Spotkanie w ogrodzie - Natalie Anderson - ebook + książka

Spotkanie w ogrodzie ebook

Anderson Natalie

5,0

Opis

Rosanna Gold idzie na przyjęcie biznesowe, w którym nie ma ochoty uczestniczyć. Robi to wyłącznie dla rodziców, którzy uważają, że podtrzymywanie kontaktów służbowych jest najważniejsze. Po kilku zdawkowych rozmowach udaje jej się wymknąć do ogrodu. Spotyka tu niezwykle przystojnego mężczyznę, dla którego tego wieczoru traci głowę. Gdy dwa miesiące później Rosanna idzie z matką do biura Lea Castle’a, głównego pracodawcy jej rodziców, rozpoznaje w nim swojego kochanka z pamiętnej nocy…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 146

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Sortuj według:
kamilabudnik78

Nie oderwiesz się od lektury

okej
00

Popularność




Natalie Anderson

Spotkanie w ogrodzie

Tłumaczenie: Małgorzata Dobrogojska

HarperCollins Polska sp. z o.o. Warszawa 2022

Tytuł oryginału: Nine Months to Claim Her

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2021

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2021 by Natalie Anderson

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2022

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-8421-9

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Rose Gold?

Rosanna Gold uśmiechnęła się blado. Rodzice nadali jej to imię w nadziei, że kiedyś przejmie rodzinny biznes od swojego ojca, Reda. Tymczasem wcale nie miała takiego zamiaru. Kiedy ją komuś przedstawiano, niezmiennie kończyło się na żartach, bo barwa jej włosów prędzej kojarzyła się z marchewką niż z różą. W końcu miała dość. Wyprowadziła się od rodziców i została Rosanną. Ile razy wróciła do domu, znów była Rose i tradycyjnie starała się zasłużyć na akceptację.

Uroczystość otwarcia kompleksu luksusowych apartamentów w Sydney okazała się tak nudna i męcząca, jak się spodziewała. Przez dziesięć lat nic się w tej kwestii nie zmieniło.

– Mae, miło cię widzieć. – Rosanna miała nadzieję, że jej nieunikniony rumieniec szybko zniknie.

Urodzona i wychowana wśród śmietanki towarzyskiej Sydney Mae Wilson była w szkole rok niżej niż Rosanna, za to zdecydowanie przodowała w kwestiach stylu. Nic dziwnego, że należała do ekskluzywnego grona majętnych mieszkańców Kingston Towers. Tylko najbogatsi mogli sobie pozwolić na ultra stylowy, śródmiejski apartament ze wszystkimi możliwymi udogodnieniami.

– Co cię tu dziś sprowadza? – spytała Mae.

Zaskoczenie w jej głosie i to, że w ogóle zapytała, przypomniało Rosannie, że nie należy do towarzystwa z Kingston Towers. Prawdopodobnie nigdy nie postawiłaby stopy w tym miejscu, gdyby nie konieczność.

Tego ranka obudził ją telefon z informacją, że jej rodzice mieli wypadek samochodowy i jest pilnie potrzebna w Sydney. Pojechała tam wściekła i spanikowana tylko po, by odkryć, że ojciec miał wprawdzie nogę w gipsie, ale za kilka tygodni będzie zupełnie zdrowy, a matka dorobiła się zaledwie kilku siniaków. Nie chodziło więc o nich, ale o to party, w którym niezwykle istotny był udział członka rodziny Gold. W tej sytuacji tylko ona jedna mogła tam pojechać.

Początkową ulgę, że nic im się nie stało, szybko zastąpiła frustracja. Nie powinna być zaskoczona. Dla jej rodziców rodzinny biznes zawsze stał na pierwszym miejscu, przed wszystkim i wszystkimi, łącznie z dobrym samopoczuciem zarówno ich samych, jak i ich dziecka. Próbowała przekonać matkę, że jedno party nie ma znaczenia, najwidoczniej jednak miało.

– Moi rodzice aranżowali część salonów. – Rosanna nie przestawała się uśmiechać.

Przez minione dwadzieścia lat firma jej rodziców zajmowała się wystrojem wnętrz nieruchomości należących do Castle Holdings. Jednak kiedy przed rokiem zmarł Hugh Castle, sprawy uległy zmianie. Podczas gdy wszyscy przypuszczali, że ster w firmie obejmie jego prawowity choć krnąbrny syn Ash, okazało, że dyrektorem naczelnym został drugi, nieprawy syn Hugh, Leo. To był szok, tym większy, że Hugh do końca odmawiał uznania Lea. Matka Rosanny nazwała Lea tego ranka „maniakiem kontroli” i pracoholikiem. Miał już jedną firmę, a teraz wprowadzał rządy żelaznej ręki w Castle Holdings. Okazał się wyjątkowo zdeterminowany i nieustępliwy, co z punktu widzenia jej rodziców było wysoce niekorzystne, ogłosił bowiem przetarg na kontrakt i zaprosił do niego ich konkurentów. I tak Gold Style przestała otrzymywać zlecenia automatycznie.

– Ach, Gold Style – rzuciła Mae lekceważąco. – Zapomniałam, że jesteś z nimi związana.

No tak. Była ich córką. Jedynym dzieckiem, a zarazem największym rozczarowaniem.

– Włóż tę granatową sukienkę z podwyższonym stanem – poinstruowała ją tego ranka matka. – Jest bardziej twarzowa.

Tak jakby koniecznie musiała się upiększać, skrywać blade, piegowate ciało i skrzywioną sylwetkę pod atrakcyjną sukienką. W tym środowisku atrakcyjność służyła budowaniu powodzenia w biznesie, a niedoskonałości były zakazane. Zwłaszcza nakrapiana skóra i kręgosłup tak wykrzywiony skoliozą, że nawet operacja nie zdołała go wyprostować, przynajmniej nie na tyle, by zadowolić jej rodziców. Ale choć Rosanna posłusznie poszła na przyjęcie, ubrała się inaczej. W mieszkaniu rodziców miała tylko kilka rzeczy, z których wybrała czarną jedwabną bluzkę i spódnicę. Matka wolała, żeby nie nosiła spódnic, bo obrąbek podkreślał skrzywienie w talii, ale ta była długa i lekkie przechylenie na jedną stronę było prawie niewidoczne. Nie był to jednak strój godny towarzystwa z Kingston Towers, więc znów zawiodła rodziców. Chciałaby może w końcu ich zadowolić, ale nigdy takich imprez nie lubiła, bo onieśmielały ją i wywoływały skrępowanie. Jednak tego ranka matka sprawiała wrażenie przygnębionej bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Choć Rosanna zdawała sobie sprawę, że firma jest dla nich wszystkim, zastanawiała się, czy wypadek nie wstrząsnął matką bardziej, niż chciała przyznać. Kilkakrotnie prosiła ją o udział w imprezie – nowy dyrektor naczelny koniecznie powinien poznać kogoś z rodziny Gold.

Na razie jednak była tu od dwóch godzin, a jeszcze nie spotkała Lea Castle. Przypisywała winę sobie, bo nawet nie wiedziała, jak on wygląda. Nie interesowała się śmietanką towarzyską Sydney, nie udzielała w mediach społecznościowych. Zauważyła tylko brata przyrodniego Lea, zbuntowanego Asha Castle, który kategorycznie odmówił wszelkich związków z firmą zmarłego ojca. Już samo to, że się tu pojawił, stanowiło niemałe zaskoczenie, bo od lat unikał kontaktów z Hugh. Być może miał lepsze relacje z przyrodnim bratem niż wcześniej z ojcem. Nawet jeżeli, to Rosanna wolała nie prosić go o przedstawienie jej Leowi, bo z Ashem Castle wiązało się jej największe upokorzenie z okresu studiów. Dlatego do dziś unikała korzystania z mediów społecznościowych. Najgorsza była w tym wszystkim reakcja rodziców. Przypisali całą winę jej i wciąż czuła ten ciężar na barkach. Była tu dziś tylko dlatego, że nadal próbowała sprostać roli córki.

Ponieważ jednak Ash zachowywał się nadzwyczaj spokojnie i uprzejmie, pomyślała, że może krótka rozmowa z nim spełniłaby oczekiwania rodziców. W końcu należał do rodziny Castle.

– Słyszałam, że wykładasz – powiedziała Mae, przywołując ją do rzeczywistości. – Zawsze miałaś tęgą głowę.

Rosanna była zła na rodziców za ten nadęty opis jej pracy. Kiedy rzeczywistość nie spełniała ich wygórowanych oczekiwań, ubarwiali ją aż do przesady. Faktycznie była technikiem w laboratorium na wydziale biologii uniwersytetu East River, kilka godzin na północ od Sydney. A tęga głowa? Po prostu ciężko pracowała, by zasłużyć na oceny, z których rodzice mogli być dumni. Nic innego dzięki temu nie zyskała. Mae, podobnie zresztą jak inni, zwracała się do niej tylko wtedy, kiedy chciała pożyczyć notatki z wykładów.

– Nie jestem wykładowcą – odparła. – Po prostu czasem prowadzę zajęcia.

To też było naciągane. Opiekowała się studentami pierwszego roku, bo, zdaniem jej przełożonego, „potrafiła sprawnie wyjaśnić naukową metodykę”. Jednak praca stała się monotonna i frustrująca. I znów nie spełniała oczekiwań, bo gdyby w pełni wykorzystała swój potencjał, powinna być co najmniej pełnoetatowym wykładowcą.

Rozmowa z Mae podziałała na nią przygnębiająco.

– Przepraszam cię, ale muszę się zobaczyć z… – Desperacko rozglądała się po pokoju, usiłując wypatrzeć kogoś znajomego. – Harrym.

Wymówka zadziałała i Rosanna odeszła od gości, niepewna, czy może się już ulotnić, czy też powinna „reprezentować rodzinę” trochę dłużej. Misja była od początku skazana na przegraną. Jej otrzaskani towarzysko rodzice byliby rozczarowani jej rezerwą i niezadowalającą prezencją. Podobnie jak decyzją wyjazdu z Sydney i rezygnacją z prowadzenia rodzinnej firmy oraz niemożnością znalezienia sobie partnera z towarzystwa.

Właściwie nigdy nie spełniała niczyich marzeń. Nawet swoich własnych. Zajęta staraniami o akceptację rodziców, nie miała czasu marzyć. Teraz nie umiałaby nawet sprecyzować swoich pragnień.

Ale Kingston Towers? Cały kompleks był jak ze snu. Party odbywało się na przedostatnim piętrze wschodniej wieży z imponującym widokiem na miasto i wieżę sąsiednią, trochę niższą. Obeszła dwa otwarte już do zwiedzania apartamenty, a w perspektywie widziała penthouse zachodniej wieży i chyba na tarasie był ogród. To ją zaciekawiło. Uwielbiała ogrody. Zakładając, że nie będzie już nigdy miała takiej okazji, wsiadła do windy i pojechała na górę.

Chwilę później była na miejscu, wysiadała więc, delektując się ciszą, stanowiącą przyjemny kontrast z muzyką i przekrzykującymi ją ludźmi poniżej. Najwyraźniej inni goście jeszcze nie zauważyli, że mogą zwiedzić także i ten apartament. Rosanna była zadowolona, że robi to samotnie. Cisza i spokój choć przez chwilę.

Szklane drzwi na taras były gościnnie otwarte. Odetchnęła głęboko ciepłym, wiosennym powietrzem. Tak jak przypuszczała, ogród zachwycał soczystą zielenią. Rozpięte na treliażach pnącza tworzyły miłe zakątki i od razu poczuła się lepiej. Wśród zieleni można było zapomnieć, że jest się w wielkim mieście. I choć widok z tarasu też był niezwykły, to właśnie ogród najbardziej ją oczarował.

W międzyczasie niebo zdążyło pociemnieć, a wśród roślinności zapłonęły małe lampki, dzięki czemu miejsce stało się jeszcze bardziej przytulne. W dodatku w głębi odkryła mały basen otoczony kwitnącymi roślinami. Miejsce wyglądało magicznie. Rosanna powoli nabierała przekonania, że odkryła raj.

Leo Castle, rozciągnięty w fotelu w swoim gabinecie, w milczeniu obserwował obcą kobietę spacerującą po jego prywatnym tarasie. Nie powinno jej tu być. Jego zresztą też nie. Powinien być na dole i rozmawiać z nowymi właścicielami apartamentów, ale szczerze nienawidził udzielać się towarzysko. Głównie dlatego, że przerywało mu to robienie interesów. Telefon w kieszeni wibrował nieprzerwanie kolejnymi powiadomieniami, więc w końcu wymknął się tutaj. Najbardziej lubił zawieranie umów, kupno i sprzedaż. Działał szybko, dokładnie i bezwzględnie, więc w krytycznym momencie nie chciał niczego przeoczyć. Ta umowa została już sfinalizowana, mógłby więc zejść na dół i świętować sukces. Teoretycznie powinien się czuć najszczęśliwszym z ludzi, bo miał już wszystko, czego kiedykolwiek pragnął.

Walczył o to przez prawie trzydzieści lat, praktycznie całe życie. O uznanie, sprawiedliwość, wszystko to, czego mu dotąd odmawiano. Nazwisko, honor, szacunek, reputacja, majątek… w końcu miał nad tym wszystkim kontrolę. A na niczym mu bardziej nie zależało.

Kingston Towers, jego pierwszy projekt jako dyrektora naczelnego Castle Holdings, okazał się spektakularnym sukcesem. Hugh Castle, który zbudował firmę od podstaw, zmarł przed rokiem. Leo przejął firmę po człowieku, który nie tylko nie chciał go uznać jako syna, ale zrobił wszystko, by odebrać mu jego prawa. Leo nie zamierzał na to dłużej pozwalać. Porozumiał się z bratem przyrodnim, Ashem, „prawowitym” dziedzicem. Ash nie chciał mieć nic wspólnego z biznesem ojca, najchętniej by widział jego upadek. Ale Leo był zdecydowany sprawić, by firma stała się tym, czym być powinna, i Ash zgodził się, by to on przejął dowodzenie. Przez rok zdołał zapanować nad kumoterstwem, przywilejami, oszukańczymi umowami, zwalczał niechęć starej gwardii, chcącej utrzymać niezasłużone przywileje, udowadniał swoją, tak długo kwestionowaną wartość. I osiągnął, co sobie zamierzył. Jednocześnie z sukcesem budował własną firmę tylko po to, by sobie udowodnić, że da radę. Pracował jak szalony, by to osiągnąć. Po latach stresu, znoju i poświęceń w końcu się udało. Ale teraz, kiedy już był na szczycie, nie czuł satysfakcji. Właściwie nie czuł niczego.

W głębi duszy jak zawsze tlił się żal, że jego matka nie może tego zobaczyć. Nigdy się nie dowie, że przywrócił jej honor, nie zazna spokoju, pewności jutra, satysfakcji. On też nie. Bo to z jego winy nie mogła się tym wszystkim cieszyć. Ta świadomość wciąż go dręczyła jak niegojąca się rana.

Był zmęczony i nie miał ochoty wracać do swoich obowiązków na dole. Zresztą to chyba nie będzie konieczne, skoro był tam Ash. To on znalazł Lea, kiedy obaj byli zbuntowanymi nastolatkami, pozwolił mu udowodnić pokrewieństwo i od tamtej pory był jego sojusznikiem.

Leo zawsze będzie mu wdzięczny. Łączyło ich coś więcej niż tylko nienawiść do wspólnego ojca, mianowicie wzajemny szacunek i lojalność. Ash poparł przywództwo Lea w firmie, a Leo w rewanżu zrobił wszystko, by wesprzeć niezależną firmę Asha. Był to jedyny związek w życiu Lea, który się sprawdził, a Ash – jego jedyną rodziną. W tej chwili brat był na dole i zajmował się wszystkim, a Leo mógł zostać tutaj i spokojnie obserwować piękną i tajemniczą kobietę na tarasie.

Jakiś czas temu słyszał windę, ale to zignorował. Teraz jednak tak ustawił jej przywoływanie, że mógł to zrobić tylko osobiście. Żadnych więcej intruzów, tylko kobieta, która już krążyła wśród jego roślin.

Nie wyglądała na gościa przyjęcia. Ubrana w czarną bluzkę i spódnicę musiała należeć do obsługi. Może była kelnerką? Rozumiał, że zatęskniła za chwilą spokoju, bo sam takiej potrzebował. Obserwował ją coraz bardziej zafascynowany.

Była smukła, a jej włosy miały odcień bardziej pomarańczowy niż kasztanowy, jak ognisko nocą. Pomimo odległości i zmroku widział, że skórę ma bladą. Poruszona widokiem oddychała głęboko, a potem znów zwróciła wzrok na ogród. Dotykała roślin delikatnie i z uczuciem, co bardzo mu się podobało. Nagle zapragnął, by spojrzała wyżej i zbadała go tak samo skupionym wzrokiem, jakby nie interesowało jej nic innego na tym świecie.

Delikatnie objęła jeden z kwiatów, ale go nie zerwała. Widać było, że kocha rośliny. Teraz odwróciła się do innej, zsunęła palce na liście, a potem łodyżkę i zerwała.

Leo zastygł w niedowierzaniu, ale po chwili ogarnęło go rozbawienie.

Zabrała kawałek łodygi jego zdaniem nieciekawej rośliny. Skoro jednak ją przyłapał…

– A pani…?

Rosanna podskoczyła, odwróciła się i wyjaśnienia zamarły jej na wargach. Mężczyzna, który się do niej odezwał, był mocnej budowy i miał naprawdę niezwykłe oczy. Bardzo niebieskie, właściwie szafirowe. Zbliżał się wolno, więc dostrzegła więcej szczegółów. Poruszał się z leniwym, kocim wdziękiem, a ciemny garnitur podkreślał wzrost i muskulaturę. Krótko przycięte włosy, rzeźbione rysy i poważna mina wskazywały na wewnętrzną dyscyplinę. Może był z ochrony? Kiedy się zbliżył wyczytała z ciemnobłękitnych oczu inteligencję, czujność i odrobinę potępienia.

– Wie pani, że nie powinna tu być? – zauważył, kiedy nie odpowiedziała na pierwsze pytanie.

– A pan? – odbiła.

– Ja powinienem – odparł stanowczo.

– Jest pan z ochrony?

Nie mogła złapać tchu, jakby cały tlen został nagle wyssany z otoczenia.

Spojrzał na nią, mrużąc oczy.

– A pani jest z obsługi?

Obsługa? Dopiero po chwili ją olśniło. Ten ochroniarz wziął ją za kelnerkę i nie miał pojęcia, kim była naprawdę. A więc nie zdziała tu zbyt wiele, choć jej rodzice tak bardzo na to liczyli.

– Tylko na chwilę uciekłam od obowiązków – wyjaśniła z rezerwą, zresztą była w tym część prawdy. – Czy ktoś jeszcze…? – Omal się nie zdradziła. – To znaczy, czy goście tu przychodzą? – poprawiła się pospiesznie.

Ruch jego głowy był niemal niedostrzegalny.

– Nikogo nie powinno tu być.

Nikogo? Dopiero teraz dotarło do niej, że to miejsce chyba nie było otwarte do zwiedzania.

– Dlaczego? – spytała z zakłopotaniem. – To najładniejszy fragment całego budynku.

Zawahał się na moment.

– Część wnętrz nie jest jeszcze wykończona, więc nie udostępniono ich dziś do zwiedzania.

– Dostałam się tu bez problemu.

– Błąd. – Jego spojrzenie było tak bezlitosne, że nie mogła się powstrzymać przed delikatnym przytykiem.

– Niedostateczna ochrona? – bąknęła niewinnie.

– Najwyraźniej – potwierdził z powagą. – Ale zablokowałem windę, więc nikt więcej się tu nie dostanie.

– A jak zjechać na dół?

Wargi drgnęły niemal niezauważalnie. Czyżby to był ślad rozbawienia?

– Martwi cię, że zostałaś tu uwięziona? – zapytał trochę kpiąco.

– Ani trochę – skłamała instynktownie.

– Nie boisz się stracić pracy?

– Nikt niczego nie zauważy. – To też nie było całkowitym kłamstwem.

– Nie wierzę – odparł. – Na pewno mnóstwo osób zauważy twoją nieobecność.

Bardzo się mylił, ale nie miała ochoty niczego prostować. Jak nigdy podobał jej się ten delikatny flirt, budzący dreszcz podniecenia. Żadne z nich się nie poruszyło, ale najwyraźniej „coś” unosiło się w powietrzu.

– Nie powinieneś czasem zrobić obchodu? – spytała w końcu.

– Jest nas tu wielu, więc mogę cię spokojnie popilnować.

– Nie zamierzam niczego ukraść.

– Już to zrobiłaś. – Wskazał brodą na jej zaciśniętą dłoń.

Zapomniała już o uszczkniętym listku monstery.

– Ach, to.

Z trudem skrywał rozbawienie i w końcu musiał się uśmiechnąć.

– Tak, to.

Pochylił się i wyjął liść z jej dłoni, na co pozwoliła, bo kiedy się uśmiechał, wyglądał urzekająco.

– Dlaczego akurat to? – spytał. – Nie wołałaś kwiatu?

– Kwiat wkrótce by zwiądł – odparła.

– Więc lubisz rośliny? Nie chciałaś zniszczyć?

– Oczywiście, że nie.

Uśmiechnął się, pokazując dołeczki, podszedł bliżej i wsunął jej listek we włosy. Nie dotknął jej bezpośrednio, ale i tak nie była w stanie oddychać. Nie poruszyła się, kiedy skończył, i on też się nie poruszył. Stał tylko i patrzył jej w oczy. Odwzajemniła jego spojrzenie, bo nie była w stanie zrobić niczego innego. Napięcie narastało. Czyżby naprawdę z nią flirtował? Czy to mogło wydarzyć się tak szybko i łatwo?

Mężczyźni nigdy z nią nie flirtowali. Właściwie jej nie zauważali. Chyba że czegoś od niej chcieli. Najczęściej pożyczyć notatki albo dostać coś z laboratorium. Ona sama nigdy nawet nie spróbowała flirtować, zbyt nieśmiała i pełna obaw przed odrzuceniem. Nie miała doświadczenia w relacjach. Ale tym razem czuła nie tylko dreszcz podniecenia, ale i pokusę, by przysunąć się bliżej i powiedzieć coś, choćby głupiego. W żaden sposób nie potrafiła się powstrzymać.

– I co? Dostanę jakąś karę? – spytała.

Była ciekawa, jak to miałoby wyglądać.

– Dlaczego miałbym cię karać za zamiłowanie? – spytał łagodnie.

Zamiłowanie? Nagle zrobiło jej się gorąco. Rzeczywiście, rośliny były jej pasją. Jednak w tej chwili mogła myśleć tylko o nim. Był bardzo przystojny i coś ją do niego przyciągało. Upokorzona tą świadomością, odwróciła wzrok. Rozmowa towarzyska też nie była jej mocną stroną.

– Wspaniały stąd widok – zauważyła.

Nie odpowiedział.

– I wspaniały taras – dodała bardziej nerwowo. – Niby jest się w środku miasta, a tak tu cicho i spokojnie.

Nigdy wcześniej nie starała się zapełnić ciszy. Na ogół nie przebywała wśród ludzi na tyle długo, by wystąpiła taka potrzeba.

– Oglądałaś inne apartamenty? – zapytał.

– Te udostępnione do zwiedzania, tak. Tylko tamte – dodała obronnym tonem. – Nie jestem złodziejką.

– Nie? Skąd mam wiedzieć, że nie wzięłaś niczego innego?

Przesunął po niej wzrokiem, jakby mógł przeniknąć czarną satynę i zobaczyć zwykłą czarną bieliznę pod spodem.

– Wzięłam tylko ten liść.

– Dlaczego akurat ten? – spytał łagodnie. – Widziałem, jak patrzyłaś na tę roślinę. Jakby była bardzo cenna. Dlaczego jest taka wyjątkowa?

Jak długo ją obserwował? Była coraz bardziej zakłopotana.

– Ma ciekawe zabarwienie liści – odparła. – Chciałam spróbować wyhodować ją z tego kawałka.

– Więc to nie był tylko kaprys?

– Nie zwykłam działać pod wpływem kaprysu.

– Tak jak ja.

Uśmiechnęła się, bo akurat w to mogła łatwo uwierzyć. Na pewno nie posądziłaby go o spontaniczność.

– Nie powinnam go była brać bez pytania – przyznała.

– Każdego coś czasem skusi. Nie powiem nikomu, jeśli ty też nie powiesz – dodał miękko.

Przez tę obietnicę wspólnego sekretu nawiązała się między nimi nić porozumienia. Coś potajemnego i kuszącego. Miała wrażenie, że prawie wszystko uszłoby mu na sucho. Otaczała go aura nie tylko mocy i przywództwa, ale wręcz nieograniczonych możliwości.

– Też ci się to zdarza? – zapytała.

– Co?

– Ulec pokusie i wziąć coś, czego nie powinieneś?

Wahał się przez chwilę, zanim odpowiedział z uśmiechem.

– Nie, raczej nie.

Wierzyła mu, bo emanował zdyscyplinowaniem, przyzwoitością i poczuciem obowiązku.

– Co nie znaczy, że właściwa osoba nie mogłaby mnie przekonać – dodał po namyśle. – Gdyby pokusa była wystarczająco silna…

– Sprawiasz wrażenie zdolnego oprzeć się każdej pokusie i bardzo zdyscyplinowanego.

– Pozory mylą – odparł, rozbawiony.

– Nie zawsze. Chcesz powiedzieć, że nie jesteś taki silny, jak wyglądasz?

– Uważasz, że jestem silny?

– To chyba konieczne w twojej pracy.

Pochylił głowę, a na wargach igrał mu uśmiech.

– A ty wyglądasz jak włamywaczka. I tak się zachowujesz. A zapewniasz, że jesteś niewinna.

Zarumieniła się, bo była bardziej niewinna, niż mógł przypuszczać. Dwudziestosześcioletnia dziewica? Prawdziwa rzadkość.

Oddychała głęboko, usiłując pozbyć się uczucia gorąca. Miała tak jasną karnację, że już przy lekkim wzruszeniu rumieniła się mocno, co kłóciło się z marchewkowym kolorem włosów. Ta świadomość jeszcze pogarszała sprawę. Matka zawsze namawiała ją na makijaż, ale bez powodzenia. Dziś też go nie zrobiła, choć może powinna była.

– Nie ma tu nic takiego, co chciałabym zabrać – odparła, wzruszając ramionami.

– Naprawdę? – Prawie się nadąsał. – Co za rozczarowanie.

– Co chciałbyś, żebym wzięła?

– Właściwie nic. Bo musiałbym cię zatrzymać. – Oczy mu zabłysły. – Chyba że wzięłabyś mnie.

– Nie mam tyle siły – odparła lekko.

Ani doświadczenia, pomyślała.

– Uważam, że się nie doceniasz.

Obserwował ją z głową lekko przechyloną na bok. Szafirowe oczy lśniły. Zalała ją fala czegoś pierwotnego, tak przemożnego, że odbierało jej oddech. Pragnienie pocałowania go było tak silne, że się przestraszyła.

– Lepiej już pójdę…

Sięgnął po jej dłoń i jego dotyk momentalnie ją uciszył. Żar narastał. Nie była w stanie się poruszyć, choć trzymał ją luźno i w każdej chwili mogła się uwolnić. Zatonęła w szafirowych oczach, przykuta do miejsca delikatną pieszczotą jego kciuka.

– Zostań jeszcze chwilę – szepnął chropawo, nie spuszczając z niej wzroku.

Brzmiało to jak zwykłe zaproszenie, ale w podtekście było coś jeszcze. Rosanna nadal nie była w stanie wyrwać się z bezruchu.

– Tylko chwilę – powtórzył łagodnie, jakby chciał przekonać kogoś bardzo nieśmiałego.

– Po co?

Wwiercał się w nią wzrokiem, szukając odzewu dla swoich oczekiwań.

– Wiesz, po co.

Wciąż muskał kciukiem grzbiet jej dłoni. Ten najlżejszy z dotyków budził w niej uczucia, jakim nie potrafiła się oprzeć. Nieuchronność, której nie mogła zaprzeczyć. I pragnienie. A nawet pożądanie. Wyjątkowo silne. Tęsknota przyprawiała ją o drżenie. Bo tak, wiedziała po co i sama też to czuła.

– Proszę… – zamruczał niskim, tak wiele obiecującym głosem.

Dalej trzymał jej rękę, drugą dotknął policzka. Łatwo mogła się odsunąć, ale tego nie zrobiła. Podszedł bliżej, bez wysiłku wślizgując się w jej osobistą przestrzeń. Wciąż żadne się nie odezwało, zatopione w spojrzeniu drugiego, oboje niezdolni przeciwstawić się sile, która przyciągała ich do siebie.

Wolno i ostrożnie musnął wargami jej wargi. Powinna się była oburzyć, cofnąć. No bo jak można całować się z nieznajomym, w kilka zaledwie minut od pierwszego spotkania?

ROZDZIAŁ DRUGI

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Spis treści:

OKŁADKA
KARTA TYTUŁOWA
KARTA REDAKCYJNA
ROZDZIAŁ PIERWSZY
ROZDZIAŁ DRUGI
ROZDZIAŁ TRZECI
ROZDZIAŁ CZWARTY
ROZDZIAŁ PIĄTY
ROZDZIAŁ SZÓSTY
ROZDZIAŁ SIÓDMY
ROZDZIAŁ ÓSMY
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
ROZDZIAŁ JEDENASTY