Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Jeszcze będąc w Paryżu i świetnie się tam bawiąc, Bell i Willetts przystępują do „Klubu Zbrodniarzy”. Aby udowodnić swoją przynależność, muszą popełnić przestępstwo – decydują się na fałszerstwo pięćdziesięciofuntowego banknotu.
Po latach jeden z nich, Comstock Bell, powraca do Londynu jako milioner. Jego nagłe małżeństwo z Verity, siostrzenicą genialnego grawera banknotów, budzi podejrzenia śledczych. Szybko okazuje się, że dawne grzechy nie dają o sobie zapomnieć, a w sprawę zamieszany jest amerykański detektyw próbujący rozbić szajkę fałszerzy operującą na ogromną skalę.
Jak zwykle E. Wallace serwuje nam dynamiczną akcję pełną nagłych zwrotów i tajemniczych zniknięć. Spłacony dług to klasyczny kryminał sensacyjny, który zabiera czytelnika w mroczny świat międzynarodowych fałszerzy pieniędzy i równie mrocznego i pełnego typów spod ciemnej gwiazdy Londynu lat 20. ubiegłego wieku.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 133
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału A Debt Discharged
Copyright © 2026, MG
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.
ISBN 978-83-8241-409-7
Projekt okładki: Anna Slotorsz
Zasoby wykorzystane na okładce: adobe stock (©Ahamedpicu, ©mo, ©Silhouette Studio, ©Sahinur, ©Abdul Rahim)
Korekta: Dorota Ring
Skład: Jacek Antoniuk
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
– Ależ ja pana nie kocham ani pan mnie – rzekła Verity cichym głosem, z wyrazem wyrzutu w oczach pełnych smutku – a takie małżeństwo to byłaby rzecz nieświęta, wręcz zbrodnia, której cały pański majątek nie zdołałby okupić.
Wstała.
– Proszę chwilę poczekać, bardzo o to proszę.
Usiadła z powrotem. W głosie Bella brzmiało niemal błaganie.
Siedziała w milczeniu, podczas gdy on mówił. W pewnym momencie wstała i zamknęła drzwi. Mówił już to pełen nadziei, już to z gorzkim wyrazem, aż światło na niebie zbladło i Verity mogła zobaczyć tylko ciemne kontury człowieka, który chodził tam i z powrotem po pokoju, nerwowo gestykulując rękami.
Było już całkiem ciemno, gdy ją żegnał. Wyszedł z nią bez kapelusza na głowie i wsadził ją do dorożki.
– Do jutra? – powiedział.
– Do jutra – powtórzyła. Podała mu rękę, którą podniósł do ust.
Gold przyszedł na kolację do klubu Terriersów.
Zastał list pisany na maszynie, było to pismo od Comstocka Bella. Otworzył i zaczął uważnie czytać. Przeszedł do wielkiej sali i przeczytał go raz jeszcze. Schował list z całą starannością do wewnętrznej kieszeni marynarki, z wyrazem zupełnego osłupienia na twarzy.
Wszedł do sali restauracyjnej i zjadł pospiesznie, co mu się zresztą często w tych dniach zdarzało. Bywał bowiem bardzo zajęty, aż do tego stopnia, że nawet nie miał czasu na rozmowę z Helderem, który przytrzymał go za butonierkę w korytarzu po kolacji.
– Słuchaj pan, panie Gold, chciałem właśnie z panem pomówić.
– A ja właśnie z panem nie chciałem mówić. O co chodzi?
– Sądzę, że zainteresuje pana coś, o czym chciałem pana poinformować.
Gold ciężko westchnął.
– Pan jest dzisiaj już setnym człowiekiem, jak sądzę, który chce mnie poinformować o czymś, co by mnie zainteresowało. Prędko, panie Helder, nie mam zbyt wiele czasu.
Helder skłonił ku niemu głowę i zniżając głos, rzekł:
– Zamierzają dzisiaj aresztować Willettsa.
Detektyw rzucił na niego bystre spojrzenie.
– Kto to panu powiedział... i co pan wie o Willettsie?
– Mniejsza o to, kto mi powiedział, w każdym razie to prawda. Co do mnie, wiem, że Willetts przewodzi tej bandzie puszczającej w obieg fałszywe pieniądze. Przewodzi bandzie, która także uprowadziła pańskiego przyjaciela Maple’a.
– A skąd to panu wiadomo?
W oczach Golda błyskała ciekawość.
– To przecież całkiem jasne – mówił dalej Helder. – Willetts został skazany za fałszowanie pieniędzy. Ma w mieście biuro, które służy mu najwidoczniej jako przykrywka, pod której osłoną uprawia swój proceder. Oświadczam panu, że to zwyczajny oszust.
– Czy pan go zna? – zapytał Gold z zaciekawieniem.
– Widziałem go – odpowiedział Helder – i przypominam go sobie z czasów, gdy studiował w Paryżu, to mój rówieśnik.
– Czy Comstock Bell również jest pańskim rówieśnikiem? – spytał Gold.
– Tak, Bell i Willetts studiowali na tym samym wydziale. Willetts za dnia był spokojnym, słabowitym chłopcem, ale za to w nocy stawał się całkiem żwawy, a nawet gwałtowny. Zniknął z Paryża po wiadomym skandalu i odtąd nic o nim nie słyszałem. Dopiero niedawno dowiedziałem się, że mieszka w Londynie.
– I pan sądzi, że to on puszcza w obieg fałszywe banknoty?
– Jestem o tym przekonany – podchwycił Helder – jestem tego równie pewny, jak i tego, że za tą całą sprawą stoi Bell.
– To absurd – powiedział Gold z naciskiem. – Bell jest człowiekiem niezmiernie bogatym. Być może, dla jakiegoś szalonego kaprysu, w młodości się tym bawił, lecz obecnie nie ma najmniejszego powodu grać roli złodzieja. Skąd panu wiadomo, że Willettsa mają aresztować?
Helder uśmiechnął się tylko, potrząsając głową.
– To już musi pan sam odgadnąć – rzekł. – Ale wiadomo mi.
Późną porą tej samej nocy przez Finsbury Square szedł wolnym, kulejącym krokiem jakiś z lekka przygarbiony człowiek.
Na skwerze nie było zbyt wielu ludzi i jedynym, który obserwował tego dziwnego przechodnia, był policjant na służbie. Czynił to jednak raczej z nudów aniżeli z chęci sumiennego dopełniania swego obowiązku – zwracania bacznej uwagi na wszelkiego rodzaju niezwykłe okoliczności i osoby.
Człowiek ten przyciągał uwagę swą ułomnością. Nosił czarny płaszcz, kapelusz o szerokich brzegach i miał długie czarne włosy, zaczesane do tyłu tak, że zwisały mu na karku, przez co wyglądał trochę na muzyka.
Doszedł do Broad Street – o tej nocnej porze na całej ulicy nie było nikogo poza parą spóźnionych pieszych, którzy zmierzali na stację kolejową – i skierował się ku brzegowi Tamizy.
Gdyby ktoś zadał sobie trud śledzenia go, musiałby się zdziwić, czemu obrał tak okrężną drogę, o ile jedynym powodem nie była prosta chęć zabicia czasu. Gdy zegar kościelny wybił jedenastą, znajdował się na obszernym placu za Giełdą Królewską. W trakcie drogi przyłączył się do niego jakiś drugi człowiek, który czekał już od jakiegoś czasu, powoli przechadzając się po chodniku Threadneedle Street.
– Witaj, Clark – przywitał go – nie masz listu?
Mówił po francusku.
– Nie, panie Willetts – odparł. – Czy ma pan dla mnie jakieś zajęcie?
Jego francuszczyzna była szkolna; poprawna w budowie zdania, lecz wymowa wyraźnie angielska.
Człowiek nazwany Willettsem potrząsnął głową.
– Tej nocy... nie mam nic – rzekł.
– Był ktoś u pana – mówił Clark – i rozpytywał o pańskie stosunki i zajęcia.
– Och – niedbale odpowiedział Willetts – to się już niejednokrotnie przydarzyło. Powiesz im, że jestem za granicą. Nic poza tym?
– Nie, m’sieur.
– W takim razie dobranoc.
Człowiek w czarnym płaszczu oddalił się i pokuśtykał dalej w kierunku Cheapside.
Podążali za nim dwaj ludzie. Nie mieli trudności w obserwowaniu go, albowiem ulice były zupełnie puste, a on szedł nader wolno.
Nie uszedł jednak daleko ulicą Cheapside, gdy przejechała taksówka, którą natychmiast zatrzymał, dając znak ręką.
Jeden z obserwatorów wysunął się szybko naprzód i niemal zrównał się z nim w tej chwili, gdy podawał szoferowi kierunek jazdy.
Obrócił się ku swemu towarzyszowi z tyłu i rzekł szybko zniżonym głosem:
– Jedzie do ambasady amerykańskiej.
Przywołali drugą taksówkę.
– Jedź pan za tym wozem przed nami – polecił ten z nich, który wydawał się nieco tęższy – nie trać go pan z oczu.
Szofer dotknął ręką czapki i jechał za pierwszą taksówką w odległości jakichś pięciu jardów. Siedzący w drugim wozie zauważyli, że pierwszy obrał kierunek, który mógł ich doprowadzić do Park Lane. Byli przygotowani na zmianę kierunku, lecz poprzedzający ich wóz nie dawał żadnego znaku migaczem. Na Piccadilly człowiek w drugim wozie wysunął głowę.
– Stanie pan z tej strony, pięćdziesiąt jardów od ambasady amerykańskiej, inaczej nam ucieknie – szepnął szoferowi.
Gdy zbliżyli się do ambasady, pierwszy wóz zawrócił w miejscu i zwolnił bieg, jakby chciał się zatrzymać. To był zręczny wybieg. Drugi wóz stanął zgodnie z poleceniem i jeden z siedzących wyskoczył z niego, by rychło spostrzec, że światła ściganego wozu momentalnie znikają ze wzrastającą szybkością. Gonili się przez uliczki zabudowane eleganckimi domami, których w tej dzielnicy jest całe mnóstwo, i ścigający z zapartym oddechem usiłowali nie stracić ściganego z oczu.
Zgubili go jednak w korkach na Oxford Street i z ust silnie zbudowanego dżentelmena w drugim wozie wydobyło się siarczyste przekleństwo. Wysiadł z wozu, płacąc szoferowi, i obaj, unikając lepiej oświetlonych ulic, skierowali się pieszo w swoją stronę.
– Dał nam szkołę, jak się patrzy – rzekł ten z nich, który wydawał polecenia kierowcy taksówki.
Drugi mruknął coś niezrozumiałego. Był to małomówny, niegolony drab z blizną na podbródku.
– Wróćcie lepiej z powrotem – rzekł pierwszy i sięgnąwszy ręką do kieszeni, wyjął trochę pieniędzy. – Ja idę do starego – dodał, wręczając je swemu towarzyszowi.
Cornelius Helder szedł bez celu Upper Brook Street, gdy pół godziny po opisanym wyżej zdarzeniu ów silnie zbudowany mężczyzna podszedł do niego
– Zgubiłem go – rzucił.
– Jesteś cymbał – odparł Helder z dzikim wyrazem w głosie – prawdopodobnie pokazał też pan swoją wstrętną gębę wszystkim policjantom w Londynie.
– Da pan spokój – przerwał tamten. – Zrobiłem dla pana dość w ostatnim czasie... powiedziałbym nawet, że za dużo. W tym tygodniu pod dostatkiem najadłem się strachu, oglądając swój rysopis w dziennikach.
– Nie ma co się bać – rzekł Helder. – Nie zdarzyło się to panu po raz pierwszy i mogli już pana rozpoznać.
– Ale ja w ogóle nie chcę być rozpoznany – odpowiedział tamten. – Na samo wspomnienie o tym cały drżę.
– Wstydź się pan – zauważył Helder. – Pańskim zadaniem było tylko nakłonić tego starucha, żeby nam raczył sprzedać swój materiał za jakąś rozsądną cenę.
– Jestem nerwowy – przyznał jego rozmówca, po czym nagle schwycił Heldera za ramię. – Słuchaj pan! To pan jesteś tu główną osobą, nie? A gdyby nas tak przyłapali, mógłby nas pan wydostać?
– Myślę, że nie – chłodno odparł Helder.
– W takim razie, na Boga, wsypię pana! – dziko zawył ten drugi.
– Myślę, że nie – powtórzył Helder – ja o niczym nie wiem. Pan chyba całkiem zdurniał ze strachu, kompletnie pan zwariował, skoro próbuje mi pan grozić. Robię sobie z pana o tyle. – Prztyknął palcami przy tych słowach. – Nie ma najmniejszych poszlak, które by mogły przemawiać przeciw mnie w sprawie zniknięcia tego starucha Maple’a. Nie będzie pan mógł pisnąć ani słowa.
W świetle ulicznej latarni ujrzał twarz tamtego. Spływała potem, a usta drgały kurczowo.
– Ja nie miałem z tym nic wspólnego – odezwał się nagle. – To Charles wykonał pański rozkaz, on to zrobił. Zrobił to tak samo jak ja w przypadku tego starego Golda. Pana przy tym również nie było, prawda?
Na szczęście szli całkiem opustoszałą ulicą. Głos mówiącego był uniesiony gniewem.
– Mam już tego dość – zakończył – dość mam tej gry.
– To się panu nie uda – spokojnie wtrącił Helder.
– Tak, koniec – powtarzał tamten podniecony – nie mam już z panem nic wspólnego. Bóg mi świadkiem na niebie, że z tym koniec.
Helder zaczął się śmiać, nie było potrzeby zmiany taktyki.
– Jacyż to nagle stajecie się religijny, patrzcie no! – rzekł. – Nie mam ochoty słuchać takich tekstów z ust chicagowskiego gangstera, który szczycił się zawsze przydomkiem „silnych ramion”. Nie macie się czego obawiać, Billy – poklepał go po ramieniu – zwłaszcza że mamy widoki na wielkie powodzenie. Od dziś za dwa lata będziecie sobie mogli fundować najelegantsze lokale w Nowym Jorku i luksusowy automobil na niedzielne przejażdżki na Coney Island.
Tamten nie dawał się tak łatwo udobruchać. Znalazł się w dziwnie obcym kraju, w którym obowiązywały dziwaczne ustawy, to było ponad jego siły. By odzyskał równowagę i spokój, Helder musiał go zaprowadzić do zacisznego kąta jakiegoś baru. Po jakimś czasie gangster stał się nawet wesoły i rozmowny.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
