Wydawca: Wydawnictwo MG Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 327 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Spokojnie. To tylko Rosja - Igor Sokołowski

Rosja to żywioł, stan umysłu i ducha, potęga pełna słabości, przekleństwo historyczne i szaleństwo w jednym. Ten kraj to ocean patologii, humoru, nieszczęścia, miłości i brudu, których żadne środki wyrazu nie opiszą w pełni. A jednak Rosja silnie uzależnia. Po prostu jest jak narkotyk. Chcąc ją poznać w całości, w pewnym sensie zdobyć i okiełznać, z góry jesteśmy skazani na porażkę. Ciężko jest oswoić chociaż ułamek, jakąś niewielką część tej potęgi.

W książce Spokojnie. To tylko Rosja Autor pokazuje Rosję tak jak ją widzi współczesne pokolenie Polaków. Spogląda na nią oczyma chłopaka, który zna historię, ale nie jest nią osobiście obciążony. Potrafi być w stosunku do Rosji bezlitośnie krytyczny, ale też jest nią zafascynowany.

Jestem w Rosji, w prowincjonalnym miasteczku, zamieszkałym przez naród, którego języka zupełnie nie rozumiem. Nie mam akumulatora, ani za dużo pieniędzy, a papierosy się kończą. I rodzi się pytanie: Dlaczego? Po co to wszystko? Co ja tutaj robię? Mógłbym, jak moi rówieśnicy, normalni ludzie, pojechać np. do Hiszpanii, czy Turcji i w słońcu raczyć się jakimś lekkim drinkiem? Mógłbym. A zamiast tego siedzę w niedziałającym samochodzie i dłońmi brudnymi od smaru i sosu z szaszłyka odpalam jednego z ostatnich papierosów. To chyba po prostu nazywa się pmiłość. A kocha się, jak mówią, nie za zalety a pomimo wad. I to wyjaśnienie kończy moje rozważania. Kończy się też papieros i czas oczekiwania na akumulator. Idę go odebrać.

Opinie o ebooku Spokojnie. To tylko Rosja - Igor Sokołowski

Fragment ebooka Spokojnie. To tylko Rosja - Igor Sokołowski

Okładka

Strona tytułowa

SPOKOJNIE. TO TYLKOROSJA

Strona redakcyjna

Copyright © 2015, Igor Sokołowski

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-279-7

Projekt okładki i skład książki: Zuzanna Malinowska

Zdjęcia użyte w książce: z prywatnych zbiorów Igora Sokołowskiego

Redakcja: MG

Korekta: Dorota Ring

www.wydawnictwomg.pl

kontakt@wydawnictwomg.pl

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com

Rosja jest wielka. A człowiek jest mały. Nic więc dziwnego, że Rosja ma człowieka za nic. Chociażby to był „jej” człowiek, znaczy się Rosjanin, i tak Rosję to guzik obchodzi. Kiedyś nawet stworzono coś takiego jak Człowiek Radziecki. „Homo Sovieticus” mówiono na niego z pogardą. Ale on był dumny z tego, kim jest i skąd pochodzi. Dumny jak mało kto ze swojej tożsamości, z bycia człowiekiem radzieckim. Chociaż i tak w szerszej perspektywie ten człowiek nie znaczył nic.

Teraz to już nie jest homo sovieticus, to obywatel Federacji. A nadal znaczy tyle samo, czyli nic. Bo jednostka to fraszka, głupstwo, detal, szczegół. Rosja jest wielka. Tak wielka, że człowieka w niej nie widać. A ja bardzo chciałem go zobaczyć. I pokazać w tej książce. Ale czy się udało?

CЕВЕР [PÓŁNOC]

WSTĘP

Kocham, naprawdę kocham ten moment, kiedy przekraczam granicę. Nie mówię tu oczywiście o całym tym biurokratycznym piekle, które fundują nam umundurowani słudzy systemu. Mam na myśli chwilę, kiedy mam tę granicę już za sobą, wraz z celnikami wciśniętymi w ich mundury i z pogardliwymi wobec świata minami. We wstecznym lusterku blaszane hangary ozdobione trójkolorowymi flagami robią się coraz mniejsze, a w przedniej szybie samochodu otwiera się coraz szerszy horyzont. Proporcjonalnie do krajobrazu poszerzają mi się źrenice, trochę jak u narkomana, bo zaczyna docierać do mnie ten niesamowity klimat, inność oraz wyjątkowość świata, w którym właśnie się znalazłem. I co ciekawe, z kolejnymi podróżami do Rosji to poczucie nie słabnie, a wręcz przeciwnie, z każdym następnym wkroczeniem na teren cywilizacji, której istota dla większości znajomych mi osób pozostaje nieodgadniona, ten nadmiar tlenu w płucach i podniesione ciśnienie odczuwam coraz silniej.

Obserwując ogromną przestrzeń ze świadomością, że to co rejestrują moje zmysły, to jedynie promil powierzchni zajmowanej przez imperium, czuję się jak zdobywca albo odkrywca. Mimo że współczesna cywilizacja wdarła się do państwa rosyjskiego w takim samym stopniu jak i do innych części globu umownie określanych mianem „pierwszego świata”, i tak odnosi się wrażenie, że te wszystkie osiągnięcia tutaj funkcjonują na zupełnie innych warunkach. I chociaż znam język i teoretycznie wydaję się dobrze przygotowany do konfrontacji z rosyjską rzeczywistością, to i tak nie mam żadnej gwarancji, czy uda mi się zrealizować plan. Plan, jaki sobie założyłem, błądząc palcem po mapie w moim warszawskim mieszkaniu. Zresztą musiałbym mieć tysiąc jego wariantów. Bo tutaj plan, już od czasów Związku Radzieckiego, jest jak yeti. Wszyscy o nim słyszeli, ale żeby jakiś został zrealizowany, to tego jeszcze nikt nie widział. Z drugiej strony Rosja jest zbyt dużym krajem na wolną amerykankę, łatwo przepaść w takiej przestrzeni. Więc lepiej jakiś plan jednak mieć, ale niekoniecznie kurczowo się go trzymać.

Zatem oddzielna planeta udająca, że jest po prostu państwem, stoi przed nami otworem. Czy jest szansa poznać ją w całości? Raczej nikła. Ale można próbować, a nawet trzeba, bo na pewno warto. Wystarczy otworzyć umysł, trzymać się kilku zasad, być konsekwentnym, a przede wszystkim nie bać się. Zresztą czego się tu bać? Przecież to tylko Rosja…

ŁATGALSKI KOŃ TROJAŃSKI

Litwa, Łotwa i Estonia są jak trzy zęby wybite ze słowiańskiej szczęki bloku wschodniego. Na poparcie tej tezy mogę zadać parę czysto retorycznych pytań: czy ktoś miał do czynienia z łotewską albo estońską gościnnością? Czy ktoś słyszał kiedykolwiek legendy o alkoholowych możliwościach Litwinów? I wreszcie: czy ktokolwiek rozumie, co oni wszyscy mówią?! Te nadbałtyckie państwa są jak sąsiad żyjący obok, któremu codziennie mówimy dzień dobry, nic o nim właściwie nie wiedząc. Ale są miejsca, gdzie ta odmienność się zaciera, a to za sprawą rosyjskich enklaw w nadbałtyckich krainach. Rosjanie mają na Łotwie „swój” rejon, czyli Łatgalię, historyczną krainę, o której każdy z nas kiedyś słyszał na lekcjach historii, albowiem w granicach I Rzeczypospolitej nosiła miano województwa inflanckiego. Zazwyczaj mój pierwszy przystanek w drodze do Rosji to Daugavpils, czyli po polsku Dyneburg. Drugie pod względem wielkości miasto na Łotwie okazuje się miastem… rosyjskim. Według badań Rosjanie stanowią prawie 54% mieszkańców Dyneburga, Łotysze zaś niecałe 20%[1]. Ciekawostką jest, że trzecią narodowością w mieście pod względem liczebności są nasi rodacy, których jest tutaj około 15 tysięcy. W efekcie na ulicach w ogóle nie słychać łotewskiego i mimo że nazwy ulic, wszelkie informacje i szyldy sklepowe pisane są po łotewsku, to w praktyce mało kto używa tego języka. Czuję się dziwnie, przechadzając się po brukowanych uliczkach, wzdłuż rzędów wiekowych, odrestaurowanych kamieniczek, których geometria przywodzi na myśl niemiecką myśl architektoniczną, jednocześnie na każdym kroku słysząc język rosyjski. Po prostu dźwięk tej mowy przyzwyczaił mnie do zgoła odmiennego krajobrazu.

Dyneburg jest miasteczkiem u pogranicza kultur, z przebogatą historią, której efektem stała się mieszanka stylów architektonicznych, niekiedy wręcz niemiła dla oka. Czas płynie tu jakby wolniej. Ludzie z grymasem zniechęcenia na twarzy poruszają się po wylanych asfaltem chodnikach, jakby coś im w tym nieustannie przeszkadzało. Po dwóch, trzech godzinach spędzonych w Dyneburgu, gdy zauważyłem, że atmosfera marazmu zaczyna powoli i mnie dotykać, postanowiłem stąd jak najszybciej uciekać. Zanim to jednak uczyniłem, niczym rasowy turysta odwiedziłem malutką cerkiew postawioną współcześnie na miejscu wysadzonego w powietrze w czasach sowieckich soboru Aleksandra Newskiego. Następnie pojechałem zrobić kilka zdjęć słynnej dyneburskiej twierdzy i mogłem spokojnie skierować się ku kolejnemu punktowi, jakim jest miasto Rezekne (inaczej Rzeżyca), w nadziei, że uda mi się tam znaleźć nocleg.

Tuż po wyjeździe z Dyneburga zatrzymałem się przy dużym, zadbanym cmentarzu, wyglądającym na wojskowy. Jednak zamiast mogił „bohaterów walki z faszyzmem”, czego się spodziewałem, ujrzałem pomnik poświęcony „tym złym”, czyli żołnierzom III Rzeszy. Oczywiście na żadnej z pamiątkowych tablic nie pojawia się słowo „faszyzm” ani „nazizm” czy „III Rzesza”. Pomnik oraz cmentarz z symbolicznymi nagrobkami poświęcone są  „niemieckim żołnierzom poległym w czasie II wojny światowej”. Utrzymanie nekropolii w tak doskonałym stanie nie jest bynajmniej lokalną inicjatywą obywatelską, gdyż pieniądze pochodzą od rządu niemieckiego przy wsparciu centralnych władz Łotwy. Romans nadbałtyckiego kraju z hitleryzmem to oddzielny temat opisany niewątpliwie w niejednej pracy dyplomowej, a ten cmentarz jest jednym z wielu dowodów na to, że stosunek rządu łotewskiego do tej kwestii jest niejednoznaczny. Tak pięknie zadbana nekropolia musi kłuć w oczy mieszkających tu Rosjan i oczywiście jest to element świadomej polityki państwa łotewskiego. Zagadnięty przeze mnie pod bramą cmentarza starszy pan – Rosjanin skomentował to krótko: „Dziwnie to wygląda, gdy tak się dba o groby okupantów, ale nasz cmentarz [Armii Czerwonej] też jest zadbany, więc nikt nie protestuje”.

Rzeżyca, następny punkt na mojej trasie, podobnie jak Dyneburg, postrzegana jest jako rosyjski bastion. Tutaj ponad połowę mieszkańców stanowią Rosjanie. Podobno jest też mnóstwo zabytków. Podobno, bo ja żadnego nie widziałem, a trochę po mieście krążyłem w poszukiwaniu noclegu, gdyż jak się okazało, znalezienie kwatery w przygranicznym mieście do najłatwiejszych nie należy. W ogóle Rzeżyca to unikat na skalę światową, ponieważ, jak mówił mi każdy zaczepiony na ulicy przechodzień: „Tu nie ma centrum, a nawet jeśli jest, to nie bardzo wiadomo gdzie”. Później dowiedziałem się, że nie tylko centrum miasta nie istnieje, ale i o hotelu, który wcześniej znalazłem w internecie, nikt tutaj nie słyszał. Zabytków nie ma, centrum nie ma, hotelu nie ma. Nie ma niczego, czyli sen Kononowicza spełnił się w czterdziestotysięcznym mieście na pograniczu łotewsko rosyjskim. Czas płynął, ja byłem coraz bardziej zmęczony, więc zacząłem na gwałt szukać pokoju, w którym mógłbym spędzić zbliżającą się noc. W hotelu przy głównym trakcie przecinającym miasto pani w recepcji zaproponowała mi najtańszy pokój w cenie dwustu złotych za dobę. Grzecznie podziękowałem i wyszedłem, pozostawiając po sobie woń biedy wydobywającej się ze studenckiego wówczas portfela.

Na trop taniego motelu wpadłem na stacji benzynowej (tam też wszyscy powtarzali, że w Rzeżycy nie ma centrum). Kasjer skierował mnie do motelu robotniczego w przemysłowej strefie miasta, po czym z zadowoleniem stwierdził, że „to na pewno nie jest w centrum”. Tak więc w drodze eliminacji uzyskałem punkt zaczepienia w poszukiwaniu mitycznego śródmieścia. Po wykruszonym betonie toczę się samochodem wśród hal produkcyjnych mających czasy świetności już dawno za sobą, aż docieram do azbestowego klocka, z widniejącym nań szyldem „MOTELIS”. Parkuję w sąsiedztwie drogich aut i nie zwracając nawet uwagi na to nieprzystające do krajobrazu czterokołowe towarzystwo, wdrapuję się na kolejne piętra bloku, po drodze mijając pomieszczenia o różnorodnym przeznaczeniu. W końcu trafiam na poziom funkcjonujący jako motel. Przy akompaniamencie pijackich śpiewów i krzyków dochodzących z pokojów słyszę od pani recepcjonistki, nieodrywającej wzroku od ekranu telewizora, gdzie właśnie zagęszcza się akcja rosyjskiej telenoweli, że wolnych miejsc nie ma. Ni to z żalem, ni to z ulgą wychodzę z budynku, gdzie akurat odnaleźli się właściciele luksusowych samochodów, a okazali się nimi barczyści panowie odziani w skórzane kurtki, korzystający z siłowni znajdującej się w tym samym budynku. Z żalem, albowiem perspektywa spędzenia nocy w aucie stawała się coraz bardziej realna, i jednocześnie z ulgą, bo mieszkanie w sąsiedztwie pijanych robotników i mafijnej siłowni nie wiedzieć czemu nie było szczytem moich marzeń. Wróciłem zatem do hotelu stojącego przy głównej ulicy, by zasięgnąć języka w kwestii innych baz noclegowych w Rzeżycy. Ostatnią deską ratunku był mały motel znajdujący się na podmiejskim wzgórzu. Bingo! Jest wolny pokój, z własną łazienką, Wi-Fi, kosztujący po przeliczeniu łatów na naszą walutę czterdzieści złotych za dobę. Ponieważ recepcjonistka tak jak większość tubylców była Rosjanką, postanowiłem wypytać ją, jak wygląda tutaj życie mniejszości narodowej, która tak naprawdę jest większością.

– Kiedy był to jeszcze Związek Radziecki, w ogóle nie było żadnych problemów, chociażby z językiem. Tutaj każdy mówi po rosyjsku, ale szyldy, reklamy i tablice informacyjne muszą być po łotewsku. Żeby dostać pracę, trzeba znać łotewski, choć później i tak go nikt nie używa, ale znajomość jest obowiązkowa. A niektórzy nawet jak znają łotewski, to się słowem w tym języku nie odezwą. Było referendum w tym roku, żeby rosyjski był językiem urzędowym i tutaj [w Łatgalii] je przegłosowano na „tak”. Więc mógłby być chociaż tutaj jako oficjalny, ale marszałek sejmu powiedziała, że za nic w świecie rosyjskiego jako urzędowego rząd nie zaakceptuje. I tak to wygląda, niby oficjalnie mówimy po łotewsku i mamy czuć się obywatelami Łotwy, ale wszyscy wiedzą, że Łatgalia to przedłużenie Rosji, tyle że pod inną jurysdykcją.

Z tego punktu opowieści recepcjonistka, z którą palimy kolejnego już papierosa („tu można palić wszędzie”), przechodzi gładko do wspomnień przepełnionych nostalgią za utraconym rajem zwanym ZSRR.

– Oni [obecne władze] wszystko rozprzedali. Kiedyś mieliśmy tutaj chociażby mleczny kombinat. Produkty stąd szły na cały Związek Radziecki! Fabryk ile było, pracy! I nikt nie zajmował się tym, kto jest Łotyszem, a kto Ruskim. A ci, co przy rozpadzie ZSRR tak głosowali za niepodległością, teraz w łokcie się gryzą, nie ma pracy, nie ma żadnych naszych zakładów, wszystko obcy kapitał. Życie jest drogie, tyle tylko nam zostało, że bez problemu można za granicę na zachód pojechać pracować, bez wiz i tym podobnych. Ale do Rosji już wizy mieć musimy i to jest prawdziwa katastrofa. Nie dość że jesteśmy poza nawiasem swojej pierwotnej ojczyzny, to tutaj żyjemy jakby na marginesie.

Z pewnością rdzenni Łotysze mają na tę kwestię inny pogląd, ale prawdą jest, że problem istnieje, i to wcale nie błahy, biorąc pod uwagę chociażby ogromną liczbę bezpaństwowców, osób, którym odmówiono przyznania obywatelstwa łotewskiego z racji braku znajomości języka łotewskiego. Bycie apatrydą jest równoznaczne z brakiem praw obywatelskich, co według niezależnych obserwatorów miało duży wpływ na wyniki wspomnianego referendum. Lęk Łotyszy przed utratą swojej państwowości jest zrozumiały, ostatecznie żyją w cieniu ogromnego państwa, do dziś przez wielu postrzeganego w charakterze okupanta. Z drugiej jednak strony czy naprawdę ludzie mieszkający tutaj tak łatwo wyrzekliby się mimo wszystko wygodnego pod względem ekonomicznym życia, by wpaść w rosyjskie ramiona? To po pierwsze, a po drugie przesadzone są trochę głosy, według których na tych ziemiach nienawidzi się łotewskiego państwa. Kiedyś zdarzyło mi się przejeżdżać przez Łatgalię 18 listopada, w dniu, w którym na Łotwie obchodzone jest święto niepodległości. I szczerze powiedziawszy, życzyłbym sobie, żeby w Polsce 11 listopada na ulicach widniało tyle naszych flag, co wówczas łotewskich w tej „rosyjskiej” enklawie. Tak się raczej nie manifestuje nienawiści. Ale to tylko moje dywagacje, żeby móc wyciągać poważniejsze wnioski, należałoby bardziej pochylić się nad sytuacją Łatgalów. A moim celem nie był przecież przylądek rosyjski na Łotwie, a sama Rosja. Więc następnego dnia rano, po opuszczeniu motelu, przejechaniu kilkunastu ostatnich kilometrów na terenie Unii Europejskiej i bezproblemowym na szczęście przekroczeniu granicy mogłem rozpocząć właściwą podróż.

Podróż po Rosji.

IWAN SIĘ BAWI

Autostop to w Rosji nadal popularna forma podróżowania. Nie postrzega się jej jednak w wymiarze turystyczno-przygodowym, a czysto praktycznym. Oczywiście dotyczy raczej krótkich dystansów, bo biorąc pod uwagę powierzchnię tego kraju, niektóre podróże mogłyby się niebezpiecznie rozciągnąć w czasie. Niemniej jednak na krótką metę autostop w Rosji zdaje egzamin i jest fantastyczną okazją dla kierowcy (czytaj: mnie) do wysłuchania ciekawych historii, a tych przecież nie brakuje. Podczas jednej z wypraw w głąb Federacji, odjeżdżając z przejścia granicznego z Łotwą, zabieram dwóch Białorusinów, którzy przyjechali do Rosji na saksy. Młodzi gastarbeiterzy pochodzący spod Witebska imają się różnych prac sezonowych w większych gospodarstwach i zarabiają w ten sposób na wakacje. Z władzy Alaksandra Łukaszenki nie są zadowoleni, ze względów czysto ekonomicznych, według nich w Rosji żyje się o wiele lepiej – więcej się zarabia, a ceny są niższe. Dlatego przyjeżdżają tu pracować, tym bardziej że granicę między Białorusią a Rosją przekracza się tak jak między krajami w strefie Schengen. No i nie trzeba znać obcego języka, a ekonomiczna różnica jest. Chłopaków zostawiam na obwodnicy miejscowości Ostrów, w której miałem zaplanowany pierwszy postój od granicy. W końcu kiedyś trzeba zjeść śniadanie.

Typowo turystycznie zatrzymuję samochód w miejscu, skąd mam doskonały widok na zabytkowy, wiszący ostrowiecki most. Wyciągam z bagażnika kabanosy i wafle ryżowe zabrane z Polski oraz wcześniej kupiony w miejscowym sklepie kwas chlebowy. Posilam się, obserwując jednocześnie, jak bezdomne psy ganiają dzieciaki na motorowerach lub może na odwrót – dzieciaki jeżdżące w kółko za psami. Nie razbieriosz. Ale spokój nie trwa długo. W moim kierunku zmierza slalomem na rowerze dobrze zbudowany, spieczony od słońca na skwarkę, siwy mężczyzna bez koszulki, dajmy na to Iwan. Iwan na początku potrzebuje tylko zapalniczki, ale gdy widzi moją polską rejestrację, zaraz wpadam w objęcia jego potężnych ramion.

– Przyjacielu! – zaczyna. – Ja tyle lat do Polski z meblami jeździłem, tam u mnie szef był. Jezu, ile myśmy tam wypili!

Od tego historia dopiero się zaczyna. Siedem lat z życia Iwana to służby specjalne. Pokazuje mi wszystkie blizny pochodzące z tamtego okresu, sąsiadujące z równie licznymi tatuażami. Na jego klatce piersiowej widnieją dwa aniołki, na przedramieniu diabeł, na nadgarstku ciąg cyfr, prawdopodobnie oznaczający jednostkę. Rany okazały się przepustką do renty oraz wczesnej emerytury i chociaż według papierów Iwan nie był już zdolny do pracy, to czuł się na siłach, by jeszcze trochę dorobić. Stąd te meble, które woził między innymi do Polski i Niemiec. Kiedy już przyswoiłem sobie anatomię Iwana i poznałem historię jego życia, zapytałem, z jakiej okazji w mieście wywieszono na latarniach narodowe flagi.

– U nas święto miasta – rzekł z dumą, po czym dodał jakby na swoje usprawiedliwienie – dlatego jestem taki trochę tego pijany.

Nie dość, że była godzina trzynasta, to jeszcze okazało się, że dni Ostrowa obchodzone będą w niedzielę, podczas gdy mieliśmy dopiero czwartek. No, ale przecież święto miasta to taka okazja, że jeden dzień, by godnie świętować, nie wystarczy, więc Iwan się bawi. Kiedy chcę już się żegnać, mój nowo poznany przyjaciel wypala:

– Słuchaj, daj mi, niech będzie, pięćdziesiąt złotych. Wiesz, nie na (tu przerywa i wykonuje wymowny gest pstryknięcia w szyję), ale na pamiątkę! Tłumaczę mu jednak, że to dużo pieniędzy i na pamiątkę wręczam dwa złote. Iwan bardzo chce się ze mną napić wódki, ale sam po chwili zauważa, że jestem kierowcą. To jednak nie stanowi większego problemu. – Przecież – stwierdza –  możemy się wymienić numerami telefonów i kiedyś spotkać, wypić pięćdziesiątkę, suszoną rybą zakąsić… Nu, dawaj!

Do wymiany numerów jednak nie doszło. Po kilku próbach rozstania się z Iwanem w końcu udało mi się wsiąść do samochodu i ruszyć w kierunku Pskowa, zostawiając go z dwuzłotówką na pamiątkę i perspektywą co najmniej trzech dni zabawy z okazji święta miasta.

SKANSEN CERKIEWNY

Psków w polskiej świadomości historycznej to przede wszystkim oblężenie miasta przez wojska I Rzeczpospolitej pod wodzą króla Stefana Batorego. W zamierzchłych czasach była to prawdziwa metropolia i współczesna promocja miasta w dużej mierze opiera się na tym historycznym kapitale. Ponieważ większość rosyjskich miast odnosi się wyłącznie do sowieckiej bądź też wojennej historii, Psków więc na pewno na tym tle się wyróżnia. Przyjeżdżając do tej liczącej ponad dwieście tysięcy mieszkańców stolicy obwodu, nie miałem żadnego konkretnego celu. Po prostu chciałem zobaczyć Psków jak zwykły turysta, tylko że bez uprzedniego ustalenia trasy i listy zabytków „do odhaczenia”. Zanim jednak zacznę zwiedzać, załatwiam sprawy naglące – wymieniam walutę i kupuję rosyjską kartę do telefonu. To drugie okazuje się w Rosji o wiele bardziej skomplikowane niż w Polsce. U nas wystarczy pięć złotych i w najbliższym kiosku otrzymujemy nowy numer. Tutaj żaden numer telefonu nie ma prawa powędrować w nieznane ręce. Trzeba iść do salonu sprzedaży, okazać paszport, podać liczne dodatkowe dane i dopiero wtedy możemy otrzymać kartę SIM z nowym numerem. Wielki brat nie tylko patrzy, ale i słucha.

Tour po Pskowie wypada zacząć od kremla. Wchodzę na przestronny teren z przystrzyżoną równo trawką, otoczony wysokim, biało otynkowanym murem. Centrum pskowskiego kremla stanowi Troickij Sobor, którego wieżę zdobi główna, złota kopuła i towarzyszące jej cztery kopuły koloru czarnego. Turyści chodzą, robią sobie zdjęcia, a ja czuję się trochę jak idiota, no bo przecież nie będę się sam fotografował. Mógłbym kogoś poprosić, żeby zrobił mi zdjęcie, ale jakoś niepotrzebne mi zdjęcie na tle muru, bo i tak nie będzie widać, że to mur akurat w historycznym miejscu. Sobór z kolei jest zbyt duży, żeby z tak małej odległości zrobić sobie na jego tle dobre zdjęcie. Zatem dołączam cichaczem do zorganizowanej wycieczki, w której panowie z brzuszkami robią zdjęcia dosłownie wszystkiemu, a pani przewodniczka opowiada, co kiedy zostało zbudowane, w jakich okolicznościach zniszczone i znowu odbudowane, sypiąc datami jak z rękawa. Już po pięciu minutach przestaję słuchać i odłączam się od grupy, zanim nuda nokautem położy mnie na łopatki. Postanawiam wyruszyć w kierunku centrum miasta, gdzie wrze jak w ulu, albowiem trafiam właśnie na godziny szczytu. Mijam spacerowym krokiem wkurzonych Rosjan w niemożliwie rozgrzanych ładach, kamazach i ziłach, oraz uwłaczających człowieczeństwu marszrutkach – małych busikach, w których pasażerowie podróżują w nieludzkich warunkach.

W Pskowie uderza niezliczona wręcz ilość monastyrów, cerkwi i cerkiewek. Na każdym prawie skrzyżowaniu prawosławna świątynia. Większość to świadectwo najstarszego okresu w historii miasta. Zbudowane z kamienia, w środku są skromnie udekorowane i słabo oświetlone, z zewnątrz zaś sprawiają wrażenie niewielkich i przysadzistych. Wyglądają sympatycznie i dobrze komponują się z otoczeniem, uliczkami, które najczęściej są wąskimi drogami usypanymi piaskiem, z kałużami tworzącymi minijeziorka. Kamienne cerkwie przy tychże uliczkach tworzą krajobrazy z przeszłości, a wrażenie to potęgują tutejsze domy wyglądające jak wiejskie chaty, i to nie pierwszej młodości. Z kolei to, co się dzieje na przydomowych podwórkach, może przyprawić o mdłości, ale żeby uciec od fetoru, wystarczy przejść parę przecznic, by znów znaleźć się na jednej z głównych ulic. Tam jakby dla kontrastu z prowincjonalnym krajobrazem znajdują się sklepy niezbędne tak zwanym nowym ruskim, którzy biją po oczach wschodnią, wystawną i specyficznie pojmowaną elegancją. Wśród kobiet taka elegancja przejawia się na przykład bawełnianym, różowym dresem z ogromną naszywką „Dolce & Gabbana” w kolorze obowiązkowo złotym. Dla panów przewidziano inne równie bijące w oczy akcesoria, które można długo by wymieniać. Oczywiście nie wygląda to już tak, jak w latach dziewięćdziesiątych, kiedy ten straszny styl spotykało się tutaj na każdym kroku. Ale i tak moim zdaniem twórcy magazynów czy blogów tropiących odzieżowe wpadki mieliby roboty aż nadto.

Zmęczony łażeniem po mieście zachodzę do typowego rosyjskiego kafe, czyli baru, gdzie można zjeść wszystko, co charakterystyczne dla tutejszej kuchni bez większego uszczerbku dla portfela. W lokalu jest pusto, tapeta ścienna pamięta czasy co najmniej Breżniewa, w głośnikach leci wersja disco/techno pieśni z Krokodyla Gieni – znanej radzieckiej dobranocki. Siedzę nad pierożkami pielmieni, popijając je kwasem chlebowym i zastanawiam się, co dalej ze sobą zrobić. Każdy książkowy przewodnik zapewni was, że w Pskowie można siedzieć tydzień, a i tak wszystkiego człowiek nie zdoła zobaczyć. Może coś w tym jest, tylko że mnie wszystko wydaje się takie same. To jednak był wówczas problem drugorzędny, priorytet stanowiło znalezienie noclegu. Po przeanalizowaniu kilku hotelowych możliwości skierowałem się w stronę dworca kolejowego, gdzie można spędzić noc w tak zwanych pokojach odpoczynku, przeznaczonych dla podróżujących dalekobieżnymi pociągami czekających na przesiadkę. Pani dysponująca tym przybytkiem na początku chciała skierować mnie do kilkuosobowego pokoju otwartego, gdzie ludzie przez całą noc wchodziliby i wychodzili, co nie byłoby zbyt komfortowe. Na szczęście okazało się, że dyżurna ma ogromną słabość do Polaków („Miałam kiedyś mężczyznę Polaka, też był taki wysoki jak pan!”), więc dała mi cynk, że o godzinie dziesiątej wieczorem zwolni się jednoosobowy pokój, którego rezerwować nie można („to nie hotel!”), ale jeśli przyjdę punktualnie, to ona nikomu innemu tego lokum nie odda.

Korzystając, że zostało mi jeszcze trochę czasu, postanowiłem wybrać się w mniej popularne okolice Pskowa, czyli sąsiadujące z dworcem gęste blokowisko i przylegającą do niego strefę przemysłową. Poczułem się tam trochę jak w skansenie Związku Radzieckiego, nie tylko ze względu na smutną powierzchowność bloków mieszkalnych. Wrażenie to potęgują muzea motoryzacji, funkcjonujące na każdym osiedlowym parkingu, gdzie za eksponaty służą głównie maszyny rodzimej produkcji na pewno wyprodukowane jeszcze przed 1991 rokiem. Dodatkowo co rusz znajdziemy niewielki pomnik czy tablicę poświęconą albo jakiemuś bohaterowi Wielkiej Wojny Ojczyźnianej mieszkającemu w danym bloku, albo po prostu bohaterowi pracy Związku Radzieckiego, wyjątkowo dobrze spisującemu się w fabrycznej robocie. Wisienką na torcie socrealizmu, który konsumowałem podczas tego krótkiego spaceru, niech będzie ogromna, blaszana płaskorzeźba, którą odkryłem na ścianie jednego z bloków. Przedstawiała ona średniowiecznego, bliżej niezidentyfikowanego woja na koniu, na tle czegoś, co ma przypominać pskowski kreml.

Pani dyżurna z dworca dotrzymała obietnicy i wprowadziła mnie do jednoosobowego pokoju z telewizorem, lodówką i własną łazienką. Luksus. Zanim jednak wyszła, odłożyła w łazience słuchawkę od prysznica na miękki dywanik leżący obok brodzika.

– Gdy rusza pociąg, całym budynkiem trzęsie. Lepiej, żeby to leżało od razu, niż spadło z hukiem w środku nocy. Dobranoc!

Tuż przed snem postanowiłem w komnacie otdycha otworzyć okno, by przewietrzyć trochę pokój. Przy okazji mogłem przez to otwarte okno popatrzeć, jak funkcjonuje tutejsza kolej, licząca już ponad 175 lat, o czym akurat wtedy informowały spoty reklamowe emitowane przez rosyjską telewizję. Krótki film przedstawia kobietę, która podróżując pociągiem, przemieszcza się nie tylko w miejscu, ale i w czasie, a w tle zachodzą różne ważne dla Rosji/ Związku Radzieckiego wydarzenia. Dowodem na to, że kolej zawsze była obecna w historii tego państwa, jest chociażby dworzec kolejowy, w którym spędzałem noc. To właśnie tutaj, w Pskowie, w marcu 1917 roku car Mikołaj II zrzekł się korony i jednocześnie w imieniu syna zrzekł się prawa do tronu. To drugie oczywiście było sprzeczne z prawem, ale wówczas nikt nie dumał nad paragrafami.

Siedząc w oknie i obserwując tory, na których historia zmieniła swój bieg, wyobrażałem sobie, jak władca gigantycznego państwa w swym luksusowym przedziale oddaje kraj w ręce chłystków, być może nawet przystawiających mu rewolwer do głowy. Jest taki rysunek satyryczny, na którym nadęta postać, czytając w gazecie artykuł o ruchach rewolucyjnych, mówi: „Jako car ufam, że ta zabawa się nie przyjmie”. Jakież musiało być jego zdziwienie, kiedy zrozumiał, że jednak się przyjęła. Wydarzenie, do jakiego doszło na stacji, którą obserwowałem, było tylko kropką kończącą historię caratu. Na torach kolejowych przesunięcie zwrotnicy zmienia tylko kierunek ruchu pociągu, w Pskowie zmienił się na nich kierunek historii.

Rano okazało się, że miałem w nocy gości, którzy skorzystali z mojego otwartego całą noc gościnnie okna. Oprócz świeżego powietrza do pokoju wleciała chmara komarów, meszek i innych krwiożerczych owadów. A trzeba pamiętać, że w Rosji wszystko jest największe, więc i te szkodniki nie były małych rozmiarów. W efekcie, po przebudzeniu, moje ręce i nogi wyglądały, jakbym padł ofiarą dżumy albo innej cholery. Chowam pogryzione kończyny pod długimi rękawami i wyruszam w miasto, tym razem za cel biorąc sobie lewobrzeżny Psków. Torby z rzeczami zostawiam w samochodzie, który za całe osiem złotych może stać przez całą dobę na tutejszym strzeżonym parkingu (pani dyżurna z dworca powiedziała, że nikomu nie radzi auta zostawiać samopas, a trzeba przyznać, że osiem złotych to nie jest zbyt wygórowana cena za spokojny sen).

Do kolejnych cerkwi już nie wchodzę, nadbrzeżnego Monażskiego Monastyru, zaznaczonego na planie miasta jako pomnik architektury, nawet nie sfotografowałem. Powód? Wyglądał identycznie jak świątynie, których naoglądałem się dnia poprzedniego. Wyjątek robię tylko dla świątyni pod wezwaniem Aleksandra Newskiego. Kiedy przyglądałem się jej z perspektywy chodnika, podeszła do mnie starsza pani i ni stąd, ni zowąd zagadała: „Piękna ta nasza cerkiew, jak tęcza. Kiedy robili jej zdjęcie, to nad nią też pojawiła się tęcza. To musiał być znak!”. Przytaknąłem i zacząłem wypytywać o historię budowli, lecz nie znała żadnych szczegółów. Po skończeniu rozmowy odwróciłem się na moment, by zrobić świątyni zdjęcie, kiedy chwilę potem chciałem tej dziwnej kobiety jeszcze o coś zapytać, już jej nie było. Zniknęła w parę sekund, a przysiągłbym, że nie była w stanie biegać. Pomyślałem, że i to „musiał być znak”, więc wszedłem do środka.

Nie, do żadnego cudu ani wyjątkowego zdarzenia nie doszło. Moją uwagę przykuły jedynie liczne zdjęcia popów na różnych poligonach lub z żołnierzami wyruszającymi lub wracającymi z frontu. Świątynia Aleksandra Newskiego pełniła funkcję cerkwi polowej i wewnątrz pełno było odniesień wojskowych. Niestety nie napotkałem nikogo, kto mógłby coś więcej mi na ten temat powiedzieć. Potem wybrałem się na miejską plażę, która nie dość, że położona była w sąsiedztwie slumsów, to sama też była brudna i zaśmiecona. Jedynymi jej użytkownikami okazali się staruszkowie siedzący na wiaderkach i próbujący coś złapać na sklecone chyba własnoręcznie wędki. Bar umiejscowiony nieopodal plaży okupowali od samego rana lekko podcięci tubylcy o twarzach przeoranych wzdłuż i w poprzek lipcowym słońcem i alkoholem nie najwyższej jakości. Mimo wspaniałej pogody krajobraz przywoływał mi na myśl skojarzenia z jakąś rybacką wioską grubo po zakończeniu sezonu. Ogółem rzecz biorąc, całokształt nie zachęcał do spędzenia tu chociażby weekendu.

Lista rozrywek powoli się kończyła, a głód zaczynał coraz bardziej doskwierać, więc skierowałem kroki do baru sąsiadującego z pomnikiem Lenina, właściwie w samym centrum miasta. Z taśmy, na której przesuwa się jedzenie, wybieram kotlet otoczony jajkiem i bliny – tradycyjne ruskie naleśniki. O ile z blinami problemów nie było, o tyle kotlet okazał się twardy niczym deska. Mogłem spokojnie pacnąć nim w głowę obsługującą mnie ekspedientkę w białym fartuchu fasonem z lat osiemdziesiątych i ta dama pod trzydziestkę nie wstałaby już o własnych siłach. Nie wiem tylko, czy sędzia ustaliłby dla mnie jakieś okoliczności łagodzące, może po prostu padłby ze śmiechu, gdyby usłyszał, że zabiłem kobietę kotletem. Wolałem jednak tego nie sprawdzać. Kotlet zmęczyłem, grzecznie podziękowałem i wyszedłem. Następnie pojechałem obejrzeć wojenny cmentarz położony na obrzeżach Pskowa. Cmentarze, na których chowano żołnierzy radzieckich poległych podczas II wojny światowej, są tutaj w każdym mieście obowiązkowym punktem wszelkich tras turystycznych. Niektórym towarzyszą pomniki, niekiedy ogromne zwaliska betonu, będące pięknymi przykładami sztuki socrealistycznej, którymi mogą zachwycać się turpiści na czele ze mną. Niestety, w Pskowie napotkałem jedynie lichy obelisk przystrojony pięcioramienną gwiazdą – symbolem Armii Czerwonej. I to był ostatni akord pskowskiej kompozycji w moim wykonaniu. Do głowy przyszedł mi pomysł, by wyjechać czym prędzej z Pskowa i jadąc nocą, trafić do Rżewa – mojego kolejnego celu – o śniadaniowej porze. A po drodze, póki jeszcze widno, zobaczyć parę interesujących miejsc.

Przypisy

[1] Stan z marca 2011 roku.