Wydawca: AMF Plus Kategoria: Humanistyka Język: polski

Sprawa honoru. Dywizjon 303 Kościuszkowski ebook

Lynne Olson

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Sprawa honoru. Dywizjon 303 Kościuszkowski - Lynne Olson

Pasjonująca, błyskotliwie opowiedziana historia polskich pilotów myśliwskich, którzy przyczynili się do uratowania Anglii w czasie bitwy powietrznej w 1940 roku, oraz zdumiewającej zdrady, jakiej dopuściły się Stany Zjednoczone i Wielka Brytania pod koniec drugiej wojny światowej. Skupiając się na osobach pięciu pilotów słynnego Dywizjonu 303 Kościuszkowskiego, autorzy ukazali, jak ci młodzi Polacy, całym sercem pragnący wyzwolić swoją ojczyznę, weszli do grona najbardziej bohaterskich i skutecznych myśliwców drugiej wojny światowej. Czerpiąc z nieoficjalnego dziennika Dywizjonu 303 - wypełnionego osobistymi relacjami ze starć z nieprzyjacielem - oraz z listów, wywiadów, wspomnień, opowieści i fotografii, autorzy żywo i zajmująco opisali pilotów tej jednostki i ich walkę. Piloci ci odegrali kluczową rolę w bitwie o Anglię.

Opinie o ebooku Sprawa honoru. Dywizjon 303 Kościuszkowski - Lynne Olson

Fragment ebooka Sprawa honoru. Dywizjon 303 Kościuszkowski - Lynne Olson

Spis treści

Okładka

Skrzydełko

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Przedmowa Normana Daviesa do wydania polskiego

Przedmowa Autorów do wydania polskiego

Dedykacja

Motto

Ich pięciu

Prolog

CZĘŚĆ PIERWSZA: EXODUS

Rozdział pierwszy: Wzbić się w powietrze

Rozdział drugi: „Naród, który nie chciał umrzeć”

Rozdział trzeci: „Polska będzie walczyć”

Rozdział czwarty: „Czekamy…”

Rozdział piąty: „Turyści Sikorskiego”

Rozdział szósty: „Kiedy zaczniemy latać?”

Rozdział siódmy: Bitwa w Northolt

Rozdział ósmy: „Mój Boże, oni naprawdę ich koszą!”

Rozdział dziewiąty: „Jak wiele im zawdzięczamy”

Rozdział dziesiąty: „Bożyszcza Anglii”

CZĘŚĆ DRUGA: ZDRADA

Rozdział jedenasty: „Mord z zimną krwią na narodzie”

Rozdział dwunasty: „Są tu zamarznięte dzieci?”

Rozdział trzynasty: „Sam lepiej sobie poradzę ze Stalinem”

Rozdział czternasty: „Nigdy o nich nie mówcie”

Rozdział piętnasty: „Wojna toczy się w Polsce”

Rozdział szesnasty: Sprawa honoru

Rozdział siedemnasty: „Ludu Warszawy! Do broni!”

Rozdział osiemnasty: „Opowieść o dwóch miastach”

Rozdział dziewiętnasty: Spojrzenie „na sprawę polską z dystansu”

Rozdział dwudziesty: Światło i ciemność

Rozdział dwudziesty pierwszy: „Za naszą i waszą wolność”

Epilog

Przypisy

Bibliografia

Podziękowania

Podziękowania za pozwolenie na przedruki

Indeks

Skrzydełko

Okładka

Tytuł oryginału A QUESTION OF HONOR THE KOSCIUSZKO SQUADRON: FORGOTTEN HEROES OF WORLD WAR II

Copyright © Lynne Olson & Stanley Cloud 2003 All rights reserved

Published by arrangement with Alfred A. Knopf, a division of Random House, Inc., New York

Copyright © for the Polish edition by A.M.F. Plus Group Sp. z o.o. 2004

Copyright © for the Polish translation by Andrzej Grabowski & Małgorzata Grabowska 2004

RedakcjaMirosław Grabowski

KorektaMaciej Korbasiński Elżbieta Jaroszuk Ewa Sobkow

IndeksHanna Wachnowska

ISBN: 978-83-60532-21-8

Wyłączny dystrybutorFirma Księgarska Jacek Olesiejuk ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowieckiwww.olesiejuk.pl

WydawcaAndrzej Findeisen/A.M.F. Plus Group Sp. z o.o. Al. Solidarności 91/28, 00-144 Warszawa tel. (22)-620-7868, fax (22)-620-6533 Poczta elektroniczna: wydawca.amfplus@gmail.comwww.amfplus.com.pl

Wydanie ISkład i łamanie: KolonelDruk i oprawa:

PRZEDMOWA NORMANA DAVIESA DO WYDANIA POLSKIEGO

Nieodzownym warunkiem należytego zrozumienia drugiej wojny światowej w Europie jest poznanie losów Polski. To właśnie w Polsce rozpoczęła się wojna, to tu stoczono kilka największych bitew na froncie wschodnim, to tu hitlerowcy dokonali Holokaustu na Żydach, to tu całkowicie zniszczono stolicę państwa, to tu – proporcjonalnie do liczby mieszkańców – zginęło najwięcej ludzi, to tu żarliwa lojalność wobec aliantów przyniosła klęskę. Polacy, schwytani w dwa ognie walczących ze sobą potęg, Niemiec Hitlera i Związku Sowieckiego Stalina, stanęli do boju i bili się wspaniale. Ale choć ich wysiłki i cierpienia przyniosły mnóstwo korzyści aliantom, im samym dały niewiele, a ich kraj nie odzyskał wolności.

Polska ucierpiała też mocno w opracowaniach historycznych. W opinii ludzi Zachodu druga wojna światowa była niezwykłym sukcesem, a ich armie odegrały decydującą rolę w zwycięstwie. Na ogół przyjmują oni sowiecką wersję wydarzeń na froncie wschodnim, wierząc, że „wyzwolony” został zarówno Zachód, jak i Wschód. Historycy Holokaustu zaś, z reguły skupieni wyłącznie na tragedii Żydów, nie zauważają innych tragedii, rozgrywających się obok w tym samym czasie. Nikt poza historykami polskimi nie kusi się o szersze spojrzenie na sprawę. Niestety, z małymi wyjątkami, nie mają oni dostępu do międzynarodowego czytelnika.

Można zatem powiedzieć, że Lynne Olson i Stanley Cloud odnieśli prawdziwy triumf. W Sprawie honoru nie tylko rzucili światło na „zapomniany rozdział” przeszłości i opowiedzieli poruszającą historię. Pokonali też liczne przeszkody, które jakże często nie pozwalają nam dostrzec prawdziwego obrazu wojny. Co więcej, odtwarzając pełne przygód losy polskich pilotów wojskowych oraz łącząc je z gruntownym wglądem w sprawy Polski w latach 1939–1945, przedstawili czytelnikom bogatą materię utkaną z jednostkowych doświadczeń, wplecionych w barwną osnowę historyczną. Styl pisarski Autorów jest żywy i wartki. Znajomość tematu – gruntowna. Przesłanie moralne – jasne.

Sprawa honoru składa się z dwóch części. W pierwszej, zatytułowanej „Exodus”, poznajemy historie pięciu polskich pilotów, którzy opuścili ojczyznę w 1939 roku, by walczyć o wolność i sprawiedliwość na Zachodzie. Druga, zatytułowana „Zdrada”, kreśli skomplikowany splot okoliczności politycznych, od hitlerowsko-sowieckiego najazdu na Polskę do porzucenia jej przez najbliższych sojuszników. Wielu Polaków zna te tematy i być może wyobraża sobie, że wie już wszystko. Ale czeka ich niespodzianka. Jeśli bowiem przeczytają tę książkę, odkryją masę szczegółowych informacji i bezbłędną analizę faktów. Polacy nieraz obwiniają samych siebie, przypisując nieszczęścia spadające na ich kraj kłótniom i błędom swych ziomków. Ta książka odsłania drugą stronę medalu. Prawdziwymi sprawcami nieszczęść Polski, mimo rozlicznych polskich wad, byli jej sąsiedzi, mordujący na masową skalę, a błędy znacznie większe niż Polacy popełnili ich zachodni przyjaciele.

Takie ujęcie dziejów z pewnością szczególnie zainteresuje polskich czytelników. Nie przypomina bowiem znanych podręczników historii. Przedstawia obraz młodych polskich żołnierzy, świetnie spisujących się w zachodnim otoczeniu, oraz alianckich polityków i mężów stanu, którym często daleko do świetności. Przede wszystkim zaś książka ta ujawnia godne podziwu cechy jej amerykańskich Autorów, udowadniając, że nawet na „zgniłym Zachodzie” są ludzie o czułych sercach i otwartych głowach.

Fascynująca lektura.

Canmore, Alberta

sierpień 2004

PRZEDMOWA AUTORÓW DO WYDANIA POLSKIEGO

Przystępując do zbierania materiałów do tej książki, nie mieliśmy pojęcia, dokąd nas ono zaprowadzi. Nie mamy polskich przodków, a zatem w punkcie wyjścia wiedzieliśmy o Polsce bardzo mało. Zamierzaliśmy napisać wspaniałą opowieść przygodową o kilku polskich pilotach myśliwskich, którzy na początku drugiej wojny światowej dotarli do Wielkiej Brytanii i pomogli pokonać Niemców w bitwie o Anglię. Ale w miarę zapuszczania się w labirynt polskich dziejów i odkrywania, jak ogromny wkład wniosła Polska w zwycięstwo aliantów – i w historię Europy – zrozumieliśmy, że kroi nam się znacznie rozleglejsza opowieść.

Opowieść o historycznym wysiłku w walce o wolność narodu polskiego, rozpoczętej parę stuleci przed napaścią Niemiec w 1939 roku. Walce, której najszczytniejszym wyrazem były chyba wojenne zasługi Polaków i triumf Solidarności czterdzieści cztery lata po zakończeniu wojny. W Polsce i poza jej granicami, pod angielskim niebem, w bezlitosnych górach Włoch, w zbroczonym krwią Arnhem, na plażach Normandii, w warszawskim getcie i całej Warszawie Polacy zapisali nowy rozdział w długiej historii odwagi. Wojskowi i cywile, mężczyźni i kobiety, starzy i młodzi, żydzi, katolicy i ateiści – wszyscy włączyli się do walki.

Ci, którzy jej nie podjęli, należeli do wyjątków. Regułą w nieustraszonej Polsce – jedynym napadniętym i pokonanym przez hitlerowskie Niemcy kraju, który nigdy im się oficjalnie nie poddał i z nimi nie kolaborował – było walczyć aż do zwycięstwa. Lecz zanim walka dobiegła końca, Polskę zdradzili wschodni i zachodni towarzysze broni. W rezultacie poddani sowieckiej dominacji Polacy mogli tylko patrzeć, jak Europa Zachodnia odbudowuje się w warunkach pokoju i swobód. Ale pochodnia wolności w Polsce nigdy całkiem nie zgasła i po latach buchnęła pełnym płomieniem w Stoczni Gdańskiej.

Polacy oczywiście dobrze znają swoje wspaniałe i tragiczne dzieje. Ale dla cudzoziemców są one w znacznej mierze, nawet dziś, odkryciem. Podnoszą nas na duchu dziesiątki listów i e-maili od czytelników ze Stanów Zjednoczonych, Kanady, Wielkiej Brytanii i Australii, zdumionych, że Polacy wnieśli taki wkład w alianckie zwycięstwo, i oburzonych niehonorowaniem ich zasług przez sojuszników. Jeden z amerykańskich czytelników napisał: „Już nigdy w życiu nie opowiem dowcipu o Polakach!” Ze swej strony możemy tylko mieć nadzieję, że Sprawa honoru zajmie miejsce obok prac Arkadego Fiedlera, Adama Zamoyskiego, Normana Daviesa, i innych autorów, którzy od dziesiątków lat uparcie zabiegali o przyznanie Polsce należnego jej miejsca nie tylko w historii drugiej wojny światowej, ale również w dziejach cywilizacji zachodniej.

Książkę tę zadedykowaliśmy „Narodowi polskiemu”, dlatego odczuwamy szczególną dumę, że – dzięki naszemu przyjacielowi Andrzejowi Findeisenowi – ukazuje się ona w polskim przekładzie. Jej publikacja wydaje się właściwym zakończeniem podróży, w którą wyruszyliśmy blisko cztery lata temu, gdy zamierzając opowiedzieć przygodową historię, dowiedzieliśmy się, czym naprawdę jest honor.

Lynne Olson i Stanley Cloud

Waszyngton

sierpień 2004

Narodowi polskiemu

Jeden jest przewodnik, który pomaga narodowi dotrzymywać słowa i wypełniać zobowiązania wobec sprzymierzeńców. Tym przewodnikiem jest honor.

Winston Churchill

ICH PIĘCIU

Mirosław Ferić

Witold Łokuciewski

Zdzisław Krasnodębski

Jan Zumbach

Witold Urbanowicz

Prolog

Maszerowali dwunastkami, równym krokiem, przez podziurawiony lejami po bombach Londyn. Na honorowym miejscu, na czele prawie piętnastokilometrowej kolumny, szli Amerykanie, a za nimi – w iście kalejdoskopowej paradzie mundurów, sztandarów i wojskowej muzyki – Czesi i Norwegowie, Chińczycy i Holendrzy, Francuzi i Irańczycy, Belgowie i Australijczycy, Kanadyjczycy i Południowoafrykańczycy. Byli też sikhowie w turbanach, wysoko podnoszący nogi greccy gwardziści evzoni wbutach z pomponami i w białych plisowanych spódniczkach, Arabowie w fezach i kefiach, grenadierzy z Luksemburga i artylerzyści z Brazylii. A na końcu, wśród aplauzu rozradowanego, wymachującego flagami narodowymi tłumu, kroczyło co najmniej dziesięć tysięcy kobiet i mężczyzn z sił zbrojnych i służb cywilnych Jego Wysokości Jerzego VI, króla Wielkiej Brytanii.

Przed rokiem zakończyła się wreszcie najstraszliwsza wojna w dziejach ludzkości – sześć lat pożogi, zniszczeń, niewyobrażalnych cierpień i śmierci. W wielu miastach na świecie powitano to wydarzenie wybuchem spontanicznej radości. Ale tego szarego, dżdżystego czerwcowego dnia 1946 roku Wielka Brytania – wraz z zaproszonymi gośćmi, reprezentującymi ponad trzydzieści narodów sprzymierzonych – oficjalnie i uroczyście upamiętniała wspólne zwycięstwo i tych wszystkich, żywych i poległych, którzy się do niego przyczynili. Ponad dwa miliony wymachujących flagami i dmących w dziecięce trąbki ludzi, przy wtórze kościelnych dzwonów i przenikliwych dźwięków dud, wiwatowało na cześć weteranów Tobruku, bitew o Anglię, Guadalcanal, Midway, Normandię, Ardeny, Monte Cassino, Arnhem i dziesiątków innych, mniej znanych. Maszerujący salutowali przed trybuną honorową na Mall, na której stał król z królową i dwiema córkami. Rodzinie królewskiej towarzyszył Clement Attlee, ale wielu skupiało wzrok na jego poprzedniku na stanowisku premiera, Winstonie Churchillu, przywódcy i natchnieniu Wielkiej Brytanii przez pięć wojennych lat.

Kiedy ostatnia uczestnicząca w Defiladzie Zwycięstwa reprezentacja przemaszerowała przed trybuną honorową, w górze rozległ się ogłuszający huk. Ludzie zadarli głowy i wpatrzyli się jak zahipnotyzowani w ołowiane niebo – od wschodu, tuż nad dachami domów, nadlatywała wielka powietrzna armada bombowców, myśliwców, wodnopłatów, transportowców. Prowadził ją pojedynczy pokryty kamuflażem samolot myśliwski, hawker hurricane, na oko mały i nieważny przy lecących za nim ociężałych olbrzymach. W pełni jednak zasłużył na to honorowe miejsce. Gdyby nie ten solidny jednomiejscowy myśliwiec i jego słynniejszy kuzyn, spitfire, mogłoby w ogóle nie dojść do Defilady Zwycięstwa. Latem i jesienią 1940 roku latający na hurricane’ach i spitfire’ach piloci RAF-u pokonali w bitwie o Anglię Luftwaffe Adolfa Hitlera. Wpłynęli tym na bieg wojny i odmienili losy świata.

Przy trasie parady stał tamtego dnia wysoki, szczupły blondyn o trudnym do wymówienia dla Anglików nazwisku. Kiedy Witold Urbanowicz przyglądał się przelatującemu myśliwcowi, napłynęła fala wspomnień. On też latał hurricane’em podczas bitwy o Anglię. Patrzył z góry na płonące miasto. Jego dywizjon stał się legendą tej bitwy. Pierwszego dnia bombardowań Londynu – blitzu, który w zamyśle Hitlera miał zmusić do uległości ludność cywilną – dywizjon Urbanowicza zapisał na swym koncie zestrzelenie aż czternastu niemieckich samolotów, ustanawiając rekord Królewskich Sił Powietrznych.

Bicie rekordów stało się chlebem powszednim Dywizjonu 303, nazywanego Kościuszkowskim. W ciągu pierwszych ośmiu dni walki Dywizjon Kościuszkowski zniszczył blisko czterdzieści maszyn wroga. To właśnie jemu, spośród wszystkich dywizjonów myśliwskich w RAF-ie, zatwierdzono zestrzelenie w bitwie o Anglię największej liczby niemieckich samolotów. Dziewięciu jego pilotów, w tym Urbanowicza, oficjalnie uznano za lotniczych asów. „To najlepsi podniebni wojownicy, jakich znam” – napisał o pilotach z Dywizjonu 303trzy lata po bitwie (w tygodniku „Collier’s”) amerykański pilot myśliwski.

A jednak, mimo swych wojennych zasług, żaden z pilotów Dywizjonu 303 nie wziął udziału w uroczystym przelocie. Żaden nie maszerował na defiladzie. Ponieważ byli Polakami – sojusznikami walczącymi pod angielskim dowództwem – rząd Wielkiej Brytanii w obawie przed urażeniem Józefa Stalina rozmyślnie i wyraźnie zabronił im udziału w obchodach. Tydzień przedtem dziesięciu angielskich parlamentarzystów wystosowało list protestacyjny przeciw temu zakazowi. „Będą tam Etiopczycy – napisali. – Będą Meksykanie. Będzie [maszerował] Korpus Medyczny Fidżi, policja z Labuanu i Korpus Pionierów Seszeli – całkiem słusznie. Ale nie będzie Polaków. Czyżbyśmy zatracili nie tylko poczucie miary, ale i wdzięczności?”

––––––––––

Przed sześcioma laty, w czerwcu, Winston Churchill obwieścił Izbie Gmin: „Bitwa o Francję dobiegła końca. Spodziewam się, że lada dzień zacznie się bitwa o Wielką Brytanię”. Nowy premier, niespełna miesiąc na urzędzie, od początku stawiał sprawę jasno: Anglia nie pójdzie w haniebne ślady Francji, nie skapituluje przed Niemcami. „Będziemy walczyć na plażach – brzmiało jego słynne oświadczenie. – Będziemy walczyć na lądowiskach, będziemy walczyć na polach i na ulicach, będziemy walczyć na wzgórzach. Nie poddamy się nigdy”.

Odwagę i charakter, które Churchill deklarował w imieniu Anglii, wykazała wcześniej Polska. Pierwsza doświadczyła przerażającego hitlerowskiego blitzkriegu, pierwsza stawiła mu opór, pierwsza powiedziała – z całym przekonaniem – „Nie poddamy się nigdy”. Upadła w październiku 1939 roku, ale zarówno jej rząd, jak i wojsko nie ogłosiły kapitulacji aż do końca wojny. Rozpoczęła się niezwykła odyseja – dziesiątki tysięcy polskich pilotów, żołnierzy i marynarzy uciekło z kraju – pieszo, samochodami, ciężarówkami, autobusami, niektórzy samolotami, jeszcze inni okrętami i łodziami podwodnymi. Różnymi drogami dotarli najpierw do Francji, a stamtąd do Anglii, żeby podjąć walkę. Przez cały pierwszy rok wojny Polska, której rząd emigracyjny miał siedzibę w Londynie, była najważniejszym, zdeklarowanym sprzymierzeńcem Wielkiej Brytanii.

Zanim dziesiątki polskich pilotów myśliwskich, z Dywizjonem 303 włącznie, wzbiły się w powietrze w bitwie o Anglię, RAF zdążył stracić setki własnych, których w wielu przypadkach zastępował nowicjuszami ledwo potrafiącymi latać, a co dopiero walczyć! Wkład zaprawionych w boju Polaków, zwłaszcza tych z Dywizjonu 303, miał znaczenie zasadnicze. Zdaniem wielu – decydujące. „Gdyby Polska nie stała po naszej stronie w tamtych dniach […] płomień wolności mógłby zgasnąć jak świeca na wietrze” – podkreśliła w 1996 roku królowa Elżbieta II.

W szeregach RAF-u podczas wojny walczyło około siedemnastu tysięcy polskich lotników. Ale nie tylko polscy piloci i członkowie załóg odegrali ważną rolę w tym konflikcie. W kilkunastu istotnych operacjach morskich uczestniczyły okręty nielicznej polskiej marynarki wojennej. Polska piechota i jednostki powietrznodesantowe walczyły w Norwegii, Afryce Północnej, Włoszech, Francji, Belgii i Niemczech. Pod koniec wojny Polska była czwartym co do liczebności uczestnikiem alianckich działań zbrojnych w Europie, po Związku Sowieckim, Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii z jej Wspólnotą Narodów. „Jeżeliby mi dano wybierać między żołnierzami, których bym chciał mieć pod swoim dowództwem, wybrałbym Polaków” – powiedział dowódca wojsk alianckich w Afryce Północnej i Włoszech, marszałek polny Harold Alexander.

Być może równie ważny jak udział w walce był wkład Polski w największe osiągnięcie alianckiego wywiadu – rozszyfrowanie hitlerowskich szyfrów wojskowych. W czasie Defilady Zwycięstwa tylko Churchill i garstka brytyjskich wysokich urzędników państwowych wiedzieli, że polscy kryptolodzy pierwsi wstępnie rozpracowali niemiecką maszynę szyfrującą Enigmę, w nieoceniony sposób przyczyniając się do ostatecznego rozstrzygnięcia losów wojny.

A czego w zamian oczekiwali Polacy? „Chcieliśmy odzyskać Polskę” – powiedział Witold Urbanowicz. Przez całą wojnę, poruszony dzielnością Polaków, wdzięczny im za pomoc i wzburzony bezprzykładnym niemieckim bestialstwem w ich ojczyźnie, Winston Churchill obiecywał, że ją odzyskają. „Razem zwyciężymy lub razem zginiemy” – zapewnił polskiego premiera, generała Władysława Sikorskiego, po upadku Francji. Witając polskie oddziały przybyłe do Anglii w czerwcu 1940 roku, brytyjski minister wojny Anthony Eden oświadczył: „Nie porzucimy waszej świętej sprawy i będziemy prowadzić tę wojnę dopóty, dopóki wasza ukochana ojczyzna nie zostanie zwrócona wiernym synom”.

A jednak w czerwcu 1946 roku, gdy długa kolumna maszerujących przemierzała Mall, a wiwatujące tłumy radowały się z odrodzenia wolności w powojennym świecie, dumna Polska pozostała w cieniu. Wbrew przyrzeczeniu Edena dwaj jej najbliżsi sprzymierzeńcy, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone, porzucili „świętą sprawę”. Po Hitlerze nastał drugi okupant – Józef Stalin. Tamtego uroczystego dnia polscy bohaterowie wojenni, tacy jak Urbanowicz i jego koledzy z Dywizjonu 303 – niegdyś nazywani „bożyszczami Anglii” – musieli stać na londyńskim chodniku w roli widzów.

Młody polski pilot, który patrzył w milczeniu na przesuwającą się defiladę, odwrócił się, chcąc odejść. Stojąca obok staruszka spojrzała na niego zdziwiona. „Dlaczego pan płacze, młody człowieku?” – spytała.

CZĘŚĆ PIERWSZA

EXODUS

ROZDZIAŁ PIERWSZY

WZBIĆ SIĘ W POWIETRZE

W iosną 1928 roku, w noc poprzedzającą pokaz akrobacji lotniczych w jego rodzinnym mieście, Jan Zumbach nie mógł z przejęcia spać. W małej Brodnicy nigdy dotąd nie wylądował aeroplan, a trzynastoletni Janek jeszcze nie widział na własne oczy awiatorów, choć wiele o nich słyszał i czytał. Kiedy wreszcie wzeszło słońce, wybrał się wraz z rodziną na dużą łąkę pod miastem. W niezmiennie zagrożonej, niezmiennie patriotycznej Polsce trwał właśnie Tydzień Ligi Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej. Mieszkańcy Brodnicy przybyli tłumnie na obchody. Powiewały flagi, dla miejscowych oficjeli i czcigodnych gości rozbito namioty, a orkiestra garnizonowa grała wypróbowany repertuar polek, marszów, walców i mazurków, przetykanych dla urozmaicenia operowymi kawałkami. Na skraju łąki, za kordonem wojska, stały dwa błyszczące, zbudowane w Polsce dwupłatowce Potez 25. Patrząc na nie, Janek nie mógł się doczekać, kiedy orkiestra skończy grać i rozpocznie się pokaz.

W końcu dyrygent odłożył batutę. Tłum ucichł. Janek przepchnął się z innymi dzieciakami, żeby być jak najbliżej. Czterej lotnicy poprawili skórzane pilotki, nasunęli gogle na oczy, wspięli się do identycznych dwumiejscowych maszyn z otwartymi kabinami, a potem, pomachawszy z wystudiowaną godnością oczarowanej widowni, ruszyli w białych smugach spalin, z rykiem silników. Gwałtowny podmuch zerwał mężczyznom kapelusze z głów i zafurkotał spódnicami kobiet. Podskakując na łące skrzydło w skrzydło, aeroplany oderwały się od ziemi i wzbiły w powietrze, zabierając ze sobą serce Zumbacha. Po paru sekundach, nadal w zwartym szyku, przeleciały nisko nad tłumem.

Janek, jeden z nielicznych, nie padł plackiem na trawę. Stał i patrzył jak zahipnotyzowany. Samoloty znów nabrały wysokości, zrobiły pętlę, a potem oba weszły w zapierającą dech w piersi pikę. Gdy od twardej ziemi dzieliły je, zda się, tylko metry, poderwały się w górę i zniknęły za horyzontem na wschodzie. Pozostała cisza i łagodny wiosenny wietrzyk. Widzowie zaczęli się zastanawiać, czy to aby nie koniec pokazu, kiedy raptem dwa potezy wyskoczyły od zachodu, tuż nad wierzchołkami drzew, w mrożącym krew w żyłach finale, po którym panowie jęli wiwatować co sił w płucach, a panie wachlować się nerwowo.

To właśnie wtedy, na tej łące, młodziutki Jan Zumbach, śmiejąc się, z oczami pełnymi łez radości, przysiągł „sobie na wszystkie świętości: tak, tak, tak, będę pilotem”.

Mniej więcej w tym samym czasie w Ostrowie Wielkopolskim, ze dwieście kilometrów na południowy zachód od Brodnicy, trzynastoletni Mirosław Ferić regularnie odwiedzał miejscowy aeroklub i przyglądając się startującym i lądującym samolotom, niecierpliwie wyczekiwał dnia, gdy sam zasiądzie w kabinie. Mika Ferić zawsze lubił igrać z prawami grawitacji. Od małego – z rękoma rozłożonymi jak linoskoczek – balansował na wąskiej metalowej balustradzie otaczającej balkon mieszkania na trzecim piętrze. Czasem zwieszał się na ręce z balustrady, trwożąc matkę, która kilkanaście metrów niżej pracowała w ogródku. To właśnie Mika, psotny herszt bandy urwisów z sąsiedztwa, wciąż wymyślał brawurowe zabawy nad ziemią, w rodzaju wdrapywania się na pokryte czerwoną dachówką domy w osiedlu czy zeskakiwania z szop ogrodowych na podwórkach. W opinii Edwarda Idziora, serdecznego przyjaciela z dzieciństwa, „był nieustraszony”.

Świetnie zapowiadający się młodzi lotnicy, jak Janek Zumbach i Mika Ferić (wśród adeptów nie brakowało i dziewcząt), wyrastali wówczas w całej Polsce jak grzyby po deszczu. Zresztą pod koniec lat dwudziestych myśl o lataniu, idealnej ucieczce od prozy życia, rozpalała młode serca i umysły na całym świecie. Uosobieniem romantyki i lotniczej przygody stał się Charles Lindbergh, który w roku 1927 samotnie, bez lądowania pokonał Atlantyk, lecąc z Long Island do Paryża. Inne kraje też miały swoich Lindberghów. Na przykład rok wcześniej, nim „Lone Eagle” Lindbergha wylądował na lotnisku Orly, młody polski pilot wojskowy Bolesław Orliński przeleciał (w dwudziestu jeden etapach) z Warszawy do Tokio i z powrotem, przemierzając w niespełna miesiąc odległość dwudziestu dwu tysięcy sześciuset kilometrów. Wyczyn Orlińskiego nie dorównywał wyczynowi Lindbergha, niemniej w swoim kraju on i jemu podobni byli bohaterami.

Fascynacja młodych Polaków samolotami i lataniem miała poważne konsekwencje dla polskiego wojska, dla polskiego społeczeństwa, a w czasie drugiej wojny światowej – dla całego świata. W dziejach Polski najbarwniejsi wojownicy wywodzili się z kawalerii. W wiekach XVI i XVII, kiedy Polska była potęgą, o jej sile wojskowej decydowała zbrojna jazda. Obce armie, od Krzyżaków do Turków, zazdrościły Polakom groźnej konnicy. Szczególną sławą cieszyła się husaria, idąca w bój na wierzchowcach w czaprakach, w hełmach ozdobionych piórami, w wysadzanych drogocennymi kamieniami napierśnikach i ze skrzydłami, które zdawały się wyrastać jeźdźcom z pleców. (Pokryte orlimi piórami, drewniane, obite blachą ramy były przymocowane do siodeł). Ciężkozbrojna, bardzo mobilna, przygotowana do niszczenia obrony nieprzyjaciela błyskawicznymi szarżami jazda stanowiła ówczesny odpowiednik hitlerowskich jednostek pancernych. W słynnej XVII-wiecznej bitwie pod Kircholmem polskie wojsko w sile trzech i pół tysiąca ludzi, w tym dwa i pół tysiąca husarzy, zwyciężyło jedenastotysięczną szwedzką armię.

Dla wielu pokoleń młodych ludzi Polska była husarią. Ale dla tych, którzy dorośli po pierwszej wojnie światowej – gdy po ponad stu latach ich ojczyzna zrzuciła wreszcie jarzmo niemieckiej, austriackiej i rosyjskiej niewoli – kawaleria stała się reliktem przeszłości. Synowie i córki odrodzonego narodu szukali nowych, współczesnych bohaterów. Znaleźli ich w powietrzu.

Romantyka latania pociągała nie tylko mężczyzn, ale i płeć piękną, co dodatkowo zwiększało atrakcyjność lotnictwa w oczach panów. W 1928 roku Witold Urbanowicz, młody, obiecujący kadet ze średnio zamożnej rodziny, zamierzał zgodnie z oczekiwaniami wstąpić do kawalerii. Któregoś dnia wybrał się z kolegami do restauracji w pobliżu warszawskiego aerodromu. Z jej tarasu razem obserwowali wojskowy samolot wykonujący trudne ewolucje na małej wysokości. Ich uwagi nie uszło, że siedzące przy pobliskim stoliku dziewczęta z wielkim podziwem śledzą akrobacje pilota. „Na koniu takich sztuk nie zrobisz!” – oświadczyła cynicznie jedna z nich, spoglądając na Urbanowicza. Wkrótce potem kandydat na ułana postanowił rzucić kawalerię i związać swój los z lotnictwem.

W bardziej egalitarnym społeczeństwie lat dwudziestych lotnictwo – w odróżnieniu od kawalerii, którą bogaci ziemianie i ich synowie uważali za swoją domenę – było dostępne niemal dla każdego. W całym kraju powstawały finansowane przez rząd aerokluby, gdzie wszystkim chętnym oferowano darmowe lekcje latania na szybowcach i samolotach. Do nastolatków, którzy skorzystali z tej okazji, należała Jadwiga Piłsudska, ładna córka Naczelnika Państwa, marszałka Józefa Piłsudskiego. Piłsudski, kawalerzysta z zamiłowania, nie pochwalał podniebnych ambicji córki i nie był odosobniony w tych odczuciach. Podobne obawy żywiły matki Zumbacha, Fericia i niezliczonych innych przyszłych pilotów.

Kiedy Zumbach oznajmił o swoich powietrznych planach matce, wdowie po bogatym ziemianinie, ta nie wytrzymała. Oświadczyła, że wszyscy lotnicy to pijusy i wariaci, a jego obowiązkiem jest pomóc bratu w zarządzaniu majątkiem po zmarłym ojcu. „Matka robiła, co mogła, żebym zapomniał o lataniu, ale przegrała tę bitwę – wspominał Zumbach. – Nie miała szans jej wygrać”. Mając dziewiętnaście lat, podrobił podpis rodzicielki na dokumentach zezwalających mu wstąpić do wojska i po kilkumiesięcznym szkoleniu w piechocie został przyjęty do szkoły lotniczej w Dęblinie. Równie przerażona fascynacją syna lataniem pani Ferić – nauczycielka, którą porzucił mąż Chorwat – o tym, że Mika złożył podanie do Dęblina, dowiedziała się, podobnie jak pani Zumbach, dopiero gdy go tam przyjęto.

––––––––––

Dęblin leży ponad sto kilometrów na południe od Warszawy, na trawiastej równinie obrzeżonej niewysokimi wzgórzami bobrownickimi. Siedziba szkoły lotniczej mieści się w XVIII-wiecznym pałacu, który car Mikołaj I zajął w 1825 roku po wygnaniu właściciela, księcia Jabłonowskiego, na Syberię za udział w przygotowywaniu powstania antyrosyjskiego. Pięć lat później oddał pałac z białymi kolumnami swojemu generałowi, który stłumił kolejne powstanie przeciwko rosyjskiemu ciemięzcy. Kiedy w 1918 roku Polska odzyskała niepodległość, nowy rząd przekazał otoczoną wspaniałymi trawnikami i ogrodami rezydencję lotnictwu wojskowemu.

W latach dwudziestych i trzydziestych do szkoły w Dęblinie wpłynęło mnóstwo zgłoszeń – tak duże było w Polsce zainteresowanie awiacją. W roku 1936 spośród sześciu tysięcy młodych mężczyzn, ubiegających się o dziewięćdziesiąt miejsc na pierwszym roku, przyjęto między innymi Jana Zumbacha i Mirosława Fericia. Nowi podchorążacy pochodzili ze wszystkich warstw społeczeństwa. Synowie właścicieli ziemskich zostali kolegami synów nauczycieli, górników, artystów i chłopów. Zaraz po przyjeździe ci będący przyszłością Polski młodzi mężczyźni zanurzali się w przeszłość swego kraju. Posiłki jedli w dwustuletniej rezydencji z parkietami i kryształowymi żyrandolami, a oprócz sztuki pilotażu opanowywali także sztukę bycia dżentelmenem. Nauczono ich, że oficer, dżentelmen i pilot przynosi damie kwiaty i całuje ją w rękę zarówno przy powitaniu, jak i przy pożegnaniu. Oficer, dżentelmen i pilot nie uprawia hazardu, nie pije ponad miarę, nie przechwala się, nie zaciąga długów. Na wspaniałych balach w wielkiej sali podchorążacy mieli możność przećwiczyć zdobytą wiedzę w praktyce. Tańczyli walca i mazura z młodymi modnymi damami, całowali je w rękę, rozmawiali, jak na dżentelmenów przystało. „Pamiętaj – głosił Kodeks podchorążych – że jesteś godnym następcą husarii i pionierów polskiego lotnictwa. Pamiętaj, abyś zawsze i wszędzie zachowywał się po rycersku”.

Absolwenci szkoły w Dęblinie – nawet jeśli czasem naruszali co bardziej purytańskie reguły kodeksu postępowania – wzięli sobie do serca te nauki. Mimo że szkoła słynęła z surowej dyscypliny, wielu podchorążych dało się poznać w równym stopniu z umiejętności pilotażu, co z pozasłużbowych eskapad i grania na nosie przełożonym. Znane były przypadki, że chcąc popisać się przed dziewczynami, młodzi piloci przelatywali pod mostami lub między wieżami kościoła, a jeśli zdarzyło im się podczas lotu napotkać napuszonego, dumnego ułana, śmigali nad nim lotem koszącym, żeby spłoszyć konia.

Pod koniec lat trzydziestych największymi zawadiakami w Dęblinie byli Zumbach, Ferić i Witold Łokuciewski, były oficer kawalerii, ciemnowłosy, o chłopięcej urodzie aktora filmowego i frapujących manierach urodzonego hazardzisty. Łokuciewski, pochodzący ze starej rodziny ziemiańskiej ze wschodniej Polski, był jednym z tych kawalerzystów, którym nisko lecące samoloty z Dęblina umyślnie płoszyły wierzchowce. Nie przeklinał jednak pilotów jak inni (prawdę mówiąc, nie przepadał za końmi), tylko marzył o porzuceniu przyziemnej, „czterokopytnej” egzystencji i wzbiciu się w przestworza. Dlatego skorzystał z pierwszej okazji, żeby dostać się do Dęblina.

Zumbach, Ferić i Łokuciewski, zwani w czasie drugiej wojny światowej „trzema muszkieterami”, w szkole lotniczej bez przerwy wpadali w tarapaty. Lokata na roku zależała w znacznej mierze od sprawowania się podchorążego i jego gotowości do wykonywania rozkazów. W roczniku 1938 Łokuciewski ukończył szkołę na miejscu przedostatnim, Ferić na ósmym od końca, a Zumbach na trzydziestym ósmym od końca. Według historyka Polskich Sił Powietrznych „trzech muszkieterów” interesowały w Dęblinie przede wszystkim „kobiety, wino i śpiew – a na samym końcu nauka”.

Owszem, ale za to jak latali! Nie dość, że wytrzymali szkolenie w Dęblinie – trudne i męczące jak każde szkolenie lotnicze na świecie – to osiągali najlepsze wyniki. Po wymagających zajęciach teoretycznych z aerodynamiki, nawigacji, fizyki i mechaniki uczyli się latać na różnych typach maszyn. A ponieważ prymitywne, z reguły stare samoloty szkoleniowe z otwartymi kabinami często się psuły, wszystko to razem, zgodnie ze swoistym lotniczym darwinizmem, czyniło z tych, którzy przetrwali, jeszcze lepszych pilotów. Bezustanna czujność, umiejętność obserwacji oraz improwizacji były z konieczności ważnymi elementami szkolenia polskich pilotów. „Uczono nas przeszukiwać wzrokiem niebo, patrzeć na wszystkie strony, nie tylko przed siebie – powiedział jeden z polskich lotników. – W swoim czasie, wypatrując wroga, potrafiłem obracać głowę o prawie sto osiemdziesiąt stopni, naprawdę! O sto osiemdziesiąt stopni!” Latający potem z Polakami amerykańscy i brytyjscy piloci zaświadczali, że widzieli oni niebo – całe niebo – lepiej od innych.

Polscy piloci uczyli się też brawury. Jedno z ćwiczeń polegało na dwójkowym locie skrzydło w skrzydło, zawróceniu i skierowaniu się na pełnym gazie wprost na trzeci samolot, lecący z naprzeciwka. Z kursu wolno było zboczyć w ostatniej chwili. Zgodnie z rozkazem walący prosto jak strzała na nadlatującą maszynę Zumbach czekał… czekał… dopóki nie zobaczył oczu drugiego pilota. Dopiero wtedy wyrwał w bok, pewny, że za ułamek sekundy doszłoby do zderzenia. Kiedy wylądował, dumny ze swoich stalowych nerwów, usłyszał od dowódcy reprymendę: „Za wcześnie pan skręcił, Zumbach!”

Po Dęblinie świeżo upieczonych podporuczników wysyłano do jednostek lotniczych w całym kraju na jeszcze intensywniejsze szkolenie. Zumbach i Ferić dostali najlepszy przydział – do 111 Eskadry Myśliwskiej im. Tadeusza Kościuszki. W romantycznym, brawurowym świecie lotnictwa polskiego Eskadra Kościuszkowska cieszyła się wyjątkową sławą. Utworzyli ją w 1919 roku amerykańscy piloci, którzy przybyli do Polski, żeby wziąć udział w małej perfidnej wojnie, jaką świeżo utworzona Rosja Sowiecka wydała niepodległej od niedawna Polsce. W grupie jankeskich ochotników znaleźli się były student prawa na Harvardzie, gwiazda futbolu z Lehigh i absolwent Yale.

Sprowadził ich wszystkich do Polski dwudziestosześcioletni bohater wojenny, mówiący z silnym południowym akcentem, Merian C. Cooper.

ROZDZIAŁ DRUGI

„NARÓD, KTÓRY NIE CHCIAŁ UMRZEĆ”

Syn znanego prawnika z Florydy, Merian Cooper, był zafascynowany Polską od najmłodszych lat. Dorastając w Jacksonville na przełomie stuleci, nieraz słyszał o przyjaźni łączącej prapradziadka, pułkownika Johna Coopera, z Kazimierzem Pułaskim. Opowieści o wspaniałej, lecz tragicznej przeszłości Polski, które snuł pułkownikowi polski bohater wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych (zwanej też rewolucją amerykańską), przekazywano w rodzinie Cooperów z pokolenia na pokolenie. Mały Merian słuchał ich z zapartym tchem.

––––––––––

Leżąca na ogromnej równinie w Europie Środkowej Polska, od północy chroniona przez Morze Bałtyckie, a od południa przez pasmo górskie Karpat, nie ma prawie żadnej naturalnej osłony od wschodu i od zachodu. Pod względem językowym jest to kraj słowiański, ale kulturowo, religijnie i gospodarczo od dawna związany z Zachodem – wcześniej głównie z Włochami i Francją, później z Wielką Brytanią i Ameryką. Przez ponad dwieście lat, od wieku XV do połowy XVII, Polacy byli europejską potęgą, dysponującą silną armią. Połączywszy się z Litwą, utworzyli rozległe wielojęzyczne i wieloetniczne państwo wspólnotowe, które z czasem zajęło blisko jedną trzecią Europy, z Białorusią i większą częścią Ukrainy włącznie.

Od XIV wieku aż do oświecenia Polska była chyba najbardziej postępowym i z pewnością najbardziej tolerancyjnym krajem kontynentalnej Europy. Choć większość mieszkańców stanowili katolicy, państwo polskie zapewniało pełną wolność religijną wszystkim żyjącym w jego granicach, w tym także setkom tysięcy Żydów, chętnie przyjmowanych wówczas, gdy inne europejskie nacje ich prześladowały. W XVII wieku przeszło cztery piąte Żydów na świecie żyło w Polsce, głównie w niezależnych, samodzielnie zarządzanych wspólnotach. Zdarzały się okresy wrogości i napięcia pomiędzy chrześcijanami a żydami, w sumie jednak polscy Żydzi przez kilka wieków żyli we względnym spokoju (a niektórzy w dobrobycie).

Jedną z najbardziej uderzających cech Polaków jest przywiązanie do wolności osobistej, zakorzenione w przekonaniu, iż państwo istnieje po to, żeby służyć jednostce, a nie odwrotnie. Pod koniec XVI wieku, gdy w innych państwach Europy nadal rządzili autokraci, w Polsce ukształtowała się ograniczona demokracja parlamentarna, zapewniająca wielu obywatelom nieznane gdzie indziej swobody polityczne, intelektualne i religijne. Polscy królowie byli wybierani, a ich władza ograniczona przez szlachtę (unikatową polską warstwę społeczną, złożoną z wysoko i nisko urodzonych, bogatych i biednych, właścicieli ziemskich i pozbawionych ziemi) [1]. Później, gdy do konstytucji amerykańskiej dołączano dziesięć poprawek, Polska stworzyła własną pisaną konstytucję – pierwszą w Europie i drugą na świecie.

1 Wprowadzając zasadę, że uchwała parlamentu, czyli Sejmu, musi zostać przyjęta jednogłośnie, żeby stać się obowiązującym prawem – tak zwane liberum veto – szlachta przyczyniła się do wzrostu władzy jednostki nad państwem, co oczywiście związało ręce rządzącym i z czasem doprowadziło do upadku Polski.

W tym czasie jednak polska wspólnota narodów już się rozpadła. Nędza i zacofanie na wsi, korupcja, a także opór przed dostosowaniem polskich struktur rządowych i społecznych do wymogów nowoczesnego życia, pogrążyły kraj. Kiedy Polska stopniowo traciła zdolność kształtowania własnej przyszłości, wokół niej rosły w siłę państwa absolutystyczne. Wrodzy, agresywni sąsiedzi, z coraz większą pogardą wyszydzający Polaków, poczuli się uprawnieni do rozdrapania polskiego terytorium.

Od drugiej połowy wieku XVIII do roku 1989 Polska była w zasadzie bezbronna wobec nieprzyjaciół. Największymi i najbardziej zaciekłymi jej wrogami byli Rosjanie, Austriacy i Niemcy we wszystkich geopolitycznych przebraniach – jako Rosja, Związek Sowiecki, Austria, monarchia austro-węgierska, Prusy, zjednoczone Niemcy Bismarcka, cesarza Wilhelma i Adolfa Hitlera. W 1772 roku Rosja, Prusy i Austria dokonały wspólnie rozbioru Polski, rozdzielając pomiędzy siebie duże części terytorium Rzeczypospolitej i stopniowo zastępując polskie władze. Był to początek jednego z najmroczniejszych okresów w historii Polski. Polacy wielokrotnie powstawali przeciw ciemięzcom – zwłaszcza Rosjanom – i za każdym razem ich opór był dławiony.

Ale pomimo tych doświadczeń udało im się zachować tożsamość narodową, język, kulturę, żarliwy patriotyzm, postępowe instynkty i czerpać otuchę z wieści o powstaniach i rewolucjach w innych krajach. Począwszy od XVIII wieku, polskie hasło: „Za naszą i waszą wolność”, wyrażające poparcie Polaków dla wszystkich, którym droga jest niezależność, stało się niemal wyznaniem wiary. Pod koniec lat siedemdziesiątych XVIII wieku przeszło stu Polaków przepłynęło Atlantyk, żeby wesprzeć amerykańskich kolonistów w walce przeciw Koronie brytyjskiej. Wśród nich znaleźli się oficerowie, którzy trafili później do dwóch narodowych panteonów, amerykańskiego i polskiego – Kazimierz Pułaski i Tadeusz Kościuszko.

––––––––––

Merian Cooper już we wczesnej młodości wiedział dużo o Pułaskim. O tym, że tego wybitnie zdolnego oficera kawalerii po jednym z wielu nieudanych powstań narodowowyzwoleńczych w 1776 roku wygnano z ojczyzny. O tym, że po przyjeździe do Paryża poznał Benjamina Franklina, amerykańskiego posła we Francji, werbującego Europejczyków do Armii Kontynentalnej Geor­ge’a Washingtona. O tym, że Franklin napisał do Washingtona, prosząc, by ten znalazł w niej miejsce dla młodego polskiego oficera, „słynącego w całej Europie z dzielności i wystąpienia w obronie wolności swego kraju”. O tym, że Kongres Kontynentalny w 1777 roku zatwierdził patent generalski dla Pułaskiego, powierzając mu zorganizowanie, wyposażenie i dowództwo pierwszego oddziału amerykańskiej kawalerii.

Ognisty Pułaski w mundurze huzara ozdobionym błyszczącymi złotymi szamerunkami i w skórzanym hełmie z piórami wyglądał olśniewająco, wyróżniając się jak paw na tle szaroburej armii Washingtona. Będąc ekspertem od wojny podjazdowej i znakomitym organizatorem, przekształcił zbieraninę oberwańców na koniach w „Legion Pułaskiego” – zdyscyplinowany oddział kawalerii, który osłaniał wiele taktycznych odwrotów Washingtona, śledził i nękał posuwające się kolumny wojsk brytyjskich, spowalniał ich marsz i raz po raz ratował Armię Kontynentalną od zguby.

Pułkownik John Cooper (wraz z trzynastoma Polakami) znalazł się w gronie wyższych rangą oficerów Pułaskiego i wkrótce się z nim zaprzyjaźnił. W bitwie pod Savannah w 1779 roku, gdy Cooper i Pułaski ramię w ramię szarżowali konno, Polaka trafił brytyjski kartacz. Według rodzinnej tradycji pułkownik Cooper sam przeniósł śmiertelnie rannego przyjaciela z pola bitwy na „Wasp”, amerykański okręt wojenny kotwiczący u ujścia rzeki Savannah. Dwa dni później, gdy „Wasp” płynął do Charlestonu, Pułaski zmarł na rękach Coopera i został pochowany w morzu.

Zafascynowany opowieściami o prapradziadku i Pułaskim, Merian Cooper wiedział również, że kluczową rolę w wojnie o niepodległość Stanów Zjednoczonych odegrał cichy, skromny rodak Pułaskiego, Tadeusz Kościuszko. Nie był on tak barwną, efektowną postacią jak Pułaski, markiz de La Fayette, baron von Steuben czy inni zamorscy oficerowie walczący w armii Washingtona. Dopiero w późniejszej fazie wojny, i to tylko raz, podczas walk o Charleston, poprowadził żołnierzy do boju. Zajmował się natomiast projektowaniem i budową fortyfikacji, a robił to tak wybornie, że przyznano mu znaczący udział w amerykańskim zwycięstwie, które okazało się punktem zwrotnym wojny.

Kościuszko, inżynier specjalizujący się w wojnie obronnej, przybył do Filadelfii w 1776 roku i został mianowany pułkownikiem w armii Washingtona. Następnego roku wykorzystał piękne wzgórza pod Saratogą w stanie Nowy Jork, żeby stworzyć pole śmierci: pomysłowe konstrukcje z ziemi i drewna, które zwabiły armię brytyjską, umożliwiając znacznie słabszym siłom otoczenie jej i pokonanie. Zwycięstwo Amerykanów pod Saratogą przyczyniło się do zmiany biegu wojny, dodało bowiem ducha armii Washingtona i doprowadziło do oficjalnego zaangażowania się Francji w konflikcie po stronie amerykańskiej. Pomniejszając swoją rolę w oczach tych, którzy uważali go za bohatera bitwy pod Saratogą, dowodzący w niej siłami amerykańskimi generał Horatio Gates napisał: „Bądźmy szczerzy [...] Wielkimi taktykami tej kampanii były lasy i wzgórza, które młody polski inżynier umiejętnie wybrał na moje obozowisko”.

W 1778 roku Kościuszko nadzorował budowę fortyfikacji w West Point, na wysokim zachodnim brzegu rzeki Hudson, w miejscu nazwanym przez Washingtona „kluczem do Ameryki”. Niezdobyta twierdza Kościuszki, która powstrzymała brytyjskie wojska, do końca wojny chroniła przed atakami Anglików dolinę Hudsonu i resztę północnej części stanu Nowy Jork.

George Washington, dobrze rozumiejąc, jak wielki wkład Kościuszko wniósł do rewolucji, był szczególnym admiratorem Polaka. W odróżnieniu od niektórych oficerów Armii Kontynentalnej przystojny, łagodny Kościuszko wydawał się pozbawiony próżności i wygórowanych ambicji. Odmówił nawet przyjęcia awansu na generała brygady za pracę w West Point. W prywatnej korespondencji Washington często i przy różnych okazjach wychwalał Polaka i jego zasługi, twórczo przekręcając jego trudne jak łamigłówka nazwisko. (Mając spore trudności z angielską pisownią, nad podziw je urozmaicał: „Cosdusko”, „Koshiosko”, „Kosciousco”, „Kosciuisco”, a nawet „Cosieski”). Różnorodne zasługi Kościuszki dla amerykańskiej sprawy zostały oficjalnie uznane w roku 1783, gdy Kongres Kontynentalny przyznał mu obywatelstwo Stanów Zjednoczonych, stałą pensję, liczne tytuły własności ziemi oraz rangę generała brygady.

W następnym roku Kościuszko postanowił wrócić do Polski i wykorzystać zdobyte w Ameryce doświadczenie bitewne oraz wiedzę strategiczną i taktyczną, by ponownie podjąć walkę o wolność ojczyzny. Okazało się, że jego rodacy szykują się do powstania. Częściowy rozbiór Polski dwanaście lat wcześniej zaostrzył apetyt na niepodległość.

Trzeciego maja 1791 roku Sejm uchwalił konstytucję, wzorowaną częściowo na konstytucji Stanów Zjednoczonych, wprowadzającą szeroko zakrojone reformy społeczne i polityczne. Ten akt polskiej bezczelności nie mógł ujść uwagi samowładczej rosyjskiej carycy, Katarzyny Wielkiej. Odnosząc się z niechęcią do wszelkich demokratycznych zrywów, nie tolerowała ich zwłaszcza na własnym, w jej oczach, słowiańskim podwórku. Niezwłocznie wydała rosyjskiej armii rozkaz, by położyła kres idealistycznym polskim wymysłom. Walczące między innymi pod wodzą Kościuszki wojsko polskie biło się dzielnie, ale szybko uległo w nierównej walce przeważającym siłom wroga. Zaprowadziwszy represyjny porządek, Katarzyna wnet unieważniła polską konstytucję i w porozumieniu z władcą Prus przystąpiła do drugiego, jeszcze dotkliwszego rozbioru Polski. Po jego zakończeniu w 1793 roku z kraju pozostał obszar wielkości dwustu dwunastu tysięcy kilometrów kwadratowych wokół Warszawy i Lublina, z marionetkowym królem i rosyjskim garnizonem.

Niezrażony Kościuszko niemal natychmiast przystąpił do organizacji nowego powstania. W 1794 roku poprowadził armię sześciu tysięcy żołnierzy z pospolitego ruszenia, wśród nich wielu chłopów uzbrojonych w widły i kosy, odnosząc na początku kilka imponujących zwycięstw nad Rosjanami. (Polskie powstania w XVIII i XIX wieku były skierowane przede wszystkim przeciw Rosjanom, najbardziej bezwzględnym z trzech głównych ciemięzców Polski). Pierwsze sukcesy zachęciły Kościuszkę do ogłoszenia zaskakującego manifestu wolności, wzywającego między innymi do uwłaszczenia chłopów oraz zniesienia monarchii i pańszczyzny. Uniwersały Kościuszki, ogłoszone w krótkim czasie po drugim rozbiorze i po rewolucjach w Ameryce i Europie, wywołały silne poruszenie wśród europejskich monarchów, zwłaszcza w Petersburgu, Berlinie i Wiedniu.

Pośpiesznie zgromadzono wspólne siły rosyjsko-pruskie i rozkazano im rozprawić się z nowym polskim zuchwalstwem. W decydującej bitwie pod Maciejowicami Kościuszko, w białym płaszczu i czerwonej chłopskiej krakusce, został ciężko ranny – leżącego na ziemi, po ciosie pałaszem w głowę, trzy razy kłuto bagnetem, a kula armatnia roztrzaskała mu nogę. Generał przeżył, lecz jego armię rozgromiono, a Katarzyna nakazała wtrącić „biednego potwora Kostiuszkę”, jak go z lekceważeniem nazwała, do rosyjskiego więzienia. Polska armia została bez wodza, a powstaniu zabrakło myśli przewodniej. Rosjanie ruszyli na Warszawę i dokonawszy masakry, zdobyli miasto. Polska padła na kolana.

Ciężko ranny Tadeusz Kościuszko, przywiązany do noszy i wzięty do niewoli po upadku powstania przeciw Rosjanom w 1794 roku, odtrąca szablę ofiarowywaną mu z pogardą przez carycę Katarzynę Wielką. (Biblioteka Kongresu).

Przysięgając sobie, że pozbędą się raz na zawsze kłopotliwego narodu, zwycięzcy zarządzili trzeci – w ciągu dwudziestu trzech lat – rozbiór Polski. Tym razem zrezygnowali z półśrodków: w 1795 roku Polska została wymazana z mapy Europy. Pruski dokument państwowy stanowił: „Król, mając poparcie Cesarzowej Rosji, życzy sobie, aby od dnia dzisiejszego słowo «Polska» nie było używane w żadnym oficjalnym dokumencie ani wypowiadane na rządowych gremiach. We wszystkich naszych landach należy dołożyć wszelkich starań, aby wyrugować ten język i historię”. Dopiero po stu dwudziestu trzech latach niepodległa Polska zmartwychwstała, zrzucając imperialny całun.

Po śmierci Katarzyny Wielkiej w 1796 roku jej syn Paweł, nowy car, który matki nienawidził chyba jeszcze bardziej niż Polaków, wypuścił Kościuszkę z więzienia i skazał go na wygnanie. Nie mogąc wrócić w ojczyste strony, polski generał, któremu Rosjanie nie zapewnili należytej opieki medycznej – wskutek czego nie mógł w następstwie odniesionych ran prosto siedzieć ani samodzielnie chodzić – pojechał w odwiedziny do Ameryki, stamtąd przeniósł się do Francji, a na koniec do Szwajcarii. Przez cały czas działał na rzecz niepodległości Polski.

Tuż przed śmiercią, w 1817 roku, chory na tyfus Kościuszko spisał testament. Będąc przez całe życie żarliwym orędownikiem wolności osobistej, uwolnił z więzów pańszczyzny wszystkich chłopów w swoich polskich włościach. W osobnym, wcześniej sporządzonym testamencie zadysponował majątkiem w Ameryce, polecając go spieniężyć, a uzyskane stąd fundusze przeznaczyć na uwolnienie i wykształcenie „w moim imieniu” jak największej liczby amerykańskich niewolników. Na egzekutora ostatniej woli wybrał swojego bliskiego przyjaciela, Thomasa Jeffersona, proponując, żeby dochód ze sprzedaży ziemi posłużył do uwolnienia części niewolników Jeffersona w Monticello. Składając hołd zmarłemu bojownikowi z Polski, Jefferson nazwał go „najszlachetniejszym synem wolności, jakiego znałem”. Niemniej ani on, ani nikt inny nie zrealizował rozporządzeń Kościuszki względem niewolników [2].

2 Siedemdziesięciopięcioletni podówczas Jefferson usprawiedliwiał się, że jest za stary na podjęcie obowiązków egzekutora. Niektórzy historycy snuli domysły, iż obawiał się wyzwolić niewolników. Po toczącej się dziesiątki lat walce w sądzie majątek Kościuszki przekazano w końcu jego potomkom w Polsce.

Gdy w Stanach Zjednoczonych po zdobyciu niepodległości rozpoczęła się era gwałtownej ekspansji, Polska –zanim na dobre ją zapomniano – stała się wspomnieniem. Na całym świecie ubolewano nad jej niedolą, oburzano się na narody, które ją pożarły, podziwiano bohaterstwo Kościuszki i jego następców. Wśród angielskich romantyków zapanowała moda na Kościuszkę: na początku XIX wieku peany na jego cześć napisali między innymi Coleridge, Byron i Keats. Fali propolskich sentymentów dali się także ponieść wybitni pisarze amerykańscy, w tym James Fenimore Cooper i Ralph Waldo Emerson, a Edgar Allan Poe posunął się do tego, że zgłosił się na ochotnika do walki po stronie Polaków w powstaniu przeciw Rosji, które wybuchło w listopadzie 1830 roku.

Ale mimo górnolotnych frazesów, wygłaszanych przez poetów i polityków, nie zrobiono nic konkretnego, żeby pomóc temu środkowoeuropejskiemu krajowi o zachodniej mentalności. Żaden naród nie przesłał broni ani pieniędzy, nikt nie ruszył na pomoc Polsce. Orędownik sprawy polskiej w brytyjskiej Izbie Gmin, Edmund Burke, przyznał, że z punktu widzenia Anglii i reszty Zachodu „Polskę można, w gruncie rzeczy, uznać za […] kraj na Księżycu”. Dwaj najbardziej bezwzględni zaborcy, Rosja i Prusy (które w roku 1871 stały się częścią Cesarstwa Niemieckiego), mogli przez sto dwadzieścia lat z pełną swobodą zacierać wszelkie ślady polskości, bez obaw, że ktoś im w tym przeszkodzi. Polska flaga, hymn, godło i inne symbole narodowe zyskały piętno nielegalnych i wywrotowych. Wojska rosyjskie skonfiskowały tron królów polskich, a pruskie stopiły klejnoty koronne. Śpiewanie polskich pieśni patriotycznych uznano za zdradę.

Dla usprawiedliwienia swych postępków Rosjanie i Niemcy rozpowszechnili mocno wypaczony obraz polskiej historii, który z czasem bardzo zaciążył na wizerunku Polski w świecie. Wymazano wieki jej potęgi i międzynarodowego znaczenia, tolerancję religijną, tradycje wolności i niepodległości. Rosyjscy i niemieccy propagandyści nachalnie prezentowali karykaturalny obraz Polaków, który przetrwał do XXI wieku: beznadziejni romantycy, niewykształceni i niepraktyczni – pełni galanterii, lecz impulsywni; pierwsi do wypitki, bitni, śmiało idący na śmierć, ale z natury niezdolni do samorządności. Ciemięzcy tłumaczyli, że nie prześladują pogrążonego w chaosie kraju, lecz jedynie narzucają mu niezbędny ład i dyscyplinę.

Jednakże w oczach Polaków mocarstwa okupujące ich ojczyznę były tyranami, którym należało przeciwstawiać się za wszelką cenę i na każdym kroku. Bez względu na to, w której części podzielonego kraju przyszło im żyć – rosyjskiej, niemieckiej, austriackiej – z uporem trwali przy narodowej tożsamości i myśleli o buncie. W pierwszej połowie XIX wieku szczególny oddźwięk wywołało nadejście romantyzmu w literaturze i sztuce, potęgując w Polakach poczucie straty i odnawiając ich nadzieje na powrót Polski do dawnej chwały. W roku 1830 i ponownie w 1863 przeciw Rosji powstały tysiące Polaków. Oba powstania brutalnie stłumiono. Wielu powstańców torturowano i stracono. Innych skazano na dożywotnią katorgę, skuto łańcuchami i pognano na Syberię. Ale mimo to polski patriotyzm przetrwał.

––––––––––

Opowieści o odwadze, walce i tragicznych klęskach Polski silnie działały na wyobraźnię młodego mieszkańca Florydy. Osiągnąwszy wiek męski, Merian Cooper był jak naładowany, gotowy do strzału pistolet. Chciał nie tylko bronić swego kraju przed wewnętrznymi i zewnętrznymi wrogami, ale również spłacić – jakoś, kiedyś, gdzieś – stupięćdziesięcioletni dług Ameryki wobec Polski.

Odkąd usłyszał, że na wietrznych wzgórzach Kill Devil w Kitty Hawk bracia Wright przefrunęli skrzypiącym aeroplanem sto dwadzieścia stóp, zauroczyła go, jak mnóstwo innych młodych ludzi, myśl o lataniu. W roku 1915, kiedy w Europie trwała wojna światowa, dwudziestojednoletni Cooper zaciągnął się do Korpusu Wojsk Łączności, w skład którego wchodziło w owych czasach świeżo opierzone lotnictwo amerykańskie. Odznakę lotnika i awans na porucznika przyjął z nieskrywaną radością. W 1917 roku, po przystąpieniu Stanów Zjednoczonych do wojny, otrzymał rozkaz wyjazdu do Francji. Napisał stamtąd do ojca: „Nigdy nie byłem taki szczęśliwy […] nareszcie jestem na froncie”.

Amerykańska eskadra, do której przydzielono Coopera, składała się z siedmiu rozsypujących się dwupłatowców De Havilland, nazywanych przez pilotów „latającymi trumnami”. Dwudziestego szóstego września 1918 roku wysłano ją nad Argonny, aby wsparła zmasowaną ofensywę francuską na linię Hindenburga. Amerykanów przechwyciło ponad dwadzieścia niemieckich myśliwców. Podczas zaciekłej walki bombowiec Coopera, trafiony w silnik serią z karabinu maszynowego, stanął w ogniu. Obserwator, podporucznik Edmund Leonard, który był strzelcem pokładowym i „oczami” pilota, został postrzelony w szyję. Gdy de havilland, zataczając kręgi, wolno opadał ku ziemi, mocno poparzony na twarzy i dłoniach Merian odpiął pas bezpieczeństwa i wydostał się z płonącej kabiny na skrzydło. Skok oznaczał pewną śmierć – w tamtych czasach lotnicy wojskowi nie mieli spadochronów – ale Cooper cierpiał tak, że było mu to obojętne. „Pragnąłem tylko jednego: uwolnić się od bólu” – napisał później.

Gdy przygotowywał się do skoku, pewny, że jego obserwator nie żyje, Leonard raptem zamrugał i otworzył oczy. Cooper z trudem powrócił do kabiny, dodał gazu i manipulując drążkiem z pomocą niepoparzonych kolan i łokci, wprowadził „latającą trumnę” – pokrytą płótnem drewnianą ramę, podziurawioną jak durszlak ponad sześćdziesięcioma kulami – w lot nurkowy. Miał nadzieję, że pęd powietrza wytworzony w czasie stromego pikowania ugasi pożar silnika. Tak też się stało. Kilkaset stóp nad ziemią Cooper wyrównał lot i siadł przymusowo na trawiastym polu. Chwilę potem wylądował w pobliżu jeden z niemieckich samolotów. Zgodnie z kodeksem rycerskim obowiązującym u zarania walk powietrznych pilot Luftwaffe zasalutował ciężko rannym wrogom, wziął ich do niewoli i sprowadził pomoc medyczną [3].

3 Po wojnie przełożeni Coopera rekomendowali go do Krzyża za Ofiarną Służbę (DSC), podkreślając jego „wyjątkową waleczność i nadzwyczajne bohaterstwo”. Cooper odmówił jednak przyjęcia odznaczenia, uważając, że inni lotnicy z jego eskadry bardziej na nie zasługują.

Resztę wojennych tygodni Cooper i Leonard spędzili w niemieckich szpitalach wojskowych, pod dobrą opieką, a ponieważ byli młodzi, szybko wydobrzeli. Gdy ogłoszono zawieszenie broni, Cooper poczuł się „oszukany”. Po wyjściu ze szpitala ten jasnowłosy, krzepki mężczyzna wcale nie miał ochoty wracać do domu i się ustatkować. Amerykańska dziennikarka Marguerite Harrison, która krótko po wojnie poznała go w Warszawie, stwierdziła, że „jest uparty jak muł, zmienny w nastrojach, porywczy” i „pełen sił witalnych, jakby ciało miał naciągnięte na stalowe sprężyny”. Cooper chciał się dalej bić. Wkrótce jego marzenie się spełniło – w Polsce.

––––––––––

Gdy wybuchła pierwsza wojna światowa, w której Niemcy i Rosja starły się ze sobą, Polacy dojrzeli szansę zrzucenia niewoli. Kolejną zachętę otrzymali w marcu 1918, pół roku po rewolucji bolszewickiej, gdy nowy sowiecki reżim podpisał z Niemcami i resztą państw centralnych traktat pokojowy w Brześciu Litewskim. Zgodnie z jego postanowieniami bolszewicy zgodzili się nie tylko wycofać z wojny, ale również zrzec się wszelkich carskich roszczeń wobec Polski i kilku innych krajów. Osiem miesięcy później Niemcy skapitulowały, Rosja była zajęta wojną domową, a zwycięscy alianci zasiedli, by na nowo nakreślić granice na mapie Europy.

Na taki właśnie moment czekali Polacy. W dużej mierze dzięki zakulisowym zabiegom słynnego polskiego pianisty, kompozytora i męża stanu, Ignacego Paderewskiego, prezydent Stanów Zjednoczonych Woodrow Wilson dał się przekonać do poparcia sprawy niepodległości Polski. Ósmego stycznia 1918 roku Wilson wystąpił na wspólnym posiedzeniu izb Kongresu, ogłaszając amerykańskie cele wojenne, które stały się znane jako „czternaście punktów”. W przedostatnim z nich wezwał do wskrzeszenia samorządnej Polski „ze swobodnym i bezpiecznym dostępem do morza”, stwierdzając, że jej „polityczną i ekonomiczną niepodległość oraz nienaruszalność terytorialną powinna gwarantować międzynarodowa umowa”. Za jego namową pozostali alianci ratyfikowali postanowienie o odrodzeniu Polski. Jedenastego listopada 1918 roku, gdy we Francji podpisywano rozejm, nowy przywódca państwa, marszałek Józef Piłsudski, przybył do Warszawy, by rozpocząć proces odbudowy kraju.

A do odbudowania było co niemiara. W ubiegłym stuleciu zaborcy grabili i niszczyli polską bazę przemysłową, ogałacając fabryki ze wszystkiego, z pasami transmisyjnymi i kablami włącznie. Na dobitkę, jakby tego było mało, przez terytorium Polski przetoczył się wschodni front wojny światowej, obracając kraj w perzynę. Zginęło prawie pół miliona ludzi, a co najmniej jedna trzecia tych, którzy przeżyli, głodowała. Tereny rolnicze strawiła pożoga. Szerzyły się epidemie tyfusu i innych chorób. Lecz mimo zniszczeń i chaosu Polacy szaleli z radości, że znów są wolni.

Trzeciego maja 1919 roku uczcili niepodległość świętem narodowym, Dniem Konstytucji. (Datę tę wybrano, ponieważ pierwsza polska konstytucja została uchwalona trzeciego maja 1791). W brudnej, podupadłej Warszawiena budynkach publicznych, z których niedawno usunięto rosyjskie napisy i dwugłowe carskie orły, powiewały biało-czerwone polskie flagi. W całym mieście stały puste cokoły, z których strącono posągi carów i słynnych rosyjskich generałów. W kawiarniach i restauracjach orkiestry grały polski hymn narodowy i pieśni patriotyczne. Tłumy warszawiaków krzyczały: „Niech żyje Polska!”, i tańczyły na ulicach. Obserwujący to huczne święto amerykański dyplomata napisał później: „Niewiele razy w życiu doświadczyłemtak niepohamowanego wybuchu narodowego entuzjazmu jak […] trzeciego maja 1919 roku”.

Nakładający surowe sankcje na pokonane Niemcy traktat wersalski nie był jednak w pełni po myśli Polaków. Po pierwsze, alianccy kartografowie przyznali im mniej terytorium, niż się Polsce historycznie należało. Po drugie, dysponujący całkowitą swobodą w ustalaniu zachodniej granicy Polski z Niemcami alianci mieli ograniczoną władzę w kwestiach wschodniej granicy z Rosją. Po wycofaniu się z wojny w roku 1917 Rosja Sowiecka nie była stroną traktatu wersalskiego i nie czuła się związana jego postanowieniami. Sytuację dodatkowo komplikował fakt, że żadne z państw alianckich nie utrzymywało stosunków dyplomatycznych z Moskwą. W chwili zawierania traktatu pokojowego w Brześciu Litewskim w 1918 roku oraz w czasie rosyjskiej wojny domowej w latach 1919–1920 Wielka Brytania i Stany Zjednoczone, wspierając siły antybolszewickie, wysłały wojsko i wprowadziły ostre sankcje ekonomiczne.

Korzystając z powojennego chaosu, rządy Polski i Sowietów postanowiły wziąć sprawy w swoje ręce i rozwiązać kwestię ziem kresowych – Litwy, Białorusi, wschodniej Galicji, Ukrainy – przy użyciu siły. Przedmiotem sporu było należące kiedyś do Rzeczypospolitej Obojga Narodów terytorium, którego większość zagarnęła podczas rozbiorów carska Rosja. Szczególne znaczenie dla Polaków miały Litwa i wschodnia Galicja (na zachodnich krańcach Ukrainy). Główne miasta tych ziem – Wilno na Litwie i Lwów we wschodniej Galicji – były ważnymi ośrodkami polskiej kultury, zamieszkanymi w większości przez Polaków. Na dodatek wielu najznamienitszych polskich polityków, wojskowych i literatów – między innymi Kościuszko, słynny poeta Adam Mickiewicz, książęca rodzina Radziwiłłów i sam Piłsudski – urodziło się lub żyło na Litwie.

Polskie i sowieckie wojska szybko zajęły pozycje, zabezpieczając roszczenia terytorialne swoich krajów. W styczniu 1919 roku część oddziałów Armii Czerwonej najechała Litwę, opanowała Wilno i ruszyła dalej, podporządkowując sobie prawie całą Białoruś. Podbój Wilna, ukochanego miasta Piłsudskiego, szczególnie zirytował polskiego przywódcę, który wysłał swoich żołnierzy, żeby przepędzili Rosjan. Wyczerpane i przerzedzone wskutek wojny domowej oddziały sowieckie stawiały słaby opór. W kwietniu Polska zajęła Wilno, a następnie stolicę Białorusi – Mińsk, również zamieszkany w części przez Polaków.

Cały rok Polacy z rosnącą obawą obserwowali, jak rewolucyjni bolszewiccy „czerwoni”, pokonawszy w wojnie domowej kontrrewolucyjnych „białych”, wzmacniają swoje siły na Ukrainie. Przekonany, że przywódca bolszewików Włodzimierz Iljicz Lenin przygotowuje napaść na Polskę, Piłsudski uznał, że jedynym sposobem, by temu zapobiec, jest wyprzedzenie sowieckiego ataku. Pod koniec kwietnia 1920 roku wojska polskie wkroczyły na Ukrainę, a siódmego maja zajęły jej największe miasto, Kijów.

Latem Lenin ruszył z wielką kontrofensywą, rzucając na Ukrainę duży kontyngent Armii Czerwonej pod dowództwem generała Michaiła Tuchaczewskiego i kozacką konnicę z generałem Siemionem Budionnym na czele. Sowiecka armia bez większego trudu pokonała Polaków, zmuszając ich do wycofania się na ziemie ojczyste. Czy Rosjanie powinni kontynuować pogrom? Tak, postanowił Lenin. Odrzuciwszy rady Józefa Stalina i innych oficerów, rozkazał swoim oddziałom najechać Polskę i zająć Warszawę. Stalin przewidywał klęskę. Ostrzegając, że Polacy będą o wiele zacieklej walczyć w obronie swojego kraju niż na Ukrainie, stwierdził: „Łatwiej jest osiodłać krowę niż wprowadzić komunizm w Polsce”.

Ale w opinii Lenina sowiecka ofensywa stwarzała okazję do „dźgnięcia Europy bagnetami Armii Czerwonej” – do pierwszego wkroczenia bolszewików na jej teren, do pierwszej próby narzucenia rewolucji siłą. Niecałe dwa lata po odzyskaniu niepodległości Polska stanęła w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa ponownej jej utraty. Komunistyczne politbiuro utworzyło marionetkowy rząd – Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski – który miał przejąć polityczną kontrolę nad Warszawą po klęsce polskiej armii. Komitet – kierowany z Moskwy przez budzącego trwogę szefa sowieckiej tajnej policji, Polaka z pochodzenia, Feliksa Dzierżyńskiego – czekał w specjalnym pociągu we wschodniej Polsce na wezwanie do stolicy.

Nie po raz pierwszy ani ostatni polskie apele do Zachodu o broń i przysłanie oddziałów nie zostały wysłuchane. Jedyne „wsparcie” ze strony aliantów nadeszło w postaci propozycji ustanowienia tymczasowej granicy państwa i zawarcia rozejmu. Zasugerowana granica, nazwana linią Curzona od nazwiska ówczes­nego ministra spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii, nabrała znacznie większego znaczenia podczas drugiej wojny światowej, kiedy Stalin się na nią powołał, by usprawiedliwić swoje roszczenia wobec wschodniej Polski. Jednak w roku 1920 bolszewicy stanowczo odrzucili propozycję Zachodu i Polska została sama.

Właśnie w tym mniej więcej czasie na polską scenę wkroczył Merian Cooper. W 1919 roku Amerykański Urząd Pomocy, agencja rządowa kierowana przez Herberta Hoovera, wysłał młodego pilota, który nadal służył w armii amerykańskiej, z zadaniem dostarczenia żywności głodującym mieszkańcom Lwowa. Kiedy tam przebywał, jego dawno zrodzony podziw dla Polski i Polaków – „narodu, który nie chciał umrzeć”, jak to ujął w liście do ojca – jeszcze się pogłębił. „Nazwa żadnego innego kraju nie ma w sobie tyle romantyzmu co słowo «Polska»” – napisał później.

Po wybuchu wojny z Sowietami Cooper pojechał do Warszawy i zaoferował swoje usługi rodzącemu się polskiemu lotnictwu. „Chciałbym działać w Polsce tak, jak Kościuszko i Pułaski działali w moim kraju” – powiedział Józefowi Piłsudskiemu. Z początku niechętny przyjmowaniu obcokrajowców do polskiego wojska, marszałek w końcu się zgodził. Trudno zaprzeczyć, że dla polskiego lotnictwa liczyła się każda pomoc. Brakowało wszystkiego – pilotów, mechaników, załóg naziemnych, lotnisk, nie mówiąc o samolotach. Polacy przejęli kilkaset rozmaitych starych maszyn (austriackich, niemieckich, włoskich, brytyjskich, francuskich), które pozostały na ziemiach polskich po wojnie. Do czynnej służby przywrócono tyle samolotów, ile się dało, były to jednak w najlepszym razie „łatane” siły lotnicze.

Po otrzymaniu zgody Piłsudskiego Cooper wrócił do Paryża, zrezygnował z misji w Urzędzie Pomocy i zaczął namawiać innych amerykańskich pilotów, żeby wybrali się z nim do Polski. W małej paryskiej kawiarence zwerbował pierwszego ochotnika – wysokiego, szczupłego majora o nieprawdopodobnym imieniu i nazwisku Cedric Errol Fauntleroy. Fauntleroy, przyjaciel Coopera, latał we Francji w słynnej eskadrze Eddiego Rickenbackera „Hat in the Ring” („Wyzwanie”). Wychował się na małej plantacji niedaleko Natchez w Missisipi. Imiona złotowłosego bohatera książki Frances Hodgson Burnett Mały lord zawdzięczał matce, niepoprawnej romantyczce, która czytała mu wiersze Byrona i innych poetów sławiących bohaterskiego Tadeusza Kościuszkę.

Cooper w krótkim czasie zwerbował jeszcze sześciu ochotników. (Do końca wojny polsko-bolszewickiej zebrało się ich siedemnastu). Choć pomysł przedsięwzięcia wyszedł od Coopera, dowództwo powierzono Fauntleroyowi, najstarszemu rangą i przewyższającemu resztę doświadczeniem lotniczym. Jeden z pilotów, Elliott Chess, zaprojektował godło, które starannie wymalowano na wszystkich samolotach eskadry, uhonorowanej imieniem Kościuszki. Widniały na nim czerwona krakowska rogatywka, jaką naczelnik nosił podczas insurekcji 1794 roku, i dwie skrzyżowane kosy, symbolizujące polskich chłopów, którzy ruszyli za nim do boju. Tłem dla tych dwóch symboli były czerwono-białe pasy i niebieskie gwiazdy, reprezentujące amerykańską flagę. Insygnia te przetrwały w Polskich Siłach Powietrznych do ostatnich dni istnienia Dywizjonu Kościuszkowskiego w Anglii.

Merian Cooper (z lewej) i Cedric Fauntleroy, amerykańscy założyciele Eskadry Kościuszkowskiej. Zwraca uwagę godło dywizjonu: krakowska rogatywka i kosy, symbolizujące powstanie przeciw Rosjanom, na tle stylizowanej flagi amerykańskiej. (L. Tom Perry Special Collections, Uniwersytet Brighama Younga)

Gdy jankescy piloci ochotnicy dotarli wreszcie na front we wschodniej Galicji, okazało się, że trafili na całkiem inną wojnę niż ta, w której uczestniczyli we Francji. Zamiast trwać na swoich pozycjach w okopach, obie strony na zmianę przeprowadzały szybkie ataki i się wycofywały. Kiedy Armia Czerwona zaczęła z niepokojącą prędkością zbliżać się do serca Polski, wezwano na pomoc siły lotnicze. Stosując powietrzną taktykę rozwiniętą w czasie pierwszej wojny światowej, Amerykanie i Polacy ostrzeliwali i bombardowali wrogie wojska, zajęte przez bolszewików stacje kolejowe i sowieckie pociągi. Eskadrze Kościuszkowskiej i trzem eskadrom polskim powierzono szczególnie trudne zadanie niedopuszczenia do zajęcia Lwowa przez konarmię generała Budionnego. Kozacy, wyborni jeźdźcy w czarnych papachach, z ostrymi szablami, niecofający się przed łupiestwem, gwałtami i mordami, wszędzie budzili lęk.

Latając od świtu do ciemnej nocy, zaliczając jedną misję po drugiej, amerykańscy i polscy piloci odwrócili sytuację – teraz to oni przyprawiali Kozaków o strach. Z wysokości dwustu metrów ręcznie zrzucali bomby na kozackie oddziały, a potem ostrzeliwali je z karabinów maszynowych w locie nurkowym, wychodząc z niego zaledwie kilkanaście metrów nad ziemią. Po rozproszeniu oddziału gonili uciekających i ostrzeliwujących się Kozaków. Nierzadko samoloty, którym udało się wrócić na lotnisko, były podziurawione kulami. Według raportu polskiego Sztabu Generalnego Eskadra Kościuszkowska ze szczególnym powodzeniem siała „panikę i chaos w szeregach wroga”. „Amerykańscy lotnicy pomimo wyczerpania walczą jak szaleni. Bez ich pomocy dawno temu by nas diabli wzięli” – napisał generał Antoni Listowski, dowódca polskiego frontu południowego.

Pod koniec sierpnia uratowano Lwów przed atakiem, a kawalerię Budionnego zmuszono do odwrotu. Największą zasługę przypisano wówczas lotnikom z eskadr walczących na południowym froncie, wśród nich Kościuszkowskiej. Tymczasem na północnym zachodzie wojska Piłsudskiego w spektakularnym kontrataku przepędziły spod Warszawy armię Tuchaczewskiego. Podczas bitwy, która zasłynęła jako „cud nad Wisłą”, wzięto do niewoli ponad sto tysięcy czerwonoarmistów. Ci, którzy nie zginęli i uniknęli schwytania, rzucili się do bezładnej ucieczki na wschód.

Merian Cooper w Rydze po ucieczce z rosyjskiego obozu jenieckiego w 1921 roku. (L. Tom Perry Special Collections, Uniwersytet Brighama Younga).

Pierwsza wojskowa przygoda Lenina na obcej ziemi zakończyła się poniżającą klęską, zadaną przez zbuntowaną dawną kolonię rosyjską. Po negocjacjach pokojowych, których kulminacją był traktat ryski, Sowieci zachowali kontrolę nad dużą częścią Ukrainy, ale oddali Polsce większość spornych ziem, z Wilnem i Lwowem włącznie. Zdaniem brytyjskiego historyka A.J.P. Taylora wojna polsko-sowiecka „w znacznym stopniu określiła bieg europejskiej historii w następnych dwudziestu latach […] W skrytości ducha, niemal nieświadomie sowieccy przywódcy porzucili sprawę międzynarodowej rewolucji”. Przez cztery lata, aż do śmierci, Lenin nie zapomniał o sromotnej klęsce z rąk Polaków. Co ważniejsze, nie zapomniał o niej również Józef Stalin.

Stalin odebrał ją jako osobiste upokorzenie. Będąc komisarzem politycznym na froncie południowym, miał decydujący głos w sprawach Armii Czerwonej. W ostatnich dniach wojny Moskwa poleciła kawalerii Budionnego porzucić kurs na Lwów i skierować się na północ, by wesprzeć maszerującego na Warszawę Tuchaczewskiego. Stalin zmienił ten rozkaz i nakazał Budionnemu kontynuować marsz na Lwów. Kiedy podzielone armie sowieckie poniosły klęskę, Stalinowi groził sąd wojenny. I choć ostatecznie nie został przed nim postawiony, nigdy nie zapomniał, w jakich opałach znalazł się przez Polaków. Po dziewiętnastu latach odpłacił im za to.

Późnym latem 1920 roku Polacy świętowali zwycięstwo i zachowanie niepodległości, ale bez założyciela Eskadry Kościuszkowskiej. Miesiąc przed zakończeniem wojny Merian Cooper znikł za linią wroga i uznano go za poległego. Przez wiele miesięcy nie było żadnej wieści o jego losie.

Pewnego dnia Marguerite Harrison, młodej Amerykance, która poznała Coopera w Warszawie, a obecnie współpracowała z Czerwonym Krzyżem w Moskwie, doręczono list przemycony z sowieckiego obozu jenieckiego. Jego autorem był niejaki Frank Mosher, amerykański pilot schwytany przez bolszewików. Napisał, że jest chory i głoduje. Harrison przesłała mu do obozu odpowiedź, a także żywność i ubranie. Po kilku dniach dostała drugą tajną wiadomość. „Nie nazywam się Mosher – przeczytała. – Jestem Merian C. Cooper z Jacksonville i poznałem panią w Polsce. Pamięta pani, jak tańczyliśmy na balu w hotelu Bristol w Warszawie?”

Cooper wyjaśnił, że podał się za Franka Moshera, bo kiedy go zestrzelono, miał na sobie podpisany takim imieniem i nazwiskiem podkoszulek, który dostał z Czerwonego Krzyża. Ponieważ słyszał, że Kozacy rozstrzeliwują bez pardonu wszystkich oficerów wroga, a w chwili pojmania nic nie zdradzało jego stopnia wojskowego czy związku z Eskadrą Kościuszkowską, powiedział przesłuchującym [4] (jednym z nich był, jak sądził, sam Stalin), że jest kapralem. W liście błagał rodaczkę, by utrzymała jego tożsamość w tajemnicy, zawiadamiając tylko rodziców, że nie zginął.

4Osobliwym zrządzeniem losu pierwszy przesłuchiwał go Izaak Babel, który w Dzienniku 1920napisał: „Frank Mosher. Lotnik, strącili go, Amerykanin, bosy, ale elegancki, szyja jak kolumna, olśniewająco białe zęby, uniform brudny, zaoliwiony [...] Ach, jak zapachniało Europą, kawą, cywilizacją, siłą, starą kulturą...” (przekład Jerzego Pomianowskiego; przyp. tłum.).

Wprawdzie kontakt z Marguerite Harrison mógł być pierwszym krokiem do odzyskania wolności, ale Cooper nie miał ochoty czekać, aż Rosjanie zdecydują, co z nim począć. Przydzielony do oddziału oczyszczającego z lodu tory kolejowe pod Moskwą, uciekł pewnego dnia wraz z dwoma polskimi jeńcami. Trzej zbiegowie zmylili pogoń i po przebyciu siedmiuset kilometrów zamarzniętej równiny dotarli na bezpieczną Łotwę. W maju 1921 roku Cooper wrócił do Warszawy w samą porę, by radośnie powitać towarzyszy broni z Eskadry Kościuszkowskiej tuż przed ich powrotem do Stanów. Zanim odjechali, otrzymali z rąk samego Józefa Piłsudskiego krzyże Virtuti Militari, najwyższe polskie odznaczenie wojskowe. Wracając do ojczyzny, zostawiali za sobą we Lwowie groby trzech towarzyszy.

Polacy wznieśli tam Łuk Chwały z napisem: „Polegli, abyśmy wolni żyli”.

ROZDZIAŁ TRZECI

POLSKA „BĘDZIE WALCZYĆ”

Skuteczna obrona nowo odzyskanej wolności nie oznaczała, że Polacy mogą spocząć na laurach. Niemcy i Związek Sowiecki, utraciwszy Polskę, przez następne dziewiętnaście lat knuły, jak ją odzyskać. „Istnienie Polski jest nie do przyjęcia