obserwował odległe zielone tarasy dla mieszkańców pierwszej kategorii. Tylko raz był w takim miejscu, niedługo po transferze z dzielnicy 4, ale do tej pory w jego głowie były to miejsca wręcz mitycznie piękne i niezwykłe, choć sztuczne. Kolejka zatrzymała się. Trzeba było przejść kilkaset metrów na właściwą stację. Peron był wyludniony. Okazało się, że jego kursem podróżować będzie jeszcze tylko jeden osobnik. Był to wysoki, ubrany w prosty, niemodny garnitur mężczyzna z teczką, o nosie długim i tak zgiętym, że przypominał ptaka z książek szkolnych. Jonton patrzył na niego z wrażeniem, jakby oto odkrył egzemplarz dawno wymarłego gatunku. Mężczyzna wziął stymulanty, podłączył się do urządzenia w teczce i odpłynął w Tech. Jonton nigdy nie zdecydował się na montaż gniazda. Jakoś nie kupował myśli o nanozłączach w mózgu, które drażniąc odpowiednią dawką prądu, w połączeniu z dobranymi indywidualnie mieszankami stymulantów, miały wprowadzać w techowy świat. Jedno nie takie spięcie i w najlepszym razie człowiek robił pod siebie... tak mu się przynajmniej wydawało.

Minęła godzina nudnej jazdy, podczas której wyobrażał sobie swojego współpasażera w jego naturalnym, to znaczy ptasim środowisku. Trudno było sobie wymyślić świat pradawny, nie skrywany nieprzeniknioną kopułą. Może gdzieś tam w którejś z kopuł istnieje jakiś zachowany gatunek ptaka. Miał taką nadzieję. W 144 latały tylko reklamy i boty obserwacyjne. Z głośników odezwał się drażniący dźwięk dzwonka:

– Dystrykt czwarty, stężenie toksyczne 3,75. Mamy środę, porę pracy 8 koma 30.

Otworzyły się drzwi. Ptak podniósł się, schował przewody do teczki i wyszedł. Jonton poszedł w jego ślady. Na pustym peronie stał młody mężczyzna w długim gumowym, połyskującym płaszczu. W jego postawie było coś z nonszalancji i buntu. Tak „być” mógł tylko mieszkaniec niższego dystryktu.

– Inspektor Mart, jak mniemam?

– Wystarczy Jonton.

– Miło poznać. Detektyw Han Jatodar.

Wystawił ubrudzoną czymś czerwonym rękę. Detektyw… Nie znał żadnego detektywa. No, chyba, że ze swoich książek w wizjonocie. Słyszał, że w niższych dystryktach przestrzeganie prawa jest na niższym wskaźniku, jak w wyższych i w związku z tym istniała potrzeba utworzenia kategorii funkcjonariuszy, którzy musieli pracować bez wsparcia rejestru czy tech-naczelnika, ale plotki, a faktyczne spotkanie to dwie różne rzeczy. Zdziwienie zostało źle odczytane. Han wytarł rękę o niebieskie spodnie.

– A tak... Uświniłem się hot-dogiem.

– Ach! Hot-dog. Nie jadłem tego od ponad dwudziestu pięciu lat.

– Hmm... był dosyć gówniany, jeśli to poprawi ci humor. Potem zabiorę cię do najlepszej nory z hot-dogami w historii tej zaśmierdziałej dziury.

Han mówił z typowym dla mieszkańców dystryktu niższego akcentem i polotem. Rozmawiając z nim, miało się wrażenie rozmowy z nastolatkiem, który w ramach buntu przekształca język na swoją własną modłę. Brzmiało to dosyć dziwnie, ale Jonton szybko przestawił się na dawno niesłyszany slang.

– Ci z zewnątrz rzadko nas odwiedzają. Im bliżej środka kopuły, tym jest im trudniej. To musi być jakaś cholernie ważna sprawa. Obrazili kogoś z waszych?

Jonton zawstydził się i poczerwieniał. Dopiero po tych słowach uświadomił sobie, że właściwie nie ma żadnej sprawy. Zdecydował, że nie zdradzi okoliczności przydzielenia zadania.

– Detektywie, nie mogę panu udzielić szczegółowych informacji, gdyż sam ich nie posiadam. Musimy udać się pod wskazany adres. – Podał mu wizjonot.

– Od razu do rzeczy... no, to jazda. Mamy parę przecznic do przeskoczenia. Trzeba załatwić koła.

Ruszyli w stronę wyjściowych drzwi. Na zewnątrz stacji panował wielki gwar. Tłumy ludzi w niezrozumiałym bełkocie przechodziły z jednej na drugą stronę jak fale wzburzonego oceanu na starych zdjęciach. Kopuła dawała tutaj zdecydowanie mniej światła i miało się wrażenie, że panuje półmrok.

– Jest tutaj dosyć ciemno. Kopuła ma ograniczone źródło zasilania. Zewnętrzni lubią mieć jasno, więc u nas jest bardziej… klimatycznie.

Han zapatrzył się w sklepienie i nie powiedział nic więcej. Dookoła roznosił się kwaśno-gorzki smród ludzkiego potu, wymieszanego z tanimi damskimi perfumami i spalenizną smażonego na drożdżowym tłuszczu jedzenia. Detektyw przywołał jakiegoś chłopca, ten puścił się pędem przez ludzki ocean, jakby był jakąś niezwykłą rybą. Jonton zaśmiał się w duszy, że jego sentymentalna powłoka znacznie rozwinęła się pod wpływem przygody, bowiem już drugi raz doszukuje się cech wymarłych dawno gatunków w ludzkiej powierzchowności. Do kogo zatem sam siebie by porównał? Jakim to wymarłym gatunkiem on, stary Jonton, zdecyduje się zostać dzisiejszego dnia?

Pojawiła się riksza. W wyższych dzielnicach, czy może słuszniej należało by rzec: zewnętrznych, ludzie poruszali się na automatycznych pasach komunikacyjnych. Dalsze dystanse przebywało się kolejką elektrostatyczną. Tutaj jedynym motorem transportu były ludzkie mięśnie. Usiedli w ciasnym fotelu. Wysuszony staruszek, któremu było widać wszystkie mięśnie i chyba większość kości, odwrócił głowę. Han wydał polecenie. Ruszyli niczym antyczny statek na pełnych żaglach. Do celu dotarli w ciągu 40 jednostek. Ul. Misjonarzy nie była szczególnie inna od tych, jakie mijali wcześniej. Było to typowe blokowisko mieszkalne – masywne i wysokie. Wszędzie był brud i pachniało uryną. Ludzie byli zapewne w pracy, bo panowała grobowa cisza.

– Pusto tutaj. Czy mieszkańcy są w pracy?

– Większość obywateli czwartego stopnia jest zatrudnianych przy plantacjach. Twój tramwaj przejeżdżał pod nimi, pokonując drogę od dystryktu trzeciego do wewnątrz. Dlatego podróż była taka długa. Pas przestrzeni między zewnętrznymi a wewnętrznymi dzielnicami daje żarcie nam wszystkim. Praca przy hodowli nie jest łatwa, ale ludzie są u nas twardzi i rzadko ktoś narzeka. Inni mają gorzej.

Jonton pamiętał czasy, gdy mieszkał w czwórce, choć zwykle nie przywoływał tych obrazów z pamięci. Matka umarła młodo i nie dowiedział się nigdy z jakiej przyczyny. Ojciec ciężko pracował przy uprawach właśnie, a nim samym opiekował się dziadek. Dziadek Gordot nauczył go wszystkiego, co młody człowiek powinien wiedzieć, i zaszczepił mu wiele takich cech, jakich, jak twierdził potem ojciec, „nowoczesny człowiek nie powinien rozwijać”. Ojciec był istnym tytanem pracy. Jako jeden z nielicznych załapał się na transfer między dystryktami i w wieku 16 lat Jonton widział dziadka po raz ostatni. Po dwóch miesiącach od wyjazdu ukochanego wnuka i wiecznie nieobecnego zięcia staruszek zmarł. Nie byli na ceremonii pożegnania, prawo zakazywało podróży. Ojciec jako nadzorca chemików plantacji spędzał z synem jeszcze mniej czasu. Produkcja jedzenia i półproduktów biochemicznych polegała na manipulacji hodowlą drożdży, przy wykorzystaniu bakterii i różnego rodzaju wcześniej wytworzonych syntetyków. Jonton nigdy nie pojął, czym właściwie zajmował się jego ojciec.

– Gdzie idziemy, szefie? – z nonszalancją zapytał Han.

– Kwatera numer 1193.

Han wyciągnął wizjonot, wpisał adres i pokręcił nosem.

– Brak danych dotyczących lokatora. Robi się przyjemnie.

Zza płaszcza wyciągnął mały ciemny bacik. Jonton pierwszy raz w życiu widział broń.

– Paralizator neuronowy – odpowiedział na zadane wzrokiem pytanie. – Dobrze podkręcony zrobi klientowi jajecznicę w gaciach – dodał, a na jego twarzy pojawił się bardzo nieprzyjemny uśmiech.

Budynek w niczym nie przypominał tych z zewnętrznego kręgu. Budowla była dosyć stara i skonstruowana z myślą o pomieszczeniu maksymalnie dużej grupy ludzi. Między piętrami podróżowały dwie ogromne windy z rzędami siedzeń dla starszych i schorowanych. Windy takie mają określony rozkład jazdy, następna w górę ruszała za 15 minut, więc mieli chwilę, aby porozmawiać. Stali w obszernej poczekalni. Na ścianach wisiały mocno podstarzałe ekrany techowe, które kiedyś stanowiły spis pomieszczeń. Obecnie zhakowane i podpięte do tysiąca kabli służyły lokalnym za coś innego, trudno powiedzieć za co.

Han wyciągnął brązowego papierosa. Palenie, tak samo jak picie destylatu, było przestępstwem, zapewne w 4 także. W nozdrza Jontona dostała się słodka nuta, przywołująca dziadka, który czasem popalał drożdżowy tytoń w swojej starożytnej fajce.

– Może kolega chce się poczęstować?

Han wyciągnął sztukę z kieszeni płaszcza.

– Dziękuję, przepisy.

– Cóż, zdrowie mieszkańca czwartej kategorii jest dla rządzących kopułą mało zajmującą kwestią. Filtry od dawna przestały spełniać swoje zadania, więc we wydychanym powietrzu jest więcej trucizny niż w mojej fajeczce.

Pokazowo wypuścił chmurę niebieskiego, pachnącego przeszłością dymu.

– Urodziłem się w czwórce.

Jonton zupełnie niespodziewanie wypluł z siebie to zdanie. Może kolejna uwaga na temat różnic społecznych wywołała w nim uczucie wstydu, a może zapach dymu uruchomił jakąś cholerną mentalną retrospekcję. Han popatrzył na niego z dużo większą ciekawością niż do tej pory, ale milczał, ściągając kolejne dawki dymu.

– Hmm, teraz rozumiem.

– Och, co mianowicie?

– To, jak pan patrzył na miasto po wyjściu z tramwaju. Jest pan jednym z transferowców… Od wielu lat nikogo nie przenoszą. Najwyraźniej ubyło nam geniuszy… Nasz kurs już czeka.

Nad wejściem zapaliła się ogromna zielona lampa.

Winda stawała na każdym piętrze. Ludzie wsiadali, wysiadali. Mieszkańcy taszczyli ze sobą wózki wypełnione dobytkiem i towarami na handel. Wyszli na poziomie 3. W korytarzu na rozłożonych kocach leżały tabletki, inhalatory, napełnione strzykawki i cała sterta części elektronicznych.

– W tych pomieszczeniach ludzie łączą się z Techem. Dobra synchronizacja osiągalna jest tylko pod wpływem odpowiednich mieszanek stymulantów i wymaga umiejętnego dobrania oraz dokręcenia sprzętu. Jak wiesz, wielu miłośników tech-zabawy eksperymentuje... dosyć ostro w tym temacie.

– Pan, panie detektywie, widzę nie podziela entuzjazmu techolubców.

– Wolę się napić dobrego destylatu, zapalić i podupczyć jak człowiek, a nie kuchenka podłączona kabelkami do prądu.

– Podobno są tacy, którzy osiągają stan absolutnej euforii podczas połączenia.

– Tech-mistyczny orgazm.

– Czytałem, że ocenia się, iż przyszłość człowieka to właśnie Tech. Gniazdo ma z nas uczynić zdrowszych i skuteczniejszych w każdej dziedzinie.

Han skręcił gwałtownie do jednego z mieszkań. Dwóch zakazanych drabów ruszyło na niego. Nie zdążyli wykonać ruchu. Jednego powalił kopniakiem w krocze. Drugi otrzymał cios w szczękę, zachwiał się, stąpając do tyłu i spłynął po ścianie. Han wyjął paralizator i podstawił go pod nos tego wijącego się na podłodze.

– Cisza i spokój.

Wskazał palcem na dwa fotele w głębi mieszkania. Wisiało na nich dwóch chudych mężczyzn. Od głowy wychodziło im z kilkanaście kabli i rurek. Do rąk podłączone były kroplówki. Jonton dostrzegł też grubsze rury prowadzące do majtek. Obok stało wiadro, z którego na całą okolicę unosił się zapach wymiocin i gówna. Jontonowi zrobiło się duszno, niedobrze. Musiał szybko wyjść. Han ruszył za nim i zamknął drzwi.

– Sorry, szefie… Myślałem, że widziałeś już zasrańców.

Jonton dostrzegł ponownie ten szyderczy uśmiech, który wywoływał nieprzyjemne ciarki. Nie rozmawiali więcej. Do kwatery 1193 dotarli w milczeniu.

Jonton zapukał. Cisza… Zapukał głośniej.

– Proszę otworzyć drzwi. Jestem przedstawicielem prawa.

Nie nastąpiła żadna zmiana.

– Pozwoli pan, inspektorze. Akurat te są zabezpieczone.

Han wyjął jakąś skrzynkę z małym monitorkiem. Podpiął kabelki do panelu blokującego wejście. Wpisał kod. Upłynęło nie więcej jak dwie minuty i drzwi odsunęły się. Jonton wziął głęboki wdech i otworzył drzwi. Towarzysz powstrzymał go gestem. Wyciągnął paralizator i ruszył powoli i ostrożnie do środka.

W pomieszczeniu panowała ciemność. Ktoś musiał uszkodzić system służący, bowiem światło powinno się załączyć automatycznie. Han wyciągnął zapalniczkę. W ulotnej poświacie dostrzegli puste pomieszczenie bez mebli, wykładzin czy innych gadżetów, jakie można by znaleźć w standardowym mieszkalnym boksie. Na ścianie zawieszony był jedyny element znajdujący się w środku – starodawny, uszkodzony zegar.

Jonton podszedł do urządzenia. Pogładził obudowę. Pamiętał podobne urządzenie w domu dziadka, ale znacznie mniejsze. Drewno było niezwykle rzadkim i cennym materiałem. Podobno gdzieś tam mogły zachować sie kopuły-rezerwaty, pełne drzew, a nawet – jak mówią legendy – zwierząt, ale Jonton, tak jak każdy inny mieszkaniec kopuły 144, nigdy nie widział prawdziwego drzewa. Zegar miał prostą okrągłą tarczę z błyszczącego materiału, najprawdopodobniej też pochodzenia organicznego. Nie było cyfr ani wskazówek. Środkowa część pudełka była opatrzona zawiasami i nie dawała się naruszyć.

– To zamek starego typu, potrzebny nam klucz.

Jonton mówił bardziej do samego siebie. Po chwili sięgnął ręką i na górnej części zegara wymacał mały pokryty starością klucz. Umieścił go w otworze, przekręcił, a mechanizm gładko poddał się wesołym szczęknięciem. Wnętrze zegara kryło prymitywny telefon z numeryczną tarczą.

– Ktoś okradł muzeum czy sklep z antykami w jedynce? – z drwiną zza pleców odezwał się Han.

Jego uśmiech szybko zastąpiło głupkowate zdziwienie, gdy telefon zadzwonił. Natarczywy dźwięk napierał na bębenki. Jonton podniósł słuchawkę i z nieufnością zbliżył do ucha.

– Słucham. Przy telefonie inspektor 4 stopnia CorPolicji, Jonton Mart.

– Nie wiem, gdzie jestem.

Zabrzmiał męski, chrapliwy głos.

– Z kim rozmawiam?

– Nie pamiętam, nie wiem. Ból...

– Czy pana życie bądź zdrowie jest zagrożone, gdzie się pan znajduje?

– To jakiś pokój. Pusto, nie ma drzwi, tylko zegar ze starym telefonem w środku.

Jonton poczuł na plecach zimny dreszcz.

– Kto podał panu kod?

– Mam go na… czole. Nie wiem… jak długo tu jestem. Chyba znalazłem broń, stary pistolet.

– Proszę podać mi ten kod. Spróbuję pana namierzyć. Czy może mi pan przekazać jakiekolwiek informacje dotyczące otoczenia?

– Tylko ten stary zegar bez wskazówek, klucz miałem w kieszeni. Rozwaliłem to i zemdlałem, potem wisiał znowu... 41111.

Sygnał urwał się nagle i było słychać już tylko trzaski. Jonton popatrzył na dziwnie skrzywionego partnera. Był pewien, że pomimo półmroku jest tak samo blady jak on sam. Wykręcił kod. Zabrało to chwilę czasu – tarcza musiała pokonać swoją drogę. Usłyszał sygnał.

– Biuro cyfr, oddział kodów... słucham – odezwał się jędzowaty kobiecy głos.

– Inspektor 4 stopnia CorpPolicji, Jonton Mart. Prowadzę śledztwo. Proszę o identyfikację numeru pani komunikatora.

– Proszę o pana kod służbowy.

– 1721jm4.

– Numer aparatu to 5,794,112.

– Proszę o wasz dokładny adres.

– Dystrykt 5, ulica Urzędów, blok 2. Biuro 233. Pani numer służbowy?

– 4412mb2.

– Dziękuję za współpracę.

Jonton zanotował dane w swoim wizjonocie. Odłożył słuchawkę i spojrzał na Hana.

– Wygląda na to, że ktoś zainstalował nielegalną linię.

Wykręcił ponownie kod 41111.

– Biuro cyfr, oddział kodów, słucham. – Głos był równie drażniący, jak za pierwszym razem. Jonton odłożył słuchawkę bez słowa.

– Linia operuje swoistą pętlą. Łączy niewiadomego pochodzenia aparat, z którego dzwonił nasz pierwszy rozmówca, z tym urządzeniem… lecz w drugą stronę przy zastosowaniu podanego przez rozmówcę kodu kieruje nas na biuro liczb, oddział kodów w dystrykcie 5.

– To jakiś absurd, nikt nie ma takich upoważnień, a montaż linii wymagałby włamania się do systemu...

Jonton wszedł mu w słowo.

– Znaków zapytania jest znacznie więcej, kolego. Po pierwsze należy założyć, że życie dzwoniącego znajduje się w niebezpieczeństwie i mamy niewiele czasu na działanie.

– Ale skąd pewność, że dzwoniący nie jest na przykład autorem tego przekrętu.

– Jest to jedynie jedna z linii rozumowania, jaką musimy przyjąć, ale zważywszy na zagrożenie życia… jako pierwszą i priorytetową należy przyjąć linię, iż gra toczy się o ludzkie życie. Proszę skontaktować się z biurem. Należy przekazać wszystkie połączenia z tego aparatu do wyznaczonego pracownika. Nasłuch bez przerwy na wypadek ponownego połączenia. Musimy także zgłosić pogwałcenie przepisów komunikacji. Biuro Wykroczeń do Spraw Komunikacji w dystrykcie pierwszym zbada tę kwestię. Co do nas… nie pozostaje nic innego, jak poddać się biegowi sprawy i natychmiast odwiedzić biuro liczb w dystrykcie piątym. Musimy po drodze przewidzieć dostęp do aparatów komunikacyjnych na wypadek pojawienia się nowych wątków w śledztwie.

– Coś czuję, szefie, że wdepnęliśmy w wyjątkowo śmierdzącą kupę. Gdzieś w okolicy powinien być alarmowy komunikator. Bo z tego – popatrzył na zegar – za cholerę nie zamierzam korzystać. Spotkamy się przy wyjściu.

Jonton