Wydawca: Jaguar Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2018

Spętani przeznaczeniem ebook

Veronica Roth  

3.92105263157895 (38)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 481 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Spętani przeznaczeniem - Veronica Roth

Akos – syn podbitego narodu, jest sługą przeznaczonym księżniczce panującej nacji – Cyrze. Życiem dwojga od narodzin rządzi przeznaczenie, narzucone przez wyrocznie. Raz wypowiedziany los staje się nieodwracalny, a nad rodzącą się miłością ciąży fatum śmierci. W walczący o równowagę świat wkraczają dawne demony. Tyran – ojciec Cyry uważany za martwego – powraca z kosmicznej wędrówki, by zniszczyć życie mieszkańców planety Thuhve.

 

Po zekranizowanej Niezgodnej i bestsellerze Naznaczeni śmiercią nadchodzi wyczekiwany finał losów Cyry i Akosa. Czy bohaterom uda się obalić bezduszną tyranię? I czy będą w stanie odmienić to, co nieodmienialne?

 

 

Opinie o ebooku Spętani przeznaczeniem - Veronica Roth

Fragment ebooka Spętani przeznaczeniem - Veronica Roth

Tytuł ‌oryginału: The ‌Fates Divide

Redakcja: Urszula ‌Przasnek

Korekta: Ewa ‌Mościcka, Renata ‌Kuk

Skład i łamanie: Ekart

Opracowanie ‌typograficzne polskiej okładki: ‌Magdalena Zawadzka/Aureusart

Copyright ‌© 2018 ‌by ‌Veronica ‌Roth

All rights ‌reserved

Jacket ‌art TM ‌& ‌© 2018 ‌by Veronica Roth

Jacket art ‌by Jeff Huang

Jacket design ‌by Erin ‌Fitzsimmons

Used with permission. ‌All rights reserved

Polish ‌language translation copyright ‌© 2018 by ‌Wydawnictwo ‌Jaguar Sp. z o.o.

ISBN ‌978-83-7686-703-8

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, ‌Warszawa 2018

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo ‌Jaguar Sp. ‌z o.o.

ul. Kazimierzowska ‌52 lok. ‌104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

snapchat: ‌jaguar_ksiazki

Wydanie ‌pierwsze w wersji ‌e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2018

Skład ‌wersji elektronicznej: Marcin ‌Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Dla Franka, mojego taty, ‌mojego ‌brata Frankiego oraz siostry ‌Cadice:

Być może nie łączy nas krew, ale cieszę się, że jesteśmy rodziną.

PROLOG EIJEH

– CZEGO SIĘ BOISZ? – PYTAMY.

– Ona zamierza nas zabić! – odpowiadamy.

Kiedyś niepokoiło nas, że żyjemy w dwóch ciałach jednocześnie. Przyzwyczailiśmy się jednak do tego w ciągu tych wszystkich cykli, które minęły od dnia przemiany. Od chwili, w której nasze dary nurtu złączyły się w jeden, nowy i wyjątkowy. Wiemy już, jak udawać, że jesteśmy dwiema różnymi osobami – choć w samotności wolimy pławić się w prawdzie: stanowimy bowiem jedną osobę w dwóch różnych ciałach.

Nie jesteśmy już na Urek tak jak wtedy, kiedy znaliśmy jeszcze nasze położenie. Dryfujemy w przestrzeni, a czerwonawe zwoje wstęgi nurtu stanowią jedyny wyimek pośród ciemności.

Tylko jedna z naszych cel ma okno. To wąskie pomieszczenie z cienkim materacem i butelką wody. Druga cela była magazynem i pewnie dlatego pachnie środkami czystości, gryzącymi i drażniącymi. Jedynym źródłem światła pozostaje lufcik w drzwiach, co prawda zamknięty, ale przepuszczający poświatę z korytarza.

Rozkładamy jednocześnie ramiona – jedną parę krótszych i brązowych, drugą dłuższych i bledszych. Pierwsze sprawiają wrażenie lekkich, drugie ciężkich, wręcz niezdarnych. Leki opuściły już jedno ciało, ale jeszcze nie drugie.

Jedno serce mocno bije, drugie utrzymuje miarowy rytm.

– Nas zabić – powtarzamy sobie. – Czy jesteśmy pewni?

– Tak pewni jak nasze losy. Ona chce, byśmy umarli.

– Losy…

Czujemy w tym pewien dysonans. Tak jak każdy może kogoś kochać i nienawidzić, tak my kochamy nasze losy i nienawidzimy ich zarazem. Wierzymy w nie i jednocześnie nie wierzymy.

– Jakiego słowa użyła nasza matka… – Mamy dwie matki, dwóch ojców, dwie siostry. I tylko jednego brata. – Zaakceptuj swój los. Spróbuj go przetrwać albo…

– Powiedziała: przecierpieć – odpowiadamy. – Bo cała reszta jest złudzeniem.

SHITHI. CZASOWNIK.W JĘZYKU THUVHE: „MÓC/MIEĆPOWINNOŚĆ/MUSIEĆ”.

ROZDZIAŁ 1 CYRA

LAZMET NOAVEK, MÓJ OJCIEC I BYŁY TYRAN SHOTET, od ponad dziesięciu pór uchodził za zmarłego. Po pierwszej wyprawie urządziliśmy mu pogrzeb. Wysłaliśmy w przestrzeń jego starą zbroję, ponieważ ciała nie odnaleźliśmy.

A teraz mój brat Ryzek, więzień naszego statku transportowego, powiedział: „Lazmet wciąż żyje”.

Czasami matka nazywała ojca „Laz”. Nikt inny się nie odważył, tylko Ylira Noavek. „Laz”, mawiała. „Odpuść”. I słuchał jej, o ile nie żądała tego zbyt często. Szanował ją, choć przecież nikogo nie szanował, nawet swoich przyjaciół.

Bywał dla niej łagodniejszy, ale dla innych… cóż.

Mój brat zaczął życie jako człowiek łagodny, ale potem zmężniał i stał się osobą gotową torturować własną siostrę. Od Lazmeta nauczył się wyłupiać oczy. I konserwować je, by nie zgniły podczas przechowywania. Zanim zrozumiałam, co zawierają słoje w Sali Oręża, nieraz chodziłam je oglądać. Stały wysoko nad moją głową, mieniąc się bladym światłem. Zielone, brązowe i szare tęczówki pływały niczym rybki szukające pokarmu tuż przy powierzchni akwarium.

Mój ojciec sam nikomu nie wyciął znaku. Nigdy też nie wydał takiego rozkazu. Dzięki darowi nurtu przejmował ciała innych ludzi. Zmuszał ich, by sami to sobie robili.

Śmierć nie jest jedyną karą, jaką można wymierzyć ludziom. Można też zafundować im koszmary.

Akos Kereseth odnalazł mnie na pokładzie nawigacyjnym niewielkiego statku transportowego wiozącego nas z mojej rodzinnej planety, gdzie Shotet szykowali się do wojny z jego narodem zwanym Thuvhe. Siedziałam na fotelu kapitańskim, a raczej wierciłam się, próbując się uspokoić. Chciałam powiedzieć Akosowi, że według mojego brata mój ojciec – o ile Lazmet był moim ojcem, a Ryzek moim bratem – wciąż żył. Ryzek był przekonany, że nie łączy nas krew i w rzeczywistości nie należę do rodziny Noaveków. Dlatego właśnie, powiedział, nie mogłam otworzyć zamku genetycznego jego prywatnego apartamentu i nie zdołałam zabić go, kiedy po raz pierwszy próbowałam to zrobić.

Nie wiedziałam jednak, od czego zacząć rozmowę z Akosem. Od śmierci ojca? Od ciała, którego nigdy nie znaleźliśmy? Od niepokojącego wrażenia, że Ryzek fizycznie nie jest do mnie podobny na tyle, byśmy z całą pewnością byli rodzeństwem?

Akos również nie chciał mówić. Na podłodze, pomiędzy fotelem kapitańskim a ścianą, rozłożył koc znaleziony gdzieś na statku. Wyciągnęliśmy się na nim tuż obok siebie i patrzyliśmy w przestrzeń. Cienie nurtu – moja wiecznie żywa, bolesna dolegliwość – owinęła moje ramiona czarnymi nićmi, przesyłając głęboki ból aż do koniuszków palców.

Nie bałam się pustki. Czułam się nic nieznacząca. Niewarta spojrzenia, choćby przez sekundę. Było w tym coś kojącego, ponieważ zbyt często niepokoiłam się, że potrafię krzywdzić ludzi. Gdybym rzeczywiście była nieważna i skutecznie unikała świata, nikogo bym nie skrzywdziła. Chciałam tylko tego, co znajdowało się na wyciągnięcie ręki.

Palec wskazujący Akosa zahaczył o mój najmniejszy. Cienie zniknęły, jego dar nurtu pochłonął mój.

To, co znajdowało się na wyciągnięcie ręki, całkowicie mi wystarczyło.

– Czy… powiesz coś w thuvhe? – poprosił.

Odwróciłam głowę w jego stronę. Wciąż patrzył w okno i niewyraźnie się uśmiechał. Piegi nakrapiały jego nos, a także jedną z powiek, tuż obok rzęs. Lekko uniosłam koc i zawahałam się. Chciałam go dotknąć, a jednocześnie zatrzymać to pragnienie na chwilę. Potem przesunęłam koniuszkiem palca wzdłuż jego brwi i poprzez twarz.

– Nie jestem ptaszkiem domowym – powiedziałam. – Nie ćwierkam na rozkaz.

– To prośba, a nie żądanie. Raczej skromna – stwierdził. – Może po prostu wypowiedz moje imię i nazwisko?

Zaśmiałam się.

– Niemal całe jest w języku shotet, zapomniałeś?

– Racja. – Sięgnął ustami po moją dłoń. Kłapnął zębami, czym mnie rozbawił. – Co sprawiało ci najwięcej trudności, kiedy zaczęłaś się uczyć?

– Nazwy waszych miast. Co za koszmar! – jęknęłam. Puścił moją dłoń i chwycił drugą, dotykając opuszkami mój kciuk oraz najmniejszy palec. Całował wnętrze mojej dłoni. Dotykał ustami skóry zrogowaciałej od trzymania ostrzy nurtu. Dziwne, że taki prosty gest w zetknięciu z tak twardą częścią mojego ciała nasycał mnie niemal całkowicie. Tchnął nowe życie w każdy mój nerw.

Westchnęłam pogodzona.

– No dobrze, wymienię je. Hessa, Shissa, Osoc – powiedziałam. – Pewien kanclerz nazywał Hessę sercem Thuvhe. Nazywał się Kereseth.

– Jedyny kanclerz Kereseth w historii Thuvhe – stwierdził Akos, przykładając moją dłoń do swojego policzka. Podniosłam się na łokciu i pochyliłam nad nim. Moje włosy, tylko z jednej strony długie, bo z drugiej nosiłam srebrną dermę, osłoniły nasze twarze. – Tyle o nim wiem.

– Przez wiele lat na Thuvhe tylko dwie rodziny dysponowały swoimi losami – wyjaśniłam. – I nie licząc tego jednego wyjątku, los zawsze wybierał kogoś z rodziny Benesit. Czy nie wydaje ci się to dziwne?

– Może nie nadajemy się do rządzenia.

– Może los was ceni – odpowiedziałam. – Może władza to przekleństwo.

– Los nigdy mnie nie cenił – stwierdził łagodnie. Tak łagodnie, że prawie nie zrozumiałam, co chciał mi przekazać. Jego los – trzecie dziecko z rodziny Keresethów umrze, służąc rodzinie Noaveków – kazał mu zdradzić jego dom i rodzinę, służyć nam i dla nas umrzeć. Czy mógł dostrzegać w tym coś więcej niż niedolę?

Pokręciłam głową.

– Przepraszam. Nie sądziłam…

– Cyra – szepnął i zamilkł, marszcząc brwi. – Czy właśnie mnie przeprosiłaś?

– Znam pewne słowa – odparłam z grymasem niezadowolenia na twarzy. – Nie jestem pozbawiona manier.

Zaśmiał się.

– Wiem, jak brzmią „odpady” po essanderyjsku. Co nie znaczy, że wypowiadam je we właściwym momencie.

– No dobrze, cofam przeprosiny! – Pstryknęłam go w nos, i to mocno. Odsunął się, wciąż chichocząc.

– Jak brzmią „odpady” po essanderyjsku?

Powiedział. Słowo to brzmiało jak odbite w lustrze, wypowiedziane normalnie i od tyłu jednocześnie.

– Odkryłem twoją słabość – dodał. – Mogę dręczyć się wiedzą, której nie posiadasz. Strasznie się wtedy dekoncentrujesz.

Zastanowiłam się.

– Niech będzie, możesz znać jedną z moich słabości… biorąc pod uwagę to, że sam masz ich wiele.

Uniósł pytająco brwi, więc zaatakowałam go palcami, dźgając w lewy bok tuż pod łokciem, w prawy nad biodrem, wreszcie w ścięgno za prawą nogą. Poznałam jego czułe miejsca, kiedy razem trenowaliśmy – nie chronił ich zbyt dobrze lub wzdrygał się, kiedy w nie obrywał. Teraz jednak drażniłam się z nim w łagodniejszy sposób, wywołując śmiech zamiast bólu.

Złapał mnie za biodra i wciągnął na siebie. Kilka jego palców znalazło się pod paskiem moich spodni. Tego rodzaju zmagania nie przeszkadzały mi. Podparłam się na kocu po obu stronach jego głowy i powoli opuściłam, by go pocałować.

Całowaliśmy się zaledwie kilka razy. Nikogo innego nie całowałam, więc wciąż było to dla mnie nowością. Tym razem odkryłam krawędź jego zębów i czubek języka; poczułam jego kolano pomiędzy moimi nogami oraz ciężar jego dłoni na karku. Przyciągała mnie bliżej, głębiej, szybciej. Nie oddychałam, nie chciałam marnować czasu, więc po chwili zaczęłam dyszeć tuż przy jego szyi, czym go rozbawiłam.

– To dobry znak – powiedział.

– Nie bądź zbyt pewny siebie, Kereseth!

Nie zdołałam się nie uśmiechnąć. Lazmet i wszystkie pytania dotyczące mojego pochodzenia nagle straciły na ważności. Czułam się bezpieczna. Dryfowałam w statku pośrodku nicości razem z Akosem Keresethem.

A potem rozległ się krzyk. Gdzieś z głębi statku. Brzmiał jak jego siostra, Cisi.

ROZDZIAŁ 2 CISI

WIEM, JAKIE TO UCZUCIE PATRZEĆ NA ŚMIERĆ własnej rodziny. W końcu nazywam się Cisi Kereseth.

Widziałam, jak mój ojciec umiera na podłodze w naszym salonie. Widziałam, jak żołnierze Shotet zabierają Eijeha i Akosa. Widziałam, jak mama blaknie niczym tkanina wystawiona na działanie słońca. Niewielu rzeczy nie rozumiem w stracie. Nie potrafię jej jednak wyrazić tak jak inni ludzie. Mój dar nurtu trzyma mnie w szachu.

Czasami zazdroszczę Isae Benesit, kanclerz Thuvhe i mojej przyjaciółce, że pozwala sobie na rozpacz. Pozbywa się wszystkich emocji, a potem zasypiamy tuż przy sobie w kambuzie statku banitów Shotet.

Kiedy się budzę, bolą mnie plecy. Najwidoczniej zbyt długo kuliłam się przy ścianie. Wstaję i przechylam się w lewo, a potem w prawo. Obserwuję ją.

Isae nie wygląda dobrze. Całkowicie ją rozumiem. Przecież jej siostra bliźniaczka Ori odeszła zaledwie dzień wcześniej. Zginęła na arenie wśród Shotet łaknących jej krwi.

Teraz nie czuje się dobrze. Tekstura wokół niej wydaje się zbrukana niczym zęby, których nie wyszczotkowano. Jej wzrok krąży po pokoju, tańczy po mojej twarzy i ciele, lecz nie tak, bym się zarumieniła. Próbuję ją uspokoić. Za pomocą daru nurtu posyłam jej kojące myśli, zupełnie jakbym owijała ją jedwabną nicią. Mam jednak wrażenie, że na niewiele się to zdaje.

Mój dar jest dość dziwny. Nie wiem, jak Isae się czuje, ale odbieram ją niczym teksturę unoszącą się w powietrzu. Nie mogę kontrolować jej samopoczucia, choć mogę posyłać jej sugestie. Czasami wymaga to kilku prób albo zmiany sposobu myślenia. Więc zamiast jedwabiu, który nie przynosi efektów, próbuję wody. Ciężkiej i falującej.

To pomyłka. Isae zamknęła się w sobie. Czasami na osobę, której uczucia są niezwykle intensywne, bardzo trudno jest wywrzeć wpływ.

– Cisi, mogę ci zaufać?

Mogę to w języku thuvhe zabawne słowo. Oznacza móc, mieć powinność i musieć jednocześnie. Trzeba domyślić się jego znaczenia na podstawie kontekstu. Czasami prowadzi to do nieporozumień, dlatego ludzie pochodzący z innych planet nazywają nasz język „śliskim”. Cóż, ludzie z innych planet są leniwi.

Więc kiedy Isae Benesit pyta w języku mojej matki, czy może mi zaufać, nie jestem pewna, co ma na myśli. W każdym razie mogę udzielić tylko jednej odpowiedzi.

– Oczywiście.

– Mówię szczerze, Cisi – wyjaśniła półszeptem, którego używa, kiedy mówi serio. Lubię ten ton. Sposób, w jaki szumi mi w głowie. – Jest coś, co muszę zrobić, i zależy mi, byś poszła ze mną. Tylko boję się, że nie będziesz…

– Isae – przerywam jej. – Jestem tu dla ciebie. Cokolwiek zechcesz. – Palcami delikatnie dotykam jej ramienia. – Dobrze?

Kiwa głową.

Próbuje wyprowadzić mnie z kambuza, więc staram się nie stanąć na żadnym z noży. Kiedy Isae się tu zamknęła, wywaliła na ziemię zawartość szuflad. Niszczyła wszystko, co wpadło jej w ręce. Podłogę przykrywają skrawki materiałów, okruchy szkła, połamane kawałki plastiku i rozwinięte bandaże. Jakoś jej za to nie winię.

Mój dar losu utrudnia mi robienie i mówienie rzeczy, które mogłyby wprawić kogoś w zakłopotanie. Dlatego po śmierci taty nie mogłam płakać, chyba że w samotności. Przez długie miesiące nie potrafiłam odezwać się do mamy. Gdybym mogła tak jak Isae zniszczyć kuchnię, pewnie zrobiłabym to.

Idę za nią w ciszy. Mijamy ciało Ori. Owinięto je prześcieradłem, więc widać jedynie pochyłość jej ramion oraz górkę nosa i podbródka. Niewyraźny zarys jej ciała. Isae zatrzymuje się, ciężko oddycha. Wydaje się bardziej chropowata niż przed chwilą, niczym ziarenka piasku ocierające się o moją skórę. Czuję, że nie zdołam jej ukoić, ale zbyt się martwię jej stanem, by nie spróbować.

Posyłam jej kępy piórzycy i twarde, polerowane drewno. Dodaję ciepłą oliwę i zaokrąglony kawałek metalu. Bez skutku. Sfrustrowana ocieram się o nią. Dlaczego nic nie mogę zrobić, by jej pomóc?

Przez tyk zastanawiam się, czy poprosić kogoś o pomoc. Akos i Cyra są na pokładzie nawigacyjnym. Mama znajduje się gdzieś pod nimi. Nawet ich zbuntowaną przyjaciółkę Tekę mam na wyciągnięcie ręki. Leży na ławce z gęstwiną włosów w kolorze jasny blond rozrzuconych dookoła twarzy. Nie mogę żadnego z nich zawołać. Przede wszystkim fizycznie nie mogę – dar nurtu nie pozwala mi ich niepokoić. Poza tym instynkt podpowiada, że lepiej spróbować samodzielnie zdobyć zaufanie Isae.

Isae tymczasem sprowadza mnie na dół, na piętro z dwoma magazynkami i umywalnią. To właśnie tam jest moja mama, co poznaję po szumie przetworzonej wodzy. W jednym z pozostałych pomieszczeń – tym z oknem, tego jestem pewna – siedzi mój brat Eijeh. Na jego widok czuję ból. Tyle czasu minęło od jego porwania! W dodatku wydaje się taki drobny w porównaniu do tego bladego drągala Ryzeka Noaveka. Zawsze sądziłam, że kiedy ludzie dorastają, stają się silniejsi. Potężniejsi. Ale nie Eijeh.

Drugi magazynek – zawierający wszystkie środki czystości – skrywa właśnie Ryzeka. Wzdrygam się na samą myśl o tym, że człowiek, który kazał porwać moich braci i doprowadził do śmierci mojego ojca, znajduje się tak blisko mnie. Isae zatrzymuje się pomiędzy drzwiami i uświadamiam sobie, że zamierza wejść do jednego z pomieszczeń. Nie chcę, by odwiedziła Eijeha.

Wiem, że technicznie rzecz biorąc, to on zabił Ori. To on trzymał wtedy nóż. Znam jednak swojego brata. Jestem przekonana, że nikogo by nie zabił, a już na pewno nie swoją przyjaciółkę z dzieciństwa. Musi istnieć jakieś inne wytłumaczenie tego, co się stało. Winę za jej śmierć z pewnością ponosi Ryzek.

– Isae – mówię. – Co…

Trzema palcami dotyka swoich ust, chcąc mnie uciszyć.

Dalej stoi pomiędzy dwoma pomieszczeniami. Zastanawia się nad czymś, sądząc po cichym szumie, który ją otacza. W końcu wyciąga z kieszeni klucz. Musiała zabrać go Tece, kiedy zajrzała do niej, by upewnić się, czy zdążamy w stronę Siedziby Zgromadzenia. Wkłada go w zamek celi Ryzeka. Sięgam po jej dłoń.

– On jest niebezpieczny – mówię.

– Poradzę sobie – odpowiada, a jej oczy łagodnieją. – Nie pozwolę mu cię skrzywdzić. Obiecuję.

Puszczam ją. Jakaś część mnie pragnie go zobaczyć. Wreszcie spotkać tego potwora.

Otwiera drzwi. Ryzek siedzi pod ścianą z podwiniętymi rękawami i szeroko rozłożonymi nogami. Ma długie, chude palce u stóp i szczupłe kostki. Patrząc na niego, mrugam. Czy wszyscy sadystyczni dyktatorzy mają takie delikatne stopy?

Jeśli Isae wydaje się przestraszona, nie daje tego po sobie poznać. Staje z rękami złożonymi na piersiach. Wysoko zadziera głowę.

– Proszę, proszę – mówi Ryzek, przesuwając językiem po zębach. – Podobieństwa pomiędzy bliźniakami zawsze mnie zaskakują. Wyglądasz dokładnie tak jak Orieve Benesit. Oczywiście nie licząc blizn. Ile one mają?

– Dwie pory – odpowiada sztywno Isae.

Rozmawia z nim. Rozmawia z Ryzekiem Noavekiem, moim zaprzysięgłym wrogiem, porywaczem jej siostry, z całą serią morderstw wytatuowanych na ramieniu.

– A zatem jeszcze wyblakną – mówi. – Szkoda. Mają niezwykły kształt.

– Tak, wiem, jestem dziełem sztuki – odpowiada. – Artystą był jakiś świński włosień. Shotet, który taplał się w stercie odpadów.

Patrzę na nią. Nigdy nie słyszałam, by mówiła o Shotet z taką nienawiścią. To niepodobne do niej.

Świńskimi włosieniami nazywają ich ludzie, kiedy brakuje im obelg. W rzeczywistości są to szare, wijące się stworzenia żyjące wewnątrz organizmów. Pasożyty, które można usunąć othyrskimi lekarstwami.

– Och! – Jego uśmiech poszerza się, tworząc dołek na policzku. Kogoś mi przypomina. Być może Cyrę, choć na pierwszy rzut oka nie są do siebie podobni. – Więc uraza, którą czujesz do mojego ludu, nie jest wyłącznie kwestią rasową.

– Nie! – Isae przykuca, opierając łokcie na kolanach. Stara się wyglądać na dostojną i opanowaną, ale wciąż się o nią martwię. Choć jest szczupła i raczej wysoka, daleko jej do budowy Ryzeka, być może chudego, lecz potężnego. Jeden niewłaściwy ruch i rzuci się na nią. Co zrobię, by go powstrzymać? Zacznę krzyczeć?

– Słyszałeś o znakach? – mówi, wskazując jego ramię. – Odznaczysz sobie życie mojej siostry?

Wnętrze jego ramienia, bledsze i bardziej miękkie, nie ma żadnych blizn – pojawiają się na zewnątrz i prowadzą dookoła, rząd za rzędem. Bo ma ich więcej niż jeden.

– A co? Przyniosłaś mi nóż i odrobinę atramentu?

Isae zaciska usta. Papier ścierny, który czułam w niej, zamienił się w popękany kamień. Instynktownie opieram się plecami o drzwi i chwytam za klamkę.

– Zawsze oznaczasz sobie morderstwa, których nie popełniłeś? – pyta Isae. – Ponieważ kiedy ostatni raz cię widziałam, wcale nie stałeś z nożem na platformie.

Jego oczy błyszczą.

– Zastanawiam się, czy kiedykolwiek kogoś zabiłeś. A może wysługiwałeś się innymi ludźmi? – Przechyla głowę. – Tymi, którzy – w odróżnieniu od ciebie – mieli dostatecznie mocny żołądek.

To obelga w języku shotet. Taka, której Thuvhe nawet by nie wyłapał. Ryzek daje się schwytać w sidła. Wbija w nią wzrok.

– Panna Kereseth! – mówi, nie patrząc na mnie. – Przypominasz starszego z twoich dwóch braci – dodaje i dopiero wtedy spogląda w moją stronę, jak gdyby oceniając mnie. – Nie jesteś ciekawa, czym się stał?

Zamierzam odpowiedzieć mu chłodno, jak gdyby nic dla mnie nie znaczył. Chcę spojrzeć mu w oczy, zademonstrować siłę. Marzę o zemście na tysiąc sposobów. Rodzą się we mnie niczym szakwiaty budzące się do życia w czasie Kwitnienia.

Otwieram usta, ale nie wydaję żadnego dźwięku.

Świetnie, myślę, i wypuszczam swój dar nurtu niczym klaśnięcie w dłonie. Zrozumiałam już, że nie wszyscy potrafią kontrolować go do tego stopnia co ja. Chciałabym jednak opanować go na tyle, by móc swobodnie mówić.

Widzę, jak pod wpływem mojego daru Ryzek odpręża się. Na Isae znów nie oddziałuję – a przynajmniej nie dostrzegam tego – być może jednak zdołam rozplątać mu język. Cokolwiek Isae planuje, najpierw chce zmusić go do mówienia.

– Mój ojciec, wielki Lazmet Noavek, nauczył mnie kiedyś, że ludzie mogą być jak ostrza nurtu, o ile umiejętnie się nimi włada. Jednak najlepszą bronią jest się samemu – mówi Ryzek. – Zawsze brałem to sobie do serca. Doprowadziłem do śmierci wielu ludzi i czasami wykonywano to za mnie. Jednak zapewniam, pani kanclerz, że wszystkie te ofiary należą do mnie.

Pochylił się i opadł na kolana, wsuwając pomiędzy nie dłonie. Ich oddechy niemalże się krzyżowały.

– Odznaczę na swoim ramieniu życie twojej siostry – oświadczył. – To będzie ważne trofeum w mojej kolekcji.

Ori. Pamiętam, jaką herbatę pijała każdego poranka (korę harva, która zapewniała energię i jasność umysłu) oraz jak bardzo nie lubiła swojego ukruszonego przedniego zęba. Wciąż jednak słyszę w uszach okrzyki Shotet: „Śmierć, śmierć, śmierć!”.

– To sporo wyjaśnia – oświadcza Isae.

Podaje mu dłoń. On niepewnie spogląda na nią. Nie bez powodu – kto chciałaby uścisnąć rękę człowiekowi, który właśnie się przyznał, że skazał jego siostrę na śmierć? I był z tego dumny?

– Jesteś naprawdę dziwna – mówi. – Nie kochałaś swojej siostry, skoro oferujesz mi dłoń.

Widzę, jak skóra naciąga się na knykciach jej dłoni. Tej drugiej, której mu nie podaje. Potem otwiera pięść i kieruje palce w stronę butów.

Ryzek sięga po wyciągniętą rękę, po czym sztywnieje i otwiera szeroko oczy.

– Wręcz przeciwnie, kochałam ją bardziej niż kogokolwiek – mówi Isae i ściska mu dłoń. Wręcz zanurza w niej paznokcie. Jednocześnie jej lewa ręka podąża w stronę buta.

Jestem zbyt oszołomiona, by uświadomić sobie, co się dzieje. Tymczasem jest już za późno. Isae lewą ręką wyciąga z buta nóż. Był przywiązany do jej nogi. Prawą ręką przyciąga Ryzeka do siebie. Nóż i mężczyzna suną ku sobie. W końcu zderzają się i gulgoczący jęk przypomina mi salon w moim domu, moje dorastanie i krew, którą szlochając, zmywałam z podłogi.

Ryzek opada na ziemię. Krwawi.

Opuszczam dłoń na klamkę drzwi i wychodzę na korytarz. Łkam i płaczę, uderzam w ściany. Nie, nie robię tego. Mój dar nurtu mi na to nie pozwala.

Pozwala mi jedynie, na samym końcu, wydać pojedynczy, słaby okrzyk.

ROZDZIAŁ 3 CYRA

POBIEGŁAM NA POKŁAD, Z KTÓREGO dobiegł okrzyk Cisi Kereseth, Akos biegł tuż za mną. Nie przejmowałam się szczeblami drabinki, lecz po prostu zeskoczyłam na dół. Ruszyłam prosto do celi Ryzeka. Podejrzewałam, że to właśnie on przyczynił się do jęku, który usłyszeliśmy. Zobaczyłam Cisi przytuloną do ściany korytarza naprzeciwko otwartych drzwi magazynu. Tuż za jej plecami, zaalarmowana tym samym krzykiem, pojawiła się Teka. Isae Benesit stała w celi, a u jej stóp, w plątaninie rąk i nóg, leżał mój brat.

Było w tym odrobinę poezji – tak jak podejrzewam. Tak jak Akos widział życie opuszczające jego ojca leżącego na podłodze, tak ja widziałam mojego brata.

Śmierć trwała dłużej, niż się spodziewałam. To celowe, jak sądziłam – Isae Benesit stała nad jego ciałem przez cały czas, z zakrwawionym nożem w garści, z pustymi, lecz czujnymi oczami. Chciała delektować się tą chwilą, chwilą triumfu nad człowiekiem, który zabił jej siostrę.

Cóż, jednym z tych ludzi, którzy zabili jej siostrę. Przecież to Eijeh trzymał wówczas ostrze, a teraz znajdował się w sąsiednim pomieszczeniu.

Oczy Ryzeka napotkały moje i jakby za sprawą jego dotyku zanurzyłam się w przeszłości. To nie było wspomnienie, które mi odbierał, lecz takie, które dotąd niemalże ukrywałam przed sobą.

Stałam w przejściu za Salą Oręża, z okiem przyłożonym do szczeliny w ścianie. Przyszłam tu, by podglądać spotkanie mojego ojca z prominentnym biznesmenem-szumowiną Shotet. Często przysłuchiwałam się rozmowom ojca, zwłaszcza kiedy się nudziłam i była ciekawa tego, co dzieje się w domu. Jednak to spotkanie nie poszło dobrze. Nigdy wcześniej, kiedy tam zaglądałam, tak się nie wydarzyło. Mój ojciec uniósł dłoń i przytknął sobie dwa palce do głowy, niczym asceta zoldański udzielający błogosławieństwa. Biznesmen sięgnął po nóż. Poruszał się nerwowo, jakby walczył z własnymi mięśniami.

Przyłożył nóż do kącika swojego oka.

– Cyra! – syknął głos za mną, aż się wzdrygnęłam. Młody, dropiaty Ryzek uklęknął tuż obok mnie. Objął moją twarz rękami. Do tego momentu nie uświadamiałam sobie, że z oczu ciekną mi łzy. Kiedy w sąsiednim pokoju rozległ się krzyk, przycisnął dłonie do moich uszu i przytulił mnie do piersi.

Po jakimś czasie odsunął się i otarł łzy z moich policzków.

– Co zawsze mówi matka? – zapytał. – Ten, kto poszukuje bólu…

– Zawsze go znajduje – odpowiedziałam, kończąc zdanie.

Teka chwyciła mnie za ramiona i lekko potrząsnęła, wypowiadając moje imię. Spojrzałam na nią zaskoczona.

– Co się stało? – zapytałam.

– Twoje cienie… – Pokręciła głową. – Nieważne.

Wiedziałam, o co jej chodzi. Mój dar wyrwał się, oplatając mnie czarnymi nitkami. Cienie nurtu zmieniły mi się, odkąd Ryzek próbował zmusić mnie do torturowania Akosa w celi poniżej amfiteatru. Teraz pływały po powierzchni mojej skóry, zamiast kryć się wewnątrz niej niczym ciemne żyły. Bolało. Miałam wrażenie, że ten epizod jest gorszy niż zazwyczaj – wzrok rozmazywał mi się i czułam własne paznokcie na dłoniach.

Akos klęczał w krwi mojego brata, przykładając palec do jego szyi. Widziałam, jak jego ręka opada, jak on sam osuwa się na ziemię i obejmuje za uda.

– Stało się – powiedział. Brzmiał głęboko, jak gdyby gardło spływało mu mlekiem. – Po tym wszystkim, co Cyra zrobiła, by mi pomóc… po wszystkim…

– Nie zamierzam przepraszać – oświadczyła Isae, odrywając w końcu wzrok od Ryzeka.

Przyjrzała się naszym twarzom; Akosowi otoczonemu krwią, Tece łypiącej zza moich pleców szeroko otwartymi oczami, mnie z czarnymi smugami na dłoniach, wreszcie Cisi trzymającej się pod ścianą za brzuch. Powietrze miało cierpki, kwaśny smak.

– Zamordował moją siostrę – wyjaśniła Isae. – Był tyranem, oprawcą i mordercą. Nie zamierzam przepraszać.

– Nie chodzi o niego. Sądzisz, że nie pragnąłem jego śmierci? – Akos podniósł się na nogi. Krew ściekała po jego spodniach, z kolan na kostki. – Oczywiście, że pragnąłem! Zabrał mi więcej niż tobie! – Stał tak blisko niej, że zaczęłam podejrzewać, że się na nią rzuci, jednak tylko zamachał rękami. – Najpierw chciałem, żeby wszystko naprawił. Żeby przywrócił Eijeha. Ja…

Prawda dopiero do niego docierała. Choć Ryzek jest – był – moim bratem, to Akos pogrążał się w smutku. Przygotował i starannie zaaranżował każdy element ucieczki. Chciał uratować swojego brata, raz po raz był jednak chwytany przez ludzi znacznie od niego silniejszych. W końcu zdołał uwolnić go z rąk Shotet, ale nie ocalić. Wszystkie jego plany, wszystkie zmagania, wszystkie starania… okazały się płonne.

Akos oparł się o sąsiednią ścianę. Próbował wziąć się w garść. Zamknął oczy i zdusił jęk.

W końcu otrząsnęłam się z transu.

– Idź na górę – powiedziałam do Isae. – Zabierz ze sobą Cisi.

Spojrzała na mnie, jakby chciała zaprotestować, jednak po chwili zrezygnowała. Upuściła narzędzie zbrodni – zwykły, kuchenny nóż – w miejscu, w którym stała. Podeszła do Cisi.

– Teka – powiedziałam. – Zabierzesz Akosa na górę, dobrze?

– Czy ty… – zaczęła Teka, ale zamilkła. – W porządku.

Isae i Cisi, Teka i Akos… Zostawili mnie tu samą, przy ciele mojego brata. Zmarł obok miotły i butelki środka dezynfekującego. Jak wygodnie, pomyślałam i zdusiłam śmiech. A raczej próbowałam, gdyż nie udało mi się to. Po chwili słaniałam się już na nogach ze śmiechu. Przeczesałam dłonią włosy. Na bok, tam, gdzie widać było srebrną dermę. Chciałam przypomnieć sobie, jak ciął mnie dla rozrywki tłumu, jak osadzał okruchy siebie wewnątrz mojego umysłu, zupełnie jakbym była nagim polem bólu czekającym na zaoranie. Blizny pokrywające całe moje ciało zawdzięczałam właśnie Ryzekowi.

A teraz uwolniłam się od niego.

Kiedy się uspokoiłam, postanowiłam sprzątnąć bałagan po Isae Benesit.

Ciało Ryzeka nie odstraszało mnie, podobnie zresztą jego krew. Wyciągnęłam je za nogi na korytarz. Kiedy szarpałam się z nim, pot spływał mi po karku. Choć Ryzek przypominał szkielet, po śmierci okazał się ciężki i zapewne taki był za życia. Kiedy z pomocą przyszła mi matka Akosa, wyrocznia Sifa, nie odezwałam się. Obserwowałam jedynie, jak wsuwa pod niego prześcieradło, byśmy mogły go nim owinąć. Potem przyniosła z magazynku igłę z nicią i pomogła mi zszyć ten prowizoryczny worek pogrzebowy.

Podczas pogrzebów Shotet, odbywających się na ziemi, zawsze pojawiał się ogień, podobnie jak w przypadku większości kultur naszego Układu Słonecznego. Śmierć w kosmosie, podczas wyprawy, uchodziła za prawdziwy zaszczyt. Przykrywaliśmy wówczas ciała materiałem, nie licząc głowy, tak by bliscy wciąż mogli patrzeć na zmarłego i zaakceptować jego śmierć. Kiedy więc Sifa zsunęła prześcieradło z twarzy Ryzeka, zrozumiałam, że studiowała nasze obyczaje.

– Widzę wiele możliwości tego, jak rozwinie się przyszłość – odezwała się w końcu i przesunęła dłonią po czole, by otrzeć pot. – Nie sądziłam, że ta jest prawdopodobna. W przeciwnym razie ostrzegłabym cię.

– Nie, nie zrobiłabyś tego – odpowiedziałam, unosząc ramię. – Interweniujesz tylko wtedy, kiedy pasuje to do twoich celów. Mój spokój i dobre samopoczucie niewiele dla ciebie znaczą.

– Cyra…

– Nieważne – dodałam. – Nienawidziłam go. Ja… Po prostu nie udawaj, że się mną przejmujesz.

– Nie udaję – stwierdziła.

Sądziłam, że dostrzegę w niej choć trochę Akosa. W gestach… tak, być może w niej był. Poruszające się brwi i szybkie, zdecydowane ręce. Ale jej twarz, jej jasnobrązowa skóra i wątła budowa ciała zdecydowanie nie przypominały jego.

Nie wiedziałam, jak potraktować jej szczerość, więc przeszłam nad nią do porządku dziennego.

– Zanieśmy go do zsypu na śmierci – zaproponowała.

Uniosłam jego cięższą część ciała, czyli głowę i barki, więc ona sięgnęła po stopy. Na szczęście pojemnik na odpadki znajdował się kilka metrów od nas. Kolejne nieoczekiwane udogodnienie. Niosłyśmy go etapami, po kilka kroków. Jego głowa kołysała się na boki, a otwarte oczy słały puste spojrzenia. Nie mogłam na to nic poradzić. Położyłam go tuż obok zsypu i nacisnęłam przycisk otwierający pierwsze drzwiczki, te na wysokości pasa. Miałyśmy szczęście, że nie był zbyt szeroki w barkach, gdyż w przeciwnym razie nie zmieściłby się. Ułożyłyśmy go w ciasnym pojemniku i zgięłyśmy mu nogi tak, by drzwiczki mogły się zamknąć. Kiedy zaś się zamknęły, nacisnęłam kolejny przycisk i otworzyłam zewnętrzne drzwi. Przechyliłam tacę zsypu, by wyrzucić ciało w przestrzeń.

– Znam waszą modlitwę. Mogę ją wygłosić, jeśli chcesz – zaproponowała Sifa.

Pokręciłam głową.

– Odmawiali ją podczas pogrzebu mojej matki – powiedziałam. – Nie chcę.

– Zauważ jednak, że wypełnił swój los – dodała. – Poniósł klęskę za sprawą rodziny Benesit. Nie musi się już ich bać.

To było całkiem miłe.

– Pójdę się umyć – oświadczyłam. Krew na moich dłoniach zaczęła krzepnąć i swędzieć.

– Pozwól, że zanim odejdziesz, przestrzegę cię. Ryzek nie był jedyną osobą, którą kanclerz obwinia o śmierć siostry. W rzeczywistości zaczęła od niego, ponieważ znacznie poważniejszą karę przygotowała dla kogoś innego. I nie zrezygnuje z niej. Znam ją na tyle dobrze, by wiedzieć, jaki ma charakter. Ona nie wybacza!

Przez chwilę patrzyłam na nią, aż w końcu znaczenie jej słów dotarło do mnie.

Mówiła o Eijehu, wciąż uwięzionym w drugim magazynku. I nie tylko o Eijehu, lecz także o reszcie nas – zamieszanych, zdaniem Isae, w śmierć Orieve.

– Na pokładzie znajduje się kapsuła ratunkowa – powiedziała Sifa. – Możemy ją wystrzelić. Zgromadzenie z pewnością przyleci po nią.

– Powiedz Akosowi, by podał jej środek usypiający – powiedziałam. – Nie mam teraz ochoty na walkę.

ROZDZIAŁ 4 AKOS

AKOS OMIJAŁ SZTUĆCE POKRYWAJĄCE podłogę kambuza. Woda już się gotowała, fiolka środka usypiającego czekała, by dołączyć do herbaty. Musiał jeszcze dorzucić do cedzaka kilka suszonych ziół. Nagle statek drgnął i Akos stanął na widelcu, miażdżąc piętą jego zębiska.

Przeklął swój głupi mózg, który wciąż podpowiadał mu, że dla Eijeha istnieje jeszcze nadzieja. W galaktyce żyje wielu ludzi z niezwykłymi darami. Ktoś z pewnością będzie wiedział, jak mu pomóc. Był już jednak zmęczony kurczowym trzymaniem się nadziei. Żył nią od lądowania wśród Shotet i dopiero teraz czuł, że jest gotów odpuścić. Pozwolić losowi zabrać się tam, dokąd miał iść. Na śmierć, do Noaveków, do Shotet.

Obiecał tacie, że sprowadzi Eijeha do domu. Może jedynie do tego miejsca – gdzieś w kosmosie – mógł go zaprowadzić. Może to musiało mu wystarczyć.

Ale…

– Zamknij się – powiedział do siebie i wrzucił zioła do cedzaka. Nie miał pod ręką lodokwiatów, ale nauczył się dostatecznie dużo o roślinach z Shotet, by przygotować uspokajającą mieszankę. Proces nie wymagał zresztą specjalnego kunsztu. Akos przechodził przez kolejne etapy warzenia naparu, posypując pocięty korzeń garoku startymi pancerzykami fenzu i dla smaku wyciskając na wierzch odrobinę nektaru. Nie wiedział nawet, jak nazywają się rośliny, z których go pozyskał – kiedy przebywał w wojskowym obozie treningowym pod Voą, przywykł do nazywania tych niewielkich, delikatnych kwiatów „ozdobną breją”, ponieważ bardzo łatwo się rozpadały. Nigdy jednak nie poznał ich nazwy. Smakowały słodko i prawdopodobnie dlatego je ceniono.

Kiedy woda się zagotowała, przelał ją przez cedzak. Uzyskany ekstrakt był brązowy i mętny, idealny do ukrycia żółtego środka usypiającego. Mama kazała mu uśpić Isae i nawet nie zapytał jej o powody. Nie interesowało go to, byle tylko zniknęła mu z oczu. Nie mógł zapomnieć o tej dziewczynie stojącej nad zachlapanym krwią Ryzekiem, zupełnie jakby uczestniczyła w pokazie. Isae Benesit być może miała twarz swojej siostry, ale jej nie przypominała. Nie potrafił wyobrazić sobie Ori stojącej tam i patrzącej, jak ktoś umiera. Bez względu na to, jaką nienawiścią by go darzyła.

Kiedy uwarzył ekstrakt i zmieszał go ze środkiem usypiającym, zaniósł miksturę Cisi, która siedziała na ławce przed wejściem do kambuza.

– Czekasz na mnie? – zapytał.

– Tak – odpowiedziała. – Mama mi kazała.

– No dobrze – stwierdził. – Zaniesiesz to Isae? Powinna po tym zasnąć.

Cisi uniosła brew.

– Sama tego nie pij – dodał.

Wyciągnęła rękę, lecz zamiast chwycić kubek, położyła mu dłoń na nadgarstku. Jej spojrzenie zmieniło się – stało się ostrzejsze – jak zawsze, kiedy jego dar nurtu osłabiał ten należący do niej.

– Co zostało z Eijeha? – zapytała.

Akos zadrżał. Nie chciał myśleć, co pozostało z jego brata.

– Ktoś, kto służył Ryzekowi – odpowiedział jadowitym głosem. – Kto nienawidził mnie, naszego taty, prawdopodobnie ciebie i mamy.

– Jak to możliwe? – Zmarszczyła brwi. – On nie może nas nienawidzić tylko dlatego, że ktoś włożył mu do głowy inne wspomnienia.

– Myślisz, że nie wiem? – warknął Akos.

– Może więc…

– Trzymał mnie, kiedy byłem torturowany! – Włożył jej kubek w ręce.

Odrobina gorącej herbaty wylała im się na dłonie. Cisi drgnęła, ocierając knykcie o spodnie.

– Poparzyłaś się? – zapytał, wskazując jej ręce.

– Nie – odpowiedziała. Dar nurtu przywrócił miękkość jej spojrzeniu. Akos nie potrzebował teraz żadnej delikatności, dlatego odwrócił się.

– To jej nie zaszkodzi, prawda? – zapytała Cisi, stukając palcem w kubek, tak by usłyszał ting ting ting.

– Nie – przyznał. – Dzięki temu naparowi nie będziemy musieli jej skrzywdzić.

– Zaniosę go jej – obiecała.

Akos mruknął. W plecaku miał jeszcze trochę środka usypiającego. Być może powinien go zażyć. Nigdy nie był aż tak zmęczony, niczym niedokończona tkanina, pomiędzy nićmi której prześwitywała jasność. Zasnąć byłoby po prostu łatwiej.

Zamiast odurzyć się do nieprzytomności, sięgnął do kieszeni po wysuszony płatek szakwiatu i wsunął go między zęby a policzek. Z pewnością go nie uśpi, a jedynie sprowadzi odrętwienie. Lepsze to niż nic.

Godzinę później Akos dryfował już pod jego wpływem. Wróciła Cisi.

– Zrobione – powiedziała. – Śpi.

– W porządku – rzekł. – Zanieśmy ją teraz do kapsuły ratunkowej.

– Lecę z nią – dodała Cisi. – Jeśli mama się nie myli, zbliża się wojna…

– Mama się nie myli.

– No właśnie. Cóż, w takim razie każdy, kto walczy z Isae, walczy również przeciwko Thuvhe. Dlatego zamierzam trzymać się mojej kanclerz.

Akos kiwnął głową.

– Zakładam, że ty nie – powiedziała.

– Przyszły zdrajca, zapomniałaś?

– Akos! – Ukucnęła przed nim. Nieco wcześniej usiadł na ławce, która okazała się twarda, zimna i pachniała środkami odkażającymi. Cisi oparła ramię na jego kolanie. Włosy związała z tyłu, niestarannie. Kilka kosmyków uwolniło się, opadając jej na twarz. Była naprawdę ładna, ta jego siostra, ze skórą w odcieniu chłodnego brązu, który przypominał mu trellańskie garncarstwo. Trochę jak Cyra, jak Eijeh, jak Jorek. Znajomo. – Nie musisz robić niczego, na co nie masz ochoty. Wiem przecież, że mama wychowała nas na ludzi wiernych losowi, posłusznych wyroczniom i tak dalej – powiedziała Cisi. – Pochodzisz jednak z Thuvhe. Powinieneś lecieć ze mną. Zostawić wojnę innym. Wrócimy do domu i po prostu ją przeczekamy. Nikt tu nas nie potrzebuje.

Zastanowił się nad tym. Czuł się rozdarty bardziej niż kiedykolwiek. I to nie tylko z powodu swojego losu. Powoli wyzwalał się spod działania szakwiatu i przypominał sobie, jak cudownie było tego dnia śmiać się z Cyrą, jak ciepłą osobą była, przytulając się do niego. Tak bardzo pragnął wrócić do swojego domu, wspinać się po skrzypiących schodach lub podsycać żarki na podwórzu, wzbijać mąkę w powietrze podczas ugniatania chleba… Musiał jednak żyć w prawdziwym świecie. W prawdziwym świecie, w którym Eijeh nie był sobą, a on sam mówił w shotet. Jego los pozostawał jego losem.

– Spróbuj przecierpieć swój los – powiedział. – Bo cała reszta jest złudzeniem.

Cisi westchnęła.

– Spodziewałam się, że to powiesz. Czasami złudzenia bywają przyjemne.

– Uważaj na siebie, dobrze? – poprosił, chwytając ją za rękę. – Mam nadzieję, że wiesz, iż wcale nie chcę cię opuścić. To ostatnia rzecz, jakiej pragnę.

– Wiem. – Ścisnęła jego kciuk. – Wciąż wierzę w to, że pewnego dnia wrócisz do domu, że Eijeh wydobrzeje, że mama przestanie wygadywać te brednie-przepowiednie, że razem coś upichcimy.

– Tak. – Próbował uśmiechnąć się dla niej. W połowie osiągnął cel.

Pomogła mu umieścić Isae w kapsule ratunkowej. Teka powiedziała jej, jak wysłać sygnał alarmowy, by – jak to określiła – odnalazły ich „matołki” ze Zgromadzenia. Potem Cisi pocałowała mamę na pożegnanie i oplotła Akosa ramionami, aż przeniknęło przez niego jej ciepło.

– Jesteś tak cholernie wysoki – powiedziała łagodnym tonem i odsunęła się. – Kto ci pozwolił być wyższym ode mnie?

– Zrobiłem to na złość tobie – odpowiedział, uśmiechając się.

Potem weszła do kapsuły i zamknęła za sobą właz. Nie wiedział, kiedy znów się zobaczą.

Teka wskoczyła na fotel kapitański stojący na pokładzie nawigacyjnym i za pomocą klucza francuskiego, który zawsze trzymała za paskiem, zdjęła pokrywę panelu kontrolnego. Nie przestawała przy tym gwizdać.

– Co właściwie robisz? – zapytała Cyra. – To nie jest pora na rozbieranie naszego statku na części!

– Po pierwsze, to mój statek, a nie „nasz” – odpowiedziała, przewracając błękitnymi oczami. – Zaprojektowałam większość z podzespołów, które utrzymują nas przy życiu. Po drugie, czy wciąż chcesz odwiedzić Siedzibę Zgromadzenia?

– Nie. – Cyra usiadła po jej prawej stronie, na fotelu pierwszego oficera. – Podczas mojej ostatniej wizyty podsłuchałam przedstawicielkę Trelli, która nazwała moją matkę kupą łajna. Nie sądziła, że ją zrozumiem, bo mówiła po othyrsku.

– Ważniacy – zakpiła Teka gdzieś z głębi gardła, po czym wyciągnęła z wnętrza panelu garść kabli i przebiegła po nich palcami, jakby głaskała zwierzę. Sięgnęła pod spód, do tej części urządzenia, której Akos nie widział. Wsunęła do środka całe ramię. Tuż przed nimi zabłysnął zestaw współrzędnych. Świecił się wzdłuż wstęgi nurtu, którą mieli przed oczami. Dziób statku – Akos był pewien, że miał własną, techniczną nazwę, lecz jej nie znał, dlatego nazywał go dziobem – przesunął się, więc teraz lecieli w stronę wstęgi nurtu, a nie odwrotnie.

– Powiesz nam, dokąd lecimy? – zapytał, wchodząc na pokład nawigacyjny. Panel kontrolny pełen dźwigni, przycisków i suwaków zaświecił się wieloma różnymi kolorami. Gdyby Teka rozłożyła ręce, nie zdołałaby objąć go całego. Nie z miejsca, w którym siedziała.

– Chyba rzeczywiście mogę to zrobić, skoro tu razem utknęliśmy – stwierdziła. Zebrała jasne włosy na czubku głowy i związała grubą gumką, którą nosiła na nadgarstku. W przydużym kombinezonie technika, siedząc na kapitańskim fotelu z nogami skrzyżowanymi po turecku, wyglądała jak dzieciak bawiący się w pilotowanie. – Lecimy do kolonii banitów. Na planetę Ogra.

Ogra. „Planeta cieni”, jak mawiali ludzie. Rzadko kiedy spotykało się jej mieszkańca, jeszcze rzadziej odwiedzało się jej okolice. Dalej od Thuvhe leżeć nie mogła, chyba że opuściłaby bezpieczną wstęgę nurtu krążącą po Układzie Słonecznym. Żadne systemy nadzoru nie były w stanie przebić się przez gęstą, mroczną atmosferę tej planety. Aż dziwne, że docierał do nich sygnał wiadomości. Sami nie dostarczali żadnych informacji o sobie, więc prawie nikt nie widział powierzchni ich globu. Nawet na zdjęciach.

Pewnie dlatego oczy Cyry zaświeciły się.

– Ogra? Ale jak się z nimi kontaktujesz?

– Najprostszy sposób przekazywania wiadomości bez udziału rządu polega na korzystaniu z usług ludzi – odpowiedziała Teka. – Dlatego właśnie moja mama podczas wypraw znajdowała się na pokładzie statku. Wśród buntowników reprezentowała interesy banitów. Próbowaliśmy współpracować. W każdym razie kolonia to dobre miejsce na przegrupowanie się i ustalenie, co dzieje się na Voa.

– Niech zgadnę – stwierdził Akos, splatając ręce. – Chaos.

– I jeszcze więcej chaosu. – Dziewczyna kiwnęła głową. – Z krótkimi przerwami pośrodku. Na chaos oczywiście.

Nie potrafił wyobrazić sobie, jak wyglądała sytuacja na Voa po tym, gdy – jak sądzili mieszkańcy Shotet – Ryzek Noavek został na ich oczach zamordowany przez swoją młodszą siostrę. Tak przynajmniej to wyglądało: Cyra pojawiła się na arenie z zamiarem zabicia go. Wyczekała jednak, aż podany mu środek usypiający zacznie działać i pozbawi go przytomności.

W rezultacie po władzę mogła sięgnąć zawodowa armia pod dowództwem Vakreza Noaveka, starszego kuzyna Ryzeka, albo też mieszkańcy zewnętrznych części miasta wyszli z domów, wypełniając pustkę po dawnym przywódcy. Tak czy siak Akos wyobrażał sobie ulice pełne potrzaskanego szkła, przelanej krwi i podartych papierów unoszących się na wietrze.

Cyra skryła czoło w dłoniach.

– I jeszcze Lazmet – powiedziała.

Brwi Teki drgnęły.

– Co?

– Zanim Ryzek umarł… – Wskazała drugi koniec statku, w którym jej brat dokonał żywota. – Zdradził mi, że nasz ojciec wciąż żyje.

Cyra niewiele mówiła o Lazmecie, a Akos znał go jedynie z lekcji historii, na które uczęszczał jako dziecko, oraz z wszelkiej maści plotek, choć te docierające na Thuvhe nie zawsze były prawdziwe. Dwa pokolenia temu wyrocznia po raz pierwszy przepowiedziała losy Noaveków. Jeszcze zanim przejęli władzę nad Shotet. Kiedy matka Lazmeta dorosła, sięgnęła po tron siłą, wykorzystując właśnie te losy jako usprawiedliwienie puczu. Po dekadzie rządów zabiła swoje rodzeństwo, by zagwarantować sukcesję dzieciom. Taka to właśnie była rodzina. Taki właśnie był też Lazmet, według wszelkich doniesień w każdym izycie tak brutalny jak jego matka.

– Och, szczerze? – jęknęła Teka. – Czy to jakaś zasada rządząca wszechświatem, że przynajmniej jeden dupek z rodu Noaveków musi w danym momencie żyć?

Cyra odwróciła się w jej stronę.

– A ja co w tej chwili robię? Nie żyję może?

– Ty nie jesteś dupkiem – odpowiedziała Teka. – Wkurzaj mnie bardziej, to może zmienię zdanie.

Cyra wyglądała na lekko udobruchaną. Według Akosa wciąż nie przywykła do tego, że dla niektórych była kimś innym niż kolejną osobą z rodu Noaveków.

– Cokolwiek głosi owa zasada rządząca wszechświatem… – stwierdziła – …nie mam pojęcia, czy Lazmet rzeczywiście żyje. Jednak Ryzek nie wydawał się kłamać. Niczego nie oczekiwał w zamian, tylko… być może mnie ostrzegał.

Teka żachnęła się.

– Bo co? Lubił dawać dobre rady?

– Ponieważ bał się waszego ojca – skojarzył Akos. Kiedy Cyra opowiadała mu o Ryzeku, zawsze wspominała również i o towarzyszącym mu strachu. Co może bardziej przerażać kogoś takiego jak Ryzek niż osoba, która takim go ukształtowała? – Mam rację? Podobno jest okrutniejszy niż ktokolwiek inny. Albo oczywiście był.

Cyra kiwnęła głową.

– Jeśli Lazmet żyje… – Zamknęła oczy. – To trzeba naprawić ten błąd. Tak szybko, jak to możliwe.

Trzeba naprawić ten błąd. Zupełnie jakby to był jakiś problem matematyczny albo techniczna niedoróbka. Akos nie wyobrażał sobie, jak można mówić w ten sposób o swoim ojcu. Niepokoił się bardziej niż w przypadku, gdyby Cyra się bała. Wypowiadała się o Lazmecie tak, jakby nie był człowiekiem. Co widziała, że traktowała go w ten sposób?

– Jedno zadanie na raz – odpowiedziała Teka nieco łagodniej niż zazwyczaj.

Akos chrząknął.

– Tak, najpierw postarajmy się przeżyć lądowanie w atmosferze Ogry. Potem zajmiemy się zabijaniem najbardziej wpływowego człowieka w historii Shotet.

Cyra otworzyła oczy i zaśmiała się.

– Przygotujcie się na długi lot – oświadczyła Teka. – Kierunek Ogra!

ROZDZIAŁ 5 CISI

KAPSUŁA RATUNKOWA JEST NA TYLE MAŁA, że ledwie mieścimy się we dwie, wtulone w siebie. Ręka utknęła mi przy szklanej ścianie, sięgam jednak do panelu kontrolnego, do przycisku, który uruchamia sygnał alarmowy. Świeci się na różowo i jest jednym z zaledwie trzech guzików, jakie mam przed sobą. Nietrudno go znaleźć. Dotykam go i słyszę wysoki gwizd, co według Teki oznacza transmisję sygnału. Pozostaje mi tylko czekać, aż Isae się obudzi. I nie panikować.

Życie na niewielkiej jednostce transportowej, z której właśnie nas wystrzelono, bywa wycieńczające. Zwłaszcza dla dziewczyny z Hessy, która zaledwie kilka razy opuściła rodzinną planetę. Kapsuła ratunkowa to zupełnie inna bajka. To okna zamiast podłogi, czyste szkło zakrzywiające się nad moją głową i sięgające moich stóp. Zamiast wrażenia otwarcia na kosmos czuję się przez niego połknięta. Staram się nie myśleć o tym, bo mogłabym wpaść w panikę.

Mam nadzieję, że Isae wkrótce się obudzi.

Bezwładnie leży na ławce tuż obok mnie, otoczona przez ciemność tak bezkresną, że wydaje się jedyną osobą we wszechświecie. Przyjaźniłam się z nią zaledwie przez kilka lat. Ori przygarnęła ją wkrótce po tym, jak jej twarz przecięło ostrze Shotet. Dorastała z daleka od Thuvhe, na statku transportowym, który przewoził towary z jednej strony galaktyki na drugą. Brał wszystko, jak leci.

To dobrze, że Ori czuwała i że początkowo zmuszała nas do rozmowy. Sama nigdy bym się do Isae nie odezwała. Onieśmielała mnie nawet bez swojego tytułu. Wysoka, szczupła i piękna mimo blizn, promieniejąca potencjałem niczym maszyna.

Nie wiem, jak długo zajmuje jej otwarcie oczu. Przez chwilę błądzi gdzieś wzrokiem, patrząc nieświadomie przed siebie, czyli w pustą nicość nakrapianą odległymi mrugnięciami gwiazd. Potem sama zaczyna mrugać. Do mnie.

– Cee? – mówi. – Gdzie jesteśmy?

– W kapsule ratunkowej – odpowiadam. – Czekamy, aż przyleci po nas Zgromadzenie.

– W kapsule ratunkowej? – Krzywi się. – Przed kim musieliśmy uciekać?

– Myślę, że to oni chcieli uciec przed nami – wyjaśniam.

– Uśpiłaś mnie? – Przeciera oczy pięścią, najpierw lewe, potem prawe. – Dałaś mi tę herbatę...

– Nie wiedziałam, że coś do niej wlali.

Potrafię dobrze kłamać i szybko się na to decyduję. Isae z pewnością nie zaakceptowałaby prawdy – że podobnie jak Akos chciałam, by odpuściła mojej rodzinie. Mama uważała tymczasem, że kanclerz zabiła Ryzeka, więc spróbuje też zabić Eijeha. Nie chciałam ryzykować. Nie mogłam znów go stracić, niezależnie od tego, kim się stał.

– Mama wspominała, że możesz skrzywdzić mojego brata – mówię.

Isae przeklina.

– Wyrocznie! To cud, że daliśmy im obywatelstwo. Oto, jak wygląda jej lojalność wobec swojej kanclerz!

Nie odpowiadam. Rzeczywiście bywa frustrująca, ale to mimo wszystko moja matka.

– Włożyli cię do tej kapsuły. Powiedziałam, że lecę z tobą – kontynuuję.

Blizny przecinające jej twarz prostują się, kiedy unosi brwi. Isae czasami gładzi je, kiedy sądzi, że nikt jej nie widzi. Twierdzi, że to pomaga uszkodzonej tkance rozciągnąć się i że pewnego dnia znów będzie mogła poruszać tą częścią twarzy. Tak przynajmniej powiedział jej lekarz. Kiedyś zapytałam ją, dlaczego pozostawiła blizny, zamiast przejść rekonstrukcję chirurgiczną twarzy na Othyr. Przecież ma odpowiednie środki. Stwierdziła, że nie chce się ich pozbywać. Że je polubiła.

– Dlaczego? – zapytała po dłuższej przerwie. – Przecież oni są twoją rodziną. Eijeh to twój brat. Czemu poleciałaś ze mną?

Udzielenie szczerej odpowiedzi nie jest tak proste, jak mawiają. Można wymienić wiele różnych powodów i wszystkie będą prawdziwe. Isae jest moją kanclerz, a ja w odróżnieniu od Akosa nie zamierzam walczyć z Thuvhe. Dbam o nią jako przyjaciółka, jako… kimkolwiek dla siebie jesteśmy. Martwię się tym strasznym smutkiem, który widziałam w jej oczach, zanim zabiła Ryzeka Noaveka. I wiem, że potrzebuje mojej pomocy, by zrobić to, co słuszne. Nie powinna ulegać pragnieniu zemsty. Lista powodów jest oczywiście znacznie dłuższa i dlatego wybrana przeze mnie odpowiedź jest jednocześnie prawdą i tym, co chcę, by ode mnie usłyszała.

– Pytałaś, czy można mi ufać – przypominam. – Cóż, ty możesz. Chcę być przy tobie niezależnie od tego, co się wydarzy. Jasne?

– Sądziłam, że kiedy zobaczyłaś mnie… – Przypominam sobie upadający na podłogę nóż, którym zabiła Ryzeka. Odpycham to wspomnienie. – Uznałam, że będziesz mnie unikać.

To, co mu zrobiła, nie przeraziło mnie. Raczej zaniepokoiło. Nie przejęłam się jego śmiercią, natomiast zmartwiłam się tym, że Isae zdołała go zabić. Nie próbuję jej tego wyjaśnić.

– Zabił Ori – mówię.

– Tak jak twój brat – szepcze. – Obaj to zrobili, Cisi. Coś jest nie tak z Eijehem. Dostrzegłam to w głowie Ryzeka, kiedy…

Dławi się, zanim kończy zdanie.

– Wiem! – Chwytam ją za rękę i mocno ściskam. – Wiem…

Zaczyna płakać. Początkowo z godnością, potem jednak bestia smutku przejmuje nad nią kontrolę. Łkając, wbija paznokcie w moje ręce, próbuje mi się wyrwać. Wiem jednak, wiem równie dobrze jak inni, że nie ma ucieczki. Żal jest obezwładniający.

– Jestem przy tobie – mówię, zataczając palcami okręgi na jej plecach. – Jestem tutaj…

Po chwili przestaje mnie drapać i łkać. Kryje twarz na moim ramieniu.

– Co zrobiłaś? – pyta głosem wygłuszonym przez moją koszulę. – Po tym, jak zmarł twój tata, a bracia…

– Ja… po prostu starałam się znaleźć sobie jakieś zajęcie. Przez długi czas jadłam, myłam się, pracowałam, uczyłam. Tak naprawdę mnie tam nie było, a przynajmniej nie czułam, bym tam była. Ale… to trochę tak jak czucie, które powraca do zdrętwiałej nogi. Pojawia się wraz z lekkim mrowieniem, kawałek po kawałku.

Unosi głowę, by spojrzeć na mnie.

– Przepraszam, że nie powiedziałam ci, co zamierzam zrobić. Przepraszam też, że poprosiłam cię, byś poszła zobaczyć… to – mówi. – Potrzebowałam świadka, na wypadek gdyby coś poszło nie tak. Byłaś jedyną osobą, której mogłam zaufać.

Wzdycham i wsuwam jej kosmyk włosów za ucho.

– Wiem.

– Powstrzymałabyś mnie, gdybyś wiedziała?

Zaciskam usta. Prawdziwa odpowiedź brzmi „nie wiem”, ale nie chcę jej udzielić, w ten sposób nie zdobędę zaufania Isae. A ona musi mi zaufać, o ile mam zdziałać coś dobrego w czasie nadchodzącej wojny.

– Nie – odpowiadam. – Wiem, że robisz to, co naprawdę musisz.

Nie skłamałam. Ale nie oznaczało to, że nie przejęłam się łatwością, z jaką to zrobiła. Że nie widziałam jej nieobecnego spojrzenia, kiedy prowadziła mnie do magazynku. I tego idealnego wahania, które zaprezentowała Ryzekowi, czekając na odpowiedni moment, by go dźgnąć.

– Nie przejmą naszej planety – mówi do mnie niepokojącym szeptem. – Nie pozwolę im.

– To dobrze – odpowiadam.

Bierze mnie za rękę. Trzymałyśmy się już wcześniej za ręce, ale to nie oznacza, że nie czuję napięcia, kiedy jej skóra przesuwa się po mojej. Wciąż jest do tego zdolna. Gładka i silna. Chcę ją pocałować, ale nie pora na to, nie wtedy, kiedy krew Ryzeka wciąż schnie pod jej paznokciami.

Dotyk jej dłoni musi mi wystarczyć. Patrzymy razem w nicość.

ROZDZIAŁ 6 AKOS

AKOS BAWIŁ SIĘ ŁAŃCUSZKIEM NA SZYI. Pierścień należący niegdyś do rodziny Joreka i Ary miał znajomy ciężar. Przygnieciony zbroją odciskał się na jego skórze niczym znamię. Jak gdyby znaki na ramieniu nie wystarczały, by przypominać mu, co zrobił z Suzao Kuzarem, ojcem Joreka i brutalnym mężem Ary.

Nie wiedział, dlaczego właśnie teraz, stojąc przed celą swojego brata, wspominał śmierć Suzao. Cóż, nadszedł czas, by podjąć decyzję, czy Eijeh nadal powinien znajdować się pod wpływem środków odurzających. I jak długo? Aż dotrą na Ogrę? A może jeszcze dłużej? A może, skoro Ryzek zginął, należałoby pozwolić chłopakowi krążyć po statku z czystą głową? Cyra i Teka im zostawiły decyzję – jemu oraz matce.

Stała tuż obok niego, głową sięgając zaledwie kilka izytów ponad jego barki. Włosy, związane w węzełki, zwisały luźno wokół jej ramion. Niewiele zrobiła od śmierci Ryzeka. Zamknęła się na dziobie statku, szeptała o przyszłości, bosa chodziła w kółko. Cyra i Teka zaniepokoiły się, ale wyjaśnił im, że tak właśnie zachowują się wyrocznie. Albo przynajmniej tak zachowywała się jego matka. Czasami ostra niczym brzytwa, innym razem ukryta gdzieś poza własnym ciałem, żyjąca we własnym świecie.

– Eijeh nie przypomina tego chłopaka, którego pamiętasz – powiedział. To było niepotrzebne ostrzeżenie. Wiedziała o tym, to po pierwsze, a po drugie, prawdopodobnie widziała go już takiego, a także ze sto jego różnych innych wersji.

Mimo to rzuciła: „Wiem”.

Akos zastukał kostkami palców w drzwi, po czym otworzył je kluczem, który dostał od Teki. Wszedł do środka.

Eijeh siedział ze skrzyżowanymi nogami na cienkim materacu, który rzucili mu w kąt celi, obok stała pusta taca z resztkami zupy w misce. Kiedy ich zobaczył, podniósł się z ziemi. Dłonie trzymał tak, jakby chciał ścisnąć je w pięści i zacząć nimi gromić. Blady, roztrzęsiony, z przekrwionymi oczami.

– Co się stało? – zapytał, omijając wzrokiem Akosa. – My… Ja coś poczułem. Co się stało?

– Ryzek zginął – wyjaśnił mu brat. – Poczułeś to?

– To twoja sprawka? – warknął Eijeh. – Nie byłbym zaskoczony. Zabiłeś Suzao. Zabiłeś Kalmeva.

– I Vasa – dodał Akos. – Trzymasz gdzieś Vasa w tym posiekanym mózgu, prawda?

– To był przyjaciel.

– Człowiek, który zabił naszego ojca!

Eijeh skrzywił się, ale umilkł.

– A co ze mną? – zapytała płaskim głosem Sifa. – Pamiętasz mnie, Eijeh?

Spojrzał na nią, jakby dopiero teraz ją zauważył.

– Jesteś Sifa – stwierdził i skrzywił się. – Mama. Ja nie pa… Mam w głowie luki.

Przesunął się w jej kierunku.

– Czy kochałem cię? – zapytał.

Akos nigdy dotąd nie widział, by Sifa cierpiała. Nawet kiedy byli młodsi i powtarzali jej, że jej nienawidzą, gdy nie pozwoliła im odwiedzić przyjaciół albo skarciła za kiepskie oceny ze sprawdzianów. Domyślał się, co prawda, że może cierpieć, bo przecież była nie tylko wyrocznią, lecz także człowiekiem. Przecież wszyscy ludzie cierpią. Nie spodziewał się jednak, że ten widok tak nim wstrząśnie. Te skrzywione brwi i usta zwrócone ku dołowi…

Czy kochałem cię? Słysząc te słowa, Akos domyślił się, że całkowicie zawiódł. Nie uwolnił brata od Shotet, tak jak obiecał ojcu przed śmiercią. Bo to nie był Eijeh. A skoro Ryzek zginął, szansa na uratowanie brata przepadła.

A więc Eijeh przepadł. Akos poczuł ucisk w gardle.

– Tylko ty możesz to wiedzieć – powiedziała tymczasem Sifa. – Kochasz mnie?

Jej starszy syn drgnął i cofnął rękę.

– Ja… może.

– Może… – Sifa kiwnęła głową. – W porządku.

– Wiedziałaś, prawda? Że zostanę kolejną wyrocznią? – przypomniał. – Wiedziałaś, że mnie porwą. Nie ostrzegłaś mnie. Nie przygotowałaś mnie na to.

– Były ku temu powody – stwierdziła. – Wątpię, byś uznał je za pocieszające.

– Pocieszające – fuknął Eijeh. – Nie potrzebuję pocieszenia.

Brzmiał jak Ryzek – ten dobór słów ubranych w język thuvet.

– A ja owszem – przyznała. – Każdy potrzebuje.

Kolejne fuknięcie, ale bez odpowiedzi.

– Przyszliście znów mnie odurzyć, prawda? – Kiwnął głową w stronę Akosa. – W tym właśnie się specjalizujesz, prawda? W warzeniu trucizn. I byciu dziwką Cyry.

Teraz to dłonie Akosa zacisnęły się w pięści na zmiętej koszuli Eijeha. Uniosły go do góry, tak by palce jego stóp ledwo dotykały ziemi. Był ciężki, ale nie zbyt ciężki. Zwłaszcza dzięki energii, która spalała się w Akosie. Energii, która nie miała nic wspólnego z nurtem.

Uderzył bratem o ścianę.

– Zamknij. Swoją. Gębę – warknął.

– Obaj się uspokójcie! – powiedziała Sifa, kładąc dłoń na jego ramieniu. – Postaw go. Już! Powinieneś stąd wyjść, skoro nie umiesz zachowywać się spokojnie.

Akos opuścił Eijeha i cofnął się. Dzwoniło mu w uszach. Nie chciał tak się zachować. Eijeh zsunął się na podłogę i przesunął dłonią po bolącej głowie.

– Nie wiem, co mają wspólnego wspomnienia Ryzeka krążące w twojej głowie z tym, jak okrutnie traktowałeś swojego brata – rzuciła Sifa do Eijeha. – W każdym razie tylko taki potrafisz obecnie być. Sugeruję, byś nauczył się innego zachowania, i to szybko, ponieważ w przeciwnym wypadku wymierzę ci bardzo pomysłową karę. Jako twoja matka i jako zwierzchniczka, zasiadająca wyrocznia. Zrozumiano?

Eijeh patrzył na nią przez kilka tyków. Potem jego broda drgnęła, w górę i w dół. Odrobinę.

– Za kilka dni dotrzemy do celu – przypomniała matka. – Będziemy cię tu trzymać aż do lądowania. Oczywiście zadbamy, byś został bezpiecznie przypięty pasami. Kiedy wylądujemy, zostaniesz moim podopiecznym. Będziesz robił to, co ci powiem. Jeśli nie, Akos znów cię odurzy. Nasza sytuacja jest zbyt niepewna, by ryzykować chaos – dodała i spojrzała na młodszego syna. – Jak podoba ci się ten plan?

– Jest w porządku – odpowiedział przez zaciśnięte zęby.

– Dobrze. – Jej wymuszony uśmiech pozbawiony był jakichkolwiek uczuć. – Potrzebujesz czegoś do czytania na czas, jaki tu spędzisz, Eijeh? By szybciej ci płynął?

– Chyba tak. – Wzruszył ramionami.

– Zobaczę, co da się zrobić.

Podeszła do niego. Akos wyprężył się, na wypadek gdyby potrzebowała pomocy, ale Eijeh nawet nie drgnął, kiedy sięgnęła po pustą tacę, i nie podniósł wzroku, kiedy wychodzili z pomieszczenia. Akos zatrzasnął za sobą drzwi i dwukrotnie sprawdził klamkę, by mieć pewność, że zamknął je prawidłowo. Oddychał bardzo szybko. To był Eijeh, którego pamiętał z Shotet, który chodził z Vasem Kuzarem, jak gdyby znali się od urodzenia i nie byli zaprzysiężonymi wrogami. Który przytrzymywał go, kiedy Vas zmuszał Cyrę do torturowania go.

Oczy go zapiekły, więc je zamknął.

– Widziałaś go takiego? – zapytał. – W swoich wizjach?

– Tak – odpowiedziała cicho Sifa.

– Czy to pomaga? Świadomość tego, co się stanie?

– To nie jest takie oczywiste, jak ci się wydaje – stwierdziła. – Widzę tak wiele różnych ścieżek, tak wiele wersji różnych ludzi… Zawsze zaskakuje mnie nadchodząca przyszłość. Wciąż na przykład nie jestem pewna, z którym Akosem rozmawiam. Możesz być wieloma z nich. – Zamilkła.

– Nie – odpowiedziała w końcu. – Wcale nie pomaga.

– Ja… – Przełknął ślinę i otworzył oczy. Nie patrzył jednak na matkę, tylko na ścianę naprzeciwko. – Przepraszam, że tego nie powstrzymałem. Chyba… zawiodłem go.

– Akos… – Złapała go za ramię. Przez tyk pozwolił sobie poczuć ciepło i siłę jej ręki.

Cela zajmowana przez Ryzeka została wyszorowana do czysta, zupełnie jakby nic się w niej nie wydarzyło. Akos gdzieś w sekretnym zakątku swojego serca żałował, że Eijeh nie zginął. Byłoby mu znacznie łatwiej bez ciągłego przypominania sobie, że zawalił sprawę. Zwłaszcza że nie potrafił tego naprawić.

– Nie mogłeś nic…

– Nie – powiedział bardziej szorstko, niż zamierzał. – Już go nie ma. I nie możemy nic zrobić, tylko… jakoś to wytrzymać.

Odwrócił się i zostawił ją pomiędzy dwoma synami, z których żaden nie był już taki jak kiedyś.

Na zmianę zajmowali miejsce na pokładzie nawigacyjnym i pilnowali, by statek nie wpadł na asteroidę, inną jednostkę czy też jakieś kosmiczne szczątki. Sifa wzięła wartę jako pierwsza, gdyż Teka była wyczerpana przeprogramowywaniem statku, Cyra zaś spędziła kilka godzin, usuwając mopem z podłogi krew swojego brata. Akos sprzątnął kambuz i rozwinął koc w samym jego rogu, tuż obok zapasów medycznych.

Cyra dołączyła do niego z mokrą od potu twarzą i warkoczem zwisającym tuż nad ramieniem. Położyła się przy nim, bark w bark. Przez chwilę nie odzywali się, a jedynie oddychali równocześnie. Akos przypomniał sobie, że kiedy bywał w jej kajucie na statku, zawsze wiedział, kiedy się budziła. Przestawała wówczas wiercić się i rzucać, słyszał jedynie jej oddech.

– Cieszę się, że on nie żyje – powiedziała.

Odwrócił twarz w jej stronę, unosząc się na łokciu. Starannie obcięła włosy tuż przy srebrnej dermie. Przyzwyczaił się już do tego, że część jej twarzy błyszczała niczym lustro. Pasowało jej to. Nawet jeśli brzydził się tym, co ją spotkało.

Zacisnęła zęby i zaczęła rozpinać paski pancerza osłaniającego jej ramię. Pracowała nad nimi tak długo, aż w końcu puściły. Kiedy go zdjęła, odsłoniła nowe nacięcie na skórze, tuż nad łokciem, z charakterystyczną kratką. Delikatnie dotknął go opuszkiem palca.

– Nie zabiłaś go – powiedział.

– Wiem – stwierdziła. – Ale Isae nie odznaczy go sobie, więc… – westchnęła. – Sądzę, że zemściłby się na mnie zza grobu, gdybym tego nie zrobiła. Zhańbiłabym go, udając, że nigdy nie istniał.

– Nie powinnaś tego robić – szepnął.

– Nie powinnam – zgodziła się. – Ale to mój brat. Jego życie było… istotne.

– I wkurza cię, że nie możesz go ukarać.

– W pewnym sensie.

– Nie wiem, czy moje zdanie się liczy, ale uważam, że masz prawo mu współczuć – powiedział. – Przykro mi, że zadałaś sobie tyle trudu, by go dla mnie oszczędzić, a potem… niewiele to zmieniło.

Westchnął ciężko i opadł na podłogę. Kolejny dowód, że zawiódł.

Położyła dłoń na jego mostku, niemalże nad sercem, tę pełną blizn rękę, która tak wiele i tak niewiele o niej mówiła.

– Mnie nie jest przykro – odpowiedziała. – Przepraszam, ale mówię szczerze.