Spłacony dług. Powieść - Edgar Wallace - ebook
Opis

Powieść sensacyjno-kryminalna. Jedna ze 170 publikacji Wallace’a. Fabuła powieści ukazuje światek fałszerzy. Czy można uciec przed konsekwencjami swoich czynów? W ślad za przestępcami rusza pościg...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 245

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Edgar Wallace
Spłacony dług
Powieść
Tłumaczenie: L. On-Rut
Warszawa 2016
Prolog

Dnia 4 marca roku 1913 po południu pan Trebolino, szef francuskiego oddziału detektywistycznego, siedział w biurze swoim pogrążony w głębokiej zadumie. Fotel przysunął do okratowanego kominka, w którym ogień płonął wesoło, tego dnia bowiem było niezwykle mroźno w Paryżu i całe miasto pokryte było grubą warstwą śniegu.

Francja przechodziła wówczas leniwy okres praworządności ku wielkiemu zadowoleniu Włocha, który przyjął był ze znaczną dla siebie korzyścią obywatelstwo francuskie.

Zbrodnie szły leniwym trybem i pan Trebolino używał zasłużonego wypoczynku. Było to dlań istne święto. Drobniejsze wypadki, które zazwyczaj interesować mogły jego podwładnych, w takich warunkach były dość ciekawe, by zająć samego pana Trebolino. Taki właśnie wypadek zajmował w tej chwili jego niezmordowany umysł; umysł człowieka, który w zwalczaniu zbrodni zdziałał może więcej, aniżeli wszyscy współcześni.

Poruszył się, by nacisnąć dzwonek elektryczny tuż obok kominka. Zjawił się urzędnik.

– Proszę mi przysłać pana Lecomte’a – rzekł, nie odrywając wzroku od podrygujących płomieni.

W parę chwil potem zapukano we drzwi i wszedł żwawy Lecomte, któremu dane było zająć kiedyś miejsce szefa.

– Lecomte – powiedział wielki detektyw, spoglądając przyjaźnie na przybyłego – siadaj i opowiedz mi, proszę cię, czy słyszałeś coś o pewnym klubie, zwanym Klubem Zbrodniarzy, który istnieje w tym waszym Paryżu?

Lecomte skinął głową na znak potwierdzenia.

– Zabawny ten Klub Zbrodniarzy, nieprawdaż? – ciągnął dalej Trebolino z uśmiechem – ale nie daje mi on, mimo wszystko, spokoju i myślę, że najlepiej będzie, jeśli się go rozwiąże. Studenci to diabelska banda!

– Chyba, że się rozwiąże sam przez się? – zapytał Lecomte.

Detektyw ściągnął wargi jak ktoś, który zastanawiał się nad dwiema ewentualnościami i zdecydował się stanowczo na jedną z nich.

– Co wiesz o tym? – zapytał po chwili.

– Nic więcej od ciebie – rzekł Lecomte, wyciągając palce rąk w kierunku kominka. – Garść studentów tworzy związek, mają uroczyste obrządki, hasła i zaklęcia – jednym słowem, cały arsenał jakiegoś mistycyzmu bratniego, no i spotykają się w rozmaitych tajnych miejscach, znanych zresztą policji na tydzień przedtem.

Śmiał się z lekka, Trebolino zaś potakiwał.

– Każdy nowo wstępujący członek Związku zobowiązuje się pod uroczystą przysięgą, że popełni jakieś przestępstwo – ciągnął Lecomte w dalszym ciągu. – Chwilowo ograniczyli się do tego, że zaniepokoili jakiegoś Bogu ducha winnego żandarma.

– Podobno wrzucili go do Sekwany – wtrącił szef.

– Zaś dwa huncfoty z narażeniem życia rzuciły się zaraz potem w nurty Sekwany, by go ratować – chichotał Lecomte. – Nałożyliśmy na nich trzy dni aresztu i po sto franków grzywny.

– Nie więcej?

– Nie więcej. „Zbrodnie” tych chłopców nie wyszły poza ramy jakiejś opéra bouffe.

Szef zdradzał nadal niezadowolenie.

– Musimy zrobić koniec z tymi ich szaleństwami – rzekł. – Studenci nie są mi obcy; rozumiem ducha młodzieży. Jest wśród nich jeden nazwiskiem Willetts?

Lecomte potwierdził.

– Ten Willetts – ciągnął spokojnie szef – to coś w rodzaju artysty; mieszka podobno z jakimś drugim, nazwiskiem Comstock Bell, Amerykaninem.

– Mieszkał – poprawił Lecomte. – Bell jest bogaczem, który czyni jeno zadość swojemu kaprysowi. Przy tym jest wielce wybredny. Co się zaś tyczy Willettsa, to ten jest pijaczyną.

– Wiesz zatem, że się rozeszli? – zapytał Trebolino, uderzając lekko pierścionkiem o zęby. – To dla mnie coś nowego. Nie wiedziałem o tym. Wiedziałem tylko, że stale coś knuli razem. Chcą nam sprawić jakąś niespodziankę. Rozumiesz, drogi przyjacielu? Nie chodziłoby już o hece z żandarmami lub rozbijanie zegarów miejskich, lecz o zbrodnie i zabójstwa.

Wstał porywczo.

– Czas położyć koniec tej zabawie, parbleu! Dzielnica Łacińska musi pomyśleć o innej jakiejś rozrywce. Lubię moich studencików, owszem, czuję nawet jakąś słabość do nich, bo to w gruncie rzeczy bons garçons, ale tego już nie zniosę. Niechaj smyki wiedzą, że mogą sobie być niesforni, ale nie – brudni! Weź to pod rozwagę, drogi przyjacielu.

Lecomte opuścił z uśmiechem w duszy biuro szefa, był on bowiem sam dobrym przyjacielem studentów, jadał nawet czasem z nimi w jednej knajpie i był przez nich mile widziany.

Tego wieczora po wyjściu z biura poszedł znowu do Kawiarni Dzikich. Doskonała nazwa w sam raz, sądził, tu bowiem zbierały się najdziksze umysły Dzielnicy Łacińskiej.

– Jak się pan masz, panie prokuratorze? – powitano go zewsząd.

Ktoś ustąpił mu miejsca przy olbrzymim stole na środku sali. Jakiś przystojny młodzieniec własnoręcznie uprzątnął przed nim część stołu.

Lecomte lustrował młodzieńca z wielkim zainteresowaniem. Był to wysoki, jasnowłosy, atletycznie zbudowany młody mężczyzna, o wielkich szarych oczach, które w tej chwili błyszczały dobrodusznie.

– Przyszedłeś pan w sam raz, panie policjancie – powiedział z powagą w głosie – aby usłyszeć niezwykle ciekawą rozprawę o uzasadnieniu anarchizmu. Nasz przyjaciel – tu wskazał ruchem głowy młodego Francuza z rozwichrzoną czupryną i brodą niezaczesaną – nasz przyjaciel właśnie mówił o tym, że zabójstwo policjanta usprawiedliwiał już boski Arystoteles.

– Ja się uważam za stoika – odpowiedział Lecomte. – O cóż chodzi?

– Anarchia – ciągnął dalej zapalczywy brodacz – oznacza prawdziwy porządek, rzeczywiste prawo.

– A pan masz szafirowe oczy i pozieleniały nos – rzucił młody szef policji bez żadnego związku, nalewając sobie szklankę wina.

– Możemy o tym pomówić – zawołał tamten, skoro wreszcie uciszyły się głośne śmiechy, będące stałym następstwem wszelkiego braku związku. – Mój przyjaciel Willetts wywodził tak w dalszym ciągu, na temat anarchii, powołując się na doświadczenia towarzysza.

– To również pański przyjaciel, panie Bell? – zapytał policjant zniżonym głosem.

Rosły młodzieniec zmarszczył brwi.

– Dlaczego to pana obchodzi? – chłodno zapytał.

Pan Lecomte ruszył ramionami.

– Ha, dowiadujemy się różnych, rzeczy – rzekł ogólnikowo – w szczególności odnośnie do waszego Klubu Zbrodniarzy.

W oczach Bella zamigotało zaniepokojenie.

– To było szaleństwo – zaczął, po czym urwał i żadne starania Lecomte’a nie były w stanie nawiązać do przerwanego wątku.

Raz tylko jedyny wspomniano w ciągu rozmowy o słynnym Klubie Zbrodniarzy.

Jeden ze studentów poruszył jakąś zabawną kwestię, przy czym potrząsnął z wyrzutem głową.

– Nie, nie umarł. Gorsze od nurzania w wodzie jest zabicie człowieka, który jest przy tym członkiem miejskiej policji. To mi przypomina, panowie, że muszę położyć koniec – wedle słów pana Trebolina – temu waszemu słynnemu klubowi.

– Après!

Był to głos przenikliwy owego młodego człowieka, którego brodacz nazwał Willettsem. Zdawało się, jakoby drzemał i nie brał udziału w toczącej się dyskusji.

Lecomte już od dłuższej chwili obserwował go i zauważył jego niezdrową twarz, powleczoną chorobliwie lekką smugą bladoczerwoną.

Teraz jakby się obudził nagle z sennego pogrążenia.

– Après, messieurs! – zawołał. – Zamkniecie nasze kółko, ale musi wprzód usprawiedliwić swoją nazwę, swe dążenia i czcigodnych członków.

Lecomte’owi wydawało się, jakoby Comstock Bell przy tych słowach stawał się bledszy, w miarę jak pijak je wypowiadał.

– Oto pan Bell – ciągnął dalej Willetts z przesadnym ukłonem pod adresem Bella. Byłby przy tym niechybnie wpadł pod stół, gdyby młody człowiek o anarchicznych poglądach nie był go podtrzymał. – Pan Bell – mówił dalej Willetts – jest wielkim Amerykaninem, kapitalistą i do niedawna moim czcigodnym towarzyszem zbrodni. Lecz poróżniliśmy się. Pan Bell jest zbyt przystojnym chłopcem – szydził – burżuj, na Bacchusa! Nie nadaje się do joie de vivre, będącej osobliwym udziałem każdego prawdziwego studenta. Co więcej, to jest tchórz!

Cisnął to słowo poprzez stół; w stanie podchmielonym Willetts stawał się złośliwym bydlęciem, o tym wszyscy wiedzieli.

Comstock Bell nic na to nie odpowiadał, spoglądał tylko uporczywie na przeciwnika.

– My... – ciągnął dalej pijany Willetts, gdy wtem wszedł jakiś mężczyzna, który, rozglądnąwszy się po zebranych, zwrócił, się niezwłocznie ku Lecomte’owi.

– Przepraszam panów – rzekł policjant, wstając ku przybyłemu. Rozmawiali po cichu. Zauważono, jak Lecomte zmarszczył czoło, wydał krótki okrzyk zgrozy, czyniąc pół obrotu. Rozmawiał potem dalej przez krótką chwilę, po czym zawrócił do zebranych.

– Panowie – rzekł stalowym głosem – dzisiaj popołudniu wymieniono u Cooka na placu Opery banknot pięćdziesięciofuntowy angielski – banknot okazał się fałszerstwem.

Zapanowała śmiertelna cisza.

– Pieniądze podjął jakiś student a na grzbiecie banknotu ołówkiem wypisane były litery K.Z. – to nie jest żart; proszę tego z panów, który za dokonanie tego czynu poczuwa się do odpowiedzialności, aby przybył jutro przed południem do biura szefostwa policji.

*     *
*

Nikt nie zjawił się następnego dnia w biurze pana Trebolino. Willettsa powołano tejże nocy do Londynu; Comstock Bell odjechał tym samym pociągiem.

Pan Lecomte widział ich odjeżdżających, mimo iż żaden z nich nie miał o tym pojęcia. W trzy dni później otrzymał banknot pięćdziesięciofuntowy bez podania adresu nadawcy, w załączeniu zaś karteczkę z następującymi słowami maszynowym pismem wybitymi:

Odszkodowanie dla firmy Cook.

Lecomte złożył raport swemu szefowi i Trebolino zatwierdził go w zupełności.

– Najlepiej będzie uniknąć skandalu.

Wsunął fałszywy banknot do prywatnej szkatułki i wkrótce prawdopodobnie zapomniał o wszystkim.

W szereg lat później wielki detektyw zginął od strzału anarchisty, w chwili gdy usiłował go zaaresztować. Jego następca przeszukując biurko natrafił na banknot pięćdziesięciofuntowy, oczywiście sfałszowany.

– Poślę to do Banku Angielskiego – postanowił nowy szef policji. Lecomte zaś, który mógł najlepiej wyjaśnić okoliczności, wśród których banknot dostał się w posiadanie Trebolina, był wówczas w Lyonie.

Rozdział I
Opowiadania Heldera

Była to Noc Pań w Terriersach. Ulicę przed wielkim gmachem klubu zalegały luksusowe auta; Terriersy bowiem są zaliczane do najmodniejszych klubów, a Noc Pań stanowi otwarcie sezonu, wbrew opinii tych, którym się zdaje, że bal księżny Gurdmore należy uważać za początek uroczystości zabawowych.

Wielka hala na wysokich kolumnach była nie do poznania, przynajmniej dla bywalców klubu; co prawda nie było ich tam wielu, gdyż znaczna część nie była bynajmniej zadowolona z tej Nocy Pań, która sprowadzała taki zamęt w przyjętym porządku klubowym, Uroczystość ta mieszała im wszelkie szyki, gdyż sale karciane zamieniano na jadalnie, wprowadzano nowych kelnerów itd., itd.

Dla przeważnej jednak części członków klubu Noc Pań stanowiła znaczną atrakcję, coś, na co się czeka i co stanowi przedmiot rozmowy na długi czas przedtem i potem. Tu bowiem zbierała się elita towarzystwa londyńskiego, najznakomitsze osobistości, nigdy poza tym nie mające czasu ani ochoty do korzystania z gościnności Terriersów.

Wieczór był dżdżysty, gdy Wentworth Gold wstępował na marmurowe schody klubu, powoli przeciskał się przez gęsty tłum gości, aż dostał się do szatni, by złożyć kapelusz, płaszcz i nieodłączne kalosze.

Wentworth Gold był człowiekiem niezwykle wpływowym. Był to Amerykanin, średniego wzrostu, starannie golony, o włosach z przedziałem na środku głowy, zaczesanych w tył w stylu jeunesse dorée. Krzaczaste brwi i szare oczy błyszczące zza szkieł charakteryzowały tego człowieka, który nie był przystojny, lecz mądry, niezmiernie mądry. W swej brzydocie stanowił typ, za którym kobiety przepadają.

Był Amerykaninem, a przyznawał się do grzechów z dumą, graniczącą wprost z bezczelnością.

Mieszkał w Anglii i lubił Anglików. Mawiał o tym tonem poczciwego, wyrozumiałego człowieka, co sprawiało takie wrażenie, jak gdyby chciał pocieszyć biedaków, którym los odmówił przywileju urodzenia się w miejscowości Shusha w Pensylwanii. Jako dobry patriota i prawdziwy Amerykanin cieszył się niezwykłą popularnością. Jakiś pradziad był niegdyś ozdobą dworu lorda Kornwalii czy jakiegoś innego dostojnika. Na takim gruncie zasiany patriotyzm wyrasta bujnym kłosem.

Trzeba przyznać, że nie hołdował, jak inni Amerykanie, zwyczajowi powiewania chorągiewkami, nie nosił okrągłego kapelusza słomkowego, ani ubrań o szerokich, wywatowanych ramionach, których atletyczny wygląd jest przedmiotem podziwu młodzieży gimnazjalnej i bawi cały Paryż.

Z czego Gold właściwie się utrzymywał poza grą w brydża u Terriersów, mało komu było wiadome. Zachodził raz lub dwa razy na tydzień do Ambasady po listy. Czasami wstępował po te listy o trzeciej nad ranem a ambasador przyjmował go w swej ambasadorskiej piżamie.

Takie przyjęcie miało miejsce, gdy prezydent pewnej małej, ale żywej republiki południowoamerykańskiej postanowił czynnie wystąpić przeciw innemu małemu, niemniej jednak napastliwemu państewku graniczącemu z tamtym.

Oto „biuletyn” całodzienny:

Godz. 5:30 po poł. Señor Gonso de Silva (sekretarz prywatny J.E. Pana Prezydenta Furirii) przybył do Carltonu.

Godz. 5:30 po poł. P. Dubec (agent Compagnie d’Artilerie Belgique) również przybył i odbył konferencję z sekretarzem.

Godz. 8 po poł. Obiad wyżej wymienionych panów w prywatnych apartamentach.

Godz. 9 po poł. P. Dubec wyjechał do Europy.

Godz. 2 przed poł. Wentworth S. Gold przybył do ambasady.

Godz. 5 przed poł. Señor de Silva przyjął inspektora Graysona (z Sekcji Zagranicznej Wydziału Śledczego Policji Kryminalnej).

Godz. 9 przed poł. Señor de Silva opuścił Londyn, udając się w stanie wielkiego zaniepokojenia do Paryża.

Godz. 11 przed poł. Inspektor Grayson i Wentworth S. Gold spotkali się przypadkowo nad Tamizą i wymienili uroczyste spojrzenia porozumiewawcze.

Wentworth Gold był agentem, którego zawód polegał na tym, by wszelkimi sposobami, możliwymi i niemożliwymi, czynić wywiady o wszystkim i o wszystkich.

Jego interes polegał na tym, by wszystko wiedzieć; on też – wiedział wszystko. Wiele z tego, co wiedział, zachował dla siebie, albowiem nie utrzymywał żadnego konfidenta. Nie posiadał biura ani urzędników, nie zajmował żadnego stanowiska oficjalnego, mimo iż w kieszonce od kamizelki miał zawsze małą srebrną gwiazdkę, która wywierała magiczny wpływ na pewnych osobników; miał wolny wstęp do najlepszych sfer, czasami zaś pokazywał się w otoczeniu wyrzutków społecznych. Nic więc dziwnego, że był o wszystkim, co mu było potrzebne, doskonale informowany.

Zawrócił do hali, wszedł na górę po środkowych schodach i oparł się o balustradę, by móc swobodnie przypatrywać się wszystkiemu, co działo się na dole.

Zauważył ambasadora hiszpańskiego z piękną córką, oraz włoskiego charge d’affaires; spostrzegł panią Granger Collak uroczyście wchodzącą do hali na czele towarzyszącej jej świty mężczyzn i dziwił się z lekka nadzwyczajnemu darowi kobiet, który umożliwia im beztroskie przejście z bagna rozwodowej sali sądowej do salonu kobiet z towarzystwa.

Widział między innymi Comstocka Bella i utkwił w nim na chwilę wzrok badawczy, albowiem Comstock Bell był jednym z tych, którzy w tym czasie interesowali go najbardziej. Młody, słusznego wzrostu człowiek o pięknej greckiej twarzy i szerokich barkach wyróżniał się na pierwszy rzut oka z całej reszty mężczyzn. Był starannie ogolony, nosił jedynie wąsik nieznaczny. Skronie lekko przyprószone siwizną czyniły go zajmującym: uchodził za bogatego człowieka i jako kawaler stanowił tym bardziej przedmiot zainteresowania dla rodu niewieściego.

Gold spoglądał nań z ciekawością, trzymając łokcie oparte o balustradę i leniwie zaciskając palce. Jakaś dziwna powaga rozlewała się na twarzy młodego człowieka, który oddawał lekkim ukłonem zwracane ku sobie pozdrowienia. Zagięcie kącików ust i pewne rysy wokół oczodołów musiały zastanawiać u człowieka, który na pewno nie miał więcej aniżeli lat trzydzieści.

Bell niedługo zatrzymał się w hali, by zamienić słowa powitania z grupką uśmiechających się doń przyjaciół; już przeszedł do salonu.

– To bardzo ciekawe – powiedział Gold w zamyśleniu.

– Co jest bardzo ciekawe? – głos czyjś zapytał.

Ktoś przechylił się przez balustradę tuż obok niego.

– Hallo, Helder! – powiedział Gold. – Czy coś takiego cię zajmuje?

– Nie wiem – odpowiedział tamten leniwie – jest zajmujące z pewnego punktu widzenia, z drugiej jednak strony nudzi mnie. Mówiłeś pan, że coś jest dziwne: co takiego?

Gold uśmiechnął się, wyjął z kieszonki od kamizelki swoje pince-nez, wsadził je na nos i spojrzał na tamtego z uwagą.

– Wszystko jest dziwne – rzekł – życie i wypadki w życiu; przyjemności i poszukiwanie przyjemności, ambicja, szaleństwo, wszystko to, wzięte z normalnego punktu widzenia, jest dziwne. W rzeczy samej nie wyraziłem się dziwne, lecz ciekawe, jednakowoż to słowo się zgadza.

Tamten był również niewątpliwie Amerykaninem. Był słusznego wzrostu, jednak w porównaniu z Bellem, raczej ociężały z pozoru. Wyglądał jak ktoś, co lubi obficie się odżywiać. Był starannie wygolony, jednak twarz jego wyrażała pewne nieokrzesanie: czerwone zmysłowe łuki ust znamionowały go, czoło i przód głowy pozbawione były włosów, poza tym krótkich i krętych.

Korneliusz Helder był popularną osobistością na bruku londyńskim. Zawsze gotów śmiać się z dowcipów ludzkich, miał też sam w zapasie masę anegdot i historyjek, a był au courant wszystkich nowin, które niejednokrotnie należałoby raczej zataić a nie podawać ich dalej, jak on to czynił z upodobaniem.

– Co to jest normalny punkt widzenia? – zapytał z uśmiechem.

– Punkt widzenia człowieka, który nie ma zainteresowania – powiedział Gold.

– Jestem z góry przekonany, iż pan się do nich nie zaliczasz – odparł Helder. – Pana interesuje wszystko; ktoś opowiedział mi niedawno temu, że panu lepiej znane są wszystkie śmiesznostki starych polityków europejskich, niż samemu ambasadorowi amerykańskiemu.

Gold milczał i w dalszym ciągu obserwował publiczność.

Nie lubił Heldera, a był człowiekiem, który opierał swoją antypatię na solidnych podstawach.

Przez trzy minuty milczał, obserwując poruszający się na dole tłum; pogwar głosów dochodził doń z dołu, raz zaś musiał się uśmiechnąć do siebie rozbawiony, albowiem miał niezwykle dobry słuch i pochwycił swoje nazwisko wymienione w tłumie.

– Czy widziałeś pan Comstocka Bella? – zapytał Helder niespodziewanie.

– Tak – odparł Gold, nie odejmując wzroku od dolnego piętra hali.

– Wygląda nieszczególnie, prawda?

Gold rzucił ku tamtemu szybkie spojrzenie.

– Czyżby? – wtrącił.

– Mam takie wrażenie – rzekł Helder. – Dziwna rzecz, jak człowiek o tak niezwykłym bogactwie i przy wszelkich wygodach, na jakie go stać, może mieć kłopoty...

– Słyszałem już o takich wypadkach – odparł Gold sucho.

– Rozmawiałem onegdaj z Villierem Lecomte’em – rzekł Helder.

Gold zwrócił baczną uwagę; wiedział, że nie chodzi Helderowi o zwyczajną pogawędkę dla zabicia czasu, lecz chodzi o rzecz ważniejszą. Helder wyszukał go z premedytacją i miał mu coś do powiedzenia a to coś odnosiło się do Comstocka Bella.

– Z kim pan mówiłeś? – zapytał.

– Z Villierem Lecomte’em. Pan go zna, nieprawda?

Gold znał Lecomte’a; był to szef służby detektywistycznej policji paryskiej. Bez przesady rzec można, że Gold znał go tak jak własnego brata, ale z różnych przyczyn nie chciał zdradzić się z tym przed Helderem.

– Nie – odpowiedział. – Nie znam tego pana, chociaż brzmienie tego nazwiska jest mi znajome.

– To szef policji paryskiej – powiedział Helder – był w Londynie przed dwoma dniami, gdyż spotkałem się z nim.

– To bardzo zajmujące – powiedział Gold uprzejmie. – No i co takiego miał panu do powiedzenia?

– Mówił mi o Comstocku Bellu – rzekł Helder, pilnie przypatrując się swojemu interlokutorowi.

– Co Comstock Bell popełnił, że aż zwrócił na siebie uwagę szefa władzy bezpieczeństwa, czy – mord?

Helder wpatrywał się weń uporczywie.

– Czy pan nie słyszałeś nigdy o tym? – zapytał.

– Słyszałem wiele rzeczy – rzekł Gold – mimo to z chęcią dowiem się o czymś nowym i spodziewam się, że pan coś mi opowiesz.

– Ależ – powiedział tamten, czy pan nie wie, że Comstock Bell był członkiem Klubu Zbrodniarzy.

– Klub Zbrodniarzy? Nie słyszałem nigdy o takim klubie – śmiał się Gold.

Helder się wahał. Wiele osób było na balkonie, między innymi jakaś dziewczyna, która, opierając się o balustradę, mogła posłyszeć każde słowo. Ruch w ogóle panował ciągły na balkonie, ludzie przychodzili i odchodzili tam i z powrotem.

– Zaryzykuję – rzekł – gdyż przypuszczam, że pan wiesz o wiele więcej, aniżeli mi się zdaje. Wiele lat temu, kiedy Bell był młodym chłopcem i mieszkał w Paryżu, założył wraz z innymi młodymi ludźmi Klub Zbrodniarzy. Było to jedno z owych szaleństw, które popełnia nazbyt często młodzieńczość wybujała. Każdy członek klubu zobowiązywał się pod przysięgą do tego, iż musi uczynić coś przeciwnego prawu, dopuszczając się jakiegoś przestępstwa, za które prawo karne grozi długoletnim więzieniem.

– Co za zabawny pomysł – powiedział Gold. – Iluż powieszono?

– Ani jednego z nich, o ile mi wiadomo. Był jakiś skandal wówczas. Sądzę, że jakiś rozwścieczony ojciec pewnego obiecującego chłopca nagle powrócił z Ameryki i rozwiązał całe towarzystwo. Na szczęście przeważnie członkowie stowarzyszenia przybrali sobie zmyślone nazwy, pod którymi wpisani byli do protokołów klubu, co więcej, jedyna prawdziwa zbrodnia, jaką popełnili została dokonana pod drzwiami jakiegoś człowieka, którego identyczności nie zdołano ustalić.

– W każdym razie on nie musiał koniecznie być fałszerzem pieniędzy papierowych – rzekł Gold mimowolnie.

Tamten uśmiechnął się.

– Przypuszczałem, że pan jest poinformowany – powiedział.

– Że chodziło o fałszerstwo? – odparł Gold. – Tak, przypomniałem sobie w czasie pańskiego opowiadania. Jeden z tych obiecujących młodzieńców sfałszował banknot pięćdziesięciofuntowy i wymienił go na Rue de la Paix. Przypominam sobie ten fakt w tej chwili. Co to ma wszystko wspólnego z Comstockiem Bellem?

– Zatem – rzekł Helder – udało mi się przypadkowo dowiedzieć, że on był członkiem owego tajnego Klubu Zbrodniarzy. Dowiedziałem się też dzięki przypadkowi, iż policja francuska ograniczyła śledztwo do poszukiwania dwóch osobników jako sprawców owej zbrodni.

Gold obrócił się ku niemu i patrzył mu prosto w oczy.

– Pan jesteś jednym z najbardziej udzielających się ludzi jakich znam – odezwał się, gdy zaś przypomnieć jego znaną wielkoduszność, uprzejmość i savoir vivre, w tonie, w jakim było to powiedziane, wyczuć można było pewną chęć dotknięcia. – Może teraz pan zechcesz mi powiedzieć i to jeszcze, kogo to podejrzewa policja francuska?

Helder z lekka się zaczerwienił.

– Sądziłem, że pana to zainteresuje – powiedział.

– Interesuje mnie, diabelnie interesuje; któż więc są ci zbrodniarze?

Helder znów odkrył lekką ironię w tonie tego zapytania.

– Jednym był Comstock Bell – rzekł wyzywająco.

– A drugi?

– Drugiego nie znam – powiedział Helder. – Jakiś mężczyzna również w Londynie obecnie przebywający, z zawodu agent czy coś podobnego.

– Pan jesteś zadziwiający – rzekł Gold, po czym z uśmiechem zszedł po schodach powitać jakiegoś skromnie wyglądającego pana w średnim wieku, który nie miał żadnych ozdób na kołnierzu, a jednak reprezentował dziewięćdziesiąt milionów ludzi u Świętego Jakuba.

Comstock Bell wszedł do salonu; nieco znudzony, trzeba przyznać. Nie byłby w ogóle przychodził tego wieczoru, jednak musiał, albowiem zauważono by jego nieobecność. Nosił się z obawą jakąś graniczącą z przerażeniem; życie straciło dlań wszelki urok i na duszy jego ciemna chmura osiadła.

Oddał honory małżonce prezesa klubu przyjmującego gości w salonie. W sali bilardowej obecnie odbywał się koncert. Zwrócił się więc w tym kierunku; ktoś w połowie drogi zawołał go po imieniu. Spojrzał za siebie i zobaczył lorda Hallingdale’a.

– Bell, mam ci właśnie coś do powiedzenia – powiedział Jego Wysokość, odchodząc od swego otoczenia po przeproszeniu tegoż. – Jadę nad Morze Śródziemne w przyszłym miesiącu; chcesz mi towarzyszyć?

Comstock Bell się uśmiechnął.

– Żałuję, mam jednak inne plany – rzekł.

– Opuszczasz Londyn?

– Tak, chcę wybrać się do Stanów. Moja matka czuje się nieco słaba i dobrze będzie, jeżeli do niej pojadę.

Oddalił się. Zmyślił wymówkę na miejscu, gdyż jakkolwiek matka była niezdrowa, jednakże nie zamyślał opuszczać Anglii przed załatwieniem się z pewną sprawą, która zaprzątała mu właśnie umysł.

Szedł wolno ku sali stołowej, gdzie w tej chwili Tetrazzini trzymał liczną publiczność w silnym napięciu. Pokój był przepełniony, tak że nawet przy drzwiach było tłumno.

Stał w tylnym szeregu i bez trudności, bo z racji wysokiego wzrostu, patrzył poprzez głowy tłumu.

– Szczęśliwy człowiek – ktoś szepnął.

Spojrzał wkoło.

Pani Granger Collak uśmiechała się doń swymi szafirowymi oczami, wyrażając mu swój podziw. Promiennie miła kobieta, jak wielu mężczyzn wyrażało się o niej ku szkodzie swojej.

– Mam panią podnieść? – zapytał tym samym tonem.

Był jednym z nielicznych, którym wolno było zachowywać się wobec niej publicznie w sposób najzupełniej naturalny, było jej też nader miło z tym młodym olbrzymem, który wiedział, kim ona była, a jednak już jej nie potępiał ani też nie narzucał jej się ze ściślejszą znajomością.

– Wyszukaj mi pan jakiś cichy kącik – rzekła – gdyż jestem okrutnie znudzona.

Wydalili się z tłumu, kierując się ku oddalonemu foyer, gdzie nie było niemal nikogo. Tu usiedli w cichej niszy pod klatką schodową.

– Comstock – wypowiedziała z westchnieniem ulgi – potrzebuję pańskiej pomocy.

– Najlepiej mogę pani pomóc – rzekł z uśmiechem i naganą w głosie – porównując panią z oprawnym egzemplarzem Dziesięciu przykazań.

– Proszę nie być banalny – błagała. – Ja nie nadaję się do przykazań; już sam fakt, że to nakazy, a nie prośby, budzi we mnie chęć zgruchotania ich na drobne kawałki. Nie, nie, trzeba mi czegoś bardziej realnego.

Spotkała się z jego oczami, w których wyczytała coś w rodzaju litości, której pełen był dla niej mimo smutku spowodowanego jego własnymi troskami.

– Nie spoglądaj pan na mnie w ten sposób – rzekła szorstko – nie chodzi mi o pańskie współczucie. Nie miej pan o mnie fałszywego wyobrażenia, Comstock; jestem na wskroś niedobra, zła i jestem zrozpaczona. Potrzebuję pieniędzy na wyjazd za granicę. Muszę udać się na parę lat w podróż. Ludzie uważają mnie za kobietę bez czoła, dlatego że obracam się między nimi po tej... sprawie, pan wiesz. Jednak nie mogę się ruszyć; jestem zrujnowana. Muszę zaś uciec! – Zacisnęła dłonie i ujrzał jej wytężone spojrzenie tropionej zwierzyny. – Chcę zniknąć na parę lat, pójść sobie dokądkolwiek samotnie, jednak mam związane ręce i nogi.

Ktoś nadchodził.

Bell ujrzał Heldera, który przechodził obok nich, ostentacyjnie uśmiechając się i patrząc w inną stronę.

– Proszę przyjść jutro na Cadogan Square – powiedział wstając; będę pani mógł służyć tym, czego potrzebujesz.

Ręka jej drżała, gdy kładła mu ją na ramieniu.

– Pan... jest dobry dla mnie – rzekła, jąkając się. – Jakże będę mogła ci odpłacić?

Potrząsnął głową.

Zostawił ją z jednym z jej młodzieńczych towarzyszy i udał się do szatni dla odebrania kapelusza i płaszcza.

Spotkał tam Golda, który zapytał:

– Tak wcześnie, młody przyjacielu?

Bell się śmiał.

– Tak, te obowiązki etykiety jakoś mi nie służą; muszę się starzeć. Zdaje się, że i ty masz ten sam zamiar.

Służący pomagał Goldowi przy wdziewaniu płaszcza.

– Interesy, nieubłagalne interesy – z uśmiechem odparł Gold. – Którędy idziesz?

– Ach, sam nie wiem – rzekł Bell niepewnym głosem.

– Jeżeli młody człowiek nie wie, którędy idzie – rzekł Gold – zwykle idzie do diabła. Chodź ze mną.

Śmiali się obaj i wciąż się śmiejąc, przeszli przez halę na ulicę; tu co najmniej jedna para oczu obserwowała wyjście rosłej postaci młodego człowieka.

– Pójdziemy pieszo, jeśli nie masz nic przeciw temu – powiedział Gold. – Deszcz nie jest bardzo gęsty, zresztą bardzo lubię chodzić, gdy deszcz pada.

– Ja również – rzekł drugi.

Szli po Pall Mall w milczeniu, aż doszli do rogu Haymarket. Deszcz wzmógł się i padał teraz rzęsiście.

Gold przywołał taksówkę.

– Ulica Fleet – głośno zawołał.

Niedługo jechali, gdy nagle Gold wysunął głowę z okna i zmienił rozkaz.

– Jedziemy do Victorii – zawołał. – Proszę kierować się na park.

– Rozmyśliłeś się? – zapytał Bell.

– Nie – odparł drugi ze spokojem – lecz jestem osobistością tak wybitną, że ludzie narażają życie, które mogliby oddać dla lepszej sprawy, by mnie szpiegować. Czy zauważyłeś, że nas ścigano?

– Nie – rzekł młody człowiek ochrypłym głosem.

– Chcę cię o coś zapytać, Bell – rzekł starszy, gdy taksówka skręciła do parku. – Czy znasz człowieka nazwiskiem Willetts?

– Willetts! – Głos młodego człowieka brzmiał spokojnie, lecz niezbyt stanowczo.

– Tak; ma biuro niedaleko Moorgate Street. Jest agentem handlowym, choć, prawdę mówiąc, nigdy nie słyszałem, by coś zakupywał albo sprzedawał.

– Nie znam go – odrzekł krótko Bell.

Nastąpiła dłuższa pauza. Gold opierał się o okno, wyglądając przez nie i potakując ruchem głowy od czasu do czasu, jak gdyby coś liczył.

– Wiesz co, ja tu wysiądę – nagle powiedział i zapukał w szybkę. Byli na Mall, gdzie nie było żadnego zgoła ruchu, prócz dorożek automobilowych, które w myśl przepisów policyjnych z wolna posuwały się po szosie.

Uderzył silniej o przednią szybkę i szofer zatrzymał wóz.

– Lepiej byś jechał dalej w swoim kierunku – rzekł.

Bell przytaknął w ciemności.

– Dobrze, powiedz mu, by jechał do Cadogan Square – odparł. – Pojadę do domu.

Słyszał Golda wydającego polecenie, po czym, zanim wóz ruszył, jakiś mężczyzna wysunął się z mgły trotuaru.

– Czy to Gold – spytał stłumiony głos.

– Tak, to ja – brzmiała odpowiedź.

– Pan czekał na kogoś, prawda? – powiedział obcy.

Maszyna była zatrzymana i szofer wysiadł, by puścić ją w ruch. Bell nie czynił żadnego wysiłku, by posłyszeć toczącą się w ciemności rozmowę, mimo to słyszał:

– Czy czekałem na kogoś? – Gold wołał przeciągłym głosem.

– Pan wiesz o tym, do diabła! – słyszał pomruk obcego. – To pan masz!

Krótki strzał przeszył ciszę nocną.

Bell wyskoczył z wozu. Gold stał na skraju trotuaru, cały i nienaruszony. Niewyraźna postać napastnika znikała gdzieś pędem w mroku!

– Jeden z moich przyjaciół – rzekł Gold bez śladu wzruszenia, z zadowoleniem podnosząc z ziemi rewolwer upuszczony przez zbiega.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.