Opis

Człowieku! czy umiesz urojenia odróżnić od rzeczywistego niebezpieczeństwa? to możesz i wyobrazić sobie wiatr! a nawet i sam zostać wiatrem!
Jeśli dotąd nie miałeś niczego, nic nie stracisz, a zyskasz wiele!
Bo człowiek mądry nie poprzestaje na tym, co dostał, on się potęgą, jak wiatr, stać potrafi.

A dla artysty najważniejszy jest Bóg – bo i z kim mógłbym, tak po robocie, porozmawiać sobie?
– i jeszcze z tobą nie czuję się samotny, Chmuro, która w ciszy szykujesz muzykę dla moich sfer, rodzące się dźwięki;
bo ważny jest stan świata, który oddajesz i możesz go po sobie zostawić.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 124

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

© Copyright by Wydawnictwo Poligraf, 2015

© Copyright by Jacek Pankiewicz, 2015

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaden fragment nie może być publikowany ani reprodukowany bez pisemnej zgody autora lub wydawcy.

 

Projekt okładki: Jacek Pankiewicz

Redakcja i korekta: Jacek Pankiewicz

Opracowanie typograficzne, skład: Wojciech Ławski

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad

 

 

Książka wydana w Systemie Wydawniczym Fortunet™

www.fortunet.eu

 

 

ISBN. 978-83-63506-95-7

 

Wydawnictwo Poligraf

ul. Młyńska 38

55-093 Brzezia Łąka

tel./fax (71) 344-56-35

www.WydawnictwoPoligraf.pl

PROZODIUM RADCY

Co w myśli, to i na języku, więc powiem, tym razem jako radca tytularny.

Nie należę do żadnej z grup uprzywilejowanych, ani brońboże specjalnych, ot, służę ludziom inaczej, bez wynagrodzenia – więc żadną miarą nie zasługuję na tytuł: PODGLĄD.

Ani na POGLĄD, wszak nie mam żadnego takiego na stałe, jak to ostatnia z naszych prakuzynek Krowa, która jak coś ma, to musi to być na stałe, bo – jak nikt inny – całą hierarchię przenosi rodu, i nic się tam nie zmienia. A zresztą ona też jest, do pewnego stopnia, analfabetką.

Zaś tak po profesorsku, zgodnie z opinią Wielkiego Językoznawcy, nie tego, o którym tak chętnie myślicie – ja się z Innym duchowo skontaktowałem – najlepszy byłby OGLĄD, tytuł bardzo pasujący na dzisiaj, gdy każdy tylko na drugiego się ogląda, jak trzeba coś zrobić, miast zerknąć do przodu – odwraca wzrok, by komuś tam dać dobitny wyraz, jak ów go drażni.

Zatem... gdybym miał tytuł wybierać, już dla siebie, to wolę SPOGLĄD. Zgodny on z najpierwszą zasadą twórczą: Spojrzenie szybkie miej, choćby i spode łba, podejrzliwe – dopiero możesz sobie pofolgować i dać upust na swój wylewny, nieokiełznany, a choćby i prasłowiański humor, optymizm.

28 kwietnia 2015

SPOGLĄD ORAZ DYSONANSE

I

Dzisiaj ludzie są biedni, a szczególnie młodzież, która musi wiecznie przed rodzicami stawać, co dzień na śniadanie kaszkę z mleczkiem wcinać.

Ja miałem inaczej –

nic, tylko ośmielałem wyobraźnię! nowe krajobrazy otwierałem! wciąż byłem wolny!

Właśnie z pamięci odezwał mi się tytuł, cholernie i dziś aktualny!

OTWIERANIE KRAJOBRAZU! robiłem to co dzień! jeśli uwagę masz zwróconą na świat, on wydaje ci się ważny, ba, najważniejszy! –

pół wieku musiało upłynąć, bym zaczął doceniać tamtą integralność pomysłów na siebie! przez cały okres, gdy byłem nastolatkiem, czułem zawartość siebie; i cóż, że tam nieraz był i głód? nie byłem nim skrępowany; zdawało mi się i wtedy, że nie ma nikogo, kto by w poczynaniach moich krępował;

...albo i chciał mnie wesprzeć;

lecz sam mogłem się rozprzestrzeniać, gdzie tylko chciałem.

Aż nadeszła kolejna, długo wyczekiwana epoka, i wtedy okazało się, że ona już niecałkiem jest moja, nie była dla mnie, zabrakło mi paru ważnych, niezbędnych do godnego życia atrybutów. Ale to już fizyka, sprawy materialne... Cóż, powiecie, temat na średnie opowiadanie! a kto je napisze? chyba już nie ja.

Dziś jestem przegrany; a mówi się, że przegrany to ma jeszcze szanse!

A wygrany co – już niby nie?

Każdy w życiu ma swoje szanse. Zaś wygrany czasem – ma jeszcze moc!

Bo i co z najciekawszego materiału, gdy bez bez mocy?

A katolicy powiadają, że życie powstaje – najpewniej ze śmierci.

Ja uważam, że z resztek pozostałego, rozproszonego materiału; i taki dziś jestem; a jeśli już jest ktoś w ruchu – życie może powstać z jego najdrobniejszej magmy. Gdy ty ulegasz wyczerpaniu, okaleczeniu, z powodu powszechnej niechęci, to wydaje ci się niby, że nic z takiego materiału nie ma prawa prawa powstać –

a wtedy ty, człowieku, zaczynasz po swojemu coś tworzyć! bo możesz jeszcze; kiedy bez tego żyć już się nie da!

i jak się da, czasem, tworzysz swój nowy porządek! mimochodem niby, ot, nowe porządki ze starego rozpędu! byle on własny twój był! i z całości twojej, która, jak powiadają, do starego człowieka nijak już nie chce przystawać.

Zaś ty nie godzisz się na to nigdy! to tworzenie to jest wstępowanie w nowe morze, w nowe życie, i jest jego początkiem.

Kiedy ja umrę, moje książki już nie muszą być tak lekceważone jak za życia.

A opisywałem w nich świat nieśmiało, lecz z impetem; z niekłamanym zachwytem nieraz, nigdy na klęczkach. I świat, zanim zdążył tam powstać, czy przede mną się otworzyć – on też wiele razy tak chciał się zamknąć przede mną! lecz może na ten moment i nie zdążył, na ten jeden spogląd;

i wysnuwałem jego obraz, i poszczególne postaci, z siebie i z powietrza, bo ono mi go donosiło,

z samego mego środka wyłącznie,

z domysłu prostego, jak to tam, pod powierzchnią dostępnej każdemu naoczności, coś uparcie nie chce się zrodzić.

Bo człowiek ot, jak ten wiatr, żyje i nie żyje;

ja, który żyłem wciąż i wyłącznie sam, z bardzo rzadka tylko z kimś jeszcze, ja gdybym nie był w przewadze nad sobą, tym nieruchomym, martwym – nie napisałbym niczego; nawet i ten tu tekścik by nie powstał;

więc musiałem spazmatycznie, z uściskiem myśli, z przygięciem woli dźwignąć ten obraz, żebyż choć raz! gdy on poddaje mi się w chwilowym mknieniu, z polotu wyobraźni do mnie trafia, więc ja troszczyć się muszę, by mi nie umknął gdzieś;

i niech to będzie obraz upragniony, nowy, niezbędny!

bardziej autentyczny, niż z precyzyjnego malunku;

z jego autentyczności ty masz stać się sam zarówno obiektem, jak i sprawdzianem.

Więc jeśli przetrwałem do tej chwili, to dzięki uprawnionemu domniemaniu, że obraz jest mój, to mój portret, nie tylko jakaś tam pochopna zachcianka.

 

II

A GDY PRZYCHODZI UBYTEK MOCY...

szedł sobie człowiek, niby to ja, i w bok zerknął, patrzy – a tu Rosjanin go mija i wyjść nie może z zadziwienia, że ten co tam przed nim, nu, staryk, utykający, idzie sobie, śpiewa i nie fałszuje; a i nie gwiżdże, ale śpiewa! ‚Nu, a kogo on tak pajot?’

ja śpiewałem myślom swoim, był to kawałek z Chopina, nienajłatwiejsza część sonaty! A Ruski co szedł, aż stanął, i bez żenady gapi się na mnie, ‚Nu, nie wazmożna tak ot!’

tak się pogapił, aż odgapił, a było to u szczytu wielkiego podwórca, i poszedł sobie, ot niedowiarek kakoj to!

z odległości on nie mógł już mnie usłyszeć, a przecież Rosjanie, naród, jak mówią, muzykalny, tylko przestrzeni do życia im brak, dlatego wciąż ją zdobywają; jak i za nieświętej pamięci towariszcza Gitlera kiedyś...

aż wziął mnie strach.

Zatruty nim się poczułem, jak bywało i na początku mej wędrówki kiedyś, i teraz znów niemowny, bo chodzę ja dziś po świecie, niby po cudzym ogrodzie, gdy on czasem nie dość ogrodzony; gałęzie splątane rozplątuję, a czasem i nie, i podług tego co wiem, i tego, co nie wiem, tak chodzę sobie. I wypatruję, gdzie poranny księżyc się schował, idę i podsłuchuję swoje myśli, ich wciąż mi mało; nawet i uczę się śpiewu od ptaków, gdy koncertują: tyle się tam odzywa nierozpoznanych języków, kojący sens ich melodii na mnie działa; łatwiej byłoby mi wypatrywać księżyca wieczorem, ale wtedy ptaki już śpią, a jak śpią, to nie śpiewają; choć wtedy może i bym pomyślał o własnym układaniu się do snu, bardziej spokojnego;

a tak to się nie da –

idę i chcę tylko uspokoić się z nimi, być wspólnie z nimi, jak i ten odchodzący ku czerni dzień; może na jakąś współdzielność zdobylibyśmy się, próbując przejść od udziału do dzielności –

ale to by było wieczorem;

zaś to, co ja bym kojarzył wespół z nimi, co mi się teraz tu niby przydarza, niech chociaż będzie za nagrodę po życiu w pogoni za, mnie i im, ex aequo.

...wszyscy przecież spędzamy ten czas jak we śnie jednym; lekceważąc wasze pretensje o sens;

bo rzeczywistość jest właśnie taka! ta jest pewniejsza od dziesiątka innych, której doświadczamy; i dla mnie taka sama może być, i dla ciebie, onaż pojemna;

jest w niej wiele spełnień też i ze świata ludzi pominiętych,

którzy pogubili się gdzieś w drodze;

którzy choć raz spróbowali wejść w położenie swoje, tak kompletnie dla innych obce, niezrozumiałe!

lecz ono jest i wspólne; i może być również przyjazne;

bo wrogiem jest tylko ten, kto nie jest w stanie wyobrazić sobie nas, stojących tuż obok;

i żyjemy tak, jakbyśmy się nigdy nie widzieli.

I nie potrafimy sobie wyobrazić, czego to w nas nie ma;

tedy i rzeczywistość jest niema, dla wszystkich można by powiedzieć, zarówno obca;

i z naszych dążeń nie spełnia się nic,

jutro może i nie rozpoznamy tych dwóch kolorów, czarnego i białego,

wszystkie już będą jedynie pośrednie – w nowej palecie barw.

 

III

Z. był partyzantem, a ja gówniarzem wtedy; on, podporucznik wileńskiej dywizji AK, mieszkał jak inni – za dnia w Puszczy Knyszyńskiej, a wieczorem, jak tylko zapadał zmierzch, przychodził z kolegami do naszego domu, i byli tam jak u siebie; działał bowiem magnes towarzyski, lekarstwo na poczucie samotności w lesie. A były nim dorastające panny w osobach trzech sióstr moich, oraz ja, coraz bardziej dorastający chłopiec, który pożąda męskiego towarzystwa;

i wymyśliłem sobie powód dla tej niezbędności mojej w towarzystwie, funkcję artystyczną poniekąd, nastawiacza płyt, podług własnego wyboru rzecz jasna, bo miałem i patefon zdobyczny, pozostawiony przez Austriaków w służbie Hitlera, którym po tygodniowym kwaterowaniu u nas się znudziło i poszli zdobywać Moskwę, a jak nie zdobyli, to Stalingrad, a jak nie zdobyli i tej nowej «przestrzeni życiowej»...

nie wiedzieli, biedacy, że bez gramofonu i płyt to się im nie uda.

A zostawili mi nie byle co; były tam nagrania symfoników wiedeńskich pod batutą Willi Boscowskiego, nie tego pana, którego dziś tak podziwiacie, Herberta von Karajana, on był bardziej czynny wówczas w NSDAP. Na jednej z płyt nagrany był «Parituaj», z tekstem oczywiście niemieckim, użyteczny dla wojskowych marszów, to ja go nastawiałem i dla naszych, kiedy już mieli iść do lasu spać, późno było. No ale wcześniej to było tam i co wszyscy lubiliśmy, Zaproszenie do tańca K. M. Webera, i Donau so blau, haha-haha!, (śpiewaliśmy to potem i w Chórze Uniwersyteckim jako Fale Dunaju); a tutaj się przyznam jeszcze, że ja już wtedy przewidziałem, jak bardzo ten utwór nada się do Odyseji kosmiczna 2001, by ludziom pokazać, w jakim to rytmie mają tańczyć planety w Kosmosie! ja to wyczułem już wtedy! I przyznam się jeszcze, że te wieczory, przeciągające się późno w noc, chciałem i ja wykorzystać i do tańca, ściślej mówiąc do nauki tańca; lecz moje siostry wszystkie okazały się oporne, i tańczyć ze mną nie umiały, wymawiając się ciągle, że „z bliskimi się nie tańczy!” to ja pana podporucznika tak raz podszedłem i pochwyciłem, żeby zatańczył, ale skończyło się na tarzaniu po podłodze tylko, i on silniejszy się okazał; ale zdaje się i też – nie umiał kręcić walca w lewo!

zaś ja, byle nie dać się wypchnąć z towarzystwa, umiałem już wtedy zatańczyć i Mozarta; dziwne to figury były, ale za to bardzo muzyczne, Mozart zresztą pod koniec życia pisał kwartety – już tylko dysonansowe; więc pewnie i tańczyłby podobnie; ale moi widzowie wtedy na tym się nie poznali; i trochę trudno mi było, jeśli chodzi o talenta, się porozwijać.

 

IV

Lecz przede wszystkim były tam takie noce, że wielki księżyc za oknem przesuwał się, drzewa już uspokojone nieco, i niebo jakoś tak koślawo jasne, lecz rzucało się to światło pożyczone na nasze drzewa, bo mieliśmy ich na siedlisku sporo, dwie największe lipy w okolicy, z piętnaście klonów, i można było sobie wyjść i sprawdzić, czy śpią; a jak nie, to i porozmawiać – kiedy już usiedzieć w domu się nie dawało;

albo iść za czerwonym księżycem, na ogrody, pola, i na Serwitut mój potem, gdzie wszystkie dni okupacji spędzałem sam.

To przeważnie już za dnia, a na Siedlisko tam, po deszczu wpadał czasem i pan Beethoven ze swoją Pastoralną, przy której płaczę do dziś; a wtedy to ja biegałem sobie po mokrej łące boso, chlupiąc się w ciepłej wodzie, rozgrzanej od piorunów, między palcami nóg wodę sobie przepuszczając;

zapamiętałem też, że kiedy nadchodzi burza, jak pierwsza kropla plaśnie w suchy piach i się oblepia, to wszystko zacicha wokół, a po burzy, gdy jeszcze ciemnoszaro w powietrzu, to jest uspokojenie, jak w Nokturnie jest tego naszego wielkiego, największego, o którym wtedy nie wiedziałem nic.

Za to wiedziałem o Czajkowskim niejakim, a było to w czasach, gdy musiałem się zakochać w jednej takiej, co ją odwoziłem po kopaniu kartofli, wieczorem, bo wynajmowała się do pracy u nas, z innymi kopalnicami, a ja, przeszedłszy na piechotkę ze szkoły te swoje 5 kilometrów, zachodziłem na pole, zaprzęgałem konie, i odwoziłem je, bo już nie miały siły iść; i znów jechaliśmy te moje pięć kilometrów nazad, bo zabawiałem się teraz w izwoszczyka;

a kopalnice zmęczone były, a ta jedna, która mi się najbardziej podobała, to jak już wysiadły, okazało się, że jest w ciąży, a ja nie wiedziałem, co z tym fantem zrobić; miałem dopiero ze trzynaście lat....

po powrocie musiałem, już pod tym miedzianym księżycem, zbierać wypełnione worki z pola i zawozić je na Siedlisko. Zawsze tam po drodze sobie oczywiście śpiewałem, głośno i wylewnie, wszystkie przedwojenne przeboje, znałem je na pamięć od sąsiadki, która otwierała zawsze okno, jak tylko puszczała płytę z nimi; a z czasów wojny to lubiłem i rosyjskie Sierdce,i Rozkinułoś morje sziroko, żałosne po słowiańsku zawodziłem, jak to oni muszą iść na Zachód i zdobywać paljackich zachwatczykow, czyli nas; bo to przestrzeń życiowa! jednak my wszyscy kochaliśmy to śpiewać, i nawet gdy nas wywozili; a może i dzięki temu to towariszcz Gitler