Spotkanie - Władysław Reymont - ebook

Spotkanie ebook

Władysław Reymont

3,0
6,49 zł

lub
Opis

Spotkanie„ to opowiadanie Władysława Reymonta, pisarza, prozaika i nowelisty, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie literatury.

“ Na środku pokoju, grupa młodych mężczyzn, obywatelskich latorośli, rozmawiała coś żywo, a zajmująco, bo co chwila wybuchali dyskretnym śmiechem, zatykając sobie usta.

— Buzie w ciup, chłopaczki, bo dziekan spogląda na nas, może przyjdzie — szepnął z nich jeden.

Dziekan, niski, gruby ksiądz przystąpił do nich. Witali go z szacunkiem.

— Na co czekamy, księże dziekanie?

— Na siostrę nieboszczki.

— Straszny wypadek... Taka młoda kobieta i zdrowa zupełnie.

— Zupełnie. Przez omyłkę wypiła kwasu saletrzanego, zamiast lekarstwa od kaszlu.

— Zażyła lekarstwa od życia — szepnął na uboczu stojący, wysoki, blady brunet.”

Fragment


Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 35

Oceny
3,0 (1 ocena)
0
0
1
0
0



Wydawnictwo Avia Artis

2021

ISBN: 978-83-8226-306-0
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

SPOTKANIE

Tkała jesień zimę, tkała. Mgły rzadkie, zimne, rozsnuwały się tuż nad ziemią, niby zgrzebne, niebielone przędziwo, którego wątek stanowił drobny, ukośnie siekący deszczyk. Podorane pola szkliły się, przepojone wodą, i leżały ciche, czarniawe, jakby w ciężkiem odpocznieniu po pracy lata. Pustka, otamowana ogromną cichością przestrzeni, zdawała się dyszeć z rozłogów, iść ścierniskami wytartemi, tłuc się pomiędzy krzakami tarniny, obrastającej kamionki po miedzach, i rozwłóczyć po całym świecie nudę i smutek.  Nie było barw na świecie, okręconym szaremi zwojami mgieł, nie było woni, nie było dźwięków innych, nad ciężki pomruk lasów i przelatujących wron krakanie: była tylko szara, przejmująca posępnością jesień, pełna spokoju śmierci i rozkładu, coś jak hekatomba całej przyrody. Liście gniły pod drzewami, jak ostatnie łachmany lata zmarłego; kałuże po drogach, po brózdach, niby żałośnie wylane łzy, siwiły się wodą mętną, zropiałą w rozkładzie.  Dwór, opleciony po szczyty czarnemi, uschłemi pędami wina, niby ramionami trupa, stał hardo i zdawał się drżeć od gwarów życia, jakie w nim rozbrzmiewało.  Na wyżwirowanym podjeździe stało mnóstwo bryczek i powozów. Konie ubłocone, smutne, z pospuszczanemi łbami, cierpliwie wystawiały grzbiety na deszcz; ludzie także mokli w milczeniu. Jakaś ociężałość smutna i przygnębienie rozpościerały się nad wszystkiem. Ludzie chodzili na palcach, rozmawiali półgłosem i mieli w twarzach coś strwożonego. Na ganek dworu co chwila ktoś wychodził i przepatrywał drogę, biegnącą wskroś otaczającego dom parku, i nie ujrzawszy nic w omglonej przestrzeni, wracał. W ogromnym, obstawionym szafami pokoju, było gwarno. Kilkadziesiąt osób, porozdzielanych na grupy, snuło się i rozprawiało. Kilku młodych księży rozmawiało pod oknem w jakiemś surowem skupieniu.  Na środku pokoju, grupa młodych mężczyzn, obywatelskich latorośli, rozmawiała coś żywo, a zajmująco, bo co chwila wybuchali dyskretnym śmiechem, zatykając sobie usta.  — Buzie w ciup, chłopaczki, bo dziekan spogląda na nas, może przyjdzie — szepnął z nich jeden.  Dziekan, niski, gruby ksiądz przystąpił do nich. Witali go z szacunkiem.  — Na co czekamy, księże dziekanie?  — Na siostrę nieboszczki.  — Straszny wypadek... Taka młoda kobieta i zdrowa zupełnie.  — Zupełnie. Przez omyłkę wypiła kwasu saletrzanego, zamiast lekarstwa od kaszlu.  — Zażyła lekarstwa od życia — szepnął na uboczu stojący, wysoki, blady brunet.  — Czekamy także na pana Antoniego. Pan Kuroński co chwila się spodziewa jego przyjazdu. Dwa razy telegrafował — ciągnął dalej ksiądz dobrodusznie.  — I ten będzie? ależ to skandaliczne! Przecież cały świat wie...  Dziekan spojrzał na mówiącego karcąco, zżymnął ramionami i odszedł.  — Słyszeliście! ten mąż ciemięga zaprasza kochanka...  — Mów ciszej, baby usłyszą i plotka gotowa — szepnął zimno brunet.  — Przedewszystkiem nie żadna plotka. Wszyscy wiedzą przecież, że był kochankiem nieboszczki.  — Sam ten wypadek jest mi coś nienaturalnym, wygląda na coś ukartowanego.  — Co do tego, to już nie uwierzę.  — Wszyscy przynajmniej tak komentują.  — A ty, jak baran, potrzebujesz za wszystkimi powtarzać głupi wymysł!  — Mniejsza o to, ale Antek nie powinien przyjeżdżać.  — Dlaczego? Jeżeli ją kochał naprawdę, to powinien tu być.  — Ale to będzie niegodziwością, jeśli się zjawić tutaj zechce...  — Daj spokój, Józiu; zły jesteś, że się tobie nie udało... Wiemy przecież...  — Wiecie to, co chciałem, abyście wiedzieli, co wypadało...  — No, daj spokój, nie kończ, bo to jeszcze gorsze, czego chcesz, żebyśmy się domyślili.  — Ja wam powiem otwarcie: jesteście obłudni i niesprawiedliwi. Skądże możemy mieć prawo sądzić drugich? czy jesteśmy bez win? Potępiacie tak pro honore domus, bo w gruncie jest wam wszystko jedno.  — Ty gotów jesteś to cudzołóstwo robić zasługą, a nas niepoczytalnymi moralnie.  — Ani zbrodnią, ani zasługą. W faktach są tylko prawa fizyczne.  — Moralność — to wyrozuraowanie, a nie jakieś prawo natury niezłomne, a ja jestem objektywnym spostrzegaczem. Stało się coś, więc się musiało stać.  — Za grubą barbarją jesteśmy, abyśmy cię pojąć mogli, ale jeszcze tak po swojemu pojmujemy co złe, a co dobre. Nie jesteśmy tak znikczemniali, aby nie widzieć łajdactwa w zbałamuceniu żony przyjaciela. Zamgliła ci mózg filozofja.  — Być może. A czemu wy takie same łajdactwa popełniacie ciągle, boć przecież to samo robicie, uwodząc wiejskie dziewczyny dziesiątkami?  — Zupełnie co innego — szepnął któryś.  — To zupełnie co innego — znaczy, że nie jest łajdactwem hańbić sługi, wyrobnice, spychać je w błoto, a jest łajdactwem uwieść kobietę naszej sfery — co? Jakiegoż to gatunku etyka?  — Ależ to jest to, a jednak grubo nie to — szepnął któryś z obrońców dobrych obyczajów.  Reszta słuchała zmieszana.  — To jeszcze gorsze, tysiąc razy gorsze łajdactwo.  — Dajmy