Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 390

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 11 godz. 20 min Lektor: Joanna Jeżewska

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Czas: 11 godz. 20 min Lektor: Joanna Jeżewska

Opis ebooka Spirala kłamstw - Sarah J Naughton

dealny narzeczony? Jody jest zamkniętą w sobie, prześladowaną przez wspomnienia, nieufną kobietą. Pewnego dnia spotyka doskonałego Abe’a, nieznajomego z sąsiedztwa, który rozbudza w niej nowe nadzieje i pokazuje możliwości – życie kobiety wreszcie zyskuje sens. Jednak wkrótce ukochany ulega wypadkowi i zapada w śpiączkę… Idealny brat? Dzień wypadku Abe’a zmienia także życie Mags, jego siostry. Po latach z dala od rodziny Mags odbiera szokujący telefon. Jej brat Abe jest w szpitalu i nikt nie wie do końca, co się stało. Spotkanie z jego narzeczoną Jody ujawnia wiele faktów i pozwala Mags stopniowo poskładać rozrzucone kawałki życia, które zostawiła za sobą. Nie wszystko jednak do siebie pasuje… Co więc jest prawdą, a co kłamstwem? Idealna zemsta? Dla fanów Clare Mackintosh (Pozwolę ci odejść, Widzę cię) i B.A. Paris (Za zamkniętymi drzwiami, Na skraju załamania)

Opinie o ebooku Spirala kłamstw - Sarah J Naughton

Fragment ebooka Spirala kłamstw - Sarah J Naughton

Tytuł oryginalu:

TATTLETALE

Copyright © Sarah J Naughton 2017

Pierwsze wydanie książki ukazało się w Wielkiej Brytanii w 2017 roku nakładem Orion Books, imprintu The Orion Publishing Group Ltd.

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie autora: © Issy Croker

Redakcja: Magdalena Stec

Korekta: Iwona Wyrwisz, Aneta Iwan, Aleksandra Mól

ISBN: 978-83-8110-441-8

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Mojemu mężowi Vince’owi

Czy znasz miejsce pomiędzy snem i jawą?To, w którym pamiętasz sny? W nim zawsze będę cię kochać.

JAMES MATTHEW BARRIE

Przed

W pogodny ranek słońce zazwyczaj tak mocno prześwituje przez witraże, że można odnieść wrażenie, jakby betonową posadzkę pokrywała krew.

Teraz jednak minęła dwudziesta i jedynym źródłem światła są lampy na piętrach. Ich przyćmiony blask powoli odsłania powiększającą się sadzawkę lepiku lub smoły.

Bo w ciemności krew nie wygląda jak krew.

Kiedy opadła adrenalina, która dodała jej sił i pozwoliła zejść po schodach, ma wrażenie, że pozbawiono ją kości. Ledwie może ustać na nogach, więc chwyta się metalowego słupka balustrady, żeby nie upaść, a później długo patrzy.

Na podeście trzeciego piętra gaśnie światło.

Minie sporo czasu, zanim jej mózg zrozumie istotę tego wypadku – przyspieszy od zera do setki, przejdzie od normalności do tragedii – i odpowiednio zareaguje. Widząc, jak ciemne plamy na drzwiach i ścianach mieszkań parteru zamieniają się w czarną sadzawkę, czuje, jak ta świadomość powoli w niej narasta, skupiając się w rejonie brzucha.

W pierwszej chwili myśli, że nic mu nie będzie. Najwyżej kilka siniaków. Guz na głowie. Ale krwi jest stanowczo za dużo.

Gaśnie światło na podeście drugiego piętra.

W ciągu kilku zastygłych w czasie sekund słyszy kliknięcie zasuwy i ciężkie kroki na schodach, skrzypnięcie i zatrzaśnięcie drzwi frontowych. Później wszystko pogrąża się w ciszy. Kościół wstrzymuje oddech, czekając na jej reakcję.

Robi niepewny krok w jego stronę.

Czuje zapach podobny do tego, jaki wydaje jej portmonetka wypełniona miedziakami.

Czemu leży w niewygodnej pozycji? Dlaczego nie przesunie nogi, żeby biodro nie było wykręcone pod takim dziwnym kątem? Dlaczego nie odwróci głowy, czując na sobie jej cień? Dlaczego jej nie zawoła?

Klęka i ujmuje jego dłoń bielejącą na tle czarnej cieczy, która wolno nasącza włosy i ubranie. Jej mózg gorączkowo pracuje. Powinna coś zrobić. Oczywiście, powinna zadzwonić pod 999.

Gaśnie światło na pierwszym piętrze.

Jego wargi się poruszają, ma otwarte oczy. Kiedy się nad nim pochyla, żeby zrozumieć, co mówi, jej włosy dotykają sadzawki. Cofa głowę, a koniuszki włosów przesuwają się po jej nadgarstku, kreśląc czerwone linie na białej skórze. Teraz widzi, skąd wypływa krew. Z jej warg wydobywa się cichy jęk. Przerażenie i szok pędzą jej na spotkanie niczym ogromna ciężarówka.

Musi mu jakoś pomóc. Tutaj i teraz, w tej chwili, bo on nie ma nikogo oprócz niej. Musi wyciągnąć komórkę z kieszeni, otworzyć klapkę i wprowadzić cyfry. Ale nie może wypuścić jego dłoni. Nie może go porzucić, pozwolić, żeby odpłynął w ciemność.

Jej serce zaczyna walić jak oszalałe, niczym wirujące nogi bohatera kreskówki, który jeszcze nie wie, że mknie ku krawędzi. I że zaraz spadnie w przepaść.

Gaśnie światło na parterze.

Nagła ciemność sprawia, że zaczyna krzyczeć. Krzyczy i nie może przestać.

Po

Linoleum jest śliskie od rozlanych drinków. Kiedy przecina parkiet, wpada na niego jakaś niezgrabna, gruba dziewczyna. Chwyta ją w obfitej talii, a ona wykręca się i piszczy. Ktoś klepie go po plecach. Uśmiecha się, choć nie słyszy słów. Podłoga wibruje od głośnej muzyki, w blasku dyskotekowych świateł starannie umalowane twarze nabierają krzykliwych barw. Wszystkie babki i co bardziej słabowici faceci odlecieli. Gary i Kieran obłapiają się, rycząc Auld Lang Syne1, chociaż do północy zostały jeszcze dwie godziny. W odróżnieniu od nich nie upije się kilkoma podwójnymi wódkami. Spogląda na swoje odbicie w ciemnym oknie wychodzącym na boisko.

Wygląda całkiem nieźle, mimo że w tym roku stuknie mu trzydziestka.

W okiennym odbiciu dostrzega nieznajomą kobietę, która idzie za nim przez salę. Widząc, że na nią patrzy, przystaje i się uśmiecha.

Odpowiada znaczącym uśmiechem. Odbiera sygnał.

W kiblu śmierdzi jak zwykle.

Odlewa się za Anglię, otrząsa i zapina rozporek. Sprawdza swoje odbicie w wygiętym kwadratowym kawałku stali nierdzewnej, który pełni funkcję lusterka. Jego koszula jest o rozmiar za mała, napięta na klatce piersiowej. Myje ręce i przesuwa wilgotnymi palcami po włosach. W ciągu ostatnich miesięcy przerzedziły się w okolicy skroni. Może powinien zacząć używać odżywki w sprayu z apteki?

Do toalety wchodzi ich nowy skrzydłowy. Staje przy pisuarze. Jest znacznie niższy i szczuplejszy od Roba.

– Dobrze się bawisz, stary? – pyta Rob.

– Kapitalnie – odpowiada tamten.

– Poczekaj. Wkrótce damy tak się nawalą, że będziesz musiał opędzać się kijem. – Słowo „damy” Rob wymawia ironicznie.

Chłopak chichocze.

– Na razie. – Rob klepie go tak mocno, że tamten mało nie wpada na pisuar. Śmieje się na widok grupki niezadowolonych lasek czekających w kolejce do ubikacji.

– Wybaczcie, że kazałem wam tak długo czekać! – woła, szeroko rozpościerając ramiona.

– Możesz sobie pomarzyć! – odpowiada Elaine, brzydka żona Marcusa. – Kibel się zapchał. Clive próbuje go naprawić.

– Skorzystajcie z męskiej.

– Po tobie? Wielkie dzięki.

– Tylko nie bądźcie zdziwione, jeśli będę zajęty do końca wieczoru.

– Zaryzykujemy.

Kłania się i pcha drzwi prowadzące do baru.

Powietrze jest ciężkie od woni płynu po goleniu i papierosów. W lokalu obowiązuje zakaz palenia, ale faceci go lekceważą, chociaż Clive grozi, że przekaże policji film z monitoringu. Przez mgiełkę dostrzega Sophie szepczącą coś swojemu małemu sabatowi czarownic. Pewnie plotkują na jego temat. Gapi się na nią, aż ta podnosi wzrok i macha mu wesoło. Wygląda na winną. Zdzira, sama może sobie przynieść drinka.

Przy barze stoi dziewczyna, ale on nie ma zamiaru czekać, więc pokazuje dwudziestkę i Derek człapie do niego tym swoim kaczym chodem, z tchórzliwym uśmiechem na pucołowatej twarzy. Albo boi się Roba, albo ma do niego słabość. Rob udaje rozbawionego, kiedy kumple się z niego nabijają, ale gdyby Derek go dotknął – oczywiście pomijając wydawanie reszty – dałby mu wycisk.

– Co dla ciebie, stary?

– Wódka z limonką i wodą sodową. Tylko nie nakap mi potu do drinka, tłusty draniu.

Derek wybucha śmiechem.

Rob czuje na sobie spojrzenie dziewczyny z kolejki i odwraca głowę, gotów do awantury. Ironiczny uśmiech znika w jednej chwili. To dziewczyna, którą widział w odbiciu w szybie. Nieźle napalona.

– Zaliczyłeś trzy bramki w jednym meczu, prawda? – mówi głosem słodkim jak czekolada.

– Przyznaję się do winy – odpowiada, podnosząc rękę i pokornie skłaniając głowę. Przez moment zastanawia się, czy użył właściwego słowa. Mecz towarzyski rozegrany przed imprezą przypominał ciężką walkę z kacem stoczoną ostatniej nocy, a gość, którego zablokował w końcówce, nadal przebywał na szpitalnym oddziale ratunkowym. Jednak kiedy podnosi oczy, dziewczyna się uśmiecha. – Nie widziałem cię tu wcześniej – mówi. – Przyjechałaś z gośćmi?

Kiwa głową.

– Moja siostra chodzi z ich skrzydłowym. Z linii ataku.

Dobrze. Nie jest z nikim związana. Nie żeby ten fakt miał jakieś znaczenie – bo on jest w związku i nie robi mu to żadnej różnicy.

– Jestem taka urżnięta, że nie pamiętam, jak mu na imię! – chichocze.

– Wszyscy wyglądają tak samo. Pan Kartoflana Głowa!

Dziewczyna śmieje się na całe gardło.

Spogląda na Sophie, ale ta jest zbyt zajęta robieniem z siebie zdziry na parkiecie, żeby zwrócić na nich uwagę.

Na szczęście w tym roku Clive i reszta starych matołów nie odpowiadają za muzykę, więc jest znacznie mniej utworów Abby i Bee Gees, a więcej hip-hopu. Nie żeby miał coś przeciwko odrobinie Dancing Queen. Chłopaki lubią się stroić do tego songu, żądając jakiegoś elementu garderoby od każdej z pań na sali. W tym roku namówi Sophie, żeby dała mu ten ohydny pas wyszczuplający. Postawi zdzirę w kłopotliwym położeniu. Przy odrobinie szczęścia babka spieprzy do domu.

Kiedy się odwraca, widzi, że dziewczyna zniknęła. Klnie pod nosem, wychyla drinka i idzie potańczyć.

Dochodzi północ. Derek jest tak zawalony robotą, że chłopaki stoją za barem, nalewając sobie kolejkę i pokazując środkowy palec do kamery monitoringu zamontowanej na kasie. Chłopcy do końca życia pozostaną chłopcami.

Rob tańczy w koszuli przesiąkniętej potem, rzednące włosy oblepiają mu czoło. Co jakiś czas staje za którąś z dziewczyn i napiera na nią kroczem. Niektóre odpowiadają, a wtedy dostaje słabej erekcji, jednak większość nie jest wystarczająco atrakcyjna, żeby można było pójść na całość. Sophie wygląda lepiej od wielu z nich, ale teraz beczy w kącie, otoczona trajkoczącymi kumpelami. „Ale z niego d-drań, buu-łuu”. Nie, nie zepsuje mu wieczoru. Przyciąga do siebie najbliższą dziewczynę i całuje z całej siły, wpychając jej język do ust. Ślina jest gorzka od alkoholu i papierosów. Dziewczyna odpycha go od siebie i daje żartobliwego klapsa, a on ociera usta rękawem, kołysząc się lekko w świetle reflektorów. Jego bębenki pulsują w rytm muzyki. Serce wali jak oszalałe. Mięśnie buzują z napięcia.

Czuje smukłe palce pieszczące jego bok, gdy ktoś przeciska się z tyłu. Odwraca się i widzi dziewczynę z baru.

Wygląda lepiej od Sophie. Jest taka… – szuka odpowiedniego słowa – „elegancka”. Żadna z dziewczyn na sali nie jest elegancka. Wszystkie mają długie, jasne włosy, spódniczki ledwie zakrywające tyłek, sztuczną opaleniznę i lśniący pot na piersi. Ale ta ma klasę. Nawet nie próbuje na nią napierać.

– Cześć – mówi. – Dobrze się bawisz?

– Znakomicie – odpowiada dziewczyna. – Jest wesoło.

– Wychodzisz?

– Sama nie wiem. Muszę wrócić tam, skąd przybyłam.

Marszczy brwi.

– Dlaczego?

Mówi cicho, więc z powodu głośnej muzyki musi czytać z ruchu jej warg. Szybko mruga oczami i otwiera usta. Może źle ją zrozumiał. Nachyla się bliżej.

– Co powiedziałaś?

Dziewczyna pochyla głowę, żeby szepnąć mu do ucha. Jej włosy, lśniące i chłodne jak satyna, ocierają się o jego policzek. Nie, nie zrozumiał jej źle.

Nie wie, co powiedzieć. Nie jest przyzwyczajony, żeby kobiety mówiły wprost, że na niego lecą, ba, nie jest nawet pewny, czy mu się to podoba.

Dziewczyna rusza, nie odrywając od niego wzroku. Czuje, że wiruje mu w żołądku.

– Ja? – mamrocze. – Zgoda. Mogę. – Gada jak ciul. Odwraca się i przesuwa językiem po zębach. – Nie pożałujesz. – Nadal gada jak ciul. Po co pił tę ostatnią kolejkę sambuki2? – Za toaletami jest mały magazyn. – Cuchnie środkami czystości, ale Sophie to nie przeszkadzało.

– Może wyjdziemy na zewnątrz?

Może być i tak.

Energicznie kiwa głową i patrzy na Sophie. Przestała płakać i pije jednego drinka za drugim.

– Do zobaczenia na dworze.

Kiedy dziewczyna odchodzi, rozgląda się po sali, aby sprawdzić, czy ktoś go nie wrabia. Zastanawia się, czy Sophie nie zastawiła na niego jednej z tych swoich uwodzicielskich pułapek, żeby wypróbować jego wierność. Ale jakie to ma znaczenie? Jutro pewnie i tak ze sobą zerwą.

Mija parkiet i rusza do holu. Powietrze jest chłodne i czyste. Stoi w ciemności. Czeka, aż zamkną się drzwi wahadłowe, a muzyka i głośne śmiechy przycichną. Diabelskie czerwone oko starej kamery monitoringu obserwuje go z kąta.

Czy nie jest zbyt urżnięty, żeby mieć erekcję? Coś takiego jeszcze mu się nie zdarzyło, ale nigdy nie miał takiej babki.

Jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać. Pcha drzwi i wychodzi w noc.

Dostrzega jej biały top lśniący w cieniu budek.

Boisko jest zryte i błotniste, więc obchodzi sektor dla widzów, oddychając powoli i głęboko, żeby się uspokoić. Głupia sprawa, ale czuje się tak, jakby szedł na egzamin. Jest w niej coś wyjątkowego, a on nie zna nawet jej imienia. Dzięki temu ich spotkanie stanie się jeszcze bardziej wyjątkowe. Tak to ujmie, kiedy będzie opowiadać o tym kumplom. „Tajemnicza piękność”.

Efekt pryska, gdy po dotarciu na miejsce zauważa, że laska jest cała ubłocona. Błoto oblepia jej buty, kolana, nawet włosy.

– Kurczę – bełkocze. – Co się stało?

– Upadłam. – Dziewczyna chichocze.

Irytuje go. Psuje cały efekt.

– Trzeba było obejść boisko.

– Kogo to obchodzi? – mówi i zdejmuje top. Musi być urżnięta, bo rzuca go w kałużę, a później zrywa halkę tak gwałtownie, że pęka ramiączko.

Nie ma stanika. Jej piersi są gładkie i opalone, lśniące w blasku świateł klubu. Muzyka przypomina pulsujące walenie serca. Dziewczyna opiera się o ławkę, wyginając grzbiet.

Amatorka ostrego seksu. Gdy kładzie jej dłoń na ustach, żeby się zamknęła, gryzie go w palce. Zrywa mu kilka guzików od koszuli, próbując dostać się do jego klaty. Całuje tak mocno, że miażdży mu wargi o zęby. Wyrywa nawet kępkę włosów, co według niego jest absolutnie niedopuszczalne. Za karę wchodzi w nią tak mocno, że dziewczyna krzyczy z bólu. Normalnie jest bardziej ostrożny – niektóre laski pękają, kiedy to robi – ale ta mała sobie na to zasłużyła. Pewnie uważa się za wyjątkową. Podnieca go, że jutro będzie kuśtykać, posiniaczona i obolała, niezdolna do tego, żeby usiąść. Wie, że długo nie wytrzyma.

Gdy dochodzi, nad boiskiem słychać odliczanie do północy, a kiedy cichną sztuczne ognie i petardy, zapina spodnie i rusza do klubu.

Wszystko dzieje się tak szybko, że Sophie się nie połapie, że wyszedł. Nie zdoła jej wytłumaczyć oderwanych guzików i śladów zadrapań, ale przynajmniej będzie mieć powód do śmiechu z chłopakami, zanim wybuchnie trzecia wojna światowa.

Odwraca się w drzwiach klubu. Dziewczyna siedzi. Unosi rękę w geście pozdrowienia lub pożegnania. On nie odpowiada.

Otwiera drzwi i śmieje się do siebie. Śmieje się, bo głupi pomyślał, że babka jest oczko lepsza od innych. Elegancka. Ha, ha. Nie będzie taka elegancka, kiedy powlecze się do domu z ubłoconymi cyckami wystającymi z topu.

Chwilę później dziewczyna zaczyna krzyczeć.

Dźwięk telewizora przypomina kołysankę, usypia ją mimo zimna. Jedna ze sprężyn wystaje z zatęchłego materaca, więc żeby jej nie podrapała, musi się zwinąć na krawędzi. Zawiesili koc w oknie, by poranne słońce nie obudziło jej zbyt wcześnie. Pomarańczowy pas światła ulicznej latarni wpada przez szparę i przecina jej ciało na pół.

Skurcz żołądka jest tak silny, że musi przyciągnąć kolana do piersi, aby złagodzić ból. Szkoda, że nie zjadła więcej w szkole. W świetlicy, po lekcjach, częstowali herbatnikami. Zdążyła złapać dwa, zanim inni sprzątnęli resztę, ale nadal jest głodna.

Gdyby zdołała usnąć, zapomniałaby o głodzie. Zapomniałaby o tym, co Stuart Talley powie o niej jutro na przerwie, przy wszystkich. Zapomniałaby o nauczycielach szepczących o niej na zebraniach i o tym, jak się dowiedzieli, że ukradła szkolny mundurek z pudła ze zgubionymi rzeczami. Czasami żałuje, że nie zasnęła na zawsze.

Słysząc powolne kroki na schodach, zamyka oczy i zamiera.

Po chwili kroki docierają do pokoju. Łóżko ugina się pod ciężarem, brzęczy druciana siatka materaca.

– Wiem, że nie śpisz.

Otwiera oczy.

– Opowiedzieć ci historyjkę na dobranoc?

Przez chwilę na niego patrzy, a później szepcze:

– Tak, poproszę.

Kiedyś wysłuchała historyjki na dobranoc, gdy jeden z chłopaków opiekunki przyszedł do jej pokoju i zaczął opowiadać o bracie i siostrze, których rodzice zostawili w lesie. Dzieci próbowały odnaleźć drogę do domu, ale natknęły się na domek z piernika i łakoci należący do miłej starszej pani. Dziewczynka chciała się dowiedzieć, jak smakuje każda z jego części – szczególnie okna – ale chłopak niani zasnął, więc musiała sobie dopowiedzieć resztę. Zdecydowała, że ludzie, którzy zostawili dzieci w lesie, nie byli ich prawdziwymi rodzicami. Starsza pani okazała się ich babcią, która zbudowała dom ze słodkości, żeby czekał na jej wnuki. A ich prawdziwa mamusia i prawdziwy tatuś zrozpaczeni przeszukiwali cały świat. Gdy wrócili i znaleźli dzieci całe i zdrowe, serca omal im nie pękły.

– Pewnego razu była sobie mała królica – mówi mężczyzna, siadając na jej łóżku. – Królica mieszkała ze swoją rodziną w norze na wzgórzu.

Dziewczynka siada zainteresowana opowieścią. Na górnej części piżamy, którą dostała od babci, jest króliczek.

– Mama królik i tata królik całymi dniami ciężko pracowali, ale mała królica myślała tylko o sobie. Nie była zbyt bystra i nigdy nie słuchała rodziców.

Dziewczynka wytrzeszcza oczy. Czy małą królicę spotka coś złego?

– Gdy rodzice byli zajęci, królica wybiegała z norki, dokazując i wędrując po okolicy, rozmawiając ze wszystkimi, których napotkała, i opowiadając niestworzone historie o swoich rodzicach, zupełnie nieprawdziwe, po to, żeby zwrócić na siebie uwagę.

Dziewczynka marszczy brwi. Niedobra mała królica.

– Pewnego dnia spotkała mężczyznę, który urządził sobie piknik na polu, a ponieważ była łakoma i chciała dostać trochę jedzenia, skłamała, że chodzi głodna, bo rodzice nie dają jej dość pożywienia.

Dziewczynka podciąga koc pod brodę i przygryza wargę.

– Farmer dał jej mały kęs chleba, a kiedy go gryzła, spytał, gdzie mieszka, aby mógł jej przynieść duży kawał czekoladowego ciasta do herbaty.

Twarz mężczyzny pozostaje w cieniu, ale słup pomarańczowego światła pada na jego dłoń. Skóra jest szorstka i czerwona, spod rękawa wystają wytatuowane szpony smoka.

– Okazała się bardzo głupiutka – ciągnie nieco ciszej – bo następnej nocy farmer zjawił się ze strzelbą i psami, zastrzelił mamusię i tatusia małej królicy, wszystkich jej braci i siostry, żeby przyrządzić sobie pasztet na kolację.

Dziewczynka zaczyna płakać.

– Przed śmiercią mama królik powiedziała, że wolałaby, aby ta zła i kłamliwa mała królica nigdy się nie urodziła.

Pod oknami przejeżdża samochód, światła reflektorów przesuwają się po pokoju, rzucając długie, zakrzywione cienie na pasy tapety odchodzące od ściany. Po przeciwległej stronie pokoju stoi drugie łóżko, na którym leży nieruchomo jakaś postać skulona pod cienkim kocem. Kiedy światła reflektorów gasną, wnętrze ponownie pogrąża się w ciemności.

– Wiesz, co się stało z małą królicą, która opowiedziała tę historię?

Dziewczynka kręci głową. Nie chce wiedzieć, ale gdyby zasłoniła uszy rękami, zostałaby ukarana.

– Farmer obdarł ją żywcem ze skóry, wrzucił do rondla z wrzątkiem, a następnie posiekał na kawałki, żeby nakarmić psy.

Mała wzdycha, jakby ktoś wydarł kartkę z książki.

Mężczyzna pochyla się tak blisko, że dziewczynka czuje słodki zapach cydru w jego oddechu i woń papierosów we włosach.

– Jeśli jeszcze raz usłyszę, że mielesz pieprzonym ozorem, że paplesz w szkole o tym, co robimy we własnym domu, spotka cię podobny los, mała zdziro! Zrozumiałaś?!

Dziewczynka kiwa głową.

Mężczyzna wstaje, wychodzi z pokoju i wraca na dół. Gdy otwiera drzwi, dźwięk telewizora nasila się na chwilę. Później ponownie zapada cisza.

Mała leży nieruchomo, czując, jak na materacu powiększa się plama, ciepła niczym krew.

Wtorek, 8 listopada

1. Jody

Pamiętasz naszą pierwszą noc? Nie, spytam o coś innego. To byłoby zbyt łatwe. Czy pamiętasz, co było później, gdy słońce pociemniało, przybierając brudnopomarańczową barwę, jak zawsze, gdy zachodzi nad miastem? Kiedy wróciliśmy do środka, chroniąc się w ciepłym mieszkaniu? Wokół panowała cisza, słychać było jedynie odległy dźwięk syreny i pospieszne kroki przechodniów na Gordon Terrace, pragnących bezpiecznie dotrzeć do domu i nie paść ofiarą napadu. Wiatr szeleścił w śmieciach rozwiewanych na placu zabaw.

Niewiele spałam. Jakżebym mogła? Patrzyłam, jak śpisz, obserwowałam twoje oczy drgające pod powiekami. Czy śniłeś o mnie? Nigdy o to nie spytałam. Nie chciałam, żebyś pomyślał, że się w tobie zadurzyłam.

Wpatrywałam się, jak twoje nozdrza falują delikatnie przy każdym wdechu, jak klatka piersiowa unosi się i opada, poruszając meszkiem włosów sięgających pępka.

Twoje ciało było takie chłopięce, mięśnie miękkie jak moje. Podobało mi się, jak nasze ciała uzupełniały się wzajemnie. Ty smagły i szczupły, o dużych brązowych oczach i długich czarnych rzęsach; ja blada i krucha, o jasnych oczach i rzęsach prawie niewidocznych. Wydawałeś mi się męski, a ja tobie kobieca. Czasami splataliśmy dłonie i dziwiliśmy się, jakie są podobne kształtem i wielkością.

Przynajmniej twoje dłonie się nie zmieniły, nieruchome na wykrochmalonym białym prześcieradle.

Nie czujesz bólu. Lekarze mnie o tym zapewnili. W śpiączce farmakologicznej człowiek nie ma nawet snów. Gałki oczne pod powiekami są kompletnie nieruchome. Rzęsy spoczywają na policzkach, podobne barwą do śniadej cery. Powiedzieli, że siniaki znikną, opuchlizna opadnie, a twoja twarz stanie się ponownie taka jak dawniej. Nie mogę się powstrzymać i nie potrafię porzucić nadziei, że pod siniakami i opuchlizną jest ktoś inny. Że lekarze się pomylili. Że śpisz sobie spokojnie na oddziale jakiegoś innego szpitala, zastanawiając się, dlaczego nie czuwam przy twoim boku.

Nie. To jesteś ty. Widziałam, jak upadłeś.

Przekręcam na palcu obrączkę, którą dostałam od ciebie. Przykładam opuszkę do wyrytego napisu, tak by odcisnął się na moim ciele.

Prawdziwa miłość.

Wiem, że to frazes, jak słowa, które wypisują na kartkach z pozdrowieniami, ale nikomu nie przyszłoby do głowy, że w naszym przypadku jest odpowiedni.

Bo nigdy nie było prawdziwszej miłości. Niezależnie od tego, co się wydarzy, Abe – kimkolwiek będziesz, gdy się obudzisz – moja miłość do ciebie pozostanie niezmienna na wieki.

Ujmuję twoją dłoń i szepczę obietnicę koniuszkom twoich palców.

2. Mags

Wszyscy śpią. Owinięci białymi prześcieradłami niczym mumie, wciśnięci w fotele reklamowane jako „całkowicie płaskie łóżka”, przypominające małe otwarte trumienki.

Bóg jeden wie, która jest godzina.

Powinnam była przestawić zegarek przed wypiciem pierwszej lampki szampana, który jak mnie zapewniono, został osobiście wybrany przez jakiegoś słynnego brytyjskiego guru od win. Wręczyli mi ją, gdy wsiadłam na pokład samolotu, przypuszczalnie tytułem przeprosin za dziesięć godzin ciasnoty i otępiającej nudy, które mnie czekały. Wiem, że telefon powiadomi mnie, gdy będziemy na miejscu, ale do tego momentu trwam w zawieszeniu, poza czasem.

Kawałki ciasta z krabem i kremem z limonki leżą nietknięte na rozkładanym stoliku. Sądząc po liczbie stewardes przypadających na jednego rozpieszczonego ważniaka w pierwszej klasie, powinni wykombinować sobie, że nie zjem posiłku, i go zabrać. Nawet wino jest gówniane, pozostawia kwaśny posmak na języku. Pewnie brzydko pachnie mi z ust. Czuję się lepka i śmierdząca, chociaż wzięłam prysznic w klubowym salonie dla VIP-ów.

Kładę na stoliku firmową saszetkę linii lotniczej i szukam w niej odświeżacza do ust. Jest pasta do zębów, szczoteczka, krem nawilżający, maska na oczy do spania, produkt o nazwie „relaksująca mgiełka do pościeli”, zatyczki do uszu i para tandetnych welurowych pantofli. Wszystko z wyjątkiem odświeżacza.

Zastanawiam się nad założeniem maski na oczy i rozpyleniem relaksującej mgiełki na poduszce, ale wątpię, czy to ma sens. Jestem zbyt podekscytowana, żeby spać. Za każdym razem, gdy zaciskam powieki, w głowie wyświetla mi się ten sam film. Spadam w ciemności, wiatr rozwiewa mi włosy, a krąg światła nade mną maleje z każdą chwilą.

Równie dobrze mogę dalej pić.

Kiedy przechodzi stewardesa, proszę o podwójną whisky.

Podejmuję kolejną próbę dokończenia powieści, którą kupiłam na lotnisku – szmatławego thrillera o babce, która myśli, że mąż zabił ich syna, ale okazuje się, że to jej sprawka, tylko o wszystkim zapomniała, bo on dodał jej czegoś do jedzenia, żeby ją chronić. Przeczytałam trzy czwarte, ale nadal mnie nie rusza. Pewnie z powodu stanu umysłu, w którym się znajduję.

Stewardesa wraca i stawia drinka na małej koronkowej serwetce z papieru.

– To wino – stwierdzam.

Uśmiecha się tak szeroko, że podkład trzeszczy w kącikach ust.

– Tak, proszę pani.

– Prosiłam o whisky.

– Whisky?

– Wiem, że to trudne. W końcu pierwsza litera jest taka sama.

Trzepocze powiekami, nie wiedząc, czy żartuję. Uśmiecham się, aby wiedziała, że to nie żarty. Jej spojrzenie staje się szkliste. Kolejna zdzira.

– Zaraz przyniosę whisky.

– Wie pani co? – Chociaż tego nie znoszę, nie mogę zapanować nad amerykańską intonacją wznoszącą na końcu zdania. – Pójdę do baru.

– Jak pani sobie życzy.

Cofa się, żebym mogła wyplątać się z pasa. Czuję obezwładniający zapach perfum, a pod nim jakąś medyczną woń. Może zapach mydła do rąk lub odświeżających cytrynowych chusteczek z pakietu dla pasażerów klasy ekonomicznej. Zapach sprawia, że babka wydaje się całkowicie sztuczna – ale czego mogłam się spodziewać na pokładzie samolotu z Vegas?

Czuję jej spojrzenie na plecach, gdy między fotelami wlokę się do baru. Kiedy przechodzę z pierwszej klasy do biznesowej, samolot dostaje małej czkawki. Potykam się i skręcam kostkę.

– Proszę uważać! – woła za mną. Mam ochotę pokazać jej środkowy palec, ale w dzisiejszych czasach potrafią zawrócić samolot z takiego powodu.

Za bilet zapłacił Jackson. Powiedziałam, że to miło z jego strony. On na to: „Bez przesady, potraktuj to jako kolejną łapówkę, żeby zatrzymać cię w firmie”. Oparłam się pokusie zapewnienia, że nigdzie się nie wybieram. Jeśli nie będziesz trzymać szefa na krótkiej smyczy, nie dostaniesz biletu lotniczego pierwszej klasy i sześciocyfrowej premii. Nie żeby przyniosło mi to wiele dobrego. Kiedy spłaciłam mieszkanie, zauważyłam, że wyrzucam pieniądze na drogie pierdoły w rodzaju butów od Louboutina, które teraz zsunęłam, aby rozmasować kostkę.

W barze samoobsługowym jest tylko jeden amator drinków, mężczyzna w moim wieku, o czerwonej, plamistej cerze, jakiej dostaniesz, jeśli podczas długiego lotu zapomnisz o odpowiednim nawodnieniu organizmu. Normalnie wypijam butelkę wody Evian, gdy koła odrywają się od pasa, ale dziś mam to w dupie. Przecież Abe nie zauważy różnicy. Nalewam sobie dużą whisky i dorzucam kilka kostek lodu z kubełka. Zastanawiam się nad powrotem na miejsce – bo jeśli zostanę, istnieje ryzyko, że facet do mnie zagada – ale miło jest rozprostować nogi, więc siadam na barowym stołku i zaczynam przeglądać czasopismo. Otwieram na artykule o jakiejś aktorce, z retuszowanymi zdjęciami, na których wygląda nienaturalnie. Jej górna warga jest tak powiększona przez kolagen, że przypomina wargę małpy.

– Wraca pani do domu?

Wzdycham w głębi serca.

– Mieszkam w Vegas. Lecę, żeby… zobaczyć się z bratem. – Ganię siebie za chwilę wahania. W sądzie coś takiego by się nie zdarzyło. Muszę wziąć się w garść, wymyślić jakieś zgrabne kłamstwo, które spowoduje, że ludzie nie będą podejmować próby nawiązania rozmowy lub, co gorsza, okazania współczucia. Jeszcze nie czas na to. Przecież dowiedziałam się dopiero dziś rano. Potrzebowałam całego dnia, aby sprawdzić loty i hotele i przekazać swoje sprawy Jacksonowi. Choć rozmawiałam osobiście ze wszystkimi i obiecałam, że wrócę za dwa tygodnie, moi klienci nie byli szczęśliwi. Nikt w firmie nie ma takich osiągnięć w pomaganiu winowajcom, by przestępstwo uszło im płazem. Jackson wziął sprawę „Urząd podatkowy kontra Graziano”. Jeśli przybierze ona zły obrót, Antonio spędzi resztę życia w więzieniu federalnym, dając dupy w zamian za papierosy. Ale ze mnie pierdoła! Brytyjczycy mówią „dupa”. Niezła dupa. Brzmi osobliwie uprzejmie, jeśli wypowiedzieć to z angielskim akcentem.

– Do Londynu? – pyta mężczyzna z drugiej strony baru.

Przystojny, choć sponiewierany lotem. Kwadratowa szczęka, szerokie ramiona, jasne, krótko przycięte włosy. Męski typ. Pewnie bankier. Albo kolejny prawnik. Nie, bankier. Skoro podróżuje pierwszą klasą.

– Tak.

– Ja również. Cieszysz się na spotkanie?

Znów się waham. Whisky spowalnia moje reakcje. Kiwam głową, a później obracam się na stołku, żeby znaleźć się pod kątem czterdziestu pięciu stopni do niego.

– To nie jest angielski akcent, prawda?

Ponownie się odwracam, z uprzejmym uśmiechem, który zawiera proste, acz dobitne przesłanie (jeśli facet jest dostatecznie inteligentny): „Spadaj”.

– Szkocki.

Nie grzeszy bystrością.

– Nie jest wyraźny, więc zgaduję, że wyjechałaś w wieku… osiemnastu lat?

Unoszę brwi i odpowiadam wbrew sobie:

– Nieźle. Szesnastu.

– Do Vegas? Z pięknej Szkocji? Masz jaja.

– Trzeba czasu, żeby odpadły. Najpierw pojechałam do Londynu.

– College?

– Tak.

– Powinnaś wozić ze sobą grę salonową w dwadzieścia pytań. Ułatwiłaby rozmowę i oszczędziła kłopotów.

– Tak – przyznaję, by po chwili zapytać: – A więc kim jestem?

Ponownie wymierzam sobie karę. Dałam się wciągnąć w rozmowę. Muszę być wstawiona.

– Hm… – Udaje, że się zastanawia. – Jesteś… jeżem?

Śmieję się tak głośno, że otyły facet w trumience obok baru burczy coś z dezaprobatą.

– Taak. Mam kolce i jestem zapchlona.

– Nie, nie jesteś jeżem. Przecież podróżujesz pierwszą klasą. Jesteś żoną jakiegoś oligarchy?

Czeka, abym chwyciła przynętę, lecz ja spokojnie kręcę głową.

– Zadałeś dziewięć pytań. Zostało jedenaście.

– Jezu, ty je liczysz?

– Nie wzywaj imienia Pana Boga twego nadaremno. – Dopijam whisky i nalewam sobie następną kolejkę.

Potrzebuje trochę czasu, ale w końcu zgaduje.

– Jakim sposobem zostałaś amerykańską prawniczką podróżującą pierwszą klasą, skoro wyjechałaś z domu w wieku szesnastu lat?

– Same piątki w szkole wieczorowej. Dyplom prawa King’s College w Londynie, tytuł doktora prawa Uniwersytetu Columbia, a później prosto do Nevady, bo zapowiadał się niezły ubaw. Zdrowie!

Stukamy się szklankami. Pijemy.

– Powiedziałaś to tak, jakby chodziło o łatwiznę.

Nie, nie było łatwo. Podczas jednego z semestrów pracowałam w pięciu różnych miejscach.

– Jaka specjalność?

– Prawo spółek.

– Serio? Sądziłem, że zajmujesz się czymś nieco bardziej ekscytującym. – Przygląda mi się uważnie, mierzy od stóp do głów, choć nie sądzę, aby chciał być niegrzeczny. Myślę, że po prostu jest pijany. Właściwie zaczynam go lubić. Postanawiam, że jeszcze nie oddalę się w pośpiechu.

– Pracuję dla gangsterów.

– Bronisz czy oskarżasz?

– Bronię. Wyciągnęłabym z pudła Ala Capone.

Ładnie się uśmiecha. Przechodzi mi senność. Dolewam coli do whisky. Przelotny flirt stanowi miłą odmianę od filmu grozy wyświetlanego w mojej głowie.

Rozmawiamy dalej. Cola zaczyna działać, budzę się. Pyta, jak wyciągnęłabym Ala Capone z więzienia, a ja zdradzam mu kilka sekretów prawniczego fachu: pomniejszyć wagę czynów oskarżonego, wykorzystać luki prawne, przeszkolić świadków. Film w dalszym ciągu się wyświetla, ale go nie oglądałam.

Dopóki nie poprosi:

– Opowiedz mi o swojej rodzinie.

Niemal natychmiast się zamykam, choć można było zmienić temat rozmowy.

– Co chcesz wiedzieć?

– No, wiesz… prawdę.

– Jestem prawnikiem. Nie zajmuję się prawdą.

– A ja bankierem, więc powinienem wiedzieć, że coś takiego jak prawda nie istnieje. Istnieje jedynie to, w co ludzie uwierzą pod wpływem perswazji. Jeśli zdołam cię przekonać, że udziały gorzelni produkującej whisky wzrosną o pięćset procent, pójdziesz i je kupisz, a wtedy ceny udziałów pójdą w górę. Prawdą jest to, w co wierzysz. – Demonicznie unosi brwi. – W porządku. Ja zacznę. Moje dzieci mieszkają w Islington.

– Nie musisz mi tego mówić.

– Ale chcę. Chcę, żebyś wiedziała. One mieszkają w Islington, a ja w Vegas.

– Jesteś złym ojcem, ale mam to gdzieś.

– A nie powinnaś, jeśli mamy się umówić na randkę. – Popija drinka, łobuzersko spoglądając na mnie znad brzegu szklanki.

Ponownie się śmieję.

– Nie umawiam się z facetami, którzy mają dzieci.

– Dlaczego?

– To zbyt skomplikowane.

Wypija łyk przed udzieleniem odpowiedzi. Kiedy opróżnia szklankę, nonszalancki ton znika.

– Życie to skomplikowana sprawa. Jeśli uważasz, że jest proste, nie żyjesz naprawdę.

– Dobranoc. – Wstaję.

– Zaczekaj. – Kładzie rękę na moim ramieniu, gdy przechodzę obok niego. – Przepraszam. Tracę głowę, kiedy mam ich zobaczyć. Ciągle myślę o tym, jakie przykre będzie pożegnanie.

Siadam na stołku obok niego. Musiał przytyć od czasu, gdy kupił tę koszulę, bo napięła się na brzuchu. Myślę o jego skórze pod bawełną, ciepłej i lepkiej, o meszku jasnych włosów biegnącym od pępka do krocza.

– Jak mają na imię?

– Josh i Alfie. Jestem Daniel.

– A ja Mags. – Ściskam jego dłoń. – Mój brat jest w śpiączce.

3. Jody

Skontaktowali się z twoim najbliższym krewnym. Z twoją siostrą, Mary. Zastanawiam się, dlaczego nie zadzwonili do rodziców. Nigdy o nich nie rozmawialiśmy. Podobnie jak o moich. Nie chciałam, żeby cokolwiek rzuciło cień na nasze szczęście. Próbuję sobie wyobrazić, jak ona wygląda. Pewnie jest smagła jak ty. Szczupła. Ma czarne rzęsy, jeszcze dłuższe od twoich. Będzie mówić cicho. Ujmie moją dłoń, spojrzy w oczy i po prostu będzie wiedzieć. Że jestem dla ciebie tą jedyną, jak ty dla mnie. Że niezależnie od tego, co się wydarzy, będę stać u twojego boku. Że zostanę z tobą, gdy będziesz się ponownie uczył chodzić i mówić. We łzach i w rozpaczy, a później w pierwszych przypływach nadziei. Nie obchodzi mnie, czy bardzo się zmienisz ani nawet czy będziesz mnie pamiętać. Nauczę się ciebie kochać od początku.

Serce mi się ściska, gdy wydajesz słaby, gulgoczący odgłos. Jakbyś czytał w moich myślach.

Pochylam się, żeby ucałować płatek twojego ucha. Moje łzy skapują na kępkę włosów, której nie zgolili, przygotowując cię do operacji. Przysiadają na niej jak perły na sukience, którą miałam na sobie w dzień naszego poznania. Pamiętasz? Czy ta część twojego mózgu jest zdrowa? Może zapomniałeś, ale razem będziemy pamiętać.

Przeprowadziłam się pod koniec wakacji. Praca w kawiarni, którą mi zaklepali, okazała się do kitu. Szef znęcał się nad personelem. Wypłakiwałam się w toalecie podczas przerw na lunch, a później zwyczajnie przestałam chodzić do roboty. Godzinami leżałam w łóżku, nie mogąc jeść ani spać.

Wtedy Tabby opowiedziała mi o Świętym Hieronimie. Sprawdziła wszystko, a później przyjechała i zawiozła mnie tam w niedzielne popołudnie.

Powiedziała mi niewiele: że dom to dawny kościół zaadaptowany na cele świeckie, należący do chrześcijańskiej organizacji charytatywnej, która za ułamek należności wynajmuje pokoje poturbowanym przez los ludziom – szukającym schronienia, cierpiącym na dolegliwości psychiczne, borykającym się z problemami rodzinnymi lub dzieciom z sierocińca, takim jak ja.

Ujrzałam cię, gdy jakiś samochód stanął na kawałku asfaltu obok trawnika. Szedłeś w kierunku głównej ulicy. Zatrzymałeś się, żeby spojrzeć na dzieci bawiące się na boisku. Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia, ale coś bardzo podobnego.

Mieszkaliśmy na tym samym piętrze. Wtedy uznałam to za szczęśliwy zbieg okoliczności. Dzisiaj wiem, że to przeznaczenie. Uśmiechnąłeś się, gdy minęliśmy się na schodach.

Kiedy wchodzisz do kościoła, nie masz pojęcia, jaki jest wysoki. Słup zakurzonego powietrza unosi się w wielkiej, pustej przestrzeni nad ławkami. W środku wydzielono cztery kondygnacje. My mieszkaliśmy na najwyższym piętrze, skąd ponad dachami sklepów i barów z jedzeniem na wynos widać było zielone parki. Każde mieszkanie było inne: z chaotyczną plątaniną kątów i pochyłych stropów, gargulcami na balkonie i kolumną przypominającą pień ogromnego drzewa pośrodku salonu. Niektóre piętra przecinały witraże na pół, więc mogłeś mieć twarz archanioła Gabriela, a ludzie mieszkający pod tobą – jego rozpostarte ramiona.

Zawsze miałam bujną wyobraźnię, zatem noc spędzona w dawnym kościele powinna napełnić mnie paraliżującym strachem, szczególnie że panowała tam dojmująca cisza w porównaniu z kawalerką, gdzie zawsze słychać było krzyki lub trzaskanie drzwiami. Jednak gdy nadeszła północ, usłyszałam muzykę. Spokojny kobiecy głos śpiewający bluesa. Dźwięki dochodziły z twojego mieszkania. Ukołysały mnie do snu.

Tabby była dobra. Zaglądała do mnie codziennie, żeby sprawdzić, czy się zadomowiłam, czy biorę przepisane leki i wypełniłam wszystkie formularze świadczeń socjalnych, aby mieć co jeść.

W dzień krążyłam po mieszkaniu, układając swoje rzeczy i rysunki i wyglądając na główną ulicę, gdzie były trzy sklepy z używanymi rzeczami, oddające dochód na cele charytatywne. W jednym z nich sprzedawano książki. Kupiłam sobie stertę romansideł i codziennie czytałam jedną powieść. A nocą kołysała mnie do snu twoja muzyka.

Później do mnie zagadnąłeś.

Pamiętam, było poniedziałkowe popołudnie. Padał ulewny deszcz i moja nowa książka (Sekretny zawód miłosny strażaka) nasiąkła w torbie, gdy szłam do domu. Miałam na sobie sukienkę ze sklepu z używaną odzieżą, tę z szarego jedwabiu, z małymi perłowymi koralikami wokół dekoltu. Jej skraj był mokry, bo wystawał za płaszcz przeciwdeszczowy. Brzeg sukienki uderzał o moje nogi, kiedy biegłam do Świętego Hieronima. Ruszyłeś przodem i przytrzymałeś mi drzwi.

– Typowe angielskie babie lato – powiedziałeś z uśmiechem, który sprawił, że w jednym z twoich policzków powstał dołeczek.

Jęknęłam, że zniszczyłam sobie książkę, a ty pokazałeś mi, jak niebieski barwnik torby na zakupy ufarbował ci kawałek chleba. Powiedziałeś mi, jak masz na imię, a ja zdradziłam ci swoje. Abe i Jody. Jody i Abe.

Idąc schodami na górę, zdradziłam ci, że właśnie wprowadziłam się pod dwunastkę, a ty odrzekłeś, że miło mieć nową sąsiadkę, bo mieszkanie stało puste od śmierci ostatniego lokatora. Przeraziłam się. Musiałeś to spostrzec, bo się roześmiałeś.

– Och, nie bój się – odrzekłeś. – Nie umarł w mieszkaniu! Szedł poboczem kompletnie pijany i potrącił go samochód.

– Biedak.

– Miał siedemdziesiąt osiem lat. Nieźle jak na zdeklarowanego alkoholika. Chciałbym dożyć takiego wieku.

– Dożyjesz – odpowiedziałam, a później strasznie poczerwieniałam, bo miałam na myśli, że młodo wyglądasz, taki zwinny i pełen życia. Że masz jasnobrązowe oczy i ciągle się uśmiechasz.

– Ładna sukienka – zauważyłeś, kiedy rozpięłam płaszcz. – Wygląda jak deszcz.

Później się pożegnałeś i poszedłeś do swojego mieszkania, a ja stałam przed moim całe wieki, myśląc o tym, jakie to piękne słowa.

Środa, 9 listopada

4. Mags

Budzę się o czwartej i nie mogę zasnąć, więc wstaję i włączam laptopa, usadowiona w hotelowym fotelu z ekologicznej skóry stojącym przy oknie, z którego rozciąga się widok na Hyde Park. Mimo wczesnej pory na Park Lane jest duży ruch, ale podwójne szyby sprawiają, że w salonie panuje nienaturalna cisza. Nocne niebo odbija światła miasta, więc trudno powiedzieć, czy jest noc, czy dzień.

W Vegas słońce zaszłoby za pustynią. Żar i kurz rozpłynęłyby się na bezchmurnym niebie. Otworzyłabym pierwszą butelkę piwa, zlizując z palców lodowate strużki potu.

Znajduję kilka maili od rozgniewanych klientów. Odpowiadam typowymi uspokajającymi zapewnieniami, kończąc wiadomością o bracie, żeby poczuli się winni. Jakby byli zdolni do przeżywania innych uczuć prócz chciwości.

Później loguję się na Facebooka: widzę zaproszenie na nową wystawę, gniewne wpisy o ostatniej strzelaninie i oś czasu zapchaną powtarzającymi się bez końca życzeniami: Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Stu!, bo zbliża się trzydziestka mojego byłego chłopaka. Nie wiem, dlaczego nadal jesteśmy „przyjaciółmi”. Sypialiśmy ze sobą tylko trzy miesiące, a później z nim zerwałam. Płakał.

Wzdycham i wyłączam komputer.

Policja ma przyjechać o dziesiątej. Zostało sześć godzin. Rezygnuję z włączenia telewizji, bo mogłabym obudzić Daniela, który podobnie jak ja nie zmrużył oka podczas całego dziesięciogodzinnego lotu. Kiedy tak siedzę, gapiąc się na czerwone światła stopu samochodów, zaczynam odczuwać irracjonalne rozdrażnienie, że facet nadal tu jest: rozwalony na moim łóżku, na moich poskręcanych prześcieradłach.

W końcu idę do łazienki.

Widząc odbicie w zaparowanym lustrze, zadaję sobie pytanie, dlaczego w ogóle jest mną zainteresowany. Moje włosy są proste i matowe, wargi spierzchnięte, opalona skóra ma ziemistą barwę. Utrata apetytu sprawiła, że wyszczuplałam w okolicy brzucha, więc kości biodrowe sterczą, co nadaje mi rachityczny i kruchy wygląd, jakbym miała nie trzydzieści, a dziewięćdziesiąt lat.

Szum wody musiał go obudzić, bo po chwili wchodzi bez pukania.

– Cześć. Jak tam twoja głowa?

– Mógłbyś wyjść? – pytam.

Mruga oczami.

– Przecież wszystko widziałem. Ostatniej nocy. Nie pamiętasz?

– Chcę się umyć – mówię chłodno.

– Przepraszam. – Cofa się do drzwi i zamyka je cicho za sobą.

Kiedy wychodzę z łazienki, jest ubrany. W milczeniu zbieramy swoje rzeczy.

– Dlaczego taka jesteś? – pyta w końcu.

– Jaka?

– Sądziłem, że dobrze się bawiliśmy ostatniej nocy.

– To prawda, ale ostatnia noc się skończyła, a ja muszę porozmawiać z policją o moim umierającym bracie.

– Faktycznie, przykro mi.

Stoję sztywno, gdy próbuje mnie objąć.

– Widzę, że jest ci trudno – mówi, odsuwając się. – Pewnie nie powinniśmy byli… ale cieszę się, że to zrobiliśmy.

– Ja również – odpowiadam nieco bardziej delikatnie. Jestem zdzirą. Głównie z powodu tego, co mnie dzisiaj czeka, oraz pierwszych oznak kaca.

– Weź mój numer i daj znać, co z Abe’em.

– Oczywiście. – Wsuwam do kieszeni kartonik, który mi podał. Róg paczki prezerwatyw, które zamówił w recepcji razem z butelką jacka daniels’a. – Powodzenia z Jakiem i…

– Joshem i Alfiem.

– Taak. Mam nadzieję, że twoja żona nie jest taką wredną krową jak ja.

Spogląda na mnie i pytająco unosi brwi, a ja śmieję się wbrew sobie.

– Poważnie. No cóż, mam dobry powód.

Podchodzi i mnie całuje.

– Byłaś wspaniała. Było wspaniale. Chciałbym kiedyś to powtórzyć. – Jego oddech jest kwaśny od gorzały, na skórze widać plamy po długim locie. – Gdy załatwisz sprawę z bratem.

– Chciałeś powiedzieć: „gdy każę go odłączyć”?

Ma dość odwagi, żeby nie odwrócić oczu. Podnosi dłoń i przesuwa kciukiem po moim policzku, jakby chciał otrzeć łzę, której tam nie ma.

Jak na bankiera wydaje się całkiem przyzwoitym facetem. Z drugiej strony nie jest to takie trudne, bo sama jestem aniołem wśród prawników od spółek. Później zarzuca kurtkę na ramię i sięga po walizkę.

– Żegnaj, Mags. – Odwraca się do drzwi. – Czy to zdrobnienie od Margaret?

Kręcę głową i po chwili wahania odpowiadam:

– Od Mary Magdalene.

Spogląda na mnie pytająco, czekając na wyjaśnienie. Kiedy go nie udzielam, otwiera drzwi.

– Dlaczego żona cię zostawiła? – pytam nagle.

Odwraca się i uśmiecha.

– Trener szermierki Alfiego.

Siedzimy w hotelowej sali śniadaniowej, z której widać zaśmieconą boczną uliczkę. Radiowóz zaparkował dyskretnie za autem z napędem na cztery koła. Jest ich dwoje: rosła blondynka w średnim wieku i szczupły młodzieniec o zapadniętych policzkach, który mógłby być jej synem. Wygląda, że to ona zadzwoniła, aby mi powiedzieć, co się stało. Pracowałam w domu, przed wyjazdem do biura, odpowiadając na zaległe maile. Pamiętam, że dziwnie się poczułam, siedząc na słonecznym balkonie – w swobodnym stroju i okularach przeciwsłonecznych na nosie, z ustami pełnymi placka jagodowego – i słuchając, jak babka opowiada o śpiączce farmakologicznej i krwotoku wewnątrzczaszkowym.

Teraz mówi mi więcej, z lekkim londyńskim akcentem, a chłopak robi notatki. Zaczyna od logistyki, chronologii, odległości i godzin, które mój brat spędził na stole operacyjnym, a później, powoli i na okrętkę, cofa się do tamtej nocy, jakbym tylko w ten sposób mogła to znieść.

– Jedynym świadkiem wypadku jest Jody Currie, narzeczona pani brata.

– Jesteście pewni, że to wypadek? – pytam mimochodem, ale ze zdumieniem stwierdzam, że młodszy funkcjonariusz podnosi głowę i spogląda na swoją przełożoną.

Ta zwleka z udzieleniem odpowiedzi.

– Nie mamy powodu podejrzewać, że jest inaczej…

Czekam.

Policjantka pije kawę, a ja czekam dalej. Impas.

– Ale? – pytam w końcu.

– Nie ma dowodów wskazujących na popełnienie przestępstwa: żadnych nagrań z kamer monitoringu, żadnych świadków.

– Skąd w takim razie znak zapytania?

Oczekuję, że zacznie wciskać mi kit – jaki znak zapytania? – ale babka, punkt dla niej, tego nie robi.

– Związki międzyludzkie to prywatna sprawa. Jody i pani brat stracili kontakt z rodzicami. Prowadzili samotne życie. Wierzymy Jody, że ich związek był szczęśliwy.

– W przeciwieństwie do morderczego? W rodzaju „zepchnę cię ze schodów”?

Policjantka wzrusza ramionami. Coś w tym stylu.

– Zatem nie będziecie kontynuować śledztwa?

– Jak powiedziałam, nie ma dowodów, że popełniono przestępstwo. Nie ma zatem powodu, aby nie wierzyć jej relacji.

– To znaczy?

– Tamtej nocy panna Currie zarezerwowała stolik w restauracji. Mieli zjeść obiad na mieście. Czuła, że pani brat jest przygnębiony, i chciała go rozweselić.

– To musi być na nagraniach monitoringu, prawda?

– Jeśli nie podejrzewamy popełnienia przestępstwa, nie marnujemy środków i nie przeglądamy nagrań z publicznych kamer monitoringu. Czy mogę mówić dalej?

Odpowiadam chłodnym skinieniem głowy.

– Około dwudziestej wrócili do Świętego Hieronima, zaadaptowanego na cele świeckie kościoła, w którym oboje mieszkali.

– Nie za wcześnie?

– Panna Currie miała wrażenie, że pani brat jest zmęczony. Cały wieczór był milczący i zaproponował, aby wcześniej wyszli. Oboje mieli mieszkania na trzecim piętrze. Jody zeznała, że gdy dotarli na górę, pani brat oznajmił, że chciałby zejść na parter, aby sprawdzić, czy dobrze zamknął drzwi. W okolicy działa gang młodocianych, więc obawiał się, że ktoś mógłby wtargnąć do środka. Panna Currie weszła do mieszkania pani brata. Kiedy usłyszała hałas, wyszła i ujrzała, że Abe leży na dole klatki schodowej. Sądzi, że mógł skoczyć z powodu depresji wywołanej stresem w pracy.

Kładzie ręce na kolanach i taktownie odwraca oczy, czekając, aż przetworzę obrazy przesuwające się przed moimi oczami.

– Ona sądzi? Brat nie zostawił listu?

– Nie.

– Czy członkowie gangu, o którym pani wspomniała, mogli wejść do środka i go napaść?

– Gdyby tak było, panna Currie lub inni lokatorzy z górnego piętra coś by usłyszeli. Poza tym oprócz obrażeń spowodowanych upadkiem nie znaleźliśmy żadnych śladów przemocy. No i pani brat nie miał przy sobie niczego cennego, bo panna Currie zabrała jego kurtkę do mieszkania.

– Dlaczego? – pytam.

– Dlaczego co?

– Dlaczego zabrała jego kurtkę?

Policjantka się uśmiecha.

– Pani jest prawnikiem, prawda?

– Tak.

– Musi pani być dobra. Weszli z chłodu do ciepłego pomieszczenia, więc mógł ją zdjąć i zostawić dla wygody, kiedy poszedł sprawdzić drzwi.

– Przecież nie zamierzał tego robić. Miał zamiar skoczyć. Czemu w ogóle zdjął kurtkę?

– Podczas policyjnego dochodzenia – odpowiada po chwili funkcjonariuszka – zadajemy pewne pytania, żeby stwierdzić, czy doszło do popełnienia przestępstwa. Inne pytania nie są tak istotne. Sugeruję, żeby pomówiła pani z panną Currie. Jestem pewna, że zdoła przekazać pani jaśniejszy obraz tego, co się wydarzyło tamtej nocy.

Wstają, zostawiając na szklanym stoliku dwa niedopite kubki mdłej hotelowej kawy.

– Jeśli będzie pani mieć jakieś pytania, proszę się z nami skontaktować. – Gdy podaje mi wizytówkę, koniuszki naszych palców się ocierają. Jej palce są nieprzyjemnie miękkie, z paznokciami obgryzionymi do połowy, niemal do skórek. Rzucam okiem na wizytówkę. Amanda Derbyshire. Posterunkowa. Najmniejsza z maluczkich.

– Dzięki – mówię chłodno, ściskając dłoń posterunkowej i oślizgłą łapę jej podwładnego.

– Wiem, że ma pani często do czynienia z przestępcami, panno Mackenzie – mówi Derbyshire, odwracając się do drzwi – ale nie każda tragedia jest przestępstwem. Czy planuje pani odwiedzić dzisiaj brata?

– Tak. Pojadę prosto do niego.

– Mam nadzieję, że lekarze będą mogli przekazać pani dobre wieści.

Posyłam jej kostyczny uśmiech – obie wiemy, że to puste słowa – a ona się odwraca.

Siedząc przy oknie i popijając kawę, obserwuję, jak wracają do radiowozu. Są zbyt głupi, aby zdać sobie sprawę, że kręty hotelowy hol wyprowadził ich pod okno, przez które przed chwilą wyglądali.

Kobieta coś mówi, a chłopak rozdziawia usta, ukazując rząd srebrnych wypełnień. W ręce trzyma ciastko z owocami z hotelowego bufetu. Kiedy wsiada, nie przestając jeść, Derbyshire ostrzega go, żeby nie nakruszył jej w samochodzie.

Aby oczyścić umysł przed spotkaniem, pływałam godzinę w hotelowym basenie i dzięki temu (oraz kacowi) w końcu poczułam głód. Nakładając na talerz starte ziemniaki usmażone z cebulką, czuję ulgę, że policjantka nie jest świadkiem tego niestosownego pokazu łakomstwa. Powinnam być pogrążona w bólu i nie myśleć o jedzeniu, ale zamiast tego biorę keczup i siadam przy stoliku najbliżej telewizora, aby odnaleźć kanał CNN.

Od dwudziestu dwóch lat nie byłam w brytyjskim szpitalu. W Vegas ktoś zaprowadziłby mnie labiryntem korytarzy na oddział intensywnej terapii, wyjaśniając po drodze, w jakim stanie znajduje się mój brat, i przygotowując na to, co zobaczę, ale tutaj sama musiałam odnaleźć drogę i zaczekać, aż lekarz skończy obchód, aby usłyszeć opinię na temat stanu Abe’a.

Biedak spadł z wysokości dwunastu metrów. Nie może być dobrze.

Próbuję sobie wyobrazić, jak wyglądał przed wypadkiem. Zawsze był szczupły. O cienkich kościach i wąskich ramionach. Miał ciało dziecka nawet po przejściu okresu dojrzewania. Zastanawiam się, z czego żyje. A właściwie: z czego żył. I jak mnie odnalazł. Zdjęcie zamieszczone na stronie firmy było kompletnie nierozpoznawalne dla kogoś, kto znał mnie jako dziecko.

Byłam zaszokowana, kiedy dostałam jego kartkę z bożonarodzeniowymi życzeniami. Wysłaną na adres biura – Dla Mary – więc musiały upłynąć całe wieki, zanim wylądowała na moim biurku. Od Abe’a. Linia komunikacji równie pewna jak telegram. Nie wiem, czy myślałam, że zbliżymy się do siebie, gdy będziemy starsi, że wybaczymy sobie nawzajem zło, które nam wyrządzono. Pewnie tak, ale teraz jest już za późno. Nie ma za czym tęsknić.

Szpitalne ściany są obwieszone tandetną sztuką. Pozbawionymi smaku kolażami, mdłymi akwarelami i metalem powyginanym na kształt ryb i ptaków. Mijając drzwi z tabliczką „Pokój refleksji”, przez uchylone żaluzje dostrzegam puste plastikowe krzesła ustawione przy stole, na którym stoi drewniany krzyż.

Obok terkocze łóżko. Starsza pani, która na nim leży, jest zwinięta jak poczwarka. Pod przezroczystą, pergaminową skórą pulsują ciemne żyły, jakby coś nowego i pięknego czekało, aby się z niej wyłonić. Żółta cera wskazuje na niewydolność wątroby. Może tak wygląda dzisiaj nasza matka. A może już nie żyje.

Otwieram drzwi z tabliczką „Oddział intensywnej terapii”. Za drzwiami jest mała recepcja, a w niej pielęgniarka, która gapi się uporczywie w ekran komputera, marszcząc czoło. Czuję się winna, bo bez żadnego wysiłku mogłabym zapewnić bratu leczenie ze swojej polisy medycznej. Miałby wtedy własny pokój.

– Nazywam się Mary Mackenzie. Jest tu mój brat, Abraham.

Otyła pielęgniarka nie odpowiada, jedynie podnosi rękę. Zaczekaj.

Obruszona, odchodzę od kontuaru i spoglądam tępo na ogromny przedstawiający piwonie obraz, który powieszono na ścianie. Krwiste czerwienie i cieliste róże wydają się tu nie na miejscu. Na oddziale cuchnie moczem i środkami dezynfekcyjnymi – wonią placówki brytyjskiej służby zdrowia, z nisko opłacanymi sprzątaczkami, udręczonymi pielęgniarkami i pacjentami gnijącymi we własnych odchodach. Później, w sposób nagły i absurdalny, do oczu napływają mi łzy. Piwonie ulegają zamazaniu, przeradzając się w otwartą ranę.