Śpiąca nimfa - Ilaria Tuti - ebook + audiobook
BESTSELLER

Śpiąca nimfa ebook i audiobook

Ilaria Tuti

4,3

17 osób interesuje się tą książką

Opis

Portret skrywający mroczną przeszłość. Dolina spowita tajemnicą. Kobieta, która walczy o życie. Śpiąca nimfa. Dzieło sztuki o magnetyzującym pięknie, namalowane przez młodego partyzanta w ostatnich dniach II wojny światowej. Obraz, który w czerwonym pigmencie na płótnie skrywa szokującą tajemnicę. Namalowano go bowiem krwią… z ludzkiego serca. Tylko kim była ofiara? Nie ma ciała, nie ma żadnych zeznań. Jedynie słaby ślad krwi. To on prowadzi komisarz Teresę Battaglię i jej podwładnego Massima Mariniego do doliny Resia, surowej krainy wśród gór w północno-wschodnich Włoszech. Dolina i portret to jedyne tropy, na jakie mogą liczyć śledczy. Czerwony ślad prowadzi do kogoś bardzo zdeterminowanego, by ochronić sekret, którego strzeże…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 555

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 14 godz. 59 min

Lektor: Beata Olga Kowalska

Popularność




Ninfa dormiente © 2018, Longanesi & C. S.r.l., Milano Gruppo editoriale Mauri Spagnol
Copyright © 2020 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga Copyright © 2020 for the Polish translation by Joanna Kluza (under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)
Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz
Redakcja: Magdalena Stec
Korekta: Joanna Rodkiewicz, Iwona Wyrwisz
ISBN: 978-83-66512-03-0
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!Polska Izba Książki
Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl
WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o. ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28 e-mail:[email protected]/WydawnictwoSoniaDraga
E-wydanie 2020
Konwersja:eLitera s.c.
.

Tej autorki:

Kwiaty nad piekłem

Dla Jasmine i Sarah.

Dla naszych przodkiń, kobiet dziś i jutra.

I dla mężczyzn, którzy je czczą.

Tempus valet, volat, velat.

Ja jestem wszystkim, co istniało, istnieje

i co ma istnieć, a mojej szaty

żaden śmiertelnik nigdy nie odsłonił.

PLUTARCH[1]

Koniec

Teresa często rozmyśla o śmierci. Nigdy by jednak nie przypuszczała, że jej własna śmierć będzie wyglądać właśnie tak. Co za ironia losu, że nie potrafi sobie przypomnieć czegoś, co mogłoby ją uratować.

Pożar, który zaraz wybuchnie, ofiary czekające na ratunek i ona, zastygła niczym posąg. Umysł odmówił posłuszeństwa. Zamęt, jaki ma w głowie, nadaje ostatniemu aktowi tragedii paradoksalny wymiar, kiedy te pełne przerażenia oczy wpatrują się w nią błagalnie, podczas gdy ona nie jest w stanie absolutnie nic zrobić. Zginie jak jakaś niemota, z założonymi rękami i opuszczoną tarczą, chociaż żyła jak wojowniczka. Zginie, czując się jak idiotka.

Wojowniczka... Policjantka, być może. Sześćdziesięcioletnia chora kobieta, która zgrywa bohaterkę, a nawet nie potrafi poprawnie nazywać rzeczy.

Mogłaby spróbować zgadnąć. Zdaje się, że ostatnio, aby przeżyć, była zdolna wyłącznie do tego. Odgadywać, jaki obrać kierunek, gdzie spojrzeć, jakie słowa wypowiedzieć i czyjego cienia się obawiać.

Wątpliwości budzi nawet jej własne imię, podobnie jak imię zabójcy. Który znajduje się przed nią albo może w sąsiednim pomieszczeniu. Z pewnością jest w tym przypominającym teraz Hades domu, który za moment zapłonie w ciemnej dolinie, ponieważ Teresa ośmieliła się rzucić wyzwanie skrywanej w jego wnętrzu tajemnicy. Strzegły jej góry, pogrzebały wąwozy, wraz ze świętymi kośćmi i prastarą energią.

Teresawie, lecz umysł nadal nie pamięta.

Która z przeznaczonych na stos ofiar jest niewinna, a która miała tyle krwiożerczej siły, żeby wyrwać ciągle bijące serce z piersi mężczyzny?

Kogo mam ocalić?

No i jest jeszcze on, wpatrzony w nią jak syn, którego nigdy nie miała. Jego imię na razie tylko muska jej wargi niczym szept, ale z tym mężczyzną łączy ją jakaś głęboko zakorzeniona siła. Teresa czuje ją w trzewiach, jest jak ogień trawiący bliznę, czerwona piana wrząca w żyłach.

Ściany domu zdają się na nią napierać i zaczynają trzeszczeć, tak jak dręczące ją od wielu dni głosy, które z szeptów przerodziły się w krzyki: jej najgorsze lęki.

Imię zabójcy. Imię zabójcy...

Wrzucona w otchłań piekła, w obliczu śmierci, Teresa myśli wyłącznie o zagadce, którą usłyszała nie wiadomo od kogo i nie wiadomo gdzie.

On wrzeszczy. Jego nieludzki krzyk wyrywa Teresę z odrętwienia, które ją przygwoździło.

Po czym nagle milknie.

– Znaleźliśmy je – słyszy jego szept, tak jakby znienacka chciał podtrzymać między nimi kontakt słowny. Ma rozszerzone źrenice. – Znaleźliśmy Zło. Jest tutaj. Czekało na nas.

Niże słowa niczym paciorki diabelskiego różańca. Unosi palec wskazujący pomiędzy krępującymi go sznurami i celuje nim w kąt, gdzie mrok zdaje się pulsować w rytm ich strachu.

– Znaleźliśmy je. Ono nie ma ludzkiej natury.

Znów krzyczy, tak głośno, że w Teresie coś pęka.

Przypomina sobie jego imię. Lecz los po raz kolejny bawi się kartami życia i śmierci, miłości i nienawiści, tak bezlitosny, jak tylko potrafi być ktoś, kto wie, że ma przed sobą całą wieczność.

Nadszedł bowiem moment, by się przekonać, jak daleko Teresa jest gotowa się posunąć.

Nadszedł moment, by się przekonać, czy żeby ocalić niewinną ofiarę, Teresa jest gotowa zabić Massima Mariniego, mężczyznę wpatrzonego w nią jak syn, którego nigdy nie miała, mężczyznę drżącego teraz tak, jakby tam, w ciemnościach, tańczył diabeł.

Początek

Sangwina mknie po papierze. Kreśli arabeski, które przybierają kształty znanych krzywizn i wklęsłości, zamieniających się w półprzymknięte wargi. Rysuje delikatne łuki i rozmyte linie. Niewyraźny profil. Długie ciemne włosy. Papier ma świetlistą biel skóry.

Czerwień przesącza się, wnika we wgłębienia włókien, dopóki nie zleją się w jedno. Palce rozciągają ją z władczym naciskiem, z rozpaczliwym impetem. Zanurzają i nasycają kolorem. Chcą uwięzić obraz, zanim zniknie piękno.

Palce drżą, naprężają, pieszczą. Oczy ronią łzy. Łzy mieszają się z czerwienią, rozmywając ją i odsłaniając nieoczekiwane odcienie purpury.

Serce świata przestaje bić. Milknie szelest liści i śpiew ptaków. Blade płatki dzikich zawilców nie drgają na wietrze, a gwiazdy najwyraźniej wstydzą się pokazać o zmierzchu. Góra jakby się skłoniła, obserwując cud, jaki się dokonuje u jej podnóża, w zakolu, gdzie kamiennym korytem płynie majestatycznie rzeka.

Pod dłońmi malarza nabiera kształtów Śpiąca nimfa.

Rodzi się czerwona z namiętności i miłości.

1

Słońce ciosało twarz Massima Mariniego i zakradało się między kasztanowe rzęsy, rozpalając ogniste refleksy. Nerwowe kroki mężczyzny rozlegały się na ulicy, wzdłuż której ciągnęły się tajemne ogrody, ukryte przed ludzkim wzrokiem za ślepymi murami. Najwyższe gałęzie magnolii wymykały się ponad ogrodzeniem, gubiąc mięsiste płatki, które chrzęściły pod podeszwami. Zupełnie jakby deptało się po czymś jeszcze żywym, po dywanie z umierających istot.

Wiosenne popołudnie dogasało spokojnie, chociaż burzliwa czerń na horyzoncie zapowiadała jakiś ferment. Naelektryzowane powietrze budziło w inspektorze napięcie.

Galerię sztuki La Cella wskazywała mosiężna tabliczka przymocowana do chropowatego tynku siedemnastowiecznej kamienicy. Złowrogie spojrzenie oczu odbijających się w metalowej powierzchni odzwierciedlało podły nastrój mężczyzny. Massimo opuścił rękawy koszuli i włożył marynarkę. Gdy wcisnął dzwonek, rozległ się brzęczyk otwierający drzwi. Pchnął nabijane ćwiekami skrzydło i wszedł do środka.

Upał pozostał za progiem, po czym otulił go wilgotny chłód.

Posadzka tworzyła biało-czarną szachownicę, na piętro zaś wiodły szerokie kręte schody z żyłkowanego marmuru. Przez znajdujące się wyżej szyby przenikało światło, padające na lampę ze szkła z Murano, uwalniając szmaragdowe odcienie, które nikły w półmroku parteru. Wokół unosiła się woń lilii. Massimowi przypominała ona zapach kadzidła, ciemny kościół, niekończące się litanie i surowe spojrzenia ojca, kiedy jako dziecko przejawiał niecierpliwość. Poczuł pulsowanie w skroniach.

W ciszy tego utrzymanego w morskich barwach wnętrza, wypełnionego atmosferą wyrafinowania, wibrowanie komórki wydawało się pochodzić z innego świata.

Wyjął telefon z wewnętrznej kieszeni marynarki. Aparat drżał w dłoni niczym płaskie i zimne sztuczne serce, Massimo wiedział jednak, że na drugim końcu linii znajduje się prawdziwe serce, w którym miłość i złość, rozczarowanie i ból mocują się ze sobą niczym bestie o pustych brzuchach i obnażonych zębach. Wycofując się, sprawił, że stały się żarłoczne. Numer wydzwaniał od kilku tygodni, wielokrotnie w ciągu dnia.

Nie odebrał, usta wypełniała mu wstrętna mieszanina wyrzutów sumienia i poczucia winy. Odczekał, aż dzwonek umilknie, po czym wyłączył telefon. Okrążył szerokie schody i prędko zszedł po stopniach z kutego żelaza, które wiły się jak bluszcz aż do podziemi. W półmroku rozległ się przytłumiony szmer. Jeszcze jeden korytarz oświetlony lampami w podłodze, jeszcze jedne drzwi ze szkła ornamentowego, a za nimi galeria.

Nareszcie La Cella. Sklepienie z surowej cegły, błyszcząca łupkowa posadzka. Sporą część tynku usunięto, by odsłonić oryginalny kamień. Każda plama światła padała na jedno z wystawionych dzieł, pozwalając mu się wyłonić z półmroku, jakby to był klejnot. Posągi z brązu, szklane wazy i abstrakcyjne obrazy w krzykliwych barwach były aktorami na tym minimalistycznym podziemnym proscenium.

Podążywszy za gwarem, w najprzestronniejszym pomieszczeniu inspektor odnalazł grupę osób. Po bokach stało dwóch policjantów w mundurach. Wkrótce rozpoznał Parisiego i De Carlego po cywilnemu. Pierwszy, ciemny i atletycznie zbudowany, rozmawiał przez komórkę. Drugi, chudy i niezgrabny niczym nastolatek, wpatrywał się weń, od czasu do czasu wtrącając jakieś słowo. Odkąd Massimo poprosił o przeniesienie z metropolii do prowincjonalnego miasta, to był jego zespół. Zmiana otoczenia, dzięki której miał zamiar – nadzieję – odzyskać spokój, sposób na rozpoczęcie wszystkiego od nowa. W rzeczywistości odnalazł o wiele więcej, chociaż spokój zamienił się w miotającą płomienie chimerę, która parzyła go, ledwie spróbował się zbliżyć.

Podszedł do nich i skinął na powitanie.

– Co jest? – zapytał De Carlego.

Kolega poprawił spadające z bioder dżinsy.

– Nie wiadomo. Jeszcze nam nic nie powiedzieli. Wygląda to na jakąś tajemnicę.

– To dlaczego tak pilnie mnie wezwaliście?

Parisi zasłonił dłonią mikrofon komórki i wskazał brodą w przeciwnym kierunku.

– Bo jesteśmy jej potrzebni. Ty też.

Wzrok Massima pomknął w poszukiwaniu osoby, która w ciągu ostatnich miesięcy zamieniała mu każdą chwilę w piekło, lecz właśnie dzięki temu przywróciła go do życia.

Najpierw dostrzegł jej stopy, pomiędzy nogami dwóch detektywów. Nosiła sneakersy na grubej podeszwie. Zauważył, jak przenosi ciężar ciała z jednej strony na drugą, jak co chwilę staje na palcach, by ulżyć kończynom.

Jest zmęczona, pomyślał. Wprawdzie nie wiedział, co sprowadziło tu jego zespół, zdawał sobie jednak sprawę, że ona opuści to miejsce jako ostatnia.

Gdy policjanci się przesunęli, w końcu ją zobaczył, między rzeźbą z brązu przedstawiającą na wpół roztopione serce a instalacją ze zwisających z sufitu pleksiglasowych skrzydeł. Serce i dusza, tak jak ona.

I determinacja, siła witalna, która niekiedy zdawała się przytłaczać ludzi wokół, lecz w ostatniej chwili chwytała ich i dźwigała, aby wydobyć z nich to, co najlepsze.

Oczywiście nie brakowało jej także odrobiny jędzowatości.

To nie prawie sześćdziesiątka na karku nadawała jej wygląd wypompowanej, ale jakaś wewnętrzna udręka, której Massimo nie potrafił jeszcze nazwać, chociaż znajdował jej odbicie w notesie, który kobieta nieustannie ściskała w dłoniach. Gdy tylko mogła, zapełniała go gorączkowo notatkami.

Teraz dołączył do niej. Spostrzegł mrugnięcie powiek – nic więcej – którym skwitowała jego pojawienie się. Nawet się nie obejrzała. Trzymała w ustach zausznik od okularów do czytania, nerwowo żując cukierek.

– Mam nadzieję, że przynajmniej jest bez cukru – powiedział.

Wreszcie na niego spojrzała, chociaż nie trwało to nawet sekundę.

– Naprawdę sądzisz, że to twoja sprawa?

Głos był ochrypły, oschły. Pobrzmiewała w nim nuta rozbawienia.

– Ma pani cukrzycę, pani komisarz. I powinna pani także być damą... – mruknął, nie zważając na przekleństwo, jakie po tym nastąpiło. Była to gra, którą dobrze znał i w której prawie nigdy nie wygrywał.

Przestała się znęcać nad okularami.

– Czy to aby nie twój wolny dzień, inspektorze? – zapytała, świdrując go tymi przeklętymi oczami, które potrafiły przewiercić człowieka na wylot.

Massimo uśmiechnął się nieznacznie.

– A pani nie skończyła właśnie zmiany?

– Nadgorliwość nie ukryje twojej nieudolności, Marini.

Massimo nie pokusił się o odpowiedź. Przyglądał się bacznie kobiecie, która najwyraźniej przestała się nim interesować. Nie sięgała mu nawet do piersi, za to miała zwyczaj zadzierać nosa, prąc do przodu jak czołg. Była od niego niemal dwa razy starsza, lecz to jemu brakowało energii na długo przedtem, nim ją dopadało zmęczenie. Często charakteryzował ją obcesowy sposób bycia, okalające jej twarz włosy miały zaś tak nienaturalnie rudy kolor, że niemal budziły zakłopotanie. U kogokolwiek innego naprawdę by budziły, ale nie u niej.

Teresa Battaglia szczekała, ale niektórzy przysięgali, że widzieli, jak gryzie, dosłownie.

– W takim razie dlaczego tu jesteśmy? Po co te wszystkie tajemnice? – zapytał, aby sprowadzić ją na teren, po którym zdawała się pędzić szybciej niż inni: na teren polowania.

Teresa Battaglia wpatrywała się przed siebie, tak jakby ktoś tam był: zmrużywszy oczy, zmarszczywszy w zadumie czoło. Gdy odpowiedziała, pojął, że obserwuje we własnej głowie twarz ofiary. Że zagląda w jej serce.

– Liczba pojedyncza, nie mnoga, inspektorze. Zawsze jest tylko jedna tajemnica.

Komisarz Battaglia zabrała się do czyszczenia okularów do czytania, co najwyraźniej czyniła za każdym razem, gdy się nad czymś zastanawiała. Biła się z myślami.

– Niby po co mielibyśmy tu być, jeśli nie po to, by odkryć tajemnicę czyjejś śmierci?

2

– Śmierć sprzed lat.

Tak właśnie powiedział jej nieledwie przed godziną zastępca prokuratora Gardini, prosząc, by udała się do La Celli. Użył tylko tych trzech słów, w połączeniu z garścią innych, które komisarz Teresa Battaglia dobrze znała:

– Chcę ciebie i twojego zespołu.

Śmierć sprzed lat. Teresa poczuła ulgę: nie było na wolności zabójcy, którego należało ścigać, kolejnych ofiar, które trzeba ocalić, ani upływu czasu, który działał na niekorzyść. Jedynie echo odległego wydarzenia, które wyłoniło się nie wiadomo jak z mroków przeszłości.

Potrafiła sobie z tym poradzić. Ten przypadek nie wymknie się jej z rąk, a nawet gdyby tak się stało, nikt nie ucierpi, chyba że jej miłość własna.

Jeśli myślisz, że nie zauważą, co się z tobą dzieje, jesteś idiotką.

To, co się z nią działo, miało swoją nazwę, mogło unicestwić i zamienić przyszłość w czarny ekran, Teresa nigdy jednak nie cofnęła się na widok tego słowa, nie pozwoliła mu się rozpanoszyć, by zawładnęło jej światem. Strzegła go tam, gdzie gnieżdżą się najbardziej przerażające lęki: na dnie duszy oraz w dzienniku, który ściskała w ręku nawet w tym momencie. W swojej papierowej pamięci.

W tym i tak już skomplikowanym obrazie Massimo Marini stanowił kolejny problem. Wpatrywał się w nią, jakby coś zwęszył, jakby potrafił czytać jej w myślach. Z trudem udawało jej się trzymać go na dystans. Jego bliskość zaczynała się wręcz wydawać czymś normalnym. Obawiała się, że dla obojga szukanie wzajemnego towarzystwa stanie się niebezpiecznym przyzwyczajeniem.

Z pomieszczenia, do którego obowiązywał zakaz wstępu, wyłonił się zastępca prokuratora Gardini. Podobnie jak za każdym razem, gdy się spotykali, i teraz Teresa odniosła wrażenie, że jest wzburzony. Wysoki i chudy Gardini był wiecznie rozczochrany, miał przekrzywiony krawat, jakby dopiero co zderzył się z porywem wiatru. Był rzutkim przedstawicielem wymiaru sprawiedliwości, który nigdy nie dawał za wygraną. Jego wygląd przywodził na myśl nieustanny pośpiech, w jakim żył, tysiące rzeczy, które ciągle przyrzekał sobie zrobić, i niezliczone przeszkody, które wywracały do góry nogami cały jego świat.

Towarzyszył mu mocno opalony mężczyzna o ekscentrycznej urodzie. Na widok kasztanowych włosów rozjaśnionych na skroniach przez słońce Teresa doszła do wniosku, że koloryt skóry mężczyzny jest naturalny, typowy dla kogoś, kto uprawia sport na powietrzu. Miał w sobie jednak jakąś elegancję, wytworność, przejawiającą się choćby w ubraniach, jakie nosił, o klasycznym kroju i wyrazistych kolorach. Fantazyjnych, lecz bardzo gustownych.

Teresa wyobrażała sobie, kim jest. Czym prędzej otworzyła dziennik i poszukała ostatnich notatek, ale nie znalazła opisu mężczyzny. Doskonale pamiętała: jeszcze się nie poznali.

Dostrzegłszy ją, Gardini ruszył jej na spotkanie z wyciągniętą dłonią. Przyjaźnili się od lat, chociaż w pracy każde miało odrębne zdanie.

– Dziękuję za przybycie, pani komisarz. Wiem, że zakłóciłem pani spokój na koniec zmiany – przywitał się, rezygnując ze zwracania się do niej na „ty”. – Przedstawiam pani Gianmarię Gortana, właściciela galerii. Szanowny panie, to komisarz Battaglia. Zamierzam powierzyć jej dochodzenie.

Teresa uśmiechnęła się zdawkowo, po czym przywróciła równowagę, którą Gardini często burzył swym pośpiechem.

– Moja prawa ręka, inspektor Marini – rzekła.

Nastąpiły uściski dłoni. Jak zauważyła, dłoń marszanda była spocona. Drobna utrata kontroli, niepasująca do idealnego obrazka, jaki wszystkim podsuwał.

– Wezwał nas pan Gortan – ciągnął Gardini. – Mamy do czynienia z wyjątkowym przypadkiem.

Wprawdzie nie zdążył jeszcze niczego wyjawić, ale Teresa spędziła ostatnie minuty w galerii sztuki, obserwując techników kryminalistyki wchodzących do pomieszczenia, którego wciąż nie obejrzała, i wychodzących z niego. Migawka lustrzanki strzelała bez ustanku, w półmroku pojawiały się potężne rozbłyski flesza. Skoro to śmierć sprzed lat, coś tu nie gra, pomyślała Teresa. Rozmieszczenie sprzętu i ludzi nie zgadzało się z obrazem, jaki stworzyła sobie, przyjeżdżając tutaj. Mało kogo interesowały zamierzchłe zabójstwa. Wraz ze zmyciem krwi wyparowuje również empatia w stosunku do ofiary i opłakującej ją rodziny. W takich wypadkach Sprawiedliwość wcale nie jest rychliwa. Szale wagi tkwią nieruchomo, a opaska na oczach poluźnia się akurat na tyle, ile potrzeba do rozejrzenia się dokoła i spuszczenia najlepszych ogarów, by pognały za świeższymi tragediami.

– Czy ktoś tam zmarł? – zapytał Marini, bardziej złakniony szczegółów niż ona.

– Nie ostatnio – westchnął Gardini. – Proszę za mną, pokażę państwu.

Weszli do pomieszczenia przypominającego laboratorium. Znajdowała się tam aparatura, której Teresa nigdy jeszcze nie widziała. Metalowa powierzchnia cyfrowego mikroskopu lśniła w błyskach fleszy. Rozpoznała kilku kolegów z ekipy śledczej. Zdejmowali odciski ze sprzętu. Byli to ludzie Gardiniego.

– Te urządzenia służą do oceny autentyczności – objaśnił marszand. – Do szacowania wartości i datowania. Galeryjny ekspert analizuje dzieła sztuki dostarczone do sprzedaży przez klientów albo po prostu przez tego, kto chce poznać cenę rynkową przedmiotu, który odziedziczył bądź znalazł w piwnicy.

Teresa otworzyła dziennik i zanotowała pospiesznie dzień, godzinę, okoliczności. Przede wszystkim nazwiska, pobieżny opis i rolę, jaką odgrywały towarzyszące jej osoby. Niemożność rozpoznawania ludzi stanowiła jej nawracający koszmar, najbardziej obezwładniający lęk. Zorientowawszy się, że Marini chce zapuścić żurawia, przewróciła kartkę, nagryzmoliła jakiś obsceniczny rysuneczek i pokazała mu go. Młody inspektor oblał się szkarłatem i w końcu się odsunął.

Teresa prędko omiotła wzrokiem pomieszczenie. Wszystko wydawało się w porządku. W maniakalnym porządku. Tak jak się spodziewała, w murze szczelinowym ani w skrytce pod podłogą nie było zmumifikowanych zwłok.

– Mamy szukać zmarłego pod szkiełkiem mikroskopu? – szepnął jej na ucho Marini, który na powrót stał się jej cieniem.

Odepchnęła go szturchańcem. Popatrzyła pytająco na zastępcę prokuratora.

– Dajcie nam chwilkę – polecił technikom Gardini.

Praca ustała i pomieszczenie opustoszało. Została tylko ich czwórka oraz plama światła, która wreszcie ukazała się oczom Teresy.

Gardini skinął, by podeszła bliżej. Przysunęła się nieco. Zaskoczyło ją coś w twarzy zastępcy prokuratora: popłoch przemieszany z jakimś zupełnie niezwykłym w tych okolicznościach upojeniem. Podążyła za jego wzrokiem.

Na stole roboczym leżał rysunek. Bez ramki, rozłożony na szklanym blacie, przygnieciony na rogach ciężkimi metalowymi przyciskami. Portret kobiety. Na oko miał niespełna czterdzieści centymetrów długości. Karton wydawał się gruby, niemal pomarszczony.

Teresa zbliżyła się i pochyliła nad rysunkiem, aby mu się lepiej przyjrzeć. Zastygła w bezruchu, nie potrafiąc oderwać od obrazka wzroku. Zdawała sobie sprawę, że ma wybałuszone oczy, ale nie z powodu półmroku, tylko tego, na co właśnie patrzyła.

Sztuka nie potrzebuje objaśnień, powiedziała sobie w duchu, wspominając słowa starego profesora z liceum. Miała na to dowód przed sobą. Włożyła okulary do czytania, wiszące na łańcuszku na szyi, i przysunęła twarz bliżej.

Portret zdawał się wylewać poza karton. Odznaczał się doskonałością, trójwymiarowością, które poruszały do głębi. Była to twarz młodej kobiety o tak wyjątkowej gracji, że aż budziła zdumienie. Zamknięte oczy, długie rzęsy muskające policzki, ledwie rozchylone wargi. Miała w sobie coś egzotycznego, chociaż trudnego do zdefiniowania. Ciemne włosy okalały twarz o srebrzystobladej cerze, opadając na plecy falami, których kontury zacierały się, aż w końcu rozmyły na krawędziach kartki.

Była to magnetyczna i delikatna uroda, zimna i gwałtowna, wyrafinowana i dzika. Czerwona i czarna, jak namiętność.

Teresa zmusiła się, by podnieść wzrok w poszukiwaniu kolejnych szczegółów.

W prawym górnym rogu widniała data, skreślona drżącą ręką: 20 kwietnia 1945. Brakowało podpisu.

Pomiędzy wykonaniem tych kresek a możliwością delektowania się efektem upłynęło ponad siedemdziesiąt lat, pomyślała. Niemal cały wiek, chociaż czas nie należał do współrzędnych rysunku. Pozostawał w zawieszeniu, wymazany. Portret żył w innym wymiarze niż oni, w wymiarze stworzonym przez przestrzeń i emocje. Na tym polega nieśmiertelność sztuki.

Ponad jej ramieniem Marini ledwie oddychał. On również uległ urokowi, który obraz najwyraźniej rzucił na wszystkich obecnych.

– Kto to taki? – zapytał.

Nie zwróciła mu uwagi na naiwność tego pytania, ponieważ dopiero co sama o mało go nie zadała. Marini doznał identycznego wrażenia, jakie wstrząsnęło Teresą: że ma przed sobą obdarzoną duszą istotę z krwi i kości.

– Śpiąca nimfa – odparł właściciel galerii, wpatrując się w rysunek. – Wydawało się, że przepadła bez wieści, tymczasem natrafiono na nią wśród starych papierów upchniętych na strychu. Tak przynajmniej twierdzi stryjeczny wnuk autora. Ze względu na brak podpisu powierzył ją galerii w celu zbadania autentyczności. Czysta formalność: to bez wątpienia ręka jego stryjecznego dziadka, Alessia Andriana.

Teresie nazwisko to nic nie mówiło i nie pojmowała, dlaczego Gardini domagał się jej współpracy przy wstępnym dochodzeniu. Na czym miało ono polegać?

– Istnieje podejrzenie fałszerstwa? – zapytała.

Gardini pozwolił sobie na uśmiech. Nie wywołało go rozbawienie, Teresa doskonale o tym wiedziała. Jego powodem było głównie napięcie, które zastępca prokuratora rozładowywał, rozciągając mięśnie twarzy.

– Obawiam się, że kwestia jest bardziej złożona, pani komisarz. Ekspertyza przyniosła nieoczekiwane i... dość niepokojące wyniki. Pan Gortan potrafi to wyjaśnić lepiej ode mnie.

Teresa wyprostowała ramiona. Cały kręgosłup aż zatrzeszczał.

– Niepokojące? – powtórzyła.

– Rzeczoznawca poddał analizie papier i kolor w celu ustalenia daty – zaczął tłumaczyć właściciel galerii – aby potwierdzić, czy widoczna na rysunku data jest w miarę zgodna z domniemanym okresem jego powstania. Dzieło wykonano czarną kredą i sangwiną. Sangwina to ta od czerwonego koloru, żelazisty materiał, który daje to sugestywne zabarwienie.

– Tak, zdaję sobie z tego sprawę.

– Jeszcze kilkadziesiąt lat temu używało się czystego tlenku żelaza. Teraz miesza się go z woskami, naturalnymi albo syntetycznymi. W zależności od tego, czy owe woski występują, da się określić, czy dzieło powstało niedawno, czy jest starsze. Sęk w tym, że rzeczoznawca znalazł coś innego. Nie potrafiąc dociec, co to takiego, wysłał kilka próbek do laboratorium, które specjalizuje się w bardziej szczegółowych badaniach.

– I okazało się, że to...?

Odpowiedzi udzielił zastępca prokuratora Gardini, spoglądając jej prosto w oczy. Blask halogenowej lampy rzucał głębokie cienie na jego chudą twarz, przydając jej dramatyzmu.

– Krew, pani komisarz.

Do Teresy dopiero po paru sekundach dotarło, do czego Gardini zmierza. Zawsze uważała, że twardo stąpa po ziemi, teraz jednak zaczęła podejrzewać, że trochę zbyt mocno buja w obłokach. Poszukała wzroku Mariniego: on też oniemiał.

Ponownie popatrzyła na zastępcę prokuratora. Usiłowała dobrać najbardziej odpowiednie słowa, chociaż była pewna, że zgodnie ze swą naturą znajdzie tylko te najbardziej dosadne.

– Panie prokuratorze, istnieje przynajmniej tysiąc powodów – odezwała się – dla których krew mogła trafić na rysunek. Może artysta skaleczył się w wyniku drobnego wypadku i jego krew pomieszała się z farbą. Może on albo ktoś inny doznał krwotoku z nosa. Zwykle najprostsze wyjaśnienie jest także najbliższe rzeczywistości.

Gardini nic nie odpowiedział, lecz jego spojrzenie mówiło samo za siebie. Teresa zdjęła okulary.

– Czy pan podejrzewa, że kogoś zamordowano, żeby wykonać ten obraz? – zapytała z powątpiewaniem, którego nie zdołała ukryć.

Gardini pozostał niewzruszony.

– Nie podejrzewam. Jestem tego pewien.

Teresa zerknęła na portret, na bladą twarz, która wyglądała tak, jakby wydawała trwające w nieskończoność tchnienie. Ostatnie. Być może Nimfa śniła właśnie o śmierci.

– Dlaczego? – zapytała, z góry wiedząc, że odpowiedź Gardiniego ostudzi wszelki możliwy sprzeciw. Znała go już zbyt długo i miała świadomość, że skoro twierdzi, że jest pewien, nie rzuca słów na wiatr.

Gardini oparł się biodrem o stół i skrzyżował ramiona na piersi.

– Nie mówimy tu o odrobinie krwi – zastrzegł.

Teresa poczuła na twarzy mrowienie, jak zawsze, gdy spodziewała się złej wiadomości.

– Ile? – sondowała.

Chwycił ze stołu plik dokumentów i jej go wręczył. Dał jej kilka chwil na przekartkowanie.

– Śpiąca nimfa została wykonana krwią, pani komisarz – oświadczył. – Badania wykazały obecność ludzkiej tkanki mięśnia sercowego na papierze.

Teresa w końcu pojęła, choć to Gardini ubrał jej myśli w słowa:

– Alessio Andrian namalował ją, zanurzając palce w cudzym sercu.

Tkanka mięśnia sercowego. Ludzka. Dłonie wnikające do klatki piersiowej i palce zanurzające się w sercu. Obraz, jaki powstał w głowie Teresy, przybrał postać szaleńczej kamei.

– Proszę pana – zwróciła się do Gortana – czy istnieją racjonalne dowody na to, że autorem obrazu jest Alessio Andrian?

– Sam dokonałem powtórnej ekspertyzy. Rysunek jest autentyczny, nie ma co do tego cienia wątpliwości.

– Z czego pan to wnioskuje?

Gortan rozciągnął wargi w uśmiechu, zarezerwowanym zazwyczaj dla dyletantów w dziedzinie sztuki tak szlachetnej, że ich ignorancji nie sposób wybaczyć, chyba że wyłącznie przez grzeczność. Teresie przemknęło przez głowę, że mężczyzna, którego miała przed sobą, uważa się za niekwestionowanego kapłana tajemnego elitarnego kultu i właśnie tak się zachowuje. Uznanie go za marszanda było błędem.

– Co daje mi pewność autorstwa dzieła? – powtórzył Gortan. – Każdy detal. Papier, farba, charakter pisma, jakim skreślono datę, ale przede wszystkim kreska: nacisk i perspektywa – wyjaśnił, poruszając wytwornie dłońmi i wzniecając obłoki wyrafinowanego zapachu. – Rzekłbym: całościowe upodobanie do kompozycji, coś, co określam mianem „ręki artysty”. To jest jego prawdziwy podpis, nic innego. Niepowtarzalny. Ten obraz to Śpiąca nimfa Alessia Andriana.

Z pewnością nie miał wątpliwości. Jego policzki płonęły szczerą żarliwością.

– Muszę się przyznać, że nie znam tego artysty i że aż do dzisiejszego dnia nigdy nie słyszałam o Śpiącej nimfie – oznajmiła Teresa.

Przez gładko wygoloną twarz właściciela galerii przemknął grymas, ledwie przelotny cień, tak nieuchwytny, że wzięła go za własne przywidzenie.

– Nie dziwi mnie to – powiedział Gortan. – Andrian nie jest dla mas, lecz dla wąskiego i, proszę mnie źle nie zrozumieć, wybranego kręgu koneserów. Jednakże każdy, kto miał to rzadkie szczęście kontemplować jego dzieła, musiał podziwiać jego niezwykłą duszę artystyczną.

Teresę zaczynało ogarniać zaciekawienie. O kim on mówi? Kim był Alessio Andrian?

– Dlaczego wspomina pan o rzadkim szczęściu? – zapytała.

Oczy Gortana lśniły, stały się wręcz zniewalające. Ten człowiek wiedział, że jest strażnikiem wyjątkowej historii, przeczuwała Teresa.

– Andrian przestał malować w tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym roku, pani komisarz. W wieku zaledwie dwudziestu trzech lat. Jego dzieła są ponumerowane od jednego do dziesięciu – wyjaśnił. – Mówi się, że Śpiąca nimfa jest ostatnia, jedenasta.

Teresa uzmysłowiła sobie, że mówi o kobiecie z obrazu tak, jakby ona naprawdę istniała.

– Czy żeby ją namalować, korzystał z usług modelki? – zapytała.

Gortan pokręcił głową.

– Nikt tego nie wie.

– Może przestał malować ze względu na to, co się wydarzyło po stworzeniu portretu – podsunął Gardini.

– Teraz to wy spróbujecie znaleźć odpowiedź, zgadza się? – odrzekł właściciel galerii.

Teresa otworzyła dziennik.

– Ile jest wart? – indagowała.

– Przed odkryciem, że to krew, trzysta–trzysta pięćdziesiąt tysięcy euro. Teraz... kto to może wiedzieć? Pewnie nawet drugie tyle.

– Czy rozumie pan przez to, że z powodu makabrycznego szczegółu cena tego obrazu może osiągnąć niebotyczną wysokość? – zdumiał się Marini.

Gortan popatrzył na niego z politowaniem, które zirytowało Teresę.

– Nie, panie inspektorze. Rozumiem przez to, że wartość obrazu, podobnie jak wartość jakiegokolwiek dzieła sztuki, zależy również od jego historii, od ludzkich losów, jakie mu towarzyszą. Historia Alessia Andriana jest zaś czymś unikatowym, obok czego nie sposób przejść obojętnie. I ostatni kawałek układanki, jaki nam przybył, nie stanowi tu wyjątku.

Teresa przerwała pisanie.

– Jaka historia? – zapytała.

– Stryjeczny wnuk Andriana wyjechał za granicę do pracy, ale dziś w nocy wróci – wtrącił Gardini. – Spotkamy się z nim jutro rano na nieformalnej rozmowie. Nikt nie potrafi opowiedzieć tej historii lepiej od niego.

– Ze względu na okoliczności chciałabym ją poznać teraz – uparła się Teresa.

– Andrian był partyzantem – rzekł czym prędzej Gortan. – Tworzył swoje dzieła, ukrywając się w górach, w przerwach między atakami Niemców. Pod koniec wojny jego towarzyszom nie udało się go znaleźć. Myśleli, że nie żyje.

– Tymczasem? – podsunęła Teresa.

– Dotarł nie wiadomo jak do Jugosławii. Jakaś rodzina z Bovecu zawiadomiła Włochów poza granicami, że w lesie za domem natknęła się na jednego z nich. Był w tak złym stanie, że bojownicy Tita uznali go za zmarłego. To był Andrian. Od jego zniknięcia upłynęło wiele tygodni. Nikt się nigdy nie dowiedział, co się z nim przez ten czas działo.

– Nie zapytali go o to?

– Andrian nigdy nie doszedł do siebie na tyle, żeby o tym opowiedzieć.

– Zmarł?

– Nie, ale oszalał. I nigdy więcej już nie malował. Nigdy już nie mówił. Nigdy.

Gortan zamilkł, lecz jego słowa rozbrzmiewały w głowie Teresy niczym echo.

– Zabrał tajemnicę do grobu – zauważył Marini.

– Niezupełnie – odparł zastępca prokuratora, szukając wzroku Teresy. – Andrian nadal żyje, ale już od siedemdziesięciu lat jest rośliną.

Nim zaczął mówić dalej, zrobił przerwę, jakby chciał dać im czas na przygotowanie się.

– Nie jest chory, nigdy nie był. Nie chodzi z własnej woli. Nie mówi z własnej woli. Od siedemdziesięciu lat. Cokolwiek się wydarzyło po namalowaniu Śpiącej nimfy, postanowił umrzeć za życia. To oddychający grobowiec.

3

Chłopiec schronił się w lesie, jego klatką piersiową wstrząsał urywany oddech. Za linią lasu potrafił jeszcze dojrzeć łąkę upstrzoną stokrotkami i mleczami. Co chwilę jakieś cienie przemykały pospiesznie, przyćmiewając kolory, kłębiaste chmury prędko się jednak rozwiewały.

Chłopiec odwrócił się tyłem do światła i zanurzył w wonną zieleń. Nawoływania za jego plecami stawały się coraz bardziej odległe.

Bór przywitał go ciszą, która kazała mu zwolnić kroku. To było jak wejście do kościoła: zimny półmrok, zawrotna wysokość sklepień, zapach uwalniającej się z kory żywicy, równie ostry jak zapach wosku. Doznawał osobliwego wrażenia obecności jakiejś wyższej istoty, która widzi wszystko.

Wstrząsnął nim dreszcz; koszulka pod bluzą przesiąkła mu od potu.

Zagłębił się w utworzoną przez korzenie i listowie pieczarę, bezpieczną kryjówkę, w której mógł się schować. Wsparł brodę na kolanach, przekonany, że posiedzi tu dłużej.

Od czasu do czasu słyszał, jak wykrzykują jego imię. Chociaż instynkt skłaniał go, by odpowiedzieć i zakończyć ten okrutny żart, coś innego zmuszało do pozostania w ukryciu: była to przepełniona złością miłość.

Głosy rodziców przeplatały się niczym przepojony przerażeniem śpiew. Niekiedy, na kształt interludium, wznosiło się ponad nimi wołanie obcej. Wówczas wytężał słuch, usiłując rozpoznać, jaka w nim pobrzmiewa nuta, czy obojętności, którą ostatnio wobec niego przejawiała, czy też jego nagłe zniknięcie nią wstrząsnęło, cofnęło do przeszłości, gdy się o niego troszczyła.

Obca: siostra. Kiedy zaczęła się zmieniać, dojrzewać, coś między nimi pękło. To do niej czuł żal.

Chciał, by zaznała strachu, lęku, że go utraci. Pragnął jedynie być kochany tak jak dawniej.

Właśnie dlatego postanowił zniknąć. Zrobił to w milczeniu, urażony, wymachując kijem. Płatki kwiatów spadały wraz ze łzami.

Zaszył się jeszcze głębiej w swojej kryjówce. Zerwał z wściekłością łodygę paproci i zaczął rozszarpywać palcami gałązkę. Dopiero gdy pociągnął nosem, uświadomił sobie, że znów płacze.

Podskoczył, słysząc szelest liści nad głową. Czym prędzej otarł oczy. Wysoko, w czeluściach szmaragdowej kopuły, coś się poruszyło, po czym powrócił spokój.

Kiedy przypomniał sobie to, co opowiadał siostrze jeszcze tego ranka na wycieczce, z jego gardła wydobył się jęk.

Żmije nie rodzą młodych na drzewach, rzekł do siebie. To było kłamstwo, żeby ją nastraszyć.

Tkwił w bezruchu.

Czy naprawdę jest tego pewien? Żmije wydają na świat młode na gałęziach, żeby spadły i ich nie pokąsały.

Wtem poderwał się z wrzaskiem, mając wrażenie, że coś wśliznęło mu się za kołnierz bluzy. Zdjął ją gorączkowym gestem i szybko wybiegł z kryjówki.

Chciał wrócić do domu, w bezpieczne miejsce. Zraniona duma, zawiedziona miłość przestały się już liczyć. Chciał maminych całusów, ojcowskiego śmiechu. Nawet ona, obca, przestała mu się wydawać taka złowroga i nieznośna.

Czuł, jakby chwytały go palce kolczastych krzaków jeżyn i odrośli, z których nie potrafił się wyswobodzić nawet w pędzie. Czepiały się jego ramion, owijały wokół nóg. Wilgotny niczym oddech las chciał go uwięzić w ciemności. Oddech, który zaczynał czuć na plecach.

Poszukał wzrokiem jasnej łąki, dostrzegał jednak wyłącznie mrok. Drzewa zdawały się bardziej okazałe i powykrzywiane, runo leśne bardziej poskręcane.

Uzmysłowił sobie, że się zgubił. Przeniknął go chłód. Dotarło do niego, że ma na sobie tylko koszulkę. Kolce rozorały mu skórę na ramionach. Twarz także go paliła, zupełnie jak po letnim dniu spędzonym na słońcu.

– Mamusiu – zawołał cichutko, jakby nie chciał obudzić tego, co go otaczało.

Bór odpowiedział delikatnym szumem, którego aż do tej pory nie słyszał.

Wszystko wokół się poruszało. Chłopiec nie był w stanie tego zobaczyć. Wyczuwał to.

Bór oddychał, pulsował niczym potężne, mroczne serce. Były to podziemne, wibrujące uderzenia, którym towarzyszyło przyspieszone bicie jego własnego serca.

Otworzył szeroko oczy. Przyroda rozbrzmiewała tajemniczym echem, które wdzierało się aż w duszę.

Gdy zacisnął pięści, odezwał się ból piekący niczym ogień. Podniósł dłoń: jej wnętrze przecinała głęboka szrama. Wpatrywał się urzeczony w kapiącą krew, która wsiąkała w czarną ziemię.

Na ranie przysiadł motyl w kolorze kwiatów arniki, które matka zrywała rankiem. Leniwie trzepotał skrzydełkami, moszcząc się na żywym mięsie.

Gdy chłopiec spróbował go dotknąć, uciekł, lecz nadal wirował w powietrzu obok niego.

Chłopiec podążył za nim. Miał nadzieję, że motyl zaprowadzi go do światła.

Dotarł do miejsca, gdzie drzewa się przerzedzały. Słońce dźgało ściółkę oślepiającymi promieniami. Przywiodło mu to na myśl ilustracje z pewnej książki z bajkami. Opowieść o Jasiu i Małgosi oraz o czarownicy, która chciała ich pożreć.

Owad przycupnął na drobinkach drewna, które z upływem czasu opadły z kory. Na cieniutkich niciach pajęczyny lśniły krople rosy.

Chłopiec ukląkł i wystawił palec, by zdjąć jedną z kropli, lecz się cofnął. Niespodziewany lodowaty dreszcz, który tym razem go przeszył, pochodził z wnętrza.

To nie były gałązki. To były kości. Sterczące z ziemi kości. Leżąca pośród mchu i kwiatów dłoń szkieletu ledwie muskała podłoże.

Chłopiec wrzasnął i ruszył pędem, mając przed oczami obraz szamoczącego się motyla, który uwiązł w pajęczynie, utkanej pomiędzy czymś, co było kiedyś palcami.

Myśląc, że już na zawsze utkwi w tym lesie, schwytany jak motyl w podstępną sieć, nagle usłyszał, że ktoś go woła. Podniósł wzrok. Zbocze rozświetlał silniejszy blask, pod światło zaś zaczęła się rysować znajoma postać.

Rozpaczliwie odpowiedział na wołanie. Siostra podbiegła czym prędzej z rozwichrzonymi włosami i w ubłoconych na kolanach dżinsach. Widać było, że płakała. Runęła przed nim i mocno go przytuliła, tak jak już dawno jej się nie zdarzało, jak kiedyś, zanim wiek ich rozdzielił. Chłopiec zaniósł się szlochem. Otworzył buzię, by uwolnić się od strachu, nie wydobył się z niej jednak żaden dźwięk. Obejrzał się w poszukiwaniu kierunku, z którego przyszedł: teraz las wydawał się jednolity, jakby drzwi w ścianie się zamknęły.

Nigdy nie zdoła odnaleźć upiornej dłoni. Zacisnął usta. Nikt mu nie uwierzy. Pozwolił wziąć się na ręce i powieść ku światłu.

Z oczu skapnęła mu ostatnia łza. Była przeznaczona dla motyla.

Gdyby wiedział, że ktoś go obserwuje, zapłakałby nad sobą, nad milczącą śmiercią, której właśnie uniknął.

Albowiem Tikô Wariö nie może sobie pozwolić na litość, nawet wobec bezbronnych. Musi czuwać.

4

Massimo nie od razu wrócił do domu. Miał ochotę się przejść, dać się porwać śródmiejskiemu zgiełkowi, co mu się rzadko zdarzało. Miasto rozbłysło światłami, gwar w lokalach zapraszał, by przystanąć na szklaneczkę czegoś, co zapewnia lekkość. W podcieniach piazza delle Erbe roiło się od tłumów, których jeszcze tak niedawno sam był częścią. Trzydziestolatków, tak jak on. Patrzył, jak żartują, przyglądał się, jak flirtują, z na wpół opróżnionym kieliszkiem w jednej ręce i papierosem albo kobiecą dłonią w drugiej. Lata świetlne temu.

Wałęsał się bez celu, zerkając na jarzące się wystawy, lecz naprawdę ich nie widząc. Szukał w szybach własnego odbicia. Dostrzegał zmianę, jaka się w nim dokonała, jej rezultat zaś wcale mu się nie podobał. To nie był on. Szedł, a chciałby biec. Milczał, a pragnął krzyczeć. Być jednocześnie tutaj i daleko stąd. Po ucieczce zawsze wracał do punktu wyjścia.

Tchórz, myślał, wiedział jednak, że dawno już wybaczył sobie tę przywarę. Zresztą nie ona była najgorsza.

Wyłowił z kieszeni komórkę i ją włączył. Ze ściśniętym żołądkiem czekał na powiadomienia, które ukazały się na ekranie jedno po drugim.

Znów dzwoniła. Elena nigdy nie zostawiała wiadomości, nie chciała wyrażać swej pogardy w paru linijkach tekstu. Chciała wypluwać słowa, żeby aż eksplodowały w uszach. Chciała chłostać mu serce głosem.

Zrezygnował z pokusy udawania szczęśliwego i zanurzył się w ciszy spokojniejszych ulic. Skręciwszy za róg, omal nie wpadł na jakąś całującą się pod latarnią parę. Ona się roześmiała, on przytulił ją mocniej.

Massimo poczuł ukłucie goryczy i odwrócił wzrok. On i Elena też tacy byli, w czasach, których nie potrafił już sobie nawet przypomnieć, chociaż logika podpowiadała, że od tamtych dni nie minął więcej niż rok, a nie dziesięć lat.

Byli właśnie tacy, niezdolni utrzymać ręce z dala od siebie.

Po czym on ją porzucił bez żadnego wyjaśnienia, bo inaczej musiałby się usprawiedliwiać również przed samym sobą, chociaż pragnął milczeć. Zostawił ją, mimo że ostatnie jej słowa były słowami miłości. Nigdy więcej jej nie zobaczył ani nie usłyszał, dopiero kilka tygodni temu: przez parę godzin, kiedy znów ją kochał i znów porzucił.

Bardzo zły pomysł: wracać do domu na wakacje.

Massima ogarnął gniew, ale tylko na siebie samego. Na to, co czuł. Na to, czego nie czuł. Ponieważ odkrył, że jest tak bardzo inny, niż chciałby być.

Nawet nie zauważył, kiedy znalazł się pod domem. Podniósł wzrok na kamienicę. W oknach na trzecim piętrze światła były wygaszone, podobnie jak jego entuzjazm. Zignorował windę i ruszył po schodach. Tego dnia nie trafiła mu się żadna sprawa, która pozwoliłaby nie myśleć o Elenie. Nadzieja na rozwikłanie tajemnicy Śpiącej nimfy po siedemdziesięciu latach była zbyt optymistyczna jak na jego gust.

Dotarł na piętro swego mieszkania, nie wspiął się jednak na ostatni stopień.

Czekała na niego kobieta. Siedząca na walizce na kółkach, z plecami opartymi o drzwi i z zamkniętymi oczami, wyglądała na wyczerpaną, choć miała napięte rysy jak ktoś, kto szykuje się do walki. Była chudsza, niż zapamiętał, a przecież od ostatniego razu, gdy ją widział, upłynęło ledwie parę tygodni: krótki czas, który mimo wszystko uczynił spustoszenie, tak jakby każdy oddech stanowił dla niej cios.

Nie, to nie wina czasu.

– Elena...?

Ledwie wydobył głos, zabrzmiało to niewiele donośniej niż rzężenie, ale jej oczy rozbłysły gotowe schwytać go w pułapkę. Wpatrywali się w siebie w milczeniu, skamieniali, czując narastające skrępowanie. Po czym Elena podniosła się z westchnieniem, które mogło oznaczać wszystko: znużenie albo irytację, ulgę albo może skruchę.

Massimo z trudem przełknął ślinę. Żadne słowo nie byłoby w stanie go ocalić.

– Nie wiem, co powiedzieć – szepnął. – Ja...

Elena przysunęła się bliżej. Massimo czekał, aż go spoliczkuje, tymczasem ona wtuliła twarz w zagłębienie jego szyi. Dotyk jej skóry poraził jego zmysły, budząc przypływ pożądania.

Massimo otworzył usta, lecz Elena położyła na nich palce. Były zimne i drżące.

– Sama nie wiem, jak ci to wyznać, wobec tego powiem wprost – wyszeptała. – Spodziewam się dziecka.

5

20 kwietnia 1945 roku. To, co wydarzyło się tamtego dnia, od ponad siedemdziesięciu lat pozostaje tajemnicą.

Uwaga: przejrzeć gazety z tamtych czasów.

Jutro, godzina 8.30: spotkanie w prokuraturze z Raffaellem Andrianem, stryjecznym wnukiem malarza.

Dziewczyna z psem stojąca na rogu między przejściem podziemnym a placem. Ma niebieskie włosy. Dziwaczne wrażenie. Czy już ją widziałam?

Marini: ma jakąś tajemnicę, która go dręczy.

Teresa zamknęła dziennik i oparła głowę o okno pokoju, który dzieliła z Marinim. Patrzyła, jak młody inspektor oddala się piechotą, dopóki nie rozpłynął się w mroku.

Ucieka, powiedziała sobie w duchu. Chłopak przyczaił się w swoim nowym życiu, ale coś nadal nie dawało mu spokoju. W ostatnich tygodniach nawet w jego ciele zaszła zmiana: wyszczuplał, stał się bardziej nerwowy i wybuchowy. Gwałtowny niczym szalejąca w nim bestia. Od czasu do czasu Teresie udawało się ją dostrzec. Było to coś nieprzeniknionego, co pozbawiało oczy blasku, jakaś postać tkwiąca przed samą duszą. Łączyła ją z Marinim wspólna cecha: oboje strzegli tajemnic.

Wsunęła między wargi zauszniki okularów, wpatrzona w noc, którą tu i ówdzie rozjaśniały nieznacznie latarnie i reflektory samochodów. Nie potrafiła oderwać wzroku od tych ciemności.

Gdy bezwiednie pogładziła się dłonią po policzku, zadźwięczała sztywna bransoletka na ręce. Był to zwykły pasek srebra, na którym kazała wygrawerować kilka słów.

Teresa Battaglia. Tak się nazywasz.

Dalej widniał numer komórki opiekującego się nią lekarza. Nie numer męża, dziecka czy krewnego: ta wiadomość była przeznaczona dla niej, przywykłej, by sama się o siebie zatroszczyć.

Spuściła na ciemność zasłony, jakby otrząsając się z odrętwienia nadwerężającego ciało i myśli.

Jej biurko wyglądało idealnie: lśniący blat z monitorem i klawiaturą. W ciągu ostatnich miesięcy zmieniło się wraz z nią, przystosowując do życia, w którym Teresa została zmuszona przybrać nową postać: stać się bardziej metodyczna, bardziej rozważna, nawet bardziej zdyscyplinowana.

Usiadła i położyła dziennik. Wyjęła spod klawiatury klucz do szafki na dokumenty. Wysunęła jedną z szuflad i przejrzała jej zawartość.

Przypominało to uwolnienie motyli. Dziesiątki uporządkowanych według numerów karteczek samoprzylepnych to były ich barwne skrzydła, które szeleściły przy dotknięciu i dostarczały informacji. Te dotyczące pracy – żółte: co tu robi, jak włączyć komputer, jak go wyłączyć, jak się posłużyć telefonem i wezwać taksówkę, nazwisko osoby, która dzieliła z nią pokój... Te odnoszące się do życia prywatnego i rytuałów, do których zmuszała ją cukrzyca – zielone. Ta z numerem pierwszym rozpoczynała się niepokojącą wiadomością, było tam napisane: Popatrz na bransoletkę.

Mówiła sobie, kim jest. Stworzyła dla siebie drogę ucieczki. Nigdy nie dotarła do punktu, w którym byłaby zmuszona wypróbować, czy to działa.

Wskazówki pomagające w codziennym poruszaniu się, które w każdej chwili mogło się stać czymś nieznanym i niezrozumiałym.

Właśnie gasły ostatnie światła na piętrze. Głosy schodzących po schodach kolegów przypominały szept, który oddalał się podobnie jak jej marzenia.

Będzie jej brakowało tego wszystkiego.

Odetchnęła głęboko, zmusiła się do skoncentrowania nad sprawą Alessia Andriana i namalowanego krwią obrazu. Nazajutrz spotka się ze stryjecznym wnukiem malarza i być może uzyska parę nowych szczegółów na temat historii, która przywiodła do niej Śpiącą nimfę.

Na rozwiązanie czekała kolejna sprawa, miały paść kolejne kłamstwa. Ukrywanie własnego stanu zdrowia oznaczało oszukiwanie ludzi wokół. Własnego zespołu, który wierzył w jej niezłomność i całkowicie jej ufał. Szefa policji i Gardiniego, którzy nadal powierzali jej najtrudniejsze przypadki. Ofiar. Rodzin ofiar.

Musi przerwać tę farsę, zanim dojdzie do punktu, z którego nie ma odwrotu. Choroba, która dzień po dniu zżerała jej pamięć, wkrótce odsunie ją od wszystkiego, co kocha. Teresa już wiele tygodni wcześniej zdecydowała, co robić, lecz najwyraźniej zawsze coś ją powstrzymywało. Tego dnia także zawahała się przed drzwiami szefa policji. Sam otworzył je na oścież, jakby wiedział, że ją tam zastanie.

Mam dla ciebie nowe śledztwo, oznajmił.

Śpiąca nimfa, jedyny dowód poszlakowy zbrodni, o której nie wiadomo było nawet, gdzie została popełniona, swą mroczną tajemnicą zdołała odwlec nieuniknione. Co do czasu łatwo było snuć domysły: 20 kwietnia 1945 roku. Kilkanaście dni przed końcem wojny.

Wszystko, czym dysponowała Teresa, sprowadzało się do makabrycznego i zadziwiającego rysunku, anonimowej krwi, która zapewne zaprowadzi ją w ślepą uliczkę, oraz bezrozumnego i bezwolnego starca, który był partyzantem i być może w czasie wojny kogoś zabił. Prawdopodobnie ofiara była wrogiem, nad którym pastwił się Andrian, wpadłszy w szał.

Zanurzył dłonie w sercu i narysował dziewczynę, przypomniała samej sobie. Krew to potężny symbol. To gorące życie, które nas zalewa, uzdrawia i przemienia.

Pomimo okrucieństwa czynu Teresa nie potrafiła dojrzeć w nim morderczej furii. Dostrzegała natomiast wewnętrzny popęd. Namiętność posuniętą do granic możliwości, za którymi panoszy się obłęd.

Wiedziała, dlaczego Gardini przydzielił wstępne dochodzenie właśnie jej: ufał jej przeczuciu.

Ze zmarłymi łączy cię powinowactwo z wyboru, stwierdził kiedyś.

Zmarli mają wiele do powiedzenia na temat ostatnich chwil życia, tym razem jednak nie było szklistych oczu, w których Teresa mogłaby zobaczyć cień mordercy. Nie było dłoni, które usiłowały go odepchnąć, stawić resztki oporu, wyrywając ślady napastnika. Krwawa Nimfa spała snem, z którego nikt jej nie wybudzi. Tajemnica spoczywa wraz z nią.

Teresa otworzyła ponownie dziennik i przekartkowała go, zgodnie z niezbędnym już rytuałem. Strzegła własnego umysłu, aby uświadomić sobie, czy i kiedy się pogubiła.

Znalazła tkwiącą w zawieszeniu łamigłówkę. Jeszcze nie zdążyła się nad nią zastanowić. Rozwiązywanie zagadek to sposób na pokonywanie chwil zagubienia. Zauważyła, że ćwiczenie to jest w stanie przywrócić ją do świata, kiedy czuła rosnącą w środku ciemną plamę. Konieczność zamieniła się w przyjemny nawyk.

Policja musi wtargnąć do domu, aby aresztować przestępcę. Jedyna informacja, jaką dysponuje, to jego imię: Adamo.

Po wejściu zastaje mechanika, strażaka, lekarza i hydraulika, którzy grają w karty.

Bez wahania aresztuje mechanika.

Dlaczego?

Dziennik wysunął się z jej dłoni i upadł z szelestem na podłogę. Teresa schyliła się i z wysiłkiem wyciągnęła rękę, aby wydobyć zeszyt spod krzesła.

Wyprostowała się, przytrzymując krawędzi stołu, kartki przewróciły się bezładnie i otworzyły na zapiskach sprzed kilku dni. Notatka, skreślona drobnym pismem, przygwoździła ją do krzesła.

Dziewczyna o niebieskich włosach i paskudny pies na przystanku autobusowym, przed komendą. Mam wrażenie, że już gdzieś widziałam tę dziewczynę, ale szybko odeszła. Wyglądała na wzburzoną.

Teresa nie przypominała sobie ani tego wydarzenia, ani notatki, nie zaprzątała sobie wszakże głowy tą maleńką i głęboką czarną dziurą w swoim życiu.

Znów ta dziewczyna o niebieskich włosach. W ostatnim okresie natknęła się na nią co najmniej trzykrotnie, i to w różnych miejscach.

Jej wzrok instynktownie powędrował ku oknu, ku ciemnościom za zasłonami.

Zbiegi okoliczności, stwierdziła w duchu. Albo może tam, na zewnątrz, ktoś zaczął ją śledzić.

6

W lesie zapanował spokój. Rodzina wreszcie sobie poszła, zabierając nadmiernie ciekawskiego chłopca. Jakaś niespokojna istota z sercem przepełnionym gniewem omiotła wzrokiem to, czego nigdy nie powinna zobaczyć, o dziwo, milczała jednak, zachowując dla siebie małe okropieństwo, które odkryła.

Oczekiwanie ciągnęło się w nieskończoność. Obcy zasiedzieli się aż do zmierzchu, za bardzo zbliżywszy się do tajemnicy, która nie powinna wyjść na jaw, zbyt nieostrożni, by odczuwać strach. Nie spostrzegli, że ktoś ich obserwuje.

Słońce zniknęło za fioletowawym kręgiem górskich szczytów, nocny mrok wszędzie rozpostarł swe palce. Na zachodzie już majaczyło światło Wenus: ona zwie się Lucyferem, Gwiazdą Poranną, jego imię zaś to Hesperia, Gwiazda Wieczorna. O tej porze roku ukazuje się w kobaltowoniebieskim zagłębieniu pomiędzy dwoma szczytami.

W jej nikłym blasku wioski w dolinie spały pogrążone we śnie. Nad szpiczastymi sylwetkami drzew górowała dzwonnica kościoła o dachu pokrytym gontem z modrzewia i różą wiatrów zamiast krzyża.

Ponad łąkami, ponad linią lasu kroki w poszyciu brzmiały niczym cichy szelest, któremu towarzyszyło pohukiwanie puszczyka. Znały ścieżkę, której niewprawne oczy by nie dojrzały, między białym janowcem a dzikim lilakiem. W drodze po zboczu przybrały postać drobnych podskoków, aż odnalazły grób.

Noc łagodnie spowijała śmierć, nadając jej swoisty zapach. Odkryte kości lśniły śnieżną bielą na tle czarnej ziemi. Korony kwiatów, które zdążyły się już zamknąć, zdobiły wystające z zagłębień doliny szczątki. Wiosenne, niemal ulewne deszcze rozmyły glebę, odsłaniając strzeżoną przez bór tajemnicę.

– Skrit kej – wyszeptał jakiś głos.

Strzec tajemnicy.

Tikô Wariö, opiekuńcza postać, powrócił do lasu w dolinie, zupełnie jak w opowieściach, które starszyzna snuła wokół ogniska. Ten, który stoi na straży, nie miał twarzy ani własnego ciała. Według legendy okrutny strażnik, bezlitosny stróż wciela się w tego, kto wzywa go na ratunek: w mężczyznę o budowie chłopca, w kobietę albo starca.

A właśnie teraz ktoś go przywołał.

– Tikô Wariö. Tikô Bronô. Te k skriwa kej – zaśpiewał głos.

Cierpliwe dłonie jęły kopać, przykrywać inne dłonie mrokiem i ciszą.

7

Teresa spoglądała na świat, nie czując się już jego częścią, tyle że patrzyła nań przez inne okno, ze wzrokiem utkwionym w inny dziedziniec, w świetle dopiero co budzącego się dnia.

Strach, który zagościł w jej sercu, także był nowy: przez całą noc zadawała sobie pytanie, czy podejrzenie, że ktoś ją śledzi, w rzeczywistości wynika z choroby, która zamienia ją w kogoś dla niej samej obcego.

Fobie, wariactwa, manie – czy tyle zostało z jej przyszłości, zanim choroba Alzheimera wymaże wszelkie emocje i wspomnienia?

Nie zdołała znaleźć odpowiedzi, tymczasem strach przybrał postać grudy mięsa: uciskał ją w środku, wypaczał postrzeganie własnej osoby.

Biura prokuratury jeszcze świeciły pustkami, sądowe korytarze niedawno wysprzątano. Zegar odmierzał ciszę krótkim tykaniem.

Teresa wpatrywała się w kwadratowy wirydarz budowli z końca dziewiętnastego wieku. Marini się spóźniał, a jego telefon milczał. Coś jej mówiło, że się nie pojawi. W stosunku do niego rozwijał jej się szósty zmysł, instynkt samozachowawczy, który zapowiadał być może jakieś bardziej konkretne uczucie. Miała świadomość, że traktowanie młodego inspektora w ten sposób nie jest dla niej dobre: niezdrowo przywiązywać się do kogokolwiek akurat teraz, gdy musiała się przygotowywać, by ze wszystkiego zrezygnować, pożegnać się i zniknąć.

Na chwilę zamknęła oczy, jakby zaprzeczając tym myślom, nawet uczuciom. Kiedy po paru oddechach podniosła powieki, niepokój się rozwiał, ona zaś znów była komisarzem.

Oczekiwała na spotkanie ze stryjecznym wnukiem Alessia Andriana. Jedynym człowiekiem, który zapewne mógł jej pomóc odkryć dawną tajemnicę, zamkniętą w kreskach rysunku.

Dzień wcześniej zastępca prokuratora określił je jako nieformalną pogawędkę, ona jednak wiedziała, że zaraz poddadzą młodego Raffaella Andriana prawdziwemu przesłuchaniu, nawet jeśli miał odpowiadać z wolnej stopy, na razie wyłącznie jako osoba posiadająca informacje na temat wydarzeń.

To przecież Raffaello znalazł nasiąkły ludzką krwią obraz. Być może znał pochodzenie makabrycznego malowidła i liczył na ekspertyzę Gortana, aby je sprzedać z pokaźnym zyskiem. Do tego mogła dojść konieczność jak najszybszego pozbycia się dowodu poszlakowego morderstwa sprzed siedemdziesięciu lat. Prawdopodobnie nie spodziewał się, że właściciel galerii tak mocno się przyłoży do swego zadania.

Były to jedynie refleksje umysłu nawykłego, by drążyć tam, gdzie najciemniej, Teresa zdawała sobie z tego sprawę. Nie poznała jeszcze Raffaella Andriana, zaczęła już wszakże kreślić jego charakterystykę, portret psychologiczny, niuanse zachowania, które gdy wszystkie fragmenty układanki trafią na swoje miejsce, nadadzą całości sens. Najbardziej interesowały ją błahe szczegóły, wiedziała bowiem, że każdą zbrodnię popełnia się najpierw w głowie, krok po kroku, w sposób świadomy albo nieświadomy.

Na dźwięk powitania obejrzała się zaskoczona. Nie usłyszała, kiedy nadszedł zastępca prokuratora.

– Dzień dobry – odparła tonem, który miał pokryć wszelkie wahanie. Zerknęła ponad ramieniem Gardiniego w poszukiwaniu szefa policji. – Jesteś sam?

Gardini skinął potakująco głową.

– Paolo nie czuje się dobrze, przed chwilą z nim rozmawiałem. Będziemy musieli dać sobie radę bez niego.

Teresa wróciła myślami do e-maila, który wysłała Ambrosiniemu poprzedniego wieczoru. Kilka żałosnych zdań, w których prosiła go o „posłuchanie”. Doszła niemal do wniosku, że jest w stanie wszystko mu wyznać, lecz życie najwyraźniej dało jej jeszcze trochę czasu.

Ruszyli w stronę gabinetu Gardiniego. Raffaello Andrian zgodził się tam z nimi spotkać.

– Przejmujesz się sprawą? – zagadnął zastępca prokuratora.

– Pewnie, że tak. Oboje wiemy, że nie znajdziemy rozwiązania.

Gardini przystanął. Trzymał w ramionach bezładny stos akt.

– Uważasz, że tracimy czas? – zapytał.

Teresa postanowiła być szczera aż do bólu.

– Uważam, że to jest poza naszym zasięgiem. Minęło siedem dziesięcioleci i, celowo posłużę się tym określeniem, w naszym dochodzeniu jest coś epickiego. Niewykluczone, że w tej chwili żaden świadek nie żyje. Nie wiemy nawet, gdzie doszło do zdarzenia...

Sąd zaczął się ożywiać, toteż Gardini ściszył głos.

– Sędzia Crespi nie zamierza umorzyć sprawy, mówię ci to nieoficjalnie. Boi się, że to trafi do gazet. Jeśli tak się stanie, co jest prawdopodobne, opinia publiczna zażąda odpowiedzi. Zanim choćby przemknie mu przez głowę myśl o przedawnieniu, chce zrozumieć, co się stało.

– Ach, co do tego nie miałam wątpliwości.

Twarz zastępcy prokuratora się rozjaśniła.

– Nie spieszmy się, zgoda? – zaproponował. – Może dokądś dojdziemy. Zacznijmy od stryjecznego wnuka Andriana, może powie nam coś ciekawego.

Teresa wyłowiła z przewieszonej przez ramię torby dziennik.

– A co z malarzem? – zapytała.

– Zostaw go w spokoju. Świadek, którego nie sposób przesłuchać. To roślina, mówiłem ci. Chciałbym, żebyś dzisiaj to ty zajęła się młodym Andrianem. Zasyp go wszystkimi pytaniami, jakie uznasz za konieczne.

Pod gabinetem czekał, siedząc w fotelu, młodzieniec z niepewną miną. Gdy zastępca prokuratora zawołał go po nazwisku, zerwał się na równe nogi.

Gardini ich sobie przedstawił. Jego ton był przyjacielski, uśmiech uspokajający.

Raffaello Andrian nie pasował do obrazu, jaki stworzyła sobie Teresa. Sprawiał raczej wrażenie uczniaka niż mężczyzny. Miał dwadzieścia siedem lat, lecz dałaby mu niewiele więcej niż dwadzieścia. Szeroko otwarte, zerkające w zagubieniu niebieskie oczy i opadające na czoło niesforne kasztanowe loki nadawały mu wygląd cherubinka, tymczasem Teresa nastawiła się na spotkanie z cwanym karierowiczem.

Usiedli w gabinecie. Gardini za biurkiem, bardziej przypominającym magazyn starych papierzysk niż stanowisko pracy, Teresa zaś obok chłopaka. Wiedziała, że go onieśmiela, w dodatku otoczenie działało na jej korzyść. Od razu zorientowała się, że on postrzega ją jako osobę władczą: widziała to za każdym razem, gdy zalękniony wzrok Raffaella uciekał przed jej badawczym spojrzeniem, szukając wsparcia w życzliwych oczach zastępcy prokuratora. Nie sądziła, że jest aż tak groźna. Pokrywszy uśmiech grymasem, włożyła okulary i przystąpiła do sporządzania notatek.

– Jak mówiłem przez telefon, to nie jest przesłuchanie, panie Andrian – zastrzegł Gardini. – Nie ma tu podejrzanych ani przesłuchiwanych. Chcemy się tylko przekonać, czy jest pan w stanie udzielić nam kilku informacji przydatnych do odtworzenia wypadków.

– Chętnie, o ile zdołam. – Nawet głos młodzieńca świadczył o usposobieniu osoby, która nie wierzy w siebie.

– Na tym etapie śledztwa i zważywszy na pańską rolę zwykłego świadka, obecność adwokata nie jest konieczna, ale jeśli pan zmienił zdanie i chce...

– Nie, nie zmieniłem zdania.

– Jest pan najbliższym krewnym? – zapytała Teresa.

– Tak, moi rodzice zmarli, a ja jestem jedynakiem. Cztery lata temu zamieszkałem ze stryjem.

– To pan się nim zajmuje?

– Razem z opiekunką, która mieszka z nami. Stryj potrzebuje nieustannej opieki.

Teresa zerknęła na niego znad okularów.

– Nazywa go pan stryjem, ale tak naprawdę to pański stryjeczny dziadek. Brat pańskiego dziadka – sprecyzowała.

– Tak... Proszę mi wybaczyć.

– Nic nie szkodzi, chodziło jedynie o ustalenie pokrewieństwa. – Teresa powróciła do notowania, po czym znów przerwała. – Czy uprzedzono pana, że złożone zeznania mogą zostać użyte przeciwko panu i że ma pan prawo nie odpowiadać na żadne pytanie?

– Tak, powiedziano mi o tym.

– Ostrzegam również, że jeśli złoży pan zeznania dotyczące odpowiedzialności innych osób za określone czyny, w świetle tych czynów przyjmie pan na siebie rolę świadka.

– Tak, rozumiem. – Raffaello Andrian ledwie zdołał wydobyć z siebie głos.

Teresa spojrzała mu w oczy i powtórzyła, aby dokładnie uzmysłowił sobie konsekwencje:

– To oznacza, że wszystko, co pan powie, będzie mogło zostać wykorzystane w celu oskarżenia pańskiego stryjecznego dziadka. Czy to jasne?

Raffaello przytaknął, Gardini zaś podsunął mu kartkę z formułką do powtórzenia. Chłopak złożył przysięgę, jąkając się parę razy.

– W porządku, zaczynajmy – zaproponowała zatem Teresa. – Chcę zostać dobrze zrozumiana, panie Andrian: proszę mówić szczerze. Z doświadczenia mogę panu powiedzieć, że kłamstwo w jakiejkolwiek kwestii albo zatajenie czegokolwiek, nawet jeżeli wydaje się to panu błahym szczegółem, nie przynosi oczekiwanych rezultatów. Zwykle sprawy się komplikują i nigdy się dobrze nie kończą.

Młodzieniec popatrzył na Gardiniego.

– Mam tego świadomość.

– Pierwsze pytanie: czy wiedział pan, że portret został namalowany krwią?

– Nie.

– Czy teraz, kiedy pan już wie, ma pan jakieś przypuszczenia co do tego, czyja to może być krew?

– Nie.

– Czy w przeszłości pański stryjeczny dziadek nie powiedział czegoś, co mogłoby nasuwać podejrzenia, że popełnił zbrodnię? Albo przynajmniej zrobił coś niezgodnego z prawem?

W końcu Raffaello Andrian na nią spojrzał. W jego oczach malowało się niedowierzanie, tak jakby pytanie Teresy było błędne. Czaiło się w nich jednak także coś, co uznała za udrękę.

– Ja... – zaczął, jakby szukając słów. – W ciągu dwudziestu siedmiu lat nigdy nie słyszałem jego głosu. Nikt go nie słyszał.

– Nigdy?

– Nigdy.

Te dwie sylaby rozbrzmiały głuchym echem i wywołały u Teresy lawinę pytań, a przede wszystkim obrazów. Młodego człowieka, który postanawia skazać własne ciało na bezruch i ślubować milczenie. Na zawsze, bez względu na to, co się wydarzy. Nie sądziła, że to możliwe.

To oddychający grobowiec, jak powiedział Gardini.

– Co mu dolega? – zapytała.

– Nic. Żaden specjalista, z którym przez te wszystkie lata konsultowała się rodzina, nie potrafił postawić diagnozy.

– Od jak dawna według pańskiej wiedzy Alessio Andrian jest w tym stanie?

– Od kiedy znaleziono go w lesie, niedaleko granicy, dziewiątego maja tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego roku. Wtedy to było terytorium Jugosławii, dzisiaj Słowenii. Tyle opowiedział mi ojciec.

– Niecałe dwadzieścia dni po namalowaniu Śpiącej nimfy – zastanawiała się na głos Teresa – i nikt nie ma pojęcia, co przez ten czas robił. Proszę mi opowiedzieć wszystko, co pan wie.

– Dobrze znam tę historię. Gdy tylko nauczyłem się słuchać, ojciec opowiadał mi ją jak bajkę i powtarzał jeszcze na krótko przed śmiercią, ale nie wiem, od czego zacząć.

– Od czego pan chce. Na przykład od tytułu malowidła.

– To ojciec tak je nazwał. Przysięgał, że widział je jako dziecko w pokoju stryja. Alessio wpatrywał się w nie, to była jedna z niewielu chwil, kiedy sprawiał wrażenie, że rozumie otaczającą go rzeczywistość. Ojcu wydało się, że stryj bezgłośnie porusza ustami, i przez całe życie powtarzał, że słyszał, jak ta nazwa powstaje w jego umyśle. Wspomnienie Śpiącej nimfy nigdy go nie opuściło. Urzekło go, tak twierdził. Tylko że obraz zniknął i nikomu już nie udało się go w domu odnaleźć.

– Gdzie był?

– We wnęce na strychu. Natknąłem się na niego, kiedy przestawiałem mebel, którego zamierzałem się pozbyć.

– Zatem przynajmniej w tym wypadku Alessio Andrian opuścił swój pokój na własnych nogach, żeby umieścić tam swoje dzieło.

– Nikt go nie widział.

– Dlaczego pańskim zdaniem ukrył rysunek?

– Nie wiem, ale kiedy stryj Alessio zorientował się, że mój ojciec mu się przygląda, wpadł w straszną furię. Przemienił się w dziką bestię: skowyczał i dyszał. Chwytał wszystko, co mu wpadło w ręce, i rzucał o ścianę. Zdemolował swój pokój, roztrzaskał szyby w oknach w drobny mak. Ojciec był tym tak wstrząśnięty, że więcej nie przekroczył progu tego pokoju ani nie przebywał sam na sam ze stryjem. Śpiąca nimfa zawsze unosiła się w rodzinnych opowieściach jak zjawa. Ojciec ją widział, ale nikt nie mógł mieć pewności, że ona istnieje. Z czasem stała się obsesją kolekcjonerów.

– Nie przesadził pan, twierdząc, że dobrze zna tę historię – skwitowała Teresa.

Raffaello posmutniał.

– Jedne rodziny mają barwne historie o miłości albo o przygodach, które mogą opowiadać dzieciom bądź krewnym podczas familijnych uroczystości. Inne mogą tylko dukać o nędznej przeszłości, jakby nadal żyły w znoju – rzekł. – Andrianowie mają Śpiącą nimfę i szaleństwo mojego stryjecznego dziadka.

Teresa zmieniła temat.

– Alessio Andrian był partyzantem – zauważyła.

– W brygadach Garibaldiego, owszem.

– Gdzie stacjonował?

– Na płaskowyżu Kras, aż do dolin położonych bardziej na północ. Później, pod koniec wojny, w Canal del Ferro. Często się przemieszczali, tak opowiadali jego towarzysze, najpierw dziadkowi, potem ojcu. Mieszkali w lasach, posilali się w wioskach i szli dalej.

Teresa i Gardini wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Być może wiedzieli już gdzie, mimo że obszar był dość rozległy.

Canal del Ferro to stroma dolina wyżłobiona przez rzekę i ściśnięta przez góry o urwistych zboczach, porośniętych szczeciniastym gąszczem albo poprzecinanych głazami lub połaciami żwiru. Wystające brzegi schodziły w dół niczym masywne ściany. Było to tysiącletnie przejście, które zawdzięczało swą nazwę handlowi żelazem oraz innymi metalami między Cesarstwem Rzymskim a styryjskimi i karynckimi kopalniami. Niezbyt zaludniona okolica. Nieliczne wioski wyłaniały się wzdłuż drogi krajowej, biegnącej obok autostrady aż do granicy z Austrią.

To jakiś punkt wyjścia, pomyślała Teresa. Mogli wykluczyć cały obszar położony bardziej na północ i chwilowo skoncentrować się na początku doliny. Po drugiej stronie gór leżała Słowenia i miasteczko Bovec, gdzie znaleziono Alessia Andriana. Przełęczami i ścieżkami mógł tam trafić również człowiek wędrujący piechotą.

Zebrane elementy pasowały do siebie. W tym momencie jednak znalezienie żyjącego świadka, który zdołałby sobie przypomnieć partyzanta malarza, było mało prawdopodobne. Mogli liczyć wyłącznie na zeznania z drugiej ręki.

– Co potrafi nam pan powiedzieć na temat odnalezienia pańskiego stryjecznego dziadka? – zapytała Teresa.

Raffaello Andrian przełknął i dopiero przemówił.

– Jakaś rodzina z Bovecu natknęła się na niego w lesie za domem – rozpoczął opowieść. – Był niedożywiony, wycieńczony gorączką. Bojownicy Tita krótko przedtem przeczesali teren, ale uznali, że nie żyje. Drwal z żoną zanieśli go do domu i zaopiekowali się nim. Przez wiele dni stryj trwał zawieszony między życiem a śmiercią. Zgłosili się po niego jego towarzysze.

W Teresie obudził się instynkt, który często pozwalał jej dostrzec osobliwości prowadzące do rozwiązania sprawy. Podsyciły go niespodziewanie posmutniałe spojrzenie młodzieńca i ton głosu, który stał się wyższy. Wokół panowała atmosfera niedomówienia: Raffaello Andrian opowiadał o czymś, co chciałby przemilczeć. O czymś, co wprawiało go w zakłopotanie. Chociaż patrzył Teresie w oczy, mową ciała starał się to ukryć.

– Dlaczego ludzie Tita uznali, że nie żyje? – zapytała. Tak mocno skupiła uwagę na chłopaku, że byłaby w stanie usłyszeć nawet najdrobniejszą zmianę w rytmie jego oddechu. Siedzący przed nimi Gardini zastygł niczym posąg.

– Sądzę, że z powodu jego stanu. Był... poważny.

– Tak bardzo, że jak pan powiedział, Alessio wydawał się martwy.

– Tak ludzie, którzy go znaleźli, powtórzyli rodzinie.

Znów to drżenie głosu. Właśnie powstawała rysa.

– Tak bardzo, że sprawiał wrażenie śmiertelnie rannego? – dociekała.

Odpowiedź padła dopiero po chwili.

Teresa wiedziała, że proces pamięciowy nie jest naśladowczy, lecz odtwórczy. Nauczyła się, że aby zapamiętać, mózg odtwarza to, co przeżył. Odtwarzając zaś, umysł może nieświadomie dokładać fragmenty, które nie mają nic wspólnego z prawdą. Z powodu stresu, z powodu sugestii, aby odpowiedzieć na negatywny pogląd, jaki dana osoba wyrobiła sobie na temat sytuacji.

Wszystkie te aspekty stanowią wadę procesów pamięciowych, deficyt, zawarty w mózgu, który tworzy fałszywe wspomnienia.

Wspomnienie to nic innego jak pojedynczy świadomy moment, zarejestrowany przez umysł w sposób incydentalny, otoczony wieloma innymi nieostrymi wspomnieniami.

W tym okresie jej życia fascynowało ją to bardziej niż kiedykolwiek.

– Tak bardzo, że sprawiał wrażenie śmiertelnie rannego? – powtórzyła, wstając.

Chłopak westchnął w odpowiedzi.

– Tak. Tak bardzo, że sprawiał wrażenie śmiertelnie rannego.

Teresa pochyliła się ku niemu.

– Pytam po raz kolejny: w jakim stanie znaleziono pańskiego stryjecznego dziadka?

Młodzieniec spuścił wzrok.

– Nie mogę opisać czegoś, czego nie widziałem – wyszeptał – ale mogę powtórzyć to, co jego towarzysze przekazali rodzinie.

– Słucham.

– Mieszkańcy Bovecu byli przerażeni.

Teresa zdjęła okulary.

– Coś ich w nim zaniepokoiło? – wywnioskowała.

Chłopak podniósł oczy. Błyszczały.

– Bali się go. Mówili o nim „syn szatana”. Nagi, czerwony, w ich oczach wyglądał jak nowo narodzony diabeł.

– Sprawiał wrażenie śmiertelnie rannego, ale wcale ranny nie był – mruknęła Teresa. – Krew, którą był umazany, nie należała do niego.

– Nie, nie należała.

Gardini westchnął w ciszy, która zapadła. Napięcie zaczęło słabnąć; uzyskali więcej, niż się spodziewali.

– Stryj jest dobrym człowiekiem – dodał pospiesznie Raffaello Andrian, aby złagodzić dopiero co wyznaną prawdę.

Teresa chętnie by go uspokoiła, nie czuła się jednak na siłach, żeby kłamać. Porządni ludzie też mogą zbłądzić. Porządni ludzie też mogą zabić.

– Mam ostatnie pytanie – oznajmiła. – Czy pamięta pan nazwisko któregoś z towarzyszy stryja z partyzantki?

Chłopak pokręcił głową, ale Teresa i tak była zadowolona.

– Jak dla mnie możemy na tym zakończyć – oświadczyła Gardiniemu.

Zastępca prokuratora skinął głową i zwrócił się do Andriana:

– Jeżeli zamierzał pan sprzedać Śpiącą nimfę, obawiam się, że będzie pan musiał uzbroić się w cierpliwość. Niewykluczone, że została skonfiskowana na długo.

Wzrok młodzieńca zapłonął.

– Nigdy nie sprzedałbym tego obrazu!

Teresę zdumiała jego zapalczywość. Aż do tej pory był potulnym, wystraszonym dzieciakiem.

– Proszę wybaczyć to pytanie – rzekła. – Skąd aż taki sentyment?