Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 319 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Spleceni bluszczem - J. Lerman

Trylogia Oddana Bez Reszty J. Lerman podbija świat! W 2013 roku wszystkie tomy zajęły 1. miejsce w amerykańskim i brytyjskim Amazonie w kategorii literatura erotyczna. W styczniu 2014 tom 2. trylogii, opublikowanej jako jedyna seria erotyczna przez niemieckiego wydawcę Pięćdziesięciu twarzy Greya, wszedł na listy bestsellerów!

 

Hollywoodzki gwiazdor nauczył skromną studentkę przekraczać znane jej dotąd granice – jako aktorka…i jako kobieta.
Lecz uczennica nie chce dłużej być posłuszna…
Kiedy nieśmiała Sophia po raz pierwszy ujrzała Marca Blackwella, młodego hollywoodzkiego gwiazdora i jej wykładowcę w akademii teatralnej, nie przeczuwała, że połączy ich zakazana namiętność. Nie mogli jednak jej ukrywać wiecznie...
Teraz wszystkie gazety rozpisują się o ich związku. Paparazzi tropią każdy ruch Sophie, a Marc… śledzi jej każdy krok. Chce ją chronić czy pragnie mieć ją tylko dla siebie i zamknąć w swoim świecie – rozkoszy i bólu? Jego miłość daje Sophii ekstatyczne szczęście. Jego tajemnicza przeszłość budzi jej lęk. Jego obsesyjna
kontrola wywołuje jej bunt…

Opinie o ebooku Spleceni bluszczem - J. Lerman

Fragment ebooka Spleceni bluszczem - J. Lerman

Korekta

Renata Kuk

Hanna Lachowska

Zdjęcie na okładce

© lady.diana/Shutterstock

Tytuł oryginału

Where the Ivy Grows

Copyright © by S. Quinn

All rights reserved

For the Polish edition

Copyright © 2014 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5072-4

Warszawa 2014. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Rozdział 1

Słyszę głos.

– Nie. NIE. Nie tym razem.

To Marc. Krzyczy.

Otwieram oczy i czuję, jak Marc obejmuje mnie mocno ramionami. Jesteśmy w łóżku, zwróceni do siebie twarzami; moje nagie ciało przytulone do jego piersi. Świta, przez okna sypialni wpada różowe światło.

Marc zaciska powieki, wygląda, jakby coś go bolało.

– Marc? – mówię.

– Zostaw ją! – krzyczy i obejmuje mnie jeszcze ciaśniej.

Patrzę na jego powieki, które drgają lekko nad pięknymi niebieskimi oczami.

Blada twarz Marca jaśnieje w słabym świetle poranka. On cierpi, a ja nie potrafię tego znieść.

– Co się dzieje? – szepczę. – Marc? Wszystko w porządku?

Siada na łóżku wyprostowany, pociągając mnie za sobą. Jest zaskoczony, zdezorientowany – mały chłopiec bliski płaczu.

Odsuwam włosy, które opadły mu na czoło.

– Miałeś zły sen?

Otwiera usta i znowu je zamyka, a potem przyciąga mnie do piersi.

– To nic – mruczy, ale słyszę w jego głosie napięcie. – Tylko… śniło mi się coś, co zdarzyło się dawno temu. Przepraszam, nie chciałem cię obudzić.

– Nie ma sprawy. – Obejmuję go za szyję. – Słonko już wstaje. Za kilka minut i tak bym się obudziła.

Marc opuszcza mnie na łóżko; widzę, jak jego pierś porusza się szybko, a małe blizny na skórze rozciągają się przy każdym oddechu. Kładę dłoń na jego sercu. Jego skóra wydaje się zbyt gorąca.

– Twój sen… chyba był zły.

– Ale już minął. – Marc opada na poduszkę obok mnie i przesuwa palcem po moich ustach. Potem je całuje.

Już chcę coś powiedzieć – zapytać jeszcze o ten sen. Ale on zaczyna całować mnie mocniej, a ja zatracam się w świecie zmysłów. Jego zapach, jego usta, jego język.

Marc odsuwa się lekko i bierze mnie za rękę. Potem patrzy w dół, na nasze złączone dłonie.

– Pamiętasz, co się stało w nocy? – pytam.

Na ustach Marca pojawia się uśmiech.

– Myślisz, że mógłbym zapomnieć?

– Może.

– Jakby to było możliwe.

– To było dla mnie takie szczęście. Widzieć, jak… jak się we mnie zatracasz.

Marc uśmiecha się szerzej, pokazując piękne białe zęby.

– Więc to było szczęście, naprawdę? – Obejmuje mnie ramionami, czuję na plecach jego duże dłonie.

– Tak – uśmiecham się w jego pierś. – Wielkie, wielkie szczęście.

– Cóż, staram się, panno Rose. – Potargane brązowe włosy opadają mu na czoło; wygląda uroczo jak szczeniak, z porannym zarostem na podbródku.

– Czy dla ciebie… to było coś niezwykłego? – pytam.

Marc zakłada mi włosy za uszy. Są długie i wiem, że zmierzwiły się podczas snu; żałuję, że nie mam pod ręką lusterka. Ale nie mam, a skoro tak, mogę udawać, że są gładkie i lśniące jak u Lucy Liu.

Marc bierze mnie za rękę, przykłada moje palce do swoich ust i wsuwa je między wargi.

– Niezwykłe nie jest na to dość dobrym określeniem.

Czuję, że uśmiecham się szeroko.

– A co by nim było?

Marc wzrusza ramionami i przewraca się na plecy, tak że teraz patrzy na sufit.

– Słowa nigdy nie były moją najmocniejszą stroną. Wolę czyny.

Opieram się na łokciu i patrzę na jego profil. Jest taki doskonały. W zależności od kąta zawsze wygląda trochę inaczej. Z tej strony widać niezwykle delikatny brązowy zarost na jego policzkach i zmierzwione włosy nad czołem, i przywodzi na myśl chłopaka z boys bandu. Ale kiedy odwraca twarz do mnie i widzę ją całą, jest pełna siły i obezwładnia pięknem.

– Czyny? – rzucam wyzywająco, uśmiechając się niemal od ucha do ucha.

Marc wciąga mnie na siebie; moje włosy opadają mu na pierś. Czuję, że jest twardy i odruchowo biorę głęboki oddech. Jego rozmiar ciągle jeszcze mnie zaskakuje.

– Czyny mówią głośniej niż słowa. – Marc przesuwa dłońmi w dół moich pleców, a potem sadza mnie na sobie, dosłownie.

Czuję jego duży twardy członek między nogami. Nie wszedł we mnie jeszcze, ale posadził mnie dokładnie tam, gdzie trzeba, więc napiera na mnie lekko, dając mi do zrozumienia, że w każdej chwili może znaleźć się w środku.

Przytrzymuje mnie w tej pozycji, drocząc się ze mną. Ale tam, gdzie chodzi o Marca, nie mam cierpliwości, a zwłaszcza nie mam jej dzisiaj. Poruszam biodrami tak, że znajduję się pod właściwym kątem i próbuję się opuścić.

Ale on mi nie pozwala. Trzyma mnie mocno.

– Jaka pani chętna, panno Rose. Oczekiwanie też może być przyjemne.

Marszczę brwi. On wie, że to tortura.

– Może dla ciebie.

Patrzymy na siebie; Marc wydaje się całkowicie spokojny. Opanowany. Wracam myślami do ubiegłej nocy i mam nadzieję – naprawdę mam nadzieję – że nie był to jednorazowy wyskok. Że to początek większej bliskości między nami.

Chcę na niego działać. I, do diabła, będę działała.

Wsuwam rękę między jego nogi, obmacując go delikatnie.

Marc wstrzymuje oddech, a potem go wypuszcza.

– Próbuje pani, ile zniosę, panno Rose?

Kiwam głową, zadowolona, kiedy jego dłonie na moich biodrach zwalniają uścisk. To moja szansa. Odrywam jego ręce i opuszczam się na niego.

Kiedy wchodzi we mnie, wydaję długi jęk, a on, ku mojemu zachwytowi, szepcze cicho: „Chryste”.

Patrzę mu w oczy, wiedząc, że moje są już zamglone i nieprzytomne. To cudowne uczucie mieć go w sobie, czuć, jak mnie wypełnia.

Jego oczy też trochę zachodzą mgłą; widzę, jak przełyka.

– Powiedziałeś, że czyny mówią głośniej niż słowa – dyszę, kiedy wchodzi we mnie do końca. Coraz trudniej mi mówić.

– Tak właśnie powiedziałem. – Marc z diabelskim uśmieszkiem unosi jedną brew. Teraz znowu całkowicie nad sobą panuje.

– Tak – mruczę, czując jak moje uda dotykają jego bioder.

Słyszę coś na zewnątrz – jakieś podniesione głosy – i sztywnieję. Te głosy dobiegają z daleka, może aż zza bramy college’u. Ale jest w nich coś, co mi się nie podoba.

Rozdział 2

Co to było?

– Chyba dziennikarze – mówi Marc.

Patrzę na niego.

– Żartujesz.

Marc kręci głową.

– Nie. Wiedziałem, że będą tu dzisiaj rano.

– Ale skąd oni wiedzieli, że ty tu będziesz?

Marc parska śmiechem.

– Nie wiedzieli. Przyjechali tu dla ciebie.

– Dla mnie?

– Sophio, jeśli poważnie myślisz o tym, żebyśmy byli razem, tak właśnie będzie wyglądało nasz życie. Fotoreporterzy będą koczowali przed drzwiami, żeby uszczknąć kawałek ciebie. Nie cierpię tego, ale na to się właśnie piszesz. Ciągle możesz zmienić zdanie.

– Nie. – Kręcę głową. – Wiem, czego chcę.

Głosy przybierają na sile, a mnie nagle ogarniają mdłości.

– Ale zaczynam się bać. Czy ciebie też to przerażało? Na początku?

Marc obejmuje mnie ramionami i przyciąga do siebie. Czuję, jak porusza się we mnie.

– Oooch!

Marc wtula nos w moją szyję i wciąga powietrze.

– Boże, pięknie pachniesz. Nigdy się nie bałem. Ale teraz się boję.

Podnoszę się, czując, jak zmienia pozycję w moim wnętrzu, i patrzę na niego.

– Teraz?

– Oczywiście. Teraz mam coś do stracenia. – Bierze do ręki pasmo moich włosów i okręca je wokół dłoni. – Boję się, że cię stracę.

Marszczę brwi.

– Że mnie stracisz?

Marc puszcza moje włosy i przesuwa dłońmi w górę i w dół moich bioder.

– Ja nie żyję w prawdziwym świecie, Sophio. I myślę, że kiedy sobie to uświadomisz, może zechcesz odzyskać swoje dawne życie. Nie miałbym ci tego za złe. No i jestem jeszcze ja, oczywiście. Kiedy dowiesz się o mnie więcej, będziesz chciała uciec, gdzie cię oczy poniosą.

– Nie – mówię, kręcąc głową. – Ta noc była naszym początkiem. Prawdziwym początkiem. Teraz, kiedy mam ciebie, nie zrezygnuję z tego.

– Och, naprawdę? – Marc uśmiecha się szeroko, a potem przekręca mnie tak, że teraz on jest na górze. Wstrzymuję oddech. – Nie zrezygnujesz ze mnie? – Ciągle jest w środku, a ja czuję rozkoszny ból, kiedy się we mnie porusza.

– Nie mogłabym, nawet gdybym chciała. Jesteś jak narkotyk. Albo zły nawyk.

– Zły nawyk?

Teraz oboje się uśmiechamy.

– Bardzo zły.

– Tylko nie mów, że cię nie ostrzegałem. – Marc obejmuje mnie mocniej. – Teraz nie masz dokąd uciec. Mam cię dokładnie tam, gdzie chcę, żebyś była.

– Wcale nie życzę sobie być gdzie indziej.

W oczach Marca pojawia się smutek.

– Uważaj, czego sobie życzysz.

Podnoszę głowę.

– To znaczy?

– To znaczy… że możesz odkryć we mnie rzeczy, które ci się nie spodobają.

– Jestem pewna, że już je widziałam.

– Nie. – Marc kręci głową. – Jest ich więcej.

– Więcej? – Mówię to lekko, bo nie chcę, żeby mroczne myśli, które go dręczą, całkiem nim zawładnęły. – Marc, wszyscy mamy w sobie rzeczy, których wolimy nie pokazywać innym. Ale intymność, związek, to znaczy dzielić się wszystkim. Światłem i mrokiem. Ja też mam swoje ciemne strony.

Myślę o tym, jaka czasami czuję się zazdrosna. I niepewna, czy Marc chce ze mną być.

– Och, widziałem już pani ciemną stronę, panno Rose. – Marc znowu się uśmiecha, a ja czuję ulgę.

– Och, naprawdę? A co dokładnie pan widział, panie Blackwell?

– Jesteś zdecydowanie zbyt ufna – mówi Marc.

– Raczej nie nazwałabym tego ciemną stroną.

Marc zaczyna się poruszać do przodu i do tyłu, powoli, ale z siłą, która zapiera mi dech w piersiach.

– Och – mruczę, kiedy przyspiesza.

Podnosi moje nogi i oplata nimi swoje plecy; teraz porusza się już szybko i mocno.

Po ubiegłej nocy jest między nami inaczej. Nadal gorąco. Nadal seksownie. Ale… jest też bliskość. Mam wrażenie, że jego ciało stapia się z moim. Że jest jego częścią.

Ujmuję jego twarz w dłonie i patrzę prosto w czyste, niebieskie oczy.

– Skończysz już? – szepczę. Uderza we mnie z coraz większą siłą, a ja czuję narastającą przyjemność. – O Boże, Marc… zrobisz to?

– Jeszcze nie – mówi, zamykając oczy. – Dopiero po tobie.

Wypuszcza powietrze, chwyta mnie za pośladki i wbija się we mnie głębiej, jeszcze głębiej.

Przyjemność jest tak intensywna, że niemal sprawia ból. Wiję się pod nim, przygwożdżona jego ciężarem. Nie pozwala mi się poruszyć, nie pozwala mi uciec przed tą przyjemnością. Prawie mnie już ma, całą, i wie o tym. Jeszcze kilka pchnięć i będę należała do niego. Ale ja nie chcę przeżywać tego sama. Chcę, żeby był ze mną, od początku do końca. Tak jak ubiegłej nocy.

– Czekaj – dyszę. – Nie chcę jeszcze… Nie bez ciebie.

Marc przewraca się na plecy, pociągając mnie za sobą.

– Niech ci się przyjrzę – mówi, podnosząc mnie do góry.

– O Boże, Marc – mruczę, poruszając się w przód i w tył. Nie mogę się powstrzymać. Nie mogę myśleć. Nie mogę przestać się ruszać. – Marc. Och, Marc. – Czuję fale ciepła sunące w górę moich nóg. Nagle obejmują moje podbrzusze, a ja całą sobą padam na jego pierś.

Ręce Marca zaciskają się na moich biodrach; nie pozwala mi uciec, podczas gdy ciepło rozlewa się po całym moim ciele.

– Och – jęczę, obezwładniona rozkoszą. Ale ogarnia mnie też smutek. Marc nie skończył. Czy znowu go straciłam?

– Marc…

Ucisza mnie, przyciskając wargi do moich ust i kołysząc mnie do przodu i do tyłu. Raz, dwa, trzy, a potem…

Wydaje gardłowy jęk i zamyka oczy, zaciska zęby. Jego ciało rozluźnia się i Marc opada na łóżko z przymkniętymi oczami.

– Czy ty…? – pytam.

Marc lekko kiwa głową.

Opadam na niego, wtulam się w jego pierś, czując na niej blizny i włosy. Uśmiecham się, kiedy obejmuje mnie ramionami.

– Kocham cię – szepcze Marc. – Gotowa stawić czoło światu?

Rozdział 3

Starałam się nie myśleć o tym, co czeka nas za bramami college’u.

Wtuleni w siebie nawzajem, w ciepłym kokonie naszej sypialni, jesteśmy bezpieczni. Ale tam, na zewnątrz… Wiem, że czekają na nas paparazzi. A ściśle mówiąc, czekają na mnie.

Tego ranka dostaną niezłą historię. Bonus do Marca Blackwella.

Myślę o zdjęciu, które zrobili nam pod domem mojego taty. Bóg jeden wie, jaką dorobią do niego historię w porannych gazetach. Niewinna dziewczyna uwiedziona przez złego starszego mężczyznę? A może puszczalska studentka uwiodła przystojnego nauczyciela z Hollywood?

– Jesteś na to gotowa? – pyta Marc, tym razem zupełnie poważnie. Lubię jego lekką, skłonną do zabawy stronę i żałuję, naprawdę żałuję, że nie jesteśmy po prostu zwykłą, normalną parą. Ale… nie jesteśmy. Pod żadnym względem.

– Prawie. – Cudownie jest czuć jego ciepłą pierś pod policzkiem; chcę jeszcze kilku minut tej przyjemności: dotyku jego skóry, jego pięknego zapachu i jego silnych ramion.

Leżymy tak jeszcze przez chwilę, aż w końcu zmuszam się, żeby wstać.

– Zróbmy to – mówię, odrywając się od niego.

– Jesteś pewna? Bo ja mogę zniknąć stąd niezauważony. Ciągle możesz się wycofać, Sophio. Nie chciałem tego dla ciebie. Wierz mi. I nadal nie chcę.

– Ale ja chcę ciebie – mówię. – A to wszystko jest z tobą w pakiecie. To część ciebie.

Marc opiera się na łokciu, a ja widzę teraz jego długie, muskularne ramię.

– Zjedzmy śniadanie, a potem niech zrobią te zdjęcia.

Kręcę głową.

– Jestem zbyt zdenerwowana, żeby jeść.

– Powinnaś coś zjeść.

– Nie byłabym w stanie, naprawdę. Chcę tylko mieć to już za sobą.

Marc wzdycha.

– Dobrze. Skoro nalegasz.

Wysuwam się z jego objęć i idę do szafy. Wkładam czystą bieliznę, a potem moja ręka zatrzymuje się nad granatowym kostiumem. Jen namówiła mnie, żebym go kupiła na przesłuchania. Powinnam wyglądać elegancko. Poważnie. Dorośle. Niezbyt młodzieżowo.

Czuję, że Marc staje za mną. Sięga ponad moim ramieniem i wyciąga z szafy moje ulubione wąskie dżinsy.

– Włóż to, co lubisz – mówi. – Bądź dzisiaj sobą. Powinni wiedzieć, kim naprawdę jesteś. Pokochają cię taką, tak samo jak ja.

Odwracam się i patrzę w jego niebieskie oczy, tak czyste dzisiaj i jasne jak diamenty, w których odbija się niebo.

– Marc. Dlaczego ty mnie kochasz? To znaczy… oni wszyscy będą się nad tym zastanawiać, prawda? Dlaczego ktoś taki jak ty zakochał się w kimś takim jak ja.

Marc uśmiecha się i moje serce topnieje.

– Ponieważ jesteś sobą.

– To znaczy?

– Nie rozumiesz, prawda?

– Czego nie rozumiem?

– Co sprawia, że ludzie cię kochają.

– Ludzie mnie nie kochają – śmieję się. – W każdym razie nie bardziej niż kogokolwiek innego. Nie rozumiem, dlaczego ty mnie kochasz. Jestem zupełnie zwyczajna. Jestem zwyczajną dziewczyną ze zwyczajnej wsi.

– Z całą pewnością nie jesteś zwyczajna – mówi Marc. – Nigdy w życiu nikogo takiego nie spotkałem. Gdybyś była kimś innym, nigdy nie doszłoby do takiej sytuacji. – Wzdycha. – Chryste, co za burdel.

Przeszywa mnie ból.

– Burdel? Tak nas widzisz?

Marc podnosi głowę i widzę ból w jego oczach.

– Nie ciebie. Siebie.

– Nie zgadzam się. Jesteś doskonały.

Marc się śmieje.

– Dlatego właśnie cię kocham, Sophio. Bo wszystko dla ciebie jest dobre. – Obejmuje mnie ramionami. – Ubierz się. Twoja publiczność czeka.

Rozdział 4

Wychodzimy z wieżyczki akademika, trzymając się za ręce, oślepieni jasnym słońcem. Mam na sobie swój najwygodniejszy strój – czarny sweter, który mam od zawsze, dżinsy i adidasy. Prawdziwa ja.

Oczywiście, włożyłam też granatowy kaszmirowy płaszcz, kupiony przez Marca, który leży na mnie jak rękawiczka i sprawia, że wyglądam, jakbym miała dużo lepszą figurę, niż mam w rzeczywistości. Odrobina Marca nie zawadzi.

Marc ma na sobie to samo co ubiegłego wieczoru – czarny podkoszulek, bojówki i szare tenisówki. Wcześniej wziął prysznic i jego włosy ciągle są jeszcze lekko wilgotne.

Nie ma kurtki, oczywiście. To dla niego typowe. Zdaje się nie zauważać zimna, a dzisiaj naprawdę jest zimno. Wygląda zupełnie jak bohater filmu akcji, a ja nie mogę się nadziwić, że ten człowiek, ten przystojny hollywoodzki aktor, trzyma mnie za rękę. Jesteśmy razem. Wydaje się szaleństwem choćby pomyśleć te słowa. A jednak to prawda.

Na zewnątrz jest cicho i pusto, wszystko wydaje się nieruchome, kiedy idziemy z chrzęstem żwirową ścieżką. Pewnie dlatego, że wszyscy studenci śpią jeszcze w swoich ciepłych łóżkach, zaledwie kilka metrów od nas. Szczęściarze. Nie muszą się martwić o nic, poza śniadaniem i dzisiejszymi wykładami.

Jest piękny, zimny i rześki dzień; lodowato błękitne niebo przypomina mi dzień, w którym Marc odnalazł mnie w lesie. Lekko zamglone słońce świeci nad nami w górze, ale zdecydowanie jest już jesień. Prawie zima. Powietrze jest zimne i nasze oddechy parują.

Jak będzie wyglądało moje życie w college’u, kiedy ujawnimy się przed światem?

– Marc? – Ściskam jego dłoń i zatrzymuję go. – Co się stanie, kiedy już wszystkim powiemy? Czy ja tu kiedyś wrócę?

Marc się uśmiecha.

– Oczywiście, że tak. Wszystko jest ustalone.

– Co… jak?

Marc ujmuje obie moje dłonie.

– Zaplanowałem wszystko. – Unosi jedną brew. – Gdybyś, co wielce nieprawdopodobne, chciała odrzucić swoją prywatność i bezpieczeństwo dla kogoś takiego jak ja.

Uśmiecham się.

– Musiałeś wiedzieć, jak łatwo będzie mi dokonać wyboru. – Ja też unoszę jedną brew.

– Mam też inne plany.

– Inne plany?

– Na wypadek gdybyś zmieniła zdanie.

– Zmieniła zdanie? – Przełykam ślinę. Czy on nie wie, co do niego czuję? – Ja nie zmienię zdania.

Marc kręci głową i marszczy brwi.

– Nigdy nie mów nigdy.

– Marc, ja…

Marc ściska moje ręce.

– Nie będę cię już uczył. Przynajmniej nie na zajęciach.

– Marc, nie. Obiecałeś. Nie możesz odejść z college’u. Inni studenci…

– Sophio. Powinnaś już wiedzieć, że nigdy nie złamałbym danej ci obietnicy. Nadal będę uczył innych studentów. Ale ty przejdziesz na lekcje indywidualne. Nie będziesz już chodziła na wykłady. To chyba byłoby niestosowne, prawda?

Zastanawiam się nad tym. Wydaje się to rozwiązaniem idealnym, więc… o co mi chodzi?

Nabieram powietrza.

– Takie sprawy… Czy możemy najpierw wspólnie je omawiać?

– Nie podoba ci się to, co zaplanowałem?

– Nie podoba mi się, że nie spytałeś mnie o zdanie.

Marc przyciąga mnie do siebie, czarna bawełna drapie mnie w policzek.

– Och, Sophio, Sophio. Obiecuję, że zrobię co w mojej mocy, żeby nie być takim kontrolującym potworem. Dla ciebie wszystko jest możliwe. – Mówi to lekko, ale widzę, że jest poważny.

– W porządku – szepczę, biorąc go za ręce.

– Chodź. – Marc ściska moje palce. – Chcę zobaczyć, co nas czeka. Im prędzej dowiem się, z czym mamy do czynienia, tym lepiej.

Trzymamy się za ręce, idąc przed siebie ścieżką. Kiedy wychodzimy zza zakrętu, widzę przed nami bramy college’u i serce podchodzi mi do gardła.

Tam, za ogrodzeniem z kutego żelaza, roją się dziennikarze, przepychają się i rozpychają, żeby zdobyć miejsce najbliżej żelaznych prętów.

Kilku wspięło się na bramę i przepycha aparaty między metalowymi szpicami. Inni napierają na czarne pręty, w wygniecionych kurtkach, wsuwając między nie ręce i nogi.

O mój Boże.

Błysk flesza. I jeszcze jeden. Potem przestaję liczyć. Błysk, błysk, błysk. Flesze strzelają jak popcorn.

Zasłaniam oczy rękami.

– Marc…

– Trzymaj się blisko mnie. – Jego głos jest zimny. Gniewny. – Mamy tu dobrą ochronę. Nie przedostaną się przez bramę. Po prostu stój blisko mnie. Boże, tak bym chciał, żebyś nie musiała przez to przechodzić. Chciałbym zabrać cię samolotem na swoją wyspę, żebyś nie musiała zawracać sobie głowy takimi bzdurami.

– Musimy to zrobić. – Przełykam z trudem. – Nie chcę żyć, kryjąc się w cieniu.

Marc unosi jedną brew.

– W cieniu można się dobrze bawić.

Uśmiecham się.

– Możliwe. Ale ja lubię światło. Bez słońca nic nigdy nie wyrośnie.

Idziemy dalej, a ja czuję, jak miękną mi kolana. Tylu fotoreporterów. I wszyscy wydają się tacy… nachalni. Zuchwali. Bezwzględni. I wszyscy chcą nas dorwać. Nie dbają o to, że jesteśmy innymi ludzkimi istotami.

– Skąd oni się wszyscy wzięli? – szepczę. Moją uwagę przyciąga jedyny spośród fotoreporterów, który ma na sobie garnitur. Sposób, w jaki stoi, sprawia, że wygląda, jak ktoś ważny – prawnik albo biznesmen. Podczas gdy inni walczą o miejsce, on stoi, niewzruszony, na samym przedzie, i nikt nie próbuje go odepchnąć.

Ma pociągłą twarz, krótko przystrzyżone baczki i modnie przystrzyżone, gęste czarne włosy. Coś w jego szarych oczach przywodzi mi na myśl detektywa – są tak inteligentne, że budzi to mój strach.

Wydaje mi się, że już gdzieś go kiedyś widziałam, i nagle doznaję olśnienia. Giles Getty. Z gazety „Daily News”.

Rozdział 5

Marc także dostrzega Getty’ego i jego twarz pochmurnieje.

– Niektórzy prosto ze ścieków – mówi, patrząc na niego gniewnie. Ściska mnie mocniej za rękę. – Chryste. Ktoś musiał wiedzieć, że…

– Wiedzieć?

– Że będziemy tu dzisiaj oboje. To nie powinno się… Chryste. To już dość blisko. – Zatrzymuje mnie. – Jeśli on tu jest… to kiepski pomysł.

– Kto?

– Getty.

Flesze ciągle błyskają, a mnie przed oczami migają białe plamy.

– Co jest w nim takiego złego?

– Znam Gilesa Getty’ego od dawna – mówi Mark gardłowo. – Mój stary wróg, można by powiedzieć. Jest niebezpieczny. Zwłaszcza jeśli chodzi o kobiety.

Marc odciąga mnie od bramy.

– Wydamy oświadczenie dla prasy później. Na razie, muszę umieścić cię w jakimś bezpiecznym miejscu.

Ciągnie mnie z powrotem w stronę college’u. Przechodzimy przez kilka budynków, aż w końcu żwirową ścieżką docieramy do Queen’s Theatre.

– Gdzie idziemy? – pytam, potykając się na żwirze. – Tylna brama jest tam.

– Jest jeszcze inne wyjście – mówi Marc, wyciągając z kieszeni bojówek pęk kluczy. – Tutaj.

Otwiera wielkie drewniane drzwi teatru i wciąga mnie za sobą do środka.

W teatrze jest zimno i ciemno, a kiedy Marc zamyka drzwi, mrok staje się nieprzenikniony. Słyszę chrzęst klucza przekręcanego w zamku.

Ciągle czuję dłoń Marca w swojej i słyszę jego oddech – szybki i płytki.

– Marc? Co się dzieje?

– Po prostu trzymaj mnie za rękę. Wszystko w porządku. Nie bój się.

Nie zdawałam sobie z tego sprawy, ale rzeczywiście jestem wystraszona. Serce wali mi jak młotem i zaschło mi w ustach.

Reakcja Marca na Getty’ego… coś się tu dzieje. Coś złego.

– Dlaczego ten Getty tak cię zaniepokoił? – pytam Marca, idąc za nim przez teatr. W ciemności, z dłonią w dłoni Marca, moje serce zaczyna zwalniać.

– Powiedzmy, że wiem o nim więcej niż inni – mówi Marc. – Wszyscy wiedzą, że nie gra fair. Że nie jest miły. Nie zawaha się przed niczym, byle zdobyć materiał i nie obchodzi go, kogo po drodze skrzywdzi. Ale jest coś jeszcze… Getty już zrujnował życie mojej siostrze.

– Twojej siostrze?

Marc nie odpowiada.

– Marc?

– Sophio, nie chcę rozmawiać o tym człowieku. Zwłaszcza kiedy jestem z tobą.

Przełykam.

– Świetnie znasz to przejście – mówię, potykając się o wystającą płytkę podłogową. – Nawet po ciemku. Często z niego korzystasz? – Mam nadzieję, że słyszy uśmiech w moim głosie.

– Tak. – Nie widzę go, ale wiem, że on też się uśmiechnął. – Prawdę mówiąc, cały czas poruszałem się po ciemku, dopóki nie poznałem ciebie. Tkwiłem w mroku.

– A teraz?

– Teraz jest inaczej. – Przesuwa kciukiem po mojej dłoni.

Wyczuwam, że mijamy scenę i wiem, że wchodzimy za kulisy. Zatrzymujemy się i znowu słyszę metaliczny brzęk kluczy.

Rozdział 6

Tajemne przejście? – szepczę.

– Można tak powiedzieć. Te drzwi prowadzą do podziemi.

– To tak dostałeś się tu wczoraj w nocy?

– Może. Ale nie mogę zdradzić wszystkich moich tajemnic.

Błyska pomarańczowe światło, a ja mrugam, bo mnie oślepia. Widzę przed sobą długie kamienne schody i czuję zapach stęchlizny.

Z dołu schodów nadpływa zimne powietrze.

Odwracam się do Marca. Jego przystojna twarz jaśnieje w pomarańczowym świetle, a ja znowu nie mogę uwierzyć, że on naprawdę stoi tu obok. Ciągle wydaje mi się nierealne, że z nim jestem. Linia jego kości policzkowych, bruzdy po obu stronach nosa. Grube brwi i te oczy, niebieskie jak letnie niebo, patrzące na mnie. On naprawdę tu jest. To nie jest film, to prawdziwe życie.

Marc widzi, że na niego patrzę i uśmiecha się.

– Nie bój się. Nie ma tu żadnych potworów.

– Na pewno? – odpowiadam mu uśmiechem.

Unosi jedną brew.

– Nazywa mnie pani potworem, panno Rose? – Kładzie moją dłoń na zimnej, drewnianej poręczy i pomaga mi zejść z pierwszego stopnia.

– Cóż. Zdaje się, że masz swoją sekretną jaskinię. To typowe dla potworów, nie sądzisz?

– Ostrzegałem cię, że nie jestem jak inni ludzie.

– To na pewno.

Marc zamyka drzwi za nami na klucz.

– Trzymaj się mnie.

Bierze mnie za rękę i sprowadza ze schodów. Wkrótce docieramy do dużej, płaskiej przestrzeni z betonu. W jednym odległym, ciemnym kącie stoi czarny aston martin z przyciemnionymi szybami.

– Twój, jak się domyślam?

– Bardzo bystrze, panno Rose. Jak się pani tego domyśliła?

Wiem, że Marc się ze mną droczy, ale nie mogę się powstrzymać. Mówię:

– Jest czarny. Jak wszystko, co do ciebie należy.

– Wszystko? Mylisz się, Sophio. Należy do mnie też wiele czerwonych rzeczy.

– Co się stało z fordem mustangiem?

– Ten samochód jest szybszy.

– Czy James Bond nie jeździ przypadkiem astonem martinem? – pytam, kiedy Marc wyciąga kartę i otwiera samochód. Zamki otwierają się z dziwnym dźwiękiem, jakiego nigdy wcześniej nie słyszałam.

– James Bond ma wiele samochodów.

– Odmówiłeś zagrania roli Bonda, prawda? – pytam, kiedy Marc otwiera przede mną drzwiczki.

Marc kiwa głową.

– Dlaczego?

– Ta postać do mnie nie pasuje.

– Ale masz jego samochód.

– To nie jest jego samochód. James Bond jeździ DB5 i V8. A to jest wykonany na zamówienie model Rapid S. Jedyny w swoim rodzaju.

– Zapamiętam. Ale, Marc, przecież jesteś aktorem. – Wsuwam się na skórzane siedzenie. – Możesz zagrać każdą rolę. Jak to możliwe, że postać do ciebie nie pasuje? Z łatwością zagrałbyś Bonda.

Marc wskakuje za kierownicę i zatrzaskuje drzwiczki.

– Tam, gdzie w grę wchodzą narodowe ikony, jestem bardzo ostrożny. Nie chciałbym ich zbrukać.

– Zbrukać?

Wyraz rozbawienia znika z jego twarzy.

– Pomyśl sama, Sophio. Pomyśl o tym, co mnie pociąga.

– Masz na myśli… – Nie bardzo wiem, jak to ująć. – Że lubisz mieć kontrolę?

W odpowiedzi Marc zapuszcza silnik, a ja zamykam drzwiczki.

Patrzę przez okno na pustą, ciemną przestrzeń podziemia. Dziwnie się czuję z tym, co powiedział przed chwilą Marc. „Co mnie pociąga”. To prawda. Ma dziwne upodobania. Ale myślałam, że teraz, kiedy jesteśmy parą, będzie też otwarty na inne sposoby uprawiania miłości. Że będziemy bardziej równi.

– Marc…

– Zmieńmy temat. – Marc wrzuca bieg i kręci kierownicą. Jedziemy w ciemności, ale zaraz pojawia się przed nami długa linia białego światła, która staje się coraz szersza, aż w końcu widzę drogę i wysokie budynki centrum Londynu.

Wyjeżdżamy na drogę, a ja odruchowo chwytam się siedzenia. Samochód bardzo szybko wchodzi w zakręty.

– Gdzie nauczyłeś się tak prowadzić? – pytam skrzekliwie.

– Kiedy kręciliśmy Błyskawicę – mówi Marc. – Kaskader znikł, więc nauczyłem się prowadzić samochody wyścigowe. Omal dwóch nie skasowałem, ale nakręciliśmy wszystkie niezbędne sceny. Strach przed śmiercią to doskonała motywacja do nauki.

Wydaje się całkowicie odprężony i swobodny za kierownicą; rozmawia i gestykuluje przy tym jedną ręką.

Ja natomiast jestem strasznie spięta. Pewnie wyglądamy, jakbyśmy jechali dwoma różnymi samochodami. Ja nie cierpię szybkiej jazdy.

– Więc dokąd jedziemy? – pytam.

– Niedaleko. Tam, gdzie mają dobrą ochronę. I gdzie będziemy mogli udzielić wywiadu.

– To znaczy?

– To hotelu Carlo.

Rozdział 7

Do tego hotelu Carlo?

Marc się uśmiecha.

– Więc słyszałaś o nim?

Wybucham śmiechem.

– A kto nie słyszał? – Patrzę na swoje ubranie. – Ale Marc… ty chyba żartujesz. To znaczy, popatrz tylko, jak ja wyglądam.

Marc lekko kręci głową.

– To bez znaczenia.

– Bez znaczenia? – Nie odpowiada, ale jestem prawie pewna, że wiem, co ma na myśli. To bez znaczenia, ponieważ jesteś ze mną.

Przełykam ślinę. Wcale nie przepadam za takimi eleganckimi miejscami. Czy też raczej eleganckie miejsca nie przepadają za mną. Kiedy się w jakimś znajdę, zawsze czuję się jak słoń w składzie porcelany. Potykam się o własne nogi i zawsze plamię sobie ubranie. A mówimy tylko o restauracji w Essex, do której lubi chodzić Jen. Nigdy w życiu nie byłam w miejscu tej klasy co Carlo.

– Dlaczego nie pojedziemy do twojego domu? – pytam. – Tam jest bezpiecznie, prawda?

– Nie możemy – odpowiada Marc, zdecydowanie za szybko. – Nie dzisiaj.

Spogląda na mnie z ukosa i chyba wyczuwa, że jestem trochę zdezorientowana jego odpowiedzią.

– Mam dzisiaj gościa.

– Gościa?

– Zgadza się.

– Kto to jest?

– Nikt, kogo znasz. Ona musi się teraz gdzieś zatrzymać. To wszystko. Nie zostanie długo.

– Ona?

– To tylko chwilowe. Nie znasz jej. Nie masz się czym martwić.

– Ale kto to jest? Ktoś, z kim się spotykałeś? – Słyszę w tych słowach zazdrość.

– Naprawdę nie masz się czym martwić.

Wyraz jego twarzy mówi mi, że ta rozmowa dobiegła już końca, ale ja nie czuję się dobrze. Przygryzam paznokieć i próbuję otrząsnąć się z nieprzyjemnych myśli. Kim jest ta kobieta, która mieszka w jego domu i dlaczego, do diabła, wcześniej o niej nie wspomniał?

Nie popadaj w paranoję.

Wjeżdżamy na Piccadilly, skręcamy w lewo, a potem w prawo.

Marc tak bez wysiłku wszystko kontroluje. Jest taki spokojny. Zorganizowany. Wcześniejszy gniew całkiem z niego wyparował i teraz znowu panuje nad sobą. Ale ja nie chcę, żeby aż tak wszystko kontrolował. W tej chwili mam wrażenie, że znowu się od siebie oddalamy.

Marc zatrzymuje samochód na skrzyżowaniu i patrzy na samochody. Mija nas wielki czerwony autobus, a potem kilka czarnych taksówek.

– Marc, jesteś tego pewny? – pytam.

– Pewny?

– No wiesz… mnie.

Odwraca się do mnie. Zazdrosna czy nie, prawie nie jestem w stanie się ruszyć, kiedy on tak na mnie patrzy – jakby był mnie głodny. Jego oczy zdają się mnie wypijać.

– Oczywiście, że jestem pewny.

– Ale, Marc… my… ty jesteś sławny. Bardzo sławny. A ta kobieta w twoim domu…

– Zapomnij o tym. Przejmujesz się, choć nie ma czym. A ja żałuję, że nie mogę być mniej sławny, wierz mi. Zrezygnowałbym z tego choćby jutro, gdybym mógł.

– Ale ty jesteś wspaniałym aktorem. A ja jestem tylko… – Rozkładam ręce i pozwalam im opaść.

– Jesteś tylko piękna, dobra, otwarta i upajająca, i jesteś dokładnie tym, czego pragnę – mówi Marc, patrząc mi prosto w oczy. – Ale czy ja jestem tym, czego ty pragniesz?

– Wiesz, że tak.

– Więc jesteśmy dla siebie stworzeni.

Samochody ruszają i Marc zjeżdża ze skrzyżowania. Suniemy jeszcze kilka metrów i po chwili widzę już niebiesko-złote wejście do Carlo Hotel.

Marc zatrzymuje samochód, a do drzwi od mojej strony podbiega portier z czapce ze złotą lamówką.

Nad wejściem wisi brytyjska flaga, dostrzegam niebieskie bratki i bluszcz, rosnące w donicach na schodach hotelu.

– Bluszcz – mówię z uśmiechem.

Policzki Marca drgają z rozbawienia.

– Chciałbym powiedzieć, że kazałem go tu posadzić specjalnie dla ciebie, ale nie jestem aż tak przewidujący.

Wysiadam z samochodu, bardzo skrępowana, i ciasno owijam się płaszczem. Żałuję, że nie jest długi do ziemi, bo wtedy portier nie zobaczyłby moich dżinsów i adidasów.

Marc wyskakuje z auta i obchodzi je szybko, żeby podać mi rękę. Rzuca kluczyki portierowi i prowadzi mnie po schodach do hotelu.

– Denerwujesz się – mówi, czując, jak moje palce drżą w jego dłoni. – Niepotrzebnie. Nie ma się czym denerwować.

– Łatwo ci mówić.

Przechodzimy przez obrotowe szklane drzwi, które ściskają nas ciasno razem, a potem wkraczamy do jasnego kremowo-złotego holu.

Marc podchodzi do recepcji; idę za nim, słysząc, jak podeszwy moich adidasów skrzypią na białej kamiennej posadzce.