Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 600 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Spójrz na mnie - Nicholas Sparks

Nowa powieść króla prozy obyczajowej, który tym razem umiejętnie myli tropy, a zakończenia nie domyśli się nawet wielbicielka powieści detektywistycznych!

Collin nie miał szczęśliwego dzieciństwa. Brak zainteresowania rodziców, dorastanie w szkołach wojskowych, potem problemy z agresją i zatargi z policją. Maria natomiast zawsze czuła wsparcie rodziny – jako mała dziewczynka, a także później, podczas studiów prawniczych i na początku kariery zawodowej. Pewnie trudno byłoby znaleźć dwie bardziej różniące się historie. I dwa tak niepodobne do siebie charaktery.

A jednak przeciwieństwa najwyraźniej się przyciągają. Maria i Colin zostają parą. Wszystko świetnie się zapowiada, dopóki ona nie zaczyna otrzymywać dziwnych wiadomości od anonimowego prześladowcy.

Opinie o ebooku Spójrz na mnie - Nicholas Sparks

Fragment ebooka Spójrz na mnie - Nicholas Sparks

Okładka

O książce

Strona tytułowa

O autorze

Tego autora

Strona redakcyjna

Dedykacja

Prolog

1. Colin

2. Maria

O książce

Będziesz wiedziała, co się wtedy czuje.

Taką wiadomość, wraz z bukietem róż, otrzymuje Maria Sanchez, młoda prawniczka, która niedawno wróciła do rodzinnego miasta i rozpoczęła pracę w renomowanej kancelarii. Kolejnemu liścikowi towarzyszą przebite opony w samochodzie.

Maria doskonale wie, że jest ofiarą stalkingu. Tylko kto ją prześladuje? Szef, którego względy odrzuciła? A może dogoniła ją przeszłość?

Czy to dobry moment na angażowanie się w związek z mężczyzną, który ma problemy z własną przeszłością? Prawdopodobnie nie, podpowiada jej rozsądek. Ale uczucia mówią coś zupełnie innego.

NICHOLAS SPARKS

Współczesny amerykański pisarz, którego książki o łącznym nakładzie przekraczającym 85 milionów egzemplarzy ukazały się w ponad 50 językach. Serca czytelników podbił w 1997 roku swoim debiutem – powieścią Pamiętnik. Kolejne – m.in. Noce w Rodanthe, Anioł Stróż, Ślub, Prawdziwy cud, I wciąż ją kocham, Wybór, Ostatnia piosenka, Szczęściarz, Bezpieczna przystań oraz Dla ciebie wszystko - znajdowały się przez wiele miesięcy w czołówce światowych rankingów sprzedaży. Kolejna powieść, Najdłuższa podróż, wkrótce po ukazaniu się trafiła na pierwsze miejsca list bestsellerów. Większość książek Sparksa została przeniesiona na duży ekran, a w filmowych adaptacjach wystąpiły takie gwiazdy amerykańskiego kina, jak: Rachel McAdams i Ryan Gosling (Pamiętnik), Diane Lane i Richard Gere (Noce w Rodanthe) czy Robin Wright i Kevin Costner (List w butelce). W 2016 roku swoją premierę miała ekranizacja książki Wybór.

www.nicholassparks.com

Tego autora

PAMIĘTNIKŚLUBLIST W BUTELCEJESIENNA MIŁOŚĆNOCE W RODANTHENA RATUNEKNA ZAKRĘCIEANIOŁ STRÓŻTRZY TYGODNIE Z MOIM BRATEMPRAWDZIWY CUDOD PIERWSZEGO WEJRZENIASZCZĘŚCIARZWYBÓRI WCIĄŻ JĄ KOCHAMOSTATNIA PIOSENKABEZPIECZNA PRZYSTAŃDLA CIEBIE WSZYSTKONAJDŁUŻSZA PODRÓŻSPÓJRZ NA MNIE

Tytuł oryginału:SEE ME

Copyright © Willow Holdings, Inc. 2015All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2016

Polish translation copyright © Maria Gębicka-Frąc 2016

Redakcja: Beata Kołodziejska

Zdjęcia na okładce: © Rekha Garton/Arcangel Images (para),Leeroy/Life of Pix (łódki)

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

Projekt graficzny serii: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-361-8

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em.eu

Dla Jeannie Armentrout

Prolog

Już pierwszego dnia pobytu w Wilmington wiedział, że nigdy nie osiedliłby się w takim mieście na stałe. Było zbyt turystyczne i wyglądało tak, jakby się rozrastało bez żadnego planowania. W zabytkowej części, zgodnie z jego przewidywaniami, stały domy z werandami, kolumnami, drewnianą elewacją i rozłożystymi magnoliami na podwórkach, ale ta przyjemna zabudowa stopniowo ustępowała ciągom sklepów, restauracji i salonów samochodowych. Na ulicach panował duży ruch, przez co dzielnica była tym bardziej nie do zniesienia, szczególnie latem.

Tereny Uniwersytetu Karoliny Północnej w Wilmington stanowiły miłą niespodziankę. Wyobrażał sobie, że w kampusie będzie dominować brzydka architektura lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Rzeczywiście było tam kilka takich budynków, zwłaszcza na obrzeżach uniwersytetu, ale główne dziedzińce okazały się swego rodzaju oazą. Nie brakowało tam ocienionych ścieżek i wypielęgnowanych trawników, a georgiańskie kolumny i ceglane fasady gmachu Hoggarda i Khenan Halls połyskiwały w słońcu późnego popołudnia.

Podziwiał park. Stała w nim wieża zegarowa i kiedy tu przyszedł, zapatrzył się na jej odbicie w stawie. Czas przeglądał się w wodzie, na pierwszy rzut oka niemożliwy do odczytania. Dopóki miał otwarty podręcznik na kolanach, mógł tam siedzieć i obserwować toczące się życie, niemal niewidzialny dla studentów, którzy spacerowali jak w transie, pochłonięci sobą.

Było ciepło jak na późny wrzesień, studenci mieli na sobie krótkie spodenki i koszulki bez rękawów, wszędzie widział odkryte części ciała. Zastanawiał się, czy w takich strojach chodzą na zajęcia. Musiał poznać zarówno ich, jak i sam kampus. Przyszedł tu po raz trzeci w ciągu trzech dni, ale wciąż kręciło się zbyt wielu ludzi. Ktoś mógł zwrócić na niego uwagę, a przecież nie chciał być zapamiętany. Przez jakiś czas myślał, czy nie przenieść się w inne miejsce, i w końcu uznał, że nie ma ku temu powodu. O ile wiedział, nikogo nie obchodziło, że tutaj siedzi.

Dotarł blisko, bardzo blisko, ale na razie ważne było zachowanie cierpliwości. Powoli zaczerpnął tchu, przytrzymał powietrze w płucach i je wypuścił. Na ścieżce dostrzegł dwoje studentów z plecakami na ramionach, idących na zajęcia, ale o tej porze przeważali ci wcześnie rozpoczynający weekend. Stali w trzy-, czteroosobowych grupkach, rozmawiając i popijając z bidonów, w których, jak przypuszczał, był alkohol. Dwóch klonów w ubraniach marki Abercrombie rzucało frisbee, a ich dziewczyny gawędziły z boku. Zauważył sprzeczającą się parę. Dziewczyna miała zarumienioną twarz. Widział, jak pchnęła swojego chłopaka, powiększając przestrzeń między nimi. Rozbawiła go jej złość i to, że w przeciwieństwie do faceta nie musiała ukrywać uczuć. Za nimi gromadka studentów grała w łagodniejszą wersję futbolu amerykańskiego z beztroską żywiołowością ludzi, którzy nie mają prawdziwych obowiązków.

Przypuszczał, że wielu z nich planuje wyjście dzisiejszego i jutrzejszego wieczoru. Siedziby bractw. Domy korporacji studentek. Bary. Kluby. Dla wielu z nich weekend zaczynał się dzisiaj, gdyż większość grup w piątki nie miała zajęć. Był zaskoczony, kiedy się o tym dowiedział. Sądził, że przy tak wysokich kosztach edukacji studentom będzie zależało na spędzaniu czasu w salach wykładowych, a nie na trzydniowych weekendach. Jednocześnie przypuszczał, że ten układ odpowiada zarówno im, jak i profesorom. Czy w dzisiejszych czasach każdy chce mieć łatwo? Osiągać cel kosztem jak najmniejszego wysiłku? Iść na skróty?

Tak, pomyślał. Dokładnie tego uczą się tutaj studenci. Uczą się, że trudne decyzje nie są konieczne, że dokonywanie właściwego wyboru jest nieważne, szczególnie jeśli ma się wiązać z dodatkowym nakładem pracy. Po co studiować albo rzucać wyzwanie światu w piątkowe popołudnie, skoro można wyjść i cieszyć się słońcem?

Wodząc wzrokiem z lewej strony na prawą, zastanawiał się, ilu z nich myśli, jakie ma przed sobą życie. Cassie myślała. Myślała o przyszłości cały czas. Snuła plany. W wieku siedemnastu lat zaplanowała przyszłość, ale pamiętał, że mówiła o tym trochę niepewnie, i wówczas odnosił wrażenie, że niezupełnie wierzy w siebie albo w twarz, którą pokazywała światu. Z jakiego innego powodu podejmowałaby takie, a nie inne decyzje?

Próbował jej pomóc. Zrobił, co trzeba, postępował zgodnie z prawem, złożył zeznania na policji, nawet rozmawiał z zastępcą prokuratora okręgowego. I do tego momentu wierzył w zasady społeczne. Hołdował naiwnemu poglądowi, że dobro zatriumfuje nad złem, że niebezpieczeństwu można zapobiec, że wydarzenia można kontrolować. Że postępowanie według zasad uchroni człowieka przed krzywdą. Cassie też w to wierzyła – czy nie tego uczy się dzieci? Spójrz w obie strony, zanim przejdziesz przez jezdnię. Nie wsiadaj do samochodu z nieznajomym. Szoruj zęby. Jedz warzywa. Zapinaj pasy. Lista nie miała końca, lista zasad mających nas chronić.

Ale, jak się przekonał, zasady mogą również być niebezpieczne. Dostosowuje się je do średniej społeczeństwa, nie konkretnych osób, a ponieważ ludzie od dzieciństwa są uczeni akceptowania zasad, ich ślepe przestrzeganie łatwo wchodzi im w krew. Uwierz w system. Łatwiej jest nie martwić się o nieprzewidywalne sytuacje. To oznacza, że ludzie nie muszą myśleć o potencjalnych konsekwencjach i kiedy w piątkowe popołudnie świeci słońce, mogą grać we frisbee wolni od wszelkich trosk.

Doświadczenie jest najsurowszym nauczycielem. Przez prawie dwa lata myślał tylko o lekcjach, jakie mu dało. Niemal go zniszczyły, ale powoli wyłaniał się jasny obraz. Cassie wiedziała o niebezpieczeństwie. Ostrzegał ją przed tym, co może się stać. I w końcu dbała tylko o przestrzeganie zasad, ponieważ to było wygodne.

Spojrzał na zegarek i uznał, że pora iść. Zamknął podręcznik i wstał. Rozejrzał się, sprawdzając, czy nie ściągnął na siebie czyjejś uwagi. Nie. Ruszył przez park z książką pod pachą. W kieszeni miał list, więc skręcił w stronę skrzynki pocztowej tuż przed budynkiem nauk ścisłych. Wrzucił kopertę w szczelinę i czekał. Parę minut później zauważył Serenę wychodzącą przez drzwi.

Sporo już o niej wiedział. Wydawało się, że w dzisiejszych czasach każda młoda osoba ma konto na Facebooku, Twitterze, Instagramie i Snapchacie i wystawia swoje życie na pokaz każdemu, komu zależy na poskładaniu wszystkich elementów w całość. Co kto lubi, z kim się przyjaźni, gdzie spędza czas. Z postu na Facebooku już wiedział, że w tę sobotę Serena będzie z siostrą na drugim śniadaniu u rodziców. Gdy patrzył, jak idzie przed nim – miała ciemne włosy sięgające poniżej ramion – znowu stwierdził, że jest piękna. Cechował ją naturalny wdzięk i mijani faceci posyłali jej pełne uznania uśmiechy, choć zdawała się tego nie dostrzegać, pogrążona w rozmowie. Szła z niską, tęgawą blondynką, koleżanką z grupy. Razem chodziły na jakieś seminarium. Wiedział, że chce zostać nauczycielką w szkole podstawowej. Snuła plany, jak kiedyś Cassie.

Zachowywał odległość, pobudzony przez siłę, jaką odczuwał w jej obecności. Przez siłę, którą skrupulatnie gromadził od dwóch lat. Nie miała pojęcia, jak jest blisko ani co może zrobić. Nigdy nawet nie spoglądała przez ramię, ale dlaczego miałaby to robić? Był dla niej nikim, po prostu kolejną twarzą w tłumie…

Zastanawiał się, czy opowiada blondynce o swoich planach na weekend, wymieniając miejsca, w których będzie, albo ludzi, z którymi zamierza się spotkać. Sam planował zobaczyć rodzinę na niedzielnym śniadaniu, chociaż nie jako gość. Będzie ich obserwował z pobliskiego domu zlokalizowanego w dzielnicy solidnej klasy średniej. Dom od miesiąca stał pusty, właściciele stracili go wskutek długów hipotecznych. Obciążona nieruchomość została zajęta, ale jeszcze nie wystawiono jej na sprzedaż. Zamki w drzwiach były porządne, jednak bez większego trudu wszedł przez okno z boku domu. Już wiedział, że z głównej sypialni widać tylną werandę i można stamtąd zajrzeć do kuchni. W niedzielę będzie obserwował, jak zżyta rodzina śmieje się i żartuje przy stole na werandzie.

Wiedział coś o każdym z nich. Felix Sanchez był bohaterem klasycznej opowieści o emigrancie, któremu się powiodło. Artykuł z gazety, zalaminowany i dumnie wystawiony w rodzinnej restauracji, ukazywał historię Sancheza. Felix nielegalnie przybył do kraju jako nastolatek, nie mówiąc słowa po angielsku, i zaczął pracować jako pomywacz w miejscowej restauracji. Piętnaście lat później, gdy otrzymał obywatelstwo, miał dość zaoszczędzonych pieniędzy, żeby otworzyć w galerii handlowej własny lokal – La Cocina de la Familia – serwujący potrawy sporządzane według przepisów żony Carmen. Podczas gdy ona zajmowała się gotowaniem, on robił wszystko inne, zwłaszcza w pierwszych latach istnienia firmy. Restauracja sukcesywnie się rozwijała i obecnie uważano ją za jeden z najlepszych meksykańskich lokali w mieście. Sanchezowie zatrudniali ponad piętnastu pracowników, ale wielu było krewnymi, co nadawało restauracji rodzinny charakter. Sami też wciąż tam pracowali, a Serena trzy razy w tygodniu obsługiwała gości, podobnie jak kiedyś jej starsza siostra Maria. Felix należał do izby handlowej i klubu rotariańskiego, a w każdą niedzielę o siódmej rano wraz z żoną uczestniczył w mszy w kościele pod wezwaniem Świętej Marii, gdzie służył również jako diakon. Carmen była nieco bardziej tajemnicza. Wiedział o niej tylko tyle, że w dalszym ciągu z większą swobodą mówi po hiszpańsku niż po angielsku i że jak mąż jest dumna z Marii, która pierwsza w rodzinie ukończyła uczelnię.

Co do Marii…

Jeszcze jej nie widział w Wilmington. Wyjechała z miasta na parę dni na konferencję prawników, ale znał ją najlepiej ze wszystkich. W przeszłości, kiedy mieszkała w Charlotte, widywał ją wiele razy. Rozmawiał z nią. Próbował ją przekonać, że się pomyliła. I w końcu cierpiał przez nią tak, jak nikt nigdy nie powinien cierpieć. Nienawidził jej za to, co zrobiła.

Kiedy Serena pomachała ręką, żegnając się z koleżanką, i ruszyła w kierunku parkingu, szedł dalej prosto. Nie miał powodu jej śledzić. Był zadowolony, gdyż wiedział, że w niedzielę zobaczy jej małą, ale szczęśliwą rodzinę. Szczególnie Marię. Ciemnooka, z niemal idealnymi rysami twarzy, była jeszcze piękniejsza niż siostra, choć szczerze mówiąc, obie wygrały na genetycznej loterii. Próbował wyobrazić je sobie siedzące blisko przy stole. Mimo siedmioletniej różnicy można by sądzić, że są bliźniaczkami. A jednak się różniły. Serena była towarzyska do przesady, natomiast Maria cichsza i bardziej ambitna, poważniejsza i niezwykle pracowita. Mimo to były sobie bardzo bliskie. Były nie tylko siostrami, ale również najlepszymi przyjaciółkami. Przypuszczał, że Serena dostrzega u siostry cechy charakteru, jakie chciałaby naśladować, i odwrotnie. Przebiegł go dreszcz podniecenia na myśl o weekendzie, bo wiedział, że być może po raz ostatni Sanchezowie spędzą wspólnie czas, zanim ich życie straci choćby pozory normalności. Chciał zobaczyć, jak się zachowują, zanim napięcie zatruje ich słodką szczęśliwą rodzinkę… zanim władzę przejmie strach. Zanim ich życie najpierw powoli, a później w szaleńczym tempie zamieni się w piekło.

Ostatecznie przybył tutaj w określonym celu, a cel ten miał swoją nazwę.

Zemsta.

1Colin

Colin Hancock stał przy umywalce w łazience taniej knajpy. Podciągnął koszulę, żeby obejrzeć siniak na żebrach. Przypuszczał, że jutro rano kolor będzie bardziej intensywny, ciemnofioletowy. Nawet lekkie muśnięcie palcami sprawiło, że się skrzywił. Z doświadczenia wiedział, że ból za jakiś czas osłabnie, ale zastanawiał się, czy rankiem nie będzie miał kłopotów z oddychaniem.

Co do twarzy…

Twarz może być problemem – nie dla niego, ale dla innych. Koleżanki z grupy z pewnością będą w niego wlepiać szeroko otwarte, przestraszone oczy i szeptać o nim za plecami, chociaż wątpił, czy któraś go zapyta, co się stało. Po pierwszych tygodniach na uczelni uznał, że większość z nich jest dość sympatyczna, ale było jasne, że nie wiedzą, co o nim myśleć, i ani jedna nie próbowała go zagadnąć. Nie zależało mu na tym. Praktycznie wszystkie były sześć czy siedem lat młodsze od niego i przypuszczał, że mają niewiele wspólnego, jeśli chodzi o doświadczenie życiowe. Z czasem, jak każdy, wyciągną własne wnioski na jego temat. Szczerze mówiąc, nie warto zawracać sobie tym głowy.

Musiał jednak przyznać, że obecnie prezentuje się wyjątkowo koszmarnie. Lewe oko było opuchnięte, białko prawego krwawoczerwone. Pośrodku czoła biegła długa rana, teraz opatrzona, a na prawym policzku pod okiem widniał przypominający znamię siniak w kolorze ołowiu. Obrazu dopełniały rozcięte, obrzmiałe wargi. Powinien jak najszybciej przyłożyć do twarzy worek z lodem, jeśli chciał, żeby dziewczyny z jego grupy mogły się skupić na zajęciach. Ale wszystko po kolei. Zgłodniał i musiał wrzucić coś na ruszt. Od dwóch dni jadł niewiele i miał ochotę na szybkie, smaczne jedzenie i, o ile to możliwe, w miarę zdrowe. Niestety o tej porze większość lokali była już zamknięta, więc zawinął do przydrożnej zapuszczonej knajpki z kratami w oknach, zaciekami na ścianach, popękanym linoleum na podłodze i butelkami sklejonymi taśmą samoprzylepną. Ale miała jedną zaletę: żadnego klienta nie obchodził wygląd Colina, kiedy szedł do stolika. Ludzie, którzy późną nocą przychodzą do takich spelunek, umieją pilnować swojego nosa. Przypuszczał, że połowa z nich próbowała wytrzeźwieć po nocy ciężkiego pijaństwa, a pozostali – bez wątpienia kierowcy – też trzeźwieli, tylko odrobinę mniej pijani.

Było to miejsce, gdzie łatwo wpaść w kłopoty, i gdy skręcił na żwirowy parking, właściwie się spodziewał, że Evan, który ciągnął za nim w swoim priusie, pojedzie dalej. Ale Evan musiał mieć podobne podejrzenia co do możliwych kłopotów i właśnie z tego powodu postanowił mu towarzyszyć. Niezupełnie wtapiał się w tutejszy nocny tłumek, ubrany w różową koszulę, we wzorzystych skarpetach i ze schludnie uczesanymi włosami w kolorze piasku. Co więcej, prius niczym neon oznajmiał, że jego właściciel postawił sobie za cel dostać lanie od porządnych chłopaków w pick-upach, którzy właśnie dochodzili do wniosku, że zmarnowali większą część nocy.

Colin odkręcił kurek, zanurzył dłonie i przyłożył je do twarzy. Woda była zimna, dokładnie taka, jak chciał. Miał wrażenie, że jego skóra płonie. Żołnierz piechoty morskiej, z którym walczył, zadawał ciosy znacznie mocniejsze, niż można by się spodziewać – nie licząc tych niedozwolonych – ale kto mógłby to przewidzieć, tylko na niego patrząc? Wysoki, chudy, regulaminowa fryzura, głupawo uniesione brwi… Colin popełnił błąd, nie doceniając faceta, i obiecał sobie, że więcej do tego nie dopuści. Albo to, albo jak rok długi będzie straszył koleżanki z grupy, co po prostu może zepsuć im studiowanie. Mógł sobie wyobrazić, jak relacjonują przez telefon: „Mamo, jestem w grupie ze strasznym gościem, który ma siniaki na całej twarzy i do tego te okropne tatuaże! I muszę siedzieć sześć miejsc na prawo od niego!”.

Otrząsnął ręce z wody. Wychodząc z toalety, spostrzegł Evana siedzącego w kącie boksu. W przeciwieństwie do niego, Evan idealnie pasowałby do sali wykładowej. Wciąż miał młodzieńczą twarz i podchodząc do stolika, Colin rozmyślał, ile razy w tygodniu Evan się goli.

– Sporo czasu ci to zajęło – zauważył Evan, gdy Colin wsunął się do boksu. – Już się bałem, że zabłądziłeś.

Colin zgarbił się na winylowej kanapie.

– Mam nadzieję, że się nie denerwowałeś, siedząc tu sam jak palec.

– Ha, ha.

– Mam do ciebie pytanie.

– Strzelaj.

– Ile razy w tygodniu się golisz?

Evan zamrugał.

– Spędziłeś w łazience dziesięć minut i akurat o tym myślałeś?

– Zastanawiałem się nad tym, idąc do stolika.

Evan wlepił w niego wzrok.

– Golę się codziennie rano.

– Dlaczego?

– Co to znaczy: dlaczego? Z tego samego powodu co ty.

– Ja nie golę się codziennie rano.

– Dlaczego w ogóle o tym rozmawiamy?

– Bo byłem ciekawy i zapytałem, a ty mi odpowiedziałeś – odparł Colin. Nie zważając na minę przyjaciela, wskazał menu. – Zmieniłeś zdanie i postanowiłeś coś zamówić?

Evan pokręcił głową.

– Absolutnie wykluczone.

– Nie zjesz nic?

– Nie.

– Masz zgagę? – spytał Colin.

– Prawdę mówiąc, bardziej podejrzenie, że ostatni raz inspekcja sanitarna kontrolowała tę garkuchnię za prezydentury Reagana.

– Nie jest tak źle.

– Widziałeś kucharza?

Colin zerknął w kierunku grilla za ladą. Kucharz, który stał przed środkową płytą, miał zatłuszczony fartuch opięty na wydatnym brzuchu, długi kucyk i tatuaże pokrywające prawie całe przedramiona.

– Podobają mi się jego dziary.

– Rany, też mi niespodzianka – rzucił Evan.

– To prawda.

– Wiem. Zawsze mówisz prawdę. Między innymi na tym polega twój problem.

– Dlaczego to jest problem?

– Ponieważ ludzie nie zawsze chcą słyszeć prawdę. Jak wtedy, kiedy twoja dziewczyna pyta, czy w jakimś stroju wygląda grubo. Powinieneś ją zapewnić, że wygląda pięknie.

– Nie mam dziewczyny – odparł Colin.

– Pewnie dlatego, że ostatniej powiedziałeś, że wygląda grubo, nie dodając słowa o pięknie.

– Było inaczej.

– Ale rozumiesz, o co mi chodzi. Czasami trzeba… mijać się z prawdą, żeby się dogadać.

– Dlaczego?

– Bo tak robią normalni ludzie. Tak funkcjonuje społeczeństwo. Nie możesz mówić ludziom wszystkiego, co ci przyjdzie do głowy. W ten sposób stawiasz ich w niezręcznej sytuacji albo ranisz ich uczucia. I jak wiesz, szczególnie pracodawcy tego nienawidzą.

– Okay.

– Nie wierzysz mi?

– Wierzę – powiedział Colin.

– Ale się nie przejmujesz.

– Nie.

– Bo wolisz mówić prawdę.

– Tak.

– Dlaczego?

– Ponieważ nauczyłem się, że to działa na moją korzyść.

Evan milczał przez chwilę.

– Czasami żałuję, że nie mogę być taki jak ty – odezwał się w końcu. – Wygarnąć szefowi prosto w oczy, co naprawdę o nim myślę, bez oglądania się na konsekwencje.

– Możesz. Postanowiłeś tego nie robić.

– Potrzebuję stałych dochodów.

– To wymówka.

– Może. – Evan wzruszył ramionami. – Ale nauczyłem się, że to działa na moją korzyść. Czasami kłamanie jest konieczne. Na przykład gdybym ci powiedział, że widziałem parę karaluchów pod stołem, kiedy byłeś w łazience, mógłbyś podzielić moje odczucia co do konsumpcji w tym lokalu.

– Wiesz, że nie musisz tu siedzieć? Nic mi nie będzie.

– Ty tak twierdzisz.

– Martw się o siebie, nie o mnie. Poza tym robi się późno. Nie wybierasz się jutro z Lily do Raleigh?

– Z samego rana. O jedenastej pójdziemy na nabożeństwo z moimi rodzicami, a potem zjemy lunch. Ale w przeciwieństwie do ciebie ja nie będę miał kłopotów z porannym wstawaniem. Wyglądasz koszmarnie, nawiasem mówiąc.

– Dzięki.

– Zwłaszcza oko.

– Jutro opuchlizna będzie mniejsza.

– To drugie. Sądzę, że pękło ci kilka naczynek. Albo to, albo naprawdę jesteś wampirem.

– Zauważyłem.

Evan się wyprostował, lekko rozłożył ręce.

– Wyświadcz mi przysługę, dobrze? Jutro nie pokazuj się sąsiadom. Byłoby mi bardzo przykro, gdyby pomyśleli, że poturbowałem cię za spóźniony czynsz lub coś w tym stylu. Nie chcę mieć złej reputacji jako gospodarz.

Colin się uśmiechnął. Ważył co najmniej piętnaście kilogramów więcej niż Evan i lubił żartować, że jeśli przyjaciel kiedykolwiek postawił nogę w siłowni, to prawdopodobnie w celu przeprowadzenia tam kontroli.

– Obiecuję nie rzucać się nikomu w oczy – zapewnił.

– Dobrze. Zważywszy na moją reputację i tak dalej.

Podeszła kelnerka, postawiła na stole talerz jejecznicy z samych białek z szynką i miskę płatków. Gdy Colin przysunął miskę, spojrzał na kubek Evana.

– Co pijesz?

– Gorącą wodę z cytryną.

– Poważnie?

– Minęła północ. Gdybym wziął kawę, byłbym na nogach przez całą noc.

Colin zjadł łyżkę płatków.

– Okay.

– Co? Bez złośliwego komentarza?

– Po prostu jestem zaskoczony, że mają tu cytrynę.

– A ja jestem zaskoczony, że robią jajecznicę z białek. Prawdopodobnie jesteś pierwszą w dziejach tej knajpy osobą, która zamówiła zdrowy posiłek. – Evan sięgnął po wodę. – Jakie masz plany na jutro?

– Muszę wymienić stacyjkę w samochodzie. Później zajmę się trawnikiem, a potem skoczę do siłowni.

– Chcesz jechać z nami?

– Brunch niezupełnie mi leży.

– Nie zapraszam cię na brunch. Wątpię, czy z taką gębą wpuściliby cię do klubu. Ale w Raleigh mógłbyś się zobaczyć z rodzicami. Albo z siostrami. To po drodze do Chapel Hill.

– Nie.

– Po prostu przyszło mi na myśl, że spytam.

Colin nabrał łyżkę płatków.

– Nie.

Evan odchylił się na oparcie.

– Nawiasem mówiąc, dziś wieczorem odbyło się kilka świetnych walk. Ta po twojej była fantastyczna.

– Tak?

– Niejaki Johnny Reese wykończył gościa w pierwszej rundzie. Runął na niego jak prawdziwy samiec, wykonał duszenie i po sprawie. Facet porusza się jak kot.

– Do czego zmierzasz? – spytał Colin.

– Jest znacznie lepszy niż ty.

– Okay.

Evan bębnił palcami po stole.

– Jesteś zadowolony ze swojej walki?

– Skończyła się.

Evan czekał.

– I?

– To wszystko.

– Nadal myślisz, że to, co robisz, jest dobrym pomysłem? To znaczy… sam wiesz.

Colin nabrał jajecznicę na widelec.

– Wciąż jestem tu z tobą, prawda?

*

Pół godziny później Colin znów był na autostradzie. Chmury, które od kilku godzin zapowiadały burzę, w końcu spełniły obietnicę, przynosząc wiatr, deszcz i błyskawice z grzmotami. Evan wyszedł kilka minut wcześniej i gdy Colin siadł za kierownicę chevroleta camaro, którego remontował od kilku lat, wrócił myślą do przyjaciela.

Znał Evana, odkąd sięgał pamięcią. Kiedy był dzieckiem, jego rodzina przyjeżdżała na wakacje do domku na plaży w Wrightsville Beach, a rodzina Evana mieszkała po sąsiedzku. Spędzali długie, słoneczne dni na włóczęgach po plaży, grze w piłkę, łowieniu ryb, surfowaniu i pływaniu na deskach boogie. Często nocowali jeden u drugiego, dopóki rodzice Evana nie przenieśli się do Chapel Hill. A Colin zszedł na manowce.

Fakty były całkiem proste. Przyszedł na świat jako trzecie dziecko i jedyny syn zamożnych rodziców, którzy mieli upodobanie do zatrudniania niań i absolutnie nie pragnęli trzeciego dziecka. Był niemowlęciem ze skłonnością do kolek, a później rozsadzanym przez energię dzieciakiem z ostrym zespołem ADHD, dzieciakiem, który miewał regularne napady złości i nie umiał się skupić ani nawet usiedzieć spokojnie. W domu doprowadzał rodziców do szału i płoszył jedną nianię po drugiej, a w szkole wdawał się w niezliczone bijatyki. W trzeciej klasie miał wspaniałego nauczyciela, który postawił go do pionu, lecz w czwartej znów pojawiły się problemy. Na placu zabaw wszczynał jedną bójkę za drugą i mało brakowało, a zostałby zatrzymany. Mniej więcej w tym czasie zaczęto uważać go za trudne dziecko i rodzice, nie wiedząc, co robić, posłali go do szkoły wojskowej w nadziei, że dyscyplina wyjdzie mu na dobre. Pierwszy rok okazał się straszny. Colin wyleciał w połowie wiosennego semestru.

Wysłali go do następnej szkoły wojskowej w innym stanie i przez kilka lat zużywał nadmiar energii w sportach walki – zapasach, boksie i dżudo. Wyładowywał agresję na innych, niekiedy ze zbyt wielkim entuzjazmem, często po prostu dlatego, że tego chciał. Nie przejmował się ocenami ani dyscypliną. Po pięciu kolejnych relegacjach i pięciu różnych szkołach wojskowych w końcu z trudem zdał maturę jako pełen złości i agresji młody mężczyzna bez planów na życie i ani trochę niezainteresowany, żeby coś znaleźć. Wprowadził się do rodziców i tak upłynęło siedem paskudnych lat. Patrzył, jak matka płacze, słuchał błagań ojca, żeby się zmienił, ale ich ignorował. Pod wpływem nacisków ojca podjął pracę z terapeutą, lecz wciąż się staczał po równi pochyłej. Jego nadrzędnym celem była podświadoma autodestrukcja. Tak brzmiały słowa terapeuty, nie jego, chociaż obecnie się z nimi zgadzał. Ilekroć rodzice wyrzucali go z Raleigh, włamywał się do rodzinnego domku na plaży, gdzie cierpliwie czekał na stosowną chwilę, żeby wrócić do domu, po czym cykl się powtarzał. Kiedy miał dwadzieścia pięć lat, dostał ostatnią szansę na dokonanie zmian w swoim życiu. Niespodziewanie z niej skorzystał. I teraz był tutaj, na uczelni, mając w planach spędzenie kilku następnych dekad w sali klasowej z nadzieją, że będzie mentorem dzieci, co dla większości ludzi nie miało żadnego sensu.

Colin wiedział, że jego chęć spędzenia reszty życia w szkole – w miejscu, którego zawsze nienawidził – jest czystą ironią, ale właśnie tego pragnął. Niewiele myśli poświęcał tej ironii i zasadniczo nie roztrząsał przeszłości. Nie zawracałby sobie tym głowy, gdyby nie wzmianka Evana o odwiedzinach u rodziców. Evan wciąż nie rozumiał, że samo przebywanie w jednym pokoju z rodzicami jest stresujące zarówno dla niego, jak i dla nich, zwłaszcza jeśli wizyta nie była zaplanowana. Wiedział, że gdyby zjawił się niespodziewanie, siedzieliby skrępowani, próbując prowadzić lekką pogawędkę, podczas gdy wspomnienia wypełniałyby powietrze jak trujący gaz. Czułby, jak wzbiera w nich rozczarowanie i jak go osądzają, nieważne, czy wyraziliby to słowami, czy nie. A komu tego potrzeba? Nie jemu, i nie im. Od trzech lat starał się ograniczać swoje nieczęste wizyty do godziny, prawie zawsze w święta, i układ ten, jak się zdaje, wszystkim odpowiadał.

Jego starsze siostry, Rebecca i Andrea, próbowały go nakłonić do naprawienia stosunków z rodzicami, ale ucinał te rozmowy w taki sam sposób, jak uciął rozmowę z Evanem. Ostatecznie życie sióstr różniło się od jego życia. Były chcianymi dziećmi, on zaś pojawił się siedem lat po młodszej jako gruba rozwrzeszczana niespodzianka. Wiedział, że chciały dobrze, ale niewiele ich łączyło. Obie ukończyły studia, miały mężów i dzieci. Mieszkały na tym samym ekskluzywnym osiedlu co rodzice i w weekendy grały w tenisa. Im był starszy, tym bardziej dochodził do przekonania, że podjęte przez nie życiowe decyzje były znacznie mądrzejsze niż jego wybory. Ale one nie były „trudnymi dziećmi”.

Wiedział, że rodzice, tak samo jak siostry, zasadniczo są dobrymi ludźmi. Dopiero po latach terapii pogodził się z tym, że to on był trudny, nie oni. Już nie obwiniał matki i ojca o to, co się z nim działo ani co zrobili lub czego nie zrobili. Wręcz uważał się za szczęśliwego syna dwojga niewiarygodnie cierpliwych ludzi. Co z tego, że został wychowany przez nianie? Co z tego, że jego starzy w końcu dali za wygraną i wysłali go do szkoły wojskowej? Kiedy naprawdę ich potrzebował, kiedy inni rodzice prawdopodobnie by się poddali, oni nigdy nie stracili nadziei, że zmieni swoje życie.

I przez lata tolerowali jego wybryki. Poważne wybryki. Ignorowali picie, palenie trawki i zbyt głośną muzykę przez całą dobę. Znosili imprezy, jakie urządzał, ilekroć wyjeżdżali z miasta, imprezy, po których w domu zostawał potworny bałagan. Przymykali oko na barowe bójki i liczne aresztowania. Ani razu nie powiadomili policji, kiedy się włamywał do domku na plaży, mimo że tam też wyrządzał poważne szkody. Więcej razy, niż pamiętał, wpłacali za niego kaucję i opłacali prawników, a trzy lata temu – kiedy groziła mu długa odsiadka za barową burdę w Wilmington – ojciec pociągnął za sznurki, żeby zawrzeć z sędzią układ, który mógł Colinowi zapewnić całkowicie czystą kartotekę. Oczywiście pod warunkiem, że znów nie zawali. Będąc pod nadzorem kuratorskim, spędził cztery miesiące w Arizonie, zamknięty w ośrodku terapeutycznym z programem kontrolowania agresji. Po powrocie, ponieważ rodzice nie chcieli go widzieć w swoim domu, znowu się włamał do domku na plaży, który w tym czasie został wystawiony na sprzedaż.

W ramach zawartej umowy musiał regularnie spotykać się z detektywem Pete’em Margolisem z policji w Wilmington. Człowiek pobity przez niego w barze był wieloletnim zaufanym informatorem policji, a wskutek pobicia wypadł z obiegu, co spowodowało zawalenie ważnej sprawy, nad którą pracował detektyw. W konsekwencji Margolis głęboko go nienawidził. Od samego początku był zdecydowanie przeciwny układowi, a później regularnie kontrolował Colina i nachodził go jako samozwańczy kurator.

Ostatni warunek układu stanowił, że jeśli Colin z jakiegokolwiek powodu znów zostanie aresztowany, zostaną wznowione wszystkie jego sprawy, a on automatycznie trafi do więzienia na blisko dziesięć lat.

Mimo wymogów, mimo częstych kontroli Margolisa, który wyraźnie szukał okazji, żeby go zakuć w kajdanki, był to wspaniały układ. Niewiarygodny układ, i wszystko dzięki ojcu… chociaż wtedy praktycznie ze sobą nie rozmawiali. Formalnie rzecz biorąc, obowiązywał go zakaz przestąpienia progu domu rodziców, aczkolwiek ojciec ostatnio złagodził ten szczególny warunek. Nieodwołalnie wyrzucony z domu po powrocie z Arizony, patrząc, jak nowi właściciele obejmują w posiadanie domek na plaży i koczując u kumpli w Raleigh, przenoszony z jednej kanapy na drugą, w końcu musiał przewartościować swoje życie. Stopniowo dochodził do wniosku, że jeśli niczego nie zmieni, dopełni samozniszczenia. Środowisko, w którym się obracał, nie wychodziło mu na dobre, a krąg znajomych był równie autodestrukcyjny jak on. Nie mając gdzie się podziać, pojechał do Wilmington i zaskoczył samego siebie, pojawiając się przed drzwiami Evana. Evan, który mieszkał tam po ukończeniu Uniwersytetu Stanowego Karoliny Północnej, nie krył zaskoczenia na widok starego przyjaciela. Był również nieufny i trochę zdenerwowany, ale Evan jak to Evan, w końcu stwierdził, że nie widzi powodów, żeby Colin nie zatrzymał się u niego na jakiś czas.

Zasłużenie na zaufanie przyjaciela wymagało czasu. Ich życie potoczyło się zupełnie inaczej. Evan bardziej przypominał Rebeccę i Andreę: odpowiedzialny obywatel, który zna więzienie wyłącznie z telewizji. Pracował jako księgowy i planista finansowy i zgodnie z dumnymi zasadami swojego zawodu kupił dom z mieszkaniem na parterze i osobnym wejściem na piętro, żeby dzięki wynajmowi tych pomieszczeń obniżyć opłaty hipoteczne. Mieszkanie przypadkiem stało puste, kiedy pojawił się Colin. Z poczatku nie zamierzał długo tam mieszkać, ale kiedy dostał pracę w barze, wprowadził się na dobre. Trzy lata później wciąż płacił czynsz najlepszemu przyjacielowi, jakiego miał.

Jak na razie wszystko układało się doskonale. Kosił trawnik, przycinał krzewy i w zamian płacił rozsądny czynsz. Miał własne lokum z osobnym wejściem i Evana pod bokiem, a właśnie takiego towarzystwa Colin potrzebował na obecnym etapie życia. Evan wkładał do pracy garnitur i krawat, utrzymywał gustownie urządzony dom w nieskazitelnym stanie i nigdy poza domem nie wypijał więcej niż dwa piwa. Był również mniej więcej najsympatyczniejszym facetem pod słońcem i zaakceptował Colina wraz z jego wadami. Co więcej – choć Bóg jeden wie, z jakiego powodu – wierzył w niego, nawet kiedy Colin wiedział, że nie zawsze na to zasługuje.

Lily, narzeczona Evana, była ulepiona z tej samej gliny. Pracowała w reklamie i miała własne mieszkanie przy plaży, kupione przez rodziców, ale spędzała u Evana tyle czasu, że siłą rzeczy stała się ważną częścią życia Colina. Nie od razu go polubiła. Kiedy się poznali, Colin miał blond irokeza i kolczyki w uszach, a ich pierwsza rozmowa koncentrowała się wokół bójki barowej w Raleigh, której drugi uczestnik wylądował w szpitalu. Przez jakiś czas po prostu nie była w stanie pojąć, jak Evan może się z nim przyjaźnić. Lily, panna z wyższych sfer Charlestonu, absolwentka uczelni Meredith, była nieco afektowana i nadzwyczaj uprzejma, a jej słownictwo stanowiło pozostałość z minionej epoki. Była również najpiękniejszą dziewczyną, jaką Colin kiedykolwiek widział, nic więc dziwnego, że w jej rękach Evan był miękki jak wosk. Blondynka o błękitnych oczach i z głosem słodkim jak miód nawet wtedy, gdy była zła, wydawała się ostatnią osobą na świecie skłonną dać szansę komuś takiemu jak on. A jednak dała. I podobnie jak Evan, w końcu postanowiła w niego uwierzyć. To ona dwa lata temu zasugerowała, żeby zaczął studiować, i to ona uczyła go wieczorami. Dwa razy Lily i Evan uchronili go przed popełnieniem impulsywnego błędu, za który mógł trafić do więzienia. Colin uwielbiał ją za wszystko, co dla niego robiła, i był zachwycony jej związkiem z Evanem. Dawno temu postanowił, że jeśli ktokolwiek w jakikolwiek sposób im zagrozi, on się tym zajmie bez względu na konsekwencje. Nawet gdyby miał resztę życia spędzić za kratkami.

Ale wszystko, co dobre, szybko się kończy. Czy nie tak się mówi? Życie, jakie wiódł od trzech lat, miało się zmienić choćby dlatego, że Evan i Lily byli zaręczeni i zamierzali się pobrać na wiosnę. Oboje go zapewniali, że po ślubie może nadal zajmować mieszkanie na dole, ale wiedział, że ubiegły weekend spędzili na nowym osiedlu bliżej Wrightsville Beach, oglądając piętrowe domy z werandą i balkonem na całą szerokość frontu, w stylu charakterystycznym dla Charlestonu. Oboje chcieli mieć dzieci, oboje chcieli mieć biały płot wokół domu i Colin nie miał wątpliwości, że w ciągu roku obecny dom Evana zostanie wystawiony na sprzedaż. Wtedy znów będzie zdany wyłącznie na siebie i choć wiedział, że nieuczciwie jest liczyć, że Evan i Lily będą się nim opiekować, czasami się zastanawiał, czy wiedzą, jak ważni stali się dla niego w ciągu ostatnich paru lat.

Na przykład tej nocy. Colin nie prosił Evana, żeby przyjechał na walkę. Przyjaciel sam wpadł na ten pomysł. Nie prosił Evana, żeby siedział z nim podczas posiłku. Ale Evan prawdopodobnie podejrzewał, że jeśli nie zrobi jednego i drugiego, Colin zamiast do restauracji pojedzie do baru i będzie się odprężał przy drinkach, nie przy śniadaniu o północy. Pracował jako barman, lecz siedzenie po drugiej stronie baru ostatnio niezbyt mu służyło.

Colin zjechał z autostrady na wiejską drogę ze stojącymi po obu stronach sosnami i czerwonymi dębami bez wyjątku porośniętymi pnączami kudzu. Zależało mu nie tyle na skróceniu czasu jazdy, ile na uniknięciu zatrzymywania się na niezliczonych światłach w drodze przez miasto. Błyskawice co chwila rozjaśniały niebo, przemieniając chmury w srebro i oświetlając otoczenie stroboskopowymi błyskami. Deszcz i wiatr przybrały na sile, wycieraczki ledwie nadążały z oczyszczaniem przedniej szyby, ale dobrze znał tę drogę. Pokonał jeden z licznych zakrętów, mając ograniczoną widoczność, i odruchowo wcisnął hamulec.

Samochód stał na skos, częściowo na jezdni, częściowo na poboczu, błyskając światłami awaryjnymi. Bagażnik był otwarty, do środka lał się deszcz. Colin zwolnił, czując, że tył lekko zarzucił, zanim opony odzyskały przyczepność. Zjechał na przeciwny pas, żeby bezpiecznie wyminąć samochód, myśląc, że facet nie mógł sobie wybrać gorszego czasu i miejsca, żeby się rozwalić. Nie dość, że burza ograniczała widoczność, to jeszcze imprezowicze, jak ci w knajpie, właśnie teraz wyruszali do domu. Nie musiał się wysilać, żeby sobie wyobrazić, jak jeden z nich za szybko pokonuje zakręt i uderza w tył stojącego auta.

Paskudnie, pomyślał. Facet zdecydowanie prosił się o wypadek, ale przecież to nie jego sprawa. Nie ma obowiązku ratowania nieznajomych, a zresztą prawdopodobnie niewiele mógłby pomóc. Znał się na silniku w swoim samochodzie, ale tylko dlatego, że camaro był starszy niż on. Nowoczesne silniki mają więcej wspólnego z komputerami. Poza tym kierowca bez wątpienia już zadzwonił po pomoc.

Gdy powoli mijał samochód, zauważył, że tylna opona jest przebita. Za klapą bagażnika przemoczona do suchej nitki kobieta w dżinsach i bluzce z krótkimi rękawami usiłowała wyciągnąć koło zapasowe. Długa seria błyskawic oświetliła jej twarz z rozmazanym makijażem. W tej chwili dostrzegł ciemne włosy i szeroko osadzone oczy. Koleżanka z grupy. Opadły mu ramiona.

Dziewczyna? Dlaczego to musi być dziewczyna? Chodzili razem na zajęcia. Raczej nie mógł udawać, że nie zauważył, że potrzebuje pomocy. Naprawdę zupełnie mu to nie pasowało, ale czy miał jakiś wybór?

Z westchnieniem zjechał na pobocze i zatrzymał się w pewnej odległości od jej auta. Włączył światła awaryjne i zabrał kurtkę z tylnej kanapy. Natychmiast przemókł, strugi deszczu zacinały, woda lała się jak z prysznica pod gołym niebem. Przegarnął ręką włosy, odetchnął głęboko i ruszył w kierunku samochodu dziewczyny, kalkulując, jak szybko może zmienić oponę i kontynuować jazdę do domu.

– Potrzebujesz pomocy?! – zawołał. Zobaczył, że to jednak nie jest ta dziewczyna ze studiów, bardzo do niej podobna, ale nie ona.

Nie odpowiedziała, co go zaskoczyło. Patrząc na niego z paniką w oczach, puściła oponę i zaczęła się powoli cofać.

2Maria

W przeszłości, kiedy pracowała w prokuraturze okręgowej w hrabstwie Mecklenburg, Maria Sanchez widywała na sali sądowej wielu przestępców, przy czym niektórzy z nich byli oskarżeni o takie zbrodnie, że nocami nie mogła zmrużyć oka. Nękały ją koszmary dotyczące prowadzonych przez nią spraw, a co gorsza, groził jej jakiś socjopata, lecz prosty fakt był taki, że nigdy tak się nie bała jak teraz, na tym pustym odcinku drogi, gdy samochód kierowany przez tego faceta nagle zjechał na pobocze.

Nie było ważne, że miała dwadzieścia osiem lat, że ukończyła uniwersytet Chapel Hill summa cum laude, że studiowała prawo na uniwerku Duke’a. Nie miało znaczenia, że była wschodzącą gwiazdą w biurze prokuratora okręgowego, zanim znalazła inną pracę w jednej z najlepszych kancelarii prawnych w Wilmington, ani że do tej chwili zawsze całkiem dobrze panowała nad emocjami. Gdy tylko wysiadł z samochodu, wszystkie te prawdy przestały się liczyć i mogła myśleć jedynie o tym, że jest młodą kobietą zupełnie samą na pustkowiu. Kiedy ruszył w jej stronę, ogarnęła ją panika. Umrę tutaj, uświadomiła sobie, i nikt nigdy nie znajdzie mojego ciała.

Chwilę wcześniej, gdy samochód powoli ją mijał, widziała, że kierowca na nią patrzy – niemal wlepia w nią oczy, jakby ją szacował – i z początku pomyślała, że ma maskę, co samo w sobie było przerażające, ale o wiele mniej niż nagłe uświadomienie sobie, że w rzeczywistości widzi jego twarz. Był posiniaczony, jedno oko miał zamknięte z powodu opuchlizny, drugie podbiegnięte krwią. Widziała, że krew ścieka mu z czoła, i już nabrała powietrza, żeby krzyknąć, ale z jakiegoś powodu z jej ust nie wydobył się żaden dźwięk. Boże, błagam – przypomniała sobie, że właśnie tak pomyślała, gdy ją mijał – niech jedzie dalej. Cokolwiek robi, proszę, niech się nie zatrzyma.

Ale najwyraźniej Bóg jej nie słuchał. Dlaczego Bóg miałby interweniować, żeby ją uchronić przed marnym końcem w rowie na kompletnym odludziu? Nie musiał tego robić. Postanowił, że każe facetowi się zatrzymać, i teraz mężczyzna o zmasakrowanej twarzy szedł ku niej niczym postać z niskobudżetowego horroru. Albo z więzienia, z którego właśnie uciekł, ponieważ był wyraźnie napakowany, a czy właśnie nie to robią więźniowie? Czy przez cały czas nie podnoszą ciężarów? Miał krótkie włosy, ostrzyżone niemal po wojskowemu – czyżby znak rozpoznawczy jednego z gangów więziennych, o których słyszała? Złachmaniona czarna koszulka z nadrukiem nie poprawiała jego wizerunku, podobnie jak podarte dżinsy i to, w jaki sposób trzymał kurtkę. Dlaczego jej nie włożył, wychodząc na taką ulewę? Może ukrywał pod nią…

Nóż.

Albo, Boże uchowaj, pistolet…

Z jej gardła wyrwał się pisk. Różne możliwości przelatywały jej przez głowę, gdy próbowała wykombinować, co zrobić. Rzucić w niego kołem? Przecież nie mogła nawet wyciągnąć go z bagażnika. Wołać o pomoc? W pobliżu nie było żywego ducha, ani jeden samochód nie przejechał od dziesięciu minut, a komórkę zostawiła Bóg wie gdzie – gdyby nie to, nie próbowałaby samodzielnie zmieniać koła. Uciekać? Może, ale płynność jego ruchów sugerowała, że dopędzi ją bez trudu. Pozostało tylko jedno: wsiąść do samochodu i zamknąć drzwi, ale już był przy niej, nie zdoła go ominąć…

– Potrzebujesz pomocy?

Dźwięk jego głosu wyrwał ją z odrętwienia. Puściła koło i zaczęła się cofać. Błysnęło i wtedy zwróciła uwagę na bezmyślny wyraz jego twarzy, niemal jakby w jego osobowości brakowało czegoś podstawowego, tego elementu, który sygnalizuje, że gwałcenie i zabijanie kobiet nie jest w porządku.

– Czego ode mnie chcesz? – wykrztusiła w końcu.

– Niczego – odparł.

– W takim razie co tutaj robisz?

– Pomyślałem, że może potrzebujesz pomocy przy zmianie koła.

– Nie, nie – powiedziała. – Dam sobie radę sama.

Przeniósł spojrzenie na sflaczałą oponę, potem znowu popatrzył na nią.

– W porządku. Dobranoc – powiedział.

Odwrócił się i ruszył do swojego auta, jego sylwetka szybko malała. To było tak niespodziewane, że Maria przez sekundę stała niczym sparaliżowana. Odchodzi? Dlaczego? Była z tego zadowolona – prawdę mówiąc, rozsadzała ją radość – a jednak…

– Nie mogę wyciągnąć koła z bagażnika! – krzyknęła, słysząc panikę w swoim głosie.

Odwrócił się, już przy swoim samochodzie.

– Na to wygląda. – Sięgnął do klamki i otworzył drzwi, gotów wsiąść…

– Poczekaj!

Przyglądał się jej przez ścianę deszczu.

– Dlaczego?! – odkrzyknął.

Dlaczego? Nie była pewna, czy dobrze usłyszała. Ale cóż, przecież mu powiedziała, że nie potrzebuje pomocy. I nie potrzebowała, tyle że tak naprawdę potrzebowała, bo przecież nie mogła do nikogo zadzwonić. Miała w głowie gonitwę myśli i następne słowa popłynęły niezależnie od jej woli.

– Masz telefon?! – zawołała.

Ruszył w jej stronę i zatrzymał się w takiej odległości, żeby go słyszała bez konieczności podnoszenia głosu do krzyku, ale niezbyt blisko. Dzięki Bogu…

– Tak – odparł.

Przestąpiła z nogi na nogę, myśląc: Co teraz?

– Zgubiłam komórkę – powiedziała. – To znaczy nie, wcale nie zgubiłam. – Wiedziała, że mówi bezładnie, ale patrzył na nią w taki sposób, że nie mogła zatrzymać potoku słów. – Jest albo w biurze, albo zostawiłam ją u rodziców, nie będę miała pewności, dopóki nie sprawdzę w laptopie.

– Okay. – Nie dodał nic więcej, po prostu stał bez ruchu, patrząc jej w oczy.

– Używam tego czegoś, co się nazywa „znajdź mój iPhone”. To znaczy aplikacji. Mogę namierzyć komórkę, ponieważ jest zsynchronizowana z moim komputerem.

– Okay.

– I?

– I co?

– Możesz na minutę pożyczyć mi swoją? Chcę zadzwonić do siostry.

– Jasne – odparł. Wsunął telefon pod kurtkę i gdy szedł w jej stronę, Maria odruchowo zrobiła krok do tyłu. Położył kurtkę na masce i wskazał ją ręką.

Zawahała się. Był zdecydowanie dziwny, ale doceniała to, że się odsunął. Przyskoczyła do kurtki i znalazła iPhone’a, ten sam model co jej. Kiedy wcisnęła przycisk, ekran pojaśniał. Oczywiście, nieznajomy wyświadczał jej przysługę, ale nic z tego, jeśli nie…

– Pięć, sześć, osiem, jeden – powiedział usłużnie.

– Podajesz mi swoje hasło?

– Bez niego nie skorzystasz z telefonu – zauważył.

– Nie boisz się podawać hasła nieznajomej osobie?

– Zamierzasz ukraść mój telefon?

Zamrugała.

– Nie. Jasne, że nie.

– W takim razie nie mam się czego obawiać.

Nie miała pewności, co na to powiedzieć, ale było jej wszystko jedno. Drżącymi palcami wystukała kod, a potem numer siostry. Po trzecim sygnale usłyszała, że dodzwoniła się na pocztę głosową. Starała się panować nad narastającą frustracją, kiedy nagrywała wiadomość, wyjaśniając Serenie, co się stało z jej samochodem, i prosząc siostrę o podwiezienie. Wsunęła telefon pod kurtkę na masce i cofnęła się, obserwując mężczyznę.

– Nie dodzwoniłaś się? – zapytał.

– Już jedzie.

– W porządku. – Kiedy znowu błysnęło, wskazał tył jej samochodu. – Chcesz, żebym zmienił koło, gdy będziesz na nią czekać?

Otworzyła usta, żeby odrzucić propozycję, ale kto wie kiedy – albo czy w ogóle – Serena odsłucha wiadomość? Do tego dochodził fakt, że nigdy w życiu nie zmieniała koła. Zamiast odpowiedzieć, powoli wypuściła powietrze i próbując zapanować nad drżeniem głosu, powiedziała:

– Mogę cię o coś spytać?

– Tak.

– Co… co się stało z twoją twarzą?

– Brałem udział w walce.

Po odczekaniu kilku sekund zrozumiała, że nie zamierza dodać nic więcej. To wszystko? Bez dalszych wyjaśnień? Zachowywał się tak dziwnie, że nie była pewna, co o tym myśleć. Gdy stał, najwyraźniej czekając na odpowiedź na swoje wcześniejsze pytanie, zerknęła na bagażnik z żalem, że nie ma pojęcia, jak się zmienia koło.

– Tak – odparła w końcu. – Jeśli nie masz nic przeciwko, z przyjemnością przyjmę pomoc.

– Okay. – Pokiwał głową. Patrzyła, jak sięga do tobołka na masce, chowa telefon do kieszeni i wkłada kurtkę. – Boisz się mnie – stwierdził.

– Co?

– Boisz się, że cię skrzywdzę. – Kiedy nic nie powiedziała, ciągnął: – Nie zrobię ci krzywdy, ale myśl sobie, co chcesz.

– Dlaczego mi to mówisz?

– Bo jeśli mam zmienić koło, będę musiał podejść do bagażnika. Co znaczy, że podejdę do ciebie.

– Wcale się nie boję – skłamała.

– Okay.

– Wcale.

– Okay – powtórzył i ruszył w jej stronę.

Strach ścisnął jej serce, gdy on przechodził na wyciągnięcie ręki. Zaraz potem poczuła się głupio, bo minął ją bez zwalniania. Coś odkręcił, wyjął zapasowe koło i postawił na ziemi, następnie zniknął za klapą bagażnika, bez wątpienia sięgając po podnośnik.

– Jedno z nas musi wyprowadzić auto na drogę – powiedział. – Musi stać na płaskim, bo inaczej może się ześlizgnąć z lewarka.

– Przecież złapałam gumę.

Z lewarkiem w ręce spojrzał na nią.

– Samochodowi to nie zaszkodzi, wystarczy jechać powoli.

– Zablokuję pas.

– Już blokujesz pół pasa.

Co do tego miał rację… ale…

Ale jeśli to wszystko jest częścią jego planu? Może chce odwrócić jej uwagę? Skłonić, żeby stanęła do niego plecami?

Może zaplanował to tak, żeby skorzystała z jego telefonu? I żeby poprosiła o pomoc przy wyciągnięciu koła z bagażnika?

Wytrącona z równowagi i zakłopotana, wsiadła za kierownicę i zapuściła silnik, po czym powoli, ale pewnie wjechała na drogę i zaciągnęła hamulec ręczny. Gdy otworzyła drzwi, nieznajomy już toczył koło z kluczem nasadowym w ręce.

– Jeśli chcesz, możesz zostać w samochodzie – powiedział. – To nie powinno zabrać dużo czasu.

Po chwili namysłu zamknęła drzwi i przez kilka minut obserwowała go w bocznym lusterku. Poluzował mutry i wsunął lewarek. Chwilę później poczuła, że samochód lekko się unosi, podskakując, i nieruchomieje. Patrzyła, jak nieznajomy zdejmuje nakrętki i koło, akurat gdy burza się nasiliła. Porywisty wiatr niósł płachty deszczu. Mężczyzna szybko założył koło, dokręcił mutry i nagle auto opadło. Włożył przebite koło do bagażnika wraz z lewarkiem i kluczem i delikatnie opuścił klapę. Nagle było po wszystkim, tak po prostu. Mimo to Maria lekko drgnęła, kiedy zastukał w okno. Opuściła szybę, deszcz wpadał do środka. Jego twarz kryła się w cieniu, więc ledwie widziała siniaki, opuchliznę, przekrwione oko. Ledwie, ale widziała.

– Możesz jechać – powiedział głośno, żeby usłyszała go w nawałnicy – ale powinnaś jak najszybciej naprawić oponę. Zawsze trzeba mieć zapas.

Pokiwała głową, ale nie zdążyła mu podziękować, bo odwrócił się i pobiegł do swojego samochodu. Otworzył drzwi, wsunął się za kierownicę. Dobiegł ją ryk silnika i zanim się spostrzegła, znowu została sama na drodze, chociaż w sprawnym aucie, które zawiezie ją do domu.

*

– Słyszałam telefon, ale nie rozpoznałam numeru, więc nie odebrałam i włączyła się poczta głosowa – powiedziała Serena między łykami soku pomarańczowego. Maria siedziała obok niej przy stole na werandzie, trzymając w dłoniach kubek kawy. Poranne słońce już rozgrzewało powietrze. – Przepraszam.

– Następnym razem po prostu odbierz, dobrze?

– Nie mogę. – Serena się uśmiechnęła. – A jeśli zadzwoni jakiś wariat?

– Na tym polegał problem! Ja byłam tą wariatką i potrzebowałam twojej pomocy.

– Wcale na to nie wygląda. Facet sprawia wrażenie miłego.

Maria spojrzała na nią wściekle znad kubka.

– Nie widziałaś go. Wierz mi. Widziałam ludzi, którzy budzą przerażenie, a on bił ich wszystkich na głowę.

– Powiedział ci, że brał udział w walce…

– W tym rzecz. Najwyraźniej jest skłonny do stosowania przemocy.

– Przecież niczym ci nie zagroził. Sama powiedziałaś, że z początku nawet się nie zbliżał. A potem pożyczyłaś od niego telefon. Później zmienił ci koło, wsiadł do samochodu i odjechał.

– Nie rozumiesz.

– Czego? Że nie powinno się oceniać książki po okładce?

– Mówię poważnie!

Serena się roześmiała.

– Rany, ktoś tu jest drażliwy. Przecież wiesz, że tylko się z tobą droczę. Gdybym ja tam była, pewnie zsikałabym się w majtki ze strachu. Zepsuty samochód, pusta droga, bez telefonu, krew na twarzy nieznajomego… to jak najgorszy koszmar każdej dziewczyny.

– Otóż to.

– Znalazłaś komórkę?

– Jest w biurze. Pewnie wciąż na moim biurku.

– Chcesz powiedzieć, że leży tam od piątku? I że dopiero w sobotę w nocy zdałaś sobie sprawę, że jej nie masz?

– I co z tego?

– Przypuszczam, że niewiele osób do ciebie dzwoni, co?

– Ha, ha.

Serena pokręciła głową i sięgnęła po swój telefon.

– Nie mogę żyć bez mojej, żebyś wiedziała. – Zrobiła Marii zdjęcie.

– Po co to?

– Na Instagram.

– Serio?

Serena już pisała.

– Nie ma obawy. Będzie śmiesznie – dodała, po czym pokazała zdjęcie i podpis. – „Maria po przeżyciu Koszmaru z Ulicy Mrocznej”.

– Chyba tego nie wyślesz?

– Już wysłałam. – Serena mrugnęła znacząco.

– Musisz przestać umieszczać posty na mój temat. Mówię poważnie. A jeśli znajdzie je któryś z moich klientów?

– Wtedy wina spadnie na mnie. – Wzruszyła ramionami. – Nawiasem mówiąc, gdzie jest tata?

– Wyszedł z Copo – odparła Maria.

Copo była niemal całkowicie białą suczką rasy shih tzu. Po wyprowadzce Sereny do akademika siostry pojawiły się w domu na Boże Narodzenie i odkryły, że rodzice sprawili sobie pieska. Copo praktycznie wszędzie im towarzyszyła: w restauracji – miała swoje legowisko w biurze – w supermarkecie, nawet u księgowego. Była bardziej rozpieszczana niż córki.

– Wciąż nie mogę się z tym pogodzić – mruknęła Serena. – Kochają tego psa.

– Myślisz?

– Nie widziałaś nabijanej strasem obróżki, którą kupiła mama? O mało się nie zrzygałam.

– Bądź miła.

– Jestem miła! – krzyknęła Serena. – Po prostu nigdy sobie nie wyobrażałam, że będą mieli psa. My nie miałyśmy, chociaż błagałam o to przez lata. Nawet obiecałam, że będę się nim zajmować.

– Wiedzieli, że nie będziesz.

– Może nie przeskoczyłam klasy i nie poszłam na studia w wieku siedemnastu lat jak ty, ale jestem całkiem pewna, że poradziłabym sobie z psem. I musisz wiedzieć, że ubiegam się o stypendium Charlesa Alexandra.

– Hm, racja. – Maria sceptycznie uniosła brew.

– Poważnie. Wybrałem dwujęzyczne przedmioty kierunkowe. Złożyłam podanie, napisałam pracę, dostałam rekomendacje od dwóch profesorów i tak dalej. Stypendium jest sponsorowane przez prywatną fundację i w przyszłą sobotę mam rozmowę z prezesem. Co ty na to? – Serena skrzyżowała ręce na piersi.

– Rany. Super.

– Nie mów tacie. Chcę mu zrobić niespodziankę.

– Będzie w siódmym niebie, jeśli je dostaniesz.

– Przecież wiem. Pomyśl, ile więcej obróżek mogliby kupić Copo, gdyby nie musieli płacić czesnego.

Maria się roześmiała. Słyszały, jak matka nuci w kuchni, czuły zapach huevos rancheros płynący przez otwarte okno.

– Ale wróćmy do ubiegłej nocy – zaproponowała Serena. – Dlaczego byłaś poza domem o tak późnej porze? Zwykle znacznie wcześniej kładziesz się do łóżka.

Maria spojrzała na siostrę z grymasem niezadowolenia, ale uznała, że równie dobrze może mieć to z głowy.

– Szczerze mówiąc, byłam na randce.

– Nie gadaj.

– W czym problem?

– W niczym. Po prostu myślałam, że postanowiłaś żyć w celibacie.

– Dlaczego tak uważasz?

– Halo? Nie zapomniałaś, z kim rozmawiam?

– Przecież nie siedzę ciągle w domu.

– Może pływasz na desce, ale nie wychodzisz wieczorami. Pracujesz. Czytasz. Oglądasz głupie programy w telewizji. Już nawet nie chodzisz potańczyć i do tego przywykłaś, i jest ci z tym dobrze. Pamiętasz, jak próbowałam cię namówić, żebyś poszła ze mną do tego klubu w starym magazynie? Z salsą w sobotnie wieczory?

– O ile pamiętam, mówiłaś, że jest tam mnóstwo obleśnych facetów.

– Ale też doskonale się bawiłam, chociaż w przeciwieństwie do ciebie tańczę koszmarnie.

– Nie wszyscy studiują, wiesz, zaczynając zajęcia w południe i mając wolne piątki. Niektórzy mają obowiązki.

– Tak, tak, już to słyszałam – burknęła Serena, machając ręką. – Zakładam, że nie dopisało ci szczęście.

Maria zerknęła przez ramię w stronę uchylonego okna, sprawdzając, czy matka nie słucha.

Serena przewróciła oczami.

– Jesteś dorosła. Już nie musisz ukrywać swojego życia towarzyskiego przed mamą i tatą.

– Tak, cóż, zawsze trochę się różniłyśmy pod tym względem.

– Co? Myślisz, że ja im wszystko mówię?

– Mam nadzieje, że nie.

Serena zdusiła chichot.

– Przykro mi, że randka nie wypaliła.

– Skąd wiesz? Może wypaliła.

– Nie sądzę – powiedziała Serena, kręcąc głową. – W przeciwnym razie nie wracałabyś do domu sama.

No tak, pomyślała Maria. Serena zawsze była bystra, a co więcej, w przeciwieństwie do niej, twardo stąpała po ziemi.

– Dobra – rzuciła Serena. – Więc jak było na tej randce?

– Nie sądzę, żeby do mnie zadzwonił.

Serena udała współczucie, choć nie zdołała ukryć pełnego rozbawienia cynizmu.

– Dlaczego? Czyżbyś zabrała ze sobą komputer i przez całą randkę pracowała?

– Nie. To nie przeze mnie. Po prostu było… źle.

– Mów do mnie, starsza siostro. Opowiedz mi o wszystkim.

Maria rozejrzała się po podwórku, myśląc, że Serena jest jedyną osobą na świecie, z którą może naprawdę porozmawiać.

– W zasadzie niewiele jest do powiedzenia. Po pierwsze, wcale nie planowałam randki…

– No nie! Ty?

– Chcesz posłuchać czy nie?

– Mój błąd. – Serena uśmiechnęła się szeroko. – Mów.

– Pamiętasz Jill, prawda? Moją koleżankę z pracy?

– Superelegancka, pod czterdziestkę, marząca o zamążpójściu, szalenie zabawna? Ta, która przyszła na lunch i wzięła Copo na ręce, czym o mało nie przyprawiła taty o atak serca?

– Tak.

– Nie, nie pamiętam jej.

– W każdym razie, parę dni temu spotkałyśmy się na lunchu i namówiła mnie, żebym po powrocie z konferencji poszła z nią i jej chłopakiem Paulem na kolację. Okazało się, że bez mojej wiedzy zaprosili kolegę Paula z pracy i…

– Czekaj, wróć. Facet był seksowny?

– Na pewno przystojny. Ale problem w tym, że o tym wie. Był obcesowy i arogancki i przez cały czas flirtował z kelnerką. Myślę, że nawet dostał jej numer telefonu, podczas gdy ja siedziałam obok.

– Facet z klasą.

– Jill była równie zażenowana jak ja, chociaż, co dziwne, nie jestem pewna, czy Paul cokolwiek zauważył. Może z powodu wypitego wina, ale wciąż powtarzał, że później powinniśmy wybrać się we czwórkę do klubu i jest zadowolony, że się dogadujemy. Wiedział, że będziemy do siebie idealnie pasować. Dziwne, bo normalnie taki nie jest. Zwykle jest milczący i to ja z Jill mówimy za niego.

– Może po prostu lubi swojego kolegę. A może pomyślał, że ty i jego kolega dochowacie się ślicznych dzidziusiów, a jeden z nich będzie miał imię po nim.

Maria roześmiała się wbrew sobie.

– Może. W każdym razie uważam, że nie byłam w jego typie. Jestem przekonana, że znacznie bardziej odpowiadałby mu ktoś…

Kiedy zawiesiła głos, Serena dokończyła:

– Głupszy?

– Myślałam o kimś bardziej jasnowłosym, jak kelnerka.

– No cóż, jak wiesz, to zawsze stanowiło część twojego problemu, jeśli chodzi o facetów. Jesteś za mądra. To ich onieśmiela.

– Nie wszystkich. Byłam z Luisem ponad dwa lata.

– Byłam – powtórzyła Serena z naciskiem. – To właściwe słowo. I wiesz co? Może jest szalenie seksowny, ale to totalny nieudacznik.

– Nie był taki zły.

– Nie zaczynaj się robić sentymentalna tylko dlatego, że miał jakieś dobre strony. Wspólna przyszłość nie była wam pisana i dobrze o tym wiesz.

Maria pokiwała głową, wiedząc, że Serena ma rację. Mimo to na chwilę pogrążyła się we wspomnieniach, zanim je odgoniła.

– No cóż, człowiek uczy się przez całe życie.

– Naprawdę się cieszę, że postanowiłaś znów chodzić na randki.

– Wcale nie. Jill i Paul zadecydowali za mnie.

– Wszystko jedno. Musisz być…

Gdy Serena szukała właściwego słowa, Maria zasugerowała:

– Bardziej podobna do ciebie?

– Czemu nie? Czy wychodzenie z domu, cieszenie się życiem, nawiązywanie znajomości to coś złego? Zdecydowanie lepsze od pracoholizmu.

– Co możesz o tym wiedzieć? Pracujesz tylko parę razy w tygodniu.

– Trafna uwaga. Po prostu przyjmuję założenie oparte na twoim braku życia towarzyskiego.

– Wierz mi albo nie, naprawdę lubię pracować.

– Dopilnuję, żebyś miała to wyryte na nagrobku – powiedziała Serena. – Jak w pracy, skoro o tym mowa?

Maria niespokojnie się poruszyła, zastanawiając się, co odpowiedzieć.

– W porządku.

– Przed chwilą powiedziałaś, że lubisz pracować.

– Lubię, ale…

– Niech zgadnę… konferencja, zgadza się? Ta, na której byłaś z szefem? – Kiedy Maria przytaknęła, Serena kontynuowała: – Było tak koszmarnie, jak myślałaś?

– Niezupełnie koszmarnie, tylko…

– Startował do ciebie?

– Coś w tym stylu. Ale nic, z czym nie mogłabym sobie poradzić.

– To ten, który ma żonę? I troje dzieci?

– Ten sam.

– Musisz mu powiedzieć, żeby się odczepił. Zagroź, że go oskarżysz o molestowanie seksualne albo coś w tym stylu.

– To bardziej skomplikowane. Na razie prawdopodobnie będzie lepiej, jeśli po prostu spróbuję go ignorować. – Kiedy na ustach Sereny zaigrał złośliwy uśmieszek, Maria zapytała: – O co ci chodzi?

– Właśnie sobie pomyślałam, że ty naprawdę umiesz postępować z mężczyznami. Twój ostatni chłopak cię zdradził, ten od randki flirtuje z innymi, a szef nie przestaje cię podrywać.

– Witaj w moim świecie.

– Oczywiście, nie jest aż tak źle. Wczoraj w nocy spotkałaś miłego faceta. Takiego, który śpieszy z pomocą kobiecie w chwili potrzeby, mimo szalejącej burzy…

Maria spojrzała na nią ze złością, lecz Serena tylko się roześmiała i mówiła dalej:

– Naprawdę żałuję, że nie mogłam zobaczyć twojej miny.

– Nie była ładna.

– A jednak jesteś tutaj, cała i zdrowa – przypomniała jej siostra. – I jestem z tego powodu szczęśliwa, choćby dlatego, że wciąż mogę ci dawać mądre rady.

– Naprawdę musisz popracować nad swoją samooceną – skomentowała cierpko Maria.

– Wiem, wystarczy? Ale poważnie, cieszę się, że wróciłaś do miasta. Te śniadania byłyby śmiertelnie nudne, gdyby nie ty. Dzięki tobie mama i tata martwią się nie tylko o mnie. Mają też ciebie na głowie.

– Cieszę się, że mogę ci się przydać.

– Jestem wdzięczna. A poza tym miałyśmy okazję lepiej się poznać.

– Zawsze się znałyśmy.

– Wyjechałaś na studia, kiedy miałam dziesięć lat.

– Wracałam do domu prawie na każdy weekend i spędzałam tu wszystkie wakacje.

– To prawda. Byłaś mazgajem. Przez pierwsze lata tak tęskniłaś za domem, że płakałaś przez całe weekendy.

– Ciężko było przebywać daleko od domu.

– Jak sądzisz, dlaczego tutaj kontynuuję naukę? Pod tym względem jestem prawie tak samo mądra jak ty.

– Jesteś mądra. Możesz dostać stypendium, pamiętasz?

– Nie taka mądra jak ty. Ale nie szkodzi. W końcu niska inteligencja znacznie ułatwia znalezienie faceta… co nie znaczy, że jestem zainteresowana poważnym związkiem. Ale słuchaj, jeśli chcesz, z przyjemnością będę wypatrywać kogoś dla ciebie. Cały czas poznaję facetów.

– Masz na myśli kolegów ze studiów?

– Być może kilku z nich spodoba się starsza kobieta.

– Jesteś obłąkana.

– Nic mi o tym nie wiadomo. Z reguły mam niezły gust.

– Nawiązujesz do Steve’a?

– Tylko się spotykamy. To jeszcze nic poważnego. Ale sprawia wrażenie miłego faceta. Jest wolontariuszem w towarzystwie opieki nad zwierzętami, w niedziele zajmuje się adopcjami.

– Lubisz go?

– Chodzi ci… lubię lubię czy tylko lubię?

– Co? Czy jesteśmy w ogólniaku?

Serena parsknęła śmiechem.

– Jeszcze nie jestem pewna, co czuję. Ale jest uroczy, więc będę miała więcej czasu, żeby się dowiedzieć.

– Kiedy go poznam?

– Ha… zobaczmy, dokąd to prowadzi. Ponieważ jeśli go poznasz, wtedy mama i tata też będą chcieli go poznać, a potem stracę kontrolę nad całą sytuacją. Bez względu na to, co się stanie później, Steve uzna, że myślę o nim poważnie, a w przeciwieństwie do ciebie jestem za młoda, żeby się ustatkować.

– Ja też jeszcze nie chcę się ustatkować.

– Może. Ale zdecydowanie potrzebna ci randka.

– Mogłabyś przestać?

– Dobra, w porządku. Nie potrzebujesz randki. Potrzebujesz odrobiny szczęścia.

Kiedy Maria nie zadała sobie trudu, żeby skomentować, Serena zachichotała.

– Trafiłam w czuły punkt, co? – zaćwierkała. – Dobra, nieważne. Co masz w planach na dzisiaj? Kiedy już stąd wyjdziemy? Znów zamierzasz pływać na desce?

– Myślałam o tym.

– Sama?

– Chyba że chcesz jeszcze raz spróbować.

– Wykluczone. Wciąż nie rozumiem, dlaczego tak bardzo to lubisz. To zupełnie co innego niż taniec. Nuda.

– To dobre ćwiczenie. I uspokaja.

– Czy właśnie nie to ci mówiłam? – zapytała Serena.

Maria się uśmiechnęła.

– A ty? Jakie masz plany?

– Zamierzam uciąć sobie rozkoszną, długą drzemkę. Później będę improwizować.

– Mam nadzieję, że coś wymyślisz. Byłoby mi przykro, gdyby minęła cię szalona niedzielna noc w bractwach studenckich.

– No, no, no… zazdrość to brzydka cecha – powiedziała Serena. Wskazała kciukiem okno. – Tata wreszcie wrócił, a ja konam z głodu. Chodźmy coś zjeść.

*

Po południu, podczas gdy Serena niewątpliwie spała jak zabita, Maria pływała z wiosłem na desce po wodach Masonboro Sound, od dawna będących jej ulubionym miejscem na spędzanie weekendowych popołudni. Czasami pływała po atlantyckiej stronie Masonboro Island, największej z wysp barierowych wzdłuż południowo-wschodniego wybrzeża stanu, ale z reguły wolała szkliste wody rozlewisk. Jak zawsze była pod wrażeniem otaczającej ją przyrody. Widziała rybołowy, pelikany i czaple i w ciągu godziny zrobiła parę zdjęć, które jej zdaniem były całkiem niezłe. W czerwcu sprezentowała sobie na urodziny profesjonalny wodoodporny aparat fotograficzny. Choć nadszarpnął jej budżet i wciąż spłacała zadłużenie na karcie, nie żałowała decyzji. Zdjęcia nie trafią do „National Geographic”, ale kilka uznała za dość dobrych, żeby powiesić je na ścianach w mieszkaniu, co stanowiło oszczędną opcję luksusowego wystroju, skoro ledwie ją było stać na samo mieszkanie.

Jednak tutaj łatwo było myśleć o wszystkich tych rzeczach bez konieczności zamartwiania się. Mimo że pływała na desce dopiero od czasu przeprowadzki do Wilmington, ta forma rekreacji miała na nią dobroczynny wpływ, jak kiedyś taniec. Osiągnęła taki etap, że bez wysiłku utrzymywała równowagę, a miarowe wiosłowanie pomagało jej się odstresować. Zwykle po paru minutach na wodzie zaczynała odnosić wrażenie, że ze światem jest wszystko w porządku. Przepełniało ją przyjemne, relaksujące ciepło, rozchodzące się od karku i ramion na resztę ciała, i gdy brała prysznic po powrocie do domu, była gotowa stawić czoło kolejnemu tygodniowi w biurze. Serena nie miała racji co do pływania na desce. Wcale nie było nudne; ostatnio stało się konieczne dla zachowania zdrowia psychicznego, ponadto Maria musiała przyznać, że dobrze robi na figurę. W ubiegłym roku umięśniła miejsca, o jakich nawet nie wiedziała, że można to zrobić, i musiała oddać kostiumy do przeróbki, ponieważ zrobiły się zbyt luźne w talii i biodrach.

Nie żeby miało to jakieś znaczenie. Serena mogła się mylić co do wiosłowania, ale miała rację, gdy mówiła o złej passie w jej życiu miłosnym, począwszy od Luisa. Był pierwszym facetem, o którym Maria myślała poważnie, pierwszym facetem, którego naprawdę kochała. Przyjaźnili się prawie rok, zanim w końcu zaczęli ze sobą chodzić, i na pozór mieli wiele wspólnego. Luis, podobnie jak ona, był dzieckiem meksykańskich imigrantów i zamierzał zostać prawnikiem. Jak ona, lubił tańczyć i po paru latach związku z łatwością mogła sobie wyobrazić ich wspólną przyszłość. Jednak Luis jasno dawał jej do zrozumienia, że będzie zadowolony z chodzenia z nią – i sypiania – dopóki nie zacznie oczekiwać od niego czegoś więcej. Nawet poruszenie tematu małżeństwa budziło w nim panikę i choć początkowo próbowała przekonać samą siebie, że to naprawdę nie ma znaczenia, w głębi duszy wiedziała, że jest inaczej.

Niemniej rozpad ich związku był dla niej niespodzianką. Pewnego wieczoru Luis zadzwonił i powiedział, że odchodzi. Pocieszała się, że oboje chcieli od życia czegoś innego i że Luis po prostu nie jest gotowy na zobowiązania, na jakich jej zależało. Ale potem? Nieco ponad rok później, zaraz po zrobieniu aplikacji, dowiedziała się o jego zaręczynach. Przez sześć tygodni była w dołku, próbując zrozumieć, dlaczego tamtą dziewczynę uznał za odpowiednią na przyszłą kandydatkę na żonę, podczas gdy z nią nawet nie mógł rozmawiać o małżeństwie. Gdzie popełniła błąd? Czy była zbyt nachalna? Zbyt nudna? A może zbyt… coś innego? Patrząc wstecz, nie miała pojęcia. Oczywiście wszystko byłoby łatwiejsze, gdyby po Luisie kogoś poznała, ale z każdym mijającym rokiem coraz częściej się zastanawiała, gdzie się podziali wszyscy porządni faceci. Albo czy jeszcze tacy istnieją. Gdzie są faceci, którzy nie liczą na pójście do łóżka po drugiej randce? Albo tacy, którzy uważają, że cmoknięcie w policzek na pierwszej randce jest zachowaniem z klasą? Bądź chociażby ci z przyzwoitą pracą i planami na przyszłość? Bóg świadkiem, że gdy Luis z nią zerwał, nie zamknęła się w czterech ścianach. Mimo długich godzin poświęcanych studiowaniu prawa i później pracy w Charlotte, w weekendy regularnie spotykała się z przyjaciółmi, tylko czy ktoś względnie przyzwoity próbował się z nią umówić?

Na chwilę przestała wiosłować i wyprostowała plecy, pozwalając desce dryfować. Szczerze mówiąc, tak, pomyślała. Ale wtedy z reguły skupiała się na wyglądzie facetów i pamiętała, jak odmawiała tym, którzy nie byli dość przystojni. Może na tym polegał problem. Może odtrąciła pana Odpowiedniego, ponieważ uznała, że jest za niski czy coś w tym stylu, i teraz – ponieważ był panem Odpowiednim – już zniknął z rynku. Ostatnio wydawało się, że panowie Odpowiedni znikają bardzo szybko, może dlatego, że byli okazami spotykanymi równie rzadko jak kalifornijskie kondory.