Wydawca: Wydawnictwo Literackie Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 291 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Spełnienia marzeń! - Katarzyna Michalak

Wystarczy uwierzyć, a marzenia się spełnią!

Osiemnastoletnia Klaudia rozpoczyna nowe życie. W starym, zaniedbanym, ale własnym domku w  warszawskiej Białołęce,  bez pieniędzy, za to z wielkimi marzeniami i jeszcze większym sekretem.

Chociaż taka młoda, ale już wiele wycierpiała… Dziewczyna  ma jednak nadzieję, że uda się jej uciec przed demonami z przeszłości i odnaleźć  spokój. A może los podaruje jej o wiele więcej?...

Gdy postanawia odpowiedzieć na lokalne ogłoszenie o pracy, nie spodziewa się, że właśnie w tym momencie rozpocznie się zupełnie nowy rozdział jej życia. Kamil, jej niewidomy podopieczny,  jest utalentowany , przystojny, dumny i także doświadczony przez los. Między  młodymi ludźmi zaczyna się rodzić  uczucie, choć nie wszyscy są z tego zadowoleni, a dramatyczna przeszłość  upomina się o Klaudię...

Czy  Klaudii i Kamilowi uda się spełnić  marzenia na przekór wszystkim przeszkodom?

Wzruszająca, zaskakująca opowieść, od której jak zwykle nie będzie można się oderwać aż do samego końca!

Opinie o ebooku Spełnienia marzeń! - Katarzyna Michalak

Fragment ebooka Spełnienia marzeń! - Katarzyna Michalak

© Copyright by Katarzyna Michalak © Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2016 PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Katarzyna Michalak, zdjęcie na okładce © Shutterstock REDAKTOR PROWADZĄCY: Barbara Górska KOREKTA: Krzysztof Lisowski, Małgorzata WójcikWydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70 ISBN: 978-83-08-05782-7 Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Jedni mówią „kocham”, bo kochają,inni mówią „kocham”, bo mówią.

ROZDZIAŁ I

Dziś kończę osiemnaście lat. Już nigdy mnie nie dotkniesz. Już nigdy nie uderzysz.

I nie zobaczysz nigdy więcej.

Stanęła przed furtką ze zmurszałych, pokrytych zielonym nalotem sztachet i… już miała nacisnąć klamkę, równie starą jak ogrodzenie — klucz ledwie dał się przekręcić w zamku — gdy nagle zabrakło jej odwagi.

Wiedziała, że gdy dziś nie wróci do domu czy raczej miejsca, które przez osiemnaście lat kazano jej nazywać domem, nie będzie miała dokąd pójść. Zapowiedziano jej to wyraźnie.

Wyszła z domu, niosąc skromny dobytek, ot parę ciuchów, kilka ukochanych książek i najpotrzebniejsze rzeczy na pierwszych kilka dni, w jednej torbie podróżnej. Skromnie jak na osiemnastoletnie życie. Lecz jak na pierwszy dzień całej reszty, całkiem, całkiem. Ta myśl podniosła ją na duchu. Dodała odwagi.

Poradzi sobie.

Chociaż ma tylko osiemnaście lat. Dziś — gdyby miała normalną rodzinę — obchodzono by hucznie jej wejście w dorosłość, na odświętnie nakrytym stole pojawiłby się tort, a może nawet i szampan. Ale wiedziała, że zamiast tortu i szampana na stole w drzwiach jej pokoju stanie pewnie już podpity On i jak zawsze… się zacznie.

Nigdy więcej!

Z nagłym zdecydowaniem, niemal determinacją, nacisnęła klamkę i przekroczyła magiczną linię dzielącą jej dwa życia — to przeszłe, o którym najchętniej by zapomniała raz na zawsze, i to przyszłe, skrywające mnóstwo niespodzianek. Radosnych niespodzianek, tak musi od dziś myśleć.

— Jesteś wolna — szepnęła do siebie, zamykając za sobą furtkę na klucz. — Jesteś wolna! — powtórzyła z niedowierzaniem i zaśmiała się cicho, by nie spłoszyć spokoju tego miejsca.

Odwróciła się powoli i wreszcie spojrzała na dom, który od dzisiaj będzie jej domem. Naprawdę, prawdziwie jej. Tak było w testamencie kobiety, której Klaudia nie znała. Ale zanim przyjechała tutaj, dostała do podpisu dokument, w którym przyjmuje spadek. Z całym jego dobrodziejstwem, choć mówiąc to, notariusz miał nieco skonsternowaną minę.

— To nawet nie dom, proszę sobie za wiele nie wyobrażać. To chałupka z czerwonej cegły, pewnie doszczętnie zrujnowana, bez bieżącej wody, bez łazienki, bez ogrzewania… Jedynie działka jest coś warta, bo te rejony Białołęki stają się popularne. Na twoim miejscu, dziecko, sprzedałbym ją czym prędzej i kupił sobie parę modnych ciuszków.

Ale Klaudia nie potrzebowała modnych ciuszków. Potrzebowała domu. Natychmiast!

I oto… miała go przed sobą…

Notariusz niewiele się mylił.

Chałupka była maciupeńka, dwa okienka spoglądały na nową właścicielkę jak obudzony ze snu staruszek: zamglone od wieloletniego brudu, ale… zaciekawione. Do parapetów sięgały nad podziw wybujałe pokrzywy. Czerwoną cegłę, z której zbudowany był domek, gdzieniegdzie otulał mech. Dach pokryty papą wyglądał jak kapelusz wędrowca, stary, połatany, lecz nadal solidny — ochroni głowę przed deszczem.

By dostać się do środka, trzeba było obejść cały domek ścieżką wśród zielska, obok studni, skąd Klaudia będzie dźwigać wodę do mycia i gotowania, potem przejść przez dobudowaną do części mieszkalnej stajnię i wreszcie… dziewczyna stanęła na progu swojego nowego domu. Własnego domu.

Składał się z trzech pomieszczeń, właściwie z dwóch i pół, bo maleńkiej sionki nie dało się nawet przy ogromie dobrych chęci zaliczyć do pomieszczeń. Klaudia, w ciemnościach rozjaśnianych odrobiną światła spod następnych drzwi, sięgnęła do włącznika i sionkę zalał nagle potok światła z nagiej żarówki. Zaśmiała się. Jest prąd! Co za szczęście! I natychmiast w oszołomieniu poczuła zdumienie, jak taki drobiazg, zupełnie zwyczajny, może cieszyć.

Wstrzymując oddech, nacisnęła klamkę i weszła do kuchni. Była niewiele większa od sionki, ale mieściły się w niej piecyk gazowy ze stojącą obok butlą, szafka z miską, w której pewnie będzie myć naczynia, i lodówka. Pomieszczenie było ciemne, bo niewielkie okienko zabito deskami. Dziewczyna poczuła chłodny powiew z tej strony.

Pewnie szyba jest wybita — pomyślała i odruchowo, w pierwotnym, obronnym geście objęła się ramionami. Wybite okno… wybita szyba w drzwiach, wielka, męska, owłosiona łapa sięgająca do zamka, na który były zamknięte, i otwierająca je… Klaudia zacisnęła powieki. Usta zadrżały. Przygryzła je, żeby się nie rozpłakać. Zebrała całą odwagę, z jaką tu przyszła, wyprostowała ramiona i szepnęła dwa słowa, które od dzisiaj będą jej mantrą:

— Nigdy więcej.

Szybkę wstawi, gdy tylko na nią zapracuje. A Tamten nigdy tu nie trafi. Zatarła za sobą wszystkie ślady…

Przeszła przez niewielką kuchnię, domyślając się, że za następnymi drzwiami jest pokoik, którego okna ujrzała na samym początku, gdy tylko przekroczyła furtkę. Znów położyła rękę na klamce, wstrzymała oddech i czując, jak serce łomoce jej w piersi, weszła do środka…

Przez dwa okna wpadały promienie październikowego słońca. Podłogę z prostych sosnowych desek przykrywał przetarty pośrodku dywan. Biurko, krzesło, szafa, wersalka. Tylko tyle i aż tyle.

— O Boże… — szepnęła Klaudia, mając taką burzę uczuć w sercu, że nawet nie próbowała ich nazwać. Po prostu usiadła na starej wersalce i… rozpłakała się ze szczęścia.

Była bezpieczna. W tym jasnym, chociaż zaniedbanym i zimnym pokoiku była bezpieczna…

Odetchnęła głęboko, nie zważając na drobiny kurzu, unoszące się w powietrzu, zamknęła oczy i poddała się uczuciu, którego nie zaznała nigdy dotąd.

Wolność i bezpieczeństwo.

Jak do nich tęskniła przez wszystkie te lata…

W tym momencie, jakby na przekór temu, w kuchni rozległ się jakiś szmer. Klaudia wyprostowała się gwałtownie. Wstrzymała oddech. Serce ponownie załomotało, tym razem ze strachu. Poczucie bezpieczeństwa prysnęło, równie złudne jak bańka mydlana. Ale nim zdążyła przestraszyć się na serio, przez otwarte drzwi wsunął się do pokoju… pies. Spory, czarno podpalany, podobny do owczarka niemieckiego kundel. Tak przeraźliwie chudy, że Klaudii, jeszcze przed chwilą wystraszonej, serce ścisnęło się ze współczucia.

Sięgnęła do plecaka i wyciągnęła kanapkę zrobioną rano, jak gdyby nigdy nic, do szkoły. Szkoły, którą — tak jak całe poprzednie życie — opuściła raz na zawsze.

— Chodź, piesuniu — powiedziała łagodnie, wyciągając do kundla kanapkę.

Ten, czy raczej ta, bo to była suka, nie pies, szorując brzuchem po podłodze, podpełzła do Klaudii, porwała dwie kromki chleba przełożone wędliną i połknęła w sekundę.

— Będzie więcej — obiecała Klaudia, patrząc w brązowe psie oczy.

Suka zamerdała końcem ogona wciśniętego pod brzuch. Gdy dziewczyna uniosła dłoń, by pogłaskać ją po głowie, skuliła się, oczekując uderzenia.

— Jesteś taka jak ja… — Klaudii łzy stanęły w oczach po raz nie wiadomo który tego dnia. — Nie bój się. Tutaj nikt nas już nie skrzywdzi.

Zwierzęta wyczuwają dobrego człowieka. Ten pies, choć musiał przejść przez piekło zgotowane właśnie przez człowieka, wiedział od pierwszej chwili, że tej drobnej istocie, która nakarmiła go kanapką, może zaufać. Czując dłoń gładzącą go łagodnie po głowie, aż przymknął oczy, jednocześnie spragniony tej pieszczoty i przerażony, że dłoń, która go głaszcze, za chwilę zmieni się w pięść, która bije. Ale Klaudia nigdy nie uderzyła zwierzęcia. Człowieka owszem. Jeden jedyny raz. Wczoraj.

— Będziesz mnie pilnowała? — szepnęła do bezimiennej suki. — Zostaniesz ze mną?

Pies liznął ją po dłoni. Ogon, choć nadal przyklejony do brzucha, zamerdał jeszcze szybciej. Zostanie.

— Musimy zrobić podstawowe zakupy i zdobyć pracę — Klaudia mówiła do znajdy, która sama ją znalazła, ciesząc się, że kogoś ma.

Może był to tylko wychudzony kundel, ale jednak żywa istota, którą można pokochać i która chętnie pokocha ją, Klaudię, widać to było w brązowych oczach zwierzęcia.

— Chodź, psiaku. Rozejrzymy się po najbliższej okolicy. Przy sklepie zawsze jest tablica z ogłoszeniami…

Wstała. Suka odskoczyła, przestraszona, ale zaraz podreptała za dziewczyną.

— Kiedyś, gdy będzie mnie na to stać, dostaniesz porządną, skórzaną obrożę. Obiecuję. — Dziewczyna obejrzała się na psa i wyszła z pokoju, przez kuchnię, sionkę, stajnię — jej też trzeba się przyjrzeć — na zewnątrz.

Za kawałkiem ogrodu otaczającym domek ciągnął się aż pod las padok dla koni. Całkiem porządnie ogrodzony. Może i dom był od dawna niezamieszkany, ale stajnię i padok używano jeszcze rok, może dwa lata temu.

To poddało Klaudii myśl: w stajni widziała trzy zapuszczone boksy. Gdyby tak je wysprzątać na błysk, wymościć słomą, umyć okienka… Może ktoś powierzyłby jej konie pod opiekę? Zarobi w ten sposób na jedzenie dla siebie i bezimiennej na razie suczki, na prąd, opłaty… Może uda się dzięki temu skończyć jakąś szkołę, zdać maturę?…

To, że rzuciła liceum z dnia na dzień, nie znaczy, że zakończyła edukację. Klaudia uwielbiała się uczyć! Była głodna wiedzy! Chłonęła książki, zatracając się w wykreowanych przez kogoś światach, by nie wracać do własnego. Byłaby świetną uczennicą, gdyby mogła poświęcić nauce więcej czasu, ale…

Zapomnieć o tym, co było.

Patrzeć w przyszłość.

Znaleźć sklep, kupić coś do jedzenia dla siebie i dla psa. Popytać ludzi o jakiekolwiek zajęcie. To są cele na najbliższe popołudnie. Dalej w przyszłość lepiej nie wybiegać.

Szła ulicą przez ni to wieś, ni to miasto. Białołęka jest jedną z dzielnic Warszawy, ale tutaj wydaje się, że czas stanął w miejscu dobre kilkadziesiąt lat temu. Domki po obu stronach ulicy Czereśniowej są podobne do jej chałupki. Równie niewielkie, równie stare, ale nieco bardziej zadbane. Tylko sklep mieści się na terenie okazałej posiadłości.

Klaudia, z psem drepczącym za nią krok w krok, skierowała się nie do drzwi wejściowych, choć głód coraz silniej dawał się jej we znaki, ale do tablicy z ogłoszeniami. Kartki w większości były pożółkłe i podarte. Tylko jedna wyglądała, jakby powieszono ją tu niedawno.

„Poszukuję opieki do niepełnosprawnego” — brzmiało ogłoszenie.

Klaudia już sięgała po karteluszek z numerem telefonu i adresem, gdy zawahała się. Pracy potrzebuje rozpaczliwie. Jakiejkolwiek. Może harować nawet przy kopaniu rowów. Może myć toalety na dworcu. Może opiekować się tabunem dzieci, ale… to ogłoszenie dotyczyło opieki nad niepełnosprawnym. Mężczyzną. A ona, Klaudia, boi się mężczyzn. Chociaż temu, skoro jest niepełnosprawny, zdoła w razie czego umknąć?… Innego ogłoszenia o pracy nie było.

Zdecydowanie oderwała karteczkę z adresem.

I równie zdecydowanie weszła do sklepu.

Dwie ekspedientki, zajęte wykładaniem towaru, obrzuciły dziewczynę znudzonym spojrzeniem i obojętnie odpowiedziały na jej „Dzień dobry”.

Klaudia zajrzała do portfela, choć doprawdy nie musiała tego czynić. Znała swoje zasoby finansowe. Dzisiaj może sobie pozwolić na chleb, słoik taniego dżemu, najtańszą margarynę i karmę dla psa. Jutro może będzie lepiej. Jeśli nie jutro, to za tydzień czy miesiąc na pewno.

Ma dom, własny bezpieczny dom. A to już więcej niż mogła sobie wymarzyć na osiemnaste urodziny, prawda?

Uniosła głowę, wyprostowała przygarbione na chwilę ramiona i wyszukała na półkach to, co było jej potrzebne.

— Aza, wynocha stąd! — warknęła nagle jedna z ekspedientek.

Suka, która wemknęła się za Klaudią do sklepu, skoczyła w tył, odbiła się od zamkniętych drzwi i zaskomlała żałośnie.

— Aza? Ona jest czyjaś? — zapytała Klaudia.

— Przybłęda. Wołamy na nią „Aza” — odrzekła krótko kobieta. — Jeśli to twój pies…

— Owszem, to od dzisiaj mój pies…

— …zostawiaj go na zewnątrz.

Dziewczyna skinęła głową, wcale nieurażona odpychającym tonem sprzedawczyni. Przeciwnie, znała już imię swojej suni i wiedziała, że jest bezpańska. Była, bo od dziś Aza ma swoją panią, a Klaudia swojego psa.

Zapłaciła za skromne zakupy i wyszła z psem niemal przyklejonym do uda.

— No, Azunia, zakupy zostawimy w domu, a potem ruszymy na poszukiwanie pracy. Pierwszy punkt zaczepienia mamy — mówiła do czworonożnej towarzyszki, która wyraźnie nabrała do swojej nowej pani zaufania: szła już nie krok za, gotowa do ucieczki, lecz obok, rozglądając się czujnie na boki, gotowa bronić pani, a szczególnie worka ze smakowicie pachnącą karmą, przed każdym, kto mógłby im zagrozić. Ulica była jednak pusta. Domki po obu stronach stały senne, grzejąc mury z czerwonej cegły w jesiennym słońcu.

W jednym z nich mieszkał ogłoszeniodawca. Właśnie tutaj.

Klaudia zwolniła kroku i najpierw obejrzała sobie dom z zewnątrz, licząc, że coś powie o właścicielu. Chatka raczej, bo nie dom, przypominała jej własną, ale była znacznie bardziej zadbana. Niedawno pomalowano ją na biało, dookoła rosły iglaki, a nie pokrzywy, okna lśniły czystością… Jednym słowem dom sprawiał porządne wrażenie i zachęcał do wejścia. Dziewczyna, z nieodłączną Azą u nogi, nacisnęła dzwonek przy furtce i czekała.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki