Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 389 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Spisek scenarzystów - Nerkowski Wojciech

Zaskakująca i nieoczywista rozrywka, prawdziwa Superprodukcja!

Kryminalna komedia na najwyższym poziomie!

Producentka serialu kryminalnego, zwana przez współpracowników Palomą, popełnia samobójstwo. Dwójka scenarzystów nie wierzy w oficjalną wersję zdarzeń. Zbyt wiele osób z ekipy filmowej miało motyw, żeby ją zabić. Scenarzyści rozpoczynają prywatne śledztwo, w którym pomaga im znany aktor celebryta. Krok po kroku odsłaniają sieć powiązań w show-businessie, skrzętnie skrywane skandale i namiętności. Rzeczywistość miesza się bohaterom z serialową fikcją, a wszystko pół żartem, pół serio. Policja nie traktuje ich poważnie, do czasu aż w ekipie serialu dochodzi do kolejnego morderstwa.

Czy trójka detektywów amatorów okaże się skuteczniejsza od policji?

Opinie o ebooku Spisek scenarzystów - Nerkowski Wojciech

Fragment ebooka Spisek scenarzystów - Nerkowski Wojciech

Copyright © Wojciech Nerkowski, 2017

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2017

WYDANIE ELEKTRONICZNE 2017

Redaktor prowadzący: Patryk Mierzwa

Redakcja: Malwina Błażejczak

Korekta: Barbara Borszewska

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Fotografie na okładce: © Egor Tetiushev/Shutterstock

Konwersja: Grzegorz Kalisiak

ISBN 978-83-7976-727-4

CZWARTA STRONAGrupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

czwartek, 28 marca

1

Sylwia Leśniewska zawsze czuła się dziwnie, patrząc na śmierć swojej ofiary. Wprawdzie nie ona pociągnęła za spust, ale misterny plan zabójstwa narodził się w jej głowie. Niespełna trzydziestoletniej filigranowej blondynki w okularach. Cichej, emanującej spokojem, którą ktoś postronny mógłby wziąć za nauczycielkę klas jeden–trzy albo nawet przedszkolankę.

Na oczach Sylwii konała kobieta w wieku jej matki. Czterdziesta któraś brutalna i nagła śmierć na jej koncie. W ciągu niespełna trzech lat. Sylwia starała się ich nie liczyć, nie kolekcjonować, jak to ponoć robią seryjni mordercy. Tak naprawdę brzydziła się przemocą i miała silnie rozwiniętą empatię. Od dziecka była wrażliwa na cierpienie. Ludzi i innych istot żywych. Do tego stopnia, że po pierwszych wiosennych deszczach, idąc chodnikiem do metra, uważała, by nie rozdeptywać dżdżownic (no chyba że bardzo się spieszyła). Nie jadła mięsa, unikała skórzanych butów i pasków oraz jajek z chowu klatkowego. Hojnie wspierała rozmaite akcje charytatywne. Tylko co z tego? Hitler też podobno był wegetarianinem.

Najchętniej uciekłaby stąd i zaszyła się gdzieś z książką i kubkiem kawy. Gdyby ktoś kilka lat temu opisał jej przyszłość zawodową, pomyślałaby, że żartuje. Kończyła wówczas studia na wydziale filozofii i rozważała pozostanie na uczelni. Interesował ją egzystencjalizm i fenomen przemijania, ale nie sądziła, że zajmie się jego bardziej praktyczną stroną. Promotorka nigdy nie wybaczyła Sylwii rezygnacji z doktoratu. Kiedy latem zeszłego roku wpadły na siebie na Nowym Świecie, Sylwia wstydziła się przyznać, czym się teraz zajmuje. Szła akurat do Biblioteki Uniwersyteckiej wypożyczyć książkę o toksykologii i truciznach, żeby poczytać o szybkości i skuteczności działania trutki na szczury w ludzkim organizmie, ale promotorce nakłamała, że idzie po Bojaźń i drżenie Kierkegaarda, bo rozważa powrót na uczelnię.

Oto jest tajemnica życia – pomyślała, patrząc na swą najnowszą ofiarę. Ciągła ucieczka przed cierpieniem, które i tak prędzej czy później dopadnie nas i wypatroszy. Wszystkich i każdego z osobna…

Męka malująca się na twarzy umierającej sprawiała jej niemal fizyczny ból, ale Sylwia musiała tu tkwić i w ciszy czekać na koniec. Co innego Kuba Leśniewski. Stał sobie obok Sylwii i nie mógł oderwać wzroku od mrocznego spektaklu. Patrzył z uwagą, krytycznie, i jednocześnie z satysfakcją wynikającą z poczucia dobrze wypełnionego obowiązku. On też maczał palce w zabójstwie, które zmierzało do nieuchronnego finału. Po tylu latach Sylwię wciąż zaskakiwało, jak bardzo się różnią. Wspólne mieli chyba tylko nazwisko. No i oboje nosili okulary, które zresztą kupili w promocji dwie pary w cenie jednej.

Stali w pewnej odległości, żeby nie przeszkadzać, i patrzyli. Ranna kobieta była ubrana w mundur podkomisarza policji. Miała falujące, miedziane włosy i porcelanową twarz, której uroda mimo reanimacji botoksem gasła. Leżała na podłodze, na szaroburej wykładzinie dywanowej, przy przewróconym krześle komputerowym. Oddychała ciężko, z coraz większym trudem. Ręce kurczowo przyciskała do zakrwawionej klatki piersiowej. Palce były już całe czerwone, a materiał wokół nich z granatowego zmienił się w czarny. Głowę podtrzymywał jej młody, zabójczo przystojny aspirant. Nie, to nie przesada ani zbędny epitet. Trudno było nie zwrócić na niego uwagi. Jeśli urodę na poziomie modela lub modelki ma średnio jedna osoba na sto, jego atrakcyjność była jeszcze rzadsza, rzędu promila.

– Leż, nie szarp się… – Policjant mówił przyjemnym, niskim głosem, ale zaraz dodał ostrzej: – Spokojnie! Powiedz tylko kto…

Cisza. Dał się słyszeć jedynie rwany oddech rannej. Prawa noga drgała jej spazmatycznie, jak gdyby policjantka usiłowała oprzeć stopę na podłodze i spróbować wstać.

– Kto?! – powtórzył aspirant bardziej stanowczo i nachylił się bliżej jej ust.

– Dbaj… o Anię… – wycharczała z trudem, a z kącika ust pociekła jej ciemnoczerwona stróżka.

Sylwii ścisnęło się serce. Coś dusiło ją w gardle, a wrażliwość kazała odwrócić głowę. Przez chwilę błądziła wzrokiem po pomieszczeniu. Zagracone biurko z bukowej okleiny, na ścianie korkowa tablica z mapą Warszawy, w którą wbito kolorowe znaczniki, plastikowy kosz na śmieci, kaloryfer. W końcu skupiła się na profilu przystojnego policjanta. Opalony, krótko obcięty. Miał ostre rysy twarzy, jakby naszkicowane śmiało, ale bezbłędnie przez utalentowanego rysownika. Mięśnie żuchwy drgały niczym napięte struny. Równe jak od cyrkla brwi były ściągnięte gniewem pomieszanym z zaskoczeniem, może też z odrobiną bezradności, że nic sensownego nie da się już zrobić. Ale nawet w tak traumatycznej chwili z pięknej, surowej twarzy biły swego rodzaju szlachetność i spokój. Sylwia pomyślała, że z powodzeniem mógłby reklamować ekskluzywne chronometry lub limuzyny. Do spotów chipsów czy też piwa raczej by go nie wybrano.

Przystojniak chciał coś powiedzieć… Za późno. Oczy policjantki znieruchomiały, ciało rozluźniło się, a oddech ustał.

Sylwia poczuła dreszcz. Mimowolnie złapała za rękę stojącego obok Kubę. Natrętne myśli sugerujące, żeby rzucić tę robotę i uciekać, gdzie pieprz rośnie, wzmogły się, ale wiedziała, że nie ma już powrotu do doktoratu ani do Kierkegaarda. Musi iść konsekwentnie drogą, którą świadomie przecież wybrała.

– I… Cięcie! – zatrzeszczał głos w krótkofalówce. – Mamy to. Dzięki!

2

Aż się wzdrygnęła. Miała wrażenie, że komenda reżysera za szybko przerwała misterium śmierci. Pseudośmierci, ale jednak misterium. Powaga sytuacji wymagała dłuższego momentu wyciszenia i refleksji. Nawet jeśli wszyscy padają na twarz ze zmęczenia, bo kręcą trzeciego już dubla i jest czwartek wieczorem, ostatni dzień pracy ekipy przed weekendem (w piątki nie było zdjęć, czasami tylko odbywały się próby).

Puszczając rękę Kuby, który natychmiast zajął się sprawdzaniem czegoś w komórce, napotkała parę lekko zawiedzionych modrych oczu, spoglądających spod jakby wyrysowanych cyrklem brwi. Poczuła, że nie jest odosobniona w swoim cichym oburzeniu. Od razu zrobiło się jej milej na sercu, ale onieśmielona uciekła wzrokiem. Nie chciała, by pomyślał, że się na niego gapi.

Artur. Tak miał na imię aktor grający główną rolę w serialu Stój, bo strzelam! Artur Grabski. Wcielał się w postać trzydziestolatka, ale tak naprawdę był dwa albo trzy lata młodszy. Sylwia pamiętała, że podczas castingów ona i Kuba wyrażali obiekcje, czy tej roli nie powinien zagrać ktoś starszy. Niespecjalnie odpowiadało im też to, że Artur jest obłędnie przystojny, bo siłą tej postaci miała być osobowość. Proponowali innego aktora, ale jako scenarzyści nie mieli decydującego słowa w sprawie obsady. Sylwia miała wrażenie, że producenci i reżyser castingowy wysłuchali ich opinii jedynie przez grzeczność. Decyzje podejmował kto inny. Pewnie i tak nikt z produkcji, tylko wyżej, z samego wierzchołka tej góry lodowej, czyli z zarządu stacji telewizyjnej.

Światła na planie przygasły, za to martwa policjantka ożyła. Podciągając się na ramieniu Artura, wstała i poprawiła granatową spódniczkę munduru, przeczesała miedziane włosy. Zaraz podbiegała do niej obcięta „na zapałkę”, obficie zakolczykowana tleniona blondyna w zgniłozielonej koszulce na ramiączka i bojówkach moro. Podsunęła tekturowe pudełko z motywami kwiatów i motyli.

– Ale zajebiście pani umiera – ekscytowała się blondyna. – Ciary mam jak na koncercie Eltona Johna!

Aktorka wyszarpnęła jedną chusteczkę, potem drugą i jeszcze jedną. Niecierpliwym gestem wytarła z policzka karmazynową smugę, zmywając przy tym szminkę i grubą warstwę podkładu, spod którego wyzierała ciemniejsza cera, blade wargi i siatka głębokich zmarszczek mimicznych wokół ust.

– Zabiję ją. Zabiję tę sukę, zobaczycie… – syknęła, odsłaniając przy tym „zakrwawione” zęby. Wyglądała jak rozjuszona wampirzyca, świeżo po wgryzieniu się w tętnicę jakiegoś nieszczęśnika. Mimo upału i zaduchu, jaki panował na planie od wyłączonych dopiero przed chwilą reflektorów, Sylwia znów poczuła przebiegający po plecach dreszcz.

Krzywiąc się i klnąc, aktorka wypluła na chusteczkę resztkę sztucznej krwi, wytarła język, a na koniec palce. Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale w końcu zrezygnowała i tylko potrząsnęła głową. Zmięte, zaślinione chusteczki cisnęła w kierunku zakolczykowanej dziewczyny, trafiając ją w twarz. Odwróciła się na pięcie i odeszła.

– Tonie w długach – wyszeptał Sylwii do ucha Kuba, odrywając na chwilę wzrok od komórki.

Musieli przesunąć się, żeby ustąpić miejsca ekipie demontującej oświetlenie.

– Kto?

– No jak to kto. Grażyna!

Nie chciało jej się wierzyć. Pomyślała, że to kolejna plotka roznoszona przez Kubę niczym grypa w sezonie jesienno-zimowym, bo przecież Grażyna jest jedną z najsłynniejszych polskich aktorek, wymienianą w rozmaitych rankingach i zestawieniach jednym tchem z Jandą, Stenką czy Figurą. W młodości grała u znanych reżyserów, u Wajdy dwa razy. Dostała nawet Złotą Muszlę w San Sebastian. Wprawdzie jej gwiazda, podobnie jak i uroda, powoli gasła, ale Grażyna miała willę w Konstancinie i krwistoczerwone porsche, czym chwaliła się w kolorowych magazynach, a niedawno podpisała kontrakt reklamowy z czołowym producentem kremów 40+.

– Rien ne va plus. – Kuba wykonał energiczny gest dłonią, jakby coś zakręcał, po czym zaterkotał.

– Myślisz? – Sylwia zmarszczyła brwi, przez co obsunęły się jej okulary. Poprawiła je, dociskając oprawki palcem wskazującym do nasady nosa.

– Że ruletka? No na pewno nie rozbierany poker – zachichotał. – Już nie. W każdym razie Jonasz, wiesz który… – Mrugnął znacząco.

– Krupier – bardziej strzeliła, niż sobie przypomniała.

– Mhm. – Kuba kiwnął energicznie głową. – Powiedział, że często u nich bywa. W Marriotcie. Właściwie za każdym razem jak on ma zmianę. Uzależniona po uszy. Zawsze stawia na czerwone…

– Biedna. – Sylwia spojrzała w kierunku garderoby, w której drzwiach właśnie zniknęła Grażyna. – Chyba naprawdę u niej kiepsko…

– Bo tak najechała na Palomę? – wszedł jej w słowo. – Teraz może se ulżyć. Nic już jej przecież nie zaszkodzi.

Sylwia przypomniała sobie, że słynna aktorka za wszelką cenę próbowała utrzymać się w serialu. Gdy tylko dostała scenariusz kręconego właśnie odcinka, wpadła w histerię. Pojawiła się w ich gabinecie z ciastem od Ges­slerowej. Zaczęła naciskać, żeby zmienili historię, napisali wszystko od nowa. Może niech już tak będzie – argumentowała – że grana przez nią policjantka zostanie ranna. Niech ją postrzelą, skoro musi być dramatycznie. Nawet dwa albo i trzy razy! I jeszcze przejadą po nogach, cofając samochód. Będzie sparaliżowana! Na wózku, a co tam! Albo niech złoczyńcy utną jej język. To nawet fajne, bo potem nie będzie musiała uczyć się roli. Ale niech się wyliże! Bez języka to oczywiście tylko metaforycznie, ale jednak. Niech nie umiera. Śmierć jest taka okropna, nieodwracalna.

Dość szybko Grażyna połapała się, że tak naprawdę to nie Leśniewscy zabili jej postać, tylko producentka. Pani i władczyni, trzęsąca wszystkimi, żelazną ręką dzierżąca ster serialu. Paulina Gadomska, pseudonim Paloma. To ona pokazała Grażynie palec. Kciuk w dół.

Przezwisko oznaczające po hiszpańsku gołębicę pasowało do Palomy jak pięść do nosa, ale może właśnie dlatego się przyjęło. Choć przez jakiś czas konkurowało z innymi: Czarna Wdowa (wprawdzie była brunetką, ale nigdy nie wyszła za mąż), Bulterier w Spódnicy (trochę wydumane), Czarna Mamba (oklepane), Żelazna Lady (podobno sama tak się nazywała, stając w jednym rzędzie z Margaret Thatcher, ale w obiegowej opinii z damą miała niewiele wspólnego).

Paloma była bardziej nieugięta niż hartowana stal. Żadne prośby i groźby nigdy nie skłoniły jej do zmiany raz podjętej decyzji. Na własnej skórze przekonała się o tym wciąż rosnąca rzesza zwolnionych przez nią współpracowników – od statystów, poprzez reżyserów, kierowników planu, a skończywszy na pierwszoligowych gwiazdach. Dwójki scenarzystów nie mogła ruszyć tylko dlatego, że serial był ich pomysłem i przytomnie zapisali to sobie w kontrakcie. Na własny użytek Sylwia i Kuba nazwali kiedyś Palomę Królową Kier, bo przypominała im postać z Alicji w Krainie Czarów – despotyczną wariatkę, która rozkazywała wszystkim wokół, bez opamiętania pokrzykując przy tym co chwila: „Ściąć go!” albo „Ściąć ją!”. Ta wersja przezwiska jednak się nie przyjęła. Kuba narzekał, że ludzie głupieją; nikt już nie czyta książek.

Starania Grażyny na nic się zdały. Scenariusz odcinka, w którym jej postać umiera, został zaakceptowany podczas script meetingu i skierowany do produkcji. Asystent odpowiedzialny za planowanie wpisał sceny do programu Movie Magic. Kalendarzówka – czyli spis scen na dany dzień – została wydrukowana i rozdystrybuowana wśród ekipy. Kostiumolog przygotował cztery mundury, a rekwizytor cztery baloniki ze sztuczną krwią do schowania pod policzkiem (choć ostatecznie skończyło się na trzech dublach).

I tak właśnie w ostatni czwartek marca Władziu, jeden z kierowców obsługujących produkcję serialu (wychodziło taniej niż taksówki – Paloma oprócz głów lubiła ciąć również koszty), podjechał bladym świtem pod willę w Konstancinie. Grażyna trzasnęła drzwiami i podeszła do furtki sztywno, z dumnie uniesioną głową, niczym Maria Antonina zmierzająca na szafot. Szron chrzęścił jej pod stopami, lodowaty wiatr szarpał miedziane loki, a kruki i wrony siedzące na ogołoconych z liści drzewach ponuro krakały. Kilka godzin później słynna aktorka zmuszona była odegrać scenę swojej śmierci i zainkasować ostatnie siedem i pół tysiąca za dzień zdjęciowy (ośmiotysięczniki, podobnie jak w górach, były dostępne tylko dla tych naprawdę wyjątkowych spośród nielicznych). Jedno i drugie zrobiła jak zwykle z klasą i profesjonalnie.

Z małym wyjątkiem. Wszyscy na planie słyszeli, jak Grażyna grozi producentce śmiercią.

Trzy dni później zaalarmowana przez sąsiadów policja, tym razem prawdziwa, weszła do mieszkania Palomy na Powiślu. Producentka była w stanie postępującego rozkładu.

poniedziałek, 1 kwietnia

3

Obudził ją wystrzał korka od szampana, po którym dało się słyszeć bulgotanie trunku nalewanego do kieliszka. Przerażona otworzyła oczy i zobaczyła ciemność, która wyglądała na sam środek nocy. W ułamku sekundy krew uderzyła jej do głowy i rozeszła się po twarzy nieprzyjemną falą gorąca.

Rany boskie, jakiś psychol? Włamał się! Hannibal Lecter, który chce wypić aperitif, zanim przejdzie do dania głównego?!

Strach ścisnął jej krtań, ale kiedy już miała wyskoczyć z łóżka, by w nierównej walce spróbować pokonać intruza, przypomniała sobie, że to brat ustawił jej dwa dni temu taki dźwięk nadchodzącego esemesa. Kuba, sam zapalony gadżeciarz, jak tylko miał okazję, grzebał również w komórce siostry, bo Sylwia w rozwoju technicznym zatrzymała się na etapie podłączania i odłączania ładowarki.

Musi zmienić ten sygnał. Na klasyczne puk-puk. Albo lepiej nie, bo wtedy zbudzi się zlana potem, że ktoś dobija się do niej po nocy. To może jakieś bim-bam-bom, tra-la-la-la albo rim-pim-pim?

Choć już od ponad miesiąca spała sama, stare nawyki trzymały się mocno. Nadal zajmowała gorszą połówkę łóżka – w kącie, przy ścianie. Już dwukrotnie od rozstania zmieniała pościel. Pierwszy raz natychmiast, tego feralnego dnia… Potem już w normalnym trybie. Ale za każdym razem powlekała drugą poduszkę, której później nie używała. Tak jakby nie mogła się przyzwyczaić do bycia singlem. Albo próbowała choć trochę zamaskować samotność. Bo powrót pana wiarołomnego nie wchodził w rachubę…

Przeturlała się niezdarnie w kierunku stolika nocnego, na którym wymacała książkę, a obok komórkę. Złapała ją, strącając przy tym okulary.

Białe cyfry na ekranie ukłuły ją w oczy. Aż musiała przymknąć na moment powieki. Kiedy znów je uniosła, zobaczyła, że jest 5.57.

Znów poczuła strach. Przeczuwała, że coś się stało. Coś niedobrego, nieodwracalnego. Jeszcze nie wiedziała co, ale za chwilę się dowie. A jednak odblokowując ekran, usiłowała uspokoić się i pocieszyć. Może to jakaś zabłąkana promocja, zniżka na OC/AC, na poradę wróżki, na badanie gęstości kości? Może Kuba zabalował, w końcu jest niedziela, to znaczy już poniedziałek nad ranem, i chce podzielić się z nią najnowszą ploteczką, kto z kim właśnie wyszedł z VIP-roomu modnego klubu, bo do innych przecież Kuba nie chadza…

Strach ostatecznie wziął górę i wbił w mózg kolejną szpileczkę. Tym razem z przyczepioną karteczką: Rodzice. Zbyt wysokie ciśnienie taty. Mama, która ostatnio kilka razy narzekała na dziwne bóle głowy…

Ale wtedy, gdy w ułamku sekundy adrenalina już na całego pompowała panikę do krwiobiegu, Sylwia zobaczyła, że nadawcą esemesa jest Damian.

Damian? Jaki Damian?! Aaa, Damian!

paloma nie żyje. sztab kryzysowy w Stacji. przyjedźcie jak najszybciej.

W pierwszym odruchu uznała, że to może makabryczny żart (czy wczoraj przypadkiem nie skończył się marzec?). Nie takie psikusy podpowiadała ułańska fantazja artystom. Ale Sylwia wzięła głęboki wdech i już wiedziała, że to nie Prima Aprilis.

Po pierwsze, Damiana trudno było określić mianem artysty. Nie należał do pracującej przy serialu braci filmowej. Zatrudniony w stacji na stanowisku asystenta – sekretarki, jak złośliwie określał Kuba – zasilał raczej szeregi korposzczurów. Po drugie, Damian nigdy nie użyłby w oficjalnym obiegu przezwiska producentki. Był nieuleczalnym i bezwstydnym lizusem. Leśniewscy podejrzewali, że jego ojciec z matką mają gdzieś w Polsce fabrykę wazeliny. Nawet w poniedziałek o szóstej rano pamiętał, żeby podkreślić swój szacunek dla stacji poprzez napisanie jej wielką literą. Zaś producentkę zredukował do Palomy. Gorzej: palomy.

Paulina Gadomska nienawidziła swojej ksywy. W stacji panowała atmosfera braku zaufania, królowały intrygi i niezdrowa rywalizacja. Na pewno znalazłby się życzliwy, kto doniósłby, że asystent ją przezywa. Tak jak ktoś zakablował oświetleniowca, że dorabia w Klanie, co skończyło się dla biedaka zwolnieniem dyscyplinarnym. Dlatego przezwisko „Paloma” funkcjonowało jedynie między zaufanymi przyjaciółmi. Najzaufańszymi. Fakt, iż Damian użył przezwiska w wiadomości wysłanej do Sylwii, oznaczał, że szefowa nic już nie może mu zrobić. Czyli naprawdę nie żyje. Na sto procent.

Sylwia otrzeźwiała w mgnieniu oka. Nim zgasł ekran komórki, dotknęła imienia nadawcy esemesa, a gdy wyświetlił się numer, nacisnęła zieloną słuchawkę, siadając jednocześnie na łóżku. Pytania kłębiły jej się w głowie. Co się stało? Jak zmarła? Tak nagle?! Chorowała na serce? Prędzej wypadek.

Zajęte, od razu zgłosiła się poczta głosowa.

Sylwia rozłączyła się. Nie lubiła nagrywać wiadomości, zostawiać trwałego śladu. Wstając z łóżka, podniosła z podłogi okulary i odłożyła je na stolik. Poszła do łazienki. Nie włączyła głównego światła, a tylko ledową obwódkę lustra. Skorzystała z toalety. Myjąc ręce, zerknęła na swoje odbicie.

Zobaczyła przestraszoną trzydziestolatkę o delikatnych rysach i włosach w kolorze mysiego blondu. Bez okularów pewnie nikt by jej nie rozpoznał na ulicy. Jedynie piegi na nosie i policzkach zapadały ludziom w pamięć, ale o tej porze roku, na przednówku, ledwie się odznaczały. Sylwia była wiotka i drobna, miała palce pianistki, a kiedy pierwszy raz uścisnęła rękę Pauliny Gadomskiej, producentka zażartowała, że byle podmuch wiatru pewnie zwala ją z nóg. Krucha sylwetka nie była zasługą diet ani ćwiczeń, ale słabego krążenia krwi. Sylwia lubiła mówić, że ma leniwe serce. W dzieciństwie robiono jej rozmaite badania. Spędziła nawet kilka dni w Centrum Zdrowia Dziecka, ale lekarze nie doszli do żadnych miarodajnych wniosków. Kiedy będąc nastolatką, szybko rosła, zdarzyło się jej kilka razy zasłabnąć w szkole, ale potem wszystko ucichło i „problemy sercowe” zaczęły oznaczać coś zgoła innego.

Paloma nie żyje – powtórzyła Sylwia w myślach, obracając przy tym w dłoniach zaokrągloną kostkę mydła, którego zapach dawno wywietrzał. Patrząc na siebie, doświadczyła jednego z tych przykrych doznań egzystencjalnych. Trudnych do opisania, ale które sprowadzają się do tego, że przez chwilę widzi się w swoim odbiciu obcą osobę. Sylwia odruchowo dotknęła ręką dekoltu kremowej koszuli nocnej, szukając pionowej blizny przebiegającej wzdłuż mostka, między piersiami. Była tam, uwieńczona wytatuowaną kropką. Pamiątka po kolejnych problemach zdrowotnych, tym razem z drugiej dekady życia. Nie ulegało wątpliwości, że przed lustrem stoi Sylwia Leśniewska.

Zajrzała do Tadzia, ale spał w najlepsze, odłożyła więc karmienie na potem. Trzy minuty później, ubrana w biały szlafrok frotté, który lekko zalatywał wybielaczem, krzątała się w kuchni, znów z komórką przy uchu. Po drugiej stronie gorącej linii był Kuba.

– Poczekaj – powiedziała i włączyła na kilka sekund elektryczny młynek, który zawył jak startujący boeing. Lubiła dobrą kawę, ale od lat była wierna najzwyklejszemu ekspresowi przelewowemu na papierowe filtry. Uważała, że moda na drogie i coraz bardziej wymyślne gadżety, prychające parą pod ciśnieniem, jest w dużej mierze manipulacją producentów sprzętu AGD, która nijak nie przekłada się na lepszy smak napoju.

– Paloma nie żyje, a ty sobie kawę robisz! – fuknął Kuba, ale zaraz wrócił do poprzedniego tematu. – Zawsze wiedziałem, że mnie nie lubi, Damianek, psia jego mać, ale żeby tak oficjalnie mnie zignorować?

– Paloma nie żyje, a ty się przejmujesz, czy Damian cię lubi? – Mimowolnie sparodiowała jego oburzenie. Zdjęła pokrywkę młynka i odłożyła ją na blat z okleiny imitującej jesion, rozsypując przy tym szczyptę kawowego pyłu.

– Ja? No co ty! W ogóle się nie przejmuję. Gdzieś mam tego pedałka i jego atencję. No proszę cię! – prychnął. – On, owszem, na siłkę chodzi, ale torbę sportową nosi przewieszoną w zgięciu łokcia, sam widziałem! A klapki pod prysznic ma wysadzane kryształkami Swarovskiego. Chyba tak nisko jeszcze nie upadłem, to znaczy, tak źle o mnie nie myślisz, prawda?

Sylwia sięgała właśnie po leżące na kamiennym parapecie pudełko z papierowymi filtrami, ale drżąca z przejęcia ręka zatrzymała się w pół drogi.

– Jesteś tam? – dopytywał Kuba. – Halo!

Sylwia spojrzała na ledwie szarzejące niebo, jeszcze czarno-białe kształty dachów i majaczącą w oddali smolistą ścianę Lasu Kabackiego. Pomyślała, że zaraz ta ponura sceneria ustąpi miejsca wschodowi słońca. Zrobi się jasno i pojawią się kolory, zaczną śpiewać ptaki. Jak każdego dnia, świat przejdzie ewolucję od kina niemego i czarno-białego do technikoloru, ale Paloma już tego nie zobaczy. Tego ani nic innego. Już nigdy. Ciemność. Wiekuista ciemność.

Nagle zrobiło jej się przeraźliwie smutno.

– Kuba, ona nie żyje – powiedziała przez ściśnięte gardło. Aż musiała odchrząknąć, po czym dodała pospiesznie, jakby wstydząc się chwili słabości: – A Damian ma pewnie kilkadziesiąt osób do poinformowania. Całą produkcję i kogo tam jeszcze. Wszystko się sypie, więc uznał, że… że ja ci przekażę…

Kuba zamilkł. Tkwili przez dłuższą chwilę w ciszy. W końcu Kuba odezwał się, ale tonem, w którym dominowała nuta zawstydzenia i może też i troski:

– Dobra… Pij tę kawę, narkomanko. Łoisz kofeinę jak miś koala eukaliptusa. Jesteś uzależniona, wiesz o tym? Zaraz po ciebie przyjadę.

Nim Sylwia zdążyła coś odpowiedzieć, rozłączył się. W przeciwieństwie do niej, brat był impulsywny, żeby nie powiedzieć porywczy. Została z pikającą komórką przy uchu. Odłożyła ją na blat i włączyła ekspres. Kiedy pierwsze rozgrzane krople kawy spadły na dno szklanego dzbanka, Sylwia nadal myślała o nieistnieniu Pauliny Gadomskiej. Choć wstydziła się przyznać do tego nawet sama przed sobą, oprócz smutku i zaskoczenia czuła też ogromną ulgę.

4

– Biedna Amelka, na pewno umarła z głodu – zamartwiała się atrakcyjna brunetka. Jej twarz była przyjemnie owalna, a kontur twarzy podkreślały gładko zaczesane proste włosy do ramion. Miała jasną cerę, pełne usta, lekko zadarty nosek, a oczy czarne i wielkie jak u postaci z mangi. Do tego miała na sobie narzutkę, która przypominała popielate kimono, i czarne legginsy.

– Who the fuck is Amelka? – spytał Kuba, zakładając nerwowo nogę na nogę.

– Nie kto, tylko co. Tchórzofretka. Trzy dni bez jedzenia i picia. Zamknięta w mieszkaniu. To pewnie zdechła, tak?

– Paloma miała zwierzątko? – Kuba znów zmienił ułożenie nóg i zaczął podrygiwać stopą w pomarańczowym trampku z ciemnozieloną sznurówką. – Boże, biedne stworzenie!

– No wiesz… taka rekompensata dziecka.

– Raczej substytut – wtrąciła odruchowo Sylwia.

– Substrat jeśli już, tak? – Brunetka posłała jej niechętne spojrzenie, po czym zaczęła nerwowo pędzlować wargi błyszczykiem, który wyciągnęła z torby z lakierowanej czarnej skóry.

Sylwia już otworzyła usta, żeby ją poprawić, ale ostatecznie odpuściła.

– W sumie mnie to nie dziwi. – Kuba sprawdzał coś w komórce. – Choć obstawiałbym kota. Stare panny trzymają koty.

– Była uczulona na koty. – Tatiana też sięgnęła po komórkę. Włączyła przedni aparat, żeby przejrzeć się w nim niczym w lusterku i sprawdzić efekt malowania ust. Odłożyła telefon i znów odkręciła błyszczyk. – W sensie na sierść, no ale ciężko znaleźć kota bez sierści, tak?

– No chyba że sfinks.

– W sensie figurka?

– Rasa taka. Jest goły.

– Fuj!

Siedzieli w trójkę na dwudziestym czwartym piętrze biurowca stacji, zwanego Wieżą Pastel, bo wszystkie wnętrza pomalowano w delikatne kolory dziecięcych pokoi. Błękicik, kanarkowy, morelka, zielony groszeczek. Tu znajdował się gabinet Damiana i scenarzystów. Paloma urzędowała piętro wyżej. Zajęli kanciastą kanapę ze skóry w kolorze kości słoniowej, która wraz z niskim szklanym stolikiem i dwoma fotelami tworzyła ascetyczne lobby naprzeciwko windy i pustej o tej porze recepcji. Wystroju wnętrza dopełniała stojąca przy przeszklonej ścianie kremowa donica z bananowcem, co do którego trudno było stwierdzić, czy jest żywą rośliną, czy tylko atrapą.

Sylwia nie przepadała za tym miejscem. Było estetyczne i przyjazne, ale w jakiś plastikowy sposób; przypominało powiększony do naturalnych rozmiarów biurowiec Barbie, w którym wszystko tylko podszywa się pod rzeczywistość. Cieszyła się, kiedy udało jej się dostrzec nieliczne elementy anarchii, nawet takie jak guma do żucia przyklejona od spodu szklanego blatu stolika.

– Czyli ona nie żyje od kiedy? Dziś jest poniedziałek… Od piątku? – spytał Kuba po chwili namysłu.

– Podobno – wymamrotała Tatiana, starając się nie poruszać wargami, które wciąż mazała błyszczykiem. – Tak mi powiedział Damian.

– Zadzwonił do ciebie? – Kuba sprawiał wrażenie nieprzyjemnie rozczarowanego.

Tatiana grała w serialu główną rolę kobiecą. Choć zdaniem Leśniewskich „grała” to było za dużo powiedziane. Sylwia i Kuba byli przekonani, że jej drewniane aktorstwo, drażniąco metaliczny głos i niemiły sposób bycia są kulą u nogi, balastem, który od początku ciągnie serial na dno wyników oglądalności. Widzowie jej nie kupili i trudno było mieć do nich pretensje. Aż dziw, że chłodnej, pozbawionej wdzięku aktorce, choć fizycznie niewątpliwie urodziwej, powierzono rolę policjantki, która w zamyśle scenarzystów miała być typem sympatycznej dziewczyny z sąsiedztwa. W scenariuszu dali jej posag w postaci ciepła i kilku dodatkowych kilogramów, ale na ekranie Ania – bo tak miała na imię postać grana przez Tatianę – objawiła się jako posągowa piękność wykonana z zimnego alabastru.

Leśniewscy chętnie uśmierciliby jej postać, zamiast pozbywać się Grażyny, ale Paloma nigdy nie dała im zielonego światła, choć sondowali temat co pół roku, za każdym razem, kiedy przedstawiali długofalowe planowanie serialu. Producentka niezmiennie odpowiadała, że Tatiana ma za szerokie plecy. Dosłownie też, ponieważ miała sylwetkę pływaczki, ale tajemnicą poliszynela był jej romans z kimś z wierchuszki stacji, członkiem zarządu, a może nawet wyżej. Ten ktoś nie tylko załatwił jej angaż, lecz także gwarantował, że kule przestępców w cudowny sposób nie imały się policjantki Ani.

– Tchórzofretka? Tchórzofretka to pewnie zaczęła podgryzać ciało. – Kuba uspokajająco poklepał Tatianę po ramieniu. – Tak więc nic się nie martw. Pewnie żyje i ma się całkiem dobrze na wysokobiałkowej mięsnej diecie.

– Fuj! – Tatiana jęknęła, upuszczając z wrażenia błyszczyk.

– U Palomy to prędzej umarłaby z braku seksu – dodał Kuba poważnym tonem.

– Ty tylko o jednym! – Tatiana przewróciła oczami i spojrzała z niechęcią na leżącą u jej stóp podłużną buteleczkę i różowy kleks. – Faceci… – Wydęła lekceważąco usta.

– Fakt niepodważalny! Naukowy. Jak tchórzofretka wchodzi w ruję, to tylko kopulacja może zatrzymać wydzielanie estrogenu, którego nadmiar jest toksyczny! Prowadzi biedne zwierzątko do śmierci. A jak wiadomo, Paloma była psem ogrodnika. Suką! Na pewno nie pozwoliłaby Amelii na bzykanko. Z jakimś żigolakiem, tchórzofretem dachowcem… albo w ostateczności na jakiś szybki numerek na zapleczu sklepu zoologicznego.

– Ja nie chcę tego słuchać! – Tatiana teatralnie zasłoniła sobie uszy.

– Przed biologią nie uciekniesz. Takie są prawa natury.

– Chyba nie mogłabym mieć zwierzątka. Już wolałabym dziecko.

– Przesadzasz. Zależy, co się trzyma, w sensie hoduje. Silwana na przykład ma żółwia.

– Naprawdę?! – spytała Tatiana z tak wielkim niedowierzaniem, jakby Sylwia trzymała w domu co najmniej konia z zaprzęgiem.

– To żółw wodno-lądowy. Czerwonolicy – odparła niepewnie Sylwia, bo nie bardzo wiedziała co odpowiedzieć. Poza tym nadal była zbyt wstrząśnięta informacją o śmierci Palomy, żeby móc skupić się na błahych pogawędkach. Trudno było jej uwierzyć, że Kuba i Tatiana gaworzą sobie jak gdyby nigdy nic. A może to był taki ich mechanizm obronny?

– Ma na imię Tadzio. – Kubie chyba nic, żadna tragedia, nie potrafiłaby spętać języka. – Tfu! Wabi się! Swoją drogą, co to za dziwna maniera, żeby nadawać zwierzętom ludzkie imiona. Chyba wszystkie stare panny tak mają.

– No bo substrat dziecka. Mówiłam! – ożywiła się Tatiana.

– Przecież to ty mu wybrałeś imię – odpowiedziała spokojnie Sylwia. – Jak mi go dałeś, już był Tadziem.

– Tak? Nie pamiętam.

– Na urodziny… Pięć, sześć lat temu? Nieważne, może nie rozmawiajmy o tym w takiej chwili.

– Widocznie byłem wtedy starą panną. – Kuba wzruszył ramionami, ignorując apel siostry. – Albo to było na cześć jakiegoś Tadeusza. Znaliśmy wtedy jakiegoś Tadeusza? Boże, to bydlę ma pięć lat? Wiem! Na cześć Tadeusza Mazowieckiego. Na bank! On w Polskim zoo był przecież żółwiem.

Sylwia już otworzyła usta, żeby coś odpowiedzieć, ale zaburczało jej w brzuchu i speszona zamilkła.

Ping!

Oczy całej trójki zwróciły się ku rozsuwającym się drzwiom windy.

Szerokim krokiem marynarza wyszedł z niej aspirant sztabowy Rafał Okoński. Prawdziwy policjant, choć po cywilnemu – w przetartych dżinsach, zamszowej kurtce, brakowało tylko kowbojskich butów. Konsultant pracujący przy serialu, czterdziestoparoletni emeryt o urodzie włoskiego macho, który roi sobie, że jest George’em Clooneyem. Ogorzała twarz, zrośnięte brwi i trzydniowy zarost. Kwadratowa szczęka, ale dla kontrastu lekko zaokrąglający się brzuch. Z nieodłącznym brukowcem pod pachą, którym prawdopodobnie uśmierzał sobie ból fantomowy po kaburze z bronią. Podszedł do nich i przywitał się nieznacznym skinieniem głowy.

– To się doigrała. – Rzucił gazetę na niski szklany stolik przed kanapą, na której siedzieli.

„ZA***Ę TĘ SUKĘ!!!” – krzyczał wielki czerwony nagłówek na pierwszej stronie, jakby wychodzący z ust Grażyny (zdjęcie było fotosem z ich serialu, na którym aktorka była w mundurze, miała zawadiacką minę, i trzymała gotowy do strzału pistolet). Pod spodem niewiele mniejsze czarne litery dopowiadały: „Szok! Producentka znanego serialu nie żyje”. W kółeczku było zdjęcie Palomy i podpis: Paulina Gadomska, a w nawiasie krzyż i liczba 47. Zdjęcie pochodziło ze strony internetowej serialu, z zakładki „Twórcy”. Producentka nawet próbowała się na nim lekko uśmiechać, co nie zmieniało faktu, że jej twarz była dziwnie pozbawiona emocji, niemal rybia.

Tatiana i Leśniewscy wpatrywali się w gazetę. Zdjęcie Palomy i podpis z dwiema cyferkami wieńczącymi kres jej bytu stanowiły wreszcie namacalny dowód na to, że to, co się stało, nie jest snem. Brutalna rzeczywistość dopiero zaczynała się budzić, a cała czwórka, która bladym świtem przybyła do „sztabu kryzysowego”, nawet nie podejrzewała, że niebawem jedno z nich też wyląduje na okładce tabloidu z krzyżykiem obok swego nazwiska.

5

– Myślicie, że mają rację? – Tatiana przygryzła dolną wargę, tak miękką i obfitą, że opatulała górne jedynki niemal do połowy.

– Z czym? Że Graża ją zaciukała? – spytał Kuba. – Kto wie, kto wie…

– Tak, a nad Alaską sfotografowano UFO. – Sylwia trąciła gazetę w innym miejscu na pierwszej stronie, ale nikt jakoś nie podchwycił jej sarkazmu. Nagle z kąta dobiegł ledwie słyszalny szelest. Tatiana wciągnęła głośno powietrze, najwyraźniej przestraszona.

– To jej duch? – wyszeptała i położyła dłoń na sercu. – Boże jedyny…

– Co? – skrzywił się Okoński.

– A kysz! – Tatiana zaczęła machać masywną dłonią z krótko obciętymi, choć wypielęgnowanymi paznokciami. Miała mało kobiece ręce.

Ale to tylko pod wpływem coraz silniejszych promieni słońca poruszył się liść bananowca w kremowej donicy.

– Ja tam myślę, że Grażyna jest zdolna do wszystkiego. – Kuba zmarszczył czoło. – Taki typ…

– Każdy jest zdolny do wszystkiego – mruknął Okoński.

– Poza tym… widzenie tunelowe. Czyli klapki na oczach. W przypadku Grażyny tunelem była spirala długów karcianych, znaczy hazardowych, a Paloma zgasiła światełko na końcu tego tunelu. Więc… – Kuba wykonał dłonią gest podcinania sobie gardła.

– Nie rozumiem. Upiła się? – spytała Tatiana, ściągając na siebie pełne niedowierzania spojrzenia pozostałej trójki.

– Jakoś nie wydaje mi się, że to Grażyna – powiedziała Sylwia, a Okoński pokiwał głową, dając do zrozumienia, że się z nią zgadza.

– Ale by było! – Kuba prawie złapał się za głowę. – To przebiłoby wszystko.

– Dobrze, ale co piszą? – Tatiana przysunęła sobie gazetę i zaczęła kartkować, sprawdzając przy tym, czy nie brudzi palców farbą drukarską. – Jakieś dowody? Ktoś coś widział? I dlaczego my się dowiadujemy o tym z gazet?

– No i po co te gwiazdki w nagłówku? To bez sensu. Przecież Grażyna powiedziała „zabiję” – zauważył przytomnie Kuba. – Sam słyszałem. Nic niecenzuralnego. Zabiję tę sukę, a nie zaje…

– Dlatego są trzy gwiazdki, a nie cztery. – Sylwia przer­wała mu. – Za-bi-ję.

– Manipulanci! – prychnęła Tatiana i odsunęła gazetę z miną, jakby się jej brzydziła.

– Mistrzu? Ty coś wiesz? – Kuba zwrócił się do Okońskiego.

Policjant spojrzał na nich z miną ważniaka. Zanim się odezwał, odczekał jeszcze chwilę dla efektu.

– Popytam… Ale o jakiejś ludzkiej godzinie, typu dwunasta. O tej porze dobrzy policjanci śpią.

Ping!

Winda zatrzymała się i wypluła Damiana. Asystent Palomy był wysoki i chudy, wręcz tyczkowaty, miał ciemnobrązowe włosy, które z jednej strony podgalał, z drugiej zapuszczał. Stanął przed nimi wyprostowany i nad wyraz spokojnie, jak zauważyła Sylwia, i bez emocji przekazał najświeższe informacje. A właściwie tylko taką, że nic konkretnie jeszcze nie wiadomo, ale zdjęcia zostały na dziś odwołane. Wtedy właśnie w jego kieszeni odezwała się jego komórka. – Damian jako dzwonek ustawił sobie motyw z czołówki serialu.

– No i ogłaszamy żałobę – rzucił jeszcze w ich kierunku, odbierając połączenie.

Sylwia zachodziła w głowę, na czym będzie polegała żałoba po Palomie. Zastanawiała się też, czy oto ma przed sobą klasyczny przypadek przejęcia władzy przez młodego pretendenta pod pretekstem przygotowania pogrzebu mentora. Marek Antoniusz, Juliusz Cezar itp. Damian, dotychczas cień Palomy i jak to cień – cichy, podążający zawsze pół kroku z tyłu, żeby nie powiedzieć płaszczący się po ziemi, nagle wstał z kolan, wyprostował się i przejął inicjatywę. Choć zawsze wyróżniał się wzrostem, teraz wyprężony niczym struna stał się jeszcze o kilka centymetrów wyższy.

Sylwia złapała porozumiewawcze spojrzenie Kuby. Była pewna, że w jego głowie kłębią się podobne myśli. Mieli przed sobą zupełnie nowego Damiana. A w nowym świecie bez Palomy robiło się coraz ciekawiej.

– Czyli tak. To był Artur. Zaraz tu będzie, już dojeżdża. – Damian skończył rozmawiać i zwrócił się do Tatiany: – Więc wy, gwiazdy wy moje, idziecie do śniadaniówki. Zaraz ustalę wszystko z ich producentem. Obiecali mi pięć minut w drugiej godzinie, znaczy trzy, ale jedź już na górę, dziewczyno, jedź, niech cię ogarną. No już, już, cała Polska czeka! – Zaklaskał w dłonie, po czym obrócił się na pięcie.

– A my? – Kuba wyprostował się na kanapie, ale Damian już go nie słyszał albo udawał, że nie słyszy. Pędził nerwowym krokiem, wyciągając z kieszeni nieźle skrojonej, czarnej welurowej marynarki paczkę cienkich papierosów, które w jakiś sposób pasowały do jego chudych palców z obgryzionymi paznokciami i patykowatych nóg w dżinsowych rurkach.

– Hej! Do ciebie mówię! – Kuba prędzej by zginął, niż dał się zignorować.

– Wcześniej obiecywali pięć minut, teraz się okazało, że są tylko trzy – rzucił Damian, nie odwracając się. Sekundę później zniknął za rogiem.

– Pff, on myślał, że będziemy pajacować przed kamerą? – prychnął Kuba, zwracając się do Sylwii. – Słyszałaś? Wspominać Palomę? Trzy lata wykreślone z życiorysu? Ewa Drzyzga niech nas zaprosi do odcinka o mobbingu, bez kitu!

Tatiana popatrzyła na nich z wyższością. Podniosła się z kanapy, chwyciła torbę, zacisnęła pasek kimona i ruszyła w stronę windy, głośno wystukując każdy krok czarnymi kozaczkami na wysokich obcasach. Okoński westchnął ciężko i sięgnął po gazetę, po czym opadł na fotel obok kanapy. Sylwia wstała. Kuba, ociągając się, podążył za nią.

Poszli do swojego pokoju (łamanego przez biuro scenariuszowe), który mieścił się na szarym końcu korytarza i w dodatku jeszcze za zakrętem. Nigdy nie byli tu tak wcześnie. Wchodząc do zalanego światłem słonecznym wnętrza, Sylwia pomyślała, że częściej mogłaby wstawać bladym świtem. Z dwudziestego czwartego piętra przeszklonego biurowca rozciągał się oszałamiający widok na poranną Warszawę. Drapacze chmur, nawet te nie najpiękniejsze, o stalowoniebieskich elewacjach, jarzyły się w podniosłej ciszy. Żaglowiec Libeskinda, Intercontinental, Cosmopolitan, WFC u zbiegu Świętokrzyskiej i Emilii Plater. Zegar na Pałacu Kultury wskazywał siódmą czterdzieści. Nie. Wskazówka minutowa przeskoczyła właśnie na czterdzieści jeden. Leśniewscy zazwyczaj przychodzili do pracy na dziesiątą, jedenastą, a wtedy słońce znikało już za rogiem budynku.

– Kawy! – jęknął Kuba, zwalając się na krzesło, które w odpowiedzi też jęknęło. – Królestwo za kawę! Wiedziałaś, że Paloma miała zwierzątko?

Sylwia pokręciła głową.

– Widzisz? Czyli jednak tliły się w niej ludzkie uczucia. Przynajmniej wobec fretki.

– Amelia… – Sylwia zadumała się, spoglądając przez okno. – Bardzo ładne imię. Amelia… Pierwsza kobieta, która przeleciała nad Atlantykiem.

– Myślisz, że to po niej? Obstawiałbym raczej tę francuską, pocieszną… No tę emo, z filmu tego, no… – Kuba pstrykaniem palcami próbował pobudzić szare komórki. – No tego od Delicatessen…

– Jacques’a… – Sylwia zaczęła niepewnie, bo podobnie jak Kuba nie miała pamięci do imion ani nazwisk. – Nie. Jeana Jacques’a?

– Kawy!

Włączyła ekspres na kapsułki, żeby się nagrzał. Identycznego używali policjanci w Stój, bo strzelam!, co naraziło ich na drwiny ze strony internautów komentujących serial i sugestie, żeby oderwani od życia scenarzyści odwiedzili którąkolwiek polską komendę. Leśniewscy byli jednak bez winy. To Paloma załatwiła product placement, spolszczone niezręcznie jako „lokowanie produktu”. Firma produkująca ekspresy i kapsułki zapłaciła spore pieniądze, a na dokładkę zaopatrywała w kawę całą Wieżę Pastel. W zamian policjanci w serialu delektowali się macchiato, cappuccino i trójwarstwowym latte, ale – uwaga – dopiero w scenach triumfu po rozwiązaniu zagadki kryminalnej i aresztowaniu przestępców. Reklamowana marka miała się dobrze kojarzyć widzom, choć przecież kreowała absurdalne wrażenie, że w Stój, bo strzelam! pije się kawę nie rano, ale wieczorem.

Z dyspensera z wielkim plastikowym baniakiem Sylwia nalała wodę do szklanki i podeszła do swojego biurka, które, jak wszystkie meble w budynku stacji, było wykończone okleiną imitującą brzozowe drewno. U niej panował względny porządek. U brata – nieprawdopodobny wręcz bałagan – twórczy chaos, jak to lubił określać Kuba. Sylwia podlała stojącą na jej biurku niewielką winorośl, którą w zeszłym roku wyhodowała z pestki. Resztę wody wypiła.

Wybudziła komputer i uruchomiła pocztę. Z głośników rozległa się słodka nutka informująca o ściągnięciu wiadomości. Sylwia kliknęła w skrzynkę odbiorczą. Przyszły już piątkowe wyniki oglądalności (znowu im spadło), cotygodniowy newsletter z forum dla hodowców żółwi wodnych, jakiś okólnik ze stacji o imprezie, grillu promującym ideę dawstwa szpiku, co zabrzmiało tak niefortunnie, że Sylwia parsknęła śmiechem. Osunęły jej się przy tym okulary; poprawiła je szybko, po czym przeszła do kolejnej wiadomości. Zamarła.

Spojrzała na brata, który pół siedział, pół leżał na krześle, nasunąwszy głęboko na oczy czarną bejsbolówkę. Daszek od spodu był czerwony jak słynne podeszwy w szpilkach Christiana Louboutina.

– Śpisz? – spytała.

– Czekam na wróżkę kawiuszkę – wymamrotał Kuba, po czym ziewnął, nie zasłaniając sobie ust.

– Paloma przysłała mi mejla.