Wydawca: Wydawnictwo Iskry Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2005

Spotkania z Petroniuszem ebook

Aleksander Krawczuk

3 (18)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Spotkania z Petroniuszem - Aleksander Krawczuk

Petroniusz, najciekawsza postać „Quo vadis”, arbiter elegantiae czasów Nerona, wykształcony i przenikliwy. Profesor Krawczuk zetknął się z nim już w młodości – podczas wojny Petroniuszowy „Satyrikon” uratował mu życie – i zaczął identyfikować się z jego sposobem patrzenia na świat, bystrym i przekornym, dostrzegając absurdy rzeczywistości. Tak też spogląda na czasy nasze i starożytne, tropi w nich analogie i sprzeczności, demaskuje hipokryzję i zakłamanie, robi to jednak dobrotliwie i z humorem.

Opinie o ebooku Spotkania z Petroniuszem - Aleksander Krawczuk

Fragment ebooka Spotkania z Petroniuszem - Aleksander Krawczuk

Opra­co­wa­nie gra­ficz­ne An­drzej Ba­rec­ki

Re­dak­cja Mag­da­le­na Słysz

Ko­rek­ta Anna Ku­bal­ska

For the edi­tion © by Wy­daw­nic­two ISKRY, War­sza­wa 2005

For the text © by Alek­san­der Kraw­czuk, War­sza­wa 2005

ISBN 83-207-1779-5

e-mail:iskry@iskry.com.pl

www.iskry.com.pl

Wy­daw­nic­two ISKRY

ul. Smol­na 11, 00-375 War­sza­wa

Dział han­dlo­wy: tel./faks (0-pre­fiks-22) 827-33-89

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

KRAKÓW, WRZESIEŃ 1944

Wcze­sny zmrok, ale­ja tuż obok Bra­my Flo­riań­skiej. Nie­miec­ki ofi­cer wy­ła­wia z tłu­mu spie­szą­cych ku dwor­co­wi mło­de­go czło­wie­ka drob­nej po­stu­ry, w li­chym ubran­ku. Wy­cią­ga z ka­bu­ry pi­sto­let, przy­kła­da mu lufę do gło­wy i roz­ka­zu­je wrza­skli­wie – na­wet przez myśl mu nie przej­dzie, czy tam­ten ro­zu­mie nie­miec­ki: – Füh­re mich, wo woh­ne ich! So­fort! – Pro­wadź, gdzie miesz­kam! Już! Pi­ja­ny ofi­cer – tacy zda­rza­li się pod ko­niec woj­ny – nie po­da­je żad­ne­go ad­re­su, może na­wet nie wie, w ja­kim zna­lazł się mie­ście.

Mo­ment prze­ra­że­nia i pierw­sza, od­ru­cho­wa myśl: ucie­kać! Lecz jed­no­cze­śnie bły­ska­wicz­na re­flek­sja: toż to śmierć pew­na, lufa tuż przy skro­ni! Pad­nie strzał, lu­dzie roz­pierzch­ną się jak sta­do wró­bli. Przy­bie­gnie pa­trol, ofi­cer po­wie: – Ten ban­dy­ta mnie za­ata­ko­wał! Uwie­rzą mu wła­śnie dla­te­go, że jest pi­ja­ny, ła­twy cel na­pa­du. Po­wsta­nie war­szaw­skie jesz­cze do­go­ry­wa, wszyst­ko w tej sy­tu­acji moż­li­we, każ­dy jest po­dej­rza­ny.

Prze­szu­ka­ją le­żą­ce­go – obo­jęt­ne, czy bę­dzie mar­twy, czy tyl­ko ran­ny – znaj­dą w ubo­gim ubran­ku ken­kar­tę i ja­kieś pod­ziem­ne pi­sem­ko. W cią­gu go­dzi­ny do­trą do domu i ro­dzi­ny. To dla nich wy­rok śmier­ci lub obóz.

Nie wol­no ucie­kać! Nikt ci nie po­mo­że. Mu­sisz iść u boku ofi­ce­ra, jak­byś do­sko­na­le wie­dział do­kąd. Spo­koj­nie. Tyl­ko nie głów­ną ale­ją ku dwor­co­wi! Tam co krok pa­tro­le żan­dar­me­rii. Ofi­cer z pi­sto­le­tem w ręku pro­wa­dzi mło­de­go czło­wie­ka – oczy­wi­ście przy­ła­pał go na ja­kimś prze­stęp­stwie. Na­tych­mia­sto­wa re­ak­cja tam­tych: rzu­cić się, bru­tal­nie zre­wi­do­wać, ska­to­wać, aresz­to­wać!

Na­głe olśnie­nie. Frag­ment ja­kie­goś ob­ra­zu, ode­rwa­ne sło­wa: gdzie ja miesz­kam? – w in­nym ję­zy­ku, lecz w po­dob­nie idio­tycz­nej sy­tu­acji. Coś ta­kie­go już się kie­dyś ko­muś przy­da­rzy­ło, tyl­ko jak­by od­wrot­nie! Coś utkwi­ło w pa­mię­ci – tak, wła­śnie z po­wo­du ję­zy­ka i gra­ma­ty­ki – coś prze­mknę­ło wła­śnie te­raz przez myśl, bo było w isto­cie tak samo ab­sur­dal­ne. Jest po­mysł, jest wyj­ście!

Ja­kiś mło­dy czło­wiek kie­dyś tam, gdzieś tam zgu­bił się w zu­peł­nie nie­zna­nym mu mie­ście. Błą­dzi, krą­ży, wra­ca wciąż tam, skąd przy­szedł, pot go za­le­wa. Ogłu­pia­ły pod­cho­dzi do star­szej ko­bie­ty sprze­da­ją­cej wa­rzy­wa przy uli­cy: – Mat­ko, pro­szę, może wiesz, gdzie ja miesz­kam? A ona, roz­ba­wio­na tak uprzej­mie wy­ra­żo­ną głu­po­tą, na­tych­miast od­po­wia­da: – Cze­mu bym mia­ła nie wie­dzieć? Już cię tam pro­wa­dzę!

Wróż­ka jaka czy co, my­śli tam­ten, uświa­da­mia­jąc so­bie wresz­cie, jaki to bez­sens zwra­cać się z ta­kim py­ta­niem do ko­goś, kogo wi­dzi się po raz pierw­szy. Idzie jed­nak za nią po­słusz­nie. Cia­snym za­uł­kiem do­cho­dzą do ja­kie­goś wej­ścia. – To nie tu, nie po­zna­ję uli­cy! – upie­ra się za­gu­bio­ny. Lecz sta­ru­cha ze zło­śli­wym re­cho­tem już roz­su­wa za­sło­nę: – Ale to tu po­wi­nie­neś miesz­kać! A tam gołe dziw­ki prze­my­ka­ją wśród klien­tów, spro­śnie na­pi­sy. Dom pu­blicz­ny, zwy­kły bur­del.

To ka­wał dro­gi stąd, lecz w bok od dwor­ca. Na pew­no nie doj­dzie­my do tam­te­go domu dla woj­ska. Chy­ba jed­nak nie bę­dzie pa­tro­li. A po dro­dze musi coś się zda­rzyć, ja­kiś przy­pa­dek, ja­kaś spo­sob­ność, ktoś po­mo­że. Tyl­ko spo­koj­nie!

Zba­cza­ją w bok, w alej­kę ku te­atro­wi. Z prze­ciw­ka pod­cho­dzi żoł­nierz, sze­re­go­wiec. Jed­no spoj­rze­nie i już wie, co się tu dzie­je. Ofi­cer się za­ta­cza, jest nie­bez­piecz­ny dla każ­de­go w po­bli­żu. Żoł­nierz przy­sta­je i mel­du­je służ­bo­wo: – Jetzt füh­re ich! Ru­chem gło­wy daje znak mło­de­mu: zni­kaj! Sło­wa­mi, po pol­sku na pew­no wy­ra­ził­by to moc­niej, do­bit­niej.

Na­tych­miast sko­rzy­sta­łem z oka­zji.

ENKOLPIOS, PETRONIUSZ, „SATYRIKON”

Lecz kto tak na­praw­dę stwo­rzył oka­zję, kto pod­su­nął zbaw­czy po­mysł?

Mło­dy czło­wiek, tak zwie­dzio­ny nie­gdyś i gdzieś tam przez zło­śli­wą babę, miał na imię En­kol­pios. To głów­ny bo­ha­ter i je­dy­ny nar­ra­tor po­wie­ści Pe­tro­niu­sza „Sa­ty­ri­kon”; do na­szych cza­sów do­trwa­ła ona tyl­ko w ułom­kach. Jest więc En­kol­pios po­sta­cią fik­cyj­ną, trud­no mu dzię­ko­wać. Na­to­miast au­tor po­wie­ści, Pe­tro­niusz, jest oso­bą w peł­ni hi­sto­rycz­ną. To ów rzym­ski ary­sto­kra­ta z cza­sów Ne­ro­na, tak sze­ro­ko dziś zna­ny dzię­ki „Quo va­dis”. Od­ma­lo­wał go Sien­kie­wicz w swym dzie­le mi­strzow­sko, a na­wet – co może na­su­nąć pew­ne re­flek­sje – z oczy­wi­stą sym­pa­tią. Por­tret od­po­wia­da, poza ła­twą do usu­nię­cia war­stwą fik­cji po­wie­ścio­wej, wszyst­kie­mu, co mówi o Pe­tro­niu­szu hi­sto­ryk Ta­cyt. A mógł jesz­cze wi­dzieć go jako chło­piec, na­le­żał bo­wiem do tej sa­mej war­stwy spo­łecz­nej. Na pew­no zaś, pi­sząc swe „Rocz­ni­ki”, ko­rzy­stał ze wspo­mnień osób nie­gdyś do­brze zna­ją­cych wpły­wo­we­go do­rad­cę Ne­ro­na. W sto­li­cy dłu­go mu­sia­ły krą­żyć opo­wie­ści o nim, zna­la­zł­szy się bo­wiem w nie­ła­sce, po­peł­nił sa­mo­bój­stwo w spo­sób iście nie­zwy­kły.

Lecz czy to rze­czy­wi­ście wła­śnie tego Pe­tro­niu­sza moż­na uznać za twór­cę „Sa­ty­ri­ko­nu”? Na­zwi­sko nie na­le­ża­ło prze­cież do wy­jąt­ko­wo rzad­kich w daw­nym Rzy­mie. Róż­ne wszak­że wska­zów­ki każą uznać tę iden­ty­fi­ka­cję za na­der praw­do­po­dob­ną, choć peł­nej zgo­dy w tej kwe­stii chy­ba nig­dy nie bę­dzie.

Ty­tu­ły frag­men­tów po­wie­ści w śre­dnio­wiecz­nych rę­ko­pi­sach z re­gu­ły po­da­ją, że ich au­to­rem jest Pe­tro­nius Ar­bi­ter. A wła­śnie taki przy­do­mek, ele­gan­tiae ar­bi­ter, no­sił we­dług Ta­cy­ta Pe­tro­niusz jako przez sa­me­go ce­sa­rza wiel­ce po­wa­ża­ny au­to­ry­tet w spra­wach ele­gan­cji – chy­ba nie tyle stro­ju, ile do­bre­go sma­ku w spra­wach ar­ty­stycz­nych. Wia­do­mo, jak wy­so­ko ce­nił Ne­ron swój ta­lent po­ety i pie­śnia­rza, wy­stę­po­wał na­wet w tej roli pu­blicz­nie, ku strasz­li­we­mu zgor­sze­niu se­na­to­rów, co mia­ło w swo­im cza­sie przy­czy­nić się do jego upad­ku.

Da­lej – po­śred­nim, lecz istot­nym ar­gu­men­tem prze­ma­wia­ją­cym za tym Pe­tro­niu­szem jako au­to­rem są sam ję­zyk, styl, re­alia i kli­mat „Sa­ty­ri­ko­nu”. Zna­ko­mi­cie przy­sta­ją do wszyst­kie­go, co wie­my o ży­ciu co­dzien­nym i o ła­ci­nie tam­te­go okre­su. Nie­któ­rzy ba­da­cze wy­chwy­tu­ją echa lek­tu­ry po­wie­ści u po­ety z koń­ca wie­ku pierw­sze­go, Mar­cja­li­sa. A po­tem cy­tu­je Pe­tro­niu­sza kil­ku pi­sa­rzy, na­wet u schył­ku sta­ro­żyt­no­ści; wśród nich sam św. Hie­ro­nim.

KUME, ROK 66

Pe­tro­niusz zna­lazł się w tym nad­mor­skim mie­ście ital­skiej Kam­pa­nii, po­dą­ża­jąc za or­sza­kiem ce­sa­rza. Nie zo­stał do­pusz­czo­ny przed jego ob­li­cze. Uznał to za do­wód osta­tecz­nej nie­ła­ski i za­po­wiedź wy­ro­ku śmier­ci. Sam więc wy­brał spo­sób odej­ścia moż­li­wie ła­god­ny, ale też taki, któ­ry mu­siał stać się gło­śny. Prze­cię­to mu żyły, lecz co pe­wien czas je pod­wią­zy­wa­no, a on przy­słu­chi­wał się we­so­łym pie­śniom i mi­łej po­ezji. Żad­nych fi­lo­zo­ficz­nych roz­mów o nie­śmier­tel­no­ści du­szy, jak to te­atral­nie czy­ni­li w po­dob­nych sy­tu­acjach nie­któ­rzy, na­śla­du­jąc oczy­wi­ście So­kra­te­sa. Za­dbał też o spra­wy do­cze­sne, na­wet o nie­wol­ni­ków, jed­nych na­gro­dził, in­nych ka­zał wy­chło­stać. Uczto­wał, drze­mał – jak­by ta śmierć przy­cho­dzi­ła na­tu­ral­nie. Umie­rał jak epi­ku­rej­czyk: nie spo­dzie­wam się ży­cia wiecz­ne­go, od­cho­dzę jed­nak spo­koj­nie i przy­zwo­icie, bez trwo­gi, pła­czu i ję­ków.

Ze­mścił się wszak­że na spraw­cach, na sa­mym ce­sa­rzu i jego do­rad­cy Ty­gel­li­nie. Przy­mu­sza­ni do sa­mo­bój­stwa zwy­kle prze­sy­ła­li wład­cy po­chleb­cze te­sta­men­ty; w ten spo­sób usi­ło­wa­li ra­to­wać dla bli­skich przed kon­fi­ska­tą przy­najm­niej część ma­jąt­ku. On na­to­miast spo­rzą­dził imien­ny wy­kaz ko­biet i chłop­ców, na pew­no tych z do­brych ro­dów, uczest­ni­ków or­gii ce­sar­skich, nie szczę­dząc do­kład­nych opi­sów. Ka­zał prze­ka­zać go Ne­ro­no­wi, prze­zor­nie jed­nak znisz­czył sy­gnet, któ­rym owe ta­blicz­ki (co­di­cil­li) opie­czę­to­wał. Każ­dy czy­tel­nik frag­men­tów „Sa­ty­ri­ko­nu” przy­zna, że ich au­tor dużo wie o wy­uz­da­nej ero­ty­ce, po­tra­fi pi­sać o tym sma­ko­wi­cie, co rów­nież może słu­żyć za po­śred­ni ar­gu­ment na rzecz tezy o tym wła­śnie Pe­tro­niu­szu jako au­to­rze.

Oko­licz­no­ści sa­mo­bój­stwa, a przy spo­sob­no­ści świet­nie na­szki­co­wa­ny por­tret ary­sto­kra­ty, przed­sta­wił Ta­cyt w za­le­d­wie kil­ku­na­stu zda­niach XVI księ­gi swych „Rocz­ni­ków” (An­na­les). Ta część dzie­ła za­cho­wa­ła się tyl­ko w jed­nym śre­dnio­wiecz­nym rę­ko­pi­sie!

W pe­wien spo­sób spo­ty­ka­łem się z Pe­tro­niu­szem już po­przed­nio, przed owym nie­zwy­kłym in­cy­den­tem na kra­kow­skich Plan­tach. A mia­łem jesz­cze spo­ty­kać go w róż­nych sy­tu­acjach wie­lo­krot­nie. Nie­ste­ty, nie były to spo­tka­nia bez­po­śred­nie i oso­bi­ste, nad czym bo­le­ję. Nie wy­wo­łu­ję jed­nak du­chów ani ich nie pod­słu­chu­ję – jak przy­da­rzy­ło się to choć­by Nor­wi­do­wi, gdy usiadł w Pom­pe­jach przy gro­bow­cu ka­płan­ki Mam­mii; uwiecz­nił tę nie­zwy­kłą chwi­lę w ma­łym po­ema­cie. Nie za­mie­rzam fan­ta­zjo­wać. Choć przy­zna­ję, że wie­le bym dał, by tak zaj­mu­ją­co opo­wia­dać o kon­tak­tach z tam­tym świa­tem – na­le­ży­cie za­cho­wu­jąc pro­por­cje ta­jem­ni­czo­ści, gro­zy, re­ali­zmu, ale i hu­mo­ru – jak uczy­nił to ar­che­olog, me­die­wi­sta i bi­bli­sta an­giel­ski, Mon­ta­gne Rho­des Ja­mes, dy­rek­tor mu­zeum w Cam­brid­ge. My­ślę o uro­czym zbio­rze „Opo­wie­ści sta­re­go an­ty­kwa­riu­sza” (1931) – o wsze­la­kich du­chach i nie­zwy­kłych spo­tka­niach z nimi w prze­róż­nych sy­tu­acjach i miej­scach. Przy­ję­cie po­dob­nej kon­wen­cji by­ło­by na­wet uspra­wie­dli­wio­ne, sko­ro i tak tłem wie­lu rze­czy­wi­stych wy­da­rzeń, któ­re wy­pad­nie tu przed­sta­wić, będą an­ty­kwa­ria­ty, sta­re bi­blio­te­ki, za­mar­łe mia­sta; prze­wi­nie się też spo­ro po­sta­ci nie­gdyś do­brze mi zna­nych, już zmar­łych, a prze­cież jak­by obec­nych.

Nie pró­bu­ję rów­nież wy­obra­zić so­bie, jak by to ar­bi­ter ele­gan­cji Ne­ro­na oce­niał oso­by lub wy­da­rze­nia na­szych cza­sów. Pew­ne re­flek­sje i tak w spo­sób na­tu­ral­ny po­ja­wią się w toku opo­wie­ści o kon­tak­tach z kimś sprzed dwu­dzie­stu wie­ków. Po­zor­nie to da­le­ko, prze­paść cza­su. Oka­że się jed­nak, ośmie­lam się twier­dzić, iż bar­dzo bli­sko.

Tak czy in­a­czej, owe­go wrze­śnio­we­go wie­czo­ru w po­bli­żu Bra­my Flo­riań­skiej sta­ło się coś wręcz dra­ma­tycz­ne­go: Pe­tro­niusz po pro­stu ura­to­wał mi ży­cie. Jak­by z za­świa­tów. Był moim zbaw­cą – po­przez głup­ko­wa­te py­ta­nie i zło­śli­wy po­mysł tam­tej ulicz­nej prze­kup­ki, jak przed­sta­wił to En­kol­pios. A za­pa­mię­ta­łem tę opo­wieść głów­nie chy­ba dzię­ki pew­ne­mu gra­ma­tycz­ne­mu dro­bia­zgo­wi, do cze­go jesz­cze po­wró­cę.

CO ZA POWIEŚĆ!

En­kol­pios opo­wia­da o tej przy­go­dzie, jak i o wszyst­kich in­nych, z roz­bra­ja­ją­cą szcze­ro­ścią. Jest to łań­cuch awan­tur nie­praw­do­po­dob­nych, nie­kie­dy groź­nych, naj­czę­ściej tyl­ko ab­sur­dal­nie za­baw­nych, zwy­kle wy­so­ce nie­oby­czaj­nych. Ta­kiej pa­no­ra­my ży­cia Rzy­mian z po­cząt­ków ce­sar­stwa nie znaj­dzie­my w żad­nym dzie­le li­te­rac­kim tam­tej epo­ki. Naj­ob­szer­niej­szy z za­cho­wa­nych frag­men­tów to uczta w domu no­wo­bo­gac­kie­go Try­mal­chio­na, oczy­wi­ście opi­sa­na przez En­kol­pio­sa jako jej uczest­ni­ka. Lecz nie­mal każ­dy uło­mek po­wie­ści to świa­dec­two by­strej ob­ser­wa­cji oby­cza­ju i ję­zy­ka, per­ła re­ali­zmu opi­su, ale też prze­wrot­ne­go hu­mo­ru. Kpi­ny ze wszyst­kie­go i ze wszyst­kich. Tak­że z mod­nych wów­czas grec­kich ro­man­sów mi­ło­snych i przy­go­do­wych, a na­wet z wiel­kich dzieł li­te­ra­tu­ry, zwłasz­cza z po­ezji epicz­nej; ba, z sa­me­go Ho­me­ra! W grun­cie rze­czy owa po­wieść to, by użyć dzi­siej­sze­go okre­śle­nia, ro­dzaj an­ty­po­wie­ści.

Czy to Pe­tro­niusz był au­to­rem po­my­słu i kon­struk­cji utwo­ru? Na kim się wzo­ro­wał, skąd czer­pał ma­te­riał? Czy z do­świad­czeń wła­snych i swo­ich bli­skich? Czy wy­stę­pu­ją­ce w niej po­sta­ci to ka­ry­ka­tu­ry współ­cze­snych mu osób, może na­wet z oto­cze­nia ce­sa­rza? Może to po­wieść z klu­czem? A może co­di­cil­li prze­sła­ne Ne­ro­no­wi tuż przed śmier­cią były ja­kąś cząst­ką „Sa­ty­ri­ko­nu” – wraz z ob­ja­śnie­nia­mi? Py­ta­nia waż­ne, lecz w ni­czym nie mogą wpły­nąć na wy­so­ką oce­nę ta­len­tu Pe­tro­niu­sza. Gdy­by rzecz za­cho­wa­ła się w ca­ło­ści, jej au­to­ra za­li­czo­no by z pew­no­ścią do naj­wy­bit­niej­szych pi­sa­rzy nie tyl­ko li­te­ra­tu­ry rzym­skiej, lecz i eu­ro­pej­skiej. To­też mia­ła wiel­bi­cie­li przez wie­ki.

SYDONIUSZ APOLLINARIS

Ten ary­sto­kra­ta rzym­ski z po­ło­wy wie­ku V, a więc z cza­sów, gdy ce­sar­stwo chy­li­ło się ku ru­inie, po­cho­dził z Lug­du­num w Ga­lii, obec­ne­go Lyonu. Ale jako zięć ce­sa­rza Awi­tu­sa (455-456) dzia­łał też w pew­nym okre­sie w sa­mym Rzy­mie; był pre­fek­tem mia­sta. Przy­jął chrze­ści­jań­stwo i zo­stał bi­sku­pem dzi­siej­sze­go mia­sta Cler­mont-Fer­rand. U nas poza wą­skim gro­nem fi­lo­lo­gów ni­ko­mu nie jest zna­ny. Do­pie­ro w roku 2004 uka­zał się peł­ny prze­kład jego utwo­rów na ję­zyk pol­ski pió­ra prof. Mie­czy­sła­wa Broż­ka, nie­daw­no zmar­łe­go. Mu­szę tu do­dać: to u nie­go, wów­czas ad­iunk­ta, skła­da­łem swe pierw­sze ko­lo­kwium uni­wer­sy­tec­kie – z „Ene­idy”. Skła­da­łem je w jego miesz­ka­niu pry­wat­nym – był wów­czas cho­ry – przy uli­cy War­szaw­skiej póź­ną je­sie­nią 1945 roku. A więc za­le­d­wie kil­ka­set kro­ków od Bra­my Flo­riań­skiej i w za­le­d­wie rok po tym, jak otar­łem się tam o śmierć we wrze­śniu roku 1944!

Dla Fran­cu­zów Sy­do­niusz to waż­ny świa­dek hi­sto­rii Ga­lii w cza­sach rzym­sko-wi­zy­goc­kich. Wiel­ce oczy­ta­ny, sam też pa­rał się po­ezją oraz ukła­dał li­te­rac­kie li­sty – w sty­lu nie­zno­śnie re­to­rycz­nym. Je­den ze swych po­ema­tów po­świę­cił przy­ja­cie­lo­wi z Na­rbo­ny, sła­wiąc li­te­rac­kie ta­len­ty za­rów­no jego, jak i jego ojca; obaj no­si­li imię Kon­sen­cjusz. Wy­mie­nia cały za­stęp naj­wy­bit­niej­szych pi­sa­rzy grec­kich i ła­ciń­skich, z któ­ry­mi ci jego zda­niem mo­gli­by się rów­nać. Je­śli cho­dzi o au­to­rów rzym­skich, są to Cy­ce­ron, Li­wiusz, We­rgi­liusz, Te­ren­cjusz, Plaut, Sa­lu­stiusz, Ta­cyt, Se­ne­ka, Owi­diusz, Mar­cja­lis, Lu­kan, Sta­cjusz. Lecz zna­lazł się w tym świet­nym gro­nie, i to tuż po Ta­cy­cie – Pe­tro­niusz! Pi­sze o nim enig­ma­tycz­nie:

Cie­bie, Ar­bi­trze, w mas­syl­skich ogro­dach

świę­te­go z drew­na czci­cie­lu

Hel­le­sponc­kie­mu Pria­po­wi rów­ny.

prze­kład Mie­czy­sła­wa Broż­ka

Sens tych słów wy­ja­śni się póź­niej.

Sy­do­niusz mógł znać „Sa­ty­ri­kon” jesz­cze w ca­ło­ści. Lecz na­wet z frag­men­tów mu­siał­by się zo­rien­to­wać, że jego bo­ha­te­rzy „ko­cha­ją in­a­czej” i na­le­żą do lu­dzi z mar­gi­ne­su spo­łecz­ne­go. Dla­cze­go ary­sto­kra­ta, czło­wiek żo­na­ty – gdy pi­sał po­emat do Kon­sen­cju­sza chy­ba jesz­cze nie był bi­sku­pem – tak wy­so­ko sta­wia au­to­ra wła­śnie ta­kiej po­wie­ści? To zdu­mie­wa. „Od­mien­ne” skłon­no­ści mi­ło­sne sa­me­go Pe­tro­niu­sza wy­da­ją się pra­wie pew­ne, jego bo­ha­te­ro­wie zaś upra­wia­ją te roz­ko­sze bez że­na­dy. Czym wy­ja­śnić tak za­szczyt­ne miej­sce przy­zna­ne twór­cy opo­wia­dań o dziw­nych spraw­kach po­dej­rza­nych osob­ni­ków?

Może za­chwy­cił Sy­do­niu­sza bo­ga­ty ję­zyk, świet­nie do­sto­so­wa­ny do prze­róż­nych śro­do­wisk? Ależ wła­sna jego twór­czość świad­czy, że sam mi­ło­wał gór­no­lot­ną re­to­ry­kę, któ­ra aku­rat w „Sa­ty­ri­ko­nie” jest wy­śmie­wa­na! Może uję­ła miesz­kań­ca Ga­lii oko­licz­ność, że ja­kieś sce­ny na sa­mym po­cząt­ku po­wie­ści roz­gry­wa­ły się wła­śnie w Mar­sy­lii; wska­zu­je na to pew­na wzmian­ka w póź­no­ła­ciń­skim ko­men­ta­rzu do „Ene­idy”. Po­wia­da ów ko­men­ta­tor, uczo­ny Ser­wiusz: „Ile­kroć miesz­kań­cy Mas­sa­lii cier­pie­li z po­wo­du za­ra­zy, ofia­ro­wy­wał się je­den z ubo­gich: mia­no go ży­wić przez cały rok na koszt pu­blicz­ny, i to lep­szym je­dze­niem. Po­tem ozdo­bio­ny ga­łąz­ka­mi i w świę­tych sza­tach opro­wa­dza­ny był przez całe mia­sto wśród prze­kleństw, by to na nie­go spa­dły wszyst­kie nie­szczę­ścia pań­stwa – i tak go po­rzu­ca­no. To prze­czy­ta­no u Pe­tro­niu­sza”. A więc to w Mar­sy­lii, jak mo­że­my przy­pusz­czać, bo­ha­te­rzy do­pu­ści­li się ja­kie­goś prze­stęp­stwa, któ­re ścią­gnę­ło na nich gniew bo­gów i wplą­ta­ło w łań­cuch przy­gód ero­tycz­nych. Czym za­wi­ni­li? To py­ta­nie bę­dzie po­wra­ca­ło. Po­tem wszak­że tłem przed­sta­wia­nych w „Sa­ty­ri­ko­nie” wy­da­rzeń są już tyl­ko mia­sta Ita­lii.

A może to sama te­ma­ty­ka i at­mos­fe­ra per­wer­syj­nej po­wie­ści były szcze­gól­nie bli­skie Sy­do­niu­szo­wi z ja­kichś in­tym­nych, oso­bi­stych po­wo­dów – czło­wie­ko­wi ską­di­nąd tak wy­so­kiej kul­tu­ry i re­li­gij­ne­mu? To tyl­ko przy­pusz­cze­nie, za­pew­ne zbyt śmia­łe. Róż­ne jed­nak wy­da­rze­nia z na­szych cza­sów mo­gły­by wska­zy­wać, że tego ro­dza­ju hi­po­te­zy nie są tak cał­ko­wi­cie bez­za­sad­ne.

Jed­no jest pew­ne: od cza­sów ce­sa­rza Ne­ro­na po ce­sa­rza Awi­tu­sa „Sa­ty­ri­kon” był przez czte­ry wie­ki czy­ta­ny, przez wie­lu wręcz z za­chwy­tem. Na­wet w uryw­kach po­wieść ta jest zro­zu­mia­ła i wy­wo­łu­je uśmiech tak­że dzi­siaj. Spo­ty­ka­my prze­cież co krok sce­ny, po­sta­ci, sy­tu­acje wręcz po­nad­cza­so­we. Choć­by ta przy­go­da En­kol­pio­sa! Po­zor­nie nie­zwy­kła, może jed­nak przy­da­rzyć się temu i owe­mu rów­nież obec­nie. Bywa prze­cież, że ktoś się zgu­bi w ob­cym mie­ście. Bywa, że – zroz­pa­czo­ny i ogłu­pia­ły – za­da­je bez­sen­sow­ne py­ta­nia. Za­cne star­sze ko­bie­ty wciąż sprze­da­ją wa­rzy­wa na na­szych uli­cach. I nie bra­ku­je nig­dzie agen­cji to­wa­rzy­skich; po ła­ci­nie zwa­no je nie tak wy­twor­nie, bo for­nix albolu­pa­nar. Zmie­nia­ją się ko­stiu­my i ję­zy­ki, lecz przy­pad­ki by­wa­ją w swej isto­cie te same.

Czy Pe­tro­niusz sam wy­my­ślił, czy też gdzieś za­sły­sza­ną aneg­do­tę zręcz­nie wy­ko­rzy­stał? To nie­istot­ne. Waż­ne, że to on pod­su­nął mi w tam­tej głu­piej, lecz śmier­tel­nie groź­nej sy­tu­acji po­mysł po­zor­nie rów­nie głu­pi, a prze­cież zba­wien­ny.

O POŻYTKU Z ZAINTERESOWAŃ BEZUŻYTECZNYCH

Od­da­jąc na­leż­ne dzię­ki Pe­tro­niu­szo­wi, mu­szę jed­nak stwier­dzić, że coś za­wdzię­czam tak­że so­bie sa­me­mu, a ści­śle rzecz bio­rąc, swe­mu ab­sur­dal­ne­mu upo­ro­wi w dą­że­niu do celu rów­nie ab­sur­dal­ne­go; zwłasz­cza w tam­tych cza­sach.

Czy­ta­łem o przy­go­dzie En­kol­pio­sa chy­ba ja­kieś trzy lata przed tą moją na kra­kow­skich Plan­tach. W każ­dym ra­zie było to je­sie­nią, w nie­opa­la­nym miesz­ka­niu da­le­kich zna­jo­mych (dla do­kład­no­ści: przy uli­cy Łob­zow­skiej; wę­dro­wa­łem tam pie­cho­tą z Pod­gó­rza, ów­cze­snych pe­ry­fe­rii Kra­ko­wa). Czy­ta­łem sło­wa opo­wie­ści w ory­gi­na­le, po ła­ci­nie, w gru­bym, osiem­na­sto­wiecz­nym to­mie. Do­tar­łem do owe­go upra­gnio­ne­go, wy­ma­rzo­ne­go skar­bu po mie­sią­cach sta­rań, po­szu­ki­wań, za­bie­gów w naj­czar­niej­szych cza­sach oku­pa­cji. Za­mknię­te gim­na­zja i li­cea, wyż­sze uczel­nie, bi­blio­te­ki, mu­zea, te­atry, za­bro­nio­ne wszel­kie for­my kształ­ce­nia – poza pod­sta­wo­wym i za­wo­do­wym. Żyje się do­słow­nie z dnia na dzień, w nę­dzy, wciąż na gra­ni­cy śmier­ci i osta­tecz­ne­go po­ni­że­nia. Do­ty­czy­ło to zwłasz­cza chłop­ców mo­je­go po­ko­le­nia, dwu­dzie­sto­lat­ków.

Giną ar­mie żoł­nie­rzy wszyst­kich na­ro­do­wo­ści od koła pod­bie­gu­no­we­go przez rów­ni­ny Ro­sji aż po pu­sty­nie Sa­ha­ry i dżun­gle na wy­spach Pa­cy­fi­ku. Mi­lio­ny cier­pią wszel­kie udrę­ki w obo­zach pra­cy i w ła­grach. Pło­ną kre­ma­to­ria – naj­więk­sze z nich za­le­d­wie kil­ka­dzie­siąt ki­lo­me­trów od Kra­ko­wa. Ludz­kość w ca­łych swych do­tych­cza­so­wych dziej ach nie prze­ży­wa­ła cze­goś tak po­twor­ne­go w ta­kiej ska­li i na tak ogrom­nych ob­sza­rach. Śre­dnio­wiecz­ne na­jaz­dy Mon­go­łów, póź­niej­sze woj­ny re­li­gij­ne, na­wet pierw­sza woj­na świa­to­wa wy­da­ją się mimo swe­go okru­cień­stwa i he­ka­tomb za­le­d­wie in­cy­den­ta­mi w po­rów­na­niu z owym ka­ta­kli­zmem zła, nie­na­wi­ści, znisz­czeń, sza­le­ją­cym nie­mal na ca­łym glo­bie przy wy­ko­rzy­sta­niu po­tęż­nych środ­ków no­wo­żyt­nej tech­ni­ki.

I oto na tle tego kosz­ma­ru, w dniach nę­dzy i stra­chu, dla ko­goś spra­wą naj­waż­niej­szą sta­je się… ła­ci­na! I to aku­rat ta, jaką na­praw­dę po­słu­gi­wa­li się Rzy­mia­nie w ży­ciu co­dzien­nym. Jak brzmia­ły naj­zwy­klej­sze roz­mo­wy? Gdy­bym, prze­nie­sio­ny w tam­te cza­sy, mu­siał py­tać o dro­gę, ja­kich słów bym użył? Jak pro­sił­bym o po­moc i wska­zów­ki w pro­stych spra­wach ży­cio­wych? Owszem, zna­łem, jak wszy­scy li­ce­ali­ści, w ja­kimś tam skrom­nym stop­niu ła­ci­nę li­te­rac­ką, tę cy­ce­roń­ską, oma­wia­ją­cą wiel­kie spra­wy i wy­da­rze­nia – Qu­ousque tan­dem Ca­ti­li­na abu­te­re pa­tien­tia no­stra! – Do­ką­dże to, Ka­ty­li­no, bę­dziesz nad­uży­wał cier­pli­wo­ści na­szej! Pięk­ne sło­wa, grom­kie fra­ze­sy. Była jesz­cze ła­ci­na li­tur­gii w ko­ście­le. Ale to prze­cież nie ję­zyk co­dzien­no­ści, nikt nie mógł tak roz­ma­wiać w nor­mal­nych kon­tak­tach mię­dzy­ludz­kich!

Po­ja­wia się Pe­tro­niusz. Oczy­wi­ście naj­pierw na kar­tach „Ouo va­dis”. Ta po­wieść nie­zbyt mi się spodo­ba­ła, nie wra­ca­łem do niej. Ja­kim cu­dem mógł­bym wte­dy przy­pu­ścić, że za lat kil­ka­dzie­siąt będę kon­sul­tan­tem na­uko­wym jej pol­skiej ekra­ni­za­cji? A pra­ca przy tym dzie­le fil­mo­wym – mu­szę do­dać od razu – była za­ra­zem tak­że jed­nym ze spo­tkań z Pe­tro­niu­szem! Wów­czas więc, przy pierw­szej lek­tu­rze, na­wet tak mło­de­mu czy­tel­ni­ko­wi wy­da­ła się jed­ną z naj­słab­szych ze zna­nych mi już tego au­to­ra. Wszyst­ko sztucz­ne, jak na ogrom­nym płót­nie Sie­mi­radz­kie­go „Po­chod­nie Ne­ro­na” w Su­kien­ni­cach; ka­za­no je po­dzi­wiać kra­kow­skim gim­na­zja­li­stom. Sce­ny na ob­ra­zie i opi­sy w książ­ce dziw­nie te­atral­ne, nie­praw­dzi­we, prze­ry­so­wa­ne tak lub in­a­czej, po­sta­ci mar­twe – złe, świą­to­bli­we lub tak mdłe jak Li­gia i Wi­ni­cjusz („ofi­ce­rek”, ktoś słusz­nie tak go na­zwał). Tyl­ko Pe­tro­niusz na­praw­dę żywy, in­te­li­gent­ny, sym­pa­tycz­ny, trud­ny do okre­śle­nia jed­nym przy­miot­ni­kiem. Gar­dzi pro­stac­twem i głu­po­tą, wzdra­ga się przed prze­ja­wa­mi okru­cień­stwa, chce jed­nak utrzy­mać swo­ją po­zy­cję na dwo­rze; jest po­my­sło­wy, lu­dziom życz­li­wy, wo­bec chrze­ści­jan za­cho­wu­je dy­stans („cuch­ną po­tem, ale to zwy­cię­ży!”). Praw­dę mó­wiąc, spra­wi­ło mi swo­istą sa­tys­fak­cję, że film jak­by po­twier­dził moje pierw­sze, chło­pię­ce wra­że­nia. Ob­na­żył sła­bość ar­ty­stycz­ną po­wie­ści, za­cho­wał bo­wiem zbyt wier­nie za­rów­no sche­ma­tyzm jej ak­cji, jak też uprosz­czo­ne wi­dze­nie rzym­skiej rze­czy­wi­sto­ści. Z dru­giej wszak­że stro­ny stwo­rzył szan­sę dla trzech świet­nych kre­acji ak­tor­skich: Mi­chał Ba­jor – Ne­ron, Je­rzy Tre­la – Chi­lon Chi­lo­ni­des, Bo­gu­sław Lin­da – Pe­tro­niusz.

Pa­mię­tam do­brze, że czy­ta­jąc po raz pierw­szy „Quo va­dis”, zwró­ci­łem uwa­gę na wzmian­kę: Pe­tro­niusz pi­sze ja­kąś po­wieść. Do­sta­łem gdzieś zna­ny, po­pu­lar­ny do dziś al­bum ilu­stra­cji Pio­tra Sta­cho­wi­cza do „Quo va­dis”. Prze­glą­da­łem go w po­god­ny czerw­co­wy wie­czór. Otwie­ram jed­ną z kart i oto Pe­tro­niusz sie­dzą­cy, spo­wi­ty w bia­łą sza­tę, skro­bie ryl­cem na ta­blicz­ce! Prze­cież taki au­tor jak Sien­kie­wicz i taki ilu­stra­tor nie mogą się my­lić! A może to praw­da, może istot­nie Pe­tro­niusz zaj­mo­wał się twór­czo pi­sar­stwem? Może na­wet ta jego rzecz się za­cho­wa­ła i będę mógł ją prze­czy­tać?

W skró­to­wym omó­wie­niu li­te­ra­tu­ry rzym­skiej Ka­zi­mie­rza Mo­raw­skie­go jest po­twier­dze­nie: Pe­tro­niusz na­pi­sał po­wieść, ce­chu­je się ona na­tu­ral­nym ję­zy­kiem, bli­skim co­dzien­ne­mu, mamy jej frag­men­ty, a naj­cen­niej­szy z nich to „Uczta Try­mal­chio­na”. Ta, jak wnet się do­wie­dzia­łem, była już prze­ło­żo­na na ję­zyk pol­ski, i to przez sa­me­go Le­opol­da Staf­fa; osią­gal­na w bro­szu­ro­wym, ale ład­nym wy­da­niu, po­dob­nie jak po­ezje prze­ka­za­ne pod imie­niem Pe­tro­niu­sza. Pod­czas oku­pa­cji kra­kow­skie an­ty­kwa­ria­ty wciąż ist­nia­ły, da­wa­ły wła­ści­wie je­dy­ną moż­li­wość do­tar­cia do książ­ki. To wte­dy sta­łem się ich wier­nym aż do chwi­li obec­nej, choć za­wsze na­zbyt ubo­gim, klien­tem. Na­praw­dę miał­bym pra­wo na­pi­sać książ­kę „Opo­wie­ści an­ty­kwa­rycz­ne”. Choć­by o nie­zwy­kłych przy­pad­kach, gra­ni­czą­cych nie­mal z cu­dem, pod­su­wa­nia mi pew­nych ksią­żek jak­by przez du­chy. Po­peł­ni­łem w ży­ciu bez­miar błę­dów. Do tych jed­nak­że, nad któ­ry­mi naj­bar­dziej bo­le­ję, za­li­czam to, że tyle skar­bów bi­blio­fil­skich mia­łem w ręku – i po­zo­sta­wi­łem je z bra­ku ro­ze­zna­nia; choć jesz­cze częst­szą przy­czy­ną była pu­sta kie­szeń.

„Uczta” to ka­pi­tal­na lek­tu­ra. Jak jed­nak do­trzeć do jej ła­ciń­skie­go ory­gi­na­łu? A co z in­ny­mi frag­men­ta­mi? Pe­tro­niusz ze zro­zu­mia­łych wzglę­dów nig­dy nie był czy­ty­wa­ny w gim­na­zjach, to­też na­wet moi na­uczy­cie­le ła­ci­ny nie mie­wa­li go w swych bi­blio­te­kach, bo i po co?

Ta­kie zmar­twie­nia w ta­kim cza­sie to coś na gra­ni­cy już nie dzi­wac­twa, lecz ob­se­sji, śmiesz­nej i bzdur­nej, choć ra­czej nie­szko­dli­wej. Jak zdo­być ory­gi­nał Pe­tro­niu­sza – o to za­bie­gać, kie­dy świat się wali? A jed­nak nie by­łem od­osob­nio­ny w tego ro­dza­ju bez­sen­sow­nych pa­sjach i za­in­te­re­so­wa­niach. Nie­je­den opę­ta­niec go­tów był­by od­dać na­wet bo­che­nek bia­łe­go chle­ba za upra­gnio­ną książ­kę z ja­kiejś tam ni­ko­mu na nic nie­po­trzeb­nej dzie­dzi­ny wie­dzy: si­no­lo­gii, fi­lo­zo­fii re­li­gii, ma­te­ma­ty­ki, san­skry­tu. Wła­śnie to, co było cał­ko­wi­cie nie­przy­dat­ne w wal­ce o co­dzien­ne prze­trwa­nie, wszyst­ko, co wy­da­wa­ło się wręcz me­ta­fi­zycz­nie ode­rwa­ne od rze­czy­wi­sto­ści, znaj­do­wa­ło wów­czas swych en­tu­zja­stów i fa­na­ty­ków, je­dy­nie tym i po to ży­ją­cych.

Ja­kim mia­nem okre­ślić tak cał­ko­wi­cie ab­sur­dal­ne po­sta­wy w kra­inie mro­ku, bez­na­dziei, gro­zy? Uciecz­ka w ob­ło­ki od po­twor­no­ści woj­ny, oku­pa­cji, ho­lo­kau­stu? Z całą pew­no­ścią coś ta­kie­go dzia­ła­ło w pod­świa­do­mo­ści. Ale chy­ba obec­na była też sza­leń­cza na­dzie­ja wbrew na­dziei. Może owoc tych po­szu­ki­wań prze­trwa ka­ta­klizm? Może kie­dyś wy­kieł­ku­je – jak zda­rza się nie­któ­rym na­sio­nom – na­wet po wie­kach i w in­nym świe­cie ko­muś na coś się przy­da? Oto naj­głęb­sze prze­ko­na­nie, nie­złom­na wia­ra lu­dzi na gra­ni­cy ży­cia i śmier­ci. To, co obec­nie wy­da­je się cał­ko­wi­cie bez­u­ży­tecz­ne, prze­trwa i ob­ja­wi swą war­tość, gdy przyj­dzie czas. Wte­dy do­pie­ro, mó­wiąc pa­te­tycz­nie, za­lśni bla­skiem klej­no­tu od­na­le­zio­ne­go w gru­zach. Za­wsze i wszę­dzie w cza­sach ka­ta­kli­zmów garst­ka lu­dzi jak­by nie z tego świa­ta do­ko­nu­je rze­czy, pa­trząc trzeź­wo, po­dob­nie bzdur­nych, nie­po­trzeb­nych, nie­nor­mal­nych. Chy­ba dzię­ki temu trwa nasz cią­gły po­chód w nie­zna­ne.

W książ­ce chiń­skie­go mę­dr­ca, tao­isty, mi­strza Czu­ang-tsy, osob­ny roz­dział po­świę­co­ny jest uży­tecz­no­ści rze­czy nie­uży­tecz­nych. Ale prze­czy­ta­łem to do­pie­ro w do­brych kil­ka lat po woj­nie, gdy prze­ło­żo­no ją na pol­ski. I przy­zna­ję mu ra­cję, po sto­kroć ra­cję.

RZYM – UPADEK CESARSTWA

Mia­ło się już ku koń­co­wi an­tycz­ne­go świa­ta. U schył­ku wie­ku IV i w po­cząt­kach V gi­nął on po­li­tycz­nie i go­spo­dar­czo pod cio­sa­mi bar­ba­rzyń­ców, dzie­dzic­two zaś jego kul­tu­ry było za­nie­dby­wa­ne, lek­ce­wa­żo­ne lub na­wet świa­do­mie nisz­czo­ne przez wy­znaw­ców no­wej, roz­po­czy­na­ją­cej swe pa­no­wa­nie re­li­gii. Wła­śnie wów­czas nie­wiel­ka gru­pa po­my­leń­ców-po­gan w sa­mym Rzy­mie za­bra­ła się do gor­li­we­go prze­pi­sy­wa­nia ksiąg, któ­re uzna­ła za szcze­gól­nie cen­ne i waż­ne w do­rob­ku li­te­ra­tu­ry ła­ciń­skiej.

Za­pew­ne wła­śnie dzię­ki nim ura­to­wał się rów­nież i zo­stał prze­ka­za­ny śre­dnio­wiecz­nym ko­pi­stom zbiór frag­men­tów Pe­tro­niu­sza. Ktoś in­te­li­gent­ny, sma­kosz li­te­ra­tu­ry, za­chwy­cił się swo­bo­dą nar­ra­cji „Sa­ty­ri­ko­nu”, jego po­zor­nym kpiar­stwem, o tre­ści jed­nak wie­lo­war­stwo­wej i prze­wrot­nej. Był to ktoś roz­mi­ło­wa­ny w ła­ci­nie. Z bó­lem ob­ser­wo­wał, że ta w ustach ludu ule­ga co­raz szyb­szym zmia­nom, a w dzie­łach li­te­ra­tu­ry sta­je się sztucz­na, kla­sycz­nie mar­twa lub dzi­wacz­nie re­to­rycz­na. Do­ce­nił bo­gac­two ję­zy­ka utwo­ru, od­da­ją­ce­go i sub­tel­ne spo­ry ora­to­rów, i bez­ład­ną ga­da­ni­nę pro­stych lu­dzi przy sto­le, w łaź­ni, na tar­gu. Owe­mu czy­tel­ni­ko­wi po­do­ba­ły się rów­nież for­my opo­wie­ści, prze­cho­dzą­cej od zwy­kłej pro­zy do po­ezji, a na­wet pa­ro­dii. Ba­wi­ły go licz­ne epi­zo­dy, wciąż zmie­nia­ją­ce się sce­ne­rie, prze­mie­sza­nie spraw po­waż­nych ze zwy­kłą głu­po­tą co­dzien­no­ści.

Ktoś za­dał so­bie trud, prze­pi­sał lub po­le­cił prze­pi­sać za­pew­ne już tyl­ko wy­bór cel­niej­szych frag­men­tów po­wie­ści. Była bo­wiem ob­szer­na, mia­ła ksiąg chy­ba szes­na­ście. Z ko­lei ta an­to­lo­gia sta­ła się pod­sta­wą dal­szych wy­pi­sów i eks­cerp­tów spo­rzą­dza­nych w wie­kach śred­nich. A nie­za­leż­nie od tego przy­ta­cza­li drob­ne ułom­ki i na­wet po­je­dyn­cze sło­wa z „Sa­ty­ri­ko­nu” ucze­ni, gra­ma­ty­cy sta­ro­żyt­ni i ko­men­ta­to­rzy, jak choć­by wspo­mnia­ny Ser­wiusz.

In­te­lek­tu­ali­ści, wier­ni daw­nym bo­gom, świa­do­mie i kon­se­kwent­nie ra­to­wa­li przed nie­uchron­ną ka­ta­stro­fą przy­najm­niej reszt­ki pi­śmien­nic­twa rzym­skie­go. Do­wo­dzą tego zwłasz­cza ich „sub­skryp­cje” (sub­scrip­tions), czy­li pod­pi­sy. Umiesz­cza­li je na koń­cu po­szcze­gól­nych ksiąg dzie­ła, ob­wiesz­cza­jąc dum­nie, kto, a nie­kie­dy też kie­dy i gdzie, je ko­pio­wał. A czy­ni­li to do­bro­wol­nie, gor­li­wie i ofiar­nie lu­dzie z naj­wyż­szych krę­gów spo­łecz­nych. Bra­li się na­wet do rze­czy ogrom­nych, jak choć­by do Li­wiu­sza „Hi­sto­rii Rzy­mu” – ksiąg po­nad sto czter­dzie­ści. Po­tem nie­któ­re „sub­skryp­cje”, choć nie sta­no­wi­ły in­te­gral­nej czę­ści da­ne­go dzie­ła, by­wa­ły prze­pi­sy­wa­ne au­to­ma­tycz­nie przez mni­chów w śre­dnio­wie­czu. Tym spo­so­bem po­boż­ni za­kon­ni­cy za­cho­wa­li bez­wied­nie pa­mięć o he­ro­icz­nym wy­sił­ku garst­ki lu­dzi, usi­łu­ją­cych w sy­tu­acji nie­mal bez­na­dziej­nej oca­lić ja­kieś ułom­ki bo­gac­twa li­te­ra­tu­ry swe­go już ga­sną­ce­go świa­ta.

Prze­pi­sa­no wte­dy mnó­stwo dzieł wiel­kich i róż­nej tre­ści; za­cho­wa­ne „sub­skryp­cje” to po­twier­dze­nie tyl­ko cząst­ki ogrom­nej, bez­in­te­re­sow­nej pra­cy ostat­nich po­gan. Ucho­dzi­ła ona wte­dy w do­mach ary­sto­kra­cji za obo­wią­zek za­szczyt­ny. Oto dłu­gi na­pis na­grob­ny wy­so­kie­go do­stoj­ni­ka z dru­giej po­ło­wy wie­ku IV, Wet­tiu­sza Ago­riu­sza Pre­tek­sta­ta. Jego żona wy­chwa­la męża, ka­pła­na i gor­li­we­go czci­cie­la oj­czy­stych bo­gów tak­że za to, że prze­pi­sy­wał i po­pra­wiał utwo­ry ła­ciń­skie i grec­kie, pro­za­icz­ne i po­etyc­kie.

A oto Am­mian Mar­cel­li­nus, Grek z po­cho­dze­nia, pi­szą­cy jed­nak hi­sto­rię Rzy­mu po ła­ci­nie, za­miesz­ka­ły u schył­ku IV wie­ku w sa­mej sto­li­cy, wspo­mi­na iro­nicz­nie o dzi­wacz­nym za­in­te­re­so­wa­niu, ja­kim zna­ko­mi­ci Rzy­mia­nie da­rzą daw­nych pi­sa­rzy. Nie w peł­ni poj­mo­wał isto­tę i wagę tego zja­wi­ska. W jego przy­pad­ku jest to po­nie­kąd zro­zu­mia­łe, jako daw­ny ofi­cer wyż­sze­go stop­nia zaj­mo­wał się głów­nie spra­wa­mi woj­ska i po­li­ty­ki, inne uwa­żał za mniej waż­ne. Słu­żąc przed laty u boku ce­sa­rza Ju­lia­na Apo­sta­ty, za­cho­wał też sym­pa­tię, choć nie bez­kry­tycz­ną, do jego po­glą­dów; stąd wy­czu­wal­ny w „Hi­sto­rii” dy­stans, miej­sca­mi na­wet jak­by iro­nicz­ny, wo­bec no­wej re­li­gii. Chciał po­zo­stać w swych są­dach i wie­rze­niach nie­za­leż­ny. To za­wsze bu­dzi sza­cu­nek, a już szcze­gól­nie w okre­sach wsze­la­kich prze­ło­mów, gdy zwy­cię­ża nowy świa­to­po­gląd. Za­zwy­czaj in­te­lek­tu­ali­ści sta­ją się wów­czas gro­mad­nie i na wy­ści­gi jego gor­li­wy­mi wy­znaw­ca­mi, po­tra­fią świet­nie prze­ko­nać na­wet sa­mych sie­bie, że za­wsze taka była ich wia­ra. Tak dzia­ło się pod ko­niec sta­ro­żyt­no­ści. Po­dob­nie mia­ło się dziać wie­lo­krot­nie w XX wie­ku, kie­dy to w tylu kra­jach do­szło do wie­lu, i to tak gwał­tow­nych, wstrzą­sów ustro­jo­wych, ide­olo­gicz­nych, re­li­gij­nych. Nie in­a­czej dziać się bę­dzie w wie­ku XXI.

Wiel­kie dzie­ło Am­mia­na za­cho­wa­ło się – nie­ste­ty, nie