Sposób na singielkę - Katarzyna T. Nowak, Ewa Zuberek - ebook
Opis

"Klimatyczny Kraków, urokliwe mieszkanko na poddaszu i dwie przyjaciółki.

Lilka i Baśka to dziennikarki freelancerki tuż po trzydziestce. Postanowiły zamieszkać razem, żeby nie wydawać majątku na rozmowy telefoniczne do siebie. Zazwyczaj przesiadują w knajpach na Kazimierzu, kupują ciuchy przez internet albo popijają białe wino, wspominając nieudane związki.

Kiedy spotykają mężczyzn, z którymi naprawdę mogłyby się związać, ich całkiem przyjemne życie singielek wywraca się do góry nogami.

Ale czy są gotowe na zmiany?

***

Szybkie tempo, zwroty akcji i zakręceni bohaterowie, czyli wszystko, czego potrzeba w zabawnej powieści romantycznej z prawdziwego zdarzenia!

O autorkach:

Katarzyna T. Nowak
Autorka trzech książek, wychowana w artystycznym domu Doroty Terakowskiej i Macieja Szumowskiego, rodowita krakowianka, zakochana w kotach, ma dwa – Trumana i Kocia. Lubi dobrą literaturę, dobre jedzenie i kino.

Ewa Zuberek
Krakowianka, która przejęła rodzinną tradycję i wybrała zawód pedagoga. Lubi Kraków i małopolskie krajobrazy. Uwielbia Tatry, Bukowinę Tatrzańską i Zakopane, w których chętnie spędza czas, odkrywając nowe dolinki, szlaki, polany i ślady Witkacego. Nie wyobraża sobie życia bez zwierząt. Ma ponad dwudziestoletnią kocicę i schroniskowego psa, z którym włóczy się po lasach i łąkach. Dzięki „Przystani Ocalenie” pokochała konie, zaprzyjaźniła się z tybetańskim jakiem Larysą i przestała jeść mięso. "

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 355

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © for the text by Katarzyna T. Nowak, Ewa Zuberek

Copyright for this edition © Wydawnictwo Pascal

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, przechowywanie lub wprowadzanie do systemu wyszukiwania, dystrybucja w jakiejkolwiek formie lub za pomocą jakichkolwiek środków (elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych) bez wcześniejszej pisemnej zgody wydawcy jest zabronione.

Tytuł: Sposób na singielkę

Autor: Katarzyna T. Nowak, Ewa Zuberek

Redakcja: Karina Stempel-Gancarczyk

Korekta: Jolanta Bąk

Projekt graficzny okładki: Studio Karandasz

Redaktor prowadzący: Zuzanna Klim

Redaktor naczelna: Agnieszka Hetnał

Zdjęcie na okładce: © Stocksy/Gabrielle Lutze

Wydawnictwo Pascal sp. z o.o.

ul. Zapora 25

43-382 Bielsko-Biała

www.pascal.pl

Bielsko-Biała 2014

ISBN 978-83-7642-444-6

eBook maîtrisé parAtelier Du Châteaux

Rozdział 1

Dla­cze­go drzwi do miesz­ka­nia są zno­wu otwar­te? Zwa­rio­wa­łaś?! Nie za­uwa­ży­ła­byś na­wet, gdy­by ktoś wszedł!

Baś­ka le­ża­ła wy­god­nie na ka­na­pie, pa­li­ła pa­pie­ro­sa i piła bia­łe pół­słod­kie wino.

– Jak to otwar­te? – spy­ta­ła beł­ko­tli­wie.

– Ano tak to! We­szłam bez uży­wa­nia klu­cza, jak wi­dzisz! – zi­ry­to­wa­ła się Lil­ka.

– Dziew­czy­no, da­ruj, jest dzie­sią­ta rano...

– A ty co, do cho­le­ry, ro­bisz?

– Piję win­ko.

– Wi­dzę. Ale dla­cze­go o tej po­rze? Co się sta­ło?

– A co się mia­ło stać? Ani nie przy­szedł, ani nie za­dzwo­nił, na­wet ese­me­sa nie wy­słał.

– Prze­cież ze­rwał z tobą! Po­wie­dział, że nie masz dla nie­go cza­su.

– Taaa, i jesz­cze prze­spał się ze mną, a po­tem... wiesz, co po­wie­dział? Wiesz? Po­wie­dział: „Prze­pra­szam”. Boże.

– Coś ty na­ro­bi­ła od rana?

– Eee… Nic. Kil­ka ese­me­sów, parę te­le­fo­nów. Ale wy­łą­czył ko­mór­kę. – Baś­ka wy­do­by­ła z sie­bie beł­ko­tli­we, ża­ło­sne sło­wa i roz­pła­ka­ła się.

– Kur­czę, sama bym wy­łą­czy­ła, jak­by mnie ktoś tak na­pa­sto­wał. Baś­ka, weź się w garść. Nie po to za­miesz­ka­ły­śmy ra­zem, żeby pła­kać przez fa­ce­tów. – Lil­ka na­sta­wi­ła wodę na kawę. – Nie rycz. Pi­jac­ki płacz to ja­kieś wy­cie. Po­tem bę­dziesz się wsty­dzi­ła.

– Cie­bie? Ni­g­dy! – po­wie­dzia­ła Baś­ka i ru­nę­ła z ka­na­py na pod­ło­gę. Po czym na niej za­sty­gła.

Dziw­ne, ale upa­dek za­miast ją ocu­cić, chy­ba ją uśpił, po­my­śla­ła Lil­ka. Może ze­mdla­ła? Wstrząs mó­zgu? Nie, skąd­że. Od­dy­cha rów­no i świsz­czą­co. A więc śpi. Dzię­ki Bogu! Lil­ka sprząt­nę­ła w po­ło­wie peł­ną bu­tel­kę, zwal­cza­jąc po­ku­sę, by się na­pić. No… Łyk­nąć, tro­szecz­kę. Ale nie. Nie o tej po­rze, nie. Lu­dzie śnia­da­nia je­dzą, a tu taki baj­zel! A zresz­tą! Jaki znów baj­zel? Po­sprzą­ta­ne, Baś­ka w ład­nej pi­żam­ce śpi so­bie obok łóż­ka, za­pach kawy roz­no­si się po miesz­ka­niu…

Za­miesz­ka­ły ra­zem trzy mie­sią­ce temu. Po­sta­no­wie­nie było ja­sne: sko­ro obie są same, po co wy­da­wać ma­ją­tek na te­le­fo­ny do sie­bie, je­śli mogą ra­zem śmiać się z tego, co w sa­mot­no­ści wy­da­je się po­nu­re i strasz­ne? Już na stu­diach usta­li­ły, że je­że­li do trzy­dzie­stych pią­tych uro­dzin nie uło­żą so­bie ży­cia z męż­czy­zną, za­miesz­ka­ją ze sobą. Zde­cy­do­wa­ły się wcze­śniej, bo wła­ści­wie po co cze­kać i na co? Więk­szość ko­le­ża­nek, któ­re wy­szły za mąż na stu­diach, była już po roz­wo­dzie. One same zna­ły się od pierw­sze­go roku stu­diów, czy­li po­nad dzie­sięć lat. Pra­cę mia­ły po­dob­ną, pro­ble­my też.

Obie były dzien­ni­kar­ka­mi bez eta­tu. Pi­sy­wa­ły na zle­ce­nie war­szaw­skich ga­zet. W Kra­ko­wie nie było żad­nej, w któ­rej moż­na by się za­trud­nić za w mia­rę sen­sow­ne pie­nią­dze. Ze zle­ceń dało się prze­żyć. Na styk. Oszczę­dza­nie nie było ich moc­ną stro­ną. Na szczę­ście Baś­ka mia­ła spa­dek po ma­mie, dość po­kaź­ny, z któ­re­go obie ko­rzy­sta­ły. Wła­sne miesz­ka­nie wy­na­ję­ła, a wpro­wa­dzi­ła się do ku­pio­ne­go na kre­dyt pod­da­sza Lil­ki. Mimo to prze­śla­do­wa­ło je wid­mo bie­dy. Spa­dek pew­ne­go dnia się skoń­czy, a tek­sty fre­elan­ce­rów zwy­kle lą­do­wa­ły na pół­kach i cze­ka­ły na swo­ją ko­lej. Cza­sa­mi i kil­ka mie­się­cy.

Pod­da­sze było spo­re, nie prze­szka­dza­ły so­bie, na­wet kot się zmie­ścił.

Ko­cur uło­żył się na śpią­cej Ba­ś­ce i gło­śno mru­czał. Lil­ka na­sy­pa­ła kawy do dwóch czer­wo­nych kub­ków. Współ­lo­ka­tor­ce daw­ka ko­fe­iny była bar­dziej po­trzeb­na niż jej.

– Kto po­wie­dział, że sin­gle są szczę­śli­wi? – Usły­sza­ła głos Baś­ki.

– Nikt. Me­dia to wy­my­śli­ły. Ale ty nie je­steś nie­szczę­śli­wa, tyl­ko ska­co­wa­na. Weź prysz­nic i ci mi­nie – po­wie­dzia­ła. – Za wcze­śnie na kaca.

Wciąż byli wo­kół nich ja­cyś męż­czyź­ni. Tyl­ko że… W Lil­ce za­ko­chi­wa­li się żo­na­ci, a w Ba­ś­ce sła­bi, chwiej­ni, neu­ro­tycz­ni. Nie wia­do­mo, któ­ra była w gor­szej sy­tu­acji. Lil­ka nie chcia­ła wyjść za mąż ani zo­stać mat­ką. W ogó­le nie mia­ła in­stynk­tu ma­cie­rzyń­skie­go. Dzie­ci na dłuż­szą metę ją de­ner­wo­wa­ły. Szu­ka­ła part­ne­ra, przy­ja­cie­la; być może za wy­so­ko sta­wia­ła po­przecz­kę. Baś­ka skry­cie ma­rzy­ła o ślu­bie, ale nie chcia­ła się do tego przy­znać. Jed­nak wy­star­czy­ło na nią po­pa­trzeć, by to za­uwa­żyć. W mę­skim to­wa­rzy­stwie, na­wet je­śli byli to tyl­ko ko­le­dzy, jej za­cho­wa­nie się zmie­nia­ło. Wy­raz twa­rzy, ge­sty, spo­sób po­ru­sza­nia się mó­wi­ły: „Zo­stań ze mną”. Z dru­giej stro­ny, nie na­ma­wia­ła żo­na­tych, by zo­sta­wia­li dla niej żony. A męż­czyź­ni czu­li się przy niej bez­piecz­nie.

– Le­piej ci? – spy­ta­ła Lil­ka przy ka­wie.

– No, le­piej, le­piej. Tyl­ko…

– Tyl­ko co?

– No, jak­by… Hm… Okres mi się spóź­nia.

– Może to ner­wy. Zda­rza się.

– Ra­czej nie. Przez ostat­ni mie­siąc z Piotr­kiem w ogó­le się nie za­bez­pie­cza­łam. Skoń­czy­ły mi się pi­guł­ki i nie ku­pi­łam no­wych. Prze­cież tak rzad­ko się spo­ty­ka­li­śmy, sama wiesz.

– To może jak już wy­pi­jesz tę kawę, sko­czysz do ap­te­ki i ku­pisz test cią­żo­wy – po­wie­dzia­ła Lil­ka. Była wście­kła.

– Nie złość się. To ja mam pro­blem.

– Ty? Obie mamy! Nie bę­dzie­my prze­cież wy­cho­wy­wa­ły dziec­ka. Na pew­no nie ja. Wszyst­ko spie­przy­łaś.

– Po­cze­kaj jesz­cze. Może to fak­tycz­nie ner­wy. Za­sta­no­wi­my się po wy­ni­ku te­stu.

Chry­ste Pa­nie, a mia­ło być bez­pro­ble­mo­wo. Mia­ło być ła­twiej, we­se­lej, lżej. A Baś­ka nie ku­pi­ła pi­gu­łek!

– Tu się nie ma nad czym za­sta­na­wiać – oznaj­mi­ła Lil­ka i wsta­ła. – Wy­cho­dzę. Mam dziś wy­wiad. Będę po po­łu­dniu. Nie za­po­mnij o ap­te­ce. Naj­le­piej kup kil­ka te­stów.

Spo­tka­nie z bo­ha­ter­ką wy­wia­du Lil­ka mia­ła w ka­wiar­ni na Ryn­ku Głów­nym. Kie­dy z niej wy­cho­dzi­ła, na­tknę­ła się na Piotr­ka.

– O, cześć! Co sły­chać? – spy­tał ra­do­śnie.

Nie zno­szę py­ta­nia „co sły­chać”. Ni­g­dy nie wiem, co od­po­wie­dzieć, po­my­śla­ła wście­kła.

– Czy ja wiem? W po­rząd­ku. Gdzie idziesz?

– Do em­pi­ku. Nie mam już co czy­tać, a wy­szedł ko­lej­ny Ho­uel­le­be­cq – po­wie­dział. Po czym za­pro­po­no­wał: – Może sko­czy­my na kawę? Tyl­ko ku­pię książ­kę.

– Nie, Pio­trek. Mu­szę na­pi­sać ar­ty­kuł.

– A kie­dy in­dziej? Za­dzwo­nię do cie­bie – oznaj­mił.

No nie, co za bez­czel­ny typ! Na­czy­tał się Mil­le­ra, Ro­tha, Ho­uel­le­be­cqa i my­śli, że jest bo­ha­te­rem swo­ich cza­sów.

– Może ty wpad­niesz do nas? – rzu­ci­ła zło­śli­wie.

– Nie­ee, taka pięk­na po­go­da, le­piej po­sie­dzieć w ogród­ku. Za­dzwo­nię, pa. – Od­wró­cił się i po­szedł w kie­run­ku księ­gar­ni.

Cie­ka­we, cze­go chce. Albo do­wie­dzieć się cze­goś o Ba­ś­ce, albo… Ale nie, to nie­moż­li­we. Mu­siał­by być skoń­czo­nym idio­tą.

Po­wo­li wra­ca­ła do domu, prze­ci­ska­jąc się przez tłu­my tu­ry­stów. Kra­ków od oko­ło dwóch lat prze­ży­wał ist­ną „in­wa­zję bar­ba­rzyń­ców”, dla któ­rych pol­skie puby były ra­jem. La­tem bra­ko­wa­ło miejsc w ho­te­lach, mo­te­lach, ho­ste­lach… Lu­dzie za­czę­li wy­naj­mo­wać wła­sne miesz­ka­nia, jak w Za­ko­pa­nem. W re­stau­ra­cjach i knaj­pach wie­czo­ra­mi nie było gdzie usiąść. Ry­nek śmier­dział sma­żo­ną kieł­ba­są i pi­wem, a nadzy An­gli­cy bie­ga­li po mie­ście. Ceny w skle­pach ro­sły jak na droż­dżach. Kra­ków stał się jed­nym z naj­mod­niej­szych i naj­droż­szych miast Eu­ro­py. Otwar­to gra­ni­ce, więc – jak po­da­wa­ły pew­ne źró­dła – kil­ka mi­lio­nów Po­la­ków, w więk­szo­ści mło­dych, wy­je­cha­ło z kra­ju w po­szu­ki­wa­niu lep­sze­go ży­cia. Praw­ni­cy, le­ka­rze, ab­sol­wen­ci wszel­kich kie­run­ków wo­le­li pu­co­wać gary w an­giel­skiej re­stau­ra­cji, niż za­le­gać z czyn­szem w Pol­sce. Ale za to sta­ła się ona ta­nią na­miast­ką raju dla za­chod­nich tu­ry­stów.

Na­sta­ły cza­sy fast, po­cząw­szy od ham­bur­ge­rów po mi­łość. Łą­cza in­ter­ne­to­we roz­ża­rzo­ne były do czer­wo­no­ści od ta­nich wy­znań i cho­rych na dys­lek­sję sa­mot­ni­ków. Prze­pra­szam, sin­gli.Ale czy praw­dzi­wy sin­giel sie­dział­by na cza­cie? O ile w ogó­le ist­nie­ją „praw­dzi­wi” sin­gle, po­my­śla­ła Lil­ka.

Roz­po­czę­ła się era jed­no­ra­zo­wych unie­sień i na­mięt­no­ści, któ­re zni­ka­ły o po­ran­ku. Le­ka­rze ma­so­wo prze­pi­sy­wa­li ta­blet­ki na uspo­ko­je­nie, na sen, na de­pre­sję. Oczy­wi­ście Baś­ka i Lil­ka nie na­le­ża­ły do wy­jąt­ków; obie bra­ły zie­lo­ną pi­guł­kę, któ­ra mia­ła je „wy­ci­szyć” i „zła­go­dzić stres”. Pio­trek od­su­wał smut­ki ró­żo­wą.

Rzecz ja­sna poza in­ter­ne­tem nikt ofi­cjal­nie nie przy­zna­wał się do po­czu­cia bra­ku. Nie­któ­rzy już po­słu­gi­wa­li się wy­świech­ta­ny­mi ha­sła­mi: „Seks jest prze­re­kla­mo­wa­ny” albo „Mi­łość? A co to jest?”. Mał­żeń­stwo, po­dob­nie jak wie­ki temu, sta­ło się kon­trak­tem. Mi­łość była gdzie in­dziej.

Lil­ka po­sta­no­wi­ła nie mó­wić Ba­ś­ce, że spo­tka­ła Piotr­ka. Naj­pierw zo­rien­tu­je się, cze­go on wła­ści­wie chce. Nie uwa­ża­ła się za mą­drzej­szą czy bar­dziej za­rad­ną od przy­ja­ciół­ki, ale to nią tar­ga­ły emo­cje, a pod wpły­wem emo­cji nie po­dej­mu­je się do­brych de­cy­zji. Na­wet tro­chę za­zdro­ści­ła Ba­ś­ce, bo od­kąd pół roku temu sama roz­sta­ła się z ko­lej­nym kan­dy­da­tem na ży­cie, ja­koś nikt nie wy­wo­ły­wał u niej szyb­sze­go bi­cia ser­ca.

Przy­po­mnia­ła so­bie swój ostat­ni zwią­zek. Fa­cet za­pew­niał, że jest w se­pa­ra­cji, że Lil­ka musi za­cze­kać rok, by młod­szy syn pod­rósł, po czym cze­ka­ła pięć lat i nic się nie zmie­ni­ło. Poza tym, że już na­gle nie był w se­pa­ra­cji. I oczy­wi­ście za­sła­niał się dzieć­mi. Obrzy­dli­we.

W domu za­sta­ła Baś­kę sie­dzą­cą nad roz­ło­żo­ny­mi na sto­le te­sta­mi cią­żo­wy­mi. Ku­pi­ła ich dzie­sięć. Wszyst­kie były nie­roz­pa­ko­wa­ne.

– Zro­bisz to wresz­cie czy nie? – spy­ta­ła.

– Ja­koś się boję. Ju­tro. Bo ze­psu­ję so­bie cały wie­czór i nie będę mo­gła za­snąć, jak się oka­że, że je­stem w cią­ży – oznaj­mi­ła Baś­ka.

– Ja też wolę ju­tro. Dziś może daj­my już spo­kój i chodź­my gdzieś.

– A wy­wiad? Nie jest przy­pad­kiem na wczo­raj?

– Tym ra­zem nie.

Po­szły do klu­bu Za­raz Wra­cam na Ka­zi­mie­rzu, w któ­rym nie­mal za­wsze spo­ty­ka­ły ko­goś zna­jo­me­go. Nie­któ­rzy dzien­ni­ka­rze na­wet pi­sa­li tu ar­ty­ku­ły na lap­to­pach.

Przy ba­rze jak zwy­kle sie­dzia­ła Lena. Nie. Nie tak. El­len, z ak­cen­tem na „en”. Nie zno­si­ły jej. Na­wet nie była ład­na, ale mia­ła to coś w ką­ci­kach oczu, w skrzy­wie­niu ust, w spo­so­bie cho­dze­nia. Fa­ce­ci o niej ma­rzy­li, ale od­py­cha­ła męż­czyzn spoj­rze­niem jak ba­zy­li­szek, pod­nie­sio­ną brwią, li­to­ści­wym wy­ra­zem twa­rzy. Nie­na­wi­dzi­ła ich. Pój­ście z nią do łóż­ka mo­gło skoń­czyć się naj­więk­szym upo­ko­rze­niem naj­więk­sze­go ma­rze­nia. Je­śli ktoś tu był sin­glem, to ona na pew­no. Z jed­nej stro­ny twier­dzi­ła, że ich nie­na­wi­dzi, z dru­giej nie po­tra­fi­ła żyć bez ich ad­o­ra­cji. Jej fa­ce­bo­oko­wy pro­fil pe­łen był wpi­sów od męż­czyzn pie­ją­cych z za­chwy­tu nad jej zdję­cia­mi. Zresz­tą, kie­dyś same uczest­ni­czy­ły w se­sji fo­to­gra­ficz­nej El­len.

El­len na ryn­ku wśród go­łę­bi, uję­cie pierw­sze.

El­len na ryn­ku wśród go­łę­bi, uję­cie dru­gie.

El­len na ryn­ku wśród go­łę­bi, uję­cie trze­cie.

El­len na ryn­ku wśród go­łę­bi, uję­cie czwar­te.

Po pią­tym Lil­ka prze­sta­ła li­czyć. Wście­kła jak nor­ka pstry­ka­ła ko­lej­ne uję­cia tej sa­mej El­len w tej sa­mej po­zy­cji.

Za każ­dym ra­zem El­len spraw­dza­ła, jak wy­szła, i za każ­dym cze­pia­ła się szcze­gó­łów. Na jed­nym wło­sy źle się ukła­da­ły, na dru­gim no­gaw­ka spodni się pod­wi­nę­ła, na trze­cim za­pal­nicz­ka wy­sta­wa­ła jej z kie­sze­ni. Wte­dy prze­szła im za­zdrość o tych pie­ją­cych z za­chwy­tu. Sko­ro każ­de jej zdję­cie wrzu­co­ne na Fa­ce­bo­oka było efek­tem wie­lo­go­dzin­nej pra­cy, to czym się tu przej­mo­wać?

– O, przy­szły sin­gie­lecz­ki – za­uwa­ży­ła iro­nicz­nie El­len. – Dziś ni­ko­go nie wy­ło­wi­cie, jest mecz w te­le­wi­zji. Sie­dzą w in­nej knaj­pie.

– Za­baw­na je­steś – od­gry­zła się Baś­ka.

– Wiem. – Uśmiech­nę­ła się. – No już, nie złość­cie się. Szu­kam fu­chy. Ostat­nia mi nie wy­pa­li­ła. Mia­łam pi­sać sce­na­riu­sze do pro­gra­mu w te­le­wi­zji, ale za­pro­po­no­wa­li ty­siąc brut­to. Zgro­za. Na­pi­sa­łam do kil­ku ko­lo­ro­wych pism, że chęt­nie będę współ­pra­co­wa­ła, i po­de­sła­łam swo­je tek­sty. Po­dzię­ko­wa­li i „ode­zwie­my się”. Czy­li lipa. A jak u was?

– Bez zmian, ale cien­ko z kasą. Trze­ba by pi­sać do kil­ku „ko­lo­ró­wek” na­raz, żeby żyć jak czło­wiek – wes­tchnę­ła Lil­ka.

– A co gor­sza, in­te­re­su­ją ich tyl­ko wy­wia­dy z gwiaz­decz­ka­mi z se­ria­li – do­da­ła Baś­ka.

(Nie)szczę­śliw­cy na eta­tach sie­dzie­li w War­sza­wie. Pra­co­wa­li od rana do póź­ne­go wie­czo­ra, za­ra­bia­jąc od kil­ku do kil­ku­na­stu ty­się­cy albo i wię­cej. Nie mie­li cza­su na nic i wiecz­nie się śpie­szy­li. Eta­tow­cy i fre­elan­ce­rzy na­wza­jem so­bie współ­czu­li.

Lil­ce ro­bi­ło się sła­bo na myśl, że całe dnie mia­ła­by po­pra­wiać cu­dze tek­sty, wie­czo­ra­mi mieć siłę tyl­ko na to, by do­wlec się do łóż­ka, a w ja­kieś wol­ne week­en­dy, po­wiedz­my raz w mie­sią­cu, od­wie­dzać Kra­ków. Uzna­ła, że może ma na­iw­ne wy­obra­że­nie o ży­ciu, ale na pew­no nie chce zło­żyć go w da­rze pra­co­ho­li­zmo­wi. „Ci tam” to już na­wet nie byli sin­gle z wy­bo­ru. Po pro­stu nie po­tra­fi­li prze­stać.

Wie­czór ro­bił się nud­na­wy, roz­mo­wa się nie kle­iła. W miesz­ka­niu cze­ka­ły noc­ne lamp­ki, książ­ki, kot… Miło było wra­cać z za­dy­mio­nej knaj­py na czy­ste, przy­tul­ne pod­da­sze. Obie lu­bi­ły sprzą­tać. Po­rzą­dek, ten re­al­ny, spra­wiał, że czu­ły się też we­wnętrz­nie w po­rząd­ku, na­wet je­śli tak nie było. Na­wet je­śli stos nie­za­pła­co­nych ra­chun­ków pię­trzył się na sto­li­ku w przed­po­ko­ju. Gdy mia­ły wy­bór: za­pła­cić za gaz lub ku­pić nowy ciuch, zwy­kle wy­gry­wa­ła ta dru­ga opcja. Pod tym wzglę­dem były iden­tycz­ne.

Lil­ka wsu­nę­ła się do łóż­ka w swo­jej sy­pial­ni, ale ja­koś nie mo­gła sku­pić się na książ­ce. W pi­ża­mie po­szła do po­ko­ju Baś­ki.

– Może jed­nak zro­bisz…? – za­czę­ła.

– Nie, nie i NIE. Ju­tro! – Baś­ka za­sło­ni­ła twarz ga­ze­tą.

– Do­brze, do­brze. W ta­kim ra­zie cze­ka nas cięż­ki dzień… Być może.

Rozdział 2

Lilka obu­dzi­ła się w po­łu­dnie z bo­lą­cą gło­wą. Kwiet­nio­we słoń­ce roz­ja­śnia­ło nie­mal całe miesz­ka­nie. Nie­mal, bo twarz Baś­ki sie­dzą­cej w szla­fro­ku na ka­na­pie w sa­lo­nie przy­po­mi­na­ła gra­do­wą chmu­rę.

– Cze­mu je­steś taka zmal­tre­to­wa­na? O któ­rej wsta­łaś? – spy­ta­ła Lil­ka, bio­rąc wodę mi­ne­ral­ną, by po­pić ta­blet­kę prze­ciw­bó­lo­wą. Olać, że na pu­sty żo­łą­dek. Z bo­lą­cą gło­wą nie da się eg­zy­sto­wać.

– Wła­ści­wie nie spa­łam – ode­zwa­ła się Baś­ka po­nu­ro i ci­cho. – Ga­pi­łam się w te­le­wi­zor.

– Cze­mu? – zdzi­wi­ła się Lil­ka i wte­dy so­bie przy­po­mnia­ła. Te­sty! Cią­ża! Pio­trek! – Zro­bi­łaś? – Głos jej lek­ko za­drżał.

– Nie. Cze­ka­łam, aż wsta­niesz. Sama się boję. We dwie bę­dzie ja­koś ła­twiej.

– Aku­rat. To ja w ta­kim ra­zie piję kawę, a ty w tym cza­sie sie­dzisz w ła­zien­ce. Za­raz tam przyj­dę.

– Nie. Zro­bię to, wyj­dę i po kil­ku mi­nu­tach ra­zem spraw­dzi­my. No, pro­szę cię – za­skom­la­ła Baś­ka.

– Chy­ba zwa­riu­ję. Do­brze. No to idź już! Gdzie te­sty?

– W mo­jej kie­sze­ni – po­wie­dzia­ła Baś­ka w dro­dze do ła­zien­ki.

A jak oka­że się, że jest w cią­ży? Co zro­bi­my? Prze­sta­nie­my ra­zem miesz­kać, a ona wró­ci do sie­bie albo do Piotr­ka? O ile w ogó­le go to za­in­te­re­su­je. Żeby cho­ciaż ali­men­ty pła­cił. Zresz­tą, o czym ja my­ślę? Sama się boję, bo cią­ża wszyst­ko nam po­psu­je. A już na pew­no mnie. Po­lu­bi­łam miesz­ka­nie z Baś­ką.

– Dłu­go jesz­cze?! – za­wo­ła­ła.

– Nie!

Baś­ka wy­bie­gła z ła­zien­ki i usia­dła z im­pe­tem na ka­na­pie koło Lil­ki. Po chwi­li mil­cze­nia ode­zwa­ła się:

– Chy­ba już, co?

– Eee… Nie, po­cze­kaj­my jesz­cze kil­ka mi­nut. Mu­si­my być pew­ne. Na­pij się kawy.

– Nie mogę. Ni­cze­go nie prze­łknę.

Po po­twor­nie dłu­gich dzie­się­ciu mi­nu­tach ru­szy­ły do ła­zien­ki. Na pral­ce le­ża­ło dzie­sięć te­stów. Wszyst­kie wska­zy­wa­ły je­den i ten sam wy­nik: Baś­ka na pew­no nie była w cią­ży.

– To może jesz­cze ku­pię ko­lej­ne, jak my­ślisz? – spy­ta­ła Baś­ka.

– Po co? Wszyst­ko ja­sne! Co za ulga!

– Ulga! Ulga! Ulga! – Baś­ka tań­czy­ła po ła­zien­ce jak opę­ta­na.

– Wra­cam na kawę – po­wie­dzia­ła Lil­ka, bo Baś­ka wpa­da­ła na nią, za­ta­cza­jąc się jak w tań­cu świę­te­go Wita.

– Ja też! Ja też wy­pi­ję kawę! – Baś­ka śpie­wa­jąc, po­bie­gła do kuch­ni. Roz­pro­mie­nio­na jak kwiet­nio­we słoń­ce.

Bar­tek był na ży­cio­wym za­krę­cie. Roz­wód, zmia­na pra­cy, a co za tym idzie, miej­sca za­miesz­ka­nia. Nie­uda­ne mał­żeń­stwo to bar­dzo ła­god­ne okre­śle­nie. Po­tem roz­wód. Na szczę­ście miał sy­nów, dzie­się­cio­let­nie­go Fran­ka i młod­sze­go od nie­go o dwa lata Bast­ka, z któ­ry­mi był moc­no zwią­za­ny. To on ich wy­cho­wy­wał.

Wła­śnie za­czął pra­cę jako wi­ce­dy­rek­tor mu­zeum. To było coś, co go in­te­re­so­wa­ło. Wresz­cie mógł się wy­ka­zać wie­dzą i umie­jęt­no­ścia­mi. Za­rob­ki star­cza­ły na jego po­trze­by, nie do koń­ca za to za­spo­ka­ja­ły chę­ci Be­aty, jego by­łej żony. Nie­ustan­nie do­ma­ga­ła się pod­nie­sie­nia ali­men­tów, już i tak bar­dzo wy­so­kich. Dla świę­te­go spo­ko­ju da­wał jej tyle pie­nię­dzy, ile chcia­ła.

Ucie­szył go po­wrót do Kra­ko­wa i uciecz­ka od Be­aty. Dla nie­go to mia­sto łą­czy­ło się ze wspo­mnie­nia­mi sza­lo­nych stu­denc­kich cza­sów. Te­raz czuł się tu jesz­cze tro­chę sa­mot­nie, nie miał kon­tak­tu ze sta­ry­mi zna­jo­my­mi. Część wy­je­cha­ła, część zmie­ni­ła nu­me­ry te­le­fo­nów.

Parę dni temu skoń­czył roz­pa­ko­wy­wa­nie pu­deł. Nie­któ­re z nich nie wi­dzia­ły świa­tła dzien­ne­go przez wie­le lat. Była żona uwa­ża­ła je za sta­re śmie­ci i żą­da­ła, by je wy­rzu­cił, więc le­ża­ły scho­wa­ne w piw­ni­cy. Do­pie­ro w trak­cie prze­pro­wadz­ki so­bie o nich przy­po­mniał. Przy ukła­da­niu sta­rych bi­be­lo­tów i ksią­żek na pół­kach z jed­nej lek­tu­ry wy­pa­dło zdję­cie Lil­ki. Wte­dy za­czął się za­sta­na­wiać, co u niej.

Nie wie­dział, w ja­kiej fa­zie ży­cia jest te­raz, czy ma męża, czy jest sama czy w związ­ku, czy ma dzie­ci. Nie pla­no­wał żad­nych ro­man­sów. No może, gdzieś tam w środ­ku, chciał­by to swo­je nie­speł­nio­ne uczu­cie urze­czy­wist­nić. Spo­tkać sta­rą zna­jo­mą i spraw­dzić, czy to, co czu­je, kie­dy o niej my­śli, jest praw­dzi­we, czy to ułu­da sprzed lat. Ale jak ją zna­leźć?

Wła­śnie kie­dy uwol­nio­na od ner­wów cią­żo­wych Lil­ka de­lek­to­wa­ła się ko­lej­nym kub­kiem swo­jej ulu­bio­nej kawy, pół na pół z mle­kiem i z trze­ma ły­żecz­ka­mi trzci­no­we­go cu­kru, za­brzę­czał dzwo­nek do drzwi.

– Mam na­dzie­ję, że to nie ta wa­riat­ka z dołu – mruk­nę­ła, idąc otwo­rzyć.

Obie po­dej­rze­wa­ły, że ich są­siad­ka ko­niecz­nie chce zro­bić so­bie re­mont miesz­ka­nia za dar­mo i dla­te­go na­sy­ła na nie re­gu­lar­nie pa­nów z ad­mi­ni­stra­cji. Lil­ka do­brze pa­mię­ta­ła ostat­nią wi­zy­tę jed­ne­go z nich:

– Są­siad­ka z dołu twier­dzi, że ją pani za­le­wa i ona ma grzy­ba na su­fi­cie – oznaj­mił.

– Cie­ka­we. Miesz­kam tu od pół­to­ra roku, w domu su­cho jak w tar­ta­ku, ale pro­szę, niech pan wej­dzie – po­wie­dzia­ła grzecz­nie.

Fa­cet obej­rzał wszyst­ko do­kład­nie.

– Dziw­ne. Mu­sia­ła­by pani mieć ła­zien­kę w drzwiach wej­ścio­wych, żeby ją za­le­wać – po­wie­dział i wy­szedł.

Tym ra­zem sta­ła w drzwiach ONA we wła­snej oso­bie.

– I co? Byli z ad­mi­ni­stra­cji?

– A po co tym ra­zem? – za­in­te­re­so­wa­ła się Lil­ka.

– Jak to po co? Pani ma tu ja­kieś ma­szy­ny, pro­wa­dzi pro­duk­cję, mnie się tynk sy­pie i…

– …ma pani grzy­ba, wiem.

Są­siad­ka we­pcha­ła się do miesz­ka­nia, obej­rza­ła kom­pu­ter i ru­szy­ła do ła­zien­ki.

– Ooo! Te­ści­ki cią­żo­we. No, może ma­szyn nie ma, ale za to jest bur­del. Zgło­szę to, wszyst­ko na­pi­szę!

– Ależ pro­szę bar­dzo, niech się pani nie krę­pu­je, mogę to na­wet pani wy­dru­ko­wać, żeby po­rząd­niej wy­glą­da­ło – za­pro­po­no­wa­ła Lil­ka.

– Pani jest bez­czel­na! Wy­cho­dzę!

– Do wi­dze­nia, mi­łe­go dnia ży­czę – po­wie­dzia­ła Lil­ka uprzej­mie i za­mknę­ła drzwi.

– Kom­plet­na świ­ru­ska – sko­men­to­wa­ła Baś­ka.

– Trud­no. Jej pro­blem. Naj­waż­niej­sze, że my nie mamy pro­ble­mu. Aleś mi na­pę­dzi­ła stra­cha – wes­tchnę­ła Lil­ka.

– No to ja idę na­pi­sać ar­ty­kuł, bo ter­min mija dzi­siaj, a przez te te­sty nie mo­głam się sku­pić. – Baś­ka prze­cią­gnę­ła się i po­szła do swo­je­go po­ko­ju.

Lil­ka ode­tchnę­ła z ulgą. Nie bę­dzie dziec­ka, nie bę­dzie pro­ble­mów z Piotr­kiem, nie zo­sta­nie na pod­da­szu sama. Po­my­śla­ła na­wet, że pi­sa­nie za­le­głe­go wy­wia­du może oka­zać się cał­kiem przy­jem­ne. Tak, ten dzień z pew­no­ścią mo­gła za­li­czyć do uda­nych.

Oko­ło czwar­tej po po­łu­dniu ugo­to­wa­ły spa­ghet­ti z ba­kła­ża­nem, su­szo­ny­mi po­mi­do­ra­mi i ogrom­ną ilo­ścią czosn­ku, po czym po­sta­no­wi­ły po­sprzą­tać miesz­ka­nie i w ogó­le nie wy­cho­dzić z domu.

– Obej­rzy­my może wresz­cie 3:10 do Jumy z Rus­sel­lem Cro­we’em.

– Świet­nie, nie mam ocho­ty ni­g­dzie ła­zić.

Kie­dy Baś­ka po­szła szu­kać fil­mu, do Lil­ki za­dzwo­nił Pio­trek.

– Cześć, Lil­ka – po­wie­dział mi­lut­ko. – Kie­dy się zo­ba­czy­my? Może dzi­siaj?

– Mhm… – Uda­ła, że się za­sta­na­wia. – Wła­ści­wie cze­mu nie? Ale wo­la­ła­bym ja­koś te­raz, bo wie­czór mam za­ję­ty.

– Nie ma spra­wy. Je­stem na Ka­zi­mie­rzu, w Miej­scu. Za ile byś była? – spy­tał.

– Do go­dzi­ny. – Odło­ży­ła słu­chaw­kę.

Za­in­try­go­wa­nie zwy­cię­ży­ło z per­spek­ty­wą sie­dze­nia w domu w pi­ża­mie.

– Idę spo­tkać się z Piotr­kiem – po­wie­dzia­ła, gdy Baś­ka wró­ci­ła z DVD.

Ta sta­nę­ła jak wry­ta.

– Idę te­raz i wra­cam za go­dzi­nę. Chcę się prze­ko­nać, cze­go on chce. Nie mó­wi­łam ci, ale wi­dzia­łam go ostat­nio i już ko­lej­ny raz pro­si mnie o spo­tka­nie.

– Jak to? Ja­kie spo­tka­nie? To ty się z nim wi­du­jesz? – spy­ta­ła po­dejrz­li­wie Baś­ka.

– Nie­ee! Idę tyl­ko spraw­dzić, o co mu cho­dzi. Chcesz, to pro­szę, idź sama!

– Na pew­no nie – ob­ru­szy­ła się Baś­ka. – Co za­mie­rzasz spraw­dzić?

– On cze­goś chce. Jak nie pój­dę, bę­dzie wy­dzwa­niał. Za­kończ­my wresz­cie tę spra­wę, co?

– To idź – po­wie­dzia­ła na­bur­mu­szo­na Baś­ka. – Tyl­ko wra­caj szyb­ko!

– Prze­cież dłu­żej niż kwa­drans z nim nie wy­trzy­mam. – Ro­ze­śmia­ła się Lil­ka.

– Zno­wu te two­je zło­śli­wo­ści. Nie jest wca­le taki nud­ny!

Lil­ka po­pa­trzy­ła na przy­ja­ciół­kę prze­cią­gle, wło­ży­ła dżin­sy, trencz i wy­szła.

Tuż przed Ka­zi­mie­rzem na­tknę­ła się na marsz, a wła­ści­wie dwa mar­sze. Z jed­nej stro­ny ma­sze­ro­wa­li zwo­len­ni­cy to­le­ran­cji, a z dru­giej zwo­len­ni­cy nie­to­le­ran­cji, czy­li Mło­dzież Wszech­pol­ska. Z fla­ga­mi. Krzy­cze­li do sie­bie na­wza­jem i skan­do­wa­li swo­je ha­sła. Pierw­si nie­śli ko­lo­ro­we fla­gi – sym­bol ru­chu ge­jow­skie­go, ko­lo­ro­we ba­lo­ni­ki oraz trans­pa­ren­ty z ha­sła­mi: „V RP bę­dzie tę­czo­wa”, „Mój brzuch nie jest do­brem na­ro­do­wym”. Wzno­si­li też okrzy­ki: „Wszy­scy rów­ni, każ­dy inny!”, a pod ad­re­sem de­mon­stra­cji Mło­dzie­ży Wszech­pol­skiej wo­ła­li: „Fa­szy­ści!”. Po­li­cja spo­koj­nie kro­czy­ła obok.

Ja­koś uda­ło jej się przejść na plac Nowy. W okrą­gla­ku jak zwy­kle kwitł han­del, na sto­łach sprze­da­wa­no sta­ro­cie, a na stra­ga­nach wa­rzy­wa i owo­ce. Za hor­ren­dal­ne ceny. Był to naj­droż­szy plac w mie­ście, bo wła­ści­cie­le stra­ga­nów wie­dzie­li, że tu­ry­ści ku­pią cy­try­nę na­wet za czte­ry zło­te. Wzię­ła od pana sprze­da­ją­ce­go kwia­ty bu­kiet żół­tych tu­li­pa­nów (za je­dy­ne sie­dem zło­tych – kwia­ty nie cie­szy­ły się taką po­pu­lar­no­ścią jak je­dze­nie, wia­do­mo) i we­szła do Miej­sca, wiecz­nie za­tło­czo­ne­go, słyn­ne­go klu­bu-ka­wiar­ni na Ka­zi­mie­rzu. Klub zo­stał urzą­dzo­ny w sty­lu lat sześć­dzie­sią­tych, a go­ści ob­słu­gi­wał przy­ja­ciel dziew­czyn, Ro­mek, któ­ry ro­bił do­brą kawę i ser­wo­wał wa­rzyw­ne na­po­je, na przy­kład swój ulu­bio­ny pie­trusz­ko­wy. Dziew­czy­ny uwiel­bia­ły tam przy­cho­dzić. Urzą­dza­no tu co ja­kiś czas, wzo­ru­jąc się na Za­cho­dzie, Fa­shion Swap Par­ty, czy­li jak brzmia­ło w ogło­sze­niu: „Opróż­nij sza­fę z FAJ­NYCH nie­no­szo­nych rze­czy i za­mień na jesz­cze faj­niej­sze! Każ­da oso­ba, któ­ra chce uczest­ni­czyć w swa­pie, musi coś przy­nieść! Wy­mie­nia­my się ubra­nia­mi i bu­ta­mi, ale rów­nież nie­no­szo­ny­mi za­pa­cha­mi, bi­żu­te­rią i do­dat­ka­mi. Wie­sza­ki bar­dzo mile wi­dzia­ne”.

Lil­ka przy­wi­ta­ła się z Rom­kiem i jak zwy­kle nie od­wa­ży­ła się spró­bo­wać na­po­ju z pie­trusz­ki, tyl­ko za­mó­wi­ła kawę. Pio­trek sie­dział przy sto­li­ku w głę­bi. To nie było w jego sty­lu.

No tak, chce o czymś po­ga­dać i wo­lał­by, żeby nikt tego nie sły­szał, na przy­kład Ro­mek, dla­te­go za­de­ko­wał się w naj­dal­szym ką­cie.

– No wresz­cie, ja­koś nie mo­gli­śmy się umó­wić – po­wie­dział, wsta­jąc z miej­sca i po­ma­ga­jąc jej w zdję­ciu tren­czu.

Cóż za ga­lan­te­ria, po­my­śla­ła.

Upi­ła łyk kawy, ką­tem oka pa­trząc, jak Pio­trek krzy­wi się z dez­apro­ba­tą, i spy­ta­ła:

– No do­brze. O co cho­dzi?

Roz­par­ła się wy­god­nie w fo­te­lu i za­pa­li­ła pa­pie­ro­sa, wy­wo­łu­jąc ko­lej­ny gry­mas na jego twa­rzy. Uśmiech­nę­ła się.

– Nooo, tak chcia­łem się spo­tkać, spy­tać, jak ży­cie, co ro­bisz, jak wam się miesz­ka…

– …i jak nasz ko­tek? – pod­su­nę­ła.

Wes­tchnął.

– Ta two­ja słyn­na zło­śli­wość nie za­wsze bywa śmiesz­na – po­wie­dział.

– Słu­chaj, mam mało cza­su i czu­ję, że masz ja­kąś spra­wę, więc mów wprost i już.

Po­pa­trzył w lewo, po­pa­trzył w pra­wo, spoj­rzał na swo­je dło­nie, w koń­cu pod­niósł wzrok na Lil­kę i za­czął du­kać:

– Nie wiem, co wy tam so­bie z Baś­ką opo­wia­da­cie, czy się zwier­za­cie so­bie, czy nie, ale to jest in­tym­ny pro­blem i ja­koś wolę cie­bie spy­tać.

– Sko­ro in­tym­ny, to ra­czej po­win­na tu sie­dzieć Baś­ka.

– No tak, ale… Ja­koś tak… Słu­chaj, Lil­ka, bo wiesz… aaa… czy Baś­ka…

– …jest w cią­ży? O to ci cho­dzi?

W se­kun­dę zro­bił się pur­pu­ro­wy jak ob­ra­ny ze skó­ry bu­rak.

– No, eee, tak.

– No więc… – Za­czerp­nę­ła od­de­chu, na­pi­ła się kawy, wy­dmu­cha­ła dym z pa­pie­ro­sa. Pio­trek sie­dział jak na szpil­kach, a twarz mu tę­ża­ła. – Ow­szem, Baś­ka zro­bi­ła dziś te­sty i jest w cią­ży. Mia­ła ci to po­wie­dzieć, ale uprze­dzi­łeś wy­pad­ki. To tyle. Resz­tę za­ła­twiaj z Baś­ką. Ja nie je­stem ja­kimś cho­ler­nym te­le­fo­nem za­ufa­nia – po­wie­dzia­ła i wsta­ła.

– Ale za­cze­kaj. Po­wiedz, jak ona… no wiesz, jak za­re­ago­wa­ła?

– Spy­taj JĄ. No to na ra­zie. Dzię­ki za kawę. – Od­wró­ci­ła się, żeby nie wi­dział, jak po­wstrzy­mu­je śmiech.

Wy­szła szyb­ko, zo­sta­wia­jąc go sto­ją­ce­go przy fo­te­lu. Wy­glą­dał jak ska­mie­li­na. Z wra­że­nia za­po­mnia­ła o tu­li­pa­nach.

– Nie wiem, czy to do­bry po­mysł – zmar­twi­ła się Baś­ka, gdy Lil­ka zre­fe­ro­wa­ła jej prze­bieg spo­tka­nia.

– Ja­sne, że do­bry. Ty cią­gle mar­twisz się o nie­go za­miast o sie­bie. Te­raz prze­ko­nasz się, jaki jest. Na pew­no do cie­bie za­dzwo­ni.

– Może za­pro­po­nu­je mał­żeń­stwo? – Baś­ka ro­ze­śmia­ła się nie bez zło­śli­wo­ści. – Po co ta in­fan­tyl­na baj­ka o cią­ży? Na pew­no nie bę­dzie mi ła­twiej się z tego wy­mik­so­wać, spo­ty­ka­jąc się z nim. Po­win­naś to od­krę­cić! – Wście­kła się na­gle.

– Ani my­ślę! Po­roz­ma­wiasz z nim i prze­sta­niesz wresz­cie bia­do­lić i nie spać po no­cach. Może to jest wła­śnie spo­sób na osta­tecz­ne za­koń­cze­nie tej hi­sto­rii? Bo tak to tyl­ko wspo­mi­nasz do­bre chwi­le i ry­czysz jak na­sto­lat­ka!

– Sama je­steś na­sto­lat­ka! Żeby mu ta­kie kłam­stwo wci­snąć!

– Tak jak­by on cię nie okła­my­wał!

Baś­ka za­mknę­ła się w swo­im po­ko­ju, trza­ska­jąc drzwia­mi, a Lil­ka w swo­im. Po chwi­li Baś­ka sta­nę­ła w drzwiach:

– No to da­waj ten film, chcę od­po­cząć i po­pa­trzeć na Rus­sel­la Cro­we’a.

Włą­czy­ły te­le­wi­zor, a Lil­ka po­grą­ży­ła się w roz­my­śla­niach.

Nie są­dzę, żeby Pio­trek na­gle po­czuł się od­po­wie­dzial­ny, a co do­pie­ro chęt­ny do ożen­ku. Je­stem nie­mal pew­na, że za­pro­po­nu­je Ba­ś­ce pie­nią­dze.

Może wte­dy przej­dzie jej ta iry­tu­ją­ca no­stal­gia za fa­ce­tem, któ­ry spo­ty­kał się z nią tyl­ko wte­dy, kie­dy chciał, i któ­ry ją zo­sta­wił, bo nie ro­zu­miał, że Baś­ka nie jest call girl.

Le­piej być samą, niż tkwić w byle ja­kim związ­ku. Nie wol­no szu­kać na siłę. Mi­łość przyj­dzie. Lub nie. Są prze­cież lu­dzie, któ­rzy ni­g­dy jej nie do­świad­czy­li. Sa­mot­ność we dwo­je to naj­gor­szy ro­dzaj sa­mot­no­ści.

Ich nie­pi­sa­ne przy­ka­za­nie – je­śli moż­na tak to na­zwać – brzmia­ło: nie wią­zać się z ni­kim ze stra­chu ani dla sek­su. Je­dy­nym po­wo­dem może być przy­jaźń i mi­łość. Co nie wy­klu­cza, oczy­wi­ście, ro­man­sów. Tyl­ko nie byle ja­kich! By­le­ja­kość już wię­cej nie za­go­ści w ich ży­ciu. Tego Lil­ka była pew­na.

Po­sta­no­wie­nia pro­ste, ale czy tak­że…

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział 3

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 4

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 5

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 6

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 7

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 8

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 9

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 10

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 11

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 12

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 13

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 14

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 15

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 16

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 17

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 18

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 19

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 20

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 21

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 22

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 23

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 24

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 25

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 26

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 27

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 28

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 29

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 30

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 31

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 32

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 33

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 34

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 35

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 36

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 37

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 38

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 39

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 40

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 41

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 42

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 43

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 44

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 45

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 46

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 47

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 48

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 49

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 50

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 51

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 52

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 53

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Epilog

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej