Spotkajmy się w raju - Heine Bakkeid - ebook

70 osób właśnie czyta

Opis

„W tej książce jest coś, co wynosi ją ponad większość innych powieści kryminalnych”. Adresseavisen Thorkild Aske, były funkcjonariusz śledczy z przeszłością, zgadza się pomóc przy researchu do nowej książki znanej autorki kryminałów, Milli Lind. Jej poprzedni konsultant, niegdyś również policjant, został zamordowany w trakcie zbierania materiałów do powieści, której punktem wyjścia ma być rzeczywista sprawa zaginięcia dwóch nastolatek, wychowanek instytucji opieki nad młodzieżą. Szybko okazuje się, że wyobrażenia Thorkilda Aske – tak o samym zaginięciu i Milli Lind, jak o zabójstwie człowieka, po którym przejął schedę – były mylne… „Zapamiętajcie dobrze nazwisko Heinego Bakkeida. Jego drugi kryminał to fascynujące nordic noir najwyższej jakości. Antybohater Thorkild Aske wywołuje w czytelniku uczucia podobne do tych wywoływanych przez Harry’ego Hole’a z powieści Jo Nesbø, konfrontując się raz za razem ze swoimi wadami i słabościami. Fabuła i postaci wciągają tak, że trudno jest tę książkę odłożyć”. VG „Powieść kryminalna pretendująca do absolutnej czołówki swojego gatunku. Heine Bakkeid znów nie zawiódł, a ja już cieszę się na książkę numer trzy”. Harstad Tidende

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 456

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Møt meg i paradis

Copyright © Heine Bakkeid 2018

Published by agreement with Salomonsson Agency

Copyright © 2019 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2019 for the Polish translation by Karolina Drozdowska (under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Marzena Kwietniewska-Talarczyk

Korekta: Marta Chmarzyńska, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-8110-954-3

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2019

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Ostatni dzień w pracy Roberta Riverholta

– No? Co o tym sądzisz? – Milla Lind siedziała przed nim ze ściśniętymi kolanami. Miała na sobie kostium ze spodniami, włosy ułożyła we fryzurę, którą Robert Riverholt znał doskonale z okładek jej książek. Jej głos był zawsze łagodny i miły dla ucha, nie wywyższała się ani nie wchodziła mu w słowo jak jego inni klienci. Nie zadawała bezrefleksyjnych pytań, nie przeciągała niepotrzebnie rozmowy. Milla Lind pytała, bo chciała poznać konkretne fakty. To właśnie mu się w niej najbardziej podobało. To, a także jej oczy.

– Niezłe. – Oddał jej wydruk i odchylił się na krześle. Przeczesał włosy palcami, posyłając jej uśmiech. – Nie mogę się doczekać dalszego ciągu.

– Genialnie! – Siedzący na sofie w głębi mieszkania Pelle Rask, szwedzki agent Milli, pokiwał z entuzjazmem głową. Nie podniósł nawet wzroku znad swojego iPada. Robert stwierdził, że Pelle musiał podpatrzyć sposób noszenia się agentów nieruchomości handlujących domkami wakacyjnymi na Gran Canarii. Miał błyszczące od brylantyny, półdługie, zaczesane do tyłu włosy, kilka górnych guzików przesadnie obcisłej koszuli zostawił rozpięte.

Milla zerknęła bez słowa w kierunku sofy, po czym odwróciła się znów do Roberta.

– Chciałabym zakończyć cykl, w momencie kiedy w życiu Augusta Mugabe pojawia się Gjertrud – zaczęła, okręcając pasmo włosów wokół palca, jak to miała w zwyczaju. – W chwili, gdy wszystko się zmienia.

Na początku, gdy Robert poznał Millę, uznał ten nawyk za objaw nerwowości. Zdawało mu się, że bawiła się włosami, by pokryć w ten sposób brak pewności siebie. Teraz już wiedział, że się pomylił.

– To wtedy zniknęła jego córka, prawda?

– Tak – odparła Milla.

Robert potoczył wzrokiem po suficie, za szybami zamontowanych w nim okien jaśniało bezchmurne słoneczne niebo.

– Uważam, że to by było godne zakończenie całego projektu.

– August przypomina mi ciebie. – Milla zostawiła włosy w spokoju i wsunęła sobie między wargi złocone pióro. Potrzymała je tam kilka sekund, po czym wyjęła je i postukała nim parę razy o udo. – Z każdym dniem coraz bardziej.

– O rany! – Robert zaśmiał się wymuszonym śmiechem. „Zabrnąłem w to za daleko – pomyślał, starając się zapanować nad mięśniami twarzy. – Zdecydowanie za daleko”.

Milla nie spuszczała z niego wzroku.

– Nie wiem, czy było tak zawsze, czy to po prostu ja sprawiłam, że się do ciebie upodobnił.

– No cóż, lepiej nikomu o tym nie opowiadaj. – Robert mrugnął, poklepał się po udach i wstał. Skinął głową siedzącemu na sofie Pellemu, po czym ruszył do holu, w którym przystanął na chwilę i się odwrócił. – Do zobaczenia w Tjøme dziś wieczorem. Zwołałaś załogę, prawda?

– Tak. – Milla podeszła do niego z wydrukiem w dłoni. – Wszyscy przyjadą. – Nabrała powietrza. – Udało ci się coś ustalić? Coś nowego?

– Wieczorem, Millo. Pogadamy o tym wieczorem.

Ulice zalane były słońcem. Jego promienie przeciskały się pomiędzy budynkami, sprawiając, że ulice Oslo zdawały się takie piękne. Robert Riverholt zaczął patrzeć na miasto zupełnie inaczej, po tym jak wypisał się z wyścigu szczurów i postanowił pracować na własną rękę. Szedł tak oczarowany jego architekturą i akustyką, że nie usłyszał miarowego kroku za swoimi plecami, nie zauważył cienia, który dopadł go, w chwili gdy skręcał w boczną uliczkę obsadzoną pełnymi dostojeństwa starymi drzewami. Poczuł tylko lufę pistoletu przyciskającą się do tyłu głowy i usłyszał metaliczny dźwięk iglicy uderzającej w spłonkę. W następnej chwili zgasło słońce.

CZĘŚĆ ICi, co tęsknią

Rozdział 1

Nigdy nie lubiłem tego przejściowego okresu pomiędzy zimą a wiosną. Drzewa są nagie i powykręcane, przypominają mi zmutowane rośliny wyrosłe z ziemi po wojnie nuklearnej. Całe Stavanger tonie w niekończących się strugach deszczu, dominują szarości i zieleń wyrzuconych przez morze wodorostów.

W biurze Urzędu Pracy położonym przy Klubbgata, w samym niemal sercu miasta, kręci się więcej ludzi niż wcześniej. Sofa w poczekalni jest zajęta, twarze dookoła stężały w permanentnym wyrazie oczekiwania na kolejną porażkę.

– Thorkild Aske. – Uścisk dłoni Iljany nie zmienił się od naszego ostatniego spotkania. Jest być może nawet jeszcze bardziej wiotki i chłodny, czuję się, jakbym podawał rękę leżącym w kostnicy zwłokom. – Bardzo miło cię widzieć – mówi Iljana zupełnie bez przekonania i zapada się w nowe, błękitne biurowe krzesło z ergonomicznym oparciem.

– A mnie jeszcze milej – odpowiadam i zajmuję miejsce.

– Pamiętasz swój numer ewidencyjny?

– Oczywiście. – Na biurku między nami stoi misa plastikowych bananów, równie przygnębiająca jak zawsze. Widzę, że bananom towarzyszy teraz kiść plastikowych winogron i sztuczna gruszka, co jednak nieszczególnie wpływa na ogólne depresyjne wrażenie, jakie robi ta dekoracja.

– A mógłbyś mi go podać? – Urzędniczka huśta się na krześle, widać, że jest już trochę poirytowana.

Wyrzucam z siebie ciąg cyfr, Iljana odwraca wzrok od mojej zniszczonej twarzy, przenosząc go na ekran komputera.

– Z tego co rozumiem, nie chcesz się już ubiegać o zasiłek przejściowy, interesuje cię pełna renta inwalidzka?

– Owszem. – Podaję jej kopertę, którą ze sobą przyniosłem. – Naradziłem się z moją grupą wsparcia i doszedłem do wniosku, że to jedyne sensowne rozwiązanie.

Iljana zsuwa okulary z koniuszka nosa.

– Po tym, co się zdarzyło, kiedy…

– Odwiedziłem zeszłej jesieni moją siostrę na północy kraju, czy o to chodzi?

– Próbowałeś wtedy… – urzędniczka spogląda na mnie z wahaniem – odebrać sobie życie?

Kiwam głową.

– Nawet dwa razy. Cała dokumentacja jest w tej kopercie.

Iljana chrząka i zaczyna przeglądać papiery.

– No tak. Widzę, że w jednym przypadku użyłeś do tego… – podnosi wzrok – harpuna?

– Nie dawałem sobie rady z presją.

– Presją… z czyjej strony? Nas? Urzędu Pracy?

Znów kiwam głową.

Ulf, mój przyjaciel i psychiatra, doszedł do wniosku, że czas zagrać o wysoką stawkę. Pełna renta inwalidzka. Razem z moim lekarzem rodzinnym wysmażył nawet pismo, z którego wynika, że naciski Urzędu Pracy, bym rozpoczął karierę konsultanta call center w Forus doprowadziły mnie do dwóch nieudanych prób samobójczych, przy czym jedna polegała na tym, iż wskoczyłem do morza, druga zaś – na postrzeleniu się harpunem w dłoń i pierś. Nigdzie oczywiście nie wspominamy ani słowem o sprawie, w którą wmieszałem się na północy kraju. Ulf zagroził nawet, że pójdzie do mediów, jeśli Urząd Pracy nadal będzie naciskał na jego pacjenta, człowieka z poważnym urazem neurologicznym, nękanego myślami samobójczymi i wymagającego stałej opieki.

– No dobrze. – Iljana nadal przegląda dokumenty. – Wygląda na to, że z naszej strony mamy wszystko, czego potrzeba, by uruchomić procedury. – Zbiera papiery i wkłada je z powrotem do koperty, po czym splata dłonie na kolanach.

– I co teraz będzie? – pytam, pocierając bliznę na dłoni. Miejsce, w które wbił się harpun, nadal mnie czasem pobolewa, zwłaszcza w deszczowe dni. A w Stavanger pada prawie bez przerwy.

– Cóż – zaczyna urzędniczka, przyciskając do siebie kciuki. – Następnym krokiem jest diagnostyka neuropsychologiczna.

– A na czym ona polega?

Iljana odwraca głowę w moją stronę, ale nie patrzy mi w oczy.

– To seria testów badających zdolności kognitywne. Dostaniesz od nas wezwanie w najbliższych tygodniach.

– Dziękuję – mówię i wstaję z krzesła.

Urzędniczka posyła mi wyćwiczony uśmiech, choć jej oczy pozostają przy tym martwe. Pochyla się nad misą z plastikowymi owocami.

– Staraj się prowadzić spokojny tryb życia. Pamiętaj o swoich ograniczeniach. I nigdzie nie wyjeżdżaj, dopóki nie postawimy diagnozy.

– Nigdy w życiu – zapewniam. – Będę spędzał wyłącznie spokojne wieczory w moim mieszkaniu, oddając się kontemplacji nad niezbadanymi wyrokami życia, a także Urzędu Pracy.

Iljana kręci nieznacznie głową i odwraca się do ekranu komputera, ja zaś opuszczam jej biuro.

Komórka zaczyna dzwonić, zanim jeszcze wyjdę z budynku.

– Już po wszystkim? – Głos Ulfa jest pełen napięcia, w tle słychać warkot silnika i Arję Saijonmaa wznoszącą dziękczynną pieśń, w której chwali życie.

– Po wszystkim.

– I?

– W ciągu paru tygodni mam dostać wezwanie na badania neuropsychologiczne.

– Świetnie, świetnie – intonuje Ulf niczym kapłan na nabożeństwie. – Czyli wszystko ruszyło. Dobrze, dobrze… – Następuje krótka pauza, słyszę, jak Ulf wrzuca kierunkowskaz, nucąc przy tym i żując zapamiętale kolejną nikotynową gumę. – Ból jest po to, by odróżnić radość od smutku…

Kiedy wróciłem z Tromsø, Ulf kazał mi odstawić niemal wszystkie leki. Chcąc dać mi dobry przykład, sam zrezygnował równocześnie ze swoich marlboro. Pociągnęło to za sobą zupełnie nieodpowiedzialne użytkowanie plastrów i gum z nikotyną. Obaj uświadomiliśmy sobie dość szybko, że mój przyjaciel napytał sobie tą decyzją nie lada biedy. Nie może się teraz poddać papierosowemu głodowi, bo musiałby jednocześnie pozwolić mi wrócić do leków. I tak prowadzimy ze sobą obecnie coś w rodzaju niewypowiedzianej wojny pozycyjnej, polegającej na tym, że ja czekam, a Ulf żuje.

– Spakowałeś się na jutro? – pyta mój przyjaciel, gdy mam już odkładać słuchawkę.

– Jasne. Wszystko gotowe i dopięte na ostatni guzik.

– Mam nadzieję, że nie wrzuciłeś do walizki ekspresu do kawy, jak ostatnim razem? Ani innych tego typu bzdur? Nie stać cię na kolejne wygłupy, Thorkildzie.

– Przywiozę tylko ubrania i uczciwe zamiary. Wygłupów nie przewiduję.

– Współpraca z Millą Lind to fantastyczna szansa, może ostatnia, która ci się…

– Naprawdę. Obiecuję.

– A tak w ogóle, Doris bardzo się cieszy na spotkanie z tobą. Nie zna jeszcze żadnego prawdziwego Islandczyka.

– To nie wiem, czy pozna – odpowiadam. – Ja jestem Islandczykiem tylko w połowie, przecież to wiesz. I nie byłem na Islandii jakieś dwadzieścia lat.

– Jeden grzyb. Najważniejsze, że ona naprawdę się cieszy.

– Słuchaj, Ulf… – zaczynam i mrużę oczy, oślepiony promieniami wiosennego słońca, które przeciskają się między deszczowymi chmurami nad budynkiem Urzędu Pracy w centrum Stavanger. – W sprawie tego obiadu…

– Nawet nie próbuj. Ja zapraszam, ty przychodzisz. Żadnych wymówek, nie tym razem… I wszystkie pieśni są pieśnią jedną… A, przy okazji – dodaje Ulf, przerywając na chwilę duet z Arją. – Kup po drodze trybulę.

– Co?

– Trybula. Przynieś ze sobą trybulę.

– A co to takiego?

– Trybula – warczy Ulf do słuchawki. Jego szczęki pracują na wysokim biegu. – Coś jak pietruszka. Wpadnij po drodze do marketu. Na pewno to tam mają.

– Muszę?

– I wszystkie pieśni są jak… Owszem – rzuca mój przyjaciel i się rozłącza.

Rozdział 2

– Ulf wspominał, że jesteś impotentem. – Doris posyła mi pytające spojrzenie. Siedzimy przy kuchennym stole w willi Ulfa w Eiganes. Nowa partnerka mojego przyjaciela ma pięćdziesiąt siedem lat, jest pochodzącą z Niemiec seksuolożką i prowadzi poświęconego tej tematyce bloga.

– Nie, że jest, tylko że mi się tak wydaje. – Ulf sieka gorączkowo trybulę na kuchennym blacie. Ma na sobie szeroki kaftan bez rękawów, dostrzegam plaster nikotynowy na jednym z jego ramion.

Doris rozrywa bułkę palcami i układa jej kawałki na półmisku obok głębokiego talerza. Ulf przyskakuje do niej z garścią trybuli, którą sypie jej do zupy. Kobieta chwyta kawałek bułki i używa go do zatopienia zielonych listków w mętnej cieczy. Wkłada go następnie do ust i przeżuwa z zapałem.

– A powiedz, często się onanizujesz?

Wgapiam się w swój talerz, udając, że nie dosłyszałem pytania.

– Thorkild się nie onanizuje – wtrąca Ulf usłużnie, po czym nalewa nam wina i siada przy stole.

Doris zatapia w zupie kolejny kawałek pieczywa, przyglądając mi się zmrużonymi oczami.

– To skąd wie, że jest impotentem?

– O to właśnie chodzi. – Ulf zlizuje zielonkawy sok ze swoich palców. – On tego nie wie. Sam buduje sobie te bariery, te przeszkody nie do pokonania, by tylko nie musieć się angażować w jakiekolwiek życie poza czterema ścianami swojego mieszkania. Aske ucieka od wszystkiego, co miałoby jakikolwiek związek z międzyludzką interakcją.

– Taki ze mnie współczesny pustelnik – mówię w desperackiej próbie obrócenia tej absolutnie koszmarnej rozmowy w żart. Chwytam kieliszek i opróżniam go jednym haustem. Doris splata dłonie i opiera na nich brodę. Włosy ma krótko ścięte, ufarbowane na rudo i sterczące na wszystkie strony w nowoczesnej fryzurze przywodzącej na myśl kompozycję z kwiatów ułożoną przez florystkę cierpiącą na chorobą afektywną dwubiegunową. Jej wargi są wąskie, uszminkowane na czerwono, blada skóra zwisa luźno fałdami, Doris nie jest gruba ani nalana, wygląda raczej, jakby bardzo szybko zrzuciła wagę, nie dając skórze czasu, by za nią nadążyła. Wydaje się zadowolona zarówno z siebie samej, jak i z wydekoltowanego stroju, który wybrała na ten wieczór odpytywanek.

– A próbowałeś może wymyślić sobie seksualny scenariusz, wyobrażać sobie sytuacje czy ludzi, którzy zazwyczaj stymulują u ciebie reakcję seksualną i – co za tym idzie – erekcję?

– Nie wiem… – odpowiadam z wysiłkiem, po raz kolejny zawieszając wzrok na talerzu z zupą. Słodkawy zapach i zielonkawa oleista ciecz przywodzą mi na myśl wyrzucone przez morze algi. – Cóż… co mam powiedzieć…

Doris kończy jeść i wyławia ze swojej torebki papierosa, którego zaraz zapala. Ulf spogląda tęsknie na jego żarzący się koniec.

– Musisz się odważyć fantazjować – ciągnie Doris. – Uwolnić swoją chuć. – Odchyla się do tyłu i wydmuchuje chmurę dymu w kierunku sufitu. – Człowiek potrafi czasem tak ją wyprzeć, że sam nie ma do niej dostępu. Ucisk seksualny nie jest wyłącznie feministycznym wymysłem. Nie zawsze stosują go wobec nas inni ludzie. – Zaciąga się dymem, który po chwili znów z zadowoleniem wypuszcza. – Mogę ci polecić kilka ćwiczeń do wypróbowania, gdy będziesz sam.

– Dzięki – mamroczę, mieszając bez przekonania zupę. – To bardzo miło z twojej strony.

Ulf odwraca się nieszczęśliwy od Doris i jej papierosa, muskając palcami plaster na ramieniu. Wbija we mnie wzrok.

– Może obgadamy ostatni raz to, co czeka cię jutro w Oslo?

– OK – odpowiadam szczęśliwy, że wreszcie możemy zmienić temat i że Ulf cierpi najwyraźniej tak samo jak ja.

– Uwielbiam jej książki – mruczy Doris z zadowoleniem. – Niewielu autorów potrafi stworzyć tak udaną postać jak Gjertrud, żona Augusta Mugabe. Czytałeś w ogóle jakieś książki Milli?

Kręcę głową.

– Cóż – ciągnie Doris, strzepując popiół do talerza po zupie. – Milla Lind jest bezdyskusyjną królową kryminałów nie tylko w krajach nordyckich, Niemcy też ją kochają.

Ulf zaczyna jej wtórować, chłepcząc swoją zupę:

– Napisała tuzin książek o przygodach melancholijnego lensmana o dźwięcznym nazwisku August Mugabe, męża kobiety, która próbowała go dwukrotnie zamordować.

– Trzykrotnie – kontruje Doris.

– Co? – Ulf wypuszcza z rąk łyżkę i patrzy z irytacją na nią oraz jej papierosa. – Nie, to były dwa razy. Pierwszy wtedy…

– Żona Mugabe chciała go zabić trzykrotnie. – Doris dolewa sobie wina. – W pierwszym tomie go truje, w czwartym podpala domek wakacyjny, zostawiając go w środku naćpanego środkami nasennymi, a w ósmym…

– Nie – przerywa jej Leif. – Najemny morderca, który próbuje go zamordować w ósmym tomie, działa na zlecenie Brandta, skorumpowanego szefa Mugabe. Przecież sam mówi przed oddaniem strzału, że przesyła pozdrowienia od starego przyjaciela. Gdyby najęła go Gjertrud, facet powiedziałby, że przynosi prezent od kogoś, kogo August kiedyś kochał.

Ulf patrzy na mnie i kiwa energicznie głową, zupełnie jakby chciał, bym potwierdził tę jego tezę. Nie mam zamiaru udzielać jakiegokolwiek wsparcia facetowi stojącemu pomiędzy mną a moimi tabletkami, dlatego ignoruję go zupełnie i przenoszę wzrok z powrotem na Doris.

– Ależ to właśnie te słowa identyfikują Gjertrud jako morderczynię – upiera się seksuolożka. – Stwierdzenie, że pozdrowienia przesyła stary przyjaciel, ma być ostateczną obelgą od niemal siedemdziesięcioletniej kobiety pogardzającej mężem, który nie chciał dać jej dziecka. Podobnym symbolem są zimne kartofle, które zawsze podaje mu na obiad. To metafora emocji bezdzietnej kobiety przystrojonej w żałobę i pełną żalu gorycz.

Ulf mlaska i przeżuwa.

– Hm, cóż, może i masz rację. – Znów odwraca się do mnie. – Jak wiesz, poprzedni konsultant Milli, Robert Riverholt, został zastrzelony przez swoją byłą żonę jakieś pół roku temu, na ulicy, w biały dzień. Milla Lind bardzo to przeżyła i nic od tamtego czasu nie napisała. Poznałem jej psychiatrę na seminarium o terapii żałoby w Fornebu. Milla i jej poprzedni konsultant ledwie zaczęli pracę nad projektem, a ona potrzebuje pomocy, by ukończyć swoją ostatnią książkę o Auguście Mugabe. Na tę powieść czekają fani na całym świecie, Aske.

– I w tym momencie do akcji wkraczam ja? – konkluduję. – Jako konsultant kryminalny, cokolwiek by to miało znaczyć.

– Dziesięć dni u boku królowej kryminałów, trzy i pół tysiąca koron dziennie – dodaje Ulf, unosząc kieliszek w geście toastu.

– Wolę już to niż odlewanie świec w dotowanej fabryce na Auglendsmyrå, gdzie pewnie oddelegowałby mnie Urząd Pracy – odpowiadam.

– Skierowanie na te badania neuropsychologiczne dostaniesz i tak dopiero za parę tygodni, a to najspokojniejsza i najbezpieczniejsza praca, jaką można sobie wyobrazić. Podróże po kraju w towarzystwie Milli Lind – szkoda, że nie mogę wypisać na to recepty każdemu mojemu pacjentowi.

– Dzięki – odpowiadam oschle i dopijam wino. – Pieniądze na pewno mi się przydadzą.

– Jasna, kurwa, sprawa – przyznaje mi rację Ulf, po czym zwraca się do Doris: – Wydaje mi się, że Gjertrud będzie próbowała zabić Augusta Mugabe także w tej ostatniej książce. I że cykl zakończy scena, w której jej się to udaje. Co? To by dopiero było!

– Oczywiście. – Doris sięga po kolejnego papierosa. – Tego właśnie bym oczekiwała.

Ulf odchyla się demonstracyjnie na krześle, unosi do ust talerz z zupą i wypija jej resztki.

– Masz się z nimi spotkać jutro o pierwszej w Bristolu – dodaje na koniec. Wyjmuje z kieszeni opakowanie gumy nikotynowej i wrzuca sobie do ust dwie czy trzy drażetki. – Lot do Oslo masz o wpół do dziewiątej, więc pamiętaj, żeby nastawić budzik. Zadzwonię do ciebie na wszelki wypadek i sprawdzę, czy jesteś gotowy. Jeśli chcesz, możemy przyjrzeć się twojej liście leków, na wypadek gdybyś chciał o czymś porozmawiać.

– Przecież wiesz, czego bym chciał – odpowiadam chłodno, odstawiając kieliszek.

– Tamte czasy już minęły – odpowiada Ulf, wypychając policzki językiem i bębniąc palcami o porcelanę. – Dla nas obu. – Wstaje i zaczyna sprzątać ze stołu. – Sam sobie na to zapracowałeś w Tromsø. Ale jeśli sądzisz, że nie jesteś na to gotów, to będę musiał to uszanować. W końcu nie dalej jak pół roku temu byłeś w kompletnej rozsypce, więc możemy równie dobrze…

– Nie, ja chcę lecieć do Oslo – odpowiadam. – Pomyślałem tylko, że dobrze byłoby mieć coś w zanadrzu, może chociaż opakowanie oxynormu albo…

– Zapomnij. Możesz dostać neurontin, risperdal i cipralex na stany lękowe. Żadnego sobrilu, żadnego oxy. Taka była umowa.

– Cipralex jest dla dzieci.

Ulf wykrzywia twarz i wypluwa gumę do zlewu, po czym wyciska z listka dwie kolejne drażetki.

– A dla kogo jest, kurwa, twoim zdaniem to? – Podsuwa mi pod nos otwartą dłoń z gumami. – Obaj postanowiliśmy coś poświęcić dla dobra naszego zdrowia. Skoro ja sobie radzę, poradzisz sobie i ty.

– A jeśli nie będę mógł zasnąć?

– To wypijesz kubek herbatki rumiankowej i napiszesz o tym wiersz.

Doris wrzuca żarzącego się papierosa do talerza po zupie.

– Czy to nie zbyt duże ryzyko, posyłać go tam tylko z cipralexem?

Ulf prycha i ładuje sobie gumy do ust.

– W żadnym razie. Nie może zabrać pigułek, o które prosi, właśnie przez to, co się zdarzyło ostatnio.

Kręcę zrezygnowany głową i wstaję, by sobie iść. Doris podchodzi do mnie i kładzie dłoń na moim ramieniu.

– Wracając do naszej rozmowy… Może mógłbyś poświęcić trochę czasu w podróży na odnalezienie swojej seksualności. Odważ się szukać, fantazjuj i potem to analizuj. – Przerywa na chwilę, po czym spogląda na mnie z półuśmiechem i pyta: – Myślisz, że miałbyś na to ochotę?

– Ulf twierdzi, że fantazjowanie jest dla mnie groźne – odpowiadam.

– No cóż… – Moja rozmówczyni zaciska wargi, ściągając przy tym fałdki w kącikach ust. – Należy podejmować refleksję, zastanawiać się, gdzie prowadzą nas nasze fantazje i – co nie mniej ważne – którym z nich warto się oddawać. Ale wiesz, masz też prawo zachowywać je dla siebie, z nikim się nimi nie dzielić. Tak długo, jak czujesz, że coś ci one dają, nie krzywdząc przy tym ciebie ani innych ludzi.

– Masz rację. – Posyłam jej coś w rodzaju uśmiechu i ściskam jej dłoń. – Tak długo, jak nikogo to nie krzywdzi.

Rozdział 3

Autobus numer dziewięć do Tananger jest kompletnie pusty, siedzimy w nim tylko ja i kierowca. Na dworze zapadła ciemność, za oknami migają żółtawe światła latarni, autobus kołysze się łagodnie z boku na bok, zupełnie jakby był statkiem mknącym przez ten ciepły wiosenny wieczór. Drzewa zdążyły już wypuścić świeże liście, na pasie trawy pomiędzy szosą a chodnikiem kwitną pierwsze podbiały. Wytaczamy się z miasta i ruszamy na zachód.

Wysiadam na przystanku naprzeciwko starej kaplicy. Parking jest opustoszały. Zza rosnących na tyłach zabudowań żywopłotów przeciskają się blade światełka lampek.

Wchodzę na ścieżkę prowadzącą na cmentarz i zaraz przystaję. Widzę przed sobą świeże brązowe kopce ziemi przystrojone kwiatami, płyty nagrobne ze złotymi napisami, wyryte na nich anioły i ptaki oświetlane są przez płomienie zniczy i pochodni. Po bezksiężycowym niebie pędzą ołowiane chmury znad morza. Od mojego powrotu z Tromsø byłem tu już wielokrotnie. Za pierwszym razem po prostu tutaj stałem, nie wchodząc na sam cmentarz.

Idę wzdłuż ogrodzenia, kroczę ścieżką pomiędzy mogiłami, aż w końcu docieram we właściwe miejsce. Mój wzrok pada na jej nagrobek i owiewa mnie lekki podmuch wiatru, zmuszając, bym się zatrzymał. Czwarta z kolei mogiła od strony ścieżki, po obu jej stronach stoją znicze. Pali się tylko jeden z nich. Zamieram bez ruchu, wgapiając się w czarny granit.

– Po ciemku jest tu najpiękniej – odzywa się nagle głos za moimi plecami.

– Co? – Odwracam się gwałtownie i patrzę prosto w zmrużone oczy starszego mężczyzny ubranego w płaszcz i kapelusz. Stoi kilka kroków za mną, trzyma na smyczy kudłatego psa. – Przepraszam, co pan powiedział?

– Cmentarz – odpowiada nieznajomy łagodnym głosem. – Ja też zazwyczaj przychodzę tu wieczorami. Po ciemku nie wydaje się taki opustoszały. Poza tym uważam, że światełka bardzo go upiększają, nawet gdy pada i wieje.

– Tak. – Stawiam kołnierz kurtki. – Są bardzo ładne.

– Ma pan tu kogoś z rodziny?

– Nie, ona… – zaczynam, ale zaraz milknę.

– Tam leży moja żona. – Mężczyzna wskazuje skinieniem głowy rząd nagrobków po drugiej stronie ścieżki. – Jestem wdowcem już prawie siedem lat. Moja córka chciała, żebym kupił sobie psa. – Uśmiecha się, spoglądając na zwierzę u jego stóp. – Dla towarzystwa. Dobrze jest mieć kogoś, kto wypełnia pustkę, umila czekanie na dzień, w którym znów się spotkamy. – Spogląda na mnie wzrokiem, w którym jaśnieje niezbita pewność. – W raju.

Kiwam nieznacznie głową.

– A pan ma psa?

– Co?

– Psa, czy ma pan…

– Nie, ale biorę leki antydepresyjne.

– Ach? I co, pomagają?

– Sam nie wiem – mamroczę, patrząc znów na nagrobek Frei.

– No cóż – rzuca mężczyzna, gdy pies zaczyna ciągnąć za smycz. Odchodzi z nim i po chwili znika w ciemnościach.

Odczekuję jakiś czas, po czym postępuję o krok naprzód, wchodzę na miękką trawę. Ziemia pod moimi stopami wydaje się zmarznięta, zupełnie jakby zima jeszcze tu nie odpuściła. Wracam pospiesznie na ścieżkę. Wybiegam z cmentarza, kierując się z powrotem na parking.

Rozdział 4

Oslo wita mnie wilgotną aurą, wiosenne powietrze jest dużo chłodniejsze niż w Stavanger, gdzie nad miastem zaczyna się już unosić aromat krowiego nawozu, nawiewany znad Jæren. W restauracji hotelu Bristol zostaję odesłany do szatni, oddaję kurtkę pracującej tam kobiecie, otrzymując w zamian kwit. Wracam do holu. W ogrodzie zimowym i barze pełno jest ludzi, słychać wygrywaną na fortepianie melodię, unosi się tu silny zapach palonych ziaren kawy i kotletów mielonych ze smażoną cebulą. Toczę dookoła wzrokiem, zatrzymując w końcu spojrzenie na kobiecie i dwóch mężczyznach przy stoliku zasłoniętym częściowo wielkimi roślinami w donicach. Kobieta uśmiecha się i macha mi ręką, jej towarzysze patrzą na mnie z pełnym sceptycyzmu zaciekawieniem.

Odwzajemniam niezdarnie pozdrowienie, po czym ruszam w ich kierunku.

– Pan Aske, prawda? – pyta kobieta i wstaje. – Czekaliśmy na pana.

Kiwam głową i podaję jej rękę.

– Eva – przedstawia się moja rozmówczyni. – Jestem redaktorką Milli.

– Thorkild Aske.

– Pelle Rask – mówi młodszy z dwóch facetów, nie wstając od stołu. – Agent Milli. Pracuję w agencji Gustavsson zarządzającej zagranicznymi prawami do jej książek.

– Halvdan – rzuca starszy mężczyzna i dźwiga się z krzesła. – Dyrektor wydawnictwa.

– Jedzie pan potem do Tjøme? – zaczyna Eva, gdy wszyscy siedzimy już na swoich miejscach.

– Owszem – odpowiadam. – Taki jest plan.

– Świetnie, świetnie. – Halvdan chwyta widelczyk i rzuca się na dwupiętrową napoleonkę. – Zobaczy pan, wszystko wyjdzie doskonale.

– Ona się chyba bardzo cieszy na spotkanie z panem – dodaje Eva. – Ale stwierdziliśmy, że będzie najlepiej, jeśli spotkamy się najpierw we czwórkę i przedyskutujemy pewne kluczowe kwestie.

Do stolika podchodzi kelner z niewielkim imbryczkiem kawy i filiżanką, którą przede mną stawia.

– Czyli tak – zaczyna Halvdan pomiędzy kolejnymi kęsami ciastka. – Jest pan byłym specem od przesłuchań w Jednostce Specjalnej do spraw Policji. – Zawiesza widelczyk w powietrzu i spogląda na mnie spod krzaczastych brwi, najwyraźniej oczekując ode mnie jakiegoś komentarza.

– Zgadza się. Ale już dawno tam nie pracuję – dodaję. Cała trójka mierzy mnie wzrokiem i kiwa głowami. Najwyraźniej zaznajomili się dość dokładnie z moją historią zatrudnienia. – Odebrano mi stanowisko po pewnym zdarzeniu przed kilkoma laty, przesiedziałem po nim trochę czasu w więzieniu w Stavanger.

– A teraz jest pan wolnym strzelcem – konkluduje dyrektor wydawnictwa, po czym wraca do napoleonki, przełyka kolejny jej kęs i celuje widelczykiem w Evę. – Czy to nie Viknes-Eik napisał przypadkiem taki esej o pokucie za grzechy?

– Tak. Tekst miał tytuł Wypaść z łask – odpowiada Eva, upijając łyk wina ze swojego kieliszka. – Bardzo zajmujący.

– Wypaść z łask, no właśnie. Wstrząsająca lektura. – Halvdan macha widelczykiem niczym wahadełkiem. – Czytał pan?

Kręcę głową. Mógłbym powiedzieć, że wiem niejedno o upadkach i katastrofach w wymiarze zarówno zawodowym, jak i emocjonalnym, że mam w Stavanger psychiatrę twierdzącego czasem, że jeszcze nie skończyłem upadać, ale nie chcę robić tak fatalnego wrażenia na pierwszej randce, nie sądzę również, by ogród zimowy i hotelowy bar były dobrym miejscem na taką duchową wiwisekcję pod płaszczykiem niezobowiązującej pogawędki.

Dyrektor wydawnictwa obraca powoli widelczyk wokół własnej osi i przymyka oczy.

– Autor manifestuje swój absolutny brak wiary w wyroki sądowe i więzienną odsiadkę, opisuje za to romantyczną wizję społeczeństwa, w którym potrzeba pokuty rodzi się w ludzkiej duszy.

– W mych oczach dojrzysz me granice – dodaje Eva.

– Właśnie – komentuje z namaszczeniem Halvdan. – Dokładnie tak.

– Będzie pan musiał podpisać oświadczenie o dochowaniu tajemnicy zawodowej – wtrąca szwedzki agent Milli. – Nie wolno panu rozpowszechniać żadnych informacji o jej kolejnej książce, lecz także o niej samej i jej życiu prywatnym.

Kiwam głową.

– Proszę mi opowiedzieć o Robercie Riverholcie – mówię, upijając łyk kawy. – Poprzednim konsultancie Milli. Z tego, co zrozumiałem, to on…

– Został zastrzelony – wtrąca dyrektor wydawnictwa. – Straszna sprawa. Wszyscy byliśmy nią wstrząśnięci.

– Riverholt był byłym policjantem z burzliwą przeszłością. – Pelle muska palcem ucho swojej filiżanki. – Jego żona chorowała, zastrzeliła go w biały dzień, po czym odjechała autem z miejsca zbrodni i popełniła samobójstwo na parkingu przy Maridalsvannet.

Eva kładzie delikatnie dłoń na mojej ręce.

– Ta tragedia nie miała żadnego związku z wydawnictwem ani z Millą. Ale rozumiem, że może pan być zaniepokojony. Milla też nie mogła dość do siebie. Nie napisała ani jednego…

– No cóż – chrząka Pelle Rask, wyjmując z teczki plik kartek, który przesuwa po blacie w moją stronę. – Gdyby mógł pan to przejrzeć i podpisać, zanim przejdziemy do kolejnych spraw…

Biorę papiery i zaczynam czytać, dyrektor wydawnictwa pozdrawia skinieniem głowy grupę przechodzących nieopodal mężczyzn.

– Na razie rozmawiamy o tygodniu – mówi Pelle, gdy kończę przeglądać dokumenty. Podaje mi długopis. – Połowę honorarium płacimy z góry, drugie pół – po zakończeniu zlecenia. Gdyby doszło do opóźnień lub gdyby Milla potrzebowała pana przez dłuższy czas, będziemy kontynuować współpracę z tą samą stawką, jeśli to panu nie przeszkadza. Pokrywamy także koszty przejazdów, więc proszę zbierać paragony.

– No tak. – Dyrektor wydawnictwa odkłada widelczyk i patrzy na mnie, gdy odsuwam od siebie podpisane oświadczenie o dochowaniu tajemnicy. – Chciałby pan pewnie usłyszeć, o co tak naprawdę tu chodzi?

Kiwam głową. Faktycznie, ciekawi mnie, czego właściwie chce ode mnie ta Milla Lind. Przede wszystkim jednak jestem zainteresowany, co się wydarzy po zakończeniu tego zlecenia. Jakaś część mnie naprawdę wierzy, że Ulf powita mnie na lotnisku z otwartymi ramionami oraz kieszenią pełną wystawionych cyfrowo recept i powie: Och, mój drogi Thorkild naprawdę wspaniale się spisał, proszę, oto twój sobril i twoje oxy, zasłużyłeś na trochę rozrywki, pozdrów ode mnie Frei i swoją kawalerkę, do zobaczenia po drugiej stronie. Bo to tak naprawdę jedyny powód, dla którego zgodziłem się wyjść do ludzi. Wierzę, że to coś zmieni.

– Zna pan książki o Auguście Mugabe?

– Tak naprawdę to nie.

– Cóż, Milla Lind jest jednym z naszych najlepiej sprzedających się autorów, jej książki wydawane są w ponad trzydziestu krajach, w skali światowej sprzedała już jakieś dziesięć milionów egzemplarzy. W związku z promocją jej ostatniej książki, Jaskółczego serca, nasze wydawnictwo ogłosiło, że ruszyły już prace nad ostatnią powieścią z cyklu o Auguście Mugabe. Ledwie zaczęła ten projekt, gdy prace przerwała śmierć Roberta.

– Od tamtego dnia nic nie napisała – wtrąca Eva. – Milla wpadła w głęboką depresję, dopiero ostatnio zaczęła się czuć na tyle dobrze, by wrócić do pracy.

– Milla i Robert odkopali autentyczną sprawę zaginięcia – mówi Pelle. – To ona miała stanowić tło nowej książki.

– Jaką sprawę? – pytam.

– Zeszłej jesieni zaginęły dwie piętnastolatki, pensjonariuszki zakładu opieki nad młodzieżą pod Hønefoss. Pewnego ranka wsiadły do auta przed zakładem i słuch o nich zaginął. Zdaniem policji wybierały się na Ibizę, bo tam też uciekły poprzedniego roku.

– To było właściwie całkiem cwanie pomyślane – mruczy dyrektor wydawnictwa. – W książce Milli miało się okazać, że ta sprawa powiązana jest bezpośrednio z konfliktem pomiędzy Augustem Mugabe i jego żoną, która próbowała dwukrotnie pozbawić go życia.

– A nie trzykrotnie? – pytam.

– Czyli jednak coś pan czytał – rzuca dyrektor wydawnictwa i wybucha głośnym śmiechem. – Wie pan, Milla nie chce potwierdzić ani zaprzeczyć, że to małżonka bohatera stoi za tym wystrzałem z Fiołkowego łoża.

– Od zabójstwa Roberta nikt nie ruszał projektu – mówi Eva, starając się zapewne skierować rozmowę na właściwe tory. – To dla nas bardzo ważne, by Milla do niego wróciła.

– I w tym właśnie momencie do akcji wkracza pan – dodaje Pelle. – Zajmie pan miejsce Roberta. Chodzi przede wszystkim o interpretację raportów policyjnych, pomoc przy kwestiach technicznych i tak dalej. Chcemy przy tym z całą mocą podkreślić, że to nie żadne śledztwo, a wyłącznie o research w związku z książką Milli.

– Brzmi to absolutnie fascynująco – kłamię.

– Prawda? – odpowiadają mi wszyscy troje chórem, po czym dyrektor wydawnictwa podnosi się ze swojego krzesła. – Pelle, Evo, zakładam, że zajmiecie się resztą, ja muszę uciekać, mam o drugiej spotkanie. – Pochyla się nad stołem. – Powodzenia, panie Aske – rzuca i ściska mi mocno dłoń, po czym wychodzi.

Rozdział 5

Podróż autobusem do Tjøme zajmuje dwie i pół godziny. Mam zostać odebrany z przystanku i przewieziony do letniego domku Milli Lind, wybudowanego gdzieś pośród skał położonej na wyspach gminy na południowym zachodzie Oslofjorden. Czas w podróży przeznaczam na lekturę jednej z książek Milli Lind. Powieść nosi tytuł Flaki ośmiornicy i opowiada o melancholijnym emerytowanym śledczym Auguście Mugabe i jego żonie, która kocha go nienawidzić.

Docieram mniej więcej do połowy książki, zanim autobus staje w centrum Tjøme, zdążyłem się już nawet w pewnym sensie przywiązać do doświadczonego przez życie policjanta kuśtykającego wśród drewnianej zabudowy Sandefjord w poszukiwaniu człowieka, który uprowadził jedyną córkę bogatego armatora.

– Witamy, witamy! – wykrzykuje jakiś facet ze szwedzkim akcentem, gdy tylko wysiadam z autobusu. W jednej ręce trzyma dwie wypchane torby ze sklepu monopolowego. Obnaża w uśmiechu dwa rzędy kredowobiałych porcelanowych licówek, kontrastujących mocno z jego opaloną, napompowaną botoksem twarzą. – Pan… Thorkild? Policjant?

– Były policjant. – Chwytam jego wolną dłoń i lekko ją ściskam. – Bardzo mi miło.

– Joachim – mówi facet z entuzjazmem. – Joachim Börlund. Jestem partnerem Milli.

Patrzymy po sobie przez kilka sekund, on wciąż tryska entuzjazmem, ja zaś zdołałem ułożyć wargi w coś w rodzaju uprzejmego uśmiechu, który ostatnio ćwiczyłem godzinami.

– Czyli tak – zaczyna Joachim i przystaje nagle, jakby wyczerpały mu się baterie. – Mieszkamy w naszym domku tylko we dwoje – podejmuje, łapiąc drugi wiatr w żagle. – Niestety jeszcze za wcześnie, żeby zastawić pułapkę na kraby, przed nocą świętojańską niewiele tu można złapać, ale da się z pewnością kupić parę sporych, soczystych bydlaków w sklepie – mówi, wskazując skinieniem głowy pobliski supermarket. – Nie ma sensu siedzieć w domku wakacyjnym bez świeżych krabów i białego wina, prawda?

– To by było niesłychane – stwierdzam.

Joachim podnosi torby z monopolowego, chce najwyraźniej rzucić coś zabawnego w kwestii alkoholu, ale zmienia zdanie, posyła mi wymuszony uśmiech, po czym wskazuje auto, czerwone volvo w typie SUV z błyszczącymi czystością felgami i nieskazitelnym lakierem.

– Droga do Końca Świata nie zajmie nam dużo czasu – informuje mnie Joachim, gdy sadowimy się w samochodzie.

– Słucham? – Odwracam się do niego. – Co pan powiedział?

– Koniec Świata. – Joachim naciska guzik, uruchamiając w ten sposób auto. – Domek jest położony na południowym cyplu. To miejsce znane jest jako Koniec Świata.

– Żartuje pan sobie?

– Nie. – Mężczyzna wstrzymuje oddech i szczerzy się szeroko, zaciskając palce na kierownicy. Wygląda, jakby czuł się permanentnie zakłopotany, ale może jest to tylko kwestia mojej obecności. – Cypel nazywa się Koniec Świata – ciągnie wymuszonym tonem. – Jak słowo honoru.

– Dziwna nazwa – stwierdzam, wbijając wzrok przed siebie.

– Może i tak. – Joachim wzdycha ciężko, zdejmuje jedną dłoń z kierownicy, wrzuca bieg i wytaczamy się powoli z parkingu.

– A czym się pan zajmuje? – pytam, gdy mijamy pole golfowe po prawej stronie drogi. Porastająca je trawa jest zielona, tak samo jak drzewa dookoła. Wydaje się, że lato już dawno dotarło do tej części kraju.

– Ja? – Mój rozmówca posyła mi przelotne spojrzenie. – Obecnie pomagam w organizacji kariery Milli. Wywiady, spotkania z fanami, prelekcje, podróże, korespondencja od czytelników z całego świata i mnóstwo innej brudnej roboty. Wcześniej prowadziłem biuro podróży w Sztokholmie. Sprzedawałem wycieczki do Azji i RPA. To właśnie na jednym z takich wyjazdów poznałem pięć lat temu Millę.

– Miłość od pierwszego wejrzenia?

– Absolutnie. Milla to najlepsze, co mnie spotkało w życiu. – Facet kiwa energicznie głową, jakby chciał podkreślić wagę swoich słów.

– Proszę mi opowiedzieć o moim poprzedniku, Robercie Riverholcie – mówię, w chwili gdy Joachim hamuje i wrzuca kierunkowskaz. Przypomina mi emerytkę niebędącą w stanie zapanować nad zbyt wielkim pojazdem.

– Milla bardzo ciężko przeżyła jego śmierć – zaczyna mężczyzna. Dodaje gazu i auto rusza do przodu z nieprzyjemnym szarpnięciem. – Niczego od tamtej pory nie napisała, w ogóle nie mogła pracować, to ja musiałem stawać na głowie, żeby to wszystko jakoś szło do przodu. – Nabiera powietrza. – Ale teraz pan tu przyjechał. Jesteśmy znów gotowi do pracy.

Domek letniskowy okazuje się imponującą willą w stylu szwajcarskim, otoczoną rozległym ogrodem i wysokimi drzewami. Pomiędzy ich koronami widać skały i morski brzeg.

– Chodźmy – mówi Joachim, gdy przystaję przed kamiennymi schodami prowadzącymi do wejścia. – Zobaczmy, czy uda nam się znaleźć Millę.

Podłoga wyłożona jest kamiennymi płytkami, na ścianach zamontowano panele. Willa ma kilka pokoi, wszystkie zalane są teraz światłem wpadającym przez wysokie okna. Meble są albo zupełnie nowe i białe, albo stare, stylizowane na antyki. W każdym niemal pomieszczeniu dominuje styl rustykalny, który można kupić wyłącznie za duże pieniądze i szczegółowo opracować w porozumieniu z dekoratorem wnętrz.

Idę za Joachimem przez salon z wielkim stołem, kominkiem i przeszklonymi drzwiami, wchodzimy do kuchni, wyposażonej w osobne wyjście na tyły willi. Joachim stawia torby z zakupami na blacie, ustawia butelki z winem w równym rządku.

– Jesteś – odzywa się łagodny głos za moimi plecami. Odwracam się i widzę kobietę w moim wieku, szczupłą, piękną, ze świeżo farbowanymi na kilka różnych odcieni blondu włosami. W jej spojrzeniu, jej oczach jest coś, co nie pasuje do reszty osoby. Kobieta patrzy na mnie, zdając się mnie nie widzieć.

– Tak. – Joachim podchodzi do niej i bierze ją za rękę. – To Thorkild Aske. – Prowadzi ją ostrożnie w moim kierunku.

– Cześć, Thorkildzie – mówi kobieta. Odwraca się następnie w kierunku butelek z winem, podnosi jedną z nich i zaczyna czytać etykietę. – Wszyscy czekają na książkę – zaczyna, nie przestając studiować butelki. – Ale ja już od dawna źle się czuję i nie mam w sobie dość sił, by cokolwiek skończyć.

– Rozumiem, co ma pani na myśli – mówię.

Milla spogląda na mnie zaciekawiona.

– Naprawdę?

Przytakuję.

– Czasem dzieją się rzeczy, które sprawiają, że czas zwalnia albo w ogóle się zatrzymuje, i wtedy nie wiadomo, co zrobić, by zegary znów zaczęły tykać.

Kobieta kręci lekko głową, nie spuszczając ze mnie wzroku.

– I co wtedy należy zrobić?

Wzruszam ramionami.

– Znaleźć jakiś sposób, by przetrwać czas oczekiwania. – Czuję, jak na samą myśl o pigułkach, które kiedyś brałem, na moim języku rozlewa się smak żelatyny. Mógłbym dodać, że niewiele rzeczy nadaje się do tego tak dobrze jak farmaceutyki, ale zwężone źrenice, flegmatyczne ruchy i ton głosu mojej rozmówczyni podpowiadają, że ona już doskonale o tym wie.

– Rozumiem, że jakiś czas chorowałeś. – Milla odkłada butelkę z winem i pochyla się nad wyspą kuchenną. – Przez kobietę, która zmarła?

– Tak.

– Moi współpracownicy myślą chyba, że zdołasz mi pomóc. Ale w prawdziwym życiu dwa minusy nie dają przecież plusa? Jak sądzisz?

Chcę coś odpowiedzieć, ale Milla Lind już się ode mnie odwróciła. Wskazuje na jedną z butelek i mówi do Joachima:

– Tę możesz od razu oddać. Jest do niczego. – Odwraca się znów do mnie, chwyta mnie za ramię i prowadzi na taras przez wielkie przeszklone drzwi. – Wszyscy ci ludzie czekają na książkę, na to, by się dowiedzieć o losach wymyślonego przeze mnie bohatera. A Robert leży na cmentarzu, nie dalej jak pół metra od kobiety, która go zabiła. Nikt nie jest w stanie tego pojąć – mówi i puszcza moją rękę. – Ale ja im dam to, na co czekają – ciągnie. – Dokończę moją pracę, napiszę tę książkę. A potem… – Milknie na chwilę, spoglądając na czubki drzew i spokojną taflę morskiej wody. – Będzie już dość…

Milla rusza do położonego tuż przy budynku mieszkalnym aneksu. Jej spojrzenie jest już nieco bardziej przytomne. Zupełnie jakby ten króciutki spacer zniósł wszystkie dzielące nas bariery.

– Chodź – mówi. – Opowiem ci, nad czym pracowaliśmy z Robertem.

Rozdział 6

Milla rozsuwa przeszklone drzwi i wprowadza mnie do swojego biura mieszczącego się w aneksie.

– To jest moje miejsce na świecie. – Zamyka drzwi, siada przy biurku i włącza komputer, drugą dłonią poprawiając sobie włosy. – Ledwie zdążyliśmy z Robertem zacząć research do tej nowej książki – mówi. Pochyla się nad klawiaturą i wstukuje hasło. Blask ekranu oświetla jej twarz. – Trafiliśmy na autentyczną sprawę zaginięcia, która miała stanowić punkt wyjścia dla powieści.

– Czy w tej sprawie jest coś szczególnego?

Milla kręci głową, nie podnosząc wzroku znad ekranu.

– Sporo się o niej pisało, dziewczęta wciąż nie zostały odnalezione. Chodzi o dwie nastolatki, które siedem miesięcy temu zbiegły z ośrodka pod Hønefoss. Ta sprawa zainteresowała mnie i Roberta, wydała nam się dość wyjątkowa. Te dziewczyny były takie młode, miały zaledwie po piętnaście lat.

– A w czym ja mógłbym tu pomóc?

– Będziemy rozmawiać z bliskimi zaginionych i policją, jednocześnie chciałabym, żebyś wytłumaczył mi przebieg dochodzenia w tego typu sprawach. Wiem, że byłeś kiedyś odpowiedzialny za prowadzenie przesłuchań, moim zdaniem to może się okazać bardzo przydatne z uwagi na aspekty psychologiczne naszej sprawy.

– A bliscy zaginionych godzą się z nami rozmawiać?

– Robert spotkał się z rodzicami jednej z dziewcząt, ci ludzie byli wdzięczni za jakąkolwiek pomoc i cieszyli się, że ich córka nie została zapomniana.

– A ta druga dziewczyna?

Milla kręci głową.

– Ona nie miała bliskich.

– Żadnych?

– Nie. Mam tu dla ciebie taką teczkę. – Twarz Milli znika za ekranem, słyszę, że grzebie w jednej z szuflad biurka, po chwili znów prostuje plecy. Waha się przez chwilę, po czym podaje mi teczkę.

– Czemu ona go zabiła? – pytam, przyjmując dokumenty opisane jako Robert Riverholt. – Jego żona. Dlaczego go zastrzeliła?

Milla chce coś powiedzieć, ale kręci głową. Zaczyna nawijać sobie na palec pasmo włosów.

– Camilla była chora – oświadcza w końcu.

– Chora?

– SLA, stwardnienie zanikowe boczne. To choroba neurodegeneracyjna, niszczy komórki rdzenia kręgowego i mózgu. Camilla dostała diagnozę, kiedy jeszcze Robert pracował w policji. On mi opowiadał, że już wcześniej się między nimi nie układało, mieli się rozstać, ale na wieść o jej chorobie postanowił, że wytrwa w tym małżeństwie. Tyle że w końcu nie miał już siły.

– Czyli żona go zabiła, bo chciał od niej odejść?

– Tak – odpowiada Milla, po czym odwraca się ode mnie i spogląda na regał z książkami. – Nie była w stanie bez niego żyć.

– Czemu policja jest zdania, że zaginione dziewczęta poleciały na Ibizę? – pytam, przeglądając teczkę opisaną nazwiskiem Roberta.

– Bo one już wcześniej uciekły. – Milla chrząka, napotkawszy moje spojrzenie. – Właśnie tam.

– OK. – Przeglądam dalej papiery. – Czyli jaki jest nasz plan?

– Jutro jedziemy do Hønefoss, by odwiedzić zakład, w który mieszkały dziewczęta, a także matkę Siv, jednej z zaginionych. Spodziewają się nas.

– Po co? – Odkładam teczkę na blat stołu pomiędzy nami.

– Co?

– Skoro nie mamy prowadzić śledztwa, skoro jedyne, na czym nam zależy, to pogawędka z ludźmi, którzy znali te dziewczyny, to po co ja właściwie jestem potrzebny? Po co potrzebny był Robert? Przecież autor może bez kłopotu załatwić takie sprawy na własną rękę.

Milla długo mierzy mnie wzrokiem, lustruje sieć blizn na mojej twarzy, które zaczynają się przy oku i ciągną aż do miejsca, gdzie kość policzkowa łączy się z żuchwą. Zwieńcza ją zniekształcona górna warga nigdy niestykająca się z dolną, nawet gdy mam zamknięte usta.

– Jak się tego dorobiłeś?

– W wypadku. – Odwracam od niej okaleczony policzek. – Ulf twierdzi, że nie muszę już o tym rozmawiać.

– Czy te blizny sprawiają ci ból?

– Tylko kiedy jestem sam. Albo w towarzystwie.

Moja rozmówczyni wreszcie się uśmiecha.

– Masz rację – mówi i odchyla się na krześle. – Tak naprawdę mogłabym napisać wszystko sama, nawet nie wychodząc z biura. Obczytać się w materiałach policyjnych dostępnych w sieci, a potem wydobyć z podświadomości kilka adekwatnych cieni i dać im imiona, twarze i historie. Tyle tylko, że ta sprawa jest inna niż wszystkie… – Milla chce powiedzieć coś więcej, lecz zamiast tego nabiera powietrza i odwraca się w kierunku jednego z okien, za którym korony drzew kołyszą się na wietrze od morza.

– Jak to inna?

– Po prostu. – Kobieta mruga kilka razy oczami. – Joachim posłał ci w starym hangarze na łodzie – dodaje, wskazując lasek nieopodal aneksu, za którym jaśnieją białe ściany gmachu na przybrzeżnych skałach. – Ruszamy do pracy jutro z samego rana.

Rozdział 7

Wyposażenie izby w starym hangarze składa się z zestawu wiklinowych mebli ustawionych naprzeciwko wielkiego panoramicznego okna z widokiem na morze. Jedynymi akcentami kojarzącymi się z rybołówstwem są pojedyncze, zapewne kosztowne dekoracje z motywami marynistycznymi porozwieszane na białych ścianach lub wyeksponowanych podsufitowych belkach. Usadowiłem się na jednym z wiklinowych foteli, gdzie tkwię teraz, przeglądając otrzymaną od Milli teczkę. Zawiera ona sporo wycinków z gazet, zdjęcia zaginionych dziewcząt oraz akta sprawy.

Siv i Olivia miały po piętnaście lat, gdy szesnastego września zeszłego roku zniknęły sprzed zakładu opieki nad młodzieżą pod Hønefoss. Widziano je, jak wsiadały do nieznanego auta na przystanku autobusowym tuż pod gmachem zakładu. Policja była przekonana, że dziewczęta próbują się dostać na Ibizę, bo już wcześniej tam uciekły i po zaledwie tygodniu zostały sprowadzone z powrotem do domu przez stróżów prawa oraz służbę ochrony praw dziecka. Ale tym razem obie zaginęły bez śladu i nie dają znaku życia od tamtego ranka, gdy wsiadły do samochodu.

Zerkam na fotografię zaginionych. Siv ma sięgające ramion jasne włosy i wąską, przesadnie umalowaną twarz. Włosy Olivii są z kolei krótkie, gęste i kruczoczarne, dziewczyna ma wyraźnie zaznaczone kości policzkowe i piękne oczy podkreślone grubymi, namalowanymi tuszem kreskami. Wszystkie zdjęcia Siv i Olivii są niemal identyczne: dwie nastolatki kryjące się pod absurdalnie grubą warstwą makijażu i bezczelną nonszalancją, pozujące na gwiazdy kina z ustami zwiniętymi w obowiązkowy dzióbek i szeroko otwartymi oczami, niczym u lalki. Tylko ich wzrok mi tu nie pasuje: jest zbyt zimny, martwy; takie spojrzenie może świadczyć o tym, że dziewczęta zbyt wiele widziały, przeżyły czy też utraciły.

Jeszcze bardziej dołuje mnie świadomość, że nie mam nawet prowadzić w tej sprawie śledztwa, że zostałem zdegradowany do grzebania w ludzkich losach w poszukiwaniu potencjalnie dobrej historii. Uświadamiam sobie, że tydzień spędzony z Millą Lind przyniesie mi wyłącznie przedłużenie pasma porażek.

Kładę zdjęcia na stoliku i zapadam się głębiej w fotel. Frei już nigdy do mnie nie przyszła, nawet wtedy, gdy zostałem wypisany ze szpitala w Tromsø i wróciłem do domu, do Stavanger. Ulf twierdzi, że to znak, iż uszkodzenie ciała migdałowatego w moim mózgu nie postępuje, że miejsce Frei jest na cmentarzysku wspomnień. Że nie mogę jej traktować jak upiora, którego mogę powołać do życia za pomocą oksykodonu i leków benzodiazepinowych. Mój przyjaciel jest zdania, że brak pigułek i brak Frei wpędził mnie w samotność, że cierpię z powodu niedostatku kontaktów międzyludzkich. Osobiście mógłbym raczej powiedzieć, że jestem sam, a nie samotny, a to duża różnica. Ale obaj wiemy, że nie na tym polega właściwy problem.

Zmieniam pozycję na krześle i mój wzrok pada na jedną z fotografii Siv i Olivii leżących na stole.

– Gdzie wy się wybierałyście tamtego dnia? – mamroczę, po czym odwracam się i przymykam oczy.

Rozdział 8

Na ten właśnie dzień czekałam, odkąd skończyłam trzy lata. Siv jest nerwowa, stoi obok mnie i pali, ściskając w dłoni pustą paczkę po papierosach. Cały czas gada jak najęta. Słońce już wzeszło, jego promienie roztapiają szron na trawie i polach wokół przystankowej wiaty. Niedługo padną na parking po drugiej stronie szosy. Stoi tam auto nocnego stróża, zaparkowane pod oknami naszej świetlicy.

Otwieram plecak. Jest prawie pusty. Siv ma w swoim pełno maskotek, kosmetyków i ciuchów, ale ja prawie nic nie zabrałam, bo wiem, że gdy tego wieczora zajdzie słońce, całe to dawne gówno straci jakiekolwiek znaczenie. Liczy się tylko ten jesienny dzień, bo jest on jednocześnie pierwszy i ostatni.

– Jest. – Siv gasi papierosa o wiatę przystanku w chwili, gdy zza zakrętu wyjeżdża czarne auto kierujące się w naszą stronę. Moja towarzyszka rzuca niedopałek na ziemię i podnosi swój plecak. – Gotowa?

– Tak – mówię, posyłając ostatnie spojrzenie w kierunku gmachu po drugiej stronie drogi. – Jestem gotowa.

Rozdział 9

Musiałem zasnąć w fotelu. Gdy się budzę, słońce już zniknęło z nieba. Tafla morza poorana jest nieregularnymi zmarszczkami, które rozbijają się miarowo o przybrzeżne skały. Od strony lasku dochodzą trzaski i szelesty drzew. Jest mi zimno, czuję się przygnębiony, tęsknię za Stavanger i swoją kawalerką.

Wkładam buty i ruszam w stronę domu mojej zleceniodawczyni. Jestem już na skraju lasku pomiędzy hangarem a główną posiadłością, gdy mój wzrok pada nagle na Millę w jej biurze w aneksie. Pochyla się nad blatem biurka z wyciągniętymi przed siebie rękoma. Oczy ma wybałuszone, a jej usta zamykają się i otwierają, zupełnie jakby miała jakiś atak.

Już mam wyskoczyć spomiędzy drzew i do niej popędzić, gdy dostrzegam nagle stojącego za nią człowieka, który chwyta ją za włosy i szarpie, podnosi do pozycji stojącej, po czym znowu rzuca na biurko. Na twarzy Milli maluje się połączenie śmiertelnego przerażenia i ekstazy. Gdy stojący za nią człowiek znów szarpie ją za włosy, rozpina jej się bluzka i wypada z niej jedna z jej piersi. Joachim chwyta ją wolną ręką i mocno ściska.

Nagle zdaje mi się, że Milla patrzy prosto na mnie. Joachim wypuszcza pierś, przenosząc dłoń na jej gardło. Kobieta nie może złapać tchu, całe jej ciało się napręża. Wygląda, jakby miała zaraz stracić przytomność, lecz zanim do tego dochodzi, Joachim zwalnia uścisk. Cały czas trzyma ją mocno za włosy, tak że Milla wisi nad blatem biurka.

Dopiero teraz sobie uświadamiam, że ona mnie nie widzi, patrzy przeze mnie, spoglądając w ciemność za moimi plecami. Po chwili Joachim puszcza jej włosy, a ona opada ciężko na biurko. On zaś wycofuje się i niknie w mroku.

Stoję bez ruchu jeszcze przez moment, a potem ruszam w stronę ich domu. Znów widzę Millę przez przeszklone drzwi aneksu. Zapina właśnie bluzkę, na mój widok odwraca się gwałtownie.

– Potrzebujesz czegoś? – Joachim pojawia się nagle w drzwiach i przeczesuje palcami swoje rzadkie, tlenione włosy.

– Owszem, walizki – odpowiadam. – Zostawiłem ją w holu.

– Poczekaj chwilę. – Facet znika we wnętrzu domu.

Robię kilka kroków w stronę aneksu, ale przystaję, gdy w przeszklonych drzwiach pojawia się Milla. Kobieta zaciąga zasłony, dochodzi do mnie odgłos klucza przekręcanego w zamku. Po chwili wraca do mnie Joachim z moją walizką.

– Przepraszam – zaczynam. – Nie chciałem…

– Wy nie macie pojęcia, jaka ona jest – odpowiada mi mężczyzna. – Czego potrzebuje.

– A czego ona potrzebuje? – pytam, gdy dochodzimy do linii drzew pomiędzy domem a hangarem.

Joachim przystaje na niewielkim wzgórku, dorównuje mi niemal wzrostem. Uśmiecha się. Jego zęby jaśnieją w półmroku.

– Utraty kontroli.

Kręci głową, gdy dociera do niego, że nie mam zamiaru tego skomentować. Schodzi ze wzgórka i ciągnie:

– Kobiety takie jak Milla Lind potrzebują określonego typu człowieka. Określonego rodzaju mężczyzny, a nie…

– Tak, już do mnie dotarło – odpowiadam. – Nie kogoś takiego jak ja.

Joachim wchodzi między drzewa, nic na to nie odpowiadając.

– Albo jak Robert – rzucam za nim.

– Co? – Facet staje jak wryty. Tym razem nie ma w pobliżu wzniesienia, na którym mógłby stanąć, więc zamiast tego odsuwa się ode mnie na parę kroków, jakby to miało zrekompensować różnicę wzrostu między nami. – Co takiego?

– Powiedziałeś „wy” – odpowiadam. – Wy nie macie pojęcia, jaka ona jest. Zakładam, że miałeś na myśli ludzi takich jak ja i Robert?

– Od razu widziałem, co z niego za typ. Przejrzałem go na wylot.

– Czyli jesteś, innymi słowy, prawdziwym znawcą ludzkich charakterów.

– Naprawdę niewiele trzeba, by kogoś przejrzeć, kolego. Proszę. – Joachim stawia walizkę na ziemi. – Zakładam, że teraz już poradzisz sobie sam – mówi, ruszając z powrotem do domu.

Rozdział 10

Następnego dnia przy śniadaniu nie wymieniamy z Joachimem ani słowa, tylko krótkie spojrzenia i uścisk dłoni w holu, gdy zbieramy się z Millą do wyjazdu.

– No i zostaliśmy tylko we dwoje – mówi pisarka, gdy wsiadamy do jej auta i ruszamy w kierunku Hønefoss.

– Tak… – Zaciskam dłonie na kierownicy. Rzadko zdarza mi się prowadzić auto, odkąd przed ponad trzema laty odebrano mi prawo jazdy, ale nie zdołałem się do tego przyznać, gdy Milla wręczyła mi po śniadaniu kluczyki.

– Kiedyś kochałam podróże. – Milla odwraca się do mnie z uśmiechem. – Jeździłam na targi książek na całym świecie, na shopping i zagraniczne weekendy.

– Opowiedz mi o swojej książce. – Zdążyłem już zdecydować, że podoba mi się jej głos. Jest łagodny i dojrzały, nienarzucający się. Milla nie wydaje się jedną z tych, które wymagają całkowitej i niepodzielnej uwagi, gdy do kogoś przemawia. Wystarczy jej zapewne, że się obok niej jest i słucha jej na swój sposób.

– Ten tom będzie opowiadać o młodszej córce Augusta Mugabe – zaczyna Milla. Szosa wije się pod pokrywą szarych chmur pośród wiekowego lasu i nagich pól zboża niczym wielki asfaltowy wąż. – Chciałabym pokazać czytelnikom człowieka, jakim był mój bohater, zanim poznał Gjertrud. Gdy żył jeszcze z kobietą, z którą miał dzieci, lecz która go nie chciała. Zabrała ze sobą maluchy i odeszła od niego, zanim jeszcze zdążył jej się oświadczyć.

– Ciekawe – mamroczę.

– Chyba chciałabym go upodobnić do ciebie. – Milla odwraca się do mnie z uśmiechem, lustrując wzrokiem moją zniszczoną twarz w oczekiwaniu jakiejś mojej reakcji.

– Ach tak? – pytam, nie odrywając oczu od szosy.

– Tylko że w młodszej wersji. – Kobieta śmieje się cicho. – Krótko ostrzyżony, z oczami tak szarymi, jak tamte deszczowe chmury – chichocze. – Takimi, jak wyobrażam sobie twoje. Jeszcze w czasach, zanim pojawiła się w nich taka powaga.

– Czasach sprzed blizn?

Milla zatrzymuje wzrok na bruzdach znaczących moją twarz.

– Ja lubię blizny – oświadcza i wyciąga do mnie rękę; koniuszki jej palców muskają mój policzek. – Zarówno te, które są widoczne dla wszystkich, jak i te niewidzialne.

– Osobiście chętnie pozbyłbym się większości z nich – odpowiadam oschle.

– Ach tak? – Milla cofa dłoń. – A których?

– Camilla, ta żona Roberta – zaczynam i widzę kątem oka, jak spojrzenie mojej rozmówczyni ciemnieje i odwraca się od mojej twarzy. – Znałaś ją?

– Bardzo powierzchownie. – Milla odwraca się do okna. – Spotkaliśmy się z nią kilka razy, Robert przywoził ją do domku w Tjøme, ale nigdy nie miałam okazji poznać jej tak naprawdę.

– Powiedziałaś, że ona nie mogła bez niego żyć.

– Tak. Robert się właśnie od niej wyprowadził. To był dobry człowiek, nie jeden z tych, co to dają nogę, kiedy żona zaczyna chorować. Nawet tak o nim nie myśl. Próbował z nią wytrzymać, tylko w końcu już nie był w stanie. Powiedział, że nie może z nią być tylko po to, by czekać, aż ona w końcu umrze. Że to nie byłoby sprawiedliwe dla żadnego z nich. – Milla przysuwa głowę do szyby, jakby próbowała odnaleźć między drzewami coś, na czym mogłaby się skupić.

– Czyli chciała go zabrać ze sobą na drugą stronę, żeby mieć towarzystwo przy herbatce i kartach z duchami?

– Nie mów tak. – Widzę, że jej usta wykrzywiają się w bolesnym grymasie.

– Przepraszam – mówię, w chwili gdy mijamy niewielką dzielnicę przemysłową. Pobocza są mokre od rosy, do trawy klei się szara warstwa pyłu.

– Mieliśmy z Robertem taką zabawę – zaczyna Milla i opiera czoło o szybę. Po naszej prawej stronie pojawiają się wielkie połacie pastwisk i świeżo obsianych pól, gdzieniegdzie widać też pojedyncze gospodarstwa z oborami, szopami, maszynami rolniczymi, silosami i nielicznymi belami słomy w białej folii, porzuconymi na skrajach pól; niektóre z nich są częściowo wybebeszone. – Nazywaliśmy ją „co by było gdyby”. Analizowaliśmy różne informacje, patrząc na nie ze wszystkich stron, by tylko znaleźć coś, co mogłoby zostać wykorzystane w mojej książce.