Wydawca: Wilga Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 215 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Spirit Animals. Tom II. Polowanie - Maggie Stiefvater

Drugi tom bestsellerowej serii Spirit Animals.

Maggie Stiefvater kontynuuje historię, którą rozpoczął Brandon Mull. Czworo dzieci odkrywa mistyczną więź pomiędzy człowiekiem, a zwierzęciem, dającą obojgu ogromną moc. Czy zdołają ocalić świat przed zagrożeniem? Tym razem czytelnik zostaje przeniesiony w jeszcze ciemniejszy świat, a przygody stają się jeszcze bardziej fascynujące i wciągające.

Opinie o ebooku Spirit Animals. Tom II. Polowanie - Maggie Stiefvater

Fragment ebooka Spirit Animals. Tom II. Polowanie - Maggie Stiefvater

TOM 2

PO­LO­WA­NIE

Mag­gie Stie­fva­ter

przekład: Mi­chał Ku­biak

Tytuł ory­gi­nału: Spi­rit Ani­mals. Hun­ted

Co­py­ri­ght © 2014 by Scho­la­stic Inc.

All ri­ghts re­se­rved. Pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Scho­la­stic Inc.,

557 Broad­way, New York, NY, 10012, USA.

SCHO­LA­STIC, SPI­RIT ANI­MALS and as­so­cia­ted lo­gos are tra­de­marks and/or re­gi­ste­red tra­de­marks of Scho­la­stic Inc.

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, 2014

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal

Wy­da­nie I

War­sza­wa 2014

Dla Vic­to­rii i Wil­lia­ma – M.S.

1Żółć

Las był mrocz­ny i pełen zwierząt. Z gęstwi­ny drzew okry­tych nocą do­cho­dziły po­war­ki­wa­nia, trze­pot skrzy­deł i odgłosy owadów.

Przy świe­tle la­ta­ren­ki mężczy­zna i chłopak wpa­try­wa­li się w maleńką bu­te­leczkę. Na­czy­nie wyglądało nie­po­zor­nie, ale mik­stu­ra w nim za­war­ta była nie­zwykła. Jej moc wy­mu­szała po­wsta­nie więzi pomiędzy człowie­kiem i zwie­rzo­du­chem.

– Czy to będzie bolało? – za­py­tał chłopak.

Na­zy­wał się De­vin Trun­swick. Na­wet strach ma­lujący się na jego twa­rzy nie do końca ma­sko­wał aro­gancję i okru­cieństwo, które na stałe od­cisnęły się w jego ry­sach. De­vin, syn lor­da, nig­dy by nie przy­znał, że się boi ciem­ności. Choć tym ra­zem na­prawdę było się cze­go oba­wiać.

Mężczy­zna miał na imię Ze­rif. Zsunął z głowy kap­tur swo­jej nie­bie­skiej, wy­szy­wa­nej sza­ty, żeby chłopak mógł le­piej wi­dzieć jego oczy, i uniósł bu­te­leczkę.

– Czy to ważne? – za­py­tał. – To nie lada przy­wi­lej, młody pa­ni­czu. Przej­dziesz do le­gen­dy.

De­vi­no­wi spodo­bało się to, co usłyszał. Jed­nak na ra­zie nic nie wska­zy­wało na to, żeby miał zy­skać sławę. A już na pew­no nie za­po­wia­dały tego ostat­nie wy­da­rze­nia. Po­cho­dził z rodu pełnego Na­zna­czo­nych, czy­li lu­dzi związa­nych ze zwie­rzo­du­cha­mi. Kie­dy jed­nak na­deszła jego ko­lej, poniósł klęskę i w ten sposób prze­rwał trwający od po­ko­leń łańcuch Na­zna­czo­nych. Pod­czas uro­czy­stej ce­re­mo­nii, kie­dy to po osiągnięciu sto­sow­ne­go wie­ku wraz z in­ny­mi dziećmi przyj­mo­wał Nek­tar Ni­na­ni z rąk przed­sta­wi­ciel­ki Zie­lo­nych Płasz­czy, jego na­dzie­je na przy­wołanie zwie­rzo­du­cha oka­zały się da­rem­ne.

Jak gdy­by tego było jesz­cze mało, za­raz po­tem jego własny służący, syn pa­stu­cha, przy­zwał wil­ka. Wil­ka! I to nie byle ja­kie­go, tyl­ko sa­me­go Brig­ga­na – jedną z Wiel­kich Be­stii.

De­vin nadal czuł smak upo­ko­rze­nia. Jed­nak wkrótce miało się to zmie­nić. Niedługo miał nawiązać więź ze zwierzęciem jesz­cze potężniej­szym niż Brig­gan. Właśnie do tej chwi­li przy­go­to­wy­wał się całe życie. Płynęła w nim krew Trun­swicków, więc prze­zna­cze­nie nie mogło go ominąć, dosięgło go je­dy­nie z małym opóźnie­niem.

– Dla­cze­go na­zy­wają to Żółcią? – za­py­tał, nie od­ry­wając oczu od bu­te­lecz­ki. – Nie­zbyt do­brze to brzmi.

– To żart – od­parł krótko Ze­rif.

– Nie ro­zu­miem, co w tym za­baw­ne­go.

– Skosz­to­wałeś Nek­ta­ru, praw­da?

De­vin po­ki­wał głową. Minę miał skwa­szoną, choć do­brze pamiętał wy­bor­ny smak Nek­ta­ru.

– Za­raz spróbu­jesz Żółci – po­wie­dział Ze­rif, marszcząc nos. – Wte­dy zro­zu­miesz. Zaręczam ci.

Spo­między drzew do­biegło war­cze­nie. Chłopak obej­rzał się gwałtow­nie przez ramię, jed­nak za ple­ca­mi zo­ba­czył tyl­ko dużego pająka o lśniącym, spo­rym odwłoku, opusz­czającego się po­wo­li na nici ku zie­mi. Od­sunął się od nie­go jak naj­da­lej.

– Zwierzę, które przy­wołam, będzie mu­siało mnie słuchać, tak? – upew­nił się. – Będzie robiło to, co roz­każę?

– Więzi two­rzo­ne dzięki Żółci są inne niż te, które wywołuje Nek­tar – od­parł Ze­rif. – Nek­tar jest wpraw­dzie słod­szy, ale Żółć jest bar­dziej użytecz­na. Możemy w większym stop­niu kon­tro­lo­wać cały pro­ces. Nie mu­sisz się więc oba­wiać, że zwiążesz się z tym pająkiem, od którego tak się od­su­wasz.

De­vin aż się najeżył. Nie chciał, żeby Ze­rif do­strzegł jego lęk.

– Nie oba­wiam się – po­wie­dział wy­niośle.

Jed­nak jego wzrok po­biegł z nie­po­ko­jem w stronę na­kry­tej tka­niną klat­ki, przy­go­to­wa­nej spe­cjal­nie z myślą o nim. Za tą zasłoną cze­kało zwierzę, z którym miał się związać. Na pod­sta­wie roz­miarów klat­ki sta­rał się od­gadnąć, ja­kie stwo­rze­nie może się w niej kryć. Klat­ka sięgała mu do pier­si; od cza­su do cza­su zza zasłony do­bie­gało dra­pa­nie. De­vin miał spędzić z tym zwierzęciem resztę życia. To dzięki nie­mu miał od­nieść triumf.

Ze­rif podał chłopa­ko­wi bu­te­leczkę. Jego uśmiech był sze­ro­ki i zachęcający, całkiem jak u sza­ka­la.

– Wy­star­czy je­den łyk – po­wie­dział.

Chłopiec wy­tarł spo­tniałe dłonie w fałdy ele­ganc­kiej sza­ty. Nad­szedł czas.

Nikt już nig­dy nie będzie w nie­go wątpił. Nikt nie za­kwe­stio­nu­je jego siły.

Wca­le nie był naj­większą porażką w długiej hi­sto­rii rodu Trun­swicków. Wręcz prze­ciw­nie – był pierw­szym Trun­swickiem, który przej­dzie do le­gen­dy.

Czuł odrażający za­pach Żółci, który się uno­sił z otwar­te­go na­czyn­ka. Coś jak swąd spa­lo­nych włosów.

De­vin pamiętał cu­dow­ny smak Nek­ta­ru, przy­wodzący na myśl jed­no­cześnie masło i miód. Kosz­to­wa­nie go było nie­zwykłym doświad­cze­niem. Przy­najm­niej póki się nie oka­zało, że coś poszło nie tak.

Uniósł bu­te­leczkę do ust i nie­wie­le myśląc, przełknął łyk Żółci. Mu­siał zwal­czyć dławiący od­ruch wy­miot­ny. Czuł się tak, jak­by wypił płynną śmierć wy­mie­szaną z cmen­tarną zie­mią. Wśród ciem­ności i gro­zy, które ogarnęły go pod wpływem na­po­ju, po­czuł jed­nak, jak coś się w nim bu­dzi – coś wiel­kie­go, potężnego i mrocz­ne­go, coś, co jego ciało le­d­wo mogło po­mieścić. Nie czuł już stra­chu. Czuł je­dy­nie, że sam jest zdol­ny bu­dzić strach.

Ze­rif ze­rwał wte­dy zasłonę z klat­ki. Nie prze­sta­wał się uśmie­chać.

2 Zie­lo­na przy­stań

Zaraz będę go­to­wa – po­wie­działa Abe­ke, zakładając bran­so­letkę na smukłą, brązową rękę.

Mówiła do Ura­zy, która nie­ustan­nie prze­mie­rzała kom­natę w tę i z po­wro­tem. Lam­par­ci­ca była zde­cy­do­wa­nie za duża albo też po­miesz­cze­nie było zde­cy­do­wa­nie za małe. W każdym ra­zie ko­ci­ca mogła zro­bić je­dy­nie kil­ka kroków w każdym kie­run­ku. Gdy do­cho­dziła do ścia­ny, par­skała gniew­nie i ru­szała w prze­ciwną stronę.

Abe­ke wie­działa, co czu­je Ura­za.

W ciągu za­le­d­wie paru ty­go­dni ich świat bar­dzo się skur­czył. Z bez­kre­snych prze­strze­ni Nilo tra­fiły do cia­sne­go obo­zu szko­le­nio­we­go, a po­tem za potężne mury Zie­lo­nej Przy­sta­ni, głównej sie­dzi­by Zie­lo­nych Płasz­czy strzegących Er­das. Abe­ke się domyślała, że ka­mien­ny za­mek wznie­sio­ny na szczy­cie wo­do­spa­du jest im­po­nujący. Ale i dla niej, i dla Ura­zy lasy ota­czające for­tecę na wy­spie wyglądały znacz­nie bar­dziej pociągająco.

Zza okna do­biegł dźwięk dzwo­nu na od­ległej wieży. Trzy ude­rze­nia – pora na tre­ning.

Ura­za prze­cha­dzała się jesz­cze bar­dziej nie­spo­koj­nie, wy­dając przy tym głuche po­mru­ki.

– Do­brze, już idzie­my! – po­wie­działa Abe­ke i za­cisnęła bran­so­letkę, żeby nie zsunęła jej się z prze­gu­bu.

Choć włókna bran­so­let­ki przy­po­mi­nały wyglądem drut, tak na­prawdę była ona wy­ko­na­na z wy­go­to­wa­ne­go włosia z ogo­na słonia. Czte­ry sple­cio­ne pa­sma sym­bo­li­zo­wały słońce, ogień, wodę oraz wiatr. Ozdo­ba była pre­zen­tem pożegnal­nym od So­amy, za­wsze ide­al­nej sio­stry Abe­ke, i miała przy­no­sić szczęście swo­jej właści­ciel­ce.

Dziew­czyn­ka nie była jed­nak wca­le prze­ko­na­na, czy rze­czy­wiście od cza­su opusz­cze­nia Nilo szczęście jej sprzy­jało. Jej zwie­rzo­du­chem oka­zała się jed­na z Wiel­kich Be­stii, a to chy­ba ozna­czało szczęście. Jed­nak nie­mal na­tych­miast po obrzędzie więzi na­po­tkała lu­dzi, którzy po­zo­sta­wa­li w po­ta­jem­nej zmo­wie z Pożera­czem, wro­giem całego świa­ta. A to zde­cy­do­wa­nie ozna­czało pe­cha, czyż nie?

Kie­dy Abe­ke od­kryła, kim na­prawdę są jej to­wa­rzy­sze, i uświa­do­miła so­bie swój błąd, or­ga­ni­za­cja Zie­lo­nych Płasz­czy zgo­dziła się ją przyjąć w swo­je sze­re­gi. Abe­ke wie­działa, że po­win­na uważać to za łut szczęścia – oka­za­no jej za­ufa­nie, choć mogła zo­stać uzna­na za szpie­ga Zdo­bywców. Jed­nak w tej chwi­li wca­le nie czuła, że szczęście jest po jej stro­nie. Sha­ne, je­dy­ny przy­ja­ciel, ja­kie­go po­znała od początku całej tej hi­sto­rii, nie­ste­ty oka­zał się zwo­len­ni­kiem Pożera­cza. Wyszło więc na to, że za­mie­niła swo­jego naj­bliższe­go to­wa­rzy­sza na trójkę dzie­ciaków, z których żaden jej nie ufał.

Aku­rat te­raz Abe­ke uznałaby za prze­jaw szczęścia to, że nie zgu­biłaby się w ogrom­nej for­te­cy Zie­lo­nych Płasz­czy w dro­dze na tre­ning.

Otwo­rzyła drzwi swo­jej kom­na­ty i za­rzu­ciła na ra­mio­na zie­lo­ny płaszcz, sym­bol przy­sięgi zo­bo­wiązującej ją do obro­ny Er­das. Ko­ry­tarz był pogrążony w półmro­ku, roz­brzmie­wały w nim różne hałasy. Gdzieś poza zasięgiem jej wzro­ku wrza­skli­wie śmiała się małpa, a w tle było słychać ni­ski, męski głos. Abe­ke wy­chwy­ciła po­nad­to po­ry­ki­wa­nia osła i nie­sio­ny echem odgłos, który mógł być stu­ko­tem ko­pyt lub ob­casów.

Kie­dy pod skle­pie­niem ko­ry­ta­rza na­gle prze­le­ciał ptak o piórach w ko­lo­rze ba­na­na, mu­siała schy­lić głowę.

Ura­za od razu do­strzegła skrzy­dla­te zwierzę i ciesząc się z oka­zji do po­lo­wa­nia, sko­czyła ku nie­mu z groźnym war­cze­niem. Żółty ptak za­skrze­czał ze stra­chu. Za­nim lam­par­ci­ca zdążyła chwy­cić go przed­ni­mi łapa­mi, Abe­ke złapała ją za ogon i ściągnęła na zie­mię.

Ura­za warknęła ostro i obróciła się w miej­scu. In­stynk­tow­nie obnażyła potężne kły.

Ser­ce Abe­ke za­marło.

Gdy lam­par­ci­ca się zo­rien­to­wała, że to Abe­ke trzy­ma ją za ogon, scho­wała zęby i ob­rzu­ciła dziew­czynę głęboko urażonym spoj­rze­niem.

Ptak zdążył od­frunąć.

– Prze­pra­szam – uspra­wie­dli­wiła się Abe­ke – ale to był prze­cież czyjś zwie­rzo­duch!

Można by przy­pusz­czać, że jed­na z Wiel­kich Be­stii po­win­na do­sko­na­le ro­zu­mieć, że nie wol­no zja­dać in­nych zwie­rzo­duchów. Jed­nak zwierzęca część na­tu­ry Ura­zy cza­sa­mi brała górę nad jej in­te­li­gencją.

– Może le­piej się scho­waj? – za­su­ge­ro­wała Abe­ke i wyciągnęła rękę.

Wszyst­kie zwie­rzo­du­chy po­tra­fiły prze­cho­dzić w stan uśpie­nia. Gdy­by Ura­za przy­stała na tę pro­po­zycję, znikłaby i aż do roz­poczęcia tre­nin­gu ist­niałaby jako ta­tuaż na skórze dziew­czy­ny. A ta­tuażom nie zda­rzało się zja­dać in­nych zwie­rzo­duchów, praw­da?

Lam­par­ci­ca miała jed­nak dosyć cia­sno­ty i za­mknięcia. Przez dłuższą chwilę wpa­try­wała się w wyciągnięte przed­ra­mię Abe­ke, po czym się odwróciła i odeszła ko­ry­ta­rzem.

Abe­ke nie na­ci­skała. Nie chciała się spóźnić. Ru­szyła za lam­par­cicą, mi­jając po dro­dze członków Zie­lo­nych Płasz­czy. Wszy­scy ją po­zdra­wia­li, zwra­cając się do niej po imie­niu. Abe­ke żałowała, że nie może zro­bić tego sa­me­go, ale prze­cież nie znała miesz­kańców for­te­cy. Za to młodzi goście spro­wa­dze­ni do zam­ku – Abe­ke, Rol­lan, Me­ilin i Co­nor – byli świet­nie roz­po­zna­wal­ni jako czwórka je­de­na­sto­latków, którym ja­kimś cu­dem udało się przy­zwać Czwo­ro Po­ległych.

Do­tarły do okrągłej klat­ki scho­do­wej. Ura­za wydała z sie­bie dziw­ny, wi­brujący odgłos i sko­czyła na dół, wy­prze­dzając Abe­ke. U dołu schodów obie się za­wa­hały. Miały przed sobą dwa iden­tycz­ne ko­ry­ta­rze o białych, tyn­ko­wa­nych ścia­nach i stro­pach z drew­nia­nych bali. Je­den pro­wa­dził do sali tre­nin­go­wej.

– Pomożesz? – zwróciła się do lam­par­ci­cy Abe­ke.

Ko­ci­ca wpa­try­wała się swo­imi fio­le­to­wy­mi ocza­mi to w strop, to w podłogę, wol­no po­ru­szając ogo­nem.

Na­gle Abe­ke zro­zu­miała, że lam­par­ci­ca wca­le nie wygląda, jak­by usiłowała wy­brać właściwą drogę. Wyglądała jak kot go­tujący się do…

Ura­za wydała z sie­bie wi­brujący war­kot, mrożący krew w żyłach, i sko­czyła. Odbiła się od ścia­ny i po­mknęła przed sie­bie. Była już tyl­ko roz­ma­za­nym, mu­sku­lar­nym, czar­no-złoci­stym kształtem w głębi ko­ry­ta­rza. Przez jedną chwilę Abe­ke mogła myśleć tyl­ko o tym, jak wspa­niałe zwierzę ma przed sobą. Za­raz po­tem zro­zu­miała, że Ura­za po­lu­je.

Nieszczęsna ofia­ra lam­par­ci­cy przy­siadła we wnęce ko­ry­ta­rza. Było to nie­duże, przy­po­mi­nające wie­wiórkę zwierzątko o różowych stópkach, pręgo­wa­nym grzbie­cie i ogrom­nych, czar­nych oczach.

Abe­ke uznała, że to pew­nie lo­to­pałanka.

Lam­par­ci­ca uznała, że zwierzątko wygląda sma­ko­wi­cie.

– Ura­za!

Dziew­czy­na spróbowała znów złapać ko­cicę za ogon, ale chy­biła.

Lo­to­pałanka zdołała prze­sko­czyć na prze­ciw­ległą ścianę. W lo­cie rozłożyła drob­niut­kie kończy­ny, połączo­ne fałdą skórną, przy­po­mi­nającą żagiel po­kry­ty sierścią.

Ura­za sko­czyła za nią. Lo­to­pałanka umknęła jej z dro­gi. Zwierzęta puściły się ko­ry­ta­rzem. Lo­to­pałanka po­szy­bo­wała na stojący pod ścianą sto­lik, który lam­par­ci­ca na­tych­miast przewróciła. Zwierzątko znów się po­de­rwało i zaczęło się wdra­py­wać po go­be­li­nie przed­sta­wiającym Olva­na, przywódcę Zie­lo­nych Płasz­czy. Ura­za ze­rwała wte­dy pa­zu­ra­mi tka­ninę ze ścia­ny. Abe­ke zro­zu­miała, że albo poświęci swoją god­ność i rzu­ci się w kar­kołomną pogoń za ko­cicą, albo ta obróci za­mek w ruinę.

Bez­rad­na dziew­czy­na po­biegła za zwie­rzo­du­cha­mi. Udało jej się złapać Urazę za tylną łapę, ale lam­par­ci­ca z łatwością się uwol­niła. Abe­ke po­zo­stała w ręku je­dy­nie kępka sierści.

Pościg trwał. Całą trójką wy­padły z ko­ry­ta­rza do małej ja­dal­ni, w której sie­działo wie­lu lu­dzi. Abe­ke biegła przy ścia­nie, okrążając po­miesz­cze­nie, pod­czas gdy Ura­za ścigała lo­to­pałankę po jed­nym z długich stołów. Ich go­ni­twie to­wa­rzy­szył brzęk spa­dających ta­le­rzy. Jakiś mężczy­zna zo­stał obry­zga­ny swoją owsianką, inny z jedzących od­ru­cho­wo za­mknął oczy, żeby uchro­nić je przed gra­dem drob­nych owoców, lecących w jego kie­run­ku.

Lu­dzie zgro­ma­dze­ni w ja­dal­ni między ko­lej­ny­mi kęsami śnia­da­nia mu­sie­li przełknąć również własne cierp­kie obu­rze­nie.

Abe­ke czuła na so­bie wzrok wszyst­kich obec­nych. Miała ochotę krzy­czeć: „To jej wina, nie moja!”. Wie­działa jed­nak, ja­kie od­po­wie­dzi by usłyszała: „Kon­tro­la nad zwie­rzo­du­chem to twój obo­wiązek”, „Od­po­wia­dasz za nie­go”, „Za­wiodłaś nas”, „Być może to jed­nak nie jest miej­sce dla cie­bie”.

Nie było cza­su ani na prze­pro­si­ny, ani na uprzątnięcie bałaga­nu. Abe­ke z tru­dem łapała od­dech, goniąc za zwierzętami pędzącymi przez ko­lej­ne po­miesz­cze­nia. Prze­mknęły kil­ko­ma krętymi ko­ry­ta­rza­mi, jak hu­ra­gan prze­to­czyły się przez oka­załą salę pełną krze­seł, aż w końcu tra­fiły do holu kończącego się łuko­wa­tym wyjściem. Lo­to­pałanka wy­da­wała z sie­bie żałosne, pełne pa­ni­ki pi­ski, przy­po­mi­nające skrzy­pie­nie sta­re­go fo­te­la na bie­gu­nach.

Abe­ke ciężko od­dy­chała. W Nilo mogła całymi go­dzi­na­mi tro­pić zwie­rzynę i nie od­czu­wała przy tym po­trze­by od­po­czyn­ku. Co się z nią stało w tym zam­ku?

– Ura­za – wy­sa­pała z tru­dem, łapiąc się za bok kłujący z wysiłku – je­steśmy tu­taj po to… żeby po­skro­mić na­szych wrogów. Po­skrom więc na ra­zie swój ape­tyt!

Jej słowa za­trzy­mały lam­par­cicę. Lo­to­pałanka miała w sam raz dość cza­su, żeby po­szy­bo­wać w stronę bez­piecz­ne­go schro­nie­nia na żyran­do­lu.

Zarówno lo­to­pałanka, jak i Abe­ke ode­tchnęły z ulgą.

Ura­za krążyła wy­cze­kująco pod żyran­do­lem, ale pościg do­biegł końca.

„Tym ra­zem – pomyślała z nie­po­ko­jem Abe­ke – tym ra­zem zgu­biłyśmy się na do­bre”.

Naj­gor­sze nie było na­wet to, że zabłądziły. Naj­gor­sze było to, że się spóźnią. Nie ze względu na su­ro­we kary, po­nie­waż in­struk­to­rzy byli ra­czej wy­ro­zu­mia­li. Abe­ke miała jed­nak pew­ność, że jej nie­punk­tu­al­ność jesz­cze pogłębi prze­paść pomiędzy nią a po­zo­stałymi dziećmi. Prze­cież w cza­sie gdy Me­ilin, Co­nor i Rol­lan roz­po­czy­na­li ra­zem szko­le­nie, Abe­ke po­zo­stawała w szpo­nach zwo­len­ników Pożera­cza. A te­raz, przez daw­ne związki z wro­giem, była nie tyl­ko obca, lecz także po­dej­rza­na. Mogła so­bie tyl­ko wy­obrażać, o co ją posądza­no. Me­ilin, Co­nor i Rol­lan myśleli pew­nie, że ona szpie­gu­je gdzieś w zam­ku albo po­ta­jem­nie wysyła wia­do­mości do Ze­ri­fa, Zdo­byw­cy, który za­brał ją z domu ro­dzin­ne­go po Ce­re­mo­nii Nek­ta­ru. Albo że po­zwa­la Ura­zie zja­dać cu­dze zwie­rzo­du­chy.

Abe­ke mu­siała jak naj­szyb­ciej do­trzeć do sali tre­nin­go­wej. Może za łuko­wa­to skle­pio­nym wejściem znaj­dzie się ktoś, kto wskaże jej drogę? Kom­na­ta mogła oczy­wiście być pu­sta, lecz ozdob­ne drzwi miały w so­bie coś za­pra­szającego. Pro­wa­dziły za­pew­ne do następne­go po­miesz­cze­nia, jed­nak Abe­ke była prze­ko­na­na, że wiodły na zewnątrz, choć nie po­tra­fiła wyjaśnić, skąd to prze­czu­cie.

Ostrożnie pchnęła skrzydło drzwi. Za nimi znaj­do­wał się spo­wi­ty półmro­kiem pokój, w którym nig­dy wcześniej nie była. Zgro­ma­dzo­no w nim mnóstwo in­stru­mentów mu­zycz­nych, ta­jem­ni­czych dzieł sztu­ki oraz lu­ster. Abe­ke zwróciła uwagę na stos bębnów, który dorówny­wał jej wy­so­kością. Prze­niosła wzrok na in­stru­ment o roz­mia­rach psa, przy­po­mi­nający for­te­pian, oraz na kosz pełen fletów, zarówno po­przecz­nych, jak i pro­stych. Z jed­nej ze ścian uśmie­chała się do niej z por­tre­tu jakaś dziew­czy­na, drugą zdo­bił fresk przed­sta­wiający mężczyznę pro­wadzącego przez pole dzie­siątki nie­zna­nych jej zwierząt. Kom­na­ta pach­niała ku­rzem, drew­nem i skórą, ale ku radości Abe­ke w jakiś nie­wytłuma­czal­ny sposób dało się w niej również wy­czuć po­wiew otwar­tej prze­strze­ni.

Pośrod­ku stał sa­mot­ny mężczy­zna, na wpół odwrócony do niej ple­ca­mi.

Abe­ke szyb­ko zdała so­bie sprawę, że na­wet gdy­by zwie­rzo­duch nie­zna­jo­me­go po­zo­sta­wał w uśpie­niu, nig­dy nie zdołałaby wy­pa­trzyć jego po­do­bi­zny, po­nie­waż każdy cen­ty­metr skóry mężczy­zny, poza twarzą, po­kry­wały ta­tuaże: la­bi­ryn­ty, okręgi, gwiaz­dy, księżyce, węzły i sty­li­zo­wa­ne stwo­rze­nia. Znak jego zwie­rzo­ducha ni­czym by się nie wyróżniał spośród ry­sunków zdo­biących całe ciało.

Abe­ke była pod wrażeniem – ce­lo­wo lub też nie w bar­dzo prze­biegły sposób nie­zna­jo­my ukrył tożsamość swo­je­go zwie­rzo­du­cha.

Choć wi­działa tyl­ko część twa­rzy mężczy­zny, oce­niła, że wygląda on młodo. Jego włosy były jed­nak siwe, nie­mal białe.

Wy­da­wało się, że mężczy­zna nie za­uważył jej obec­ności w kom­na­cie. Wzrok miał spusz­czo­ny i szep­tał coś do sie­bie. Abe­ke nie mogła rozróżnić po­szczególnych słów, ale miała wrażenie, że białowłosy prze­ko­nu­je kogoś lub coś. Po­czuła się na­gle tak, jak­by zakłóciła jakiś ta­jem­ny, pra­wie święty ry­tuał. Mrocz­ne wnętrze pełne lu­ster tyl­ko pogłębiało to nie­sa­mo­wi­te wrażenie.

Wy­co­fała się. Po­sta­no­wiła sama zna­leźć drogę.

Ura­za cze­kała na nią w holu, siedząc na po­sadz­ce z ogo­nem owi­niętym wokół przed­nich łap.

Abe­ke nie mu­siała na­wet mówić, że się gnie­wa. Ura­za do­sko­na­le o tym wie­działa.

Dziew­czy­na bez słowa wyciągnęła rękę przed sie­bie. Lam­par­ci­ca, bez szem­ra­nia, stała się ta­tuażem na jej skórze. Abe­ke po­czuła lek­kie ukłucie, które za­raz ustąpiło. Ru­szyła w drogę po­wrotną. W domu, w Nilo, słynęła prze­cież jako łowczy­ni. Po­sta­no­wiła, że znaj­dzie salę ćwi­czeń. I więcej się już nie zgu­bi.

* * *

Sala ćwi­czeń była drugą pod względem wiel­kości kom­natą w zam­ku Zie­lo­nej Przy­sta­ni. Po­miesz­cze­nie było ja­sno oświe­tlo­ne i po­mi­mo nie­spo­ty­ka­nych roz­miarów nie przytłaczało swo­im ogro­mem. Jego skle­pie­nie znaj­do­wało się nie­sa­mo­wi­cie wy­so­ko, tak żeby mogły pod nim swo­bod­nie latać skrzy­dla­te zwie­rzo­du­chy. Na jed­nym krańcu kom­naty znaj­do­wał się skład bro­ni, gdzie w równych rzędach stały włócznie, ma­czu­gi i pro­ce oraz wszel­kie inne narzędzia służące do wal­ki i obro­ny. Wzdłuż ścian ciągnęły się im­po­nujące wi­trażowe okna, które przed­sta­wiały Wiel­kie Be­stie.

Wchodząc do środ­ka, Abe­ke była boleśnie świa­do­ma po­dejrz­li­wych spoj­rzeń trójki jej no­wych to­wa­rzy­szy. Rol­lan, wiecz­nie nie­chluj­ny sie­ro­ta, który przy­zwał so­ko­licę Es­six, na wi­dok dziew­czy­ny i lam­par­ci­cy zmarsz­czył brwi. Nie­zwy­kle uro­dzi­we ob­li­cze Me­ilin, która przy­stanęła obok pan­dy Jhi, po­zo­stało w wy­stu­dio­wa­ny sposób nie­wzru­szo­ne. Je­dy­nie Co­nor, pa­sterz o ja­snych włosach, który przy­wołał wil­ka Brig­ga­na, ob­da­rzył Abe­ke słabym uśmie­chem.

Ta­rik, wo­jow­nik Zie­lo­nych Płasz­czy, do którego należało pro­wa­dze­nie szko­le­nia oraz po­dej­mo­wa­nie de­cy­zji o przyszłości czwor­ga dzie­ci, stał przed płócien­nym pa­ra­wa­nem. Skóra jego ogo­rzałej, szczupłej twa­rzy miała od­cień nie­wie­le jaśniej­szy od kar­na­cji Abe­ke.

– Abe­ke, nie słyszałaś dzwo­nu wzy­wającego na szko­le­nie? – spy­tał.

Nie było sen­su zrzu­cać winy na Urazę. Abe­ke wie­działa, co Ta­rik jej od­po­wie: „Będziesz mu­siała na­uczyć się współpra­co­wać z Urazą w wa­run­kach znacz­nie trud­niej­szych niż te, z którymi ma­cie obec­nie do czy­nie­nia”. Nie chciała również dawać po­zo­stałym człon­kom drużyny ko­lej­nych po­wodów do nie­uf­ności.

– Prze­pra­szam. Zabłądziłam – po­wie­działa i szyb­ko uwol­niła Urazę.

– Zgu­biłaś się? – Me­ilin przewróciła ocza­mi, po czym spy­tała Ta­ri­ka: – Czy możemy już zacząć? Z każdą mi­nutą, którą bez­czyn­nie tu mar­nu­je­my, ko­lej­ne mia­sto w Zhong pada pod na­po­rem Zdo­bywców.

– Spo­ro musi być tych miast – wtrącił się Rol­lan. – Chcesz po­wie­dzieć, że odkąd tu sto­imy, w Zhong zdążyło upaść je­de­naście miast? A w trak­cie śnia­da­nia? Trwało prze­cież pra­wie dwa­dzieścia mi­nut! Jak…

– To nie jest te­mat do żartów, Rol­lan – prze­rwał mu Ta­rik. – Me­ilin ma rację, czas jest cen­ny. Będzie jed­nak naj­le­piej, jeżeli będzie­my tre­no­wać wszy­scy ra­zem. Dziś zmie­rzy­cie się w wal­ce wręcz z wo­jow­ni­ka­mi Zie­lo­nych Płasz­czy.

Me­ilin uśmiechnęła się dys­kret­nie, pew­na swo­ich umiejętności.

– Za­ma­wiam ma­czugę – po­wie­dział Rol­lan. – I ka­stet.

– Nie tak szyb­ko – za­pro­te­sto­wał Ta­rik.

Kie­dy to po­wie­dział, do kom­na­ty weszło czte­rech mężczyzn. Choć ich zwie­rzo­du­chy po­zo­sta­wały w uśpie­niu, wszy­scy mie­li od­kry­te ra­mio­na, jak­by chcie­li przed­sta­wić dzie­ciom swo­je fi­zycz­nie nie­obec­ne zwierzęta. Były to lama, nie­to­perz, le­mur i puma.

– Nie za­wsze będzie­cie mie­li przy so­bie broń – ciągnął Ta­rik. – Wręcz prze­ciw­nie, najczęściej atak nastąpi właśnie wte­dy, gdy nie będzie­cie na nie­go przy­go­to­wa­ni: pod­czas snu lub posiłku. Więc na dzi­siej­szym tre­nin­gu nie będzie­cie używa­li zwykłej bro­ni.

Po tych słowach od­sunął pa­ra­wan. Znaj­dująca się za nim ścia­na była ob­wie­szo­na pa­tel­nia­mi, miotłami, ta­le­rza­mi, po­dusz­ka­mi i in­ny­mi przed­mio­ta­mi co­dzien­ne­go użytku.

– To będzie wasz oręż.

– O, tak, daw­niej co­dzien­nie biłem się na pa­tel­nie – zażar­to­wał Rol­lan.

– To nie­do­rzecz­ne – ode­zwała się Me­ilin. – Niech ulicz­nik wal­czy czymś z tego dzi­wacz­ne­go ar­se­nału. Ja le­piej so­bie po­radzę gołymi rękami.

Abe­ke i Co­nor wy­mie­ni­li spoj­rze­nia. Obo­je po­de­szli do ścia­ny po im­pro­wi­zo­waną broń. Żadne z nich nie na­rze­kało na dostępny wybór.

– Weźcie pierw­szy lep­szy przed­miot – na­ka­zał ich in­struk­tor. – A kie­dy usłyszy­cie gwizd­nięcie, za­mie­ni­cie go na inny.

Abe­ke sięgnęła po miotłę. Co­nor chwy­cił wi­de­lec.

– Trzy­maj – po­wie­dział Rol­lan, po­dając Me­ilin chu­s­teczkę. – Żebyś so­bie nie po­ka­le­czyła tych szla­chet­nych rączek.

Me­ilin od­po­wie­działa mu słod­kim uśmie­chem, po czym zdjęła ze ścia­ny pa­tel­nię i mu ją podała.

– To dla cie­bie. Nie trze­ba mieć wie­le ole­ju w głowie, żeby używać tego kawałka bla­chy.

Rol­lan udał, że kłania jej się z wdzięcznością.

– Wszy­scy na miej­sca – za­ko­men­de­ro­wał Ta­rik.

Dzie­ci stanęły w sze­re­gu po jed­nej stro­nie, człon­ko­wie Zie­lo­nych Płasz­czy – po dru­giej. Prze­ciw­ni­kiem Abe­ke oka­zał się mężczy­zna w śred­nim wie­ku, z ta­tuażem le­mu­ra na przed­ra­mie­niu i błyskiem przy­jaźni w oczach. Miecz, który trzy­mał w ręku, nie wyglądał już tak sym­pa­tycz­nie jak spoj­rze­nie jego właści­cie­la.

– Je­stem Er­rol – przed­sta­wił się wo­jow­nik, do­ty­kając klat­ki pier­sio­wej.

– A ja Abe­ke.

Mężczy­zna uśmiechnął się ciepło i od­parł:

– Wiem.

Ta­rik pod­niósł głos, żeby dało się go słyszeć po­nad gwa­rem.

– Star­si, zwie­rzo­du­chy po­zo­stają w uśpie­niu. Młodsi, wol­no wam ko­rzy­stać z do­wol­nych środków. Ce­lem jest roz­bro­je­nie prze­ciw­ni­ka, a jeśli wam się to uda, po­wa­le­nie go na zie­mię.

– Na jak długo? – za­py­tała Me­ilin. – Skąd będzie­my wie­dzie­li, kie­dy wy­gra­my?

– Tu nie ma wy­gra­nych i prze­gra­nych – od­parł Ta­rik. – Nie mamy cza­su na za­bawę. Chcę, żebyście mi po­ka­za­li, że po­tra­fi­cie uniesz­ko­dli­wić prze­ciw­ni­ka. Dzięki temu będę spo­koj­niej­szy, gdy po­wierzę wam na­prawdę nie­bez­piecz­ne za­da­nie. A te­raz… Go­to­wi? Trzy, dwa…

Ta­rik uniósł dwa pal­ce do ust i  za­gwiz­dał prze­ni­kli­wie. Wal­ka się roz­poczęła.

Abe­ke zro­zu­miała na­tych­miast, że miotła nie obro­ni jej przed mie­czem Er­ro­la. Dla­te­go też wy­ko­rzy­stała umiejętności na­by­te jesz­cze w Nilo i cisnęła miotłą jak oszcze­pem. Tyl­ko że kij odbił się od tor­su mężczy­zny, nie czy­niąc mu naj­mniej­szej szko­dy. Er­rol uśmiechnął się i pod­niósł miotłę.

– Ten je­den raz ci się upie­cze – po­wie­dział, od­dając narzędzie Abe­ke. W tle słychać było szczęk żela­za i prze­kleństwa Rol­la­na. – Pamiętaj jed­nak, że ten kij jest tępy. Poza tym gdy­byś rzu­ciła nim we mnie pod­czas praw­dzi­wej wal­ki, zo­stałabyś bez bro­ni prze­ciw mo­je­mu mie­czo­wi.

Abe­ke po­czuła gorąco na twa­rzy.

– Rze­czy­wiście – przy­znała.

– Jed­nak muszę po­wie­dzieć, że to był do­bry rzut – oce­nił Er­rol. – Dam ci radę: używaj miotły do obro­ny, a swo­je­go zwie­rzo­du­cha do ata­ku. Jeżeli będziesz miała przy so­bie praw­dziwą broń, postępuj na odwrót.

– Dzięki – od­parła Abe­ke. – Tyl­ko mnie nie oszczędzaj, proszę – dodała, ob­ser­wując z po­dejrz­li­wością jego uprzej­my uśmiech.

– Oddałbym ci tym złą przysługę. Chce­my, żebyś była go­to­wa na każde nie­bez­pie­czeństwo. Więc to ty mnie nie oszczędzaj.

Abe­ke zerknęła na po­zo­stałych. Me­ilin sie­działa na ra­mio­nach swo­je­go prze­ciw­ni­ka, za­ci­skając je­dwabną chu­s­teczkę na jego oczach. „Sko­ro Me­ilin tak do­brze so­bie ra­dzi ze skraw­kiem tka­ni­ny, to ja muszę dać so­bie radę z miotłą” – pomyślała Abe­ke.

Tym ra­zem, kie­dy Er­rol za­ata­ko­wał mie­czem, użyła miotły jako ko­stu­ra, pa­rując ude­rze­nia prze­ciw­ni­ka naj­le­piej jak umiała. Cięcia sta­wały się jed­nak co­raz sil­niej­sze i z kija zaczęły le­cieć drza­zgi.

– Prze­pra­szam! – wy­krzyknęła Abe­ke.

Er­rol nie zro­zu­miał.

– Za co?

– Za to! – Abe­ke zdu­siła wy­rzu­ty su­mie­nia i dźgnęła go szcze­ciną miotły w twarz.

Wo­jow­nik kichnął, strzepnął gryzącą chmurę ku­rzu, włosów i zwierzęcej sierści, po czym na oślep zamłyn­ko­wał mie­czem.

„Mówił, żeby go nie oszczędzać” – pomyślała Abe­ke.

– Ura­za, te­raz! – zawołała.

Lam­par­ci­ca sko­czyła w chwi­li, gdy z po­czci­wej miotły, przerąba­nej na dwo­je mie­czem Er­ro­la, na podłogę sali ćwi­czeń po­sy­pały się wióry. Przed­ni­mi łapa­mi ude­rzyła mężczyznę w tors. Wo­jow­nik stęknął i stra­cił równo­wagę. Przewrócił się ple­ca­mi na zie­mię, amor­ty­zując upa­dek rękoma. Jego miecz zaszczękał na po­sadz­ce.

Ura­za spo­koj­nie po­li­zała łapę.

Er­rol uniósł kciuk na znak, że Abe­ke do­brze się spi­sała. Dziew­czy­na od­po­wie­działa mu uśmie­chem. Miło było czuć się ak­cep­to­waną.

Ta­rik zno­wu gwizdnął.

– Zmia­na bro­ni! – zawołał. – Tym ra­zem będzie­cie wal­czy­li jako drużyna. Szyb­ko, weźcie jakiś przed­miot!