Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2012

Sprawa Colliniego ebook

Ferdinand von Schirach

(0)
Bestseller

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Sprawa Colliniego - Ferdinand von Schirach

Zemsta po latach, dzieje niemieckiego wymiaru sprawiedliwości, dramatyczny epizod z czasów III Rzeszy w tle. Głośna powieść Ferdinanda von Schiracha, autora bestsellerowego Przestępstwa oraz Winy!

Ważna powieść autora bestsellerowych opowiadań kryminalnych! Już na pierwszej stronie czytelnik poznaje mordercę, na kolejnej narzędzie zbrodni oraz ofiarę, która na trzeciej stronie ginie. Wydaje się, że na tym historia mogłaby się zakończyć. Jednakże von Schiracha dużo bardziej od tego, kto i kogo zabił, interesuje sam motyw, ciekawi go, co pcha ludzi do czynów, do których na pozór nie byliby zdolni. Jaki bowiem cel w zabójstwie osiemdziesięciu kilkuletniego staruszka, przedsiębiorcy, przykładnego ojca i kochanego dziadka, ma młodszy od niego o dwadzieścia lat mężczyzna, wzorowy obywatel? Strona po stronie narrator odsłania kolejne tajemnice sięgające czasów II wojny światowej, uświadamiając nam, że ludzie nie są z gruntu źli bądź dobrzy, ofiara bywa też katem, nieuwaga może dużo kosztować, a prawda to najprostsza rzecz pod słońcem. Sprawa Colliniego stanowi również ważny głos we wciąż żywej dyskusji nad historią. Dyskusji o winie, jaką Niemcy, jako naród, ponoszą za zbrodnie swoich dziadków i ojców...

 

Znany niemiecki adwokat, Ferdinand von Schirach, w swojej rewelacyjnej pierwszej powieści „Sprawa Colliniego” opowiada coś więcej niż tylko wciągającą kryminalną historię. Pyta o stosunek niemieckiego wymiaru sprawiedliwości do przeszłości hitlerowskiej i o prawo ofiar do zadośćuczynienia.

Marie-Louise Zimmermann, „Berner Zeitung"

Opinie o ebooku Sprawa Colliniego - Ferdinand von Schirach

Fragment ebooka Sprawa Colliniego - Ferdinand von Schirach

Fer­di­nand von Schi­rach

SPRA­WA COL­LI­NIE­GO

prze­ło­ży­ła Anna Kie­re­jew­ska

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Der Fall Col­li­ni

Co­py­ri­ght © 2011 by Pi­per Ver­lag, GmbH, Mün­chen

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Spis treści

Motto

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

Aneks

Podziękowania

Uzupełnienie

Biogram autora

Wszy­scy je­ste­śmy stwo­rze­ni do tego, co ro­bi­my.

Er­nest He­min­gway

1

Póź­niej wszy­scy będą przy­wo­ły­wać to w pa­mię­ci: kel­ner ob­słu­gi ho­te­lo­wej, dwie star­sze pa­nie z win­dy, mał­żeń­stwo z ko­ry­ta­rza na czwar­tym pię­trze. Po­wie­dzie­li, że męż­czy­zna był po­tęż­ny, i wszy­scy wspo­mi­na­li za­pach potu.

Col­li­ni wje­chał na czwar­te pię­tro. Od­szu­kał po­kój nu­mer czte­ry­sta, „Apar­ta­ment Bran­den­bur­ski”. Za­pu­kał.

– Tak? – Męż­czy­zna sto­ją­cy w drzwiach miał osiem­dzie­siąt pięć lat, ale wy­glą­dał na dużo młod­sze­go, niż Col­li­ni się spo­dzie­wał. Po jego kar­ku spły­wał pot.

– Dzień do­bry, Col­li­ni z „Cor­rie­re del­la Sera” – po­wie­dział nie­wy­raź­nie i za­sta­na­wiał się, czy męż­czy­zna nie za­żą­da ja­kiejś le­gi­ty­ma­cji.

– Tak, miło mi, pro­szę wejść. Naj­le­piej bę­dzie, je­śli prze­pro­wa­dzi­my wy­wiad tu­taj. – Męż­czy­zna po­dał rękę Col­li­nie­mu. Ten cof­nął się, nie chciał go do­ty­kać. Jesz­cze nie w tym mo­men­cie.

– Spo­ci­łem się – po­wie­dział Col­li­ni. Zde­ner­wo­wa­ło go, że to po­wie­dział, te sło­wa wy­po­wie­dzia­ne na głos za­brzmia­ły dziw­nie. Nikt by cze­goś ta­kie­go nie po­wie­dział, po­my­ślał.

– Tak, bar­dzo dziś par­no, pew­nie nie­dłu­go bę­dzie pa­dać – od­parł męż­czy­zna przy­jaź­nie, ale to wca­le nie była praw­da. W ho­te­lo­wych po­miesz­cze­niach pa­no­wał chłód, kli­ma­ty­za­cja pra­co­wa­ła nie­mal bez­gło­śnie. We­szli do po­ko­ju z be­żo­wym dy­wa­nem, ciem­ny­mi me­bla­mi, du­ży­mi okna­mi, wszyst­ko po­rząd­ne i dro­gie. Z okna Col­li­ni wi­dział Bra­mę Bran­den­bur­ską, wy­da­ło mu się, że znaj­du­je się ona dziw­nie bli­sko.

Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej męż­czy­zna był mar­twy. W jego po­ty­li­cę zo­sta­ły wy­strze­lo­ne czte­ry po­ci­ski, je­den z nich ob­ró­cił się w mó­zgu i wy­le­ciał, roz­ry­wa­jąc po­ło­wę twa­rzy. Krew wsią­ka­ła w be­żo­wy dy­wan, ciem­na pla­ma po­wo­li sta­wa­ła się co­raz więk­sza. Col­li­ni odło­żył pi­sto­let na stół. Sta­nął obok męż­czy­zny, przy­glą­dał się star­czym pla­mom na wierz­chu jego dło­ni. Ob­ró­cił cia­ło nogą. Na­gle ob­ca­sem wal­nął męż­czy­znę w twarz, spoj­rzał na nie­go, po­tem kop­nął raz jesz­cze. Nie mógł prze­stać, ko­pał raz za ra­zem, krew i roz­gnie­cio­ny mózg bry­zga­ły na jego no­gaw­ki, dy­wan i ramę łóż­ka. Le­karz me­dy­cy­ny są­do­wej nie był w sta­nie dojść licz­by za­da­nych ra­zów, ko­ści po­licz­ko­we, szczę­ki, nosa i czasz­ki zo­sta­ły zła­ma­ne pod wpły­wem ude­rzeń. Col­li­ni prze­stał do­pie­ro wte­dy, kie­dy od buta ode­rwał mu się ob­cas. Usiadł na łóż­ku, pot spły­wał po jego twa­rzy. Tęt­no uspo­ka­ja­ło się po­wo­li. Cze­kał, aż od­dech znów bę­dzie mia­ro­wy. Wstał, prze­że­gnał się, wy­szedł z po­ko­ju i win­dą zje­chał na par­ter. Uty­kał, bo but był bez ob­ca­sa, wy­sta­ją­ce gwoź­dzie zgrzy­ta­ły o mar­mur. Mło­dej ko­bie­cie sto­ją­cej za kon­tu­arem w lob­by po­wie­dział, żeby za­dzwo­ni­ła po po­li­cję. Za­da­wa­ła py­ta­nia, ge­sty­ku­lo­wa­ła. Col­li­ni od­po­wie­dział tyl­ko: „Po­kój nu­mer czte­ry­sta, on nie żyje”. Obok nie­go sta­ła elek­tro­nicz­na ta­bli­ca, na któ­rej było na­pi­sa­ne: „23 maja 2001, go­dzi­na 20.00, Sala Szprew­ska, Nie­miec­ki Zwią­zek Prze­my­słu Ma­szy­no­we­go”.

Usiadł na jed­nej z nie­bie­skich sof w lob­by. Kel­ner spy­tał, czy coś mu po­dać, Col­li­ni nic nie od­po­wie­dział. Wbił wzrok w pod­ło­gę. Na mar­mu­rze w win­dzie moż­na było do­strzec śla­dy jego bu­tów, pro­wa­dzą­ce do sa­me­go apar­ta­men­tu. Col­li­ni cze­kał, aż go aresz­tu­ją. Cze­kał całe ży­cie, za­wsze w mil­cze­niu.

2

Dy­żur ad­wo­kac­ki, ad­wo­kat Ca­spar Le­inen. – Na ekra­nie te­le­fo­nu wy­świe­tlił się je­den z nu­me­rów sądu kar­ne­go.

– Sąd re­jo­no­wy Tier­gar­ten, moje na­zwi­sko Köh­ler, je­stem sę­dzią śled­czym. Mamy tu po­dej­rza­ne­go bez obroń­cy. Pro­ku­ra­tu­ra zło­ży­ła wnio­sek o wy­da­nie na­ka­zu aresz­to­wa­nia w związ­ku z po­dej­rze­niem po­peł­nie­nia mor­der­stwa. Ile zaj­mie panu do­tar­cie do sądu?

– Ja­kieś dwa­dzie­ścia pięć mi­nut.

– Do­brze, po­dej­rza­ny zo­sta­nie do­pro­wa­dzo­ny w cią­gu czter­dzie­stu mi­nut. Pro­szę zgło­sić się do po­ko­ju dwie­ście dwa­na­ście.

Ca­spar Le­inen odło­żył słu­chaw­kę. Po­dob­nie jak wie­lu in­nych po­cząt­ku­ją­cych ad­wo­ka­tów wpi­sał się na li­stę dy­żu­rów or­ga­ni­zo­wa­nych przez Zwią­zek Obroń­ców. Ad­wo­ka­ci do­sta­wa­li na week­end te­le­fon ko­mór­ko­wy i mu­sie­li sta­le być w go­to­wo­ści. Nu­mer tego te­le­fo­nu był zna­ny po­li­cji, pro­ku­ra­tu­rze i sę­dziom. Wła­dze dzwo­ni­ły, je­śli ktoś zo­stał za­trzy­ma­ny i za­żą­dał obroń­cy. W ten spo­sób mło­dzi ad­wo­ka­ci do­sta­wa­li swo­ich pierw­szych klien­tów.

Le­inen był ad­wo­ka­tem od czter­dzie­stu dwóch dni. Po dru­gim eg­za­mi­nie pań­stwo­wym przez rok włó­czył się po świe­cie, jeź­dził po Afry­ce i Eu­ro­pie, za­trzy­mu­jąc się prze­waż­nie u zna­jo­mych z cza­sów szkol­nych, z któ­ry­mi miesz­kał w in­ter­na­cie. Od paru dni przy drzwiach wej­ścio­wych do bu­dyn­ku wi­sia­ła ta­blicz­ka: „Ca­spar Le­inen – ad­wo­kat”. Wy­da­wa­ło się to tro­chę pom­pa­tycz­ne, ale mimo to mu się po­do­ba­ło. Dwu­po­ko­jo­wa kan­ce­la­ria znaj­do­wa­ła się w ofi­cy­nie przy bocz­nej uli­cy od­cho­dzą­cej od Kur­für­sten­damm. Nie było wpraw­dzie win­dy i klien­ci mu­sie­li wcho­dzić na górę wą­ską klat­ką scho­do­wą, jed­nak Le­inen czuł się tam swo­bod­nie i pra­co­wał na wła­sny ra­chu­nek.

Było nie­dziel­ne przed­po­łu­dnie, od paru go­dzin sprzą­tał biu­ro. Wszę­dzie le­ża­ły po­otwie­ra­ne kar­to­ny, krze­sła dla klien­tów ku­pił na pchlim tar­gu, a me­ta­lo­wa sza­fa na akta sta­ła zu­peł­nie pu­sta. Biur­ko po­da­ro­wał mu oj­ciec.

Po te­le­fo­nie od sę­dzie­go Le­inen za­czął szu­kać ma­ry­nar­ki. Zna­lazł ją pod sto­sem ksią­żek. Z okien­nej klam­ki zdjął nową togę, we­pchnął ją do ak­tów­ki i wy­biegł. Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej stał w po­ko­ju sę­dzie­go śled­cze­go.

– Ad­wo­kat Le­inen, dzień do­bry, dzwo­nił pan do mnie. – Był lek­ko zdy­sza­ny.

– Ach, tak, z dy­żu­ru, zga­dza się? Do­brze, do­brze. Köh­ler. – Sę­dzia wstał, by po­dać mu rękę. Miał oko­ło pięć­dzie­się­ciu lat, sza­ra me­lan­żo­wa ma­ry­nar­ka, oku­la­ry do czy­ta­nia. Wy­glą­dał na sym­pa­tycz­ne­go, może tro­chę roz­tar­gnio­ne­go. Było to jed­nak myl­ne wra­że­nie.

– Col­li­ni, spra­wa o mor­der­stwo. Chce pan te­raz po­roz­ma­wiać ze swo­im klien­tem? I tak mu­si­my po­cze­kać jesz­cze na pro­ku­ra­to­ra. Kie­row­nik de­par­ta­men­tu, pro­ku­ra­tor na­czel­ny Re­imers, po­mi­mo week­en­du zja­wi się oso­bi­ście... Cóż, pew­nie cho­dzi o ra­port. Więc chce pan roz­ma­wiać z klien­tem?

– Chęt­nie – po­wie­dział Le­inen. Przez chwi­lę za­sta­na­wiał się, dla­cze­go ta spra­wa o mor­der­stwo jest tak waż­na, że Re­imers po­ja­wi się oso­bi­ście, ale kie­dy po­ste­run­ko­wy otwo­rzył drzwi, prze­stał o tym my­śleć. Za­raz za nimi znaj­do­wa­ły się stro­me, wą­skie, ka­mien­ne scho­dy pro­wa­dzą­ce w dół. Tędy z wię­zie­nia do sę­dzie­go przy­pro­wa­dza­no za­trzy­ma­nych. Na pierw­szym po­de­ście w pół­mro­ku stał ogrom­ny męż­czy­zna, któ­ry opie­rał się o po­ma­lo­wa­ną wap­nem ścia­nę i pra­wie cał­ko­wi­cie za­sła­niał gło­wą je­dy­ną lam­pę. Jego za­ło­żo­ne z tyłu ręce skrę­po­wa­ne były kaj­dan­ka­mi.

Straż­nik prze­pu­ścił Le­ine­na i za­mknął za nim drzwi. Le­inen zo­stał z męż­czy­zną sam.

– Dzień do­bry, na­zy­wam się Le­inen, je­stem ad­wo­ka­tem. – Na po­de­ście było mało miej­sca, męż­czy­zna stał za bli­sko.

– Fa­bri­zio Col­li­ni. – Męż­czy­zna po­pa­trzył na Le­ine­na tyl­ko przez chwi­lę. – Nie po­trze­bu­ję ad­wo­ka­ta.

– Po­trze­bu­je pan. Pra­wo mówi, że w ta­kim wy­pad­ku musi pana bro­nić ad­wo­kat.

– Nie chcę się bro­nić – po­wie­dział Col­li­ni. Twarz też miał ogrom­ną: sze­ro­ki pod­bró­dek, wą­skie usta, ma­syw­ne czo­ło. – Za­bi­łem tego męż­czy­znę.

– Ze­zna­wał pan już na po­li­cji?

– Nie – po­wie­dział Col­li­ni.

– Więc po­wi­nien pan te­raz mil­czeć. Za­cznie­my mó­wić do­pie­ro wte­dy, kie­dy za­po­znam się z ak­ta­mi.

– Nie chcę mó­wić. – Col­li­ni miał głę­bo­ki i obcy głos.

– Jest pan Wło­chem?

– Tak. Ale od trzy­dzie­stu pię­ciu lat miesz­kam w Niem­czech.

– Mam po­wia­do­mić pań­ską ro­dzi­nę?

Col­li­ni nie spoj­rzał na nie­go.

– Nie mam ro­dzi­ny.

– Przy­ja­ciół?

– Nie mam ni­ko­go.

– Więc za­cznij­my.

Le­inen za­pu­kał, straż­nik otwo­rzył drzwi. Pro­ku­ra­tor na­czel­ny Re­imers sie­dział już przy sto­le w sali po­sie­dzeń; Le­inen krót­ko się przed­sta­wił. Sę­dzia wy­cią­gnął tecz­kę z pię­trzą­ce­go się przed nim sto­su. Col­li­ni usiadł na drew­nia­nej ław­ce za ni­ski­mi ba­rier­ka­mi, obok nie­go sta­nął straż­nik.

– Pro­szę zdjąć oskar­żo­ne­mu kaj­dan­ki – po­wie­dział Köh­ler. Straż­nik roz­piął je, Col­li­ni roz­ma­so­wał so­bie nad­garst­ki. Le­inen nig­dy nie wi­dział tak wiel­kich dło­ni.

– Dzień do­bry. Na­zy­wam się Köh­ler, będę dzi­siaj sę­dzią śled­czym w pań­skim po­stę­po­wa­niu. – Wska­zał na pro­ku­ra­to­ra. – To jest pro­ku­ra­tor na­czel­ny Re­imers, swo­je­go obroń­cę już pan zna. – Chrząk­nął, jego ton stał się rze­czo­wy, mó­wił te­raz bez ja­kich­kol­wiek emo­cji: – Fa­bri­zio Col­li­ni, zna­lazł się pan tu, gdyż pro­ku­ra­tu­ra zło­ży­ła prze­ciw­ko panu wnio­sek o na­kaz tym­cza­so­we­go aresz­to­wa­nia w związ­ku z po­dej­rze­niem po­peł­nie­nia mor­der­stwa. Dziś zde­cy­du­ję, czy wy­dam na­kaz aresz­to­wa­nia. Czy wy­star­cza­ją­co ro­zu­mie pan nie­miec­ki?

Col­li­ni przy­tak­nął.

– Pro­szę po­dać peł­ne imię i na­zwi­sko.

– Fa­bri­zio Ma­ria Col­li­ni.

– Kie­dy i gdzie się pan uro­dził?

– Dwu­dzie­ste­go szó­ste­go mar­ca 1934 roku w Cam­po­mo­ro­ne pod Ge­nuą.

– Na­ro­do­wość?

– Wło­ska.

– Gdzie jest pan za­mel­do­wa­ny?

– W Böblin­gen, Tau­ben­stra­ße 19.

– Jaki za­wód pan wy­ko­nu­je?

– Je­stem na­rzę­dziow­cem. Trzy­dzie­ści czte­ry lata pra­co­wa­łem w Da­im­le­rze, ostat­nio jako maj­ster. Od czte­rech mie­się­cy je­stem na eme­ry­tu­rze.

– Dzię­ku­ję. – Sę­dzia po­dał Le­ine­no­wi skła­da­ją­cy się z dwóch stron wy­dru­ko­wa­nych na czer­wo­nym pa­pie­rze na­kaz aresz­to­wa­nia, prze­su­wa­jąc go po sto­le. Nie był jesz­cze pod­pi­sa­ny. In­for­ma­cje po­cho­dzi­ły z ra­por­tu Wy­dzia­łu Za­bójstw. Sę­dzia od­czy­tał do­ku­ment. Fa­bri­zio Col­li­ni miał spo­tkać Jean-Bap­ti­ste’a Mey­era w apar­ta­men­cie nu­mer czte­ry­sta w ho­te­lu Ad­lon i za­bić go czte­re­ma strza­ła­mi w tył gło­wy. We­dług ra­por­tu jesz­cze nie skła­dał wy­ja­śnień, ale jego wina ma mu zo­stać udo­wod­nio­na na pod­sta­wie od­ci­sków pal­ców z bro­ni, śla­dów krwi z jego ubra­nia i bu­tów, po­zo­sta­ło­ści pro­chu na jego dło­niach oraz ze­znań świad­ków.

– Pa­nie Col­li­ni, zro­zu­miał pan za­rzut?

– Tak.

– Zgod­nie z pra­wem od pana za­le­ży to, czy usto­sun­ku­je się do za­rzu­tów. Je­śli po­sta­no­wi pan mil­czeć, nie może to być wy­ko­rzy­sta­ne prze­ciw panu. Może pan skła­dać wnio­ski do­wo­do­we, na przy­kład wska­zać świad­ków. W każ­dej chwi­li ma pan pra­wo na­ra­dzić się z ad­wo­ka­tem.

– Nie mam nic do po­wie­dze­nia.

Le­inen nie mógł ode­rwać wzro­ku od dło­ni Col­li­nie­go.

Köh­ler zwró­cił się do pro­to­ko­lant­ki:

– Pro­szę za­pi­sać: oskar­żo­ny nie chce zło­żyć wy­ja­śnień. – Le­ine­na na­to­miast za­py­tał: – Czy chce pan wy­ja­śnić coś w imie­niu po­dej­rza­ne­go, pa­nie obroń­co?

– Nie. – Le­inen wie­dział, że w tym mo­men­cie nie ma sen­su ni­cze­go mó­wić.

Sę­dzia Köh­ler od­wró­cił krze­sło w stro­nę Col­li­nie­go.

– Pa­nie Col­li­ni, wy­da­ję na­kaz aresz­to­wa­nia, któ­ry przed chwi­lą panu od­czy­ta­łem. Może pan zło­żyć za­ża­le­nie na moją de­cy­zję lub wnieść o zba­da­nie pod­staw za­sad­no­ści za­sto­so­wa­nia tym­cza­so­we­go aresz­to­wa­nia. Pro­szę omó­wić to ze swo­im ad­wo­ka­tem – mó­wiąc to, pod­pi­sy­wał na­kaz aresz­to­wa­nia. Po­tem spoj­rzał na Re­imer­sa i Le­ine­na. – Jesz­cze ja­kieś wnio­ski? – spy­tał.

Re­imers po­krę­cił prze­czą­co gło­wą i ze­brał akta.

– Tak, skła­dam wnio­sek o udzie­le­nie wglą­du do akt – po­wie­dział Le­inen.

– Zo­sta­ło to za­pi­sa­ne w pro­to­ko­le. Coś jesz­cze?

– Wno­szę o spraw­dze­nie za­sad­no­ści za­sto­so­wa­nia tym­cza­so­we­go aresz­to­wa­nia na po­sie­dze­niu.

– Rów­nież za­pi­sa­ne.

– Wno­szę też o przy­dzie­le­nie mnie oskar­żo­ne­mu jako obroń­cy z urzę­du.

– Już? No do­brze. Czy pro­ku­ra­tu­ra ma za­strze­że­nia? – za­py­tał Köh­ler.

– Nie – od­po­wie­dział Re­imers.

– Wy­da­ję więc na­stę­pu­ją­ce po­sta­no­wie­nie: ad­wo­kat Le­inen zo­sta­je w tym po­stę­po­wa­niu przy­dzie­lo­ny oskar­żo­ne­mu Fa­bri­zio Col­li­nie­mu jako obroń­ca z urzę­du. Czy to wszyst­ko?

Le­inen ski­nął. Pro­to­ko­lant­ka za­bra­ła z dru­kar­ki kart­kę i po­da­ła ją Köh­le­ro­wi. Ten spoj­rzał po­bież­nie na wy­druk i prze­ka­zał go Le­ine­no­wi.

– To pro­to­kół z po­sie­dze­nia. Pro­szę dać go swo­je­mu klien­to­wi do pod­pi­su.

Le­inen wstał, prze­czy­tał pi­smo i po­ło­żył je na drew­nia­nym pul­pi­cie przy­mo­co­wa­nym do ba­rier­ki przed ławą oskar­żo­nych. Do pul­pi­tu na cien­kim sznur­ku przy­twier­dzo­ny był dłu­go­pis. Col­li­ni ode­rwał go, wy­ją­kał „prze­pra­szam” i pod­pi­sał do­ku­ment. Le­inen od­dał go sę­dzie­mu.

– Więc dzi­siaj to by było na tyle. Straż­nik, pro­szę wy­pro­wa­dzić pana Col­li­nie­go. Do wi­dze­nia, pa­no­wie – po­wie­dział sę­dzia. Straż­nik za­piął kaj­dan­ki na nad­garst­kach Col­li­nie­go i ra­zem opu­ści­li ga­bi­net. Le­inen i Re­imers wsta­li.

– Ach, pa­nie Le­inen – po­wie­dział Köh­ler. – Pro­szę zo­stać jesz­cze chwi­lę.

Le­inen od­wró­cił się w drzwiach. Re­imers opu­ścił po­kój.

– Nie chcia­łem py­tać przy pań­skim klien­cie, ale jak dłu­go jest już pan ad­wo­ka­tem?

– Oko­ło mie­sią­ca.

– Czy to pań­skie pierw­sze wy­da­nie na­ka­zu aresz­to­wa­nia?

– Tak.

– Więc uła­twię to panu. Pro­szę być tak mi­łym i ro­zej­rzeć się po po­ko­ju. Czy wi­dzi pan tu gdzieś pu­blicz­ność?

– Nie.

– Do­brze pan wi­dzi. Nie ma jej tu, nig­dy nie było i nie bę­dzie. Ani ogło­sze­nie na­ka­zu aresz­to­wa­nia, ani ba­da­nie pod­staw aresz­to­wa­nia nie od­by­wa się jaw­nie. Jesz­cze pan o tym nie za­po­mniał, praw­da?

– ...tak.

– Więc dla­cze­go, do li­cha, bę­dąc w moim ga­bi­ne­cie, ma pan na so­bie togę?

Sę­dzia przez chwi­lę jak­by de­lek­to­wał się nie­pew­no­ścią Le­ine­na.

– Już do­brze, bę­dzie pan na­stęp­nym ra­zem wie­dział. Po­wo­dze­nia pod­czas obro­ny. – Köh­ler wziął ze sto­su akta.

– Do wi­dze­nia – wy­mam­ro­tał Le­inen. Sę­dzia nie od­po­wie­dział.

Za drzwia­mi stał Re­imers i cze­kał.

– Akta może pan ode­brać we wto­rek z mo­je­go se­kre­ta­ria­tu, pa­nie Le­inen.

– Dzię­ku­ję.

– Czy nie był pan u nas apli­kan­tem?

– Tak, by­łem, dwa lata temu. Zo­sta­łem nie­daw­no do­pusz­czo­ny do wy­ko­ny­wa­nia za­wo­du.

– Przy­po­mi­nam so­bie – po­wie­dział Re­imers. – I od razu spra­wa o mor­der­stwo, gra­tu­lu­ję. Choć to bez­na­dziej­ny przy­pa­dek dla obro­ny... Ale od cze­goś trze­ba prze­cież za­cząć.

Re­imers po­że­gnał się i znik­nął w bocz­nym skrzy­dle. Le­inen po­wo­li szedł ko­ry­ta­rzem w kie­run­ku wyj­ścia. Cie­szył się, że jest wresz­cie sam. Przy­glą­dał się de­ko­ra­cjom nad drzwia­mi, pła­sko­rzeź­bom z gip­su; jed­na z nich przed­sta­wia­ła bia­łe­go pe­li­ka­na roz­szar­pu­ją­ce­go dzio­bem swo­ją pierś, żeby krwią na­kar­mić mło­de. Usiadł na ław­ce, prze­czy­tał raz jesz­cze na­kaz aresz­to­wa­nia, za­pa­lił pa­pie­ro­sa i roz­pro­sto­wał nogi.

Od za­wsze chciał być ad­wo­ka­tem. Pod­czas apli­ka­cji pra­co­wał w jed­nej z du­żych kan­ce­la­rii pra­wa go­spo­dar­cze­go. W ty­go­dniu po eg­za­mi­nie do­stał czte­ry za­pro­sze­nia na roz­mo­wy kwa­li­fi­ka­cyj­ne, ale na żad­ną z nich nie po­szedł. Le­inen nie lu­bił tych biur mo­lo­chów. Pra­cu­ją­cy w nich mło­dzi lu­dzie przy­po­mi­na­li ban­kie­rów, mie­li świet­nie zda­ne eg­za­mi­ny, ku­po­wa­li auta, na któ­re nie było ich stać, a zwy­cię­żał ten, któ­ry na ko­niec ty­go­dnia wy­sta­wił klien­tom naj­wyż­szą fak­tu­rę. Współ­wła­ści­cie­le po­dob­nych kan­ce­la­rii byli po dru­gim roz­wo­dzie, w week­en­dy no­si­li żół­te kasz­mi­ro­we swe­try i spodnie w krat­kę. Ich świat skła­dał się z liczb, sta­no­wisk w ra­dach nad­zor­czych, umów kon­sul­tin­go­wych z rzą­dem fe­de­ral­nym i nie­koń­czą­ce­go się cią­gu sal kon­fe­ren­cyj­nych, vi­pow­skich po­cze­kal­ni na lot­ni­skach oraz ho­te­lo­wych lob­by. Dla nich wszyst­kich naj­więk­szą ka­ta­stro­fą było, gdy spra­wa tra­fia­ła do sądu, sę­dzio­wie ozna­cza­li ry­zy­ko. Ale było to wła­śnie to, cze­go chciał Le­inen: chciał wło­żyć togę i bro­nić swo­ich klien­tów. I tu się te­raz zna­lazł.

3

Resz­tę nie­dzie­li Ca­spar Le­inen spę­dził nad jed­nym z je­zior w Bran­den­bur­gii. La­tem wy­naj­mo­wał tam do­mek. Le­żał na po­mo­ście, od cza­su do cza­su drze­mał i przy­glą­dał się ża­glów­kom oraz lu­dziom pły­wa­ją­cym na de­skach wind­sur­fin­go­wych. W dro­dze po­wrot­nej wstą­pił jesz­cze do kan­ce­la­rii i dzie­sięć razy od­słu­chał wia­do­mość na au­to­ma­tycz­nej se­kre­tar­ce.

– Cześć, Ca­spar, tu Jo­han­na. Pro­szę, od­dzwoń do mnie jak naj­prę­dzej. – Po­tem po­da­ła swój nu­mer, to wszyst­ko. Usiadł mię­dzy kar­to­na­mi przy te­le­fo­nie, cią­gle na­ci­skał przy­cisk „po­wtórz”, oparł gło­wę o ścia­nę i za­mknął oczy. W po­ko­iku pa­no­wa­ła du­cho­ta, po­wie­trze w mie­ście sta­ło już od kil­ku dni.

Głos Jo­han­ny nie zmie­nił się. Wciąż jesz­cze był mięk­ki, nadal de­li­kat­nie prze­cią­ga­ła gło­ski, i na­gle wszyst­ko wró­ci­ło: Ro­ßthal, ja­sna zie­leń tra­wy pod kasz­ta­now­ca­mi, za­pach lata, kie­dy był jesz­cze chłop­cem.

Le­że­li na pła­skim da­chu szo­py i pa­trzy­li w nie­bo. Papa, któ­ra po­kry­wa­ła dach, była cie­pła, pod gło­wy pod­ło­ży­li kurt­ki. Phi­lipp po­wie­dział, że po­ca­ło­wał Ulri­ke, cór­kę pie­ka­rza.

– I co? – za­py­tał Ca­spar. – Po­zwo­li­ła ci na wię­cej?

– Hm – chrząk­nął Phi­lipp, po­zo­sta­wia­jąc py­ta­nie bez od­po­wie­dzi.

Mię­dzy nimi stał ter­mos z mro­żo­ną her­ba­tą, ozdo­bio­ny wy­bla­kłą rat­ta­no­wą ple­cion­ką. Dzia­dek Phi­lip­pa przy­wiózł go z Afry­ki. Sły­sze­li sto­ją­cą na ta­ra­sie ku­char­kę, któ­ra ich wo­ła­ła. Mimo to nie wsta­li. Wszyst­ko do­ko­ła zwol­ni­ło bieg, kie­dy tam­te­go po­po­łu­dnia póź­nym la­tem le­że­li w cie­niu sta­rych drzew, za­sa­dzo­nych jesz­cze przez pra­dziad­ka Phi­lip­pa. Je­śli tak da­lej pój­dzie, nig­dy nie po­ca­łu­ję żad­nej dziew­czy­ny, po­my­ślał Ca­spar. Miał dwa­na­ście lat, Phi­lipp i on miesz­ka­li w tym sa­mym in­ter­na­cie nad Je­zio­rem Bo­deń­skim.

Ca­spar cie­szył się, że na wa­ka­cje nie mu­siał wra­cać do domu. Jego oj­ciec odzie­dzi­czył ka­wa­łek lasu w Ba­wa­rii, nic wię­cej nie po­trze­bo­wał. Miesz­kał sam w po­nu­rej le­śni­czów­ce, wy­bu­do­wa­nej w sie­dem­na­stym wie­ku. Ścia­ny były gru­be, okna małe, wszyst­ko ogrze­wa­ne je­dy­nie ko­min­ka­mi. Wszę­dzie wi­sia­ły po­ro­ża i wy­pcha­ne pta­ki. Ca­spar marzł w tym domu przez całe swo­je dzie­ciń­stwo. Dom i oj­ciec pach­nie­li jak mięk­ka lu­kre­cja w lato – to był za­pach bal­li­sto­lu, ole­ju, któ­rym czysz­czo­no uży­wa­ną pod­czas po­lo­wań broń. Bal­li­sto­lem le­czo­no też wszyst­kie cho­ro­by – sma­ro­wa­no nim rany, bo­lą­ce zęby i na­wet, kie­dy Ca­spar miał ka­szel, to po­da­no mu szklan­kę go­rą­cej wody z tym ole­jem. Je­dy­ne cza­so­pi­smo, któ­re mie­li w domu, to „Pies i zwie­rzy­na”. Mał­żeń­stwo ro­dzi­ców Ca­spa­ra było po­mył­ką. Czte­ry lata po ślu­bie mat­ka wnio­sła o roz­wód. Oj­ciec po­wie­dział póź­niej, że dla­te­go nie znio­sła tego wszyst­kie­go, gdyż za­wsze cho­dził w ka­lo­szach. Mat­ka po­zna­ła in­ne­go męż­czy­znę, któ­re­go w domu na­zy­wa­no „pa­nem par­we­niu­szem”, po­nie­waż no­sił ze­ga­rek, któ­ry kosz­to­wał wię­cej, niż wy­no­sił rocz­ny zysk z lasu. Mat­ka za­miesz­ka­ła z no­wym męż­czy­zną w Stut­t­gar­cie, mie­li dwo­je dzie­ci. Za­nim za­miesz­kał w in­ter­na­cie, Ca­spar żył z oj­cem w le­śni­czów­ce. Miał wte­dy dzie­sięć lat.

– Ok, mu­si­my się zbie­rać – po­wie­dział Phi­lipp. – Je­stem głod­ny.

Ze­szli z da­chu i po­szli do domu.

– Może pój­dzie­my póź­niej po­pły­wać? – za­py­tał Phi­lipp.

– Wolę iść na ryby – po­wie­dział Ca­spar.

– Masz ra­cję, ło­wie­nie to lep­szy po­mysł. Ryby mo­że­my zro­bić na gril­lu.

Po tym jak ku­char­ka ich zwy­my­śla­ła, a chłop­cy po­wie­dzie­li jej, że byli zbyt da­le­ko, by móc ją usły­szeć, do­sta­li duże paj­dy chle­ba z ma­słem i szyn­ką. Jak zwy­kle je­dli w kuch­ni, a nie na gó­rze, u ro­dzi­ców Phi­lip­pa. Ca­spar chęt­nie spę­dzał czas tu, na dole. Nie­zli­czo­ne ilo­ści bia­łych szu­flad z czar­ny­mi na­pi­sa­mi: „sól”, „cu­kier”, „kawa”, „mąka”, „kmi­nek”. Kie­dy rano przy­cho­dził li­sto­nosz, do­sia­dał się do sto­łu. Wszy­scy prze­glą­da­li wspól­nie nadaw­ców li­stów i czy­ta­li kart­ki, za­nim te zo­sta­ły za­nie­sio­ne na górę ro­dzi­com Phi­lip­pa.

W co dru­gie po­po­łu­dnie Phi­lipp miał ko­re­pe­ty­cje, ten czas Ca­spar mógł spę­dzać w ga­bi­ne­cie dziad­ka ko­le­gi, Han­sa Mey­era. Cza­sa­mi gra­li w sza­chy na bar­dzo sta­rej sza­chow­ni­cy. Mey­er miał do chłop­ca dużo cier­pli­wo­ści, co ja­kiś czas po­zwa­lał mu wy­grać, a w na­gro­dę za zwy­cię­stwo da­wał mu pie­nią­dze.

Hans