Wydawca: Czarna Owca Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 483 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Śpiew kukułki - Frances Hardinge

Nagle poruszyły się jej piękne, zielonoszare, szklane oczy. Przesuwały się powoli, jak na osi, aż spojrzenie lalki spoczęło na twarzy Triss. I wtedy otworzyły się maleńkie usteczka.

– Co ty sobie wyobrażasz, że kim jesteś? To jest moja rodzina.

Triss budzi się po wypadku i wie, że coś jest nie tak. Dręczy ją głód nie do opanowania, raz po raz budzi się z liśćmi we włosach, ma wrażenie, że śmiertelnie przeraża młodszą siostrę. Kiedy już nie może tego wytrzymać i zaczyna płakać, jej łzy są jak pajęczyna. . .

Wkrótce odkrywa, że to, co się z nią stało, jest dziwniejsze i straszniejsze, niż sobie wyobrażała i że dosłownie nie jest sobą. Pragnąc zrozumieć, co się dzieje, rusza w podróż do Podbrzusza miasta spotkać się z ekscentrycznym Architektem, który knuje i spiskuje przeciwko jej rodzinie. Musi wszystko wyjaśnić, zanim będzie za późno…

Opinie o ebooku Śpiew kukułki - Frances Hardinge

Fragment ebooka Śpiew kukułki - Frances Hardinge

Rozdział 1

W jednym kawałku

Strasznie bolała ją głowa. Jakiś dźwięk ocierał się o wnętrze jej umysłu, był jak pozbawione melodii i rytmu drapanie, przypominał szelest papieru. Ktoś się zaśmiał, wziął swój śmiech w dłonie, zmiął w wielką, trzeszczącą kulę i wcisnął jej pod czaszkę. Siedem dni – śmiało się to coś. Siedem dni.

– Przestań – jęknęła. I przestało. Dźwięk ustąpił, nawet słowa, które pojawiły się w jej głowie, znikły jak chmurka oddechu na zimnym szkle.

– Triss? – rozległ się tuż obok inny głos, brzmiący znacznie donośniej niż jej własny, głos należący do kobiety. – Triss, kochanie, najdroższa, wszystko jest w porządku. Jestem przy tobie.

Coś się działo. Dwie dłonie zacisnęły się wokół jej ręki, tworząc dla niej ciepłe gniazdo.

– Nie pozwól, żeby się ze mnie śmiali – szepnęła. Przełknęła ślinę i okazało się, że gardło ma spękane i suche jak chrust.

– Nikt się z ciebie nie śmieje, kochanie – odparła kobieta. Jej głos był tak delikatny i łagodny, że przypominał westchnienie.

Nieco dalej rozległo się zaniepokojone mamrotanie.

– Czy ona ma delirium? Panie doktorze, myślałam, że pan powiedział…

– To tylko przerwany sen. Zobaczymy, jak Tereska będzie się czuła, kiedy się obudzi.

Tereska. Jestem Teresa. To była prawda, wiedziała o tym, ale teraz miała wrażenie, że to tylko słowo. Jakby nie wiedziała, co oznacza. Jestem Triss. To wydawało jej się bardziej naturalne, jak książka, która otwiera się na często odwiedzanej stronie. Udało jej się nieco otworzyć oczy, choć mrużyła powieki przed jasnym światłem. Leżała na łóżku, oparta o stertę poduszek. Miała wrażenie, że jest jej za dużo, że rozpościera się jak przyduszony kamieniami horyzont, i zdziwiła się, widząc siebie wyciągniętą na łóżku, w normalnych kształtach, pod kołdrą i kocami.

Obok niej siedziała kobieta i delikatnie trzymała ją za rękę. Jej ciemne włosy były krótko przycięte i ułożone ciasno w sztywne, błyszczące fale. Na policzkach miała delikatną warstewkę pudru, który łagodził zmarszczki w kącikach zmęczonych oczu. Błękitne paciorki z jej naszyjnika chwytały światło z okna, rzucając mroźne błyski na bladą skórę szyi i podbródka.

Każdy centymetr ciała tej kobiety był boleśnie znajomy, a jednak nieznany, jak plan na wpół zapomnianego domu. Zdrętwiały umysł Triss jakimś cudem złapał słowo, które ukazało się nie wiadomo skąd i zawisło w powietrzu.

– Ma… – zaczęła.

– Tak, kochanie, mamusia jest przy tobie.

Mamusia. Mama.

– Mam… Mam… – Tylko tyle udało jej się wykrakać. – Ja… Ja nie… – Triss umilkła bezradnie w pół słowa. Nie wiedziała, czego nie zrobiła, ale była przerażona tym, jak wiele tego było.

– Wszystko w porządku, żabciu. – Mama ścisnęła ją lekko za rękę i uśmiechnęła się łagodnie. – Znów zachorowałaś, to wszystko. Miałaś gorączkę, więc nie do końca wiedziałaś, co się dzieje. Pamiętasz, co się wczoraj wydarzyło?

– Nie. – Wczoraj było wielką czarną dziurą. Triss poczuła ukłucie paniki. Co właściwie miałaby pamiętać?

– Przyszłaś do domu całkowicie przemoczona. Pamiętasz? – Sprężyny łóżka jęknęły, kiedy na jego skraju usiadł mężczyzna. Miał długą twarz o wyrazistych rysach, zmarszczone brwi, jak gdyby w skupieniu zastanawiał się nad każdym słowem, i jasne włosy, które zaczynały już siwieć. Głos miał jednak łagodny i Triss wiedziała, że mężczyzna patrzy na nią w szczególny, wyjątkowy sposób. Ojciec. – Sądzimy, że wpadłaś do Grimmera.

Słowo „Grimmer” sprawiło, że Teresa poczuła nagły chłód i drżenie, jak gdyby ktoś przyciskał jej do szyi skórę żaby.

– Ja… Ja nie pamiętam. – Chciała jak najszybciej uciec od tej myśli.

– Proszę nie naciskać. – U wezgłowia jej łóżka stanął inny mężczyzna, był starszy, miał obłoczek bezbarwnych włosów kręcących się pół centymetra nad różową skórą głowy i siwe, krzaczaste brwi, które poruszały się, kiedy mówił. Żyły na jego starczych dłoniach były nabrzmiałe i powykrzywiane.

– Dzieci zawsze będą się bawić nad wodą. Tak już jest. Bóg jeden wie, ile razy sam wpadłem do strumienia, kiedy byłem chłopcem. Młoda damo, nieźle wystraszyłaś rodziców, błąkając się wczoraj wieczorem z rosnącą gorączką, nie rozpoznając mamy i taty. Mam nadzieję, że teraz nie masz z tym problemu?

Triss zawahała się i ciężko skinęła głową. Poznawała już ich zapachy. Popiół z fajki i puder na policzkach.

Doktor postukał palcami o wezgłowie łóżka.

– Jak się nazywa miłościwie nam panujący król? – zapytał nagle głośno.

Triss aż podskoczyła i przez chwilę była oszołomiona. Później jednak posłusznie wpłynęło jej do głowy wspomnienie rytmicznie powtarzanych słów. Jeden jest władca miłościwie nam panujący, naszym królem jest Jerzy, Jerzy Piąty…

– Jerzy Piąty – odparła.

– Dobrze. A gdzie teraz jesteśmy?

– To stary kamienny dom w Lower Bentling – odpowiadała Triss z rosnącą pewnością siebie. – Tam, gdzie jest staw z zimorodkami. – Rozpoznawała zapach tego miejsca – wilgoć ścian, plus ledwie wyczuwalny odór trzech pokoleń starych, chorych kotów. – Jesteśmy tu na wakacjach. My… My tu przyjeżdżamy co roku.

– Ile masz lat?

– Jedenaście.

– A gdzie mieszkasz?

– The Beeches, Luther Square, Ellchester.

– Grzeczna dziewczynka. Tak jest znacznie lepiej. – Uśmiechnął się szeroko i ciepło, jak gdyby był z niej naprawdę dumny. – Cóż, byłaś bardzo chora, więc pewnie masz wrażenie, że ktoś napchał ci do głowy waty, prawda? Ale nie panikuj. W ciągu paru dni dojdziesz do siebie i wszystko przejdzie. Już czujesz się lepiej, czyż nie?

Triss powoli pokiwała głową. Teraz nie słyszała niepokojącego śmiechu. Wciąż docierał do niej co prawda delikatny, nieregularny szelest, ale gdy odwróciła się w kierunku okna, z łatwością ujrzała winowajcę. Szyby dotykała nisko zwisająca gałąź, ściągana w dół rosnącymi na drzewie zielonymi jabłkami, a za każdym razem, kiedy poruszał nią wiatr, liście tarły o szkło.

Nierówne plamy światła, które wpadały do pokoju, przesuwały się tu i tam, rozdarte przez mozaikę liści. Sam pokój był równie zielony. Zielona kapa na łóżku, zielone ściany, a na nich – małe kremowe diamenciki, zielone prostokątne obrusiki na czarnych drewnianych stolikach. Nie zapalono jeszcze gazu, a kule lamp ściennych były matowe i martwe.

Dopiero teraz Triss zdała sobie sprawę, że w pokoju jest jeszcze ktoś, czający się przy drzwiach. To była inna dziewczynka, młodsza od Triss, a jej ciemne kędzierzawe włosy sprawiały, że wyglądała niemal jak miniaturowa wersja matki. Jej oczy były jednak chłodne i patrzyły twardo, jak oczy drozda. Dziewczynka kurczowo ściskała klamkę drzwi, jak gdyby chciała ją wyrwać, a jej szczęka nieustannie się poruszała, raz po raz zaciskając zęby.

Mama spojrzała przez ramię, idąc za wzrokiem Triss.

– Popatrz, Penny przyszła zobaczyć, jak się czujesz. Biedna Penny – nie mogła nic jeść, odkąd zachorowałaś, tak się o ciebie bała. Wejdź, Pen, chodź i siadaj obok siostry.

– Nie! – wrzasnęła Penny tak nagle, że wszyscy podskoczyli. – Ona udaje! Nie widzicie? To jest teatr! Żadne z was nie widzi różnicy? – Utkwiła w twarzy Triss spojrzenie tak twarde, że mogłoby rozłupywać kamienie.

– Pen. – W tonie jej ojca zabrzmiała ostrzegawcza nuta. – Wejdź natychmiast i…

– Nie! – Pen wyglądała na zdesperowaną. Oczy miała szeroko otwarte, jak gdyby chciała się na kogoś rzucić, a później gwałtownie wypadła na korytarz. Od ścian odbijał się echem tupot jej małych stóp.

– Nie idź za nią – powiedział łagodnie ojciec, kiedy mama zaczęła wstawać. – To „nagradzanie” jej uwagą – pamiętasz, co mówili?

Mama westchnęła ciężko, ale posłusznie usiadła. Zauważyła, że Triss bezwiednie podniosła ramiona, tak że prawie dotykały jej uszu, i wpatruje się w drzwi.

– Nie przejmuj się nią – powiedziała łagodnie, ściskając dłoń Triss. – Wiesz, jaka ona jest.

Rzeczywiście? Czy ja naprawdę wiem, jaka ona jest?

To moja siostra Penny. Pen. Ma dziewięć lat. Miewała zapalenie migdałków. Jej pierwszy ząb mleczy wypadł, kiedy kogoś gryzła. Miała kiedyś kanarka, ale zapominała czyścić mu klatkę i ptak zdechł.

Ona kłamie. Kradnie. Wrzeszczy i rzuca przedmiotami. I… Nienawidzi mnie. Naprawdę mnie nienawidzi. Widzę to w jej oczach. I nie wiem dlaczego.

Przez chwilę matka namawiała Triss, żeby ta pomogła jej wycinać wykrój sukienki wielkimi nożycami z szylkretowymi uchami, które leżały w przyborniku do szycia. Matka za każdym razem upierała się, żeby brać go ze sobą na wakacje. Nożyce powoli cięły mięsisty materiał, jak gdyby znajdowały cichą satysfakcję w przedzieraniu się przez każdy kolejny centymetr.

Triss od zawsze uwielbiała przypinanie wykrojów do materiału, wycinanie i krojenie, a później patrzenie, jak kawałki materii, błyszczące od szpilek i okolone poszarpanymi ściegami, powoli nabierają konkretnych kształtów. Wykroje były zdobione obrazkami pań w pastelowych kolorach, niektóre miały na sobie płaszcze i kapelusze w kształcie dzwonów, inne – turbany i długie, proste suknie. Wszystkie pochylały się leniwie, jak gdyby za chwilę miały ziewnąć, oczywiście w bardzo elegancki sposób. Wiedziała, że pomaganie mamie w wykrawaniu i szyciu to święto. Tak było zawsze, kiedy chorowała.

Dziś jednak czuła się głupio i niezręcznie. Ogromne nożyce wydawały jej się niewiarygodnie ciężkie, palce ześlizgiwały się z uchwytu, miała wrażenie, że żyją własnym życiem i wyrywają jej się z ręki. Kiedy po raz drugi niemal poraniła sobie kłykcie, matka zabrała jej nożyce.

– Wciąż nie doszłaś do siebie, kochanie, prawda? Może byś sobie poczytała?

Na stoliku przy łóżku leżały egzemplarze „Sunbeam” i „Golden Penny” z wyświechtanymi rogami.

Triss jednak nie potrafiła się skupić na migających jej przed oczami stronicach. Nie chorowała przecież po raz pierwszy, wręcz przeciwnie. Ale teraz była pewna, że jeszcze nigdy nie przebudziła się z tak dręczącym uczuciem niepewności.

Co się stało z moimi rękami? Co się stało z moją głową? Chciała to wszystko z siebie wykrzyczeć. Mamusiu, pomóż mi, proszę, pomóż. Wszystko jest dziwne i obce, nic nie jest na swoim miejscu, a mój rozum przypomina układankę, w której brakuje chyba kilku elementów…

Kiedy jednak postanowiła opisać to dziwaczne uczucie, jej umysł natychmiast odwracał się od tej myśli.

Jeśli powiem rodzicom – pomyślała irracjonalnie – będą się martwić, a to będzie oznaczało, że sprawa jest poważna. Jeśli jednak nic nie powiem, będą mi powtarzać, że wszystko jest w porządku, mimo że w rzeczywistości jest zupełnie inaczej.

– Mamusiu… – Głos Triss był cichutki. Patrzyła na stos leżących na łóżku powykrawanych kawałków materiału. Wyglądały, jakby były ranne, bezbronne i opadłe z sił. – Ja… Ze mną wszystko w porządku, prawda? To nie jest nic… strasznego, że… nie potrafię sobie przypomnieć wszystkiego z wakacji, prawda?

Matka spojrzała na nią uważnie i Triss była zdziwiona błękitem jej oczu, tak podobnych do szklanych paciorków naszyjnika. Przejrzystych i kruchych. Było to spojrzenie jasne i przyjazne, ale niewiele trzeba było, aby we wzroku matki pojawiło się przerażenie.

– Kochanie, jestem pewna, że wszystkie wspomnienia wrócą. Tak powiedział pan doktor, czyż nie? – Skończyła przypinanie szpilkami szwu, uśmiechnęła się i wstała. – Słuchaj, mam pomysł. A może byś przejrzała swój pamiętnik? Może to ci pomoże? – Mama Triss wyciągnęła spod łóżka niewielką walizeczkę podróżną z wyblakłej czerwonej skóry, w której narożniku widniały litery „TC”, i położyła ją na kolanach córki.

Prezent urodzinowy. Wiem, że kocham tę walizeczkę i wszędzie ją ze sobą zabieram. Ale nie mogę sobie przypomnieć, jak się otwiera zamek. Po kilku próbach jednak zatrzask otworzył się sam.

Wewnątrz było jeszcze więcej rzeczy, które obudziły wspomnienia, więcej fragmentów, które mówiły jej, że naprawdę jest Triss. Ubrania. Rękawiczki. Druga para rękawiczek, na wypadek gdyby zrobiło się chłodniej. Egzemplarz książki z wierszami pod tytułem „Peacock Pie”. Przybornik kosmetyczny, podobny do tego należącego do jej matki, ale mniejszy, z lusterkiem na wieczku, bez pudru do twarzy. A pod tymi wszystkimi rzeczami – książeczka oprawiona w niebieską skórę.

Triss wyjęła pamiętnik, otworzyła go i aż zapiszczała ze zdziwienia. Połowa stron była wypełniona jej ładnym, kaligraficznym pismem. Wiedziała, że tak jest. Ktoś jednak wyrwał te strony, zostawiając margines naddartego papieru, na którym wciąż widniały jakieś zawijasy słów, które zaginęły. Później były już tylko puste strony. Mama podeszła do niej, usłyszawszy okrzyk zaskoczenia, i przez kilka sekund wpatrywała się w zniszczony dziennik.

– Nie wierzę – szepnęła w końcu. – Jak można… Ze wszystkich głupich, złośliwych dowcipów… Nie, tego już za wiele. – Energicznym krokiem wyszła z pokoju. – Pen? PEN! – Triss usłyszała, że matka wbiega po schodach, a później szarpie klamką u drzwi.

– Co się dzieje? – usłyszała głos ojca.

– To znowu Pen. Tym razem wyrwała połowę stron z pamiętnika Triss. I nie chce otworzyć drzwi. Chyba przywaliła je jakimś meblem.

– Jeśli chce się sama uwięzić, niech tak będzie. – Triss usłyszała odpowiedź ojca. – Wcześniej czy później będzie musiała wyjść i wytłumaczyć się z tego, co zrobiła. Wie o tym. – Zostało to powiedziane na tyle głośno, że oblężona strona musiała wszystko usłyszeć.

Mama Triss znowu weszła do pokoju chorej.

– Żabciu, tak mi przykro… No cóż… Może po prostu ukryła gdzieś te kartki i będziemy mogły je włożyć na miejsce, kiedy je znajdziemy. – Usiadła na łóżku, westchnęła i zajrzała do walizeczki. – Kochanie… Lepiej sprawdźmy, czy nic innego nie zginęło.

Okazało się, że brakuje też szczotki do włosów, zrobionej na plaży fotografii przedstawiającej Triss siedzącą na osiołku i chusteczki, na której z taką radością i dumą wyszywała swoje imię.

– Przecież wiem, że część z tych rzeczy miałaś wczoraj wieczorem przed wypadkiem – mruknęła mama. – Pisałaś coś w pamiętniku. Pomagałam ci czesać włosy. O, Boże. Pen! Nie wiem, dlaczego ona cię tak nęka, kochanie.

Widok powydzieranych stron napełnił Triss tym samym chłodnym, wijącym się jak robactwo uczuciem w głębi brzucha, które wcześniej nawiedziło ją, kiedy usłyszała słowo „Grimmer”. Przeraziło ją to, nie wiedziała dlaczego i nie chciała o tym myśleć. Ale wszystko jest w porządku, mówiła sobie. To tylko Pen, która zachowuje się głupio i okrutnie.

Triss podejrzewała, że powinna czuć z tego powodu wściekłość, ale prawdę mówiąc, było coś pocieszającego w tym, że rodzice byli wściekli w jej imieniu. Miała wrażenie, że chowa się w łupinie kasztana, chroniona przez jej wewnętrzną, puchową miękkość, a wszystkie kolce wystają na zewnątrz. Był to – tak szeptały w niej wspomnienia – naturalny bieg rzeczy.

Gdyby teraz pozwoliła sobie na to, żeby opadły jej kąciki ust, jakby zbierało jej się na płacz, domownicy zebraliby się wokół niej i próbowali wszystko naprawić… I choć nie chciała tego, poczuła, że jej twarz krzywi się z żalu i smutku.

– O, Triss! – Mama przytuliła ją do siebie. – A może byś coś zjadła? Jest trochę zupy grzybowej, takiej jak lubisz, mamy też pieróg z wołowiną. Może galaretki? Albo gruszki z kompotu?

Uczucie falowania w żołądku spotężniało na samą myśl o jedzeniu i Triss zdała sobie sprawę, że jest głodna jak wilk. Skinęła głową.

Mama poszła na górę i zastukała do drzwi Pen, próbując zwabić ją na obiad. Nawet ze swego pokoju Triss słyszała jednak przenikliwe wrzaski siostry.

– …Nie wychodzę… Nieprawda… Wszyscy jesteście głupi…

Mama wróciła na dół z wyrazem lekkiej irytacji na twarzy.

– Cóż, to lekka przesada, nawet jak na Pen. Nigdy nie widziałam, żeby odmawiała jedzenia. – Spojrzała na Triss i uśmiechnęła się zmęczona. – Przynajmniej ty nie masz w sobie nic z jej uporu.

Okazało się, że Triss może zjeść więcej niż tylko „troszeczkę”. Kiedy tylko zobaczyła pierwszy talerz zupy na tacy i chrupiące bułki tuż obok, ręce zaczęły jej się trząść. To, co działo się wokół niej, przestało się liczyć. Kiedy taca znalazła się na jej kolanach, nie potrafiła się opanować, rwała bułki nieopanowanymi ruchami, wszędzie sypały się okruchy, wpychała je do ust, a tam suchy miękisz chleba toczył się po jej języku i poddawał się przeżuwającym go zębom. Zupa zniknęła w ciągu kilku sekund, nawet nie zauważyła, że parzy jej podniebienie. W napadzie szaleństwa rozniosła pieróg, ziemniaki i marchewki, później od razu połknęła galaretkę, gruszki i spory kawałek ciasta migdałowego. Dopiero kiedy sięgała po resztę ciasta, matka chwyciła ją za nadgarstek.

– Triss, Triss! Kochanie, jestem zadowolona, że wrócił ci apetyt, i to tak szybko po chorobie, ale będzie ci niedobrze!

Triss patrzyła na nią jasnym wzrokiem, była zdumiona tym, co widzi, pokój dopiero po chwili wrócił do normalnych rozmiarów. Nie było jej niedobrze. Miała wrażenie, że może zjeść kawał ciasta wielkości hipopotama. Jej dłonie, pokryte okruchami chleba, wciąż drżały, ale zmusiła się, żeby wytrzeć je w serwetkę, i splotła palce na kolanach, żeby nie pozwolić im sięgnąć po nic innego. Kiedy to robiła, ojciec wsunął głowę przez drzwi i złapał spojrzenie matki.

– Celeste. – Głos miał rozmyślnie spokojny i cichy. – Mogę na słówko? – Zerknął na Triss i uśmiechnął się do niej czule w przelocie.

Matka przykryła Triss kołdrą, sięgnęła po tacę i wyszła z pokoju, zabierając ze sobą swoje ciepło, zapewnienie, że wszystko będzie dobrze, i zapach pudru. Kilka sekund po tym, jak zamknęły się drzwi, Triss poczuła, że wracają skurcze paniki. Coś w tonie głosu jej ojca budziło niepokój.

Czy mogę na słówko? Na korytarzu, tam, gdzie Triss nas nie usłyszy?

Triss przełknęła ślinę i odsunęła kołdrę, a później podniosła się z łóżka. Nogi miała sztywne, ale nie tak słabe, jak się spodziewała, podeszła więc na palcach do drzwi sypialni, po czym delikatnie je uchyliła.

– …a inspektor obiecał rozpytać w miasteczku, na wypadek gdyby ktoś widział, jak wpada do wody. – Jej ojciec miał głęboki, przyjemny głos, lekko chropawy, przywodzący na myśl szorstkie zwierzęce futro. – Był przed chwilą, żeby ze mną porozmawiać. Okazuje się, że kilku miejscowych parobków przechodziło wczoraj wieczorem w pobliżu łąki. Nie widzieli Triss obok Grimmera, ale zobaczyli na brzegu dwóch mężczyzn. Niewysokiego w meloniku i wyższego w szarym płaszczu. A na drodze obok łąki stał zaparkowany samochód.

– Jaki samochód? – matka spytała przyciszonym głosem kogoś, kto zna już odpowiedź.

– Duży czarny daimler.

Nastąpiła długa chwila milczenia.

– To nie może być on. – Głos jej matki był teraz wysoki, słowa wypowiadała pospiesznie, jak gdyby nożyce do cięcia materiału cięły je jedno za drugim. – Może to tylko zbieg okoliczności. Przecież na świecie jest mnóstwo daimlerów.

– Tutaj? W miasteczku jest tylko kilka samochodów. Kogo byłoby stać na daimlera…

– Powiedziałeś, że już po wszystkim! – W tonie matki pobrzmiewały ostrzegawcze dźwięki, jak pogwizdywania czajnika, w którym gotuje się woda. – Mówiłeś, że zrywasz z nim wszelkie kontakty.

– Powiedziałem, że to ja z nim kończę, a on się o tym dowie, kiedy przeczyta najświeższe gazety. Ale może on wcale nie skończył ze mną.

Rozdział 2

Zgniłe jabłka

Usłyszawszy jakieś poruszenie w salonie, Triss ostrożnie zamknęła drzwi i wsunęła się z powrotem do łóżka. Jej umysł wirował jak śruba okrętowa.

Oni myślą, że ktoś mnie napadł. Czy tak właśnie było?

Znów próbowała zmusić pamięć do przypomnienia sobie o Grimmerze i znów w głowie nie było nic, tylko głuchy odgłos postukiwania i szarpania.

Kim był ten „on”, o którym mówili rodzice, ten ktoś, z kim ojciec „już skończył”? Jeżeli „on” był tak straszny, dlaczego ojca w ogóle cokolwiek z „nim” łączyło?

Wszystko to brzmiało jak z filmów kryminalnych, które Pen tak uwielbiała – w których dobry, uczciwy człowiek przypadkiem wiąże się z łobuzami i gangsterami. Ależ ojciec nie mógł się wplątać w coś takiego! Na samą myśl o tym Triss czuła ucisk w piersi. Przede wszystkim była dumna ze swojego ojca. Uwielbiała moment, w którym osoba poznająca jej tatę unosiła z podziwem brwi. Pan Piers Crescent? Inżynier, który zaprojektował Three Maidens i Station Mount? To zaszczyt pana poznać, sir. Dokonał pan dla miasta wspaniałych rzeczy.

Mieć ojca projektanta i inżyniera oznaczało widzieć na stole przy śniadaniu mapy z planowanymi drogami. Przyglądać się, jak ojciec otwiera listy z biura burmistrza, dotyczące budowy mostów i lokalizacji nowych budynków użyteczności publicznej. Projekty jej ojca zmieniały oblicze Ellchester.

Triss nieco podskoczyła w łóżku, kiedy drzwi się otworzyły i do sypialni weszła jej matka. Na policzkach miała odrobinę więcej pudru, a to widomy znak tego, że zajrzała na chwilę do swego pokoju, żeby się wyciszyć.

– Właśnie rozmawiałam z ojcem – stwierdziła matka z nonszalancją. – Sądzimy, że powinniśmy przerwać wakacje i wracać jutro rano do domu. Otoczenie, które znasz – tego ci trzeba, żeby wszystko sobie poukładać.

– Mamusiu… – Triss zawahała się, nie chcąc się przyznać do tego, że podsłuchiwała, a później zdecydowała się na kompromis. – Zostawiłaś drzwi otwarte, a był przeciąg, więc podeszłam, żeby je zamknąć, i wtedy… Usłyszałam, jak tatuś mówi o kimś jeszcze, kto był wczoraj wieczorem nad Grimmerem. – Triss chwyciła mamę za rękaw. – Kto to był?

Dłonie jej matki zawisły na chwilę w powietrzu, a później znów zaczęły uspokajająco wygładzać poduszkę.

– Nie, to nikt taki, kochanie! Tylko jacyś Cyganie. Nie ma się czym martwić.

Cyganie? W meloniku i w daimlerze?

Najwyraźniej zmartwienie musiało się jednak odmalować na jej twarzy, bo matka przysiadła na brzegu łóżka, wzięła jej dłoń w obie ręce i w końcu spojrzała córce prosto w oczy.

– Nikt nie chce cię skrzywdzić, żabciu – powiedziała bardzo poważnie. – A nawet gdyby tak było, twój ojciec i ja nie pozwolimy, by kiedykolwiek przydarzyło ci się coś złego.

Wszystko to uspokoiłoby ją, gdyby nie kryształowo błękitne oczy matki, nieco zbyt jasne. Za każdym razem, kiedy jej twarz tężała w tym kruchym wysiłku, Triss wiedziała, że matka myśli o Sebastianie.

Powołano go do wojska w lutym 1918 roku, tuż przed szóstymi urodzinami Triss. Pamiętała uroczystości z flagami i wielkie kapelusze dam, kiedy pod koniec tamtego roku skończyła się wojna, ale nie wiedziała, co to oznacza. A znaczyło to ni mniej, ni więcej, że Sebastian nie wróci już do domu. Kiedy przyszła wiadomość, że rzeczywiście właśnie tak będzie, myślała przez chwilę, nie do końca wiedząc właściwie, co ma myśleć, że ta pierwsza wiadomość była nieprawdziwa i że wojna jeszcze się nie skończyła.

W pewnym sensie miała rację. Wojna się skończyła, ale nie minęła. Wciąż wszędzie było jej pełno. To samo dotyczyło Sebastiana. Jego życie się skończyło, ale on nie odszedł. Jego śmierć pozostawiła za sobą niewidzialny cień. Jego nieobecność była ogromną czarną dziurą, która wciągała wszystko i wszystkich. Nawet Pen, która nie pamiętała go zbyt wyraźnie, poruszała się ostrożnie, z dala od krawędzi tej przepaści.

Triss zaczęła chorować niedługo przed końcem wojny i w niejasny sposób rozumiała, że to ma jakiś związek z Sebastianem. Być chorą – to było jej zadanie. Ich zadaniem była jej ochrona. A teraz powinna była skinąć głową.

I właśnie to zrobiła.

– Dzielna dziewczyna – powiedziała matka, gładząc ją po policzku.

Triss próbowała się uśmiechnąć. Rozmowa, którą podsłuchała, wciąż nie dawała jej spokoju.

– Mamusiu? Ja… przeczytałam już wszystkie komiksy i książki, i to setki razy. Czy mogę… Czy mogę poczytać gazetę tatusia?

Matka poszła zapytać ojca o zgodę, a później wróciła z egzemplarzem „Ellchester Watchman”. Zapaliła lampy – każda z nich odezwała się maleńkim, pocieszającym odgłosem przytłumionego wybuchu – po czym zostawiła Triss samą.

Dziewczyna ostrożnie otworzyła gazetę, czując, że zdradza kogoś swym małym oszustwem. Cóż takiego podsłuchała? Co powiedział ojciec? Powiedziałem, że to ja z nim kończę, a on się o tym dowie, kiedy przeczyta najświeższe gazety.

W gazecie było zatem coś, na podstawie czego tajemniczy „on” mógł się domyślić, że jej ojciec nie chce mieć z nim już nic wspólnego. Jeśli tak, to ona na pewno też to znajdzie.

Gazetę już ktoś czytał, i to tak intensywnie, że tu i ówdzie widniały smugi tuszu drukarskiego, a Triss czuła, że jej zmęczony gorączką umysł też jest cały w smugach. Wodziła oczami od jednego nagłówka do drugiego, ale przyswajała tak niewiele, że niekiedy musiała czytać ten sam tytuł kilka razy, żeby zrozumieć, o co w nim chodzi. Większość z nich była nudna i nic jej nie mówiła. Artykuły o tym, że w Ellchester wprowadzi się nowe omnibusy, wzorując się na modelu londyńskim. Zdjęcie długiej kolejki bezrobotnych, płaskie czapki naciągnięte na smutne, znużone twarze. Tekst o charytatywnym wieczorze tanecznym i zbiórce pieniędzy na szpital. A na piątej stronie wzmianka o Piersie Crescencie, ojcu Triss.

Nie była zbyt interesująca. Pisano w niej o Meadowsweet, nowym przedmieściu, nad którym pracował jej ojciec, gdzie można było dojechać nową linią tramwajową. W gazecie umieszczono nawet schematy pokazujące, jak będzie wyglądało – domy stojące rzędami u stóp zbocza, wychodzące na rozlewisko rzeki Ell, która wpada tam do morza. Ojciec Triss pomagał projektować drogi, wymyślił także staw i sposób wykonania tarasów pod fundamenty domów na zboczu wzgórza. Artykuł powiadał, że było to „odstępstwo” inżyniera, „najlepiej znanego ze swoich projektowanych z wielkim rozmachem innowacyjnych konstrukcji”. W artykule nie było jednak najmniejszej wzmianki o tym, że Piers Crescent odrzucał kontrakty gangstera, a Triss nie mogła się oprzeć myśli, że gdyby tak było, to cała ta historia znalazłaby się bliżej pierwszej strony.

Może się przesłyszałam. Może sobie to wszystko wyobraziłam. Może… Być może wcale nie czuję się jeszcze tak dobrze.

Tamtej nocy Triss czuwała, przyglądając się pełgającym światełkom przygaszonych lamp i czekoladowobrązowym pajączkom pojawiającym się na krawędzi sufitu. Za każdym razem kiedy zamykała oczy, czuła, że w mysiej dziurze na skraju jej umysłu czekają sny – gotowe, by ją pochwycić w miękkie kocie pyski i zanieść tam, dokąd wcale nie chciała iść.

Nagle świat wypełnił się tajemnicami, które zaciskały się w jej żołądku jak węzły. Była przerażona. Była zdezorientowana. I była głodna, zbyt głodna, żeby spać. Zbyt głodna, żeby myśleć o czymkolwiek lub czymkolwiek się zamartwiać. Kilka razy niemalże sięgała już po szarfę dzwonka, ale potem przypominała sobie twarz mamy, przyglądającej się, jak jej starsza córka łapczywie pożera kolację. Już więcej nie jedz, żabciu. Nic aż do śniadania, rozumiesz?

Ale ona była głodna jak wilk! Jak można zasnąć w takim stanie? Przez chwilę zastanawiała się nad tym, czy nie wymknąć się do kuchni i nie ogołocić spiżarni. Pewnie zauważą, że brakuje jedzenia, ale Triss w desperacji przez chwilę chciała zrzucić winę na Pen. Nie, rodzice na pewno nie dadzą się zwieść.

W takim razie co robić? Usiadła na łóżku i gryzła paznokcie, aż nagle podskoczyła, kiedy liście drzewa, rzucone podmuchem wiatru, uderzyły o szybę. Oczami wyobraźni zobaczyła gałąź drzewa za oknem, ciężką od jabłek.

Okna od lat nie otwierano, ale Triss szarpnęła mocno framugę i zatrzeszczało, plunęło drobną chmurką kurzu i odpryskami farby. Do pokoju wdarło się zimne powietrze, poruszyło gazetę leżącą przy łóżku, Triss myślała jednak wyłącznie o młodych jabłkach między liśćmi, unoszących się w górę i w dół wraz z oddechem wiatru, jabłkach o błyszczącej skórce, w której odbijało się słabe światło lampy gazowej. Chwytała owoce, zdzierała je z gałęzi, wciskała do ust jedno po drugim, wgryzając się w miąższ. Drżała z ulgi. Były niedojrzałe i tak kwaśne, że język jej zdrętwiał, ale nic jej to nie obchodziło. Chwilę później leżały przed nią tylko ogryzki, ale głód wciąż szarpał jej trzewia – miała w brzuchu bezdenną głębię.

Sypialnia była na parterze, więc było oczywiste, naturalne, żeby usiąść na parapecie i zeskoczyć na ziemię. Trawa pokryta rosą przypominała biały puch, kłuła chłodem, ale dziewczyna nie zwracała na to uwagi.

Dopiero gdy w trawie nie było już ani jednego zgniłego jabłka, szaleństwo zaczęło słabnąć i Triss uświadomiła sobie, że drży z zimna, ma podrapane kolana i dziwny smak w ustach. Przysiadła na piętach i głęboko oddychała, nie wiedząc, czy zwymiotować, czy łkać, gdy drżącymi dłońmi ścierała z policzków, podbródka i języka niezdrowy, kwaśny posmak. Nie śmiała spojrzeć na wpół zjedzone jabłka, bo bała się zobaczyć wijące się wśród nich małe białe kształty.

Co się ze mną dzieje? Nawet teraz, po tej chwili szaleńczego obżarstwa, wiedziała, że gdzieś niedaleko czai się kolejna chmura głodu i tylko czeka na okazję, by się zbliżyć do Triss.

Niepewnym krokiem podeszła do muru otaczającego ogród. Mur był stary i w wielu miejscach się kruszył, zbyt łatwo można się było na niego wdrapać i usiąść na szczycie, kolano uderzało o kolano pod cienką koszulą nocną. Widziała biegnącą obok domu żwirową drogę i powiodła za nią wzrokiem. Ścieżka wiła się po porośniętym kępami wysokiej trawy zboczu, prowadziła do odległego miasteczka, które przypominało z daleka konstelację światełek. Przed nimi jednak zobaczyła, ledwie widoczny w świetle księżyca, jakby zarysowany szarym ołówkiem, trójkąt skweru miejskiego. Tuż za nim drżały na wietrze blade witki wierzb, a jeszcze dalej… Wąski pasek głębszej ciemności, jak otwarty szew.

Grimmer.

Triss miała wrażenie, że rozpada się na kawałki. Wszystkie skrawki i strzępki, które przez cały dzień próbowała do siebie dopasować, teraz się rozrywały, jak gdyby szpilki powypadały nagle z miejsc, które trzeba pozszywać.

Coś się ze mną stało nad Grimmerem. Muszę to zobaczyć. Muszę sobie przypomnieć.

Nie chciała iść szerokim pasem drogi i wybrała skrót w dół wzgórza. Ostre gałązki i osty kłuły ją w pięty i kostki, kiedy potykając się, szła nierównym zboczem, ale nie mogła przestać myśleć o Grimmerze.

Kolana jej osłabły, miała jednak wrażenie, że ścieżka sama prowadzi ją w dół. Grimmer rósł w oczach, czarny jak potępienie i wąski niczym na wpół przymknięte oko, a kiedy doszła do skweru, okazało się, że staw jest na tyle długi, że mógłby połknąć cztery autobusy. Nad jego wodami wierzby pochylały długie, cienkie witki, które wierzgały w porywach wiatru, jak gdyby zanosiły się łkaniem. Na ciemnej powierzchni Triss dostrzegła białe nenufary, przypominały maleńkie dłonie wynurzające się spod powierzchni wody.

W zaroślach coś od czasu do czasu szeleściło i postukiwało. Ptaki. Na pewno ptaki. Z pewnością nie napastnicy, którzy zaczaili się na nią, wiedząc, że nie ma wyboru i będzie musiała wrócić tą samą drogą… Drżącymi krokami przeszła przez zieloną trawę skweru i podeszła do krawędzi wody, gdzie po raz pierwszy poczuła panujące zimno. Właśnie tutaj setki lat temu wrzucano do wody czarownice. Tutaj topili się samobójcy.

W pewnym miejscu trawa była wygnieciona, a ziemia – przeorana palcami. To tutaj wydostałam się na brzeg. Na pewno tutaj. Ale dlaczego wpadłam do środka?

Miała nadzieję, że jeżeli znajdzie jakieś wspomnienia, zyska solidny grunt pod stopami. Ale kiedy wspomnienie nadeszło, nie przyniosło pocieszenia.

Triss przypomniała sobie lodowatą ciemność, zimną wodę dławiącą jej nos, usta i gardło. Wydawało się jej, że pamięta, jak próbuje przeniknąć wzrokiem przez brudny mrok, podczas gdy jej nogi i ręce powoli opadały, i widzi dwa ciemne kształty gdzieś powyżej, ich drżące zarysy poruszające się wraz z ruchem wody. Dwie postaci stojące na brzegu, jedna wyższa od drugiej. Było też i inne wspomnienie, które próbowało się przebić, coś, co stało się tuż przedtem…

Coś złego się tu stało – coś, co nigdy nie powinno się było wydarzyć.

Zmieniłam zdanie. Nie chcę tego pamiętać.

Było jednak za późno, bo Grimmer przyglądał się jej olbrzymią, ciemną szczeliną oka, jak gdyby w każdej chwili mógł otworzyć je szeroko i spojrzeć wprost na nią. A kiedy poczuła nadciągającą falę paniki, jej umysł zamknął się jak książka i wodze przejął instynkt. Odwróciła się na pięcie i zaczęła biec, uciekać od wody, sprintem przez skwer, przedzierać się w górę zbocza, pędziła do domu przerażona, jak zając, na którego rzuciło się stado wilków.

Rozdział 3

Zła choroba

Sześć dni – znów rozległ się śmiech. Sześć dni – rżał i szeleścił jak stara gazeta w przeciągu. Kiedy Triss się obudziła, słowa stopiły się w jedno i zmieniły w szept liści ocierających się o okno.

Otworzyła oczy. Coś szorstkiego dotykało jej policzka. Sięgnęła ręką i wyjęła z włosów suchy liść. Gapiła się na niego przez chwilę. Zaczęła sobie przypominać wydarzenia poprzedniego wieczoru. Czy naprawdę wyszła przez okno, pożarła jabłka, nawet te, które spadły na trawę, a później stała nad brzegiem Grimmera, mając nadzieję, że staw do niej przemówi? Przeglądała wspomnienia z niedowierzaniem, jak gospodarz domu, który patrzy na śmieci rozrzucone nocą przez lisy.

Znalazła we włosach jeszcze więcej suchych liści, więc szybko je powyjmowała i wyrzuciła przez okno. Zabłocone stopy wytarła do czysta chusteczką. Koszula nocna była brudna i poplamiona trawą, ale może uda się ją wcisnąć do prania, zanim ktoś zauważy.

Nikt mnie nie widział. Nikt nie wie, co zrobiłam. A jeżeli nikomu nie powiem, to tak, jakby się to w ogóle nie wydarzyło. I drugi raz tego nie zrobię – dzisiaj rano czuję się lepiej. Ubiorę się i zejdę na śniadanie, i wszyscy powiedzą, że dzisiaj wyglądam znacznie zdrowiej… I dzięki temu to będzie prawda.

Rzeczywiście, kiedy zeszła po skrzypiących schodach na dół, w głosie mamy usłyszała ulgę i radość.

– Triss! Wstałaś! Jak dobrze, że poczułaś się lepiej…

Głód w końcu przerwał oblężenie Pen. Odsunęła krzesło możliwie najdalej od rodziny i siedziała z głową pochyloną nad talerzem. Przeżuwała posiłek z humorem skazańca.

Wcześniej przyniesiono świeże jajka z farmy, ugotowano je, a teraz siedziały, cętkowane, w kieliszkach obok uchwytów na tosty. Stado wilków, które przejęło władzę nad żołądkiem Triss, wciąż wyło o jedzenie, ale dziewczynie udało się jeść powoli i spokojnie i przestać, kiedy skończyła swoją porcję.

No właśnie. Widzisz? Dzisiaj czuję się lepiej.

Po śniadaniu mieli jechać do domu. Wszystko będzie dobrze, kiedy tylko wrócą do domu.

Kiedy Triss znów znalazła się w swoim pokoju, szybko spakowała wszystkie rzeczy do małej czerwonej walizeczki i w końcu pochyliła się, żeby podnieść swoją lalkę imieniem Angelina. Angelina była śliczną niemiecką lalką wielkości niemowlęcia. Jej jasna skóra nie błyszczała jak porcelana – miała matowy połysk prawdziwej skóry. Lalka miała starannie pomalowane rzęsy i łagodnie wykrojone łuki brwi. Uszminkowane usta rozchylały się, ukazując maleńkie białe zęby. Jasnokasztanowe loki przypominały włosy Triss, lalka miała na sobie zielono-białą sukienkę w liście winorośli. Umysł Triss wykonał dziwaczny zwrot, więc dziewczyna przyglądała się swoim rzeczom tak, jak mógłby to robić ktoś obcy. Nagle nieznana myśl wślizgnęła się nieproszona do jej głowy. To jest tak, jakbym wciąż miała sześć lat. Jakby Sebastian zginął zaledwie wczoraj.

Spojrzała na Angelinę, czując nieprzyjemne poruszenie w żołądku, jakby wił się tam robaczek wstydu i niepewności.

– Co ty tu w ogóle robisz? – spytała pod nosem. – Mam jedenaście lat. Po co wciąż wożę ze sobą lalkę?

I kiedy te słowa jeszcze wisiały w powietrzu, lalka poruszyła się w jej rękach.

Nagle zamrugała pięknymi, zielono-szarymi szklanymi oczami. Powoli przesuwały się, dopóki jej spojrzenie nie zatrzymało się na twarzy Triss. Wtedy maleńkie usteczka lalki otworzyły się, żeby przemówić.

– Co ty tu robisz? – było to echo słów Triss, wypowiedzianych tonem obrazy i zdziwienia, głosem tak zimnym i muzykalnym jak brzęczenie blaszanych kubków. – Co ty sobie wyobrażasz? To jest moja rodzina.

Triss wypuściła oddech z płuc. Całe jej ciało było zamarznięte, w przeciwnym razie lalka niewątpliwie upadłaby na ziemię. To sztuczka, szeptała szaleńczo. To na pewno sprawka Pen. Poczuła, jak Angelina podciąga się nieco, po czym wysuwa głowę i przygląda się jej uważnie. Nagle lalka otrząsnęła się i zadrżała. Otworzyła usta i zaczęła wydawać z siebie niskie, dziwaczne kwilenie, pełne lęku i przerażenia.

– Nie – jęczała, po czym zaczęła się rzucać, a jej głos zamienił się w wycie. – Nie masz racji! Nie dotykaj mnie! Pomocy! Na pomoc! Weźcie ją ode mnie! – Rzuciła się na nią z małymi porcelanowymi piąstkami, wrzask unosił się pod sufit jedną dziwaczną nutą, która nie ustawała, jak dźwięk syreny strażackiej. Triss zobaczyła przez okno, że przerażone jaskółki wylatują pospiesznie z gniazd pod okapem domu, a tynk lekko pęka, w powietrzu uniosła się chmurka pyłu. Szczęka lalki opuściła się jeszcze niżej, jej wrzask rozrywał uszy. Triss była pewna, że wszyscy w domu i poza nim zatrzymali się w pół kroku, zdziwieni.

– Przestań! Przestań! – Potrząsała lalką, ale to nic nie dawało. – Proszę! – W panice próbowała stłumić krzyk węzłem wełnianego szala – bez efektu. W końcu w akcie desperacji Triss rzuciła lalką na drugą stronę pokoju najmocniej, jak umiała. Angelina uderzyła głową o ścianę, rozległ się dźwięk przypominający wystrzał i wrzask się urwał. W powietrzu zawisła mrożąca krew w żyłach cisza.

Triss podeszła do Angeliny. Serce biło jej głośno, jak policjant uderzający pięścią w drzwi przestępcy. Odwróciła lalkę stopą. Twarz Angeliny pękła na pół. Jej usta wciąż były otwarte, podobnie jak oczy.

Triss rzuciła się na kolana.

– Przepraszam – szeptała bez sensu. – Ja… Ja nie chciałam…

Pewnie zaraz ją znajdą, klęczącą nad Angeliną jak nad trupem. Panikując, wyjęła kilka polan z kosza obok kominka i wcisnęła zepsutą lalkę na samo dno, po czym ułożyła na niej stos drewna. Może nikt nie zauważy, co się stało.

Drzwi otworzyły się niespodziewanie, kiedy Triss wstawała na równe nogi. Odwróciła się na piętach z poczuciem winy, czuła suchość w ustach. Ktoś przyszedł, żeby zobaczyć, skąd bierze się ten okropny wrzask. Oczywiście, że tak. Jakże ona teraz to wszystko wyjaśni?

– Jesteś prawie gotowa? – Jej ojciec miał na sobie płaszcz i rękawiczki do jazdy autem. Triss w milczeniu skinęła głową. Spojrzał w kierunku okna. – Ptaki dzisiaj strasznie hałasują, prawda?

Stała na słońcu, czekając, aż ojciec uruchomi silnik przy użyciu specjalnej korby. Wciskała ręce głęboko w kieszenie, żeby nikt nie zauważył, jak bardzo drżą. Miłość otaczała Triss ze wszystkich stron, ale mimo to nigdy nie czuła się tak potwornie samotna. Nie mogła nikomu powiedzieć, co się wydarzyło. Im dłużej milczała, tym trudniej było się odezwać. I co w ogóle miałaby im powiedzieć?

Angelina się poruszyła, zaczęła mówić i wrzeszczeć. A ja ją zabiłam.

To się nie zdarzyło. To się nie zdarzyło. To się nie zdarzyło…

A jeżeli rzeczywiście się nie zdarzyło… To znaczy, że to wszystko było w mojej głowie. A to znaczy, że coś ze mną jest nie tak. To znaczy, że jestem naprawdę, naprawdę poważnie chora.

Zazwyczaj choroba była atrakcją, Triss znajdowała w niej nawet pewne pocieszenie. Ale to była zła choroba. Dziewczyna nie chciała mieć chorej głowy. Sama myśl o tym była jak spojrzenie w ciemną otchłań bez dna. Gdyby pobiegła do rodziców i powiedziała, że ma chory mózg, na pewno nie zareagowaliby życzliwym podsuwaniem komiksów, nowymi pigułkami i uwagami typu „Nie przemęczaj się, dopóki nie wrócisz do sił”. Byliby poważni, zaniepokojeni i całkowicie uzależniliby się od opinii lekarzy. Nie chcę, żeby mnie zabrali i poddawali hipnozie albo wiercili dziurę w głowie…

Dlatego Triss stała w milczeniu przy samochodzie, skulona w złotym świetle poranka, i czuła się jak potwór. Za każdym razem, kiedy rodzice wchodzili do domu, żeby przynieść kolejny bagaż, cała tężała. Proszę, nie zaglądajcie do kosza na drewno. Proszę, jedźmy, po prostu już jedźmy…

Prawie wyskoczyła ze skóry, kiedy z domu dobiegł potężny wrzask.

– Znalazłem ją! – To był głos jej ojca, w którym brzmiało napięcie i resztki cierpliwości. Serce Triss waliło jak młotem. Ale to nie Angelinę miał na myśli Piers Crescent. To była Pen, łkająca, rycząca i próbująca kopać ojca piętami w kolana. – Próbowała się ukryć na strychu.

– Ja nie jadę! – Jej napady wściekłości rzadko kończyły się na wyginaniu ust w podkówkę i tupaniu nóżkami. Teraz też wrzeszczała na całe gardło, a kilka na wpół zrozumiałych słów gubiło się w istnej wichurze wściekłości. – …Ona kłamie… Nie każcie mi przy niej siedzieć… Nienawidzę was wszystkich!

Triss wsunęła się na tylne siedzenie przez jedne drzwi, a Pen wsadzono do środka i posadzono obok niej przez drugie. Wówczas dziewczynka zwinęła się w ciasną, wrogą całemu światu kulkę, odsuniętą możliwie najdalej od Triss.

Jej się wydaje, że ja udaję, że jestem chora – myślała Triss bez emocji. Udaję, żeby zwrócić uwagę wszystkich. Uwagę, której chce ona. Szkoda, że tak nie jest. Ojciec Triss usiadł za kierownicą. Rozległo się wycie, gwizd, a później główny silnik zakaszlał i zamruczał. Nareszcie. W końcu byli w drodze.

Samochód rodzinny – sunbeam w miętowym odcieniu zieleni – połyskiwał jak mokre liście, a jego reflektory przypominały okrągłe, pełne wyczekiwania oczy. Z ulgą, która była niemal bolesna, Triss zobaczyła, że budynek znika za jej plecami. Później jechali jedną drogą po drugiej z zawrotną prędkością pięćdziesięciu pięciu kilometrów na godzinę. Włosy biły Triss po policzkach, a węzły w żołądku zaczęły się powoli rozluźniać. Może choroba również zostanie z tyłu, jak małe, wciśnięte w kąt zwłoki z porcelany.

Wzgórza wierzgały pod nimi jak plażowe osiołki w złym humorze, droga wiła się, jakby chciała ich zrzucić na byle zakręcie. Kamienne murki unosiły się i opadały po obu stronach wąskich dróg. Później minęli pomalowany na biało drogowskaz. Oksford w tę stronę, sto czterdzieści kilometrów, Ellchester w tamtą, trzydzieści dwa kilometry. Triss przykleiła policzek do chłodnego drewnianego panelu po wewnętrznej stronie drzwi samochodu.

Jestem bezpieczna. Jadę do domu, do Ellchester.

Pierwszą rzeczą, którą zauważał każdy, kto zbliżał się do Ellchester, były Trzy Panny. Najbardziej imponujący z trzech mostów spinał całą szerokość rozlewiska rzeki Ell jednym eleganckim pociągnięciem łagodnego łuku. Piaskowozłota farba widoczna była z odległości kilkunastu kilometrów na tle połyskującego błękitu wody. Drugi most wycinał wysoką linię ponad samym miastem, wspierany na trzech z ośmiu wzgórz Ellchester, z których jedno było teraz zwieńczone budynkiem w kształcie piramidy z ciemnoróżowego kamienia – była to stacja kolejowa, której budowa zbliżała się do końca.

Ostatni łączył się z rosnącym zboczem doliny po drugiej stronie. Między mostami pociągnięto nowo wybudowaną linię kolejową.

Wszyscy byli zgodni, że zanim zbudowano trzy mosty, Ellchester „schodziło na psy”, co miało chyba oznaczać, iż zapadało się jak zamek z piasku na deszczu.

Wtedy Piers Crescent zaproponował swój plan budowy i wykazał, że pomimo szerokiego ujścia rzeki do morza i dziwacznych wzgórz istnieje możliwość sprowadzenia do Ellchester kolei. Mosty nazwano „cudem inżynierii”. Zmieniły wszystko i sprowadziły pieniądze do miasta, a nazwisko ich projektanta zyskało niebywałą popularność w Ellchester.

Triss, patrząc na Trzy Panny, wyłaniające się teraz przed jej oczami, zawsze czuła przypływ dumy. Kiedy samochód skręcił na szeroką szosę biegnącą wzdłuż połyskującego nurtu rzeki Ell w kierunku przycupniętego między wzgórzami, pokrytego szarą dachówką miasteczka, wysunęła głowę do przodu i pochyliła się, żeby zobaczyć łuk mostu na rzece. Dzisiaj jednak za falą ciepła podążał gorzki posmak, kiedy przypomniała sobie podsłuchaną rozmowę i artykuł w gazecie. Jeżeli ktoś rzeczywiście próbował ojca przestraszyć, to czy miało to jakiś związek z jego pracą?

Kiedy Triss weszła do domu, wcale nie poczuła ulgi. Spodziewała się, że wszystko wróci na swoje miejsce, gdy tylko się tu znajdzie. Stojak na kapelusze, wywoskowany parkiet i chińska tapeta w słomkowym kolorze były dobrze znane – albo czuła, że powinny być dobrze znane – ale poszczególne elementy nie ułożyły się jak w ulubionej układance.

– No tak, czyja to sprawka? – Mama Triss wskazała palcem na ślad brudu i drobinki ziemi na gładkiej, czystej podłodze. – Która z was zapomniała wytrzeć nogi? Pen?

– Dlaczego na mnie patrzysz, mamo? – wybuchła Pen. Wściekłe spojrzenie rzuciła jednak na Triss, a nie na matkę. – Dlaczego wszyscy myślą, że to zawsze ja? – Ruszyła, tupiąc, po schodach, a po chwili słychać było zatrzaskujące się z siłą grzmotu drzwi do jej pokoju.

Matka westchnęła.

– Bo to zawsze ty, Pen – mruknęła zmęczona, szczypiąc palcami czubek nosa.

– Margaret zajmie się jutro podłogami – powiedział jej mąż, kładąc dłoń na ramieniu żony w uspokajającym geście. Margaret była „kobietą do sprzątania”, przychodziła do Crescentów co rano na kilka godzin.

– No tak. Muszę uprzedzić Margaret, że wróciliśmy wcześniej – powiedziała matka wyczerpanym głosem. – I znaleźć kucharkę, i powiedzieć jej, że jesteśmy jednak w domu i że będziemy jej potrzebować. Mówiłam, że może wziąć kilka dni wolnego, kiedy nas nie będzie. Jeśli pojechała odwiedzić siostrę w Chesterfield, nie wiem, co zrobimy. Muszę sprawdzić, czy ta dziewczyna, Donovan, się wyprowadziła i wysłać listy do agencji rekrutacyjnych, poszukać nowej guwernantki. Jeżeli nie odezwę się do rzeźnika i piekarza, jutro nie będzie dostawy jedzenia.

Triss coś się przypomniało. „Ta Donovan” to była panna Donovan, ostatnia guwernantka córek Crescentów, którą właśnie odprawiono za to, że była „trzpiotką”. Poprzednie guwernantki otrzymywały od matki Triss wypowiedzenie z powodu „bezczelności”, za to, że były „zbyt pewne siebie” lub za to, że zabierały dziewczynki do muzeów lub parków, gdzie Triss mogła złapać przeziębienie. Triss nie martwiła się już guwernantkami. Jeżeli pozwalała sobie na to, żeby je polubić albo przejmować się tym, czego uczą na lekcjach, później musiała swoje odcierpieć, kiedy odchodziły.

– Celeste – mruknął ojciec Triss cichym, ale zdecydowanym głosem. – Zobacz najpierw, czy przyszły jakieś listy, kiedy nas nie było.

Mama Triss rzuciła zdziwione spojrzenie w kierunku pustego kosza, w którym trzymano korespondencję, a później w jej błękitnych, wiosennych oczach zaświtało zrozumienie. Oblizała wargi, po czym zwróciła się do Triss z ciepłym, łagodnym uśmiechem.

– Kochanie, może byś pobiegła na górę i rozpakowała swoje rzeczy, a później na chwilę się położyła?

Prawdziwy obraz uległości – Triss skinęła głową i ruszyła ku schodom. Kiedy jednak weszła na półpiętro i straciła rodziców z oczu, zatrzymała się. Znowu to samo. W powietrzu wisiała rozmowa, która miała się odbyć za jej plecami.

Zagryzła wargę, otworzyła najbliższe drzwi, a później znów przymknęła je tak, że wydawało się, iż schowała się w swoim pokoju. Oparła się o ścianę i czekała. Po chwili nagrodził ją szmer głosów.

– Piers, masz na myśli te listy? Myślałam, że ustaliliśmy, że nie będziemy już czytać niczego, co przyśle ten człowiek.

– Wiem, ale teraz musimy zrozumieć, czy to właśnie on zaatakował Triss. Jeżeli próbuje mnie zastraszyć, to być może znajdziemy list bezpośrednio od niego, a nie to, co zwykle. Jeżeli napisał do nas z żądaniami albo groźbami, będziemy przynajmniej wiedzieć.

Słysząc kroki na schodach, Triss odwróciła się, żeby rzucić się do ucieczki, i poczuła panikę wsiąkającą w jej duszę jak zimna woda w skarpetki.

Który pokój jest mój?

Nie było jednak czasu do stracenia. Triss jednym ruchem otworzyła najbliższe drzwi i wślizgnęła się do środka.

Pokój za drzwiami był pogrążony w mroku, oświetlały go jedynie słabe promienie słońca przenikające przez grube bursztynowe story. Powietrze pachniało zmęczeniem, jak stare ubrania zapakowane na specjalną okazję, która nigdy nie nadeszła.

Triss wstrzymała oddech i przycisnęła ucho do drzwi. Na zewnątrz słyszała kroki, długie kroki na półpiętrze, ciężkie, które łatwo było rozpoznać – to szedł jej ojciec. Wkrótce usłyszała przytłumione dźwięki rozmowy telefonicznej dobiegające z jego gabinetu. Telefon był świeżym nabytkiem, wciąż zaskakiwał nowością i uporczywym dźwiękiem dzwonka. Niekiedy wydawało się, że ojciec Triss czuje, iż musi go pokonać siłą swojej osobowości, na wypadek gdyby telefon miał własny umysł i duszę i chciał przejąć kontrolę nad domem.

Triss poczuła ulgę. Nie usłyszał mnie. Ale gdzie jestem? To nie mój pokój. Jest za duży na mój pokój.

Jej oczy powoli przyzwyczajały się do mroku i nagle zaniepokojona zdała sobie sprawę, że zmyliła drogę. No nie – nie tutaj! Nie powinnam tu wchodzić!

Oczywiście znała ten pokój. Nic się w nim nie zmieniło, odkąd widziała go po raz ostatni. Niczego nie przesuwano. Na łóżku czysta pościel. Porysowaną powierzchnię biurka odkurzono i wypolerowano. Luneta stała w kącie, smutna i opuszczona, jej złożony trójnóg przypominał nogi nieżywej komarnicy. Na górnej półce stały książki na temat wypraw arktycznych, astronomii i myśliwców, a na końcu – kilka żółtozielonych powieści detektywistycznych w pomiętych okładkach. Niżej pieczołowicie ustawiono szereg fotografii. Przedstawiony na nich chłopak stawał się młodzieńcem, potem mężczyzną, na ostatnim zdjęciu miał na sobie mundur wojskowy i wyglądał jak ktoś, kto czeka, by zadać bardzo ważne pytanie.

Sebastian.

Od czasu do czasu wpuszczano tu Triss, żeby sobie popatrzyła, jak gdyby mieszkał tu jakiś chory krewny. Wchodzenie bez pozwolenia było najgorszym występkiem, niemalże świętokradztwem.

Triss wiedziała, że powinna natychmiast wyjść, ale ogarnęła ją pełna poczucia winy fascynacja. Weszła głębiej do pokoju.

W sypialni panował kościelny nastrój. Było jasne, że masz do czynienia ze świętym miejscem pełnym reguł, które nietrudno złamać. Sebastian był jak kościół, a wszyscy w milczeniu zdawali sobie sprawę, co i kiedy mają czuć.

Będziemy teraz rozmyślać o miłosierdziu. Będziemy mieć litość dla biednych. Będziemy przebaczać naszym wrogom.

Wszyscy bardzo kochaliśmy Sebastiana. Wszyscy jesteśmy bardzo smutni, że odszedł. Wspominamy go codziennie.

Ale czy ja też?

Triss przesunęła ciekawskim czubkiem palca po szkle, w które oprawiono zdjęcie młodego mężczyzny w mundurze. Na palcu nie było ani śladu kurzu. Czy ja go kocham? Czy jestem smutna? Czy ja go pamiętam?

Triss miała silne, ale niezbyt jasne poczucie, że kiedyś było lepiej i wszyscy byli szczęśliwsi. W jej umyśle Sebastian miał związek z tym dobrem i szczęściem.

Pamiętała śmiech. Sebastian mówił takie rzeczy, których nikt inny nie miał śmiałości powiedzieć, i rozśmieszał ją.

Teraz jednak Sebastian był innym, szczególnym bratem, tym, który milczał podczas rodzinnych rozmów, ale jego nieobecność pozostawiała małe wiry i wyrwy w tym, co mówili inni.

Gdyby ktoś znalazł tu Triss, nawet ona miałaby kłopoty. Być może ma specjalne przywileje, bo nieustannie błąka się w pobliżu wrót śmierci, ale Sebastian przez nie przeszedł, a zatem stał się od niej ważniejszy.

Atmosfera była tak przytłaczająca, że dopiero po sekundzie Triss zorientowała się, że teraz słyszy na schodach bardzo charakterystyczne, szybkie kroki matki. Deski na półpiętrze zatrzeszczały i chwilę później Triss z przerażeniem zdała sobie sprawę, że klamka się porusza.

Matka wchodzi do środka!

Można się było ukryć tylko w jednym miejscu. Triss rzuciła się na podłogę i wczołgała pod łóżko w tym samym momencie, w którym otworzyły się drzwi.

Ja takich rzeczy nie robię, pomyślała bezradnie Triss, patrząc, jak przed jej oczami przesuwają się kostki mamy, odziane w jedwabne pończochy, i zapięte na guziczki buty. Ja nie wślizguję się w różne miejsca, żeby się chować i szpiegować. A jednak przycupnęła cicho jak myszka i patrzyła, jak jej mama zapala gaz, siada przy biurku i otwiera szufladę.

Wyglądając spod ozdobionej frędzlami kapy, Triss widziała, jak matka ostrożnie uchyla szufladę biurka. Szczelina natychmiast ożyła zwitkami papieru, jak gdyby wciśnięto tam siłą stertę kopert i wszystkie chciały teraz pospiesznie uciec. Usta matki zacisnęły się, jej ręka nerwowo zadrżała. Po kilku sekundach kobieta zacisnęła szczęki, wyrwała jedną kopertę z szuflady i rozdarła ją.

Twarz matki nie wyrażała żadnych emocji, lecz Triss miała wrażenie, że zachowanie pokerowej twarzy wymagało od niej ogromnego wysiłku.

Dziewczyna była za daleko, żeby odczytać słowa listu, ale uderzyła ją białość papieru. Wyglądał na czysty, nieskalany i nowy w pokoju, gdzie nic nie miało prawa takie być.

Dłonie jej matki drżały. W końcu usłyszała dźwięk zapowiadający nieszczęście, coś między jęknięciem a szlochem. Matka wcisnęła list i kopertę z powrotem do szuflady, a potem przekręciła kluczyk.

Listy. Biurko Sebastiana było pełne świeżo przesłanych listów. Matka przyszła zobaczyć, czy nie pojawiły się jakieś nowe. Ale dlaczego w biurku Sebastiana? Kto by je tam wkładał? I jak dostawały się do domu i ukradkiem wsuwały do zamkniętej szuflady?

Ta scena była jak ze snu, nonsensowna, ale nasycona niesamowitością i niedopowiedzeniem, jak gdyby coś, co Triss dobrze znała, zamieniło się ni stąd, ni zowąd w rzecz zupełnie obcą. I nagle wydało jej się, że cały świat cierpi na złą chorobę.

Rozdział 4

Wojna

Było w tym coś strasznego. Triss nie wiedziała, co zrobić, kiedy usłyszała łkanie matki.

Poczuła ulgę, kiedy mama w końcu pociągnęła nosem i zaczęła doprowadzać się do porządku, starannie ocierając łzy z policzków, tak by nie rozmazać makijażu. Zamknęła szufladę i włożyła klucz do kieszeni, później wstała i wyszła z pokoju, zamykając ostrożnie drzwi, jak gdyby w pustym łóżku spał inwalida.

Triss leżała bez ruchu, wsłuchując się w oddalające się kroki.

Zatrzasnęły się jakieś odległe drzwi i dobiegł zza nich cichy pomruk głosów. W końcu Triss odważyła się wyczołgać spod łóżka. Kusiła ją zamknięta szuflada. Bez wielkiej nadziei pociągnęła delikatnie za rączkę, ale szuflada ani drgnęła.

Wzięła głęboki oddech, cichutko otworzyła drzwi, wyślizgnęła się na korytarz i zamknęła je za sobą. Półpiętro było puste i Triss modliła się bezgłośnie, przechodząc do drzwi naprzeciwko.

Proszę, niech tym razem to będą te właściwe… Ku jej uldze drzwi otworzyły się, ukazując mały pokoik, który natychmiast rozpoznała. Kapa na łóżko pozszywana z kawałków materiału, książka o wróżce na stoliku przy łóżku. Tapeta w pierwiosnki… Tak, to jest jej pokój. Pachniał lekko tranem i suchymi kwiatami z szuflad. Stara plama po kakao w kształcie języka, której nigdy do końca nie udało się nikomu sprać z dywanu, drapała ją w stopy. To było dobrze znane odczucie.

Poczuła przypływ ulgi, która po chwili ustąpiła miejsca chłodowi i niepewności. Nawet tutaj, w swej własnej małej gawrze nie miała poczucia komfortu ani bezpieczeństwa.

Mama mówiła, że listy są od tego człowieka, od tego, którym się martwię. Myślą, że na mnie napadł, więc przywieźli mnie pospiesznie do domu, żebym była bezpieczna. A jeśli pozostawił listy w biurku Sebastiana, to musiał się tam jakoś dostać.

Dom nie jest bezpieczny. Nie wiadomo, kim on jest, ale potrafi tu wejść.

Szafa z jej ubraniami czaiła się w rogu pokoju. Wyobraźnia Triss natychmiast wypełniła ją bandą zabójców, szybko okazało się jednak, że nie ma tam nic oprócz kolekcji nieszkodliwych kreacji.

Dziewczyna, powodowana impulsem, przesunęła palcami po koronkowych kołnierzykach i bawełnianych sukienkach, próbując przywołać jakieś wspomnienia. Jej dłoń zatrzymała się na małym kremowym sweterku, z tego samego wieszaka zwisał słomkowy kapelusik z rondem. Wspomnienia nadeszły, a za nimi bolesna plątanina uczuć.

Dwa lata temu Triss włożyła ten mundurek z okazji pierwszego dnia w szkole podstawowej imienia świętej Brygidy. Bardzo jej się tam podobało, ale to dlatego zachorowała.

Triss nie zauważyła, że przyczyną jej choroby jest szkoła. Wydawało jej się, że wręcz przeciwnie, czuje się lepiej, jest radośniejsza i szczęśliwsza. Po tym, jak spędziła większą część życia w domu, wychodzenie codziennie rano napełniało ją poczuciem niemal bolesnej ekscytacji. Jej rodzice jednak zmienili się, miała wrażenie, że są nieustannie niezadowoleni. Wszystko było nie takie, kwaśne, w głębi serca Triss czuła, że to przez nią. Bardzo często przy śniadaniu dotykali jej czoła, a później postanawiali, że dziewczynka jest zbyt podekscytowana i powinna zostać w domu. Codziennie zadawali jej wiele pytań o szkołę i stwierdzali, że nauczycielki nie wypełniają swoich obowiązków.

Pewnego dnia Triss przyłapano na tym, że rozmawia podczas lekcji, i zatrzymano ją po szkole. Zaledwie na dziesięć minut, ale jej rodzice i tak byli wściekli. Po serii gorzkich oskarżeń Crescentowie zabrali obie córki ze szkoły. Triss błagała ojca, żeby pozwolił jej zostać, co jeszcze bardziej go poruszyło. Robił to wszystko dla niej. Bronił jej. Dlaczego ona tego nie docenia? Godzinami płakała, aż zaczął ją boleć żołądek, a głowa pękała. Później oczywiście zdała sobie sprawę, że musi być chora i że jej rodzice mieli od początku do końca rację.

Świadomość, że mundurek przestał już na nią pasować, wypełniła Triss nagłym żalem, tęsknotą i poczuciem winy. W momencie kiedy zamykała drzwi do szafy, wydało jej się, że zobaczyła kątem oka jakiś ruch. Rozejrzała się po pokoju, zmysły miała napięte jak struny.

Wszystko wokół niej było nieruchome, ale ktoś odpowiedział na jej spojrzenie. Z komody i stołu stojącego pod ścianą patrzyły na nią szmaciane lalki, które uszyła dla niej mama, francuska laleczka bèbè o wiśniowych ustach i chińska balerina, którą ojciec podarował jej po pierwszej poważnej gorączce niemal w nagrodę. Każdego innego dnia ich obecność byłaby pocieszająca, ale teraz Triss, patrząc na nie, mogła myśleć tylko o roztrzaskanej buzi Angeliny.

Były nieruchomymi, miękkimi, głupimi zwitkami materiału i porcelany. A może były całe zesztywniałe, bo przyglądały jej się i czekały, aż się odwróci, żeby znów mogły się poruszyć…

Przestańcie na mnie patrzeć.

Nie potrafiła znieść myśli, że każda z nich mogłaby się w nią wgapiać, wypowiadać dźwięczne jak dzwoneczek słowa porcelanowymi usteczkami albo zacząć wrzeszczeć. Triss zsunęła się z łóżka i chwyciła w rękę poszwę na poduszkę. Pospiesznie wsunęła w nią lalki, po czym zawiązała na górze węzeł. Szukając miejsca, gdzie mogłaby ukryć zawiniątko, otworzyła szufladę i zamarła, patrząc do środka.

W szufladzie były pamiętniki i dzienniczki, które trzymała tam od lat, każdy z nich w innej okładce ze skóry albo materiału. Wszystkie leżały pootwierane, oddarty papier wskazywał powydzierane miejsca. To samo zrobiono z dzienniczkiem, który zabrała na wakacje.

To wszystko zmieniało. Jeden zniszczony pamiętnik w akcie impulsywnej złości to coś, na co było stać Pen, gdyby tylko miała szansę. Zniszczenie siedmiu dzienniczków w dwóch różnych miejscach sugerowało metodę i planowanie. Czy Pen rzeczywiście była aż tak dobrze zorganizowana?

A może to nie Pen? Może tajemniczy wróg jej ojca był w pokoju Triss i przeszukiwał jej rzeczy?

– Mamusiu! – To miał być krzyk, ale zmienił się w krakanie, bo w jej głosie z każdą chwilą było coraz mniej siły. Chwilę później Triss poczuła się zawstydzona i przestraszona widokiem torturowanych dzienniczków i szybko zamknęła szufladę, zadowolona, że nikt jej nie usłyszał. Poszwę z lalkami wrzuciła do szafy i zanurkowała do łóżka. Przez dłuższą chwilę leżała zupełnie bez ruchu i nasłuchiwała. Ale wokół panowała cisza.

Nawet w fortecy z poduszek i kołder odnalazły ją zapachy gotowania. Najwyraźniej pani Bassett – kucharka – została w końcu namierzona. Chociaż Triss próbowała ze wszystkich sił skoncentrować się na tym, co się wydarzyło, jej umysł wkrótce został niewolnikiem żołądka, a cała uwaga skupiła się na ogromnej czarnej dziurze głodu w brzuchu.

Kiedy zawołano ją na obiad, siłą woli zmuszała się do tego, żeby iść powoli po schodach, zamiast zbiegać jak szalona. Jej rodzice byli na szczęście zajęci czymś innym i chyba nie zauważyli, że posiłek Triss znika niemal w tym samym momencie, w którym go postawiono. Nie zwrócili również uwagi na to, że ich córka ukradkiem nałożyła sobie ogromną dokładkę.

Triss nie potrafiła zrozumieć, jak mogą siedzieć tak spokojnie przy stole i mówić o rzeczach zwykłych, nudnych, jak gdyby miały jakiekolwiek znaczenie. Jej mama narzekała, że kucharka chce wziąć cały wtorek wolny zamiast przerwy w pracy, którą jej obiecano.

Raz jeszcze Pen nie zeszła na obiad i Triss przeżywała tortury, patrząc na posiłek swej siostry, który stopniowo robił się coraz zimniejszy i tężał na stole. Tylko dzięki temu, że zacisnęła dłonie na kolanach, nie sięgnęła po jej talerz.

– W takim tempie bardzo szybko osłabnie – westchnęła mama. – Triss, kochanie, mogłabyś zabrać jej obiad do pokoju? Jeżeli nie odpowie, zostaw pod drzwiami.

– Tak! – Triss walczyła, żeby nie pokazać po sobie, z jaką chęcią to zrobi, podczas gdy mama sięgała po tacę.

Niosąc obiad Pen po schodach, Triss ukradkiem zaczęła podbierać kąski z talerza. Tylko jeden ziemniak. Nie zauważy. I… Ten kawałeczek bekonu. I marchewka. Zostawienie obiadu w takim stanie wymagało mnóstwo samozaparcia. Triss pospiesznie szła w kierunku pokoju Pen, obawiając się, że głód może wygrać z jej silną wolą.

– Pen? – zawołała półgłosem, pukając do drzwi, które – miała nadzieję – są drzwiami do pokoju jej młodszej siostry. – Mam tu twój obiad! – Nie było żadnej odpowiedzi. Triss zastanawiała się, czy Pen siedzi w pokoju, obrażona i milcząca, nie zwracając na nich uwagi, czy też wyszła przez okno i po raz kolejny uciekła z domu. Postawiła tacę na podłodze. – Pen, zostawiłam ci obiad przy drzwiach.

Pen, proszę, weź jedzenie. Proszę. Chyba się nie oprę, jeżeli nie wyjdziesz.

Pen się nie pokazywała. Pełen aromatów talerz był tuż pod nosem Triss i nawet kiedy zamknęła oczy, wciąż widziała złotą zapiekankę i połyskujący sos, drobinki pieprzu na kremowej powierzchni ziemniaków…

To było dla niej za dużo. Załkała i opadła na kolana, po czym porwała widelec. Obiad Pen smakował jej znacznie lepiej niż własny, lepiej niż cokolwiek, co w życiu jadła. Próbowała smakować każdy kęs, ale nie potrafiła. Próbowała przestać – daremnie.

Kiedy zlizywała resztki z talerza, usłyszała cichy głos dobiegający z gabinetu jej ojca – gabinetu, który powinien być teraz pusty.

Triss postawiła talerz na tacy, po czym ostrożnie podeszła do drzwi. Kiedy przyłożyła do nich ucho, usłyszała coś, co brzmiało jak głos Pen mówiącej powoli cichym, tajemniczym tonem. Spojrzała przez dziurkę od klucza i rzeczywiście zobaczyła Pen. Dziewczynka stała odwrócona tyłem do wejścia, ale było jasne, co robi. Ze swobodą korzystała z najbardziej uświęconego i uwielbianego przedmiotu – telefonu Crescentów. Triss poczuła, że brwi same unoszą jej się w górę. Nie zdziwiłaby się bardziej, gdyby przyłapała Pen na pożyczaniu sobie rodzinnego samochodu.

To było czarne baryłkowate urządzenie przymocowane do ściany tak, żeby można było je obsługiwać tylko jedną ręką. Umieszczono je na wysokości wygodnej dla ojca Triss, ale Pen stała na paluszkach na krześle, żeby przybliżyć buzię do mikrofonu. Prawą ręką przyciskała do ucha małą stożkowatą słuchawkę.

Triss nie rozróżniała mruczanych pod nosem słów. Pen wyglądała absurdalnie – jak małe dziecko bawiące się w dorosłego. Tylko jej przyciszony głos sprawiał, że cała historia wydawała się znacznie poważniejsza.

Po chwili dziewczynka odwiesiła słuchawkę na haczyk i zeszła z krzesła. Triss wyprostowała się i w parę sekund później Pen otworzyła drzwi do gabinetu. Natknąwszy się na starszą siostrę, zamarła, a na jej twarzy wymalowało się przerażenie wymieszane z poczuciem winy.

– Z kim rozmawiałaś, Pen? – spytała Triss.

Pen wzięła głęboki oddech, ale nie znalazła słów. Twarz jej poczerwieniała, zaczęła się nerwowo marszczyć i Triss niemal widziała, jak siostra pospiesznie przerzuca w głowie szereg kłamstw i zaprzeczeń, żeby zobaczyć, które z nich się nada. I wtedy oczy Pen natrafiły na pusty talerz przy drzwiach, a jej twarz przybrała wyraz urazy i niedowierzania.

– Zeżarłaś mój obiad! – Głos miała tak piskliwy, że niemal niesłyszalny. – Zeżarłaś, prawda? Zjadłaś mój obiad! Ukradłaś mi jedzenie!

– Nie zeszłaś na dół – zaprotestowała Triss, czując gęsią skórkę. – Pukałam. Próbowałam ci dać obiad.

– Ja… Ja zaraz powiem mamie i tacie… – Pen oddychała szybko i wściekle, jak gdyby w każdej chwili mogła eksplodować.

– Nie uwierzą ci. – Triss nie chciała tego powiedzieć, była to jednak prawda i Triss widziała po sfrustrowanej twarzy Pen, że i ona była tego świadoma.

– Uważasz, że wszystko ci wolno, prawda? – rzuciła Pen z goryczą. – Myślisz, że już wygrałaś, ale jest inaczej.

– Pen – Triss za wszelką cenę chciała załagodzić sytuację. – Przepraszam, że zjadłam twój obiad. Chcę… – Już przygotowywała się, że przyrzeknie Pen odstąpienie jej połowy swojej kolacji, ale wiedziała, że akurat tej obietnicy nie dotrzyma. – Jakoś ci to wynagrodzę. Mogłybyśmy już przestać? Dlaczego mnie tak nienawidzisz? – Triss poczuła nagle całą sobą, że nie potrafi dłużej znosić bezlitosnej wrogości siostry.

– A kogo ty chcesz oszukać? – Twarz Pen była mapą niedowierzania. Dziewczynka pochyliła się, żeby spojrzeć Triss prosto w oczy, a w jej spojrzeniu malowała się wściekłość rozszalałego byka. – Wiem o tobie wszystko. Wiem, kim jesteś. Widziałam, jak gramoliłaś się z Grimmera. Byłam tam.

– Byłaś tam? – Triss zrobiła krok naprzód i zobaczyła, że jej siostra się wzdrygnęła. – Pen, musisz mi powiedzieć wszystko, co widziałaś! Widziałaś, że wpadłam do środka, do wody? Co się stało?

– Przestań – rzuciła Pen. – Uważasz, że naprawdę jesteś bystra, prawda? – Przełknęła mocno ślinę i zacisnęła szczęki, jak gdyby bardzo chciała kogoś ugryźć. – Wiesz co? Nie jesteś taka bystra, jak sądzisz. Masz blade pojęcie o wszystkim. Cały czas. I prędzej czy później oni to zauważą. Zobaczą, jaka jesteś.

Na twarzy Pen malowała się wyłącznie chęć wojny. Niezrozumiałe słowa młodszej siostry gotowały się i przelewały w umyśle Triss jak ławica piranii. Poczucie desperacji szybko zastąpiła frustracja i niechęć. Triss chciała, żeby było jej przykro za to, że zjadła obiad Pen, chciała z nią to wszystko omówić, ale uczucia te były teraz wypierane przez gorycz i bolesne poczucie niesprawiedliwości. Zawsze tak było, teraz sobie przypomniała. Próbowała wyciągać do siostry rękę, ale odtrącała ją zimna wściekłość Pen.

– Kłamiesz, prawda? – syknęła Triss. – Nic nie widziałaś. Próbujesz mnie tylko przestraszyć. Kłamczucha! – Miała wielką chęć się odgryźć i czując słodki smak władzy nad siostrą, zdała sobie sprawę, że gdyby tylko chciała, mogłaby wpędzić Pen w kłopoty, nawet specjalnie się o to nie starając. Mogę im powiedzieć, że na mnie wrzeszczała i rozbolała mnie od tego głowa. Po chwili rzeczywiście zaczęło jej się wydawać, że boli ją głowa i to Pen sprawia, że czuje się chora. Mogę im powiedzieć, że ona coś zobaczyła tego dnia, kiedy wpadłam do Grimmera – oni ją zmuszą, żeby o wszystkim opowiedziała.

– Dziewczęta? – U szczytu schodów pokazała się mama. – Dziewczęta, czy wy się kłócicie?

Obie dziewczynki zamarły i bezwiednie spojrzały na siebie, a to spojrzenie było bardziej konspiracyjne niż wrogie. Gdyby któraś z nich chciała się poskarżyć, druga musiałaby postąpić tak samo, ale jeszcze głośniej i dobitniej. Kto miał więcej do stracenia?

Przed chwilą Triss była o krok od zawołania rodziców. Chciała im wyznać, co powiedziała Pen, i donieść o nielegalnym użyciu telefonu. Teraz jednak straciła animusz. Pomimo wściekłości czuła pełzający strach, że Pen rzeczywiście wiedziała o niej coś strasznego, coś, czego Triss nie chciała opowiedzieć rodzicom.

– Nie, nie – odparła Pen posępnie. – Nie kłóciłyśmy się. Ja tylko… mówiłam Triss, co powinna zrobić. I to głośno.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki