Opis

Zbiór kilkunastu historii opowiadających o kontrowersyjnych procesach, które poruszały opinię publiczną przez ostatnie 120 lat. Tytułowa sprawa Dreyfusa jest do dziś jedną z najgłośniejszych politycznych afer w historii Europy. Dwukrotnie skazany za domniemaną zdradę francuskich tajemnic wojskowych 35-letni kapitan Alfred Dreyfus, oficer pochodzenia żydowskiego, stał się ofiarą spisku wewnątrz armii. W jego obronie stanęło wielu uczonych i pisarzy, jednak na pełną rehabilitację musiał czekać ponad 10 lat. Jego losy i towarzyszący procesowi skandal zainspirowały Romana Polańskiego do nakręcenia w przyszłym roku filmu sensacyjnego. Sam reżyser jest zresztą bohaterem innego rozdziału tej książki. Pozostałe procesy, w tym Rity Gorgonowej, O.J. Simpsona, Zdzisława Marchwickiego, Katarzyny Waśniewskiej, Janiny Borowskiej czy Brunona Hauptmanna, domniemanego mordercy syna Lindbergha, pokazują, jak niedoskonały był i nadal jest wymiar sprawiedliwości, nie tylko w Polsce. Natomiast sprawa byłego szefa Kedywu, Augusta Emila Fieldorfa „Nila”, to przykład zbrodni dokonanej w majestacie prawa przez „morderców” w togach. Zbiór uzupełniają głośne przed laty procesy: Erika Jana Hanussena – żydowskiego jasnowidza Hitlera, Adolfa Eichmanna – głównego architekta Holocaustu, Ulrike Meinhof i terrorystów spod znaku Frakcji Czerwonej Armii oraz Janusza Treli, znanego szefa gangu Krakowiaka”. Niewątpliwą zaletą publikacji jest nie tylko szczegółowe przedstawienie samych procesów, ale i tragicznych wydarzeń, które do nich doprowadziły, oraz sylwetek samych oskarżonych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 601

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Podobne


Redakcja

Anna Seweryn-Sakiewicz

Joanna Drzazga

Ilustracje

na okładce

Jean Baptiste Guth / Wikimedia Commons

na stronach rozdziałowych

murderpedia.org, 3obieg.pl, nasygnale.pl, slaska.policja.gov.pl, Wikimedia Commons

Redakcja techniczna, skład iłamanie

Damian Walasek

Opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2014

Wydawca

WydawnictwaVideograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3C

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

[email protected]

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej

DICTUM Sp. zo.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

[email protected]

www.dictum.pl

©Copyright byWydawnictwaVideograf SA, Chorzów 2014

ISBN 978-83-7835-369-0

Jedność przywrócić i prawdziwość:

Niech prawo zawsze prawo znaczy,

A sprawiedliwość – sprawiedliwość.

Julian Tuwim

Ideowy spór o Francję. PROCES ALFREDA DREYFUSA. (1894, 1899)

W lipcu 2014 roku w Krakowie pojawił się niejaki pan Robert Benmussa, producent nowego filmu Romana Polańskiego –Sprawa Dreyfusa. „Postanowiliśmy namówić pana Benmussę, aby rozważył wariant realizacji tego filmu w Polsce” – oświadczyła dyrektor Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, Agnieszka Odorowicz. Producent odwiedził podkrakowskie Alvernia Studios, gdzie wiosną 2015 roku powinny się rozpocząć zdjęcia. To, czy obraz będzie realizowany w Polsce, zależy w głównej mierze od tego, czy polski rząd udzieli Polańskiemu „gwarancji bezpieczeństwa”. „Potrzebujemy oficjalnego potwierdzenia, na piśmie, że status Romana Polańskiego w Polsce jest bezpieczny” – powiedział podczas konferencji prasowej Robert Benmussa. Producent pozwolił sobie nawet na żart, kiedy wyłączając dzwoniący telefon komórkowy, stwierdził: „Barack Obama dzwoni”.

Od 1977 roku słynny reżyser ścigany jest przez amerykański wymiar sprawiedliwości, oskarżony o to, że w willi Jacka Nicholsona podał trzynastoletniej Samancie Gailey (obecnie Geimer) narkotyk, po czym uwiódł ją, co w stanie Kalifornia klasyfikowane jest automatycznie jako gwałt. Nie czekając na zakończenie procesu, Polański wyjechał do Europy, uciekając przed wymiarem sprawiedliwości1.

Jeżeli wszystko ułoży się pomyślnie, za zdjęcia doSprawy Dreyfusabędzie odpowiadał polski operator Paweł Edelman, znany między innymi z takich produkcji jakPianista,Rzeźi Wenus w futrze. Muzykę skomponuje inny stały współpracownik reżysera, Francuz Alexandre Desplat. Scenariusz stworzył Robert Harris, autor powieściOficer i szpieg, która we wrześniu 2014 roku ukazała się w polskim tłumaczeniu. Harris współpracował wcześniej z Polańskim przy filmieAutor widmo. Budżet filmu oscyluje w granicach trzydziestu pięciu milionów euro. Głównym bohaterem obrazu będzie pułkownik Georges Picquart, który odegrał w procesie Dreyfusa bardzo istotną rolę. „Roman Polański myślał o tym filmie od dawna. To nie tylko historyczna opowieść, można na nią spojrzeć również w szerszym kontekście, jako na uniwersalną przypowieść o niesprawiedliwości” – powiedział Benmussa, dodając, że współczesny widz będzie mógł znaleźć analogię między postacią Picquarta a osobą Edwarda Snowdena2.

Obecny również na konferencji pełnomocnik Romana Polańskiego, mecenas Jan Olszewski, przypomniał, że wcześniej zarówno Francja, której obywatelstwo ma reżyser, jak i Szwajcaria, gdzie mieści się jego dom, odmówiły amerykańskiemu wymiarowi sprawiedliwości wydania reżysera. „Mamy nadzieję, że pan Roman Polański, jako wybitna postać, która sławi imię naszego kraju na całym świecie, będzie zasługiwał na taką samą ochronę na terenie Polski – stwierdził Olszewski. – Pan Roman Polański jest obywatelem naszego państwa i cały czas jest człowiekiem, który myśli, mówi i czuje po polsku”.

Jak oficjalnie poinformowało Ministerstwo Sprawiedliwości: „Ekstradycja w relacjach pomiędzy Polską a USA odbywa się na podstawie Umowy między Rzecząpospolitą Polską a Stanami Zjednoczonymi Ameryki. Zgodnie z nią, żadna ze stron nie jest zobowiązana do wydania własnego obywatela. Ewentualną ekstradycję poprzedzają między innymi areszt poszukiwanego oraz postępowanie sądowe w jego sprawie”. „Nie ma aktualnie wiedzy na temat wniosku o ekstradycję Romana Polańskiego – stwierdziła rzeczniczka prasowa ministerstwa, Patrycja Loose. – Jeśli taki strona amerykańska złoży, to sprawą zajmą się odpowiednie organy, między innymi polski sąd, a dopiero później, na końcu, minister sprawiedliwości”. Ministerstwo przypomniało również, że władze USA wydały już w sprawie Romana Polańskiego międzynarodowy list gończy. Polskie biuro Interpolu nie wprowadziło jednak reżysera do bazy osób poszukiwanych w celu zatrzymania w Polsce, ponieważ – zgodnie z obowiązującym na terenie RP prawem – czyn popełniony przez ściganego w 1977 roku uległ przedawnieniu.

Drugi z pełnomocników Polańskiego, mecenas Jerzy Stachowicz, potwierdził, że reżyser jest „od jakiegoś czasu” obywatelem Krakowa: „Jest zameldowany w mieście, wynajął tu mieszkanie. Jego marzeniem jest przywieźć tutaj swoje dzieci, pokazać im swoje stare kąty, gdzie się wychował. W szczególności chciałby odwiedzić ze swoimi dziećmi obóz w Auschwitz, w którym zginęła ich babcia, Aptekę pod Orłem i kopalnię soli w Wieliczce”.

W swoim oświadczeniu Roman Polański podkreślił, że od dawna marzył o zrobieniu filmu o tym żydowskim oficerze: „Zależało mi, by nie był to dramat kostiumowy a historia szpiegowska – wyjaśnił reżyser, dodając: – Widzowie będą mogli dostrzec odniesienia do dzisiejszego świata, ogarniętego paranoją kontroli, wymykających się spod wszelkiej kontroli tajnych służb, świata, w którym mniejszości nadal padają ofiarami polowania na czarownice”.

Ponad sto lat temu, w okresie zwanymfin de siècle,sprawa Dreyfusa zatrzęsła całą Francją,stając się jaskrawym i uniwersalnym symbolem niesprawiedliwości w imię źle pojmowanej racji stanu. Wokół podejścia do niej krystalizowała się większość politycznych sporów, przebiegających na wielu różnych płaszczyznach. Najbardziej zażarty z nich dzielił prawicowe i monarchistyczne kręgi społeczeństwa od środowisk republikańskich, antymonarchistycznych i antyklerykalnych. Duże znaczenie miały też stosunkowo silne wówczas nad Sekwaną nastroje antysemickie.

„Sprawa Dreyfusa to wydarzenie, które zaważyło na wielu aspektach życia Francji i odzywało się echem przez wiele dziesięcioleci, zasilając spory i dyskusje niemal do dzisiejszych dni – napisała w «Gazecie Wyborczej» Ewa Bieńkowska. – Ściślej mówiąc, rok 1994 to stulecie początku tej sprawy, która ciągnęła się przez dwanaście lat, to przygasając, sprawiając wrażenie beznadziejnego impasu, gdzie sprawiedliwości nigdy nie stanie się zadość i człowiek niewinnie skazany zgnije w głębi kazamatów; to nabierając przyspieszenia godnego najbardziej szalonych powieści kryminalnych, trzymając Francję w stanie napięcia, dzieląc w poprzek rodziny, instytucje, organizacje społeczne, polityczne i wyznaniowe, wyzwalając w ludziach namiętności, o które wcześniej siebie nie podejrzewali”.

Afera miała poważne reperkusje dla życia politycznego i społecznego kraju, skutkujące zepchnięciem prawicy na margines, wprowadzeniem w 1905 roku rozdziału Kościoła od państwa oraz podporządkowaniem armii kontroli cywilnej. Błaha z pozoru sprawa przerodziła się w wielki polityczny kryzys, który na zawsze zmienił oblicze III Republiki.

* * *

Wszystko zaczęło się późnym latem 1894 roku. We Francji trwała w najlepszela belle époque,czyli cudowny okres rozkwitu sztuki i nauki, emanujących swym blaskiem na całą Europę. Ludwik Pasteur ślęczący nad próbówkami, Juliusz Verne na dnie oceanu razem z kapitanem Nemo, krasomówcze oracje Wiktora Hugo z laseczką w ręku, cała impresjonistyczna cyganeria… Paryż kipiał gorączkową wesołością, wydając się ciągle Francuzom stolicą świata. Oświetlone skrzydła Czerwonego Wiatraka kręciły się wśród nocy Montmartre’u. Z każdym dniem dzielnica jaśniała większym blaskiem. Elysee, Chat Noir i Mirliton co wieczór zapełniały się do ostatniego miejsca sławnymi artystami, znanymi literatami i dziennikarzami, prawdziwymi damami i damami z półświatka, burżujami z nabitymi trzosami, aktorami, hulakami i malarzami. Na ulicach szeleściły jedwabie, rozchodził się zapach perfum. Kobiety poruszały się jak omdlałe, upojone, rzucając na prawo i lewo powłóczyste spojrzenia.

Komentowano kolejne etapy podboju powietrza – rekordy rodzimych i zagranicznych lotników. Gdzieś daleko, za morzami, generałowie francuscy trudzili się, aby ujarzmić obce kraje i uczynić z nich przynoszące bogactwo kolonie. Młody kapitalizm szalał, prześcigano się w inicjatywach finansowych i oszustwach. Składano hołdy nauce, która odnosiła ogromne sukcesy w przedłużaniu ludzkiego życia, zwalczaniu chorób i zmniejszaniu śmiertelności, poszerzaniu stref dobrobytu i zapewnianiu wygody codziennego bytowania.

Ale szalone lata dziewięćdziesiąte nie były tylko szczytem dokonań twórczych Auguste’a Renoira, Henriego de Toulouse-Lautreca, Claude’a Debussy’ego czy Gustave’a Eiffela. „Piękna epoka” swym niewątpliwym czarem maskowała również skutecznie smród fanatycznych nastrojów społecznych i rodzących się właśnie szalonych ideologii, które już wkrótce miały zatrząść światem. Była przedsmakiem piekła, nadchodzącego z szybkością Orient Expressu, chociaż wówczas nikt jeszcze tego nie dostrzegał. W cieniu słodkiej dekadencji artystycznej rodziła się mroczna dekadencja polityczna, coraz energiczniej rozpychając się łokciami.

* * *

Pożywkę dla tej niesamowitej, pogmatwanej i tragicznej zarazem historii stanowił obsesyjny wręcz antagonizm francusko-niemiecki, jaki zapanował nad Sekwaną po przegranej w latach 1870–1871 wojnie z Prusami, skutkującej utratą dwóch bogatych prowincji – Alzacji i Lotaryngii. Wywołana klęską podejrzliwość Francuzów wobec Niemców objawiała się między innymi zabobonnym lękiem przed penetracją ich sekretów militarnych przez agentów niemieckiego wywiadu. Uważano, że wróg wszelkimi sposobami próbuje rozłożyć Francję od środka, na przykład za pośrednictwem Żydów…

Zatrudniona w niemieckiej ambasadzie w Paryżu francuska sprzątaczka, Marie Bastian, znalazła w koszu na śmieci list, napisany przez kogoś podpisującego się pseudonimem „Łotr D.”. Zaadresowany był do majora Maximiliana von Schwartzkoppena, niemieckiego attaché wojskowego, i zawierał poufne informacje dotyczące nowego uzbrojenia francuskiej armii, w tym notatkę o hamulcu hydraulicznym do dział i najnowszy podręcznik nauki strzelania dla artylerii polowej. Jak to zwykle w tego typu placówkach bywa,madameBastian pracowała dla francuskiego wywiadu. Znaleziony list przekazała oficerowi prowadzącemu, majorowi nazwiskiem Hubert-Joseph Henry. Tenże poinformował o znalezisku swego zwierzchnika, pułkownika JeanaSandherra, a także ministra wojny, generała Auguste’a Merciera. Mercier z kolei dał o tym znać prezydentowi Jeanowi Casimirowi-Périerowi oraz premierowi Charles’owiDupuyowi. Tym sposobem od samego początku sprawa zyskała wagę państwową.

Mając na uwadze właśnie militarny charakter znalezionych w liście informacji, francuskie władze wydały swoim służbom specjalnym rozkaz jak najszybszego ujęcia zdrajcy. Bez względu na koszty. Natychmiast podjęto intensywne czynności operacyjne, mające na celu wykrycie autora listu. Wkrótce krąg podejrzanych zawężono do kilku oficerów ze Sztabu Generalnego, którzy mieli dostęp do ujawnionych w liście tajemnic. Najcięższe podejrzenia padły na młodego oficera – Alfreda Dreyfusa…

Po pierwsze, był oficerem artylerii, a więc miał dostęp do informacji, które zdradził Niemcom tajemniczy „Łotr D.”. Po drugie, pochodził z zajętej przez Niemców Alzacji, gdzie często jeździł w celu – jak twierdził – odwiedzenia rodziny. Po trzecie, władał biegle kilkoma językami, w tym niemieckim. Po czwarte, był bardzo ambitny i pracowity, usilniezabiegał o awanse, bojkotując typowe dla innych oficerów sztabu rozrywki: karty, wino i wieczorne Francuzów rozmowy o polityce. Co najważniejsze zaś był Żydem, a Żydzi – jak większość Francuzów wówczas sądziła – nigdy nie służą wiernie przybranej ojczyźnie, zaś zdradzenie jej przychodzi im równie łatwo, jak innym wychylenie szklanki wina.

Zamknięty w sobie, introwertyczny Alfred Dreyfus znakomicie nadawał się do roli kozła ofiarnego, czarnego bohatera szpiegowskiej afery. W zasadzie niczym się nie wyróżniał. Był postacią nijaką, człowiekiem bardzo ambitnym, lecz niespecjalnie inteligentnym. W dodatku jeszcze bardzo apodyktycznym i wyniosłym, krótko mówiąc: niesympatycznym.

Urodził się 9 października 1859 roku w alzackiej Miluzie, w zamożnej rodzinie żydowskiej. Jego ojciec, Raphaël, był znanym fabrykantem sukna, który to fakt niewątpliwie zaliczał tatę do kręgów burżuazji. Pradziadek Alfreda trudnił się jeszcze handlem obnośnym, dziadek posiadał prywatny wiejski bank, udzielający chłopom niewielkich pożyczek. Dopiero ojciec, dzięki kilku udanym transakcjom na rynku nieruchomości, zgromadził większy majątek, który umożliwił mu założenie fabryki tekstyliów – Raphaël Dreyfus et Compagnie.

Kiedy w rezultacie wojny francusko-pruskiej z 1871 roku Alzacja została przyłączona do Rzeszy Niemieckiej, Dreyfusowie zdecydowali, że są Francuzami i przenieśli się do Paryża. W 1882 roku Alfred rozpoczął naukę w prestiżowej szkole, École Polytechnique w Palaiseau pod Paryżem, a po jej ukończeniu zaczął robić karierę w armii. Mimo że był krótkowidzem i nie dysponował głosem odpowiednim do wydawania rozkazów, w 1882 roku uzyskał awans na porucznika, a trzy lata później na kapitana, zostając jednocześnie pierwszym w historii armii francuskiej Żydem, któremu udało się znaleźć zatrudnienie w Sztabie Generalnym. W 1884 roku poślubił Lucie, córkę bogatego jubilera. Zamieszkiwał wraz z nią i dwójką dzieci w eleganckim apartamencie w pobliżu placu Trocadéro, w najbardziej prestiżowej dzielnicy Paryża.

15 października 1894 roku Dreyfus otrzymał niespodziewane wezwanie do sztabu. Wczesnym rankiem miał się tam stawić w celu przeprowadzenia inspekcji. Na miejscu zastał majora Armanda du Paty de Clam, jak się wkrótce okazało, oficera prowadzącego śledztwo w sprawie zdrady. Major poprosił go o napisanie listu, dyktując dokładnie słowo w słowo tekst dokumentu znalezionego w koszu niemieckiej ambasady. Już na pierwszy rzut oka widać było, że oba listy napisane są bardzo podobnym charakterem pisma.

– Aresztuję pana pod zarzutem zdrady stanu – oznajmił Dreyfusowi de Clam.

Chcąc zapobiec grożącemu skandalowi, major wcisnął podejrzanemu do ręki rewolwer, proponując najbardziej honorowe w tej sytuacji wyjście, czyli samobójstwo. Tymczasem – ku jego wielkiemu zdziwieniu – Dreyfus odmówił, zapewniając, że jest całkowicie niewinny. Dokumenty poddano więc dokładnej analizie grafologicznej i tu nastąpiła niespodzianka. Badający pismo biegli podzielili się na dwa, a nawet trzy obozy. Jedni twierdzili, że oba listy bez wątpienia napisał ten sam człowiek, drudzy wykluczyli to z całą stanowczością. Jeszcze inni – nie byli pewni. Przeprowadzone w domu kapitana przeszukanie nie wniosło do sprawy nic nowego.

Tymczasem informacje o prowadzonym śledztwie dotarły do prasy. Kiedy okazało się, że podejrzanym o szpiegostwo jest młody oficer pochodzenia żydowskiego, gazety, na czele z „La Libre Parole” („Wolne Słowo”), zainicjowały szeroko zakrojoną antysemicką kampanię. Nie do pomyślenia było, aby zdrajcą mógł okazać się „prawdziwy francuski oficer, przywiązany wszystkimi fibrami do kraju i żyjący w poczuciu odziedziczonego po przodkach honoru”.

Francja była wyjątkowo wyczulona na kwestie honoru swej armii, wspomnienie klęski 1870 roku i utraty wschodnich prowincji piekło jeszcze ciągle jak świeża rana.

Major du Paty de Clam wiedział doskonale, iż dysponuje bardzo nikłym materiałem dowodowym, jednak w panującej atmosferze narodowej histerii jego przełożeni, za wszelką cenę łaknący szybkiego sukcesu, zdecydowali o postawieniu kapitana Dreyfusa przed obliczem Najwyższego Sądu Wojskowego, zarzucając mu sprzedawanie Niemcom militarnych tajemnic Francji.

* * *

19 grudnia 1894 roku w paryskim więzieniu wojskowym Cherche-Midi rozpoczął się prowadzony przy drzwiach zamkniętych proces. „Na korytarzu żołnierze gwardii sprawdzają skrupulatnie przepustki i rewidują każdego wchodzącego – donosił swym czytelnikom jeden ze sprawozdawców. – Woźny pojedynczo wpuszcza korespondentów na salę rozpraw, niedużą, na planie kwadratu, zastawioną ławeczkami i mnóstwem niskich drewnianych barierek. Na niewielkim podwyższeniu znajduje się nakryty zielonym suknem stół sędziowski. Na prawo niewielka trybunka dla obrońcy. Po lewej stół oskarżyciela i sekretarza trybunału. Między miejscami dla świadków a ławkami publiczności stoi szereg żołnierzy gwardii dzierżących karabiny z bagnetami. Jedynymi ozdobami ponurej sali jest wielki piec i ogromne płótno wiszące za stołem sędziowskim. Na czarnym tle wymalowano na nim Ukrzyżowanego”.

Siedmioosobowemu składowi sędziowskiemu przewodniczył pułkownik Emilien Maurel. Za zamkniętymi na głucho drzwiami zaczęły się dziać rzeczy dziwne. Jedynym „dowodem” zbrodni było rzekome podobieństwo charakterów pisma, podważane jednak przez niektórych ekspertów (na przykład przez Alfreda Goberta, eksperta Banku Francji), potwierdzone zaś przez specjalistów ze sztabu. Podczas rozprawy ci ostatni oświadczyli, że w sprawie istnieje tajemniczy „dowód ostateczny”, wykluczający wszelkie wątpliwości co do winy Dreyfusa, znajduje się on jednak w posiadaniu ministra wojny i ujawnienie go nie jest możliwe, gdyż groziłoby to natychmiastowym wybuchem konfliktu zbrojnego na skalę europejską. Resztę oskarżenia prokurator, major André Brisset, oparł na takich przesłankach jak fakt, że Dreyfus ma świetną pamięć i zna kilka języków obcych, w tym niemiecki, a są to – jak powszechnie wiadomo – walory bardzo przydatne w pracy szpiegowskiej. Oskarżyciel stwierdził również, że nie ma pojęcia, dlaczego kapitan Dreyfus miałby zdradzić, ale że zdradził, to rzecz pewna.

Co najdziwniejsze, w ówczesnej sytuacji międzynarodowej oraz przy rozpętanej przez prasę nagonce i naciskach „z góry” ten rodzaj szantażu okazał się nadzwyczaj skuteczny. Obrońca Dreyfusa, jeden z najlepszych francuskich adwokatów – mecenas Edgar Demange, który był przekonany o niewinności swego klienta, w ogóle nie został dopuszczony do głosu. Zeznający w sprawie jako świadek major Henry oświadczył, iż wie z całą pewnością, że kapitan Dreyfus jest zdrajcą. Od kogo to wiedział? Ano od pewnej szanowanej osobistości, której nazwiska nie mógł zdradzić.

Jednomyślny wyrok zapadł już po czterech dniach postępowania, 22 grudnia – dożywotnie zesłanie i degradacja. Zgodnie z wojskową procedurą karną oskarżony nie był obecny przy jego ogłaszaniu, zostały mu jednak dwadzieścia cztery godziny na apelację. „Na ulicy tłum rozchodzi się – opisywał sprawozdawca. – Ktoś krzyczy: «Śmierć zdrajcy!», ktoś zauważa: «Koniec sprawy». Nikt nie przeczuwa, że to dopiero początek”. Dreyfus złożył w terminie odwołanie, ale 31 grudnia zostało ono w całości odrzucone. Sąd Apelacyjny stwierdził, że proces odbył się zgodnie z prawem, a wymierzona kara jest jak najbardziej adekwatna do popełnionej zbrodni.

W sobotę 5 stycznia 1895 roku – rozmyślnie wybrano dzień szabasu3 – na dziedzińcu ÉcoleMilitaire(szkoła wojskowa), na Polach Marsowych, odbyła się degradacja kapitana, zainscenizowana jako pompatyczny spektakl. Poprzez taką demonstrację armia pragnęła zwiększyć swoją i tak już niemałą popularność, co zresztą się powiodło, gdyż opinia publiczna i prasa – pomijając sceptyczną mniejszość – nastawione były wyjątkowo wrogo przeciwko skazanemu. Georges Clemenceau, polityk radykalno-socjalistycznej lewicy i późniejszy minister spraw wewnętrznych oraz premier, w „La Justice” nazwał Dreyfusa „nieludzką duszą” i „zepsutym sercem”, wyrażając w ten sposób pogląd większości społeczeństwa.

W kolejnych odcinkach swych paryskich korespondencji Theodor Herzl opisał obszernie publiczną ceremonię degradacji:

„Zgromadziła w ten ponury, zimowy poranek mnóstwo ciekawskich w okolicach szkoły wojskowej, położonej za terenami wystawy z 1889 roku. Widać było wielu oficerów, często w towarzystwie dam. Na dziedziniec ÉcoleMilitairewpuszczano tylko oficerów i nielicznych dziennikarzy. Na zewnątrz oczekiwały tłumy gapiów, którzy zwykle przyglądają się egzekucjom. Zmobilizowano wielu policjantów. Po godzinie dziewiątej ogromny plac zapełnił się oddziałami wojska, ustawionymi w czworobok – razem pięć tysięcy żołnierzy. Pośrodku zatrzymał się generał na koniu.

Kilka minut po dziewiątej przyprowadzono skazanego, w kapitańskim mundurze. Czterech ludzi przywiodło go przed oblicze generała, który powiedział: «Alfredzie Dreyfus, jest pan niegodny noszenia broni. W imieniu narodu francuskiego degraduję pana. Wykonać wyrok!». Kapitan uniósł prawą rękę i zawołał: «Przysięgam i oświadczam, że degraduje się niewinnego. Niech żyje Francja!». W tym samym momencie odezwały się werble, a oficer dragonów zerwał z munduru skazanego złote epolety i złamał jego szpadę. Podczas trwającej kilka minut procedury Dreyfus zachował spokój. Teraz musiał przemaszerować przed frontem żołnierzy. Czynił to jak człowiek, który czuje się niewinny. Gdy przechodził obok grupy oficerów, rozległy się okrzyki: «Judasz! Zdrajca!». «Wypraszam sobie te zniewagi!» – odkrzyknął.

Dwadzieścia minut po dziewiątej przemarsz zakończył się. Byłego oficera przekazano w kajdankach żandarmom – od tej pory traktowany był jak więzień cywilny. Tłumy zebrane pod bramami czekały jednak na pojawienie się przestępcy. Słychać było gniewne słowa: «Jeśli teraz wyjdzie, ludzie rozszarpią go na strzępy». Czekanie okazało się jednak daremne, świadkowie rozeszli się wreszcie, osobliwie podekscytowani. Niezwykła, nieugięta postawa zdegradowanego zrobiła na wielu spore wrażenie”.

* * *

Początkowo Dreyfus trafił do paryskiego więzienia La Santé, a następnie przeniesiono go do twierdzy na wyspie Île de Ré, niedaleko La Rochelle, gdzie miał jeszcze możliwość odbycia ostatniego widzenia z żoną. 17 stycznia, żegnany wyzwiskami tłumu, odpłynął stamtąd na cieszącą się jak najgorszą sławą Wyspę Diabelską koło Cayenne w Gujanie Francuskiej. To właśnie miejsce zesłania przygotowano specjalnie dla niego ze względu na morderczy klimat. Na co dzień służyło do izolacji trędowatych. Zamieszkał w chacie z kamienia, o powierzchni cztery na cztery metry. Drzwi zabezpieczała żelazna sztaba, świat oglądał przez maleńkie zakratowane okienko. Przez cały czas pilnowało go pięciu dozorców. Za dnia mógł poruszać się tylko w części wyspy pomiędzy przystanią a małą doliną, w której znajdowało się leprozorium. Jego korespondencja podlegała drobiazgowej cenzurze. Uwięziony na „końcu świata”, w koszmarnych warunkach, w kompletnej izolacji, bo strażnikom nie wolno było nawet z nim rozmawiać, podupadał na zdrowiu, tracąc jakąkolwiek nadzieję na sprawiedliwość. Poza najbliższą rodziną nikt nie próbował podważać jego winy. Po kilku miesiącach sprawa została prawie całkowicie zapomniana. Prawie…

Ofiara tak swoiście pojmowanego wymiaru „sprawiedliwości” już od kilkunastu miesięcy wegetowała na Wyspie Diabelskiej, kiedy we Francji rozpoczęła się kampania przeciwko niesłusznemu wyrokowi. Wśród prawników pojawiły się poważne zastrzeżenia co do legalności i wiarygodności przeprowadzonego procesu. Żydowski pisarz BernardLazarewydał w Brukseli broszurkę zatytułowanąBłąd wymiaru sprawiedliwości: prawda o sprawie Dreyfusa. O rehabilitację skazanego przez cały czas usilnie zabiegała jego rodzina, zwłaszcza brat, Mathieu Dreyfus, zamożny i wpływowy przedsiębiorca. Nawet w kręgach rządowych zaczęły się rodzić wątpliwości. Jako pierwsza ważna osobistość z tychżesfer głos zabrał minister sprawiedliwości, Ludovic Trarieux:„Wierzyłem początkowo, jak wszyscy, w winę kapitana Dreyfusa. Teraz jednak zastanawiam się, czy atmosfera, w której odbywał się proces, nie pozbawiła sędziów, nawet bez ich wiedzy, spokoju i obiektywizmu potrzebnego do prawidłowego przeprowadzenia wszystkich czynności. Z tego powodu uznałem za konieczne zwrócić się do moich kolegów z Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Jeden z nich powiedział mi, iż żałuje takiego obrotu sprawy. Stwierdził, że zrobił ze swej strony wszystko, by zapobiec nieprawidłowościom, lecz uważa, że proces został wszczęty na podstawie niewystarczających dowodów. Dodał ponadto, że minister wojny, generał Auguste Mercier przedstawił mu dokument sugerujący niedozwolone kontakty oficera z agentem obcego mocarstwa”.

W tym czasie na emeryturę odszedł wielce zasłużony w procesie skazania Dreyfusa szef wydziału informacyjnego Oddziału II Sztabu Generalnego, pułkownik JeanSandherr. Jego miejsce zajął pułkownik Georges Picquart, Alzatczyk i katolik, podzielający w pewnej mierze antysemickie uprzedzenia, lecz oficer nadzwyczaj prawy, sumienny i inteligentny. Przy okazji śledztwa dotyczącego kolejnego przypadku szpiegostwa dokonał ponownego porównania charakterów pisma, dochodząc do wniosku, że autorem listu znalezionego w niemieckiej ambasadzie jest major Charles Marie Ferdinand Walsin Esterhazy, syn wywodzącego się z węgierskiego rodu arystokratycznego generała. Oficer z szacownego rodu, lecz o kompletnie spapranej skandalami reputacji. Sztab Generalny zatuszował jednak to odkrycie, Picquarta zaś przeniesiono do Czwartego Pułku Strzelców, stacjonującego w garnizonie w Susie, na pustyni, a na jego stanowisko został powołany Hubert-Joseph Henry, awansowany przy okazji do stopnia podpułkownika.

Pragnąc uratować sytuację, Henry dopuścił się fałszerstwa dokumentu. Do posiadanego listu włoskiego dyplomaty dopisał tym samym charakterem pisma fragment mówiący wprost o Dreyfusie. Swój wytwór zaprezentował zwierzchnikom jako nowe odkrycie, potwierdzające, tym razem w sposób absolutny, zdradę kapitana. Odtąd przez prawie trzy lata sfabrykowany materiał stanie się podstawą, na której dowództwo armii opierać będzie kategoryczną odmowę rewizji procesu.

Przed opuszczeniem Francji pułkownik Picquart poprosił o rozmowę z jednym ze swych przełożonych.

– Co to dla pana za różnica, że ten Żyd zostanie na Wyspie Diabelskiej? – zbył jego wątpliwości zwierzchnik.

– Może pan być pewny, że tego sekretu nie zabiorę ze sobą do grobu! – odpowiedział Picquart.

O swym odkryciu opowiedział przyjacielowi, adwokatowi Louisowi Leblois’owi. Ten z kolei zawiadomił liberalnego senatora z Alzacji, Auguste’a Scheurer-Kestnera, wiceprzewodniczącego senatu, który złożył w sprawie Dreyfusa interpelację. Pomimo nacisków społeczeństwa nowy minister wojny, Godefroy Cavaignac, usiłował jednak ponownie zrzucić winę na Dreyfusa. Występując przed Izbą Deputowanych, zacytował fragmenty dostarczonego mu przez Huberta Henry’ego listu włoskiego attaché wojskowego, Alessandro Panizzardiego, do Maxa von Schwartzkoppena, potwierdzające szpiegowską aktywność kapitana.

Mimo wyjścia na jaw dowodów świadczących niezbicie, że to nie Alfred Dreyfus był autorem przecieku tajnych informacji, lecz Ferdinand Esterhazy, dowody winy tego ostatniego zostały zatuszowane przez usiłującą ukryć własne błędy francuską generalicję. Wydawało się, że Dreyfus mimo wszystko dokona swego żywota okryty hańbą po wsze czasy, na Wyspie Diabelskiej w zielonym piekle Gujany…

* * *

Tymczasem zainteresowanie sprawą zataczało coraz szersze kręgi, coraz więcej ludzi coraz częściej opowiadało się po stronie ofiary. 13 stycznia 1898 roku Emil Zola napisał list otwarty do prezydenta Republiki, Félixa Faure’a, zamieszczony w dzienniku „L’Aurore” – której właścicielem był, notabene, Georges Clemenceau – zatytułowanyJ’accuse!(Oskarżam!). Tekst został wydrukowany na pierwszej stronie gazety i wywołał poruszenie zarówno we Francji, jak i poza jej granicami.

„Obowiązkiem moim jest mówić – pisał Zola – nie chcę być współwinny zbrodni. Widmo niewinnego człowieka pokutującego w strasznych męczarniach za niepopełnioną winę nie dawałoby mi spokoju po nocach. Po Pana, Panie Prezydencie, będę wołał, wykrzykując tę prawdę z całą siłą oburzenia, które odczuwam jako uczciwy człowiek. Przez mój dla Pana szacunek jestem przekonany, że prawdy tej Pan nie zna. Przed kim miałbym oskarżyć zbrodniczą zgraję rzeczywistych winowajców, jeśli nie przed Panem, pierwszym autorytetem w państwie? […] Kiedy się zakopuje prawdę pod ziemią, ona tam tężeje i nabiera takiej mocy eksplodującej, że wybuch jej wysadza wszystko w powietrze. Czas pokaże, czy nie przygotowano na przyszłość najgłośniejszej z katastrof”.

Zola oskarżył – po kolei i z nazwiska – dowódców armii o fałszerstwa oraz nieprawdziwe zeznania, a także o świadome chronienie zdrajcy i obciążanie niewinnego. Skrytykował również cały wojskowy system sprawiedliwości, posądzając rząd o antysemityzm, sam zaś proces Dreyfusa określił jako „zbrodnię zdrady stanu przeciwko ludzkości”. Pod listem podpisało się wielu francuskich intelektualistów. Żaden tekst, opublikowany do tej pory w obronie kapitana, nie brzmiał tak zuchwale. Mówiono raczej nie o świadomych fałszerstwach, lecz co najwyżej o sądowej pomyłce, nie chcąc wchodzić w konflikt z armią. Zola natomiast świadomie sprowokował oskarżenie go o zniesławienie, aby przez rozpętanie skandalu wymusić na władzach rewizję procesu Dreyfusa. I rzeczywiście, doczekał się, czego chciał, po niespełna miesiącu od zamieszczenia swego artykułu. Proces pisarza odbył się w atmosferze niesamowitego podniecenia, wśród okrzyków za i przeciw, bójek na sali sądowej oraz na ulicy. Codzienna prasa zamieszczała dokładne stenogramy z przebiegu obrad, adwokaci Zoli i świadkowie obrony próbowali przekształcić jego sprawę w początek rewizji procesu Dreyfusa. Zeznania naukowców wręcz ośmieszyły wydane przez wojskowych ekspertów opinie.

Zwycięstwo wydawało się już bliskie, kiedy zeznający w charakterze świadka oskarżenia jeden z generałów Sztabu Generalnego oświadczył pod przysięgą, że na własne oczy widział niezbity dowód winy Dreyfusa. Chodziło o dokument spreparowany przez Huberta Henry’ego. Oświadczenie to zamknęło usta świadkom obrony i ostatecznie przekonało Wysoki Sąd. Zola został skazany za oszczerstwo na rok więzienia i trzy tysiące franków grzywny4, a francuski parlament przegłosował następnego dnia deklarację o „wypowiedzianej wrogom wewnętrznym wojnie”. Jeden z występujących przeciwko ekspertom sztabu uczonych stracił pracę, jednego z obrońców pisarza pozbawiono prawa wykonywania zawodu adwokata, a pułkownik Georges Picquart na podstawie sfabrykowanych zarzutów wylądował w więzieniu. Był to wyraźny znak, że armia nie zamierza kompromitować się kasacjami własnych orzeczeń, zaś francuskie władze zaczęły się zachowywać tak, jak gdyby uznały za własne głoszone przez nacjonalistyczną prasę hasło: „Rewizja procesu Dreyfusa to koniec Francji!”.

Głosy żądające rewizji procesu stawały się jednak coraz głośniejsze. Za uwolnieniem Dreyfusa zaczęły opowiadać się coraz to nowe osoby. Do walki o jego uniewinnienie przyłączyli się między innymi: znany żydowski prawnik i dziennikarz Joseph Reinach, przyszły minister Georges Clemenceau, który zmienił całkowicie swe zapatrywanie co do winy kapitana, pisarze Octave Mirbeau, Marcel Proust i Anatole France, matematyk, fizyk, astronom i filozofHenri Poincaré czy wspomniany wcześniej senator Scheurer-Kestner.

Naprzeciw siebie stanęły dwa wrogie obozy. Jeden stanowili ci, którzy widzieli w Dreyfusie ofiarę pomyłki sądowej, a nawet ukartowanej z góry intrygi, drugi ci, dla których kapitan musiał być winny, aby armia, ta chwalebna emanacja Francji, mogła pozostać nieskalana. Francuzi marzyli przecież o odwecie na Niemcach, zaś francuskie siły zbrojne, przyszłe narzędzie tego odwetu, stały się przedmiotem powszechnej adoracji, „świętą arką” – jak mawiano. Myśl, że do tej arki zakradł się zdrajca, zdawała się świętokradztwem. No chyba żeby zdrajca był kimś obcym, niezwiązanym żadnymi głębokimi więzami z życiem Francji i jej armią. Dla tych ostatnich – zdawało się – przyszłość kraju zależała od tego, czy Dreyfus zgnije na galerach i nikt nie odważy się zakwestionować wyroków wojskowego trybunału. Można było odnieść wrażenie, że w pewnym momencie nie chodziło już o to, czy jest on winny, czy nie. Problem polegał na tym, która z frakcji zwycięży: popierająca armię czy jej wrogowie. Dziennik „La Croix” napisał nawet bez ogródek: „To walka między Francją katolicką a Francją żydowską, protestancką i wolnomyślicielską”.

Wreszcie, po kilku latach, w sprawie zaczęło się dziać coś konkretnego. Ferdinand Esterhazy stanął przed obliczem sądu pod zarzutem zdrady stanu. W styczniu 1898 roku, po procesie toczącym się według z góry ustalonego przez francuski kontrwywiad scenariusza, trybunał wojskowy uniewinnił go od wszystkich zarzutów. Po rozprawie powitał go zgromadzony przed sądem fanatyczny tłum wznoszący okrzyki: „Niech żyje Esterhazy!”, „Niech żyje armia!”, „Śmierć Żydom!”.W odpowiedzi na to dyrektor paryskiego Instytutu Pasteura zamieścił w prasie artykuł, w którym stwierdził, że „gdyby nauka posługiwała się metodami zastosowanymi przez ekspertów sztabu przy ustalaniu autentyczności materiałów dowodowych, nie uczyniłaby nigdy postępów”.

Dzielny Picquart nie dał również za wygraną, pisząc zza krat listy, w których przysięgał, iż uznany za „dowód absolutny” dokument jest zwykłym fałszerstwem i żąda sprawdzenia tego. Pod naciskiem opinii publicznej, a raczej jej sporej części, zwanej „dreyfusistami”, wyciągnięto z archiwum wspomniany list i poddano badaniom. Fałszerstwo było tak nieudolne, że aż kłuło w oczy.

Załamany pułkownik Henry przyznał się w końcu do jego dokonania, usprawiedliwiając swój czyn chęcią działania „dla dobra Francji”. Dzień po aresztowaniu znaleziono go martwego, z poderżniętym gardłem, w celi w twierdzy Mont Valérien. Oficjalny raport stwierdzał… samobójstwo, chociaż nie dokonano nawet sekcji zwłok. Po tym wydarzeniu niespodziewanie dla wszystkich głos zabrał publicznie Ferdinand Esterhazy. W udzielonym pewnej brytyjskiej gazecie wywiadzie przyznał się do napisania znalezionego w niemieckiej ambasadzie listu i wskazał swych mocodawców. Śmierć Henry’ego skomentował zaś w sposób następujący: „Postawiono nieszczęśnika w takiej sytuacji, że musiał popełnić samobójstwo, o ile rzeczywiście nie został zamordowany. Niemożliwe, aby od początku procesu nie rozpoznano fałszerstwa tego sławetnego dokumentu, za który Henry zapłacił życiem. Innymi słowy – wiedziałem, że pułkownika Henry’ego złożono na ołtarzu racji stanu i nie wątpiłem, że byłbym następny”.

Wznowione przeciwko Esterhazy’emu śledztwo ujawniło w późniejszym czasie cały katalog jego niecnych czynów. Prowadził hulaszczy tryb życia, przepuszczając rodzinny majątek na hazard. Aby wybrnąć z kłopotów finansowych, podjął się współpracy z Niemcami. Dla pieniędzy oferował zresztą swe usługi informatora komu tylko się dało. W opublikowanej w Londynie – dokąd uciekł, chcąc uniknąć konfrontacji z francuskim wymiarem sprawiedliwości – broszurze stwierdził (chociaż nie podał na to żadnych dowodów), że z niemieckim attaché wojskowym, Maxem von Schwartzkoppenem, utrzymywał kontakty na zlecenie pułkownika Sandherra, w celu wykrycia tajemnic niemieckiego wywiadu we Francji.

* * *

22 czerwca 1899 roku, w dużym stopniu za sprawą opisywanej afery, doszło do upadku konserwatywnego gabinetu Charlesa Dupuya. Nowy, centrolewicowy rząd Pierre’a-Marie-René Ernesta Waldecka-Rousseau zdał sobie wreszcie sprawę z tego, że pozostawiona w aktualnym stanie, zarazem zawieszona i rozjątrzona, afera Dreyfusa zagraża stabilności państwa i ponieważ nie można jej zdławić, należy doprowadzić ją do końca. Pomimorozpaczliwego oporu wojskowych, protestów sztabu i nacisku części prasy podjęto więc czynności zmierzające do rewizji procesu.

Rozpoczął się w sierpniu 1899 roku. Trybunał Kasacyjny uchylił wyrok wydany przed czterema laty i zlecił przeprowadzenie nowej rozprawy, przed sądem wojskowym w innym składzie. Aby uspokoić rozgorączkowany, podzielony na dwa obozy naród, Dreyfusa sprowadzono z Wyspy Diabelskiej do Francji. Ledwie żywy z powodu malarii i siwiuteńki jak gołąb, dopiero teraz dowiedział się ze zdumieniem, że jego nazwisko znane jest powszechnie w całej Europie, w samej Francji zaś stało się symbolem głęboko dzielącego społeczeństwo konfliktu moralnego oraz kryzysu politycznego.

Wbrew oczekiwaniom sąd wojskowy w Rennes ogłosił wyrok najzupełniej niedorzeczny – uznał Dreyfusa winnym zarzucanego mu czynu, łagodząc jednak wymiar kary do dziesięciu lat więzienia i zaliczając mu na jej poczet okres prawie pięcioletniego pobytu na wyspie. Degradację utrzymano w mocy. Za kulisami mówiło się powszechnie, że wydając ten „salomonowy” wyrok, próbowano uniknąć grożącej Francji wojny domowej. Jak się wkrótce okazało, wyrok był ukartowanym kompromisem. Dziesięć dni po jego ogłoszeniu Alfred Dreyfus został ułaskawiony przez prezydenta Émile’a François Loubeta i zwolniony z więzienia. Nieco później, bo w grudniu 1900 roku, Izba Deputowanych uchwaliła amnestię obejmującą wszystkie przestępstwa i wykroczenia popełnione w związku z jego sprawą. Generał Auguste Mercier, orędownik tezy o pewnych wypadkach podporządkowania prawa wyższym interesom państwa, namiętnie apelował do sędziów o dokonanie wyboru: „Albo winny jestem przestępstwa, bo niedozwolonymi metodami doprowadziłem do skazania niewinnego człowieka, albo też on jest zdrajcą, którego zdemaskowanie wszelkimi środkami było moim obowiązkiem wobec ojczyzny. Musicie Panowie wybierać pomiędzy mną, waszym dawnym ministrem wojny, generałem dywizji, dowódcą korpusu armijnego, wysokim dygnitarzem wojskowym a tym żydowskim kapitanem, który znalazł się w naszym korpusie oficerskim tylko poprzez pożałowania godną tolerancję”.

Taki był właściwie koniec sprawy. W imię politycznego pragmatyzmu na ołtarzu polityki poświęcono moralność i sprawiedliwość, oszczędzając i wilka, i jagnię. Jednak chociaż władze uznały ją za zamkniętą, „dreyfusiści” wciąż nie dawali za wygraną. Dla nich tego rodzaju kompromis był haniebny, zadowolić ich mogła tylko rehabilitacja kapitana, wskazanie z imienia i nazwiska prawdziwego zdrajcy oraz pociągnięcie do odpowiedzialności sprawców i wspólników fałszerstw. I nie chodziło tu bynajmniej o tryumf określonej zasady etycznej, lecz o zupełnie inną koncepcję państwa, polegającą na odsunięciu na zawsze od władzy oraz wpływów nacjonalistycznego i konserwatywnego przeciwnika. Ale przeciwnik wcale nie zamierzał się poddawać. Minęło siedem kolejnych lat, zanim doszło do całkowitej rehabilitacji Dreyfusa. Zaczęło się od przemówienia przywódcy socjalistów, Jeana Jaurèsa, wygłoszonego w parlamencie w 1903 roku. Zawarte w nim idee były całkowicie jasne: chodzi o to, w jakim kraju będą żyli Francuzi, jakie zasady i atmosfera będą tam panować. „Dość już bezkarnie rzucanych kłamstw i oszczerstw! Dlatego należy wrócić do Sprawy Dreyfusa” – grzmiał Jaurès.

W ciągu trzech następnych lat sytuacja polityczna we Francji uległa zmianie, do głosu coraz bardziej zaczęły dochodzić siły lewicy. Stojący na czele ugrupowań republikańskich i lewicowych premier Ferdinand Sarrien uznał, że warto podchwycić myśl rzuconą przez Jaurèsa. Machina sądowa na nowo ruszyła z miejsca. Po niezwykle żmudnej i powolnej procedurze 22 lipca 1906 roku Trybunał Kasacyjny unieważnił wyrok sądu wojskowego z 1894 roku. Alfred Dreyfus został przyjęty z powrotem do wojska, awansowany do stopnia majora i odznaczony, chyba na pocieszenie, orderem Legii Honorowej. Uroczystość miała miejsce na dziedzińcu Szkoły Wojskowej, gdzie dwanaście lat wcześniej odbyła się publiczna degradacja Dreyfusa. Tym samym jego rehabilitacja stała się faktem, podobnie jak jednoczesna rehabilitacja pułkownika Picquarta. Było to głównie zasługą prasy, która od tego momentu awansowała do rangi wielkiej siły opiniodawczej w społeczeństwie i w państwie.

Wbrew oczekiwaniom lewicy Dreyfus okazał się jednak człowiekiem „letnim” i „nieodpornym”, zupełnie niedostosowanym do roli, jaką wyznaczyła mu historia. Podkopany czterema latami i siedmioma miesiącami pobytu w morderczym klimacie oraz dwunastoma latami nieszczęść, w najmniejszy sposób nie okazał dumy ani zrozumienia dla politycznego sensu swej niedoli. Zamiast stanąć do walki o piękny, lewicowy świat, poprosił natychmiast o przeniesienie w stan spoczynku i zaszył się gdzieś na prowincji, pragnąc, by wszyscy jak najszybciej o nim zapomnieli. „Moim jedynym nieszczęściem jest to, że urodziłem się Żydem” – powiedział jeszcze w trakcie pierwszego procesu w 1894 roku. 4 czerwca 1908 roku, podczas uroczystości przeniesienia trumny Emila Zoli do paryskiego Panthéonu, na Dreyfusa dokonano zamachu, ale odniósł tylko lekkie obrażenia.

Powrócił do służby podczas pierwszej wojny światowej, dowodził nawet broniącym Paryża oddziałem artylerii. Los uchronił go od powtórnego przeżywania koszmaru politycznej nienawiści. Zmarł w 1935 roku –pięć lat przed tym, nim we Francji nastąpił Holokaust. Jedna z jego wnuczek zginęła z rąk Niemców w obozie koncentracyjnym w Auschwitz w 1944 roku.

„Po doświadczeniach XIX i XX wieku, do których należy sprawa Dreyfusa, jako istotne «dziedzictwo czasu», narzuca się pytanie: jaką drogą podążyłby świat, gdyby zginęła śmiałość przeciwstawienia się zimnej potędze władzy, zwana odwagą cywilną” – napisał na zakończenie poświęconego aferze rozdziału Hans-Christian Huf, w książceZdrajcy, skandale, procesy. Historie niezwykłych ludzi.

„Od dreyfusistów prowadzi prosta droga do «zaangażowanych intelektualistów» wczoraj i dzisiaj – zanotowała z kolei Ewa Bieńkowska w cytowanym już wcześniej artykule w «Gazecie Wyborczej». – Ci, którzy angażują się dzisiaj, i wiedzą, dlaczego to czynią, nie powinni zapominać o pułapkach czyhających z wielu stron na piękne intencje, o nierozłącznym wymieszaniu moralnego z politycznym, o dystansie między zamiarami i rezultatami. Wolter broniący prześladowanych protestantów, Zola piętnujący kastowość i antysemityzm armii, dostarczyli alibi ponuremu dogmatyzmowi Sartre’a, w którym zaangażowanie osiąga stadium zaćmienia rozumu”.

Sprawa Alfreda Dreyfusa do tej pory wzbudza kontrowersje, nie tylko nad Sekwaną. Ciągle bywa przedmiotem historyczno-publicystycznych debat, ciągle inspiruje do rozważań, nie tylko polityków i historyków, ale także twórców (pop)kultury. I ciągle potrafi dzielić… Za sprawą filmu Romana Polańskiego zapewne niedługo znów zrobi się o niej głośno.

Kto zabił mecenasa? PROCES JANINY BOROWSKIEJ (1910)

Rok 1909. W Europie trwała jeszczela belle époque,czas pomyślności, beztroski i optymizmu: przynajmniej dla tych, którzy w społecznej przestrzeni znaleźli dla siebie miejsce stosunkowo wygodne. Cały kontynent drzemał, grzejąc się w cieple trwałego – jak się wydawało – bezpieczeństwa, aliansów, zamożności i dobrobytu. We wszystkich dziedzinach dokonywał się postęp. Elektryczność rozpraszała mroki, samoloty i samochody fascynowały wyobraźnię ludzi. We wszystkich większych miastach tętniło życie. Pospiesznie budowano miejskie pałace o wysokich i obszernych bramach wjazdowych, luksusowe hotele, solidne banki i instytucje użyteczności publicznej. Stare, wąskie, zbyt ciasne szlaki komunikacyjne przebudowywano na szerokie arterie dla wielu pojazdów konnych i coraz częstszych automobili.

Powozy zdawały się dostosowane do wytwornych długich sukien z tiurniurą, ściśniętych w pasie, opiętych w gorsie, eksponujących kobiecą sylwetkę. Gigantyczne kapelusze z pękami kwiatów romantycznie ocieniały delikatne blade twarzyczki o naiwno-dziecięcych oczach. Czar kobiety, czar powozu, czar wiejskiej sielanki… Bajeczna, kolorowa i sielsko pięknalabelle époque…

Życie w Krakowie na początku XX wieku także miało smak nowości, nęcących reklam i różnorodnych towarów pachnących egzotyką kolonialnych krajów. Urok wieczornych spotkań w teatrze, rautów i karnawałowych bali. Ulicami sunęły dorożki. Najwyższy szyk w dziedzinie pojazdów stanowiły karety, czarne lśniące pudła z oszklonymi drzwiczkami. Samochód był jeszcze widokiem dosyć rzadkim. Porządku pilnowali konni policjanci. Tkwili nieruchomo przy ulicach lub posuwali się majestatycznym stępem. Ich groźne milczenie oraz ich ogromne, upasione konie stanowiły symbol dostojeństwa i władzy.

Kraków… Miasto kawiarń o niepowtarzalnej atmosferze, renomowanych restauracji i tanich knajp. Miasto jak żadne inne zakochane w tradycji, w szacunku dla przeszłości, w patriotyzmie i politykowaniu, a także w świętowaniu. Kraków ze starówką skupioną wokół najpiękniejszego rynku świata, gdzie wznosi się majestatyczny kościół Mariacki, na którego wieży trębacz od wieków wygrywa co godzinę hejnał. Gdzie stoją ogromne Sukiennice, w których można kupić najprzeróżniejsze cuda. Gdzie góruje dumna wieża Ratuszowa, przed którą – ku uciesze dzieci i turystów – przez cały dzień maszerował żołnierz, wyglądający jakby go wyciągnięto z pudełka. Kraków naukowców, artystów i studentów. Kraków pełen radczyń, profesorowych, mecenasowych, prezesowych i państwa pułkownikostwa. Miasto Wyspiańskiego, Matejki, Tetmajera i Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Kraków z tysiącem przepięknych kościołów. Kraków z kabaretem Zielony Balonik i teatrem Słowackiego. Kraków z Uniwersytetem Jagiellońskim, z kopcem Kościuszki, Barbakanem, Bramą Floriańską i Pałacem Biskupim przy ulicy Franciszkańskiej 3…

Jak każde wielkie miasto na świecie miał jednakże bajeczny Kraków i swoje drugie oblicze… Nocą wypływały tu na powierzchnię ryby głębinowe zbrodni i grzechu. Rozwijali swą działalność złodzieje, oszuści, prostytutki, kasiarze, mordercy i agenci policji. Śmierć i życie, nędza i bogactwo, brzydota i piękno istniały tu obok siebie, połączone w jakiejś dziwnej, niewytłumaczalnej harmonii.

* * *

Był 5 czerwca 1909 roku, godzina wpół do czwartej w nocy. Tu i ówdzie w kamiennym labiryncie krakowskich uliczek zapalały się pojedyncze światełka, a czarne niebo zaczynało nasiąkać fioletową poświatą, na tle której można było rozróżnić niewyraźne zarysy chmur. W apartamencie zajmowanym przez profesora Bronisława Kadera, znanego chirurga, odezwał się niespodziewanie telefon. Głośne terkotanie dzwonka rozerwało na strzępy nocną ciszę, ginąc bez echa gdzieś w głębi domu. Do drzwi pokoju profesora zapukał służący:

– Panie profesorze… – powiedział, delikatnie potrząsając śpiącego za ramię. – Jakaś pani dzwoni, mówi, że to bardzo pilne…

Bronisław Kader niechętnie dźwignął się z łóżka i poszedł do salonu, gdzie znajdował się aparat telefoniczny.

– To był wypadek…! – wołał jakiś przerażony damski głos po drugiej stronie linii. – Przypadek nieszczęśliwy… Nie… właściwie nie przypadek. Strzał, strzał w skroń!

– Kto mówi? – zapytał zaspany profesor.

– Janina Borowska.

Profesor oprzytomniał w jednej chwili. Dobrze znał dzwoniącą osobę, teraz wreszcie rozpoznał także jej głos, zniekształcony trochę przez telefoniczny mikrofon i panikę.

– Kto? – rzucił krótko do słuchawki.

– Adwokat Lewicki.

– Jaki stan, żyje?

– Jakieś pół godziny temu…

– Jaki stan? – powtórzył profesor.

– Oddycha, charczy, jest nieprzytomny… A jakiś kwadrans temu całował mnie jeszcze po rękach… Niech pan profesor będzie łaskaw przybyć lub przewieźć chorego do kliniki, bo…

– Przecież dobrze pani wie – przerwał rozmówczyni Kader – że ja z powodu braku miejsca i służby wypadków urazowych do kliniki nie przyjmuję. Proszę natychmiast telefonować na pogotowie i zażądać przewiezienia do szpitala świętego Łazarza.

– Panie profesorze, chciałabym, żeby pan osobiście przyjechał i pomógł… Bo przecież znowu ten rozgłos…

Kader zirytował się.

– Przecież tego i tak się nie uniknie – warknął. – A pani wie doskonale, że na miejscu, bez stosownej pomocy nic zrobić nie można. Proszę natychmiast dzwonić na pogotowie, gdzie wszystko mają gotowe i natychmiast mogą przewieźć do szpitala.

Kilka minut później odezwał się telefon w Pogotowiu Ratunkowym. Borowska żądała przyjazdu karetki do mieszkania Lewickiego przy ulicy Sławkowskiej 28. Przybyły pod wskazany adres dyżurny pogotowia, student medycyny Włodzimierz Kuryluk, zastał bramę zamkniętą i dopiero gwałtowne dobijanie się do wejścia spowodowało pojawienie się zaspanego stróża. Drzwi do mieszkania na pierwszym piętrze otworzyła Borowska. W pokoju było ciemno, Kuryluk poprosił więc o lampę. Nieprzytomny mecenas Lewicki leżał na podłodze w salonie, z głową na poduszce, w samej bieliźnie, przykryty kocem. Prawe oko było wysadzone w wyniku strzału z pistoletu, dookoła oczodołu wybrzuszał się sino-krwawy guz wielkości pomarańczy. Pod szezlongiem, obok którego leżał adwokat, pracownik pogotowia dostrzegł potłuczone kawałki zielonego szkła, pochodzące z umbry lampy.

Kiedy sanitariusze wyszli po nosze, Borowska zwróciła się do Kuryluka:

– Proszę, niech pan nikomu nie mówi, że mnie tu zastał.

Kuryluk pominął tę prośbę milczeniem. Zapytał natomiast, dlaczego tak późno wezwała pogotowie. Odrzekła, że nie sądziła, iż rana jest ciężka. Dopiero kiedy stracił przytomność, zorientowała się, że jest niedobrze. Wówczas zatelefonowała do profesora Kadera, a następnie na pogotowie.

Nieprzytomnego mecenasa przewieziono do szpitala św. Łazarza przy ulicy Kopernika.

* * *

Pogotowie zawiadomiło o wypadku policję. Do mieszkania Lewickiego udali się natychmiast praktykant Jerzy Rotschek i starszy agent Janicki. Drzwi były zamknięte, więc pojechali do szpitala, gdzie zastali Borowską, czuwającą nad żyjącym jeszcze wtedy adwokatem. Poprosili ją do innego pokoju i zadali jej kilka pytań.

– Co się stało? – padło pierwsze z nich, a zarazem podstawowe.

– Mecenas Lewicki zastrzelił się – odpowiedziała Borowska.

– Z czego?

– Ze swojego rewolweru.

– Gdzie jest ta broń?

– Mam ją przy sobie. Mam też drugi rewolwer, ale go nie wydam, ponieważ posiadam zezwolenie na broń.

Borowska powtarzała też nieustannie, że musi sobie życie odebrać i że pozostawiła już trzy listy w hotelu Victoria, gdzie mieszka. Odmówiła udania się na posterunek, twierdząc, że jej obowiązkiem jest być przy Lewickim.

– Cóż by on powiedział, gdyby przypadkiem oczy otworzył i mnie nie zobaczył?

Mimo tego Rotschek zabrał Borowską do gmachu dyrekcji policji, gdzie kategorycznie zażądał wydania rewolweru. Wtedy wyciągnęła go zza stanika i oddała praktykantowi. Stwierdziła również, że posiada przy sobie tylko tę broń, którym to wyjaśnieniem Rotschek się zadowolił.

– Z mecenasem Lewickim łączyły mnie od pewnego czasu bliższe stosunki, które ostatnio osłabły – zeznała. – Do jego mieszkania przyszłam wieczorem, o godzinie dziesiątej. Umówiłam się tam z nim w celu odebrania listów, których wydania domagałam się już od dawna. Rozmawialiśmy bardzo długo i paliliśmy listy. W pewnej chwili usiedliśmy razem na szezlongu. Zaczęłam czynić Lewickiemu wyrzuty, że zmarnował mi życie. Wtedy on gwałtownie wstał i strącił stojącą na stoliku lampę. Zbiła się umbra, a lampa zgasła. Podczas dalszych wymówek mecenas niespodziewanie strzelił do siebie i zsunął się z szezlongu na podłogę. Wówczas podłożyłam mu poduszkę pod głowę. Był zupełnie przytomny, rozmawiał, śmiał się, całował mnie po rękach. Uważałam ranę za niegroźną. Po upływie godziny zatelefonowałam do profesora Kadera, żeby zaopiekował się rannym. Gdy odmówił, zwróciłam się do pogotowia.

Nieustannie dopytywała się, czy Lewicki odzyskał przytomność. Rotschek zadzwonił więc do szpitala, gdzie poinformowano go, że stan pacjenta nie uległ poprawie. Następnie wraz z Borowską udał się do mieszkania Lewickiego. Tu, niestety, zaczął działać wbrew kardynalnym zasadom postępowania na miejscu przestępstwa, popełniając cały szereg niewybaczalnych błędów. Na przykład chcąc zaglądnąć do szafy, do której dostęp utrudniony był przez leżącą na ziemi zakrwawioną poduszkę, odsunął ją ręką w inne miejsce. Potem, pragnąc zamknąć przeszkadzającego w czynnościach służbowych psa Lewickiego w kuchni, polecił przenieść tam również jego siennik, leżący za szezlongiem, na którym siedzieli Lewicki z Borowską.

– Nie widziałem, aby na ziemi coś leżało, gdyż wszystko odbyło się w dużym pośpiechu – zeznał potem szczerze przed sądem.

Pytany, czy siennika również nie dostrzegł, odpowiedział:

– Siennik został przeniesiony do kuchni z całą ostrożnością.

* * *

Zaalarmowany rano o wypadku c.k. prokurator państwa w Krakowie polecił natychmiast przesłuchać Lewickiego i przeprowadzić przeszukania mieszkań mecenasa oraz Borowskiej. Do przesłuchania mecenasa nie doszło, gdyż – jak zaznaczono w sporządzonej na tę okoliczność notatce służbowej – „znajdował się on w stanie agonii, z raną postrzałową na czole po stronie prawej, obandażowaną, twarz zdeformowana i pokrwawiona, trudno rozpoznawalna”. Ze szpitala komisja sądowa udała się do mieszkania Lewickiego przy ulicy Sławkowskiej.

„Mieszkanie to położone było na I piętrze – czytamy w Pitavalu krakowskim. – Po otwarciu drzwi wchodziło się do przedpokoju, z którego jedyne drzwi na prawo prowadziły do kuchni, za którą była sypialnia Lewickiego. Na lewo od przedpokoju były dwa pokoje biurowe w amfiladzie. W biurze wszystko znajdowało się w porządku. W kuchni był pies, którym zaopiekował się dozorca domu.

W sypialni natknięto się na szezlong, stojący przy ścianie, na prawo od drzwi. Leżały na nim szczątki rozbitej umbry, lampa z knotem całkowicie spuszczonym, na wierzchu zaś okrwawiony «Zeit». Pościel na szezlongu była zupełnie czysta. Na środku pokoju nieco ukosem stało pianino, tyłem zwrócone do wejścia. Przylegała do niego mała sofka, z porozrzucanymi różnymi częściami ubrania. O sofkę oparte było wezgłowie szezlonga i skrwawiona zupełnie poduszka. Obok, na podłodze, zwłaszcza pod stolikiem nocnym, stojącym na prawo pod ścianą, widoczne były ślady krwi i wymiocin. Odnosiło się wrażenie, że były one wycierane. Do jednej z szaf przylegał drugi stolik nocny (pierwszy był przy łóżku), pod którym znaleziono ślady krwi.

Do ściany, w której były drzwi wejściowe, przylegała toaleta. Stała w niej miednica pełna zakrwawionej wody. W stągiewce przy toalecie, wypełnionej brudną wodą, znaleziono szczątki potarganej korespondencji. W piecu kuchennym wznosił się stos spalonych papierów. Szczątki te, jak również wszelką korespondencję prywatną Lewickiego, zabrano na przechowanie sądowe. Wreszcie, za szezlongiem, przy listwie obok szaragów, znaleziono łuskę od naboju pistoletowego. Miejsce to zaznaczono. […] W gabinecie, w biurku, znaleziono stary rewolwer systemu buldog z czterema nabojami oraz dalszy plik korespondencji”.

Były to listy Lewickiego do Borowskiej, w przeważającej części dotyczące spraw intymnych, oraz kilka listów Borowskiej do Lewickiego, w tym jeden niedokończony. Treść tej korespondencji, jak i sam fakt jej odnalezienia miały potem odegrać dużą rolę w procesie.

Po dokonaniu przeszukania w mieszkaniu mecenasa komisja udała się do hotelu Victoria, w którym mieszkała Janina Borowska. Tu, w pokoju numer trzydzieści pięć, przeprowadzono kolejne przeszukanie. „Wśród damskich szpargałów rzuciły się w oczy: duża liczba listów znajdujących się w walizce, a w szufladzie szafki nocnej futerał na rewolwer. W piecu znajdowała się paczka nadwęglonych papierów. I te przedmioty zabezpieczono”.

Wróciwszy do gmachu sądu, członkowie komisji dowiedzieli się, że mecenas Lewicki zmarł o godzinie jedenastej trzydzieści, nie odzyskawszy przytomności. Sędzia śledczy polecił biegłym, profesorowi Wachholzowi5i doktorowi Stanisławowi Jankowskiemu, przeprowadzenie sekcji zwłok. Wydana przez biegłych opinia sprowadzała się do tego, że przyczyną śmierci był rozległy wylew wewnątrzczaszkowy i rana na wylot obu płatów czołowych mózgu. Pomoc lekarska nie mogła zatem zapobiec śmierci. Przyczyną rany i krwotoku był postrzał z broni palnej małego kalibru. W konkluzji biegli orzekli, że nie mogą wykluczyć samobójstwa. Dodali jednak, że nie są również w stanie odrzucić scenariusza zakładającego oddanie strzału z bliska przez drugą osobę. Stwierdzili, że rana z tyłu głowy najprawdopodobniej powstała podczas upadku. Co do stosunku płciowego to biegli oświadczyli, że brak podstaw, aby przyjąć, że Lewicki odbył go przed śmiercią. Eksperci potwierdzili również, że Lewicki mógł być przez pewien czas po strzale przytomny: „Kula nie uszkodziła części mózgu za to odpowiadającej – przytomność prawnik mógł stracić dopiero na skutek ucisku spowodowanego dużą ilością krwi napływającej do czaszki”.

Przesłuchiwana w sprawie Janina Borowska w zasadzie zachowywała się spokojnie. Spytała tylko, czy Lewicki żyje. Poinformowana o jego zgonie, mruknęła pod nosem:

– Logiczne. Gdyby żył, toby mnie tu nie było.

Na wszystkie pytania odpowiadała po dłuższym namyśle. Kiedy śledczy dotykali drażliwych kwestii, wybuchała płaczem, lecz szybko się uspokajała.

– Pomiędzy mną a mecenasem Lewickim nawiązał się stosunek miłosny – wyjaśniła. – Właśnie z tego względu chciałam odebrać od niego swoją korespondencję.

* * *

Aby wyjaśnić, skąd wziął się wspomniany przez Borowską „stosunek miłosny”, należy się w tym miejscu cofnąć o dwa lata, do roku 1907. Dwudziestosiedmioletnia wówczas Janina Borowska studiowała medycynę na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ta śmiała i pełna temperamentu kobieta pochodziła z dość ubogiej rodziny, w której wychowywało się jeszcze dziesięcioro rodzeństwa.

W 1905 roku przeżyła wielką tragedię – śmierć swojego nowo narodzonego dziecka. Ciężko harując w szpitalu, nieszczęśliwa w życiu osobistym (otoczona niewiele wartymi mężczyznami, mało ciekawym, dupowatym mężem, a wcześniej kilkoma równie nieciekawymi kochankami lekarzami), obciążając się winą za śmierć dziecka, aby zapomnieć o dramacie, zaczęła szukać środków znieczulających. Być może dlatego właśnie zaangażowała się głęboko w działalność Polskiej Partii Socjalistycznej, targanej w opisywanym czasie walkami frakcyjnymi.

Po pierwszym zjeździe krajowym partii, który odbył się w czerwcu 1893 roku w Ponarach, dzielnicy Wilna, już w sierpniu doszło do rozłamu, w wyniku którego wydzieliła się Socjaldemokracja Królestwa Polskiego, grupująca socjalistów o orientacji internacjonalistycznej, opozycyjnych wobec większościowej w PPS orientacji niepodległościowej.W maju 1900 roku część działaczy z Ludwikiem Kulczyckim,opowiadająca się za stosowaniem terroryzmu opuściła PPS, tworząc III Proletariat. Podczas rewolucji 1905 roku PPS rozrywana była przez dwa rywalizujące ze sobą środowiska: tak zwanych „starych” z Józefem Piłsudskim na czele, wzywających do samodzielnych akcji zbrojnych, i „młodych”, liczących na obalenie caratu przy współpracy ze zrewoltowanymi masami rosyjskimi. W latach 1905–1907 zdominowana przez „starych” Organizacja Bojowa PPS przeprowadziła setki akcji bojowych i terrorystycznych6.

Sympatyzująca z socjalistami studentka została dromaderką, jak określano w tym czasie osoby przemycające nielegalną prasę i literaturę. Borowska przewoziła ją z Galicji do Królestwa. Z mężem żyła już wówczas źle, a właściwie w ogóle nie żyła, pozostając w separacji. Cieszyła się dużym zaufaniem, więc niemałą sensację wywołał opublikowany w wychodzącym w Krakowie dzienniku „Naprzód” artykuł Emila HaeckeraSzpiedzy, ujawniający listę agentów carskiej ochrany7. Na jednym z czołowych miejsc tej listy figurowało nazwisko Janiny Borowskiej. Z dnia na dzień szanowana i lubiana studentka wylądowała w próżni. Przywódca krakowskich socjalistów, Ignacy Daszyński, był przekonany o jej winie. Koledzy na uczelni zaczęli ją bojkotować, podobnie jak każde szanujące się towarzystwo podwawelskiego grodu. Większość członków i sympatyków partii socjalistycznych również bez wahania dała wiarę rewelacjom, uznając doniesienia Haeckera za wiarygodne. Gdyby okazali więcej sceptycyzmu, być może nigdy nie byłoby sprawy Borowskiej. Młoda studentka z uzyskanym dyplomem rozpoczęłaby zapewne pracę jako jedna z pierwszych kobiet chirurgów na ziemiach polskich, a podstarzały mecenas cieszyłby się życiem i dobrym zdrowiem…

Listę agentów, szpiegów i prowokatorów ochrany sporządził niejaki Michaił Bakaj, rzekomo nawrócony pracownik wymienionej instytucji, o którym Czesław Miłosz napisał w książceCzłowiek wśród skorpionów: „W służbie warszawskiej ochrany wyróżniał się gorliwością i okrucieństwem, z jakim katował więźniów na śledztwach. Z Burcewem skontaktował się dopiero, kiedy dalsza policyjna kariera okazała się dla niego niemożliwa. Przełożeni jego bowiem wykryli, że należał do szajki, złożonej częściowo z funkcjonariuszy ochrany, częściowo z wielkomiejskich szumowin, czerpiącej zyski ze szczególnego procederu. Za rzekomą pomoc wyciągali pieniądze od rodzin więźniów, którzy wkrótce i tak mieli być zwolnieni”. Najpierw lista ukazała się drukiem w wydawanym w Paryżu piśmie „Byłoje”, redagowanym przez emigracyjnego rewolucjonistę rosyjskiego, Władimira Burcewa. W 1908 roku rosyjscy socjaldemokraci przekazali ją polskim socjalistom z SDKPiL. Opublikowaną w „Czerwonym Sztandarze”, przedrukował krakowski dziennik.

Próbując odzyskać dobre imię, w porozumieniu z mężem Borowska postanowiła szukać sprawiedliwości w sądzie. W tym celu wynajęła adwokata, aby ten wniósł w jej imieniu skargę przeciw autorowi artykułu. Pełnomocnikiem tym był, jak łatwo się domyślić, doktor Włodzimierz Lewicki. Znakomity adwokat bronił jej z tak wielkim zaangażowaniem, że nie tylko spowodował zdjęcie ciążącego na Borowskiej odium rosyjskiego szpicla, ale doprowadził również, 23 lutego 1909 roku, do skazania za zniesławienie człowieka, który ją o działalność agenturalną posądził. Nie była to jednak jedyna konsekwencja całej afery…

„Brunetka o inteligentnych oczach i raczej przeciętnej twarzy”, jak ją zapamiętano, nie była wprawdzie klasyczną pięknością, ale posiadała to coś, co przyciąga mężczyzn. Miała przy tym wiele cech kobiety wyzwolonej, emancypantki z determinacją walczącej o pozycję zawodową w świecie mężczyzn. Być może to właśnie, obok wdzięku i urody, przyciągnęło do niej Lewickiego? W każdym razie już na samym początku procesu pomiędzy mecenasem a jego klientką wybuchł płomienny romans. Dla Borowskiej z kolei być może to miłosne zauroczenie stało się – obok przemycania socjalistycznej bibuły – kolejnym „narkotykiem”, pozwalającym choć na chwilę zapomnieć o pustce, odrzucić konwenanse i pancerz etykiety. Pośród jałowych dni pozwalało drżeć palcom, oczom wróciło blask, zdarło z twarzy maskę znudzenia, sprawiając, że pod ciasno zasznurowanym gorsetem żywiej zaczynało bić jej serce.

Mecenas jednak, jak to często w takich sytuacjach bywa, okazał się wierniejszym pełnomocnikiem prawnym niż kochankiem. Zanim proces dobiegł końca, stracił zainteresowanie Janiną, znajdując sobie nowy obiekt uczuć. Jego podejście do kobiet pozostawiało zresztą wiele do życzenia. Powszechnie wiedziano, że prawowitą małżonkę pozostawił bez środków do życia. Tylko że uczucia Borowskiej bynajmniej nie osłabły, nie zamierzała łatwo zrezygnować z adwokata, a mecenas skarżył się nawet na jej nachalność. W ten sposób scena do przyszłego dramatu została dokładnie przygotowana. Dobrze to wszystko skończyć się nie mogło…

* * *

– Po procesie nadal korespondowaliśmy z mecenasem Lewickim – opowiadała Borowska w dalszej części swoich zeznań.

– Jak była treść tej korespondencji? – zapytał śledczy.

– Nic panu do tego! – odparła grubiańsko. – W każdym razie Lewicki w ostatnich czasach stał się wobec mnie nieobliczalny.

– To znaczy?

– Zażądałam zwrotu swoich listów – kontynuowała Borowska, zdając się nie słyszeć pytania przesłuchującego. – Jego listy oddałam mu już wcześniej. Niestety, on ciągle mnie zbywał. W końcu wyznaczył mi spotkanie czwartego czerwca, po południu.

– Gdzie?

– U mnie, w hotelu. Czekałam wtedy na niego aż do szóstej wieczorem… Lewicki wręczył mi wówczas paczkę z listami, ale nie było w niej jednego, na którym szczególnie mi zależało. Umówiliśmy się więc jeszcze raz na spotkanie, na dziesiątą wieczorem pod Sokołem, przy ulicy Wolskiej.

– I co, przyszedł?

– Tak. Spod Sokoła poszliśmy razem do jego mieszkania przy Sławkowskiej dwadzieścia osiem. Szukaliśmy listów, paliliśmy je, trochę rozmawialiśmy.

– Co działo się dalej? Była pani ubrana?

– Odmawiam odpowiedzi na tego rodzaju pytania!

– Proszę opisać, jak doszło do feralnego zdarzenia. Siedzieliście razem na szezlongu?

– Nie. Kiedy padł strzał, mecenas przechylił się i potrącił krzesło, na którym stała lampa. Lampa się stłukła i zrobiło się ciemno.

– Jak pani na to zareagowała?

– Najpierw podniosłam storę i zobaczyłam Lewickiego siedzącego na podgłowiu szezlonga, które przedtem rzuciłam na podłogę, koło szafki przy pianinie. Siedział prosto, ocierając rękoma skrwawione czoło. W tym momencie rzuciłam się ku niemu, on zaś powiedział: „A więc jednak nie błazeństwo”. Równocześnie przewrócił się, chwytając jedną ręką za zwisającą z sofki poduszkę. Trzymając ją jedną ręką, głową leżał ku szafie. Następnie podniósł się jeszcze na łokciach i wtedy podsunęłam mu poduszkę, podciągając go w jej kierunku.

– Dała pani radę?

– Mecenas miał jeszcze tyle sił, że sam zdołał się trochę podnieść, przy czym uważałam, że skoro jest przytomny, to rana musi być powierzchowna. Wzięłam więc ręcznik, zamaczałam w wodzie, przedtem zapaliłam, oczywiście, lampę, i zaczęłam mu obcierać skronie i twarz. Mówiłam do niego, że zatelefonuję po profesora Kadera i po żonę…

– Jak Lewicki zareagował na tę propozycję?

– W ogóle nie zareagował. Nie otrzymałam już żadnej odpowiedzi. Tylko chwycił mnie za rękę i trzykrotnie w nią pocałował. Zaczęłam mu tłumaczyć, że wszystko będzie dobrze, że będzie żył, ale widząc, że nie jest dobrze, pobiegłam do telefonu i zadzwoniłam do profesora Kadera, którego dopiero budzono, co trwało bardzo długo. Wobec tego wróciłam do pokoju. Zauważyłam, że mecenas wciąż jeszcze jest przytomny. Po chwili pobiegałam jeszcze raz do telefonu. Profesor odmówił przyjazdu, każąc mi dzwonić na pogotowie. No więc zadzwoniłam, a kiedy ponownie wróciłam do pokoju, Lewicki był już nieprzytomny.

* * *

Oględziny koszuli nocnej, w której mecenas Lewicki został przywieziony na pogotowie, potwierdziły w pewnym zakresie zeznania Borowskiej. Prawy rękaw koszuli był szczególnie poplamiony krwią, zarówno u nasady, jak i na końcu, co wskazywało na to, że mecenas ocierał sobie okolice rany postrzałowej. Niekorzystnie natomiast przedstawiały się dla niej zeznania świadka, który z własnej woli zgłosił się na policję już w dniu śmierci adwokata. Świadkiem tym była Regina Tyszkiewiczowa, lat dwadzieścia dziewięć, wdowa, jak twierdzą ówcześni kronikarze – niepospolitej urody.

Jak zeznała pani Tyszkiewiczowa, pomiędzy nią a Lewickimbył „stosunek bliski”, jej zdaniem zmierzający do zawarcia małżeństwa. W ciągu kilku ostatnich miesięcy mecenas bywał częstym gościem w jej mieszkaniu przy ulicy Wolskiej 28, gdzie snuli razem plany dotyczące ich wspólnej przyszłości. Nie raz i nie dwa Lewicki wyrażał obawę przed Borowską, którą miała zamęczać go swoją obecnością i wiecznymi pretensjami.

– Swego czasu w cukierni Rehmana Włodzimierz opowiadał mi, że boi się zostawać z Borowską sam na sam, ponieważ ona zawsze trzyma dłoń w kieszeni – powiedziała pani Tyszkiewiczowa. – Musi być w każdej chwili przygotowany na wytrącenie jej z ręki rewolweru. Mówił ponadto, że dwukrotnie Borowska usiłowała dostać się przemocą do jego mieszkania. Trzeciego czerwca zwierzył mi się, że tego dnia wieczorem Borowska wtargnęła do jego pokoju. Gdy zażądał, żeby wyszła, ona wyciągnęła jego fotografię i podarła ją.

Tyszkiewiczowa zaprzeczyła, aby Lewicki miał jakikolwiek powód do samobójstwa:

– Włodzimierz bał się śmierci – wyjaśniła. – Był bardzo przywiązany do życia. Wspominał mi nawet kiedyś o pewnym młodym człowieku z Warszawy, który się zastrzelił. Nazwał go głupcem i powiedział, że on sam nigdy by w ten sposób nie uczynił z siebie widowiska dla gawiedzi.

Fakt pogodnego nastroju, w jakim znajdował się Lewicki wieczorem 4 czerwca, potwierdziła też Natalia Grzesiewiczowa, matka hrabiny Tyszkiewiczowej.

Służąca Lewickiego, Magdalena Nawrat, zeznała, że 3 czerwca rano Borowska weszła do pokoju mecenasa bez wcześniejszego zapowiedzenia się. Słyszała, jak Lewicki wołał: „Proszę mnie teraz z rana nie nachodzić!”. Borowska pytała, kiedy może przyjść po swoje papiery. Mecenas odparł: „Niech pani przyjdzie, kiedy chce, teraz nie mam czasu”.

Wiktor Bogdani, kancelista adwokacki Lewickiego, przypomniał sobie, że jesienią 1908 roku mecenas pokazywał mu stłuczoną szybę w drzwiach wejściowych do mieszkania, wyjaśniając, że wybiła ją Borowska, kiedy którejś nocy nie chciał jej wpuścić do środka.

Bliski znajomy Lewickiego, Michał Dobrzański, zeznał, że mecenas kilkakrotnie żalił mu się na natarczywość Borowskiej. Dodał również, że Lewicki w żadnym wypadku nie mógł popełnić samobójstwa, uważał bowiem taki akt za tchórzostwo.

Poważnym obciążeniem Borowskiej były zeznania Andrzeja Bylickiego, doktoranta medycyny, kolegi uniwersyteckiego Janiny, a zarazem dobrego znajomego mecenasa.

– Z końcem kwietnia tysiąc dziewięćset dziewiątego roku spotkałem się z Borowską w hotelu Victoria – powiedział Bylicki. – Mówiliśmy o sprawach uniwersyteckich, potem rozmowa zeszła na temat Lewickiego. Janina, to znaczy Borowska, nazwała go komediantem i oszustem. Mówiła, że ze Lwowa wysłała do mecenasa kilka listów o treści erotycznej, których ten nie chce jej teraz oddać. Chciałem się podjąć pośrednictwa w tej sprawie, lecz Borowska gwałtownie siętemu sprzeciwiła, oświadczając: „Ja te listy muszę wydostać sama, zobaczy pan, i to w sposób, którego ani pan, ani Lewicki przewidzieć nie potraficie”. Po moich naleganiach na wytłumaczenie tego „sposobu” powiedziała, że gdyby Lewicki uczynił z tych listów jakiś użytek, to strzeli mu w łeb.

Przesłuchano wielu świadków, wyciągnięto mnóstwo brudów z życia prawnika i jego kochanki, ale śledztwo utknęło w martwym punkcie. Nie można było stwierdzić z całą stanowczością ani tego, że Lewicki został zamordowany, ani że postrzelił się sam. O sposobie dalszego postępowania zdecydowała prawdopodobnie ekspertyza biegłych z zakresu rusznikarstwa i balistyki, Józefa Splichala i Wilhelma Stubnera. Obaj orzekli zgodnie, że odebrana Borowskiej przez praktykanta policyjnego Jerzego Rotscheka broń, którą okazał się nie rewolwer, lecz belgijski pistolet systemu Browning, kaliber 6.35, zawsze wyrzuca łuski na prawą stronę, ku tyłowi. Na podstawie obecnych w lufie resztek spalonego prochu eksperci potwierdzili również fakt, że z broni niedawno strzelano. Zapadła decyzja o przeprowadzeniu z wymienioną bronią eksperymentu śledczego w miejscu, w którym doszło do tragedii, to znaczy w mieszkaniu Lewickiego, w celu sprawdzenia, jak wystrzeliwane są łuski, i wysnucia na tej podstawie wniosku o odległości, z której strzelano i kierunku strzału.

17 czerwca, po uprzednim wykonaniu szkicu i zdjęć miejsca zdarzenia (jedna z pierwszych w polskiej kryminalistyce fotografii miejsca zbrodni), ekipa śledcza udała się do mieszkania mecenasa, aby przeprowadzić tam „ostrzelanie”. Do eksperymentu użyto manekina krawieckiego, którego usadawiano w różnych pozycjach i różnych miejscach pokoju, bezlitośnie pakując w niego kule. Łuskę po pocisku, który zabił prawnika, znaleziono pod ścianą. Po wielu próbach okazało się, iż jedna z wystrzeliwanych łusek „próbnych” upadła w ten sam sposób, gdy strzelono do manekina leżącego na lewym boku, twarzą do ściany. Na podstawie rozrzutu ziaren prochu ustalono, iż strzał padł z odległości około sześciu centymetrów. Byłby to dowód o kluczowym znaczeniu dla wyjaśnienia sprawy, gdyby nie jedna drobnostka – w wyniku niedbałości i braku profesjonalizmu przybyłego na miejsce po zdarzeniu Jerzego Rotscheka, który zadeptywał ślady i przesuwał różne przedmioty, niemożliwe stało się stwierdzenie, czy pierwsza łuska rzeczywiście upadła w miejsce pod ścianą, gdzie ją znaleziono, czy też została tam przesunięta przypadkiem.

W związku z tym, że wersja samobójstwa wydawała się mało prawdopodobna, c.k. Prokuratoria Państwa w Krakowie zdecydowała się 20 października 1909 roku na sporządzenie aktu oskarżenia przeciwko Janinie Borowskiej, o to, „że w zamiarze pozbawienia życia strzeliła do adwokata Lewickiego z pistoletu marki Browning, wskutek czego Włodzimierz Lewicki ugodzony pociskiem życie stracił, czyli o zbrodnię skrytobójczego morderstwa z § 134 i 135 ustawy karnej, podpadającą pod karę z § 136 ustawy karnej”.

* * *

Proces Janiny Borowskiej rozpoczął się 12 stycznia 1910 roku przed Trybunałem Przysięgłych Sądu Krajowego Karnego w Krakowie, w sali szesnastej przy ulicy Senackiej 1. Rozprawie przewodniczył sędzia doktor Hieronim Błonarowicz, wspomagany przez dwóch innych sędziów zawodowych, doktora Mariana Jasiewicza i doktora Wiktora Kopfa. Oskarżał zastępca prokuratora, doktor Kazimierz Marowski, a bronił oskarżonej uważany za wybitnego obrońcę w sprawach karnych i za krasomówcę adwokat doktor Ludwik Szalay. Przedstawicielem strony interesowanej, jak określano wówczas powoda cywilnego (czyli rodziny zmarłego), był doktor Zygmunt Kłębkowski.

Światło lamp na sali sądowej nadawało wszystkim niezdrowy wygląd. Pomieszczenie było stare, zniszczone i zaniedbane, przesączone smrodem strachu, który zbierał się tu przez lata, jak warstwy łuszczącej się farby. „Janina Borowska wchodzi na salę – relacjonował korespondent gazety «Czas». – Czarna suknia. Czarny duży kapelusz. Gęsty woal schodzi z kapelusza na twarz, zasłaniając rysy prawie zupełnie. Majaczy tylko bladość policzków, oczu zupełnie nie widać. Borowska przesuwa się jak cień przez ławę, na której za chwilę zasiądą przysięgli. Przed nią postępuje dozorczyni więzienna w białym czepku i ciemnofioletowej bluzce […]. Na pytanie przewodniczącego, czy chce wygodniejszego siedzenia, niedosłyszalna odpowiedź, cień odpowiedzi, której dorozumieć się można tylko po skinieniu czarnego kapelusza. Duży, wyplatany fotel wnoszą za barierę […].

Poczyna się losowanie przysięgłych. Dwóch odpada, gdyż okazują się, iż są obcymi poddanymi. W donośny głos przewodniczącego mieszają się od czasu do czasu słowa: Wyłączam… Obraz sali uzupełnia się powoli […]. Za chwilę ława przysięgłych w komplecie. Donośne i jasne pouczenie przewodniczącego, potem przysięga […]. Sędziowie Obywatele powtarzają, jeden po drugim, krótką rotę, wznosząc trzy palce w górę. Mała chwilka zamieszania, gdyż jeden z przysięgłych wyznania mojżeszowego zauważa, iż według rytuału nie wolno Żydom podnosić przy przysiędze trzech palców w górę. Przysięga tak złożona jest nieważna.

– To niech pan ją powtórzy bez podnoszenia palców. Proszę… Tak… To drobnostka. Baczmy na treść przede wszystkim. Forma to rzecz mniej ważna. Otworzyć salę!

W urzędowy nastrój wpada z otwarciem drzwi nuta trochę nerwowa, jak gdyby echa walk onegdajszych o bilety, wspomnienia trochę żałosne dla właścicielek futer i kapeluszy, złożonych w strzępach na ołtarzu kobiecej ciekawości.

Na korytarzach czekano przeszło trzy kwadranse, urozmaicając sobie czas prośbami «o nietłoczenie się» i wzajemną ocenę grzeczności towarzyskiej. Z parteru dolatuje krótki tupot: w jednej chwili pierwszy rząd przy barierze zatłoczony, głowa przy głowie, wśród zarzutów i wzajemnych rekryminacji”8.

Punktualnie o godzinie dziesiątej rozpoczęło się odczytywanie aktu oskarżenia, trwające ponad sześćdziesiąt minut. Następnie sędzia przewodniczący zwrócił się do Borowskiej:

– Słyszała pani akt oskarżenia?

– Tak – padła zdecydowana odpowiedź.

– Stoi pani pod zarzutem skrytobójczego morderstwa popełnionego na osobie świętej pamięci Włodzimierza Lewickiego. Czy pani poczuwa się do winy?

– Nie poczuwam się – odpowiedziała Borowska, po czym na polecenie sądu przystąpiła do składania wyjaśnień, głównie dotyczących owego feralnego wieczoru, kiedy mecenas stracił życie.

Relacje dotyczące jej stosunków z Lewickim zajęły kilka następnych dni procesowych. Borowska odmówiła odpowiedzi na pytanie, czy jej córeczka jest dzieckiem jej męża. Odrzekła tylko, że dziecko to przyszło na świat osiem miesięcy po uzyskaniu sądowej separacji i zawsze było uważane oraz traktowane jako dziecko wspólne. O Lewickim mówiła, że to właśnie od niego pochodziła początkowo inicjatywa bliższych kontaktów. To on ściągał ją pod różnymi pozorami do kancelarii, to on wysłał pierwszy list do niej.

– Kiedy powiedziałam mężowi, że kocham Lewickiego, ten oświadczył: „Nie mam nic przeciwko temu, ale czy ty się nie mylisz? To nie miłość, to przyjaźń, Janko”. Ostrzegł mnie przy tym, że nie byłoby dobrze, gdyby ten stosunek przybrał formę, której bym sobie nie życzyła. Kiedy faktycznie stosunek przybrał formę, jakiej się obawiałam, chciałam początkowo wycofać sprawę od mecenasa, lecz gdy mi zagroził, że w takim razie oświadczy, iż sprawę porzucił jako nieuczciwą, wtedy opuściłam bezradnie ręce.

* * *

Kilka kolejnych dni zajęło postępowanie dowodowe. Przed barierką dla świadków przesunął się długi korowód osób, powtarzając w większości zeznania złożone przed sędzią śledczym. Stający w charakterze świadka Andrzej Bylicki dorzucił do złożonych wcześniej zeznań jeden znamienny szczegół. Lewicki często zostawiał dla niego otwarte drzwi wejściowe do mieszkania. Wieczorem z 4 na 5 czerwca drzwi były, niestety, zamknięte. Gdyby nie ten fakt, zostałby wówczas na noc u Lewickiego, ponieważ ten prosił go o to.

Po tych rewelacjach doktor Szalay zasypał Bylickiego lawiną pytań. Udało mu się wytknąć kilka sprzeczności między zeznaniami złożonymi w śledztwie i na rozprawie, co prawda w kwestiach dla postępowania mało istotnych. Zirytowany tym Bylicki wypalił w stronę Szalaya:

– To jest bezczelność!

– Proszę ukarać pana Bylickiego! – zażądał od sądu mecenas Szalay.

– Proszę to uczynić, a nie zapowiadać – wtrąciła się Borowska.

Sędzia Błonarowicz skazał Bylickiego na grzywnę w wysokości dziesięciu koron za obrazę obrońcy, dodając przy tym:

– Niech i pan mecenas się hamuje…

W dalszej kolejności głos oddano biegłym. Na podstawie obserwacji prowadzonej od 22 czerwca do 22 lipca 1909 roku biegli psychiatrzy wyrazili opinię, że Borowska „jest osobą egzaltowaną i nerwową, ale jej stan psychiczny nie ogranicza odpowiedzialności karnej”. Zeznawali też oczywiście profesor Wachholz i doktor Jankowski. Zgodnie z ich opinią z medycznego punktu widzenia nie udało się jednoznacznie odpowiedzieć, czy Lewicki sam się zastrzelił, czy też strzeliła do niego Janina Borowska. Za samobójstwem przemawiało usytuowanie rany i brak śladów walki na ciele denata i Borowskiej. Biegli uznali, że mogło to być bardzo typowe samobójstwo lub bardzo nietypowe morderstwo.

Czternastego