Wydawca: HarperCollins Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 427 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Spotlight. Zdrada - Śledztwo dziennikarzy „Boston Globe”

Wstrząsające śledztwo dziennikarskie nagrodzone Pulitzerem. Inspiracja dla nagrodzonego Oskarami filmu „Spotlight”. Ta książka zawiera odkrycia zespołu reporterskiego Spotlight, pracującego dla „Boston Globe” – twarde fakty i bolesne doświadczenia ofiar molestowania, księży i prawników, ukrywane przez dziesiątki lat. Połączone w całość stanowią wstrząsającą historię przemilczeń i głębokiego zepsucia, opowiadają o skandalu, który rozegrał się w samym sercu bostońskiej archidiecezji. Właśnie te odkrycia doprowadziły do podjęcia podobnych śledztw w dziesiątkach miast w Stanach Zjednoczonych i w innych częściach świata. Rzuciły światło na wieloletni problem przestępstw seksualnych popełnianych przez księży,  a także na fakt tuszowania tych działań przez instytucje kościelne, które nie robiły nic, by je powstrzymać. To problem, z którym mierzymy się do dziś. Z przedmowy reżysera filmu „Spotlight ”Toma McCarthy’ego i scenarzysty Josha Singera. Śledztwo opisane w książce stało się inspiracją filmu „Spotlight” uznanego przez Akademię Filmową za najlepszy film roku 2015

Opinie o ebooku Spotlight. Zdrada - Śledztwo dziennikarzy „Boston Globe”

Fragment ebooka Spotlight. Zdrada - Śledztwo dziennikarzy „Boston Globe”

 Matt Carroll   Kevin Cullen   Thomas Farragher   Stephen Kurkjian   Michael Paulson   Sacha Pfeiffer   Michael Rezendes   Walter V. Robinson 

Spotlight. Zdrada

Kryzys w Kościele katolickim

Tłumaczenie:

Zdrada zawisła nad Kościołem niczym czarna chmura.

kardynał Bernard Law

arcybiskup Bostonu

Wielki Piątek, 29 marca 2002 roku

Przedmowa

Tom McCarthy, reżyser filmu „Spotlight”, oraz scenarzysta Josh Singer

Ostatnia dekada nie była łaskawa dla dziennikarstwa prasowego, zwłaszcza na poziomie lokalnym. Ponad 12 dzienników w Stanach Zjednoczonych zakończyło działalność. Przychody ze sprzedaży gazet drukowanych w 2014 roku były o ponad połowę niższe w porównaniu ze stanem sprzed dziesięciu lat. Tysiące dziennikarzy straciły pracę. Oczywiście przez ten czas znacznie wzrosła rola internetu jako źródła informacji. Nie da się zaprzeczyć, że z sieci można dowiedzieć się obecnie niemal wszystkiego – do tego stopnia, że według niektórych tradycyjne dziennikarstwo śledcze przestało być potrzebne.

My się z tym nie zgadzamy.

Ta książka zawiera odkrycia zespołu reporterskiego Spotlight pracującego dla „Boston Globe” – twarde fakty i bolesne doświadczenia ofiar molestowania, prawników i księży, ukrywane przez dziesiątki lat. Połączone w całość stanowią wstrząsającą historię przemilczeń i głębokiego zepsucia, opowiadają o skandalu, który rozegrał się w samym sercu bostońskiej archidiecezji. Właśnie te odkrycia doprowadziły do podjęcia podobnych śledztw w dziesiątkach miast w Stanach Zjednoczonych i w innych częściach świata. Rzuciły one światło na wieloletni problem przestępstw seksualnych popełnianych przez księży, a także na fakt tuszowania tych działań przez instytucje kościelne, które nie robiły nic, by je powstrzymać. To problem, z którym mierzymy się do dziś.

Informacje zawarte w tej książce wstrząsnęły światem – to nie ulega wątpliwości. Nie należy jednak zapominać o kontekście. Wiedza, w jaki sposób zespół czterech dziennikarzy i dwóch redaktorów dotarł do przedstawionych tu faktów, pomoże czytelnikowi docenić ich pracę i zrozumieć, dlaczego wciąż potrzebujemy dziennikarstwa śledczego.

Właśnie dlatego postanowiliśmy opowiedzieć historię zespołu Spotlight. Tej dokładnie historii czytelnik nie znajdzie na stronach naszej książki. Aby ją odtworzyć, musieliśmy wykonać własną pracę. Musieliśmy przeanalizować ponownie całe śledztwo „Boston Globe” i dzięki temu dostrzegliśmy jeszcze więcej warstw pod informacjami, do których dotarli dziennikarze. Świadomość, jak trudne i wnikliwe było ich dochodzenie, miała istotny wpływ na ostateczny kształt tej książki.

Aby dokonać odkryć na taką skalę jak w tym przypadku – aby rzetelnie przeanalizować i pokazać wszystkie wymiary badanej deprawacji – dziennikarz potrzebuje czasu. Czterech wybitnych reporterów i dwóch doświadczonych redaktorów „Boston Globe” poświęciło ponad rok temu dochodzeniu. Dziennikarz potrzebuje również odpowiednich środków. Poza opłaceniem pensji i nadgodzin gazeta poniosła koszty prawne, konieczne do wniesienia pozwu o wydanie utajnionych dokumentów dotyczących sprawy ojca Johna Geoghana, które udowodniły bez cienia wątpliwości, że Kościół ją tuszował. Wreszcie dziennikarz zazwyczaj potrzebuje też wsparcia ze strony instytucji, która może przywołać do porządku inne potężne instytucje – tak jak zrobił to „Boston Globe” w 2002 roku.

Mamy nadzieję, że zarówno nasz film, jak i upowszechnienie szokujących informacji zebranych przez zespół „Boston Globe” będą istotnym głosem w dyskusji o przyszłości tradycyjnego dziennikarstwa śledczego i przypomną wszystkim reporterom oraz dziennikarzom na świecie wykonującym taką pracę, jak Robinson, Rezendes, Pfeiffer, Carroll, Baron i Bradlee, że wciąż są ogromnie potrzebni. Jak mawiał Marty Baron: najczęściej błądzimy w ciemności. Całe szczęście, że Spotlight oświetla nam drogę.

10 września 2015 roku

Wstęp

W czerwcu 2001 roku kardynał Bernard Francis Law, od wielu lat arcybiskup diecezji rzymskokatolickiej w Bostonie, za pośrednictwem standardowego formularza sądowego poczynił szokujące wyznanie. Siedemnaście lat wcześniej zapewnił księdzu Johnowi „Jackowi” Geoghanowi ciepłą posadkę wikariusza zamożnej podmiejskiej parafii, mimo że zaledwie dwa miesiące przedtem dowiedział się, że Geoghana oskarżono o molestowanie siedmiu chłopców.

„Boston Globe” pisał o sprawie Geoghana już wcześniej: w lutym 1997 roku, powołując się na wywiady oraz dokumentację kościelną, gazeta ujawniła, że w 1980 roku ksiądz został wysłany na zwolnienie lekarskie po tym, jak pewna kobieta poinformowała urzędników kościelnych, że wykorzystał seksualnie jej synów. Ale już w 1981 roku Geoghan wrócił do posługi kapłańskiej. Później, gdy wyszło na jaw, że molestował dzieci w innych dwóch parafiach, znów został wysłany na zwolnienie lekarskie w 1995 roku.

Dla zespołu śledczego „Boston Globe” wyznanie Lawa z roku 2001 roku stanowiło przełom: historia księdza oskarżonego o molestowanie dzieci zmieniła się w historię biskupa, który tego księdza chronił. Dokument złożony przez Lawa zapoczątkował dochodzenie Spotlight, zespołu śledczego „Boston Globe”. Dziennikarze z tego zespołu postanowili sprawdzić, czy przypadek Geoghana był wyjątkiem, czy też może elementem większej całości.

Budząca zgrozę odpowiedź na to pytanie została ujawniona w serii reportaży opublikowanych na początku 2002 roku: okazało się, że dziesiątki bostońskich kapłanów dopuszczały się molestowania nieletnich. W wielu – zbyt wielu – przypadkach biskupi byli tego świadomi. Za sprawą tych odkryć hegemonia współczesnego Kościoła katolickiego zachwiała się w posadach.

Dochodzenie „Boston Globe” i wydarzenia, które ono uruchomiło, doprowadziły w2002roku do publikacji niniejszej książki. Opowiedziano w niej wiele historii księży, którzy wykorzystywali dzieci powierzone ich opiece, ofiar, których życie zostało nieodwracalnie zniszczone, biskupów, którzy nie zapobiegli nadużyciom, a także osób świeckich, które zareagowały słusznym gniewem. Obecne wydanie, opublikowane w Stanach Zjednoczonych w 2015 roku, uzupełniono o nowe informacje, aby mogło towarzyszyć premierze filmu Spotlight przedstawiającego kulisy dochodzenia przeprowadzonego przez zespół „Boston Globe”. Film, na podstawie oryginalnego scenariusza autorstwa Josha Singera, wyreżyserował Tom McCarthy.

Od połowy lat dziewięćdziesiątych ponad 130 osób ujawniło swoje przerażające wspomnienia z dzieciństwa, wszystkie dotyczące byłego księdza Johna Geoghana. Osoby te oskarżały Geoghana o molestowanie seksualne lub gwałty, których dopuszczał się podczas trzydziestoletniej działalności w bostońskich parafiach. Tymi słowami zaczynał się pierwszy z serii artykułów zespołu Spotlight, opublikowany w styczniu 2002 roku. Prawie zawsze jego ofiarami byli chłopcy chodzący jeszcze do szkoły podstawowej. Jedna z ofiar miała cztery lata.

W kolejnym roku „Boston Globe” opublikował ponad 600 historii nadużyć seksualnych popełnionych przez kler. O tym problemie wiedziano w kraju już wcześniej, a nawet sporadycznie pisano o nim w prasie od około połowy lat osiemdziesiątych, dopiero jednak w reportażach „Boston Globe” wykorzystano wewnętrzną dokumentację Kościoła, z której jasno wynikało, że wysoko postawieni hierarchowie przez dekady ukrywali nadużycia księży i notorycznie przedkładali dobro duchownych nad troskę o dzieci.

O czynach Geoghana wiedziało dwóch kolejnych kardynałów i wielu biskupów, przez 34 lata jego posługi nie zrobili jednak nic, by uchronić przed nim dzieci. Zamiast tego słali Geoghanowi pełne współczucia listy, gdy przenosili go z parafii do parafii, rzucając na jego pastwę kolejne ofiary.

Pierwsze reportaże „Boston Globe” uderzyły w czuły punkt. Wierni byli wściekli i czuli się zdradzeni. Kardynał Law wielokrotnie przepraszał, a w kolejnych tygodniach zgodził się ujawnić dane wszystkich księży, zarówno byłych, jak i obecnych, oskarżonych o molestowanie nieletnich, mimo że nie było to wymagane przez ówczesne prawo stanu Massachusetts. Ogłosił politykę „zero tolerancji”, przyrzekając, że odsunie od służby każdego kapłana, wobec którego zostałyby wniesione wiarygodne oskarżenia. Obiecał też, że Kościół zwiększy swoje wysiłki, by zadośćuczynić ofiarom księży.

Ale było już za późno. Zaczęły podnosić się liczne głosy żądające rezygnacji Lawa. Wierni przestali łożyć na Kościół. W stanie wprowadzono ustawę nakazującą klerowi zgłaszanie wszystkich podejrzeń o wykorzystanie seksualne władzom świeckim. Prokuratorzy zaczęli wysyłać nakazy aresztowania księży.

Ta historia rozpoczęła się tak samo jak wszystkie inne: grupa reporterów zaczęła szukać odpowiedzi na pewne pytania. Zespół Spotlight dziennika „Boston Globe” – redaktor Walter Robinson oraz dziennikarze Matt Carroll, Sacha Pfeiffer i Michael Rezendes – postanowił sprawdzić, co Kościół tak naprawdę wiedział o czynach, jakich dopuszczał się Geoghan podczas 30 lat służby w sześciu parafiach na terenie archidiecezji bostońskiej.

Już po kilku dniach reporterzy odkryli jednak, że sprawa Geoghana to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Archidiecezja bostońska w ostatnich latach w tajemnicy wypłacała liczne odszkodowania ofiarom wykorzystywanym seksualnie przez duchownych. Większość spraw rozwiązywano prywatnie, bez żadnej publicznej dokumentacji. To był wygodny układ: Kościół mógł dalej ukrywać nieprzyjemną prawdę, a przepełnione wstydem ofiary, niemające pojęcia, że dzielą los z mnóstwem innych, zachowywały anonimowość. Prawnicy ofiar otrzymywali co najmniej jedną trzecią odszkodowania bez konieczności zakładania sprawy w sądzie.

Reporterzy odkryli też, że nawet w rzadkich przypadkach, gdy pozwy były wnoszone, oficjalna dokumentacja często znikała bez śladu. Działo się tak, ponieważ sędziowie godzili się na konfiskatę dokumentów po rozwiązaniu sprawy, ukrywając w ten sposób nie tylko własne decyzje, ale też wszelkie ślady, że taki pozew kiedykolwiek wpłynął.

Dziennikarze natrafili na kolejną przeszkodę. W licznych sprawach wniesionych przeciwko Geoghanowi sędzia nałożył klauzulę tajności na wszystkie dokumenty, w tym zeznania świadków i akta osobowe Geoghana.

Martin Baron, który został właśnie redaktorem „Boston Globe”, uznał, że gazeta powinna podważyć decyzję sędziego o utajnieniu dokumentów i uzasadnić, że interes publiczny jest ważniejszy niż ochrona prywatności stron uczestniczących w procesie. W sierpniu 2001 roku prawnicy „Boston Globe” złożyli wniosek o odtajnienie dokumentów Geoghana.

W listopadzie sędzia Sądu Najwyższego Constance Sweeney wydała orzeczenie na korzyść „Boston Globe”. Kościół odwołał się od jej decyzji, ale w grudniu sąd okręgowy podtrzymał jej wyrok. Dokumenty miały zostać ujawnione w styczniu 2002 roku.

Siedemnastego grudnia 2001 roku prawnik kardynała Lawa, Wilson Rogers junior, wystosował pismo do „Boston Globe”, grożąc, że wyciągnie konsekwencje prawne wobec gazety i jej prawników, gdyby opublikowane reportaże w jakikolwiek sposób nawiązały do utajnionych dokumentów ze spraw przeciw Geoghanowi. Zapowiedział wniesienie powództwa do sądu, jeśli reporterzy spróbują choćby zadawać pytania o zamieszanych w sprawę księży.

Ale zespół Spotlight miał już wtedy najbardziej elektryzujące z utajnionych dokumentów. Z licznych wywiadów dziennikarze dowiedzieli się też, że w ciągu ostatniej dekady wielu innych księży z bostońskiej archidiecezji usłyszało zarzuty molestowania na tyle wiarygodne, że Kościół wypłacił ofiarom odszkodowania, znowu w tajemnicy. Zespół niczym kompasem posługiwał się archidiecezjalnymi rocznikami z informacjami o przydziałach poszczególnych księży. Stworzył bazę danych, z której jasno wynikało, że bardzo wielu księży w aktywnej służbie przenoszono z parafii do parafii w czasie pokrywającym się z wypłacaniem ofiarom odszkodowań. Okazało się, że sprawa ma o wiele większy zasięg, niż się to początkowo wydawało. Ponieważ w styczniu miała rozpocząć się pierwsza rozprawa Geoghana w związku z oskarżeniami o nadużycia seksualne, zespół Spotlight odłożył na chwilę kwestię potajemnych zadośćuczynień i zaczął pracę nad artykułem, który początkowo zaplanowano jako kilkustronicowe wprowadzenie do nadchodzącego procesu Geoghana.

Dokumenty zdobyte przez „Boston Globe”, do tej pory utajnione, były bardzo niebezpieczne dla archidiecezji. Wśród nich znalazły się: wiadomość wysłana do Lawa przez jednego z biskupów w 1984 roku, w której duchowny ostrzegał, że Geoghan wciąż stanowi zagrożenie; list od parafianina z 1982 roku do poprzednika Lawa, kardynała Humberta Medeirosa, opisujący nadużycia Geoghana i żądający wyjaśnień, dlaczego księdzu wciąż pozwalano na pracę z dziećmi; a także część dokumentacji psychiatrycznej Geoghana. Materiały stanowiły dowód na to, że archidiecezja od dziesięcioleci była świadoma jego nadużyć seksualnych.

„Boston Globe” opublikował serię artykułów zespołu Spotlight o przypadku Geoghana w dwóch częściach, 6 i 7 stycznia 2002 roku. Law, który cieszył się wtedy pozycją najbardziej wpływowego amerykańskiego prałata w Watykanie, odmówił udzielenia wywiadu jako komentarza do tych tekstów. Następnie, zanim oficjalnie ujawniono około dziesięciu tysięcy stron dokumentów ze spraw Geoghana, „Boston Globe” zdobył je i opublikował ich fragmenty 24 stycznia, na dzień przed odtajnieniem ich przez sędzię Sweeney. Materiały pozwoliły na uzupełnienie pierwszej serii artykułów o kontekst i cenne szczegóły.

W ostatnim dniu stycznia „Boston Globe” opublikował artykuł nawiązujący do reportażu rozpoczętego poprzedniego lata, ujawniający, że przez ostatnią dekadę archidiecezja bostońska w tajemnicy wypłacała odszkodowania osobom, które postawiły zarzuty molestowania ponad 70 księżom. Historia – oparta na dokumentacji sądowej, bazie danych, a także na wywiadach z prawnikami i innymi zaangażowanymi stronami – okazała się przełomowa. Wykazała, że Geoghan nie był wyjątkiem. Krzywdy i nadużycia miały ogromny zasięg i przez dziesięciolecia nikt ich nie kontrolował.

Wkrótce za sprawą lokalnych mediów inne diecezje w kraju również musiały zacząć przekopywać się przez swoje archiwa w poszukiwaniu nadesłanych dawniej skarg. Zostały też zmuszone do konfrontacji z lokalnymi władzami w ustalaniu, co zrobić z oskarżonymi księżmi. Wiele diecezji zaczęło tworzyć nową politykę reagowania na skargi i zawiadomienia o napastowaniu seksualnym, a Krajowa Konferencja Biskupów Katolickich Stanów Zjednoczonych przyjęła, po raz pierwszy w historii, projekt polityki ogólnokrajowej.

Podczas gdy kryzys w Kościele narastał, „Boston Globe” podwoił liczbę reporterów pracujących nad sprawą na pełen etat. Do zespołu dołączyli Stephen Kurkjian, Thomas Farragher i Kevin Cullen, a także specjalizujący się w tematyce religijnej reporter Michael Paulson. Z czasem ten temat zaczęli również z doskoku drążyć jeszcze inni dziennikarze.

Ta książka opiera się na rzetelnej, szeroko zakrojonej pracy reporterskiej „Boston Globe” o skandalu nadużyć seksualnych w Kościele. Niektóre wywiady i fakty pojawiły się już wcześniej w opublikowanych artykułach, ale większość materiałów jest całkiem nowa, a książka została napisana jako odrębna całość. Wywiady i dochodzenie przeprowadzane na potrzeby książki dostarczyły również materiału do kolejnych artykułów w gazecie. Opisano w nich nieujawnione wcześniej przypadki nadużyć seksualnych, informacje o zależności między prokuraturą a archidiecezją bostońską, a także coraz większe wysiłki katolickich wiernych, by wpłynąć na hierarchów.

Historia nadużyć seksualnych wśród księży wciąż trwa – od ujawnienia sprawy w 2002 roku minęło kilkanaście lat – i prawdopodobnie upłynie jeszcze wiele czasu, zanim wszystkie fakty ujrzą światło dzienne, a zmiany przez to zapoczątkowane zostaną wprowadzone w życie. Ta książka, napisana z samego epicentrum bostońskiego skandalu, zawiera analizę kryzysu w Kościele i jego przyczyn. Zinterpretowano również zachowanie księży i jego wpływ na ofiary, rolę kluczowych postaci w sprawie, w tym Geoghana i Lawa, a także kryzys szacunku wobec Kościoła wśród wiernych i możliwy kierunek rozwoju Kościoła w konsekwencji tych wydarzeń.

To opowieść o wielu księżach, którzy zawiedli pokładane w nich zaufanie i skrzywdzili dzieci powierzone ich opiece. To opowieść o biskupach i kardynałach, którzy zatrudniali, awansowali, chronili i nagradzali tych księży mimo przytłaczających dowodów na ich nadużycia. To opowieść o potężnym, pełnym pychy Kościele, który popadł w głęboki kryzys spowodowany przez złe uczynki, błędy oraz mylne oceny i decyzje własnych duchownych. To opowieść o ofiarach, które przez lata cierpiały w milczeniu, zanim znalazły odwagę, by publicznie oskarżyć swój Kościół. To też opowieść o pragnieniu wielu wiernych, by wyciągnąć wnioski z tych tragicznych wydarzeń i dokonać głębokich, poważnych zmian.

Zimą 2002 roku, gdy „Boston Globe” opublikował pierwsze informacje o tym, jakie działania Kościół podejmował wobec księży, którzy molestowali dzieci powierzone ich opiece, te historie wydawały się czasem zbyt przerażające, by mogły być prawdziwe. Ogrom zdrady, jakiej się dopuszczono, przekraczał wszelkie wyobrażenie: skrzywdzono niewinne dzieci, nadużyto zaufania ich rodziców, sprzeniewierzono się ślubom kapłańskim, zaprzeczono odpowiedzialności biskupów i naruszono podstawowe zasady Kościoła. Największym szokiem dla tysięcy zwykłych wiernych, a zarazem największą rysą na wizerunku Kościoła były niepodważalne dowody na to, że kardynał Law oraz inni dostojnicy w archidiecezji wiedzieli o tragicznych wydarzeniach i z premedytacją je zatajali. Zamiast chronić najbardziej bezbronnych członków kościelnej społeczności, wydawali ich na żer oprawcom.

Wkrótce prasa w całych Stanach Zjednoczonych i w innych krajach zaczęła domagać się wyjaśnień od lokalnych diecezji. Ofiary, którym po raz pierwszy dano prawo głosu, zaczęły wychodzić z cienia. Prawnicy, dotąd posłuszni kościelnym regułom i wspierający zawieranie cywilnych ugód po cichu i bez śladu, teraz wykonali zwrot o sto osiemdziesiąt stopni. Oznajmili, że od tej pory nie będą już tego robić ze względu na interes klientów, a także z uwagi na interes publiczny, ponieważ stało się jasne, na jak wielką skalę działał system sekretów i nadużyć.

Potem prokuratorzy – którzy do tej pory, podobnie jak ich poprzednicy, obawiali się atakować Kościół, do którego nierzadko sami należeli – zażądali dostępu do kościelnych archiwów, by zadecydować o słuszności oskarżenia konkretnych księży. Dotąd jedyną karą dla kapłanów było przeniesienie do innej parafii, obsadzenie w roli szpitalnego kapelana, albo – w przypadku najgroźniejszych przestępców – zatopienie w odmętach biurokracji. Duchowni przywódcy musieli tymczasem zmierzyć się z dowodami na to, że archidiecezja bostońska przez lata chroniła opinię Kościoła kosztem jego ofiar.

W całym kraju i w innych rejonach katolickiego świata księża oskarżani o molestowanie seksualne byli odsuwani od służby – objęło to 170 kapłanów tylko w Stanach Zjednoczonych, w ciągu zaledwie czterech pierwszych miesięcy 2002 roku. Biskupi w Stanach Zjednoczonych, Polsce i Irlandii podawali się do dymisji. Nawet w Rzymie, gdzie wcześniej watykańscy przywódcy dokładali wszelkich starań, by unikać skandalu, papież Jan Paweł II przerwał milczenie. W corocznym liście do kapłanów w Wielki Czwartek odniósł się do wstrząsających informacji, koncentrując się przy tym jednak bardziej na praworządnych księżach niż na oprawcach.

Papież nawiązał do skandalu przelotnie – wykorzystując ogólnikowy łaciński zwrot mysterium inquitatis – by opisać przestępstwa, które określił mianem grzechu – i nie wspomniał w ogóle o ofiarach kapłanów, przez co wystąpienie nie mogło w żaden sposób podnieść na duchu tych, których życie zostało nieodwracalnie zniszczone.

Wielu osobom przemówienie papieża wydało się dowodem na to, że Kościół to instytucja rządzona przez aroganckich, obojętnych i oderwanych od rzeczywistości hierarchów, których niezdolność dostrzeżenia czegokolwiek poza własnym interesem jest solą na otwarte rany zdradzonych wiernych.

Następnego dnia w wielkopiątkowym liście kardynał Law nawiązał do problemu zdrady. Zdrada zawisła nad Kościołem niczym czarna chmura – napisał. Nie pragniemy podważać czyjejkolwiek relacji z Bogiem, lecz nie możemy przy tym zaprzeczyć, że w samym sercu zła, jakim było wykorzystywanie seksualne dzieci przez księży, była zdrada. Kapłani powinni być godni zaufania nieskalanego choćby cieniem zwątpienia. Gdy ktoś dopuszcza się zdrady tego zaufania, wszyscy ponosimy konsekwencje.

Badania opinii publicznej wykazały, że rozczarowanie parafian pogłębiło się po tym, gdy Law zajął się sprawą. Ankieta przeprowadzona w kwietniu 2002 roku na zlecenie „Boston Globe” ze stacją WBZ TV wykazała, że 65% wiernych w archidiecezji chciało, aby Law zrezygnował.

Wielu katolików już wcześniej przestało składać datki na rzecz archidiecezji, a teraz wierni odwrócili się od corocznej kardynalskiej zbiórki funduszy, z której finansowane jest wiele kościelnych przedsięwzięć. Ambitna kampania, przewidująca zebranie 350 milionów dolarów, poniosła kompletne fiasko. Powróciła dyskusja na temat sensu dopuszczania do kapłaństwa tylko mężczyzn żyjących w celibacie, niektórzy zwracali też uwagę na możliwe powiązania między licznymi przypadkami molestowania nastoletnich chłopców a wysokim odsetkiem homoseksualnych mężczyzn w kapłaństwie.

Trzy miesiące po wybuchu narastającego wciąż skandalu wyglądało na to, że Watykan się przebudził. W kwietniu Jan Paweł II wezwał wszystkich amerykańskich kardynałów na nadzwyczajne spotkanie, podczas którego zmienił ton i treść swoich wypowiedzi. Przyznał, że nadużycia seksualne księży wobec nieletnich stanowią nie tylko „odrażający grzech”, ale też przestępstwo. Odniósł się również do zarzutów, jakoby Stolica Apostolska była obojętna na cierpienie ofiar. Ofiarom i ich rodzinom, gdziekolwiek się znajdują, pragnę przekazać głęboką solidarność i troskę – powiedział kruchy, osiemdziesięcioletni Ojciec Święty.

Wprawdzie kryzysowe spotkanie kardynałów było wydarzeniem bez precedensu, ale nikt nie wiedział, czy obiecywane reformy wewnątrz Kościoła będą realne i długofalowe. W Watykanie wciąż wielu dostojników uważało nadużycia seksualne wśród kapłanów za problem dotyczący wyłącznie Stanów Zjednoczonych.

Pytanie, czy Kościół traktuje problem dostatecznie poważnie, pojawiało się co jakiś czas od 1985 roku, kiedy wybuchła pierwsza duża sprawa napastowania seksualnego w Luizjanie. Wtedy Kościół podjął działania ratunkowe, w dużej mierze skutecznie, wykorzystując wciąż jeszcze przychylną opinię publiczną, by przedstawić skandale jako pojedyncze odstępstwa, rozdmuchane przez antykatolickie głosy w mediach i dysydentów pragnących zdyskredytować kościelnych hierarchów.

Publikacja wewnętrznej kościelnej dokumentacji w sprawach z obszaru bostońskiej archidiecezji pokazała jednak, że Kościół nie jest w stanie dłużej bagatelizować stawianych mu zarzutów. Stało się jasne, że kardynał Law oraz jego najważniejsi współpracownicy byli wielokrotnie ostrzegani i informowani o niebezpiecznych księżach, a mimo to wciąż utrzymywali ich w kościelnej strukturze i pozwalali na dalsze krzywdzenie dzieci.

Sprawa Geoghana stała się wyrazistym symbolem wyrozumiałości i łagodnego traktowania, jakie Kościół okazywał występnym podwładnym. Geoghan był niereformowalnym pedofilem. Do 2002 roku blisko 200 osób wystosowało przeciw niemu i jego przełożonym oficjalne oskarżenia o gwałt lub molestowanie. Geoghan spokojnie wyjaśniał terapeutom, jak wybierał sobie ofiary: potrzebujące uwagi dzieci samotnych matek, czyli kobiet w trudnej sytuacji finansowej i osobistej, uszczęśliwionych obecnością mężczyzny w życiu synów, zwłaszcza że był to ksiądz. Co jakiś czas pojawiały się oskarżenia, ale wtedy przełożeni Geoghana po prostu przenosili go do innej parafii, gdzie czekały na niego nowe ofiary.

To nie dotyczyło tylko tego księdza. Law, podwładni mu biskupi i ich poprzednicy również przenosili księży z parafii do parafii niczym figury na szachownicy. Niektórym pozwalano wyjechać do innego stanu – w ten sposób pozbywano się problemu, podrzucając go niczym kukułcze jajo innym diecezjom. Parafianie nie mieli pojęcia o zagrożeniu, jakie pojawiało się w samym sercu ich społeczności, a często nie wiedzieli o nim również nowi przełożeni. Udokumentowany jest przypadek księdza Paula Shanleya oskarżonego o gwałty na nieletnich, którego przeniesiono do nowej parafii w Kalifornii. Wysoki rangą podwładny kardynała Lawa napisał list polecający do urzędników kościelnych w San Bernardino, w którym zapewniał o uczciwości człowieka, o którym archidiecezja bostońska wiedziała, że zarzucano mu przestępstwa na tle seksualnym. Nawet po tym, gdy archidiecezja wypłaciła odszkodowania niektórym ofiarom Shanleya (pod warunkiem zachowania milczenia), kardynał Law wystawił księdzu pełne pochwał referencje i zapewnił, że nie widzi żadnych przeciwwskazań, by Shanley został mianowany dyrektorem prowadzonego przez Kościół domu gościnnego w Nowym Jorku, przyjmującego również młodzież.

Problem w Bostonie był jedynie odzwierciedleniem rany gnijącej na organizmie całego Kościoła. Dla niektórych obrońców wiary był to zaledwie mały kryzys, ale dla wielu – największa porażka Kościoła od pokoleń. Skandal rozprzestrzenił się niczym pożar na całą Amerykę Południową oraz Europę, docierając aż do Australii i części Ameryki Łacińskiej.

Od czasu sprawy w Luizjanie w większości zamieszani w podobne skandale byli zwykli księża. Tym razem jednak sprawa zataczała o wiele szersze kręgi, obejmując nie tylko księży, lecz także biskupów oraz kardynałów, którzy ich chronili. We Francji biskup został skazany jako przestępca kryminalny za niezgłoszenie księży pedofilów policji. W Walii za ochronę księży dopuszczających się nadużyć seksualnych inny biskup został zmuszony do ustąpienia ze stanowiska. Wiosną 2002 roku polski arcybiskup z bliskiego otoczenia papieża, Juliusz Paetz, został zmuszony do rezygnacji ze stanowiska po tym, jak oskarżono go o napastowanie seksualne kleryków. Trzy dni później irlandzki biskup Brendan Comiskey również złożył rezygnację, przyznając, że nie zrobił dostatecznie dużo, by zapobiec działaniom księdza, którego nadużycia seksualne wobec nieletnich doprowadziły do samobójstw wśród ofiar, a w końcu również do odebrania sobie życia przez samego sprawcę.

Ale to właśnie Boston stał się epicentrum skandalu, a przyczyn było kilka. Po pierwsze to właśnie tam prawda wyszła na jaw, po drugie opinią publiczną wstrząsnęła liczba zamieszanych w proceder duchownych, wreszcie po trzecie, ze względu na katolicki charakter miasta. Katolicy stanowili ponad dwa miliony z 3,8 miliona ludzi zamieszkujących w tamtym czasie metropolitalny obszar Bostonu. Archidiecezja bostońska była jedyną w Stanach Zjednoczonych, do której należała ponad połowa populacji. W żadnym innym dużym amerykańskim mieście katolicy nie byli silniej reprezentowani w komisariatach policji, w salach sądowych i zarządach. Nigdzie indziej skandal nie przybrał tak wielkiej mocy rażenia. I nigdzie indziej równie drastycznie nie zachwiał się w posadach szacunek, jakim do tej pory cieszył się Kościół.

W 1992 roku, gdy wybuchł skandal wokół sprawy Jamesa Roberta Portera – księdza pedofila, którego ofiarą padła ponad setka dzieci w południowo-wschodnim Massachusetts, poza bostońską archidiecezją – większość katolików przyjęła za dobrą monetę zapewnienia Lawa, że Kościół nie ponosi winy za wykroczenia Portera i że był to „wyjątkowy przypadek” jednego zdeprawowanego człowieka. Law twierdził wtedy także, że sprawa Portera została celowo rozdmuchana przez negatywnie nastawione do Kościoła świeckie media. Na wszystkie sposoby prosimy Boga, by wpłynął na media, szczególnie na „Boston Globe” – powiedział wówczas kardynał.

Gazeta, założona przez spadkobierców protestancko-bramińskiej społeczności, która niegdyś rządziła Bostonem, już wcześniej była oskarżana o antykatolickie nastawienie. Ale dokumenty o przypadku Geoghana odtajnione przez sędzię Sweeney – pokazujące, jak daleko posuwał się kardynał i jego biskupi w ukrywaniu przed opinią publiczną nadużyć podwładnych – drastycznie zmieniły nastawienie większości katolików. Zamiast winić posłańca, wierni skupili swoje oburzenie na kościelnych przywódcach. Zażądali wyjaśnień od kardynała. Do czasu wyjazdu do Rzymu na spotkanie z papieżem i innymi amerykańskimi kardynałami w kwietniu 2002 roku nawet Law nie obwiniał już mediów. Kryzys w Kościele na tle nadużyć seksualnych kleru względem nieletnich nie jest wykreowany przez media czy opinię publiczną w Stanach Zjednoczonych. To bardzo poważny problem, który podważa całą misję Kościoła – przyznał.

Dawniej zdarzało się, że politycy, policja, prokuratura i sędziowie pomagali w tuszowaniu wykroczeń duchownych, zarówno tych poważnych, jak i drobnych. Ale zasięg działań podjętych przez archidiecezję w obronie księży przekonał organy ścigania i polityków, by odłożyć na bok kultywowaną od ponad stu lat tradycję bezkrytycznego poszanowania instytucji Kościoła. Prokurator generalny Massachusetts wraz z pięcioma najważniejszymi prokuratorami w stanie – wszyscy byli katolikami – zażądał udostępnienia dokumentacji kościelnej wykazującej, że przez ostatnie 40 lat setki ofiar oskarżyło o nadużycia seksualne ponad 90 księży z archidiecezji bostońskiej. Ta liczba nie uwzględniała księży, którzy już nie żyli. Prawie wszystkie sprawy uległy przedawnieniu, co oznaczało, że większości sprawców nie można było ścigać. Ale nawet jeśli archidiecezji udało się uniknąć części konsekwencji w sali sądowej, nie było to możliwe przed sądem opinii publicznej.

Boston może i był symbolem amerykańskiego katolickiego miasta, lecz skandal szybko wyszedł poza lokalne ramy. Zmienił się w przekraczającą granice stanów i państw historię o tym, jak prawa najsłabszych i bezbronnych są ignorowane, by chronione mogły być interesy potężnej instytucji, oraz o tym, jak bardzo śmiertelnicy zaszkodzić mogą nieśmiertelnej wierze. Koszty były bardzo wysokie. Znacznie spadły datki wiernych dla Kościoła. Wielu ludzi odeszło od wiary, a jeszcze więcej odwróciło się od kościelnych hierarchów. To są wymierne koszty. Cierpienia i rozmiaru tragedii ofiar nie będzie można jednak nigdy zmierzyć. Wśród ofiar był jedenastolatek, którego podczas spowiedzi ksiądz spytał o to, czy się masturbował, a następnie poprosił go o demonstrację. Był trzynastolatek uwiedziony przez księdza i zostawiony samemu sobie z pytaniem, czy jest gejem, a działo się to w czasach, gdy akceptacja i tolerancja wobec homoseksualizmu była znacznie mniejsza niż dziś. Był też chłopiec, któremu ksiądz wręczył drobne na pociąg zaraz po tym, gdy zgwałcił go analnie i zostawił krwawiącego.

Jeśli ta przerażająca historia ma swoich bohaterów, są nimi ofiary przemocy, które po latach cierpienia w milczeniu i w samotności odnalazły w sobie odwagę, by powiedzieć głośno i publicznie, jak jedna z nich: To mi się przydarzyło i to było złe.

1. Ojciec Geoghan

Był drobnym żylastym mężczyzną o rozbrajającym uśmiechu, dzięki któremu przypominał trochę dobrego wujka albo przyjaznego sprzedawcę ze sklepiku na osiedlu. Trudno było dostrzec mrok czający się w jasnych oczach Johna Geoghana. Na początku nie udawało się to prawie nikomu.

Z pewnością nie udało się to Frankowi Leary’emu. Frank był piątym z szóstki dzieci wychowywanych przez samotną matkę na zasiłku. Gdy po raz pierwszy spotkał Geoghana, miał 13 lat i nie nauczył się jeszcze od starszych braci, jak zrywać się z niedzielnej mszy. Była późna wiosna 1974 roku. Pogodna twarz księdza była dobrze znana wszystkim odwiedzającym kościół Świętego Andrzeja w bostońskiej dzielnicy Jamaica Plain. Po mszy proboszcz zawsze żegnał się z wiernymi – przytulał matki, wymieniał uściski dłoni z ojcami i łagodnie klepał dzieci po plecach.

– Zawsze był szeroko uśmiechnięty, ten uśmiech zajmował mu prawie całą twarz – wspominał Leary. – Moja matka go lubiła. Był bardzo popularny. Wyglądał jak mały chochlik.

Chłopiec przywitał się z księdzem, dał się poklepać między łopatkami i zapomniał o Geoghanie aż do lata.

Leary przyjaźnił się z ogrodnikiem pracującym na plebanii i pomagał mu dwa razy w tygodniu: grabił świeżo skoszoną trawę albo zbierał na taczkę gałęzie z przyciętego żywopłotu. To była ciężka praca w gorącym sierpniowym słońcu. Pewnego popołudnia Geoghan zszedł po niskich schodkach plebanii i zaproponował chłopcu szklankę zimnej lemoniady. Leary podziękował. Nie lubił lemoniady. Ksiądz jednak nalegał. Dodał, że ma wspaniałą kolekcję znaczków, która mogłaby spodobać się chłopcu. Leary zgodził się i poszedł z Geoghanem na plebanię do pokoju na piętrze.

Ksiądz posadził chłopca na dużym skórzanym fotelu pośrodku pokoju i wręczył mu ogromny klaser ze znaczkami. Sam podreptał w głąb pokoju, wciąż uspokajająco coś opowiadając. Kolekcja nie zainteresowała chłopca, ale Geoghan nie rezygnował.

– „Chodź, coś ci pokażę” – powiedział. – Podniósł mnie, usiadł na fotelu i usadził mnie sobie na kolanach – wspominał Leary.

Kapłan położył mu rękę na kolanie i zaczął przewracać strony klasera, aż zaczęły zlewać się chłopcu przed oczami. Geoghan oznajmił, że to matka Leary’ego zasugerowała to spotkanie. Mimo to nalegał, by utrzymali je w tajemnicy. Przez cały czas ręka księdza pełzła coraz wyżej po nodze chłopca, aż w końcu znalazła się w nogawce spodenek i wśliznęła pod bieliznę.

– Dotykał mnie, pieścił. Zamarłem. Nie miałem pojęcia, co się dzieje. On bez przerwy mówił. Powiedział: „Odłóż książkę. Zamknij oczy. Zmówimy Zdrowaś Mario”. Więc tak zrobiłem.

Ale zanim modlitwa dobiegła końca, chłopiec uciekł z pokoju, zbiegł po schodach i roztrzęsiony schował się za kościołem.

Po mniej więcej tygodniu sytuacja się powtórzyła. Leary zamiatał dziedziniec przed kościołem, gdy Geoghan do niego podszedł, objął ramieniem i powiedział chłopcu, że jest wyjątkowy. Następnie zabrał go znów na plebanię, gdzie, jak wspomniał później Leary, zobaczyli zakonnicę ze skrzywioną miną, stojącą u stóp schodów.

Geoghan wyminął kobietę, zaprowadził chłopca na górę i posadził na tym samym fotelu, na którym doszło do pierwszej próby. Zasłony były zaciągnięte, by do pokoju nie wpadało mocne letnie słońce. Najpierw ksiądz stanął za fotelem, kładąc Leary’emu dłonie na ramionach. Kazał chłopcu zacząć mówić najbardziej popularne katolickie modlitwy: Ojcze nasz i Zdrowaś Mario.

– Modlę się z zamkniętymi oczami. On okrąża fotel i staje przede mną, ściąga mi spodnie. Nie mogłem się poruszyć. Byłem jak sparaliżowany. Potem przycisnął mi pierś ramieniem. Też się modlił, a ja powtarzałem za nim słowa modlitw. Cały się trząsłem. Czułem się bardzo, bardzo dziwnie. Zupełnie nic nie mogłem zrobić.

Geoghan pochylił się nad chłopcem i zaczął uprawiać z nim stosunek oralny.

– Próbowałem powstrzymać łzy i dalej odmawiać modlitwę, starałem się nie otwierać oczu. Nie widziałem, jak to robił. Pamiętam, że przycisnął mnie do fotela.

Napaść nie trwała długo. Leary ocenił, że minęła może minuta, zanim księdzu przerwał nagły hałas.

– Geoghan natychmiast wstał. Drzwi otworzyły się gwałtownie. Do pokoju wpadł ksiądz o przydługich białych włosach i zaczął wrzeszczeć: „Jack, mówiliśmy, że masz tu tego nie robić! Co ty wyprawiasz! Oszalałeś?”. Pamiętam, że krzyczał i krzyczał, a ja zerwałem się z fotela.

Leary uciekł z plebanii i skrył się w cieniu drzew za szkołą, próbując odzyskać równowagę. Przez jakiś czas siedział na pobliskim cmentarzu, a gdy w końcu wrócił do domu, poszedł prosto do swojego pokoju. Przez wiele lat nikomu nie powiedział, co się przydarzyło.

Gdy doszło do ataku na Leary’ego, Geoghan był już księdzem od ponad dziesięciu lat. Podczas służby w kolejnych parafiach w Bostonie i okolicach – od obrzeży miasta po eleganckie przedmieścia – dla wszystkich wiernych był „ojcem Jackiem”. Ojciec Jack chrzcił dzieci, udzielał ślubów, modlił się nad trumnami ich najbliższych i skrapiał je wodą święconą. W sobotnie popołudnia siedział w ciemnym konfesjonale i przez drewnianą kratkę wysłuchiwał grzechów, udzielał przebaczenia i wyznaczał pokutę. W niedzielne poranki przekazywał słowo Boże.

Dla głęboko wierzących matek, zwłaszcza tych borykających się z trudami samotnego utrzymywania dużej rodziny, Geoghan był darem niebios. Pojawiał się w progu, proponując pomoc. Zabierał ich synów na lody, czytał im na dobranoc, modlił się przy ich łóżkach, przykrywał kołdrą przed snem. A potem, gdy zapadał mrok, dotykał ich przez piżamę, przykładając palec do ust, nakazując milczenie i zachowanie tajemnicy.

– Wyglądał jak ministrant – stwierdziła Maryetta Dussourd, która chętnie i z dumą zaprosiła Geoghana do małego mieszkania w Jamaica Plain, które zajmowała z córką, trzema synami i czwórką ich kuzynów. Geoghan był wyrachowanym napastnikiem, świadomym, że jego urok i pozorna łagodność mogą otworzyć wiele drzwi.

John Geoghan, siedzący potem aż do śmierci w za dużym uniformie w więziennej celi, był zapewne najbardziej uderzającym przykładem nadużyć seksualnych wśród kleru. Nie tylko ze względu na porażającą liczbę ofiar – do dziś ujawniło się ich już blisko 200 – ale przede wszystkim ze względu na bardzo łagodne i przewrotne podejście Kościoła do jego grzechów. Przez ponad 20 lat, mimo że dwóch kolejnych kardynałów i kilkudziesięciu zwierzchników w bostońskiej archidiecezji wiedziało, że Geoghan nie jest w stanie kontrolować swych pedofilskich zapędów, Kościół zapewniał mu wyjątkowy spokój i bezpieczeństwo.

Z żalem przyjmujemy fakt, że twoja długa i owocna posługa duszpasterska została przerwana przez chorobę. W imieniu tych, którym wiernie służyłeś, a także w swoim własnym, dziękuję – napisał do Geoghana kardynał Bernard Law w 1996 roku, wiele lat po tym, gdy przestępstwa księdza zostały odkryte przez Kościół. Zdaję sobie sprawę, że ksiądz jest w bolesnej sytuacji. Męka Pańska, która jest naszym doświadczeniem, może wydawać się bezlitosna i nie do zniesienia. Najwyższe dobro osiągamy jednak wówczas, gdy odpowiadamy na nią szczerze i z ufnością. Niech Cię Bóg błogosławi, Jack.

Geoghan był jednym z wielu. Jednak mimo ogromnej skali swoich czynów nie był tak odrażającym przypadkiem jak inni księża, którym zdarzało się brutalnie gwałcić ofiary, a następnie przepędzać je, gdy chcieli powrócić do posługi duszpasterskiej. Nawet jeśli wierni przystępujący codziennie do komunii i ludzie wypełniający kościelne ławki podczas niedzielnych mszy nie mieli o niczym pojęcia, kościelni przywódcy doskonale wiedzieli o wszystkim. Docierały do nich przepełnione cierpieniem błagania matek i ojców dzieci molestowanych przez księży. Obiecywali rozwiązać problem. Przysięgali, że nie pozwolą, aby to się kiedykolwiek powtórzyło. A potem pozwalali.

Gdy Maryetta Dussourd odkryła, że Geoghan wykorzystywał seksualnie jej synów, z których jeden miał zaledwie cztery lata, nie znalazła pocieszenia wśród przyjaciół z kościoła. Parafianie zaczęli jej unikać. Oskarżali ją o prowokowanie skandalu. Władze kościelne błagały, by zachowała milczenie. Mówili, że to ze względu na dzieci. Ostrzegali, by nie kierowała sprawy do sądu. Mówili, że i tak nikt jej nie uwierzy.

– Wszystko, czego uczyliśmy nasze dzieci o Bogu, o bezpieczeństwie i zaufaniu, zostało zniszczone – stwierdziła Dussourd. W 1997 roku Kościół odniósł się do jej zarzutów i w ramach poufnej ugody wypłacił odszkodowanie, podobnie jak w dziesiątkach innych podobnych przypadków, w których ofiary dostawały pieniądze, a Kościół kupował ich milczenie.

Do wybuchu skandalu w 2002 roku rodzice na widok koloratki odruchowo reagowali zaufaniem i uważali za zaszczyt gościć katolickich kapłanów w swoich domach. Tak właśnie było w przypadku Geoghana. Gdy w gorące dni pojawiał się bez zapowiedzi, by zabrać chłopców na lody, rodzice puchli z dumy i życzyli duchownemu miłej zabawy z pociechami. Gdy pukał do drzwi wieczorem i proponował, że poczyta dzieciom na dobranoc, rodzice byli pewni, że Bóg się do nich uśmiecha.

Kapłańska kariera Johna Geoghana o mały włos skończyłaby się zaraz po tym, gdy się rozpoczęła.

Latem 1954 roku prałat John Murray, rektor seminarium duchownego kardynała O’Connella w Jamaica Plain, uznał postępy Geoghana za niesatysfakcjonujące. Wydział był zaniepokojony seminarzystą. Dziewiętnastoletniego kleryka uznano za stanowczo zbyt niedojrzałego – to cech a nie zawsze oczywista w innych okolicznościach. Co więcej, Geoghana uznano za wykazującego się zniewieściałym zachowaniem i sposobem mówienia.

Opinia Murraya wyrażała niepokój o dalszy rozwój kleryka. Jego postępy w nauce pozostawiają wiele do życzenia. Wprawdzie otrzymał zaliczające oceny z większości przedmiotów, ale mimo to mam poważne obawy o jego rozwój akademicki w przyszłości. Rozważając rekomendację Geoghana do przełożonych w seminarium Świętego Jana w pobliskim Brighton, gdzie miałby kontynuować przygotowania do kapłaństwa, Murray postanowił dać mu jednak szansę. Na jego korzyść przemawiają następujące pozytywne cechy: bogate życie duchowe, zaradność, determinacja, dobre nastawienie, posłuszeństwo, łagodność, zainteresowanie i troska o bliźnich, a także szacunek rówieśników. Może z wiekiem ten młody człowiek rozwinie pozostałe cechy potrzebne do osiągnięcia sukcesu w dążeniu do kapłaństwa.

Może. Ale niespokojny Geoghan wkrótce znów miał potrzebować pomocy z wyższego szczebla, jak jeszcze wiele razy przez następne 30 lat kariery. Tym razem pomoc nadeszła ze strony wuja, prałata Marka Keohane’a.

Geoghan stracił ojca, którego wspominał jako ciepłego i szlachetnego człowieka, w wieku zaledwie pięciu lat. Zapamiętał sam pogrzeb jako wzbogacający duchowo, lecz odejście ojca odcisnęło na nim poważne piętno: jeszcze przez dwa lata moczył łóżko. Matkę opisywał jako świętą kobietę, która zapewniła jemu i jego starszej siostrze dorastanie w normalnym domu wypełnionym modlitwą. Mówił, że miał szczęśliwe dzieciństwo. A brat matki, prałat Mark Keohane, stał się dla chłopca drugim ojcem, wzorem do naśladowania i opiekunem.

– Najlepszy zastępca ojca – powiedział o nim Geoghan.

Keohane ubierał młodego siostrzeńca w komżę i zabierał na barwne pochody w Scituate, gdzie miał swój letni dom. Scituate, pocztówkowe nadmorskie miasteczko 40 kilometrów na południe od Bostonu, znane było jako Irlandzka Riwiera. Było ono ulubionym miejscem bogatych i wpływowych Amerykanów irlandzkiego pochodzenia. Wśród nich znajdował się legendarny dawny burmistrz Bostonu, James Michael Curley.

Keohane wzbudzał podziw. Władczy, staromodny, dominujący, zdaniem niektórych także nieprzyjemny. Ale Geoghan widział tylko jego „wielką pracę i poświęcenie”. I gdy jako młody kleryk znów wpadł w kłopoty w seminarium, to Keohane interweniował w jego sprawie.

Latem 1955 roku Geoghan nie pojawił się na obowiązkowym letnim obozie dla kleryków. Przełożeni wiedzieli, że miał „problemy na tle nerwowym”, ale nie zostały one uznane za dość poważne, by usprawiedliwiały nieobecność. Poza tym zasady były jasne. Niestawienie się na obozie bez powiadomienia przełożonych stawiało pod znakiem zapytania jego przyszłość w seminarium. Jeśli do niedzieli nie dostarczy pan wiarygodnego usprawiedliwienia nieobecności, zostanie ona uznana za decyzję o rezygnacji z nauki w seminarium i poskutkuje skreśleniem z listy studentów – tak brzmiał list wysłany w lipcu 1955 roku przez wielebnego Thomasa Rileya, rektora seminarium Świętego Jana do Geoghana na jego domowy adres w dzielnicy West Roxbury w Bostonie.

Zamiast Geoghana odpowiedział jego wuj. Wysłał do Rileya list na oficjalnym papierze parafii Świętego Bartłomieja w podmiejskim Needham, którą założył i prowadził jako proboszcz od 1952 roku. Keohane przypuścił atak w obronie siostrzeńca: Telefonowałem do Brighton w zeszłym tygodniu w sprawie Johna Geoghana, kleryka, który z przyczyn niezależnych nie jest w stanie uczestniczyć w obozie. Od wyjazdu z Brighton pozostaje on pod opieką lekarską ze względu na poważne problemy na tle nerwowym. Napisał list wyjaśniający przyczyny nieobecności, ale lekarz odradził jego wysyłanie ze względu na bardzo zły stan psychiczny pacjenta. Dlatego piszę ja. Lekarz jest zdania, że za kilka tygodni leki oraz odpoczynek powinny przynieść znaczącą poprawę i że wtedy John Geoghan będzie mógł sam skontaktować się z seminarium.

Dwa dni później z seminaryjnego obozu nadeszła kwaśna odpowiedź Rileya. Przyjął wprawdzie wyjaśnienie Keohana, ale zażądał zaświadczenia lekarskiego z informacją o stanie zdrowia Geoghana. Chyba nie trzeba przypominać, że okoliczności nieobecności Johna na obozie przysparzają poważnych wątpliwości, czy będzie on w stanie dostosować się do zasad panujących w seminarium – napisał. Nie muszę też chyba zwracać uwagi, jak istotne jest, by tego typu sytuacje rozwiązywane były z zachowaniem całkowitego obiektywizmu, ponieważ takie usprawiedliwienia działań jednego studenta łatwo mogą ustanowić precedens zachęcający innych do korzystania z podobnych przywilejów. Dołożymy wszelkich starań, by pomóc Johnowi rozwiązać ten problem, ale jestem zdania, że ze względu na poszanowanie panujących w seminarium zasad sprawa Johna powinna być rozpatrywana tak samo jak w przypadku każdego innego studenta.

Keohane’owi nie spodobał się ton Rileya. Jestem rozczarowany sugestią, jakobym prosił o przysługi lub specjalne traktowanie względem Johna – odpisał. Zarzucił też Rileyowi, że po trzech latach w seminarium Geoghan jest chory, nieszczęśliwy i sprawia wrażenie, jakby ciągle toczył wewnętrzną walkę.

Geoghan na dwa lata opuścił seminarium. Przez ten czas uczęszczał do jezuickiej wyższej szkoły humanistycznej pod wezwaniem Świętego Krzyża w Worcester w stanie Massachusetts. W tym czasie najwyraźniej odzyskał równowagę duchową, bo powrócił do seminarium. W 1962 roku złożył śluby zakonne i przyjął święcenia kapłańskie.

Nie jest jasne, czy cierpienia, jakie przeżywał Geoghan jako kleryk, spowodowane były zaburzeniami na tle seksualnym, depresją czy może niedojrzałością. Podczas sesji terapeutycznych wiele lat później Geoghan mówił, że w domu rodzinnym nie doświadczył przemocy – ani fizycznej, ani seksualnej czy słownej. Uważał się za heteroseksualistę, którego przeraziły własne pierwsze uczucia o seksualnym charakterze, jakich doświadczył w wieku 11 lat. W erotycznych fantazjach skupiał się na dziewczętach. Jako nastolatek chodził na randki w większym towarzystwie. Masturbację uważał za grzech, którego należy się wystrzegać. Jak sam powiedział, mimo że jako nastolatek był zainteresowany dziewczętami, do seminarium wstąpił jako prawiczek. Ojciec Geoghan mówi, że po przyjęciu święceń świadomie tłumił przyjemność płynącą z przebywania w towarzystwie kobiet w obawie, że spowodowałoby to konflikt z pragnieniem utrzymania celibatu – napisał później jeden z jego terapeutów. Miało to jednak tragiczne konsekwencje dla setek dzieci i ich rodzin, jako że zamiast tego Geoghan dawał upust pożądaniu kosztem chłopców, do których jako kapłan miał nieograniczony dostęp.

W rozmowie z psychiatrą Geoghan przyznał, że po raz pierwszy zaczął odczuwać podniecenie w towarzystwie chłopców niedługo po rozpoczęciu pracy w swojej pierwszej parafii pod wezwaniem Najświętszego Sakramentu w Saugus, robotniczej dzielnicy północnego Bostonu. Chłopcy siadali mu na kolanach. Dotykał ich w intymny sposób przez ubranie. Nie podlega dyskusji, że w tamtym czasie Geoghan już dopuszczał się molestowania dzieci. Archidiecezja bostońska wypłacała odszkodowania na podstawie oskarżeń jednoznacznie na to wskazujących. Na przykład według kościelnej dokumentacji w 1995 roku Geoghan przyznał się do wykorzystania czterech chłopców z tej samej rodziny podczas pracy w parafii Najświętszego Sakramentu. Geoghan skupił się na trzech starszych chłopcach – w wieku dziewięciu, 10 i 11 lat – i „tylko czasami” molestował też siedmiolatka. Wyznał, że zawsze bardzo uważał, żeby nawet nie dotknąć żadnej dziewczynki w rodzinie.

– Wzbudzanie mojego podniecenia nigdy nie było intencją tych niewinnych dzieci – oświadczył Geoghan w odpowiedzi na wynik jednego z badań psychiatrycznych. – One były po prostu szczęśliwe, że mają kogoś, kto zastąpił im ojca, który był często nieobecny lub agresywny. […] Łudziłem się, że te intymne sytuacje nie są niczym złym. Z perspektywy czasu uważam, że powinienem był poszukać pomocy i wskazówek, jak pracować z dziećmi z dysfunkcyjnych rodzin.

Nie jest pewne, czy władze kościelne wiedziały o pierwszych atakach Geoghana. Anthony Benzevich, były ksiądz, zeznał, że często widywał Geoghana zmierzającego do swojej sypialni na plebanii w towarzystwie chłopców. Utrzymywał też, że poinformował o tym przełożonych. Ale podczas przesłuchania przed procesem w 2000 roku Benzevich, wtedy reprezentowany przez prawnika wyznaczonego przez Kościół, zeznał, że ma mgliste wspomnienia z tamtego okresu. Nie był pewien, czy Geoghan faktycznie zabierał chłopców do pokoju. Nie przypominał sobie, żeby informował o czymś takim przełożonych. Przepytywany później przez „Boston Globe” przyznał, że Geoghan lubił bawić się z chłopcami w zapasy i przebierać ich w kapłańskie szaty. Powtórzył też złożone pod przysięgą zapewnienie: nie pamiętał, żeby powiadamiał o tym przełożonych.

Nawet jeśli szczegóły pierwszych zaczepek Geoghana były mgliste, to szybko nabrały wyrazistości. Z czasem zaczął nabierać uderzającej wprawy w namierzaniu ofiar, gdy zyskał już trochę doświadczenia jako kapłan i przywykł do życia na plebanii. Uwielbiał ministrantów. Pracował z dziećmi idącymi do pierwszej komunii.

– Wiedzieliśmy, że coś jest nie tak – mówił jeden z kościelnych nauczycieli. – Był kompletnie zafiksowany na niektórych chłopcach.

Interesował się zwłaszcza dziećmi z uboższych rodzin.

– One miały w sobie tyle uczucia, same do mnie lgnęły. Dałem się zwieść tym wyrazom przywiązania – tłumaczył później Geoghan. – Dzieci z zamożniejszych rodzin nigdy się tak wobec mnie nie zachowywały, więc nie czułem się przy nich tak zdezorientowany.

Pewien ksiądz, dawny współpracownik Geoghana, powiedział, że nigdy nie miał szansy się z nim zaprzyjaźnić, bo Geoghan rzadko bywał na plebanii w czasie, gdy pozostali księża wspólnie jedli, czytali lub w inny sposób spędzali razem czas.

– Muszę przyznać, że wydawał się jakiś inny. Nie bardzo wiedziałem, jak się z nim obchodzić. Był inny – uważał ksiądz Thomas Moriarty, który był proboszczem w kościele Świętego Pawła w Hingham w południowej części Bostonu, gdzie Geoghan służył od 1967 do 1974 roku. – Coś z nim było nie tak. […] Coś się nie zgadzało, ale nie potrafiłem stwierdzić co.

Podczas posługi z Moriartym w Hingham Geoghan znalazł czas, by zaprzyjaźnić się z Joanne Mueller, samotnie wychowującą czterech chłopców. Mueller mieszkała w Melrose, niecałe 40 kilometrów dalej. Jej matka znała Geoghana jeszcze z czasów jego posługi w kościele Najświętszego Sakramentu i przedstawiła córkę księdzu.

Wkrótce Geoghan był już stałym gościem w domu Joanne. Zabierał chłopców na lody, jak wiele innych ofiar. Czytał im na dobranoc, pomagał im się kąpać. Mueller chętnie zostawiała go z dziećmi na godzinę albo dwie, a sama wychodziła do miasta coś załatwić.

– Był naszym przyjacielem – powiedziała.

Nie miała żadnych podejrzeń, gdy Geoghan znikał w sypialni synów.

Pewnego wieczoru w 1973 roku Geoghan zadzwonił, zapowiadając, że przyjedzie z wizytą. Reakcja trzeciego syna Mueller, który miał wtedy siedem lub osiem lat, zaskoczyła kobietę. Chłopiec nie chciał, by Geoghan przyjeżdżał. Gdy zaczęła dopytywać, dlaczego nie chce widzieć księdza, którego uważała za drogiego przyjaciela, wzburzenie dziecka zaczęło narastać.

– W końcu się rozpłakał – wspominała Mueller. W kółko powtarzał: „Nie, nie, nie. Nie chcę go widzieć”. Nie przestawał, więc w końcu krzyknęłam: „Czemu? No co? O co chodzi?”, a on odparł: „Nie chcę, żeby dotykał mojego siusiaka”. To brzmi strasznie, ale właśnie tak powiedział.

Mueller była zszokowana.

– Odparłam: „Co? Co ty mówisz? Co to ma znaczyć?”. Nie wierzyłam własnym uszom. Nie rozumiałam, co się dzieje. A on na to: „Nie chcę, żeby to robił z moim siusiakiem”. Nigdy tego nie zapomnę. Zaczęłam sobie uświadamiać, co się dzieje, byłam przerażona i zszokowana. No bo to nie jest normalne, żeby dziecko mówiło coś takiego. Zaczęło do mnie docierać. To straszne. Powiedziałam: „Co?”, a on dosłownie rzucił się na podłogę i zaczął szlochać. Wpadł w histerię.

Wkrótce histeria ogarnęła też resztę rodziny. Pięcioletni syn Mueller dostał ataku płaczu. Kobieta zawołała dwóch starszych chłopców, którzy byli na górze. Kiedy matka zapytała o szczegóły, co robił z nimi Geoghan, z początku odjęło im mowę. Później się rozpłakali. Najstarszy powiedział:

– Ojciec Geoghan powiedział, że nie wolno nam o tym rozmawiać i że nie możemy ci o tym mówić nigdy, bo to tajemnica spowiedzi.

Mueller była w szoku, a Geoghan właśnie w tym momencie jechał do jej domu. Padało, było zimno. Szybko włożyła dzieciom kurtki i poszła z nimi na pobliską plebanię, do kościoła Świętej Marii w Melrose. Tam spotkali się z księdzem Paulem Micelim, proboszczem, który znał zarówno Geoghana, jak i rodzinę Muellerów. Miceli doradził chłopcom, by „spróbowali o tym nie myśleć; zapomnieć o wszystkim”.

– Powiedział: „Źle się stało, ale spróbujcie. Nie myślcie o tym. To już się nigdy nie powtórzy”. Pocieszał mnie. „On już nie będzie dłużej księdzem. To się więcej nie powtórzy”, zapewniał.

Miceli, do niedawna członek rady kardynała Lawa, zaprzeczył słowom Mueller podczas składania zeznań w sądzie. Powiedział, że nie kojarzy jej nazwiska i że nigdy nie odwiedzała go w podobnych okolicznościach. Ale Miceli przyznał, że otrzymał telefon od kobiety, która twierdziła, że Geoghan spędza zbyt wiele czasu z jej dziećmi. Zeznał, że rozmówczyni nie wspomniała nic o nadużyciach seksualnych. Mimo to, jak twierdził, pojechał do nowej parafii Geoghana w Jamaica Plain, by porozmawiać z księdzem o zarzutach twarzą w twarz.

Następnym przystankiem po Hingham była dla Geoghana parafia pod wezwaniem Świętego Andrzeja w Forest Hills, w dzielnicy Jamaica Plain. Tam służył od 1974 do 1980 roku.

W Jamaica Plain mieszkała Maryetta Dussourd wychowująca czworo własnych dzieci – trzech chłopców i dziewczynkę – oraz czterech synów siostrzenicy. Marzyła, by w jej jałowym sąsiedztwie pojawił się ksiądz, który mógłby stać się wzorem dla dzieci. A później poznała Geoghana. Zajmował się ministrantami i był opiekunem drużyny skautów. Chętnie zaoferował swoją pomoc również Maryetcie. Nie minęło wiele czasu, jak zaczął odwiedzać jej dom niemal co wieczór, przez blisko dwa lata. Często zabierał wszystkich siedmiu chłopców na lody i kładł ich do łóżka.

Dussourd bardzo się starała utrzymać dobre relacje z Geoghanem. Pewnego razu ksiądz wspomniał, że w dzieciństwie jego wuj, prałat Keohane, zabrał mu misia. Dussourd kupiła mu niebieskiego misia na 40 urodziny. Prezent sprawił Geoghanowi wielką radość.

W tamtym czasie Geoghan molestował regularnie wszystkich siedmiu chłopców w ich sypialniach. Czasami uprawiał z nimi seks oralny. Bywało też, że dotykał ich genitaliów lub zmuszał do dotykania jego własnych – zdarzało się, że jednocześnie się modlił. Według zawiadomienia z archiwów archidiecezji z 30 grudnia 1994 roku Geoghan przebywał w domu Dussourd nawet podczas trzydniowych rekolekcji, bo tak bardzo brakowało mu dzieci. Ksiądz „dotykał chłopców, gdy spali, i budził, bawiąc się ich penisami”.

Dussourd odkryła, co się dzieje, gdy dzieci w końcu poinformowały o zachowaniu księdza jej siostrę, Margaret Gallant. Gdy Dussourd zapytała jednego z synów, czy faktycznie doszło do nadużyć, chłopiec opowiedział jej, co wydarzyło się, gdy pewnego razu Geoghan zaprosił go na noc do domu swojej matki. Syn Dussourd nigdy wcześniej nie mówił o tej nocy, i nigdy nie chciał poruszać tego tematu.

– Matka Geoghana położyła go [syna Dussourd] w sypialni naprzeciwko pokoju ojca Geoghana – zeznała Dussourd. [Powiedział, że] trzy razy w ciągu tej nocy ojciec Geoghan przychodził do jego sypialni, sprawiając, że chłopiec czuł się bardzo niekomfortowo i chciał wracać do domu. […] Powiedział, że ojciec Geoghan zabrał go następnie do swojej sypialni po drugiej stronie korytarza. […] Posadził go na łóżku i zaczął dotykać. […] Dotykał genitaliów mojego syna. Syn zaczął płakać i poprosił go, żeby przestał. Płakał bardzo głośno. […] Wciąż prosił, żeby ksiądz zabrał go do domu, ale Geoghan tego nie zrobił, a gdy z nim skończył, odprowadził chłopca z powrotem do sypialni. Syn powiedział mi też, że następnego dnia rano, gdy zeszli na śniadanie z matką Geoghana, kobieta zapytała ich obu, dlaczego mały płakał. Powiedziała, że wydawało się jej, że słyszała płacz mojego syna kilka razy w ciągu nocy.

Dussourd zapytała syna, czemu nigdy nie powiedział jej o zachowaniu księdza.

– Odparł, że ojciec Geoghan powiedział mu, że nigdy bym w to nie uwierzyła. Że tak bardzo kocham Kościół, że nie uwierzyłabym własnemu dziecku.

Przerażona Dussaurd zgłosiła sprawę księdzu Johnowi Thomasowi, proboszczowi pobliskiej parafii pod wezwaniem Świętego Tomasza z Akwinu. Thomas zwrócił się do Geoghana z prośbą o wyjaśnienia. Był w szoku, gdy Geoghan z pełną swobodą przyznał, że to prawda.

– Powiedział: „Tak, to wszystko prawda” – potwierdził jeden z urzędników kościelnych, pragnący zachować anonimowość. Ponoć Geoghan mówił tak, jakby zapytano go, „czy woli lody czekoladowe czy waniliowe”.

Thomas natychmiast pojechał do Brighton, gdzie mieściła się kancelaria, główna siedziba archidiecezji, by poinformować o sytuacji biskupa Thomasa Daily’ego, administratora archidiecezji. Tego sobotniego popołudnia 9 lutego 1980 roku Daily zadzwonił w obecności Thomasa do kościoła Świętego Andrzeja i w krótkiej rozmowie z Geoghanem nakazał ostro: „Jedź do domu”. Geoghan zaprotestował, mówiąc, że nie ma nikogo, kto odprawiłby mszę o 16.00. „Sam ją odprawię. Jedź do domu” – odparł Daily.

Geoghan zniknął z parafii.

Kilka tygodni później skruszony Thomas odwiedził Dussourd w jej mieszkaniu. Powiedział, że Geoghan przyznał się do molestowania chłopców, ale usprawiedliwił swoje zachowanie przed proboszczem, tłumacząc, że „to były tylko dwie rodziny”. Kobieta powiedziała, że Thomas przekonywał ją, żeby nie nagłaśniała sprawy. Wyjaśnił jej, że Geoghan spędził wiele lat życia na studiach i przygotowaniach do kapłaństwa, które poszłyby na marne, gdyby oskarżenia zostały upublicznione.

– Czy ma pani świadomość, ile to dla niego znaczy? – zapytał ją Thomas.

Geoghan spędził kolejny rok – od początku 1980 do początku 1981 roku – na zwolnieniu lekarskim, ale mieszkał z matką w dzielnicy West Roxbury. W lutym 1981 roku został wysłany do swojej piątej parafii – pod wezwaniem Świętego Brendana w Dorchester, południowo-wschodniej dzielnicy Bostonu. Niemal natychmiast zaczął pracować z dziećmi przygotowującymi się do pierwszej komunii, zaprzyjaźniać się z ich rodzicami, a nawet zabierać niektórych chłopców do letniego domu w Scituate.

Jak mieli się później dowiedzieć rodzice chłopców, w domu należącym do rodziny Geoghana w malowniczej okolicy nad brzegiem Atlantyku ksiądz dopuszczał się kolejnych seksualnych ataków na dzieci.

Władze kościelne wiedziały o pedofilii Geoghana. Był przerzucany z parafii do parafii, by uniknąć publicznego skandalu. Na plebaniach szeptano o jego skłonnościach. W kościelnych archiwach pojawiały się notatki o jego leczeniu. Ale szczegółowe informacje o księdzu napastniku, dobrze znane niektórym jego współpracownikom i przełożonym, stanowiły sekret dobrze strzeżony przed parafianami, którzy zapraszali go do swoich domów.

W 2001 roku zapytano księdza Williama Francisa, co wiedział o Geoghanie. Duchowny odparł:

– No cóż, kiedy został usunięty ze Świętego Brendana w Dorchester, chodziły słuchy, że dobierał się do dzieci.

Zdawkowa odpowiedź Francisa nie oddawała nastrojów na plebaniach elektryzowanych kolejnymi plotkami. Długa historia leczenia, zaprzeczeń i postępującej recydywy Geoghana zaczęła się już w latach sześćdziesiątych, a może nawet wcześniej. Richard Sipe, psychoterapeuta i były duchowny, poinformował, że Geoghan był poddany leczeniu w związku ze skłonnościami do nadużyć seksualnych w Seton Institute w Baltimore, gdzie Sipe wtedy pracował. Leczenie odbywało się mniej więcej w czasie, gdy Leonard Muzzi junior przyłapał Geoghana w swoim domu w Hinghan przy łóżku syna. Ręce Geoghana były pod kołdrą. Muzzi kazał księdzu opuścić dom i nigdy tam nie wracać. Ale zaledwie kilka dni później Geoghan znów siedział na kanapie w domu Muzziego z trójką jego dzieci.

Podobna bezczelność i pewność siebie pobrzmiewała często w rozmowach Geoghana z terapeutami i lekarzami w kolejnych ośrodkach terapeutycznych. Ksiądz przyznawał się do molestowania dzieci, ale najwyraźniej nie był w stanie pojąć, dlaczego jego napaści miałyby mieć wpływ na jego karierę. Pewnego razu spotkał się z chłopcem w przeddzień jego pierwszej komunii świętej, a potem zabrał go pod prysznic w swoim domu. Tam dotykał miejsc intymnych chłopca, aż doprowadził do go wytrysku. Był też oskarżony też o dotykanie genitaliów małego chłopca na trybunach stadionu Fenway Park podczas oglądania meczu bostońskiej drużyny Red Sox. Miał jednak gotową odpowiedź na lawinę oskarżeń, piętrzącą się coraz bardziej z biegiem lat: to była wina dzieci.

– Gdy służyłem w parafii Świętego Andrzeja, współpracowałem często z dziećmi z trudnych rodzin – powiedział Geoghan. – Pamiętam tych dwóch chłopców i przypominam sobie ich sytuację rodzinną. Obaj cierpieli na poważne zaburzenia i byli leczeni w różnych szpitalach i ośrodkach, obaj też ulegali seksualnie każdemu, kto się do nich zbliżał: lekarzom, nauczycielom, przyjaciołom. Każdemu! Nie sądzę, żeby byli w stanie dokonać rozróżnienia między tym, co normalne, a co nie, między dobrem a złem.

Z biegiem lat to samo można było powiedzieć o przełożonych Geoghana w Kościele. Mężczyzna, który gładko rozpoczął kapłańską karierę dzięki pomocy wpływowego wuja, oczekiwał, że podobna pomoc będzie mu udzielana przy każdej okazji. Nie wahał się podnieść słuchawki lub napisać listu w nadziei na wstawiennictwo na wyższym szczeblu. I rzadko się rozczarowywał.

Ksiądz Francis Delaney, który służył z Geoghanem w jednym z kościołów, odparł zarzuty stawiane Geoghanowi w 1979 roku, podważając wiarygodność osoby oskarżającej. Geoghan, jak twierdził Delaney, był „wybitnym zaangażowanym kapłanem, doskonale wykonującym swoją pracę”, a także „gorliwym, zaangażowanym w modlitwę człowiekiem, w pełni poświęcającym się niesieniu słowa Chrystusa”. To był ten sam Francis Delaney, który w czasie gdy mieszkał z Geoghanem na plebanii, zapytał kiedyś zarządcę budynku o dziecięce głosy dochodzące z piętra.

– Zarządca, nie pamiętam, kto to był, powiedział, że ojciec Geoghan zaprosił do siebie jakieś dzieciaki i pozwolił im skorzystać z prysznica. Rozmawiałem o tym później z Geoghanem, ale uparcie zaprzeczał, a ja nie miałem dowodów – powiedział Delaney.

Biskup Thomas Daily, zapytany, czemu nie zareagował bardziej zdecydowanie, gdy parafianka oskarżyła Geoghana o molestowanie jej synów i siostrzeńców, odparł: „Nie jestem policjantem. Jestem pasterzem”.

Geoghan przetrwał w przyjaznym kościelnym klimacie ignorowania faktów i fikcyjnych zasad przy pomocy przyjaznych lekarzy, których medyczne błogosławieństwo wystarczało przełożonym księdza za dowód, że powiodło się egzorcyzmowanie demonów, które pchały Geoghana ku seksualnym napaściom.

– Czuję się jak na nowo wyświęcony! – oznajmił Geoghan w uniesieniu po tym, jak w lutym 1981 roku lekarze wydali zgodę na jego powrót do obowiązków kapłańskich. – Dzięki Bogu za współczesną medycynę i dobrych lekarzy.

Co zaskakujące, latem 1982 roku, gdy podejrzenia wokół Geoghana znów zaczęły się zagęszczać, a rodziny ofiar żądały odsunięcia go od obowiązków, Kościół postanowił wyróżnić go bardzo atrakcyjnym przywilejem. Wysłano go na stypendium odnowy naukowej do Rzymu. Bracia w wierze zajęli się też stroną finansową.

Z przyjemnością informuję o przyznaniu grantu w wysokości 2000 dolarów na poczet kosztów związanych z podróżą – napisał do Geoghana kardynał Humberto Medeiros w sierpniu 1982 roku. Kwotę tę przekażemy, gdy wpłynie ona do nas dzięki szczodrości zaangażowanych w sprawę księży. Wierzę, że te trzy miesiące pomogą w odnowie umysłu, ciała i duszy i pozwolą księdzu na powrót do pracy z nowymi siłami, wzmocnionymi z Bożą pomocą.

Ale to nie podziałało. Po powrocie z Rzymu Geoghan kontynuował ataki, mimo że słał biskupowi zapewnienia, że jego pociąg seksualny do dzieci zanikł i że od pięciu lat żyje w czystości.

Geoghan z czasem stawał się coraz bardziej arogancki i obojętny, wręcz rozgniewany przy najmniejszej sugestii, że powinien poszukać pomocy z zewnątrz. Jego siostra, starsza o zaledwie półtora roku, była jego łącznikiem ze światem. Nikt nigdy nie był z Johnem Geoghanem bliżej niż Catherine, przedszkolanka, która patrzyła, jak z małego chłopca wyrasta na księdza. Stała u jego boku nawet wówczas, gdy osaczyła go prokuratura, a na jego rękach zatrzasnęły się kajdanki. Zapytana, czy jej brat był zdenerwowany stawianymi mu zarzutami o molestowanie seksualne, odparła:

– Oczywiście, że jest zdenerwowany. Przecież to wszystko fałszywe oskarżenia.

Geoghan powiedział siostrze, że był niezasłużenie namierzany przez „dysfunkcyjne” rodziny, a ona mu wierzyła. W końcu – mówiła – widziała tych ludzi na własne oczy. Latem 1998 roku, po tym, jak przestępstwa Geoghana trafiły na pierwsze strony gazet w regionie, niektóre z jego ofiar pojawiły się w Scituate, na progu letniego domu Geoghanów.

– Przychodzili, siadali na mojej werandzie i czekali – relacjonowała Catherine. – Musiałam zadzwonić na policję, żeby ich przegoniła. Po prostu przychodzili i siadali. […] Policji mówili, że oni tu nie siedzą, tylko czekają na ojca Geoghana. Potem przenieśli się na falochron. Rozstawiali wokół krzesełka, wyciągali butelki z wodą, sok, lornetki, aparaty. Z takimi właśnie ludźmi miałam do czynienia.

Między rokiem 1980 a 1990 Geoghan otrzymał kilka zaświadczeń lekarskich stwierdzających, że nic mu nie dolega, które archidiecezja bostońska wykorzystywała, by umieścić go w dwóch kolejnych parafiach mimo jego historii przemocy i przestępstw seksualnych. W połowie lat dziewięćdziesiątych jednak wokół Geoghana zaczęła krążyć policja i prokuratura, a władze diecezjalne musiały w końcu przyznać, że Geoghan był nieuleczalnym pedofilem, trzykrotnie zdiagnozowanym. Ksiądz Brian Flatley, urzędnik archidiecezji bostońskiej, obwołał go „pedofilem, kłamcą i manipulatorem”.

Geoghan stał się wyrzutem sumienia, który Kościół desperacko próbował ukryć. On sam jednak w tym czasie próbował wykorzystać znajomości, które budował i na których polegał przez ponad 30 lat. Gdy jego proboszcz w Weston ogłosił, że latem 1990 roku planuje przejście na emeryturę, Geoghan natychmiast wysłał do kancelarii list, proponując kardynałowi swoją kandydaturę na zwalniające się stanowisko. Jego kwalifikacje? Służyłem w Weston sześć lat. Znam ludzi, parafię i problemy, z jakimi się zmaga. Jestem przekonany, że będę w stanie stworzyć tu wspaniałe środowisko krzewienia wiary. Nie wspomniał jednak, że do tego czasu już trzy razy usuwano go z różnych parafii w związku z wykorzystywaniem seksualnym dzieci.

Archidiecezja odmówiła. Gdy dwa lata później Geoghan ubiegał się o taki sam awans, posadę otrzymał jego dawny kolega ze Świętego Krzyża i z seminarium duchownego. Kościół starał się, by odrzucenie nie uraziło zbytnio Geoghana. Nie chcielibyśmy, aby decyzja podjęta przez kardynała została zinterpretowana jako negatywnie odnosząca się do księdza osobiście – napisał do Geoghana podwładny kardynała Lawa.

Na początku 1993 roku Kościół wcisnął Geoghana na stanowisko wicedyrektora ds. duchownych seniorów w domu opieki dla emerytowanych księży w centrum Bostonu, aby uniemożliwić mu dostęp do dzieci bez nadzoru. Przełożeni nie byli jednak zadowoleni z jego pracy. Zarzucano mu niedbałość, niezdolność właściwej oceny sytuacji oraz „dziecinne” zachowanie.

Jak można było się spodziewać, niebawem podniósł się alarm – 30 grudnia 1994 roku Geoghana oskarżono o molestowanie chłopców w pobliskim Waltham. „Mamy kryzys”, powiedział Flatley do Edwarda Messnera, psychiatry w Szpitalu Ogólnym Massachusetts. Notatki Messnera z tego dnia ukazują całą powagę sytuacji. Ksiądz przyznał się do wykorzystywania nieletnich w przeszłości i do tego, że w ostatnim czasie znów się go dopuszczał. […] W sprawę zaangażowana jest policja i prokurator okręgowy. […] Oskarżenia są podobne do tych pojawiających się wcześniej.

Sześć godzin później Geoghan siedział na sesji terapeutycznej z Messnerem, rozpoczynając terapię, w trakcie której przyznał się do tego, że „pociągały go czułości i intymne zachowania z chłopcami”, a także „zwrócił uwagę, że jego uchybienia miały miejsce wtedy, kiedy kraj przechodził transformację seksualną”.

Co ciekawe, cierpliwość władz kościelnych wciąż się nie wyczerpywała. Kardynał Law napisał, że z przykrością przyjął wiadomość o nowych oskarżeniach przeciw Geoghanowi, a następnie wysłał go na zwolnienie administracyjne i ograniczył jego obowiązki do prywatnego odprawiania mszy. Geoghan został znów po cichu odesłany do szpitala na badania psychiatryczne.

Tym razem, po dziesięciu dniach w Instytucie Świętego Łukasza, katolickim szpitalu psychiatrycznym w stanie Maryland, diagnoza była dużo mniej optymistyczna niż wcześniejsze. Według oceny klinicznej ojciec Geoghan ma za sobą wieloletni, utrzymujący się problem z pociągiem seksualnym do osób małoletnich płci męskiej – brzmiała diagnoza. Pacjent ma ograniczone postrzeganie i rozumienie problemu. Terapeuci w Świętym Łukaszu zalecili, by Geoghan nie miał możliwości kontaktu z nieletnimi chłopcami bez nadzoru i że powinien wrócić do szpitala na leczenie w ośrodku zamkniętym. Geoghan uważał, że personel szpitala jest do niego nieprzyjaźnie nastawiony, ale podczas pobytu w Świętym Łukaszu przyznał, że dopuszczał się „nieodpowiednich czynności seksualnych z niedojrzałymi płciowo chłopcami na początku lat sześćdziesiątych”. Wyznanie to jasno zaprzeczało jego wcześniejszym sporom z terapeutami, podczas których twierdził, że przed rokiem 1976 nie odczuwał pociągu seksualnego do dzieci.

Na początku 1995 roku, próbując uniknąć nadchodzącej lawiny pozwów, Geoghan i jego siostra zrobili interes. Zaledwie kilka miesięcy przed tym, jak prokuratura rozpoczęła śledztwo i na rok przed wpłynięciem pierwszych pozwów cywilnych, Geoghan sprzedał siostrze swoje prawo własności do połowy dwóch domów, które posiadali wspólnie. Dochody z nieruchomości przeszły na kontrolowany przez Catherine fundusz powierniczy. Dwa duże ceglane domy w stylu kolonialnym w dzielnicy West Roxbury, a także nadmorski dom w Scituate należały kiedyś do matki Geoghanów i ich wuja, prałata Keohane’a.

Obydwie posiadłości, będące w rodzinie od pół wieku i razem mające wartość między 895 tysięcy a 1,3 miliona dolarów, stały się wyłączną własnością Catherine Geoghan. Dzięki temu były zgodnie z prawem poza zasięgiem ludzi, którzy oskarżali jej brata o napaści seksualne.

– Moja matka zawsze mówiła, że nie chciałaby zapisywać nic na mojego brata, ponieważ jest on zbyt hojny i za dobry dla ludzi, więc prędko zostałby bez grosza – wyjaśniła Catherine. – Jeszcze trochę i stracilibyśmy dach nad głową, bo dla niego najważniejsze jest pomagać innym. Uważała, że lepiej byłoby zapisać wszystko na mnie.

Teraz, gdy kłopoty Geoghana z prawem narastały, życzenie jego matki się spełniło. Catherine zapłaciła bratu za każdy dom jednego dolara.

Coraz bardziej odizolowany i zdesperowany Geoghan stawał się coraz bardziej rozgoryczony i drażliwy. Miał problemy z zasypianiem, a gdy sen w końcu nadchodził, był niespokojny. Przybrał na wadze. W pewnym sensie uważał się „już za martwego”, ale zapewnił terapeutę, że mimo strachu i niepokoju nie miał myśli samobójczych.

Rzucono na mnie fałszywe oskarżenia. Czuję się odcięty od kapłaństwa i od wspólnoty z moimi braćmi w Kościele – napisał do prałata Williama Murphy’ego po tym, gdy Murphy poprosił go o rezygnację ze stanowiska wicedyrektora domu opieki pod koniec 1995 roku. Geoghan odrzucił prośbę Murphy’ego, uważając dymisję za równą przyznaniu się do winy, czego nie zamierzał robić. Gdzie sprawiedliwość i gdzie uczciwy proces? – pytał.

Geoghan, wciąż opłakujący śmierć w 1994 roku swojej „świętej” matki, wyraził gniew na Boga za upokorzenia, w jakich dożywała swoich dni: była fizycznie bezradna, nie trzymała moczu. Spróbował podnieść się na duchu wycieczką do Irlandii z wujem, prałatem Keohane’em, który miał wtedy już 93 lata. Z podróży przywiózł prezenty dla terapeuty.

– Podarował mi opakowanie trzech buteleczek likieru Baileys – wspomina Messner. – Dzięki tej podróży był w bardzo dobrym nastroju mimo zagęszczającej się wokół niego atmosfery.

– Wiele rzeczy sprawia mi radość: rodzina, przyjaciele, dobre jedzenie, ciekawa rozmowa, ale łatwo się męczę – wyznał Geoghan. Zaczął znów grać w golfa. Pomagał siostrze porządkować strych, zbierał do ogrodu rośliny na łąkach niedaleko domu w Scituate. Gdy odwiedzali go przyjaciele z Irlandii, służył za przewodnika i pokazywał im pola żurawiny w Plymouth i posiadłość Hyannis Port na półwyspie Cape Cod, wciąż należącą do rodziny Kennedych. W ciągu dnia starał się skupiać na pielęgnacji ogrodu, gotowaniu czy sprzątaniu swojego pokoju w Regina Cleri, domu opieki dla starszych kapłanów. Dołączył tam nawet do wuja w celebrowaniu mszy świętej. I, jak wyznał psychiatrze, wciąż czuł pociąg seksualny do chłopców.

W końcu kardynał Law miał dosyć. W styczniu 1996 roku odwołał Geoghana z pracy w Regina Cleri, a kilka tygodni później wysłał księdza na leczenie w zamkniętej placówce. Napisał: Wiem, że to dla Ciebie trudne chwile. Geoghan zaprotestował. Kościół oczekiwał, że ksiądz będzie uczęszczał na spotkania anonimowych seksoholików, lecz on odmówił. Uparcie twierdził, że nie czuje pokusy. Kościoła to nie przekonało. Nie widzę, aby ojciec Geoghan podejmował kroki, które dla osób uzależnionych są oczywiste i konieczne w trakcie leczenia – napisał Flatley, który zajmował się w archidiecezji sprawą Geoghana. Nie dołączył do grupy wsparcia. Nie bierze udziału w warsztatach 12 kroków. Nie uczęszcza regularnie na terapię.

W rzeczy samej Geoghan opierał się ze wszystkich sił. Leczenie w ośrodku zamkniętym uważał za niezasłużoną karę.

– Jestem nieszczęśliwy, zmęczony i złamany, jakbym oczekiwał na karę śmierci – powiedział. – Czuję się potępiony.

Drobiazgowo studiował prawo kościelne, by dowiedzieć się, jakie prawa mu przysługują, i przekonał się, że cała moc leży w rękach biskupów. Był na ich łasce. Zastanawiał się nad ucieczką do domu rodzinnego, gdzie mógłby mieszkać z siostrą. Ale w lipcu 1996 roku kobieta z Waltham w stanie Massachusetts złożyła przeciw niemu pozew, oskarżając go o molestowanie seksualne jej trzech synów po tym, gdy poprosiła go o opiekę nad chłopcami i służenie im za wzór, którego potrzebowali, gdy ich własny ojciec opuścił rodzinę.

To był pierwszy raz po dekadach nadużyć seksualnych, gdy pedofilskie skłonności Geoghana znów ujrzały światło dzienne. W efekcie upublicznienia sprawy Geoghanowi dostarczono do rąk własnych list od Lawa z ultimatum. Geoghan mógł wybrać leczenie w ośrodku zamkniętym w stanie Maryland albo w Instytucie Southdown w Kanadzie, innego wyjścia nie miał. Geoghan znów się opierał, ale jego wuj, prałat Keohane, przekonał go, że kapłaństwo warte jest każdej ceny. Geoghan zgodził się zapłacić za nie wyjazdem do kanadyjskiego ośrodka. W dniu przyjazdu twierdził, że czuje się dobrze.