Spragnieni, by żyć - Anna Szafrańska - ebook
BESTSELLER

Spragnieni, by żyć ebook

Szafrańska Anna

4,6

117 osób interesuje się tą książką

Opis

Nigdy nie jest za późno, by walczyć o siebie.

Przekroczenie progu dorosłości dla wielu z nas to czas wyborów i poszukiwania własnej drogi.

Ale nie dla Alicji. Ona nie rozmawia z koleżankami o sukienkach na studniówkę. Nie stresuje się maturą. Nie czeka z utęsknieniem na studia. Po prostu stara się przetrwać. Nie może zawieść najbliższych. Wystarczy, że jej brat to zrobił… Od tamtej tragedii jej rodzina wciąż nie doszła do siebie.

A przecież młodość jest po to, by doświadczać życia i pierwszych miłości! To ostatni dzwonek, by się zbuntować, przekroczyć granice i zawalczyć o marzenia.

Nawet jeśli znów trzeba się zranić aż do krwi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 423

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Poznań 1.06.2020 r.

Mojej Mamie − w dniu jej urodzin

– Będzie boleć?

– Tylko przez chwilę.

– Poleje się krew? Na pewno będę krwawić. Z moją krzepliwością…

– Po prostu przyznaj, że się boisz.

– Ja się boję?

– Tak.

– Ja?!

– Cykor.

Obróciłam się do niego bokiem, sapiąc z wściekłości. Nikt nie będzie mi wmawiał, że się boję.

– Dawaj – rzekłam wojowniczo, zadzierając brodę.

Widząc u mnie ten nagły przypływ szaleńczego uporu, Kuba niczego więcej już nie skomentował. A przynajmniej głośno, bo parsknięcia nie mógł sobie odmówić.

Mimowolnie się wzdrygnęłam, gdy poczułam chłodny dotyk palców na swojej szyi. Kuba odgarnął mi włosy pasmo po paśmie i założył je na drugie ramię. Już chciałam zaproponować, że jeśli mu przeszkadzają, to ponownie zaplotę je w warkocz, ale zrezygnowałam, zaciskając usta. Jego długie palce zsunęły się miękko z mojego ramienia. Wymamrotał, żebym się nie ruszała. Nie trzeba mi było tego dwa razy powtarzać. Byłam sparaliżowana strachem. Dotarł do mnie dźwięk naciągania gumy.

Zaciskając powieki, głośno przełknęłam ślinę.

Kuba stanął obok mnie, a jego piękna twarz znalazła się zaledwie kilka centymetrów od mojej. Mentolowy oddech z ulotną nutą tytoniu owiał mój policzek, łaskocząc go pieszczotliwie. Kuba manewrował, żeby znaleźć idealne miejsce. Niespodziewanie sapnął wprost na moją odsłoniętą szyję. Wbiłam paznokcie w przedramię, bojąc się poruszyć.

To była noc wolności, noc porzucenia wszelkich konwenansów. Zdrowy rozsądek już dawno zostawiłam daleko za sobą. Przekraczałam granicę. Marzyłam o tym od lat.

I wtedy to się stało. Wzdrygnęłam się, sztywno opadając na fotel.

– Aua!

– Wytrzymaj – mamrotał przez zęby, a ja mocniej zacisnęłam palce na skórzanym siedzeniu. – Jeszcze moment… Dobra. Już.

Zeskoczyłam na podłogę. Trzymałam się za gorące ucho, czując elektryczne pulsowanie w płatku. Namacałam w palcach spływającą wilgoć, a gdy podniosłam je do światła, dostrzegłam na opuszkach rozmazaną czerwień, która połyskiwała w świetle jarzeniówek niczym jawny dowód mojej winy.

– Krwawię… O, cholera…

Kuba jednym ruchem zdarł czarne rękawiczki i wrzucił je do kosza na odpady. Oparł się biodrem o pomocnik, na którym leżały przygotowany drugi kolczyk, igła, waciki i płyn do odkażania. Wydawał się niezwykle z siebie zadowolony.

– Nie przeklinaj, dzieciaku. – Zaśmiał się, przejeżdżając językiem po wargach. – No i gratuluję pierwszej dziurki.

Byłam z siebie dumna.

Odwróciłam się w stronę wiszącego na ścianie lustra i aż westchnęłam z zachwytu. Mała złota kulka z różowym diamencikiem tkwiła w moim prawym uchu. Fakt, było ono spuchnięte, zaczerwienione i okropnie bolało, ale… zrobiłam to.

Kuba patrzył na mnie swoimi ciemnymi oczami. Śledził ruch moich dłoni, gdy te dotykały szyi, zmazując z niej mikroskopijne plamki krwi. W roztargnieniu polizałam palec, próbując uporać się ze śladem na obojczyku. Kuba wciągnął głośno powietrze i znacząco chrząkając, podał mi wacik nasączony płynem odkażającym. Uśmiechając się do jego odbicia, podziękowałam mu cicho. Wzruszył ramionami i oddalił się, by wyciągnąć igłę z opakowania, robiąc przy tym tyle hałasu, ile się tylko dało. Jednak mimo tej całej krzątaniny i tak dosłyszałam jego niski głos:

– Tęskniłem za tym uśmiechem.

Rozdział 1

„On the first page of our story

The future seemed so bright

Then the saint turned out so evil

[…]

But you’ll always be my hero

Even though you’ve lost your mind”.

Skylar Grey, Love the Way You Lie

Popołudniowe słońce odbijało się od wypolerowanych srebrnych pater ułożonych w równym rzędzie na podłużnym stole. W skupieniu układałam na nich zimne przekąski w taki sam sposób, w jaki uczyła mnie to robić mama. Miały prezentować się tak, aby goście zgłodnieli na sam ich widok. Zapiekane tartaletki serowo-brokułowe oraz te z pomidorowo-paprykowym kremem wyglądały bajecznie kolorowo, przystrojone soczyście zielonymi łodygami kopru. Przed chwilą skończyłam z ptysiami z kremowym krewetkowym nadzieniem i zabrałam się za pokrojone w talarki bagietki z jajecznym musem, na którym leżały zwinięte cienkie plastry łososia. Mama przeszła samą siebie, serwując takie potrawy, jednak wiedziałam, że gra była warta świeczki. Prowadziła jedyną restaurację w mieście, a od pewnego czasu nie wiodło się nam najlepiej. Tak naprawdę to od trzech lat, gdy niemal cała społeczność się od nas odwróciła.

Zacisnęłam na moment powieki. Niechcący skruszyłam bagietkę, a okruchy posypały się po blacie.

Nie myśl o tym. Nie myśl. Nie ma sensu…

Biorąc drżący oddech, doprowadziłam się do porządku. Musiałam pamiętać, że mama potrzebowała mojej pomocy. Tylko to się teraz liczyło.

Starłam krem z lateksowych rękawiczek i wróciłam do pracy. Sprawdziłam jeszcze, czy nie narobiłam zbyt wielu szkód, jednak żaden niechciany okruch nie znalazł się na paterach gotowych do zaserwowania gościom. Kiedy już skończyłam z przekąskami, rozejrzałam się za koszykami na pieczywo, ale nigdzie ich nie było. Musiałam zapomnieć zabrać je z samochodu. Ściągnęłam rękawiczki oraz biały fartuch, a z torebki mamy zabrałam kluczyki do firmowego dostawczaka. Nie chciałam jej przeszkadzać, chociaż była w sali obok, przygotowując stoły i zastawę. Wyszłam z kuchni i przeszłam opustoszałym korytarzem, gdzie mieściły się biura pracowników urzędu gminy.

Na zewnątrz panował skwar. Mimo późnego czerwcowego popołudnia nadal było duszno i parno. W tej chwili cieszyłam się, że cały budynek urzędu był klimatyzowany. Inaczej roztopiłabym się wraz z ptysiami i ich krewetkowym nadzieniem.

Podeszłam do samochodu mamy i otworzyłam tylne drzwi. Spakowane koszyki na pieczywo znalazłam na półce. Wspięłam się na palce, starając się zahaczyć opuszkami o wiklinowy rant, i złapałam je w ostatniej chwili, zanim wylądowały na bruku. Za plecami usłyszałam parsknięcie, które zmroziło mi krew. Normalnie wywróciłabym oczami i zignorowała głupie teksty i żarty o moim wrodzonym braku koordynacji, ale… nie w tym wypadku. Nie, jeśli nie słyszałam tego głosu od kilku miesięcy.

Częściowo ukrywając się za drzwiami, zerknęłam ciekawsko przez ramię. Po drugiej stronie parkingu stał burmistrz wraz z zastępcą, z przejęciem wertowali jakiejś kartki. Obaj w garniturach i z krawatami zawiązanymi pod samą szyją. Radomirski jak zwykle ułożył włosy na brylantynę i zaczesał je do tyłu, próbując w ten sposób ukryć łysinę na czubku głowy. W niedalekiej odległości od męża pani Radomirska skakała wokół swojego syna. Próbowała przygładzić jego niesforną grzywkę, która odstawała na wszystkie strony. Dobrze wiedziałam, że ten zabieg był z góry skazany na porażkę. Odkąd pamiętam, włosy Kuby były trudne do ujarzmienia. Kiedyś na złość ojcu zaczął je zapuszczać i w efekcie po kilku latach sięgały mu niemal do ramion. Jego tata był wściekły. Schludny wygląd członków rodziny uważał za jeden z warunków swojego sukcesu politycznego. Kuba ściął włosy dopiero wtedy, gdy przeprowadził się do Poznania, by rozpocząć studia z marketingu i zarządzania.

Zauważyłam, że zniecierpliwionym ruchem odsunął troskliwe ręce mamy i sam odgarnął z czoła grzywkę, która niemal w tym samym momencie z powrotem opadła na jego ciemne, czekoladowe oczy, które cały czas były wpatrzone w jeden punkt. We mnie.

Głośno wciągając powietrze, cofnęłam się za drzwi. Czułam, jak serce podskakuje mi do gardła raz za razem i nie miało znaczenia to, że zostałam przyłapana na gorącym uczynku. Po prostu zawsze tak reagowałam na Kubę.

Wychyliłam się powoli, gdy głosy burmistrza i jego rodziny oddalały się od parkingu. Dochodziła szósta, więc zbliżał się czas przemówienia i oficjalnego rozpoczęcia obchodów dni gminy. Za chwilę zrobi się zamieszanie w sali bankietowej, gdzie zlecą się wszyscy zaproszeni z tej okazji goście.

– Znowu to robisz.

Odwróciłam się na pięcie, przyciskając do piersi wiklinowe koszyki na pieczywo, które posłużyły mi za tarczę.

– Robię co? – palnęłam, nie patrząc na Eryka.

– I jeszcze udajesz głupka – prychnął zadziornie. Rozluźnił splecione na piersi ramiona i odebrał ode mnie koszyki. Jego sportowa czapka z daszkiem rzucała cień na niebieskie oczy, które przypatrywały mi się krytycznie. – Zetrzyj ślinę z brody, to nie wygląda ładnie.

– Spadaj – mruknęłam, zamykając samochód. – Co ty tu w ogóle robisz?

– Jedno słowo: Małecka.

Zasznurowałam usta, próbując nie roześmiać się w głos, ale kiepsko mi to wyszło.

– Znowu próbowała cię nawrócić?

– Korzystając z atutów, którymi obdarzyła ją natura.

Skrzywiłam się, przypominając sobie kanarkowożółty kostium, w którym dzisiaj wystąpiła pani Małecka, żona naszego kościelnego. O ile mnie pamięć nie myli, jej pokaźny biust wręcz wylewał się z przyciasnej, wydekoltowanej bluzeczki.

– Przestań. – Wzdrygnęłam się z obrzydzeniem i ruszyłam w stronę zaplecza.

– Moja wina, że wygląda jak matka Stiflera? Jestem tylko młodym, niewinnym chłopakiem! Moje oczy nie powinny tego oglądać. Zostałem skalany!

– Przynieść ci wybielacz?

– Zabawna jesteś. Prawie tak samo zabawnie wyglądasz, kiedy stoisz jak sierota i ślinisz się do Radomirskiego.

– Wcale się nie ślinię – burknęłam rozeźlona. – I przestań już tak głupio gadać! Jeszcze ktoś cię usłyszy – dodałam i zajęłam się wykładaniem chleba.

Oboje wiedzieliśmy, że kłamię. Śliniłam się do Kuby mniej więcej od piątej klasy podstawówki i od tamtej pory niewiele się zmieniło.

W końcu Eryk westchnął ciężko i pokręcił głową.

– Dobra, nie gniewaj się. To widzimy się po tym całym cyrku?

– Jasne. Napiszę, jak skończę.

Na odchodne pociągnął mnie za warkocz i wcisnął mi na głowę swoją czapkę z daszkiem. Nie wiedziałam, czemu to miało służyć, bo przecież sam pomagał rodzicom na ich stoisku na placu koło rynku. Jemu zdecydowanie bardziej przydałaby się ochrona przed słońcem.

W chwilę później przyszła mama, by skontrolować moją pracę. Zadowolona z efektu, wzięła kilka pater i zaniosła je do sali bankietowej. Zrobiłyśmy w ten sposób parę kursów, a ja nadal byłam w lesie z krojeniem i wykładaniem pieczywa, więc mama musiała mi pomóc. Gdy już niosłyśmy ostatnie koszyki, niemal zderzyłam się z jej plecami, gdy stanęła jak wryta na progu sali.

– Kuba! – zawołała mama z rozczuleniem i już pewniej weszła do środka. – Dawno cię nie widziałam! Co u ciebie słychać?

Teraz już wiedziałam, po co mi była ta czapeczka. Nie musiałam opuszczać głowy, by uniknąć wzroku Kuby.

– Dzień dobry. Wszystko po staremu – odparł krótko niskim, lekko chropowatym głosem, który przywodził na myśl mruczenie.

Zaciskałam zęby, jakby w jakiś magiczny sposób miało mi to pomóc zapanować nad nerwami, i ruszyłam w ślad za mamą. Zauważyłam, że odłożyła koszyczki byle gdzie i odwróciła się w stronę chłopaka. Przez chwilę zagościła między nimi kłująca w uszy cisza, a w powietrzu wyczułam zdenerwowanie. I ból. Mojej mamy.

– Jak… Jak na uczelni? – spytała, a jej głos drżał niepewnie.

– W porządku. Dużo zajęć.

– Pamiętasz jeszcze Alę? – Mama złapała mnie pod łokieć, a ja pochyliłam głowę tak nisko, że podbródkiem dotykałam obojczyków. – Trochę się zmieniła, odkąd… No, od kiedy wyjechałeś.

– Jak dla mnie zawsze wygląda jak dzieciak.

Palce mamy zadrżały, po czym zacisnęły się mocniej na moich ramionach. Z całej siły zagryzłam usta, na które cisnęły mi się różne inwektywy pod adresem tego kretyna.

Z korytarza dobiegły nas podniesione głosy. Zmierzały w naszą stronę. Kuba wyszedł, nic więcej nie mówiąc. Mama powoli wypuściła powietrze i zabrała ręce z moich ramion. Spojrzałam na nią przelotnie. Na jej twarzy malował się wyraz odtrącenia. Widziałam go za każdym razem, gdy zbierała się w sobie, by chociaż przywitać się z Kubą, a ten mimo wszystko traktował ją chłodno. Z dystansem. I to sprawiało, że mama cierpiała za każdym razem.

– Burak – skwitowałam krótko.

Mama wygięła wargi w smutnym uśmiechu i szybko oblizała usta. Rzuciła coś o serwetkach i wyszła, pociągając głośno nosem. Wiedziałam, że za chwilę znajdę ją w kuchni wypłakującą oczy. Sama miałam ochotę tak zrobić. Usiąść i płakać. Bo ja też pamiętałam czasy, gdy Kuba był mi bliski niczym brat. Gdy spędzaliśmy we trójkę prawie każde popołudnie, każdą chwilę podczas wakacji i ferii. Przed oczami stanęły mi urywki przypadkowych wspomnień z dni, gdy jeździliśmy razem nad pobliski staw i chłopcy pozwalali mi bawić się wraz z nimi, nabijać kulki z chleba na haczyki ich wędek, gdy nocowaliśmy w starym namiocie na łące za naszym domem…

Trudno było mi uwierzyć, że Kuba to wszystko odtrącił. Wyrzucił z pamięci i stał się kimś zupełnie obcym. Mnie też bolały te wspomnienia, ale… Chciałam je pielęgnować. Były częścią mnie. Mojego życia i tego, kim byłam teraz. I nie chciałam zapomnieć. Nie o nim.

Poszłam do kuchni, by przebrać się w uniform. Mama zdążyła przez ten czas poprawić makijaż, który przykrył wypieki po niedawnym płaczu. Musiałam udawać, że nic nie widzę. Gdybym teraz do niej podeszła, pocieszyła ją lub coś powiedziała, z pewnością nie byłaby w stanie obsługiwać gości. Być może zdążyła już zażyć któryś z uspokajaczy, w końcu nigdy się z nimi nie rozstawała.

Uzupełniałam patery z przekąskami, a mama zajęła się serwowaniem dań na ciepło. Zauważyłam, że zaproszeni przez burmistrza goście, a także pracownicy urzędu gminy i miejscowi działacze nawet nie zagadali do mamy. Wkurzała mnie ta niesprawiedliwość − traktowali ją jak trędowatą, a przecież niczemu nie zawiniła. Nauczyłam się jednak trzymać język za zębami. Tak jak nakazał tata. Z pokorą przyjmowałam ich chłodne bądź wręcz karcące spojrzenia, jednak czasem naprawdę było mi ciężko trzymać głowę wysoko w górze. Być niewzruszoną i po prostu robić swoje. Cała nasza rodzina cierpiała przez to, co nas spotkało trzy lata temu. Zostaliśmy wtedy praktycznie sami, naznaczeni piętnem, które całkowicie wyeliminowało nas ze społeczności Rogoźna.

Udało mi się utrzymać sztuczny uśmiech przez całe przyjęcie i dopiero gdy ostatni goście opuścili salę, by pójść na rynek i posłuchać występów miejscowej kapeli, odetchnęłam z ulgą.

Ale to nie był koniec pracy. Wraz z mamą posprzątałyśmy całą salę, zebrałyśmy i umyłyśmy naczynia i spakowałyśmy resztki jedzenia. Nikt, nawet burmistrz, nie pochwalił wyrobów mamy. A powinien, skoro w ostatniej chwili firma, którą zatrudnił, wycofała się z realizacji zamówienia. Restauracja mamy okazała się ostatnią deską ratunku, bo inaczej goście zaproszeni przez burmistrza musieliby się uraczyć kiełbaską z grilla. Dwie noce spędziłam w kuchni, pomagając w przygotowaniach − piekąc, obierając, grillując, mieląc… Nie powinno mnie dziwić ich zachowanie, ale… Gorycz bycia ignorowanym ciężko przełknąć. Teraz wiedziałam, że nasz cały wysiłek poszedł na marne.

Mama pojechała do restauracji, zabierając bemary i zastawę, a ja miałam znieść na parking spakowane resztki i patery. Myślałam, żeby zadzwonić do Eryka i zapytać go, czy mógłby mi pomóc, ale w ostatnim momencie zrezygnowałam. Pewnie sam miał urwanie głowy.

Wyniosłam ostatnie rzeczy na parking i wyprostowałam ramiona. Przeciągnęłam się tak mocno, że aż strzeliły mi kości. Marzyłam o położeniu się do łóżka i spaniu aż do południa. Nawet nie przypuszczałam, że ten dzień może się okazać aż tak stresujący. Jasne, przygotowałam się na to, że spotkam Kubę. W końcu był zobligowany przez ojca do udziału w każdym wiejskim evencie na terenie gminy, ale nie przypuszczałam, że ludzie, z którymi mama znała się całe życie, z którymi uczyła się, bawiła, wychowywała, dorastała, okażą się aż tak podli. Ostatnie lata chyba niczego mnie nie nauczyły. Rogoźno było zamkniętą społecznością. Katolicką. A co raz ksiądz powie z ambony, to nie zostanie cofnięte. Każdego dnia boleśnie odczuwałam to na własnej skórze. Właśnie to doświadczenie zbliżyło mnie do Eryka. On był taki sam jak ja. Wykluczony.

Usłyszałam za rogiem chrzęst piasku na bruku i następujące po nim pstryknięcie. Ktoś przysiadł na schodkach prowadzących do dawnej kotłowni. Wychyliłam się, ciekawsko wyciągając szyję.

Pośród zapadającego zmroku zauważyłam ciemnowłosego chłopaka, który siedział na ostatnim stopniu. Czarna marynarka leżała tuż obok. Jego biała koszula była wygnieciona, rękawy podwinięte do łokci, dwa górne guziki odpięte. Do moich nozdrzy doleciał gryzący zapach tytoniu, a chwilę później spomiędzy wąskich warg Kuby uleciał obłok siwego dymu. Jeszcze raz zaciągnął się papierosem. Nie to wytrąciło mnie z równowagi. Popalał jeszcze w liceum. Coś innego sprawiło, że sapnęłam głośno, przytrzymując się chropowatej ściany.

Kuba zamarł i skoczył na równe nogi. Jego ciemne oczy rozszerzyły się w przerażeniu, a długie palce zacisnął na filtrze papierosa. Jego szczęka zadrżała, gdy mój wzrok ponownie pomknął w dół. Na jego przedramiona. Wytatuowane przedramiona…

Nie widziałam wyraźnie, co było na nich przedstawione. Zauważyłam liczne kolorowe wzory, ale gdy nieświadomie przysunęłam się bliżej, Kuba wściekle rzucił niedopałek na bruk i zgniótł go butem. Desperackim ruchem zaczął opuszczać rękawy. Nim zapiął mankiety, na prawym nadgarstku dostrzegłam szeroką skórzaną bransoletę.

Zamarłam w pół kroku. Czułam, że zobaczyłam coś, czego nie powinnam widzieć.

– Nie wspominaj o tym nikomu, okej? – warknął nieprzyjemnie, a jego ciemne oczy zwęziły się do rozmiaru mikroskopijnych szparek.

W przypływie buńczuczności stanęłam wyprostowana i wypięłam pierś.

– Mam nikomu nie mówić, że masz tatuaż? Twój tata o tym nie wie, co?

Chyba moja odważna odpowiedź podziałała na Kubę jak płachta na byka. Gwałtownie ruszył w moją stronę, a ja odskoczyłam aż pod ścianę. Zatrzymał się tuż przede mną, sztyletując mnie wzrokiem. Powietrze między nami zawirowało i mogłam poczuć piżmowy zapach jego wody kolońskiej przełamany ciężkawym dymem tytoniowym. I znowu poczułam falę dreszczy, które ciągnęły się od mojej żuchwy przez kark i ramiona aż po dolny odcinek kręgosłupa. I która wzmogła się, gdy Kuba nachylił swoją twarz ku mojej.

– Dobrze ci radzę – wysyczał przez zaciśnięte zęby. – Masz siedzieć cicho, jasne?

W ostatniej chwili powstrzymałam się od przygryzienia dolnej wargi. Nie, teraz nie powinnam milczeć. I, do cholery, co mnie powstrzymywało? Znaliśmy się od lat! Nie powinnam być przy nim nieśmiała i ważyć każdego słowa. Nie gdy on traktował mnie tak obojętnie.

Uniosłam ręce, by spleść je na piersi, i przez przypadek moje knykcie otarły się o jego twardy brzuch. Usłyszałam zduszony syk, który wymknął się z jego zaciśniętych ust. Spojrzałam na Kubę i z całą mocą starałam się być taka jak on. Cyniczna i zimna.

– Nie jestem plotkarą. Nigdy nią nie byłam. Szkoda, że i o tym zapomniałeś.

– Niczego nie zapomniałem – odparł, a moje brwi zmarszczyły się jeszcze bardziej.

– Nie? To dziwne, bo wydawało mi się, że kiedyś byliśmy przyjaciółmi – palnęłam wkurzona i z miejsca pożałowałam swoich słów. Na skroni Kuby uwypukliła się ciemna żyłka.

– To było dawno. A ludzie się zmieniają.

– Tak – przyznałam, kręcąc ze smutkiem głowa. – Najwyraźniej.

Dojrzałam coś w jego oczach. Ulotny przebłysk bólu. Przez sekundę wydawało mi się, że dawny Kuba powrócił, że nadal mam przyjaciela, powiernika, najlepszego kumpla mojego brata… Uczepiona tej wizji zrobiłam krok do przodu, przez co niemal go dotknęłam.

– Kuba, nigdy nie prosiłam cię, żebyś ze mną porozmawiał, ale proszę, nie ignoruj mojej mamy.

– To nie jest takie proste.

– Nie. Nie jest. Od trzech lat nic nie jest proste. – Musiałam na moment przymknąć powieki. Gula zaciążyła mi w gardle, przez co moje oczy zaszkliły się od wstrzymywanych łez. A ja nie chciałam płakać. Nie przy nim. – To jak koszmar, w którym jakoś nauczyłam się żyć. A przynajmniej funkcjonować. Ale moja mama nie zasłużyła na to, żebyś ją tak traktował.

Tak, prosiłam go, by chociaż spróbował być taki jak dawniej. Nie dla mnie. Pogodziłam się już, że to nie wróci. Ale dla mamy.

Do moich uszu dotarł zgrzyt, od którego ścierpła mi skóra. Kuba zacisnął szczęki, a pulsująca na jego skroni żyła uwypukliła się jeszcze bardziej. Wypuścił przez nos drżące powietrze, które owiało mój policzek. Nie patrzył na mnie, a wkurzony wzrok wbił gdzieś obok. I już nic więcej nie powiedział. Odsunął się. Odchodził. Znowu.

Coś na kształt przepełnionego rozpaczą krzyku narastało w mojej piersi. Rozdzierał mnie od środka i wzbierał, blokując dopływ powietrza. W uszach słyszałam szmer szumiącej krwi, a ucisk w piersi był coraz silniejszy. Każdy kolejny wdech rozrywał mi płuca. Patrzyłam zdruzgotana, jak Kuba zbiera swoje rzeczy i tak po prostu mnie zostawia.

– Nie odwiedzisz Szymona, prawda? – wyszeptałam drżąco. Byłam na skraju wytrzymałości.

Powinnam być na niego wściekła, zaatakować i wkurzona wykrzyczeć, że jest idiotą, ale… Nie mogłam. Powinnam zignorować to, jak kulił napięte ramiona, i to, jak jego palce zaciskały się, miętosząc marynarkę. Ale nie mogłam. Bo gdzieś w głębi duszy wiedziałam, że dzielimy ten sam ból. To samo poczucie straty. Tylko dlaczego stał się takim człowiekiem? Nie rozumiałam tak wielu rzeczy, a on nie chciał mi ich wyjaśnić. Prostsze było zbudowanie wokół siebie muru, odejście, porzucenie mnie. Właśnie to bolało najbardziej. Że już nie byliśmy sobie bliscy. I że najwyraźniej nigdy już nie będziemy.

W momencie, gdy Kuba zniknął mi z oczu, obraz opustoszałego parkingu zaczął się zamazywać. Nie miałam już siły, by powstrzymać wzbierające łzy. Po prostu pozwoliłam im płynąć.

Przysiadłam na krawężniku. Podkuliłam nogi i objęłam kolana ramionami. Ściągnęłam czapkę z głowy i odłożyłam ją na bok. Potarłam oczy, cicho prosząc, by w końcu przestały wylewać łzy. Od kilku chwil czułam wibrowanie komórki w tylnej kieszeni dżinsów. Jeśli dzwoniła mama, musiałam się uspokoić przed rozmową.

– Dżizas, Ala, tu jesteś! Wszędzie cię szukałem! Możesz mi powiedzieć, po cholerę ci telefon, skoro… – Eryk urwał w połowie zdania. Odwróciłam szybko głowę, chcąc ukradkowo zetrzeć ślady swojej słabości. Wyczułam, że podszedł bliżej. Uklęknął tuż przy mnie i delikatnie odsunął mi ręce od twarzy. – Co się stało? – spytał cierpliwie.

Nie chciałam mu mówić, co zrobiłam. Wielokrotnie mnie przed tym przestrzegał.

– Kuba. – Nie pytał. Po prostu stwierdził fakt. Eryk z sykiem wciągnął powietrze. – To złamas.

Zobaczyłam, że podrywa się i rusza w stronę rynku. Krztusząc się powietrzem, złapałam go za ramię.

– N-nie, proszę, zostaw! Po prostu… Niepotrzebnie z nim rozmawiałam.

Eryk posłuchał mnie i zatrzymał się, wzdychając ciężko. Pod palcami czułam jego prężące się mięśnie, gotowe wymierzyć serię szybkich ciosów. Najlepiej prosto w twarz Kuby. Już raz to zrobił. Tym razem odpuścił i sapiąc wściekle, pociągnął mnie za rękę, tak że wpadłam nosem prosto w jego szeroką pierś. Eryk otoczył mnie ramionami i mocno do siebie przytulił.

– Kuba zawsze był zadufanym w sobie dupkiem – szepnął mi do ucha. – Szkoda, że dopiero teraz to odkryłaś.

– Dawniej taki nie był. Nie… Nie wtedy – powiedziałam z trudem.

– Nie. Nie był. Żadne z nas takie nie było.

Rozdział 2

„I don’t know why, I don’t know why

We need to break so hard

I don’t know why we break so hard”.

Birdy feat. Rhodes, Let It All Go

Stałam przy oknie z kubkiem ciepłej herbaty w rękach i ogrzewałam zmarznięte dłonie. Zeszłej nocy spadł śnieg, a mroźny wiatr spotęgował zamieć. Krążący od czasu do czasu pług nie nadążał z odśnieżaniem. Nie mówiąc już o właścicielach posesji, którzy wyszli do pracy wczesnym rankiem, wobec czego większość uczniów z naszej szkoły już przed ósmą brodziła po kostki w zalegającym na chodnikach śniegu. A droga powrotna wcale nie była łatwiejsza. Wróciłam przemoczona i zziębnięta. Czekając, aż podgrzeje się zupa, przebrałam się i wciągnęłam na stopy najgrubsze góralskie skarpety, jakie miałam w szafie. Owinięta w koc zabunkrowałam się przy oknie, by ogrzać się przy kaloryferze. Nie licząc odgłosów siorbania gorącej herbaty, w domu panowała absolutna cisza. Rodzice jeszcze nie wrócili z pracy. Zazwyczaj obiad jadłam samotnie. Przyzwyczaiłam się. Nauczyłam się, że człowiek do wszystkiego może przywyknąć. Nawet do samotności.

Powlekłam się do kuchenki i zdjęłam z niej garnek z zupą. Chochlą nabrałam trochę pomidorówki i zamarłam, obserwując, jak na wzburzonej powierzchni pojawiają się złotawe oczka tłuszczu. To była ulubiona zupa Szymona.

Drgnęłam nerwowo, gdy rozdzwoniła się moja komórka. Odłożyłam chochlę, wyciągnęłam z kieszeni spodni telefon i zerknęłam na wyświetlacz. Wykrzywiona w szczerbatym uśmiechu dziecinna twarz Eryka sprawiła, że nieświadomie się uśmiechnęłam. Chyba właśnie po to ustawił tę starą fotografię jako zdjęcie kontaktu. Bawiła mnie niezmiennie, odkąd pierwszy raz zobaczyłam ją stojącą w srebrnej ramce na gzymsie kominka u niego w domu. Jego mama uważała, że jest rozczulająca.

– Wpadnij. – Powitał mnie zniekształcony głos Eryka.

– Wyglądałeś za okno?

– Przyjadę po ciebie.

– Chyba oszalałeś. Nie chcę się zarazić.

– To nie SARS – stęknął żałośnie i przerwał na chwilę, by wydmuchać nos. – Nie umrzesz od zwykłego przeziębienia, za to możesz spać, ile wlezie, i wylegiwać się cały dzień w łóżku. A, zapomniałem. Ty dostajesz świra po jednym dniu.

– Wcale nie dostaję świra. Po prostu nie lubię leżeć bezczynnie.

– Lepiej siedzieć z nosem w książkach, nie? – prychnął ironicznie i na pewno uśmiechnął się wrednie. – Kujon.

– Przypominam ci, że oboje mamy w tym roku…

– …maturę, tak, wiem, mamo, dziękuję za przypomnienie o najważniejszym egzaminie w moim prawie dorosłym życiu.

– Żadne prawie. Jesteś już dorosły. Tak konkretnie to od kilkunastu miesięcy.

– Semantyka. Dobra, przestań się migać, tylko wpadnij – namawiał mnie.

Przelotnie zerknęłam na zegarek. Było dopiero po trzeciej, więc i tak przez najbliższe kilka godzin rodzice nie wrócą z pracy. Jakoś niespecjalnie miałam ochotę sama zasiadać do obiadu. Eryk pewnie też.

– Jadłeś już? – spytałam, wzdychając ciężko i pochylając się, by z wygrzebać szafki narożnej jakiś termos.

– A co masz na obiad? – Zmrużyłam groźnie oczy, słysząc nagłe ożywienie w głosie Eryka.

– Wiedziałam – skwitowałam z przekąsem.

– No co? Głodnego nakarmić, chorego nawiedzić! Coś ci to mówi?

– Tak. I umarłych pogrzebać. Coś ci to mówi?

– Aluś. Głodny jestem. Tak bardzo – jęknął, przeciągając ostatnie sylaby.

– Mam tylko pomidorówkę.

– Będę za pięć minut! – zawołał, a ja usłyszałam, jak odrzuca kołdrę i podrywa się z łóżka.

Spojrzałam na telefon, mrugając skonsternowana.

– Nagłe ozdrowienie. Cud – mruknęłam i zabrałam się za przelewanie zupy do termosu.

Spakowałam do plecaka kilka zeszytów oraz termos z zupą i pogasiłam światła. Nie głowiłam się nawet, czy zmienić swoje luzerskie skarpety. Eryk nieraz je widział i już dawno przestał go bawić różowy wzorek w renifery na białej wełnie. Ubrałam się ciepło i zamknęłam za sobą drzwi, by przed domem poczekać na niego. Nigdy nie rzucał słów na wiatr. Był do bólu punktualny i nawet przy takiej pogodzie zjawił się o czasie. Akurat dochodziłam do furtki, kiedy jego dziesięcioletnia skoda zatrzymała się przy chodniku. Samochód dostał od rodziców, gdy zdał prawko za pierwszym razem. Marudził, by kupili mu coś bardziej szpanerskiego, jednak jego ojciec był nieugięty. Obiecał, że zastanowi się nad jego wymarzonym audi, jeśli przez pierwsze dwa lata Eryk nie zaliczy żadnej stłuczki. Co nie znaczyło, że chłopak jeździł jak emeryt w niedzielę do kościoła. Wręcz przeciwnie – wyciskał z leciwej skody, ile się dało.

Eryk przywitał mnie zakapturzony, obwiązany szarym szalikiem o grubym splocie, który zasłaniał mu usta; na głowie miał futrzaną uszatkę. Wyglądał komicznie. Ostrzegawczo zmrużył oczy, gdy zapinając pas, dusiłam się ze śmiechu.

Mój przyjaciel mieszkał kilka ulic dalej, w odrestaurowanej poniemieckiej willi. Kiedyś dworek był ruiną, w której od czasu do czasu dzieciaki dla zabawy i zbicia czasu urządzały sobie wyzwania bądź głośne imprezy. Kiedy byłam mała, wraz z bratem i Kubą zapuściliśmy się tam zaledwie dwa razy − z czystej ciekawości. Przedzierając się przez gęste, wysokie chaszcze, zabrnęliśmy aż do holu. Drewniany parkiet pod naszymi stopami skrzypiał i uginał się niepokojąco, dlatego nie zdecydowałam się iść dalej. Zapleśniałe drewno mogło nie utrzymać naszego ciężaru i po prostu się złamać, a jako dziesięcioletnia dziewczynka miałam w pamięci te straszne, mrożące krew w żyłach historie o piwnicach starych domów. Włączając w to te o duchach dawnych mieszkańców, upiorach i oczywiście zombie. Za lwią część mojego strachu odpowiadały te wszystkie horrory i książki grozy, w których zaczytywali się Szymon z Kubą.

Rodzice Eryka kupili ten dom pięć lat temu. Remont zajął im cały rok i dopiero gdy mieliśmy zacząć pierwszą klasę liceum, państwo Kastnerowie wprowadzili się do willi. Wszyscy mieszkańcy Rogoźna umierali z ciekawości, kim okażą się nowi, bogaci sąsiedzi. Już pierwszego dnia odwiedził ich nasz proboszcz i, jak się później okazało, wizyta nie przebiegła pomyślnie. Dla niego. Rodzice Eryka przyjęli księdza i pośród licznych kartonów poczęstowali herbatą i odpowiadali na pytania dotyczące tego, skąd pochodzą i czym się zajmują. Jednak stanowczo odmówili, gdy proboszcz chciał się umówić na poświęcenie domu. Byli niewierzący. I tak po miasteczku rozniosła się wieść, że należy unikać Kastnerów. Bo jak można nie wierzyć w Boga, nie stosować się do jego praw i nakazów, nie być ochrzczonym albo nie mieć ślubu kościelnego? Dla wielu moich sąsiadów to było jak zderzenie się ze ścianą. Ludzie zaczęli omijać dom Kastnerów, jakby ci przywlekli ze sobą jakąś chorobę zakaźną, która w każdej chwili mogła się rozprzestrzenić.

W tamtym czasie byłam rozdarta. Nie miałam odwagi krytykować swoich kolegów z klasy, którzy podzielali opinię rodziców czy dziadków („Co mogło wyrosnąć z dziecka, które w nic nie wierzyło?”). Zastanawiałam się, czy tylko ja nie zgadzałam się z powszechną opinią. Sama byłam wierząca, ale nie zaślepiona. Nie potrafiłam spojrzeć na człowieka przez pryzmat wyznania. I nie byłam w tym osamotniona. Szymon myślał podobnie. Nawet pokłócił się o to z tatą, gdy ten zauważył, jak Szymon i ja swobodnie rozmawiamy z Erykiem podczas przypadkowego spotkania w sklepie. Teraz chciało mi się śmiać z tego, jakim był wtedy hipokrytą.

Tak się złożyło, że Eryk trafił do mojej klasy i, co było do przewidzenia, z miejsca stał się wyrzutkiem. Mimo że był wysoki, przystojny, a jego blond loczki zawadiacko opadały na szerokie czoło. Dziewczyny w popłochu odwracały wzrok od jego krystalicznie czystych, bystrych, niebieskich oczu − chociaż zapewne tak jak ja zauważyły dołeczki w policzkach kolegi, gdy ten czarująco się uśmiechał. Zaraził mnie tym uśmiechem. Eryk często grywał w kosza z moim bratem i Kubą, którego ojciec za każdym razem pienił się, gdy widział swojego syna w towarzystwie Kastnera. Dopiero rok później, gdy ja również zostałam wykluczona, dowiedziałam się, z czym musiał się mierzyć Eryk.

Z ignorancją. I czystą pogardą.

– Coś taka cicha? – Przez szalik przedarł się przytłumiony, głęboki głos Eryka.

– Tak jakoś. – Wzruszyłam ramionami. – Twoich rodziców też nie ma? – spytałam, gdy Eryk zaparkował skodę w garażu i od razu rzucił mi się w oczy brak auta firmowego jego taty oraz landrynkowatego garbusa mamy.

– Oboje robią biznesy. Jestem taki samotny – zaintonował żałośnie, starając się wzbudzić moją litość, ale przewrócił oczami, gdy tylko spojrzałam na niego powątpiewająco. – Vater wczoraj pojechał do Monachium, żeby zamknąć rok w firmie. A moja ukochana szalona artystka właśnie grzeje tyłek w kinie z koleżanką.

– Na co poszły?

– Chyba na jakiś odmóżdżacz – prychnął pogardliwie, kiedy wychodziliśmy z samochodu.

– Daję głowę, że powiedziała ci tytuł, a i tak go nie zapamiętałeś.

W korytarzu Eryk zrzucił kokon z szalika i zauważyłam, że szczerzy się do mnie bezczelnie. Czyli miałam rację. Biedna dziewczyna, która kiedyś będzie z nim chodzić. Facet był całkowicie aromantyczny. Prędzej uda jej się wyciągnąć Eryka na film typu Star Wars niż komedię z jakimś porządnym wątkiem miłosnym.

Zdjęłam puchową kurtkę i zrzuciłam wysokie śniegowce. Oczywiście za plecami usłyszałam charakterystyczne parsknięcie, gdy Eryk zauważył moje skarpety. Dźwignęłam z powrotem plecak i ruszyłam do kuchni. Jego mama zachowała stary kaflowy piec, bo, jak to określiła, miał w sobie duszę. Nie śmiałam z tym dyskutować. Faktycznie było w nim coś urzekającego i dodawał kuchni swojskiego uroku. Musiała go tylko trochę unowocześnić. Jakoś nie widziałam pani Sylwii rozpalającej w piecu za każdym razem, gdy chciała coś ugotować. Poszperałam w szafkach i wyciągnęłam garnek, do którego przelałam zupę, by podgrzać ją raz jeszcze.

W tym czasie Eryk zajął się przygotowaniem talerzy i łyżek. Kiedy zupa zabulgotała w garnku, przeniosłam ją na szeroki drewniany stół stojący pod oknem.

– Twoja mama rządzi. Serio – westchnął Eryk po zjedzeniu co najmniej połowy porcji.

– Dzięki – mlasnęłam, wydymając usta, na co jego łyżka zatrzymała się w połowie drogi do jego rozdziawionych ust.

– Ty to ugotowałaś?

– Czemu to brzmi jak obelga?

– Po prostu… – Nie dokończył. Wzruszył bezradnie ramionami, unikając mojego wzroku. – Jak się trzyma? – spytał cicho.

Gorzko przełknęłam zupę.

– Dobrze – odparłam i teraz to ja, zawstydzona, wbiłam spojrzenie w talerz. Przegarniając poszczególne ziarenka ryżu, zastanawiałam się, dlaczego ostatnio nie potrafię być szczera. Eryk zadał proste pytanie nie dlatego, że zżerała go ciekawość, ale dlatego, że się martwił o mnie i o moją rodzinę. Ciężko wzdychając, niemal rzuciłam łyżką. – Kiepsko.

Pokiwał smętnie głową i również odsunął swój talerz. Potarł knykcie, które w chwilę później przysunął sobie do ust.

– Musiała zamknąć restaurację. To było jej całe życie. Nie dziwi mnie to, że nie może się odnaleźć. A jak sobie radzi w nowej pracy?

– Z tego, co mówiła, wszystko jest na dobrej drodze, by zaproponowali jej umowę na stałe. To znaczy, jak skończy się okres próbny.

– To dobrze.

– Tak. Dobrze.

Ostatnimi czasy słowo dobrze było uniwersalnym podsumowaniem każdej sytuacji. Przyjęło rangę najlepszej odpowiedzi na każde pytanie, które zadawały mi sąsiadki czy znajomi ze szkoły, o ile oczywiście mieli odwagę do mnie zagadać. Także i ja uczepiłam się tego słowa. Co słychać w domu, jak sobie radzi mama, co u ojca, jak idzie w szkole…? Jeszcze rok temu w ogóle ich to nie interesowało, jednak po tym, jak mama zdecydowała się zamknąć restaurację, zaczęła przemawiać przez nich niezdrowa ciekawość podszyta chęcią plotkowania. Co robi, gdzie pracuje, jak jej się teraz żyje? Irytujący, męczący, niekończący się ciąg niezmiennych pytań.

Może dlatego zaczęłam reagować w ten sposób? Wycofywałam się i chowałam za bezpiecznym „dobrze”, które tak naprawdę nie zdradzało zbyt wiele. I łapałam się na tym, że z czasem przestaję być szczera, nawet z Erykiem. A przecież nie tak postępują przyjaciele.

– Kiedy po ciebie przyjechałem, nie zauważyłem na podjeździe samochodu twojego taty. Jeszcze nie wrócił z pracy?

– Nie. – Odrzekłam gorzko, bawiąc się palcami. – Ostatnio coraz dłużej przesiaduje w firmie. Mama pewnie też przyjedzie późno. Pewnie odwiedzi…

Zacisnęłam powieki.

– No tak. Spadł śnieg. Chcesz tam jutro pojechać? – spytał tak po prostu. Jakby w ogóle nie zauważył, że spięłam się, nerwowo łapiąc powietrze.

– Nie wiem – odparłam dopiero po chwili.

Poczułam na palcach dotyk ciepłych dłoni Eryka. Z trudem podniosłam na niego oczy, jednak on patrzył na mnie w ten zwyczajny, kojący sposób. Rozumieliśmy się bez słów. Wiedziałam, że mogę na niego liczyć. I że delikatnie wzmacniając uścisk, daje mi do zrozumienia, że pojedzie tam ze mną. Nie zostawi mnie.

– W sobotę? – poprosiłam niepewnie.

– Okej. Nie ma sprawy – odparł, posyłając mi pocieszający uśmiech. – Dobrze wiesz, że możesz mnie prosić o wszystko.

Odpowiedziałam mu minimalnym skinieniem głowy. Zerknęłam na talerz z zupą, którą ledwie tknęłam. Nie miałam ochoty kończyć obiadu. Nie gdy na samo wspomnienie Szymona mój żołądek zacisnął się w twardy supeł. Posyłając mi karcące spojrzenie, Eryk podsunął mi talerz z powrotem. Pod jego czujnym okiem zmusiłam się, by przełknąć chociaż kilka łyżek. Odpuścił mi dopiero, gdy zacisnęłam zęby, z trudem powstrzymując odruch wymiotny. Bez słowa pozgarniał naczynia i po opłukaniu wstawił je do zmywarki. Ja w tym czasie schyliłam się po plecak i wyciągnęłam z niego zeszyty, które położyłam na stole.

– No dobra, poprawka, możesz mnie prosić o prawie wszystko. Po co to przyniosłaś?

– Musisz pospisywać notatki. Nakarmiłam cię, więc masz siłę, żeby podnieść długopis, nie? Jest lżejszy od pada – dodałam uszczypliwie.

Mogłam się założyć, że przez ten tydzień szkoła była ostatnią rzeczą, o której myślał. Jego oczy były zaczerwienione nie od kataru, tylko od kilkugodzinnego gapienia się w ekran podczas grania na konsoli.

Wyciągnęłam wielkie niczym płyta chodnikowa repetytorium z polskiego i tym samym dałam mu jasny sygnał, że nie zamierzam odpuścić. Marudząc pod nosem, Eryk poszedł po swoje zeszyty. Dzielnie i bez zbędnego komentowania przepisał każdą lekcję z matmy i z fizyki. Mrużąc oczy podczas spisywania notatek z historii, od czasu do czasu prosił, bym pomogła mu rozczytać swoje pospieszne pismo − nasza nauczycielka słynęła z tego, że zasiadała na krześle pod oknem i przez całe czterdzieści pięć minut nie ruszała się z miejsca, ciągnąc swoje wywody bezosobowym, monotonnym tonem. I nie chodziło o to, że ciężko było za nią nadążyć, ale robić notatki i jednocześnie walczyć z opadającymi powiekami − to dopiero wyzwanie!

Po przeszło godzinie Eryk odchylił się na oparciu, pocierając oczy ze zmęczenia.

– Masz już wyniki tej olimpiady?

– Powinnam dostać w przyszłym tygodniu. Ale jakoś… niespecjalnie na nie czekam. Było wielu lepszych ode mnie.

Prychnął, prostując ramiona.

– Twój optymizm jest zaraźliwy.

Uśmiechnęłam się pod nosem, słysząc jego twardy akcent. Co prawda nie zdarzało się to zbyt często, jednak dawało się wyczuć fonetyczne niemieckie naleciałości.

Zanim sprowadził się z rodzicami do Rogoźna, przez szesnaście lat mieszkał w Monachium. Chodził tam do niemieckiej szkoły, jednak w domu rozmawiał z rodzicami wyłącznie po polsku. Przyjeżdżał też na wakacje do swoich dziadków, do Wrocławia, więc obcował z językiem dość często. Mimo to gdy rozpoczął naukę w naszym liceum, miał problemy z gramatyką i niektórymi nazwami własnymi, szczególnie na lekcjach polskiego. Właśnie w taki sposób się poznaliśmy. Nasza wychowawczyni spytała, kto mógłby pomóc Erykowi w nauce, ale nikt się nie zgłosił. Było mi go zwyczajnie i po ludzku żal. Nie miał tu żadnych przyjaciół i nic nie wskazywało na to, by w najbliższym czasie miało się to zmienić. Zgłosiłam się na ochotnika. Odwiedzając Eryka regularnie po szkole, poznałam jego rodziców.

Jego ojciec był Niemcem, ale miał polskie korzenie. Prowadził firmę budowlaną z macierzystą komórką w Monachium. Mama pochodziła z Wrocławia i była znaną malarką, której domeną był ekspresjonizm. Jej prace wystawiały najlepsze galerie sztuki; od czasu do czasu wygłaszała wykłady na ASP w Poznaniu, natomiast w Monachium współprowadziła prywatną szkołę dla młodych artystów.

Obydwoje byli mili i życzliwi. Wspierali się nawzajem, mimo że tak znacząco się od siebie różnili. Moi rodzice nigdy tacy nie byli. Nie potrafili okazywać sobie czułości. Być dla siebie oparciem.

Dlatego niezmiennie uczuciem, które ciążyło mi gdzieś w głębi duszy za każdym razem, gdy opuszczałam dom Eryka, była zazdrość. I było mi z tym wyjątkowo ciężko. Bo zazdrościłam mu czegoś ulotnego, a równocześnie stałego. Tym bardziej, jeśli po powrocie do domu dostrzegałam bolesny kontrast między naszymi rodzinami. Tak jak teraz.

Eryk podrzucił mnie do domu i obiecał, że do jutra spisze resztę notatek. Przezornie zostawiłam mu te zeszyty, których nie będę potrzebować przez kolejne dwa dni, chociaż doskonale wiedziałam, że nie usiądzie do lekcji, jeśli nie tupnę nogą. W końcu chciał startować na wydział prawa i administracji, a ja zawsze sądziłam, że przyszli prawnicy powinni być odpowiedzialni i obowiązkowi.

Na podjeździe zauważyłam samochód ojca. Nie wiedziałam, co było gorsze – gorzkie poczucie, że go spotkam, czy raczej mały zalążek nadziei, że tym razem uda nam się porozmawiać. I że być może w końcu na mnie spojrzy.

– Cześć! – zawołałam od progu, próbując tchnąć w to słowo tyle swobody, ile się dało.

Z ciężko bijącym sercem czekałam na jakąkolwiek odpowiedź, ale ta nie nadchodziła. Zrezygnowana ściągnęłam buty i kurtkę. Mama musiała niedawno wrócić do domu. Jej przemoczone kozaki suszyły się pod kaloryferem.

Na co ja liczyłam…

Powlekłam się korytarzem w stronę kuchni. Przy stole siedział tata. Zgarbiony zajadał zupę, przeglądając coś w telefonie. Nawet nie podniósł głowy, gdy stanęłam na progu, gotowa, by się z nim przywitać. By na mnie spojrzał. By mnie zauważył…

– Hej. – Usłyszałam niewyraźny głos mamy.

Wyszła ze spiżarni i odłożyła na blat mąkę oraz miód. To był zły znak. Jeśli po spędzeniu blisko dziesięciu godzin jako pomoc szefa kuchni nadal miała siłę, żeby stać na nogach i piec… Nie wróżyło to niczego dobrego. Ostatnio coraz częściej zauważałam, że pieczenie ciasteczek traktuje jako swoistą terapię. Jakby nie chciała myśleć o złych rzeczach i wolała się skupić na odmierzaniu, zagniataniu i dekorowaniu. Nawet nie pamiętałam, kiedy ostatni raz ze mną rozmawiała. Jak matka z córką. Jak przyjaciółka. Dawniej mówiłyśmy sobie wszystko, mogłam zwierzyć się jej z najgłupszych problemów. Znała moje najpilniej strzeżone sekrety, więc dlaczego ona nie chciała mi zaufać? Byłam przy niej w najgorszych momentach. W najczarniejszych godzinach, więc…

Minimalnie pokręciłam głową. Nawet teraz ani na chwilę na mnie nie spojrzała. Była zajęta wyciąganiem misek z szafek i wybieraniem widełek do miksera. Wszystko było ważniejsze od mnie.

– Byłam u Eryka – powiedziałam cicho.

– Domyśliłam się – odpowiedziała, pochylając się nad szufladą w poszukiwaniu drewnianej łyżki.

– Jak w pracy?

– Dobrze.

Dobrze.

I to wszystko.

Cisza.

Nic więcej.

Limit rozmów na ten dzień został wyczerpany, a gdzieś na dnie żołądka poczułam gorzki ciężar straty. Przecież powinnam się przyzwyczaić. W ten sposób wyglądał niemal każdy wieczór. Byłam pełnoletnia, dorosła, lada moment przystąpię do matury i złożę podanie na ten sam kierunek co Eryk, a jednak… A jednak gdzieś tam w środku brakowało mi zainteresowania rodziców. Poczucia, że nadal jestem dla nich ważna. Że mnie kochają. Nawet w to ostatnie powoli zaczynałam wątpić. Przecież… Gdyby mnie kochali, toby na mnie patrzyli, prawda?

Koniuszkiem języka oblizałam suche wargi. Nim się odwróciłam, powiedziałam jeszcze do taty:

– Hej, tato.

– Cześć – wymamrotał sucho, nie odwracając wzroku od telefonu.

Czując drżenie palców, zacisnęłam je w pięści.

I odeszłam. Do swojego pokoju. Zamykając za sobą drzwi, dosłyszałam odgłos włączonego miksera.

Nie miałam już siły. Trwanie w tym samym schemacie było ponad moje możliwości. Czułam, że się duszę, że nie wytrzymam więcej tego bólu. Jednak rano otwierałam oczy i mówiłam „dam radę”. Jeszcze jeden dzień. I kolejny. A zaraz za nim następny. Dlaczego? Bo uświadomiłam sobie, że rodzice mnie potrzebowali. Mama nie miała czasu zająć się domem, robić zakupów czy nawet gotować obiadów. Nie, jeśli zajmowała się wyłącznie nową pracą i pieczeniem po godzinach, by zająć czymś ręce. Tata przestał zwracać uwagę na cokolwiek, co nie wiązało się z moją nauką, wynikami na próbnych testach maturalnych czy samymi egzaminami. Rozmowa o studiach prawniczych była jedyną, na jaką mogłam liczyć. Nie interesował się mną. I mamą. Odpuścił. Zamknął się na nas.

Powoli przysiadłam na brzegu łóżka. Z wolna wypuściłam wstrzymywane powietrze. Pod palcami, które zacisnęłam na narzucie, wyczułam zimne prądy. Były lodowate. Takie jak ja. Jak my.

Nasza rodzina…

Rozpadaliśmy się.

Rozdział 3

„This may be the last sunset I’ll see

So I’ll take it in, I’ll take it in

This may be the last air that I’ll breathe

So I’ll breathe it in, I’ll breathe it in”.

NF, Lost In The Moment

W sobotę od rana ogarniałam dom. Mama pojechała do pracy przed dziesiątą, a tata wyszedł, mówiąc, że musi coś pozałatwiać w mieście. Tylko tyle. Niczego więcej się nie dowiedziałam. I tak byłam zaskoczona, że mi o tym powiedział. W ostatnim czasie często po prostu wychodził z domu, nie rzucając nawet suchego „cześć”.

Umówiłam się z Erykiem, że przyjedzie do mnie w samo południe. Do tego czasu zdążyłam posprzątać, wstawić dwa prania i obrać ziemniaki na obiad. Niestety lodówka świeciła pustkami. Przydałoby się odwiedzić sklep. Ze słoja stojącego na kuchennym parapecie wyciągnęłam trochę gotówki. Mama uzupełniała go w miarę regularnie, bym miała za co zrobić zakupy. Dobrze, że chociaż o tym pamiętała.

Pakując się do samochodu Eryka, zauważyłam, że darował sobie obwiązywanie szalikiem połowy twarzy. Nie było też śladu po sińcach pod oczami i zaczerwienionych spojówkach. Uśmiechnął się na przywitanie, a jego niebieskie oczy zamigotały łagodnie.

– To co? – zagaił, odpalając samochód. – Najpierw do kwiaciarni?

– Tak. I możemy zahaczyć o spożywczak? Kupiłabym parę rzeczy.

– Luz.

Podjechaliśmy na ryneczek. Był to duży plac stanowiący centrum miasteczka z kościołem po jednej stronie oraz urzędem gminy po drugiej. Te dwie najważniejsze instytucje sąsiadowały z kamieniczkami, które kilka lat temu przeszły gruntowny remont. Fasada każdej z nich była innego koloru. Dodano także drewniane okiennice i odrestaurowano spadziste dachy. Latem na parapetach pojawiały się podłużne doniczki, a zwisające z nich czerwone pelargonie znacznie ocieplały wizerunek masywnych domów. Na placu stworzono mały pas zieleni z dwiema przecinającymi się alejkami, przy których stały ławki, oraz z okazałą fontanną na samym środku.

Eryk zaparkował samochód niedaleko kościoła, a później wspólnie udaliśmy się do kwiaciarni znajdującej się tuż obok. Razem wybraliśmy najpiękniejsze białe róże wystawione w ogromnym wazonie w rogu sklepu. Zawsze brałam tyle samo. Siedemnaście długich białych róż.

Kiedy Eryk zaproponował, że zaniesie kwiaty do samochodu, ja poszłam do sklepu. Wzięłam mały koszyk i przeszłam między regałami, wybierając najważniejsze rzeczy. Nie potrzebowałam listy. Po pierwsze, miałam ją w głowie, a po drugie, praktycznie zawsze kupowałam to samo. Masło, mleko, mąkę, bo ostatnio mama zużywała ją w niemal hurtowych ilościach. Jakieś mięso, wędlinę, ser, pastę do zębów, płyn do płukania, ściereczki do kurzu. Nie przesadzałam, bo miałam przy sobie ograniczoną ilość pieniędzy. Nauczyłam się roztropnie nimi zarządzać. Właściwie zostałam do tego zmuszona. Mama już dawno odpuściła. Powoli przerzucała na mnie obowiązki domowe i ani się obejrzałam, a to ode mnie zależało, co będziemy jeść na obiad albo czy będziemy mieli jakiekolwiek czyste ubrania w szafie. Planowanie od kilku lat splatało się z moimi obowiązkami szkolnymi. Manewrowałam między nauką i powtórkami do matury a myciem podłóg i sprzątaniem łazienki. Ale nigdy nie uskarżałam się głośno na ilość obowiązków. W końcu byłam pełnoletnia i też mieszkałam w tym domu. Tylko… Czasami brakowało mi jakiegoś ciepłego słowa, chociaż minimalnej wdzięczności albo pochwały z ust rodziców. Oni tego nie zauważali. Jakby to, że w domu nadal panował ład i porządek, stało się normą, którą powinnam w milczeniu wyrabiać. Wiedziałam, że było im ciężko. Mnie zresztą też, jednak oni tego nie dostrzegali. Zupełnie jakbym ja nie mogła cierpieć. Jakby tylko oni mieli do tego prawo.

Niemal zdusiłam w ręce paczkę z makaronem. Nie powinnam tak myśleć. Byłam im to winna. Byłam ich córką i jedyną podporą. Więc dlaczego bezustannie się zastanawiałam, czy nadal mnie kochają…?

– …i się zaręczył!

Natychmiast się cofnęłam, wracając do alejki, z której wyszłam. Nie chciałam natrafić na panią Małecką i jej nieformalną gildię zrzeszającą miejscowe plotkary. Nieważne, kogo miały aktualnie na tapecie − gdybym tylko pojawiła się w zasięgu ich wzroku, z pewnością odpowiedziałyby wylewnym uśmiechem na moje „dzień dobry” i natychmiast przysunęły do siebie głowy i zakrywając usta rękami, wyszeptały kilka ostatnich rewelacji na temat mojej rodziny. Tak, zdecydowanie nie miałam zamiaru im się pokazywać. Po cichu, niemal na palcach przekradłam się wzdłuż półek, ale wtedy dosłyszałam spanikowane sapnięcie pani Małeckiej i kilka innych wypowiedzianych pospiesznie zdań jej przyjaciółek. Zatrzymałam się gwałtownie, zwabiona ich niespodziewaną nerwowością. Bo doskonale wiedziałam, o kim mówią z takim przejęciem.

– Naprawdę?

– W sumie ma już prawie dwadzieścia jeden lat. W jego wieku byłam mężatką z dwójką dzieci.

– Ta dzisiejsza młodzież! Nic tylko kariera i pieniądze w głowie. Dobrze, że wdał się w swojego ojca.

– Masz rację! On zaszczepił w nim szacunek do więzi rodzinnych.

– Jeśli o mnie chodzi, zamierzam aż do śmierci głosować na Radomirskiego. Nikt nie zadba tak dobrze o nasze miasteczko jak właśnie on! Wystarczy spojrzeć na Jakuba! Idealny syn! We wszystkim słucha się ojca. Ba! Nasz burmistrz nawet wybrał mu studia, a młody Radomirski zgodził się z nim bez gadania! Może i on w przyszłości stanie się wizytówką naszej gminy?

Głosy zaczęły się oddalać i powoli zanikać, a ja stałam jak słup soli, wczepiając palce w plastikowe rączki koszyka.

Kuba… się zaręczył? Nie przypuszczałam nawet, że ma dziewczynę. W zasadzie nic o nim nie wiedziałam. Ostatni raz widzieliśmy się na festynie w czerwcu i od tego czasu jedynie z ukradkowo zasłyszanych plotek dowiadywałam się, co u niego słychać. Coraz rzadziej widywałam go w miasteczku, a w minione wakacje w ogóle nie przyjechał odwiedzić rodziców. To, że był w związku, tłumaczyło jego brak czasu… Zaręczył się… Kuba się zaręczył…

Dreszcz spłynął mi po plecach, a w gardle poczułam dziwną suchość.

Eryk miał rację. Powinnam dać sobie spokój. Przecież to tylko dziecięce zadurzenie, szczeniacka miłostka, która już dawno powinna zostać zapomniana. Ulotnić się, stać się częścią przeszłości, z której należałoby żartować. Więc dlaczego miałam z tym taki problem? Dlaczego na myśl o Kubie moje serce podskakiwało nerwowo i czułam dziwną ekscytację, która niemal rozsadzała mnie od środka?

Zachwiałam się pod wpływem ciężaru, który nagle zwalił się do mojego koszyka.

– Bądź ze mnie dumna! Nie wziąłem żadnych ciasteczek!

Skonsternowana spojrzałam w dół i od razu zlokalizowałam ogromny słoik, którego z całą pewnością nie włożyłam do koszyka. Eryk był prawdziwym fanem ciasteczek z masłem orzechowym.

Próbując zachowywać się w miarę normalnie, wykrzywiłam się do Eryka.

– Trochę byłoby to dziwne, biorąc po uwagę fakt, że ostatnio dostajesz je od mojej mamy kilogramami.

– Są dobre, więc nie narzekam – odparł, marszcząc brwi. Rzucił mi powłóczyste spojrzenie, a ja czym prędzej zagarnęłam włosy na twarz. – Co jest? Masz dziwną minę.

Czasami żałowałam, że Eryk potrafił rozeznać się w moich emocjach lepiej niż ja sama.

– Chyba już wiem – wymamrotał, a ja spojrzałam na niego z ukosa. Wbił ostre spojrzenie w coś, co znajdowało się za moimi plecami. Zacisnęłam powieki, z trudem tłumiąc chęć przeklęcia na głos. Eryk przysunął się i swobodnie oparł ramię o regał. – To co? Kiedy mam zacząć udawać twojego chłopaka?

Zdusiłam w sobie chęć prychnięcia. Musiałam przyznać, że na tym etapie jego propozycja stała się trudna do odrzucenia. I tak wiele osób ze szkoły uważało nas za parę. W samym Eryku było coś, co z pewnością tyczyło się sposobu mówienia czy też jego walecznej pozy, którą przybierał, gdy prężył muskuły, bo każdy, kto nam się przyglądał, uciekał, gdzie pieprz rośnie.

– Czy kiedykolwiek cię o to prosiłam? – Zbagatelizowałam jego słowa i pochylając nisko głowę, ruszyłam w stronę kasy.

– Potrzebujesz księcia w złotej zbroi. Oto jestem, moja pani!

– Przestań, jeszcze cię usłyszą – syknęłam pospiesznie.

– I dobrze. Stare pudernice – dodał, podnosząc głos, a ja dosłyszałam, jak pani Małecka natychmiast zagania koleżaneczki i czmycha w przeciwnym kierunku.

Nawet się nie trudziłam, by uciszyć Eryka. Moje mordercze spojrzenie zdecydowanie wystarczyło mu za wyraźną wskazówkę, że niezbyt podoba mi się ten cyrk. Podeszłam do kasy i zaczęłam wyciągać z koszyka produkty, by ustawić je na taśmie. Podałam Erykowi zwinięte w kulkę wysłużone bawełniane siatki, by zajął się czymś bardziej pożytecznym, ale niestety, pakowanie moich zakupów nie zamknęło mu ust.

– Dobra, widzę, że nie reagujesz na moje błaznowanie. To może kino poprawi ci humor?

– Kino? – powtórzyłam, mrugając intensywnie. Był tak przekonujący, że przez chwilę moje serce zadrgało w obawie, że naprawdę chce się ze mną umówić. Jednak odetchnęłam z ulgą, widząc, jak Eryk przykleja na twarz ten swój głupkowaty uśmieszek.

– Tak, kino. To taka sala z mnóstwem niewygodnych foteli, gdzie na rozciągniętym białym prześcieradle puszczają w przyspieszeniu zdjęcia ludzi. Zupełnie, jakby ruszali się naprawdę! I do tego jest dźwięk. Coś niesamowitego!

Zacisnęłam usta, próbując zapanować nad śmiechem. Szczególnie że kasjerka nawet nie próbowała udawać, że nam się nie przysłuchuje. Eryk też to zauważył. Oparł przedramiona o rant kasy i pochylił się w jej stronę.

– A co szanowana pani o tym myśli? Da się zaprosić na randkę?

– C-co…? – rzuciła, mrugając tak szybko, że obawiałam się, że odkleją się jej sztuczne rzęsy. Bez tchu wpatrywała się w Eryka jak w obrazek, a ten zmyślnie to wykorzystał.

– Dzień w dzień proponuję jej, żeby wyskoczyła ze mną do miasta i odrobinę oderwała się od tej ponurej, szarej rzeczywistości. Przyjechałbym po nią o zmierzchu, w garniturze, z bukietem czerwonych róż… albo nie! Z naręczem tulipanów! Najlepiej różowych, przywodzących na myśl kolor, na jaki zabawiają się jej policzki, gdy się wstydzi. Zabrałbym ją na romantyczną kolację do jakiejś luksusowej restauracji, a później na spacer nad brzegiem jeziora. Podziwialibyśmy księżyc i zachwycali się cykaniem świerszczy. Co pani na to?

– Chcę! – wysapała, przytakując gwałtownie, po czym zaczerwieniona po same uszy opadła na swoje krzesełko. Nawet się nie zorientowała, kiedy z niego wstała, wlepiając maślany wzrok w Eryka. – T-to jest… Brzmi… interesująco.

– No właśnie! – Uderzył ręką w rant i natychmiast odwrócił się w moją stronę. – Widzisz, nawet tej uroczej pani odpowiada wizja mojej idealnej randki. Dlaczego tobie nie?

Teraz musiałam przygryźć usta. Zapłaciłam za zakupy i przez moment zrobiło mi się żal kobiety, która była do tego stopnia wytrącona z równowagi, że miała problem z obliczeniem reszty. Nim wyszliśmy, ukłonił się i raźnym tonem życzył kasjerce miłego dnia. W odpowiedzi usłyszałam jej drżące westchnienie.

– Czaruś – parsknęłam, kiedy zasunęły się za nami drzwi sklepu.

– No co? Ćwiczę uwodzenie starszych lasek. Chyba dobrze mi idzie, nie?

– Ale dlaczego moim kosztem? Nie wciągaj mnie w ten cyrk.

– Oj tam, sama widzisz, jak działam na kobiety. – Rozpostarł ręce, robiąc szybki i efektowy obrót.

– Więc chyba tylko ze mną jest coś nie tak.

– Po prostu jeszcze się na mnie nie poznałaś.

Próbowałam chociaż udawać oburzoną, że stroił sobie żarty z kasjerki, która, jak oboje doskonale wiedzieliśmy, była dobrą znajomą pani Małeckiej, ale… Cholera, niemal dusiłam się ze śmiechu.

– Cykanie świerszczy? W grudniu?

– Czepiasz się mojej wizji? – Zmrużył wrogo oczy, zerkając na mnie, gdy wkładał zakupy do bagażnika.

– W realu pojechalibyśmy nad to jezioro, ale zamiast gapić się na księżyc, pewnie strzelalibyśmy do zakochanych par z procy – uściśliłam, opierając się bokiem o samochód. Eryk wydął usta i udając zamyślonego, przytaknął gorliwie. To sprawiło, że roześmiałam się na cały głos.

– I to jest moja Ala – westchnął z ulgą Eryk, a jego ręka niepostrzeżenie pomknęła w stronę mojej twarzy. Odgarnął mi włosy, które wydostały się spod warkocza.