Spalona słońcem - Laura Lippman - ebook

30 osób właśnie czyta

Opis

Spotykają się w lokalnym barze w małym miasteczku Belleville. Oboje twierdzą, że są tu tylko przejazdem, ale dziwnym trafem żadne nie zamierza się stąd ruszyć. Adam nie potrafi oprzeć się chłodnej, opanowanej i tajemniczej Polly. Ale nie tylko ona coś ukrywa – Adam również nie zdradza jej wielu rzeczy. Prawdę mówiąc, nie mówi jej prawie nic… Gdy okolicą wstrząsają tragiczne wieści, kochankowie są już tak zaplątani we własnych kłamstwach, że żadne z nich nie wie, jak uciec – o ile w ogóle jeszcze tego chce. Ktoś musi się w końcu złamać. Tylko kto? „Laura Lippman nieustannie przeciera szlaki nowoczesnego kryminału. Spalona słońcem jest być może jej najbardziej niespokojną książką”. Harlan Coben „Książki Lippman zawsze są dobre, ale ta plasuje się jeszcze wyżej”. Stephen King „Współczesne noir w najlepszym wydaniu. Zachwyci miłośników starych filmów i usatysfakcjonuje fanów suspensu”. Library Journal

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 378

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


SUNBURN Copyright © 2018 by Laura Lippman All rights reserved.
Copyright © 2019 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga Copyright © 2019 for the Polish translation by Aleksandra Guzik-Kobiela (under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)
Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz
Redakcja: Ewa Penksyk-Kluczkowska
Korekta: Marta Chmarzyńska, Iwona Wyrwisz
ISBN: 978-83-8110-964-2
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!Polska Izba Książki
Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl
WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o. ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28e-mail: [email protected]/WydawnictwoSoniaDraga
E-wydanie 2019
Konwersja:eLitera s.c.
.
Poniższa książka to fikcja literacka. Imiona, postaci, miejsca oraz zdarzeniasą wytworem wyobraźni autorki i nie należy traktować ich jako prawdziwe.Wszelkie podobieństwo do prawdziwych wydarzeń, lokali, organizacji czy osób– żyjących lub nieżyjących – jest całkowicie przypadkowe.

Dla Ann i Michaela,bo w prawdziwym życiu wierzę w szczęśliwe zakończenia

CZĘŚĆ I

DYM

Rozdział 1

11 czerwca 1995 r.

Belleville, Delaware

Jego uwagę przykuwają spalone słońcem ramiona. Różowe, z łuszczącą się skórą. Ocenia oparzenie na dwudniowe. Pojawiło się w piątek, wczoraj najmniejszy dotyk był bolesny, dziś irytująco swędzi, tak że chce się bez przerwy go dotykać, skubać, co zresztą ona robi w tej chwili nie do końca świadomie. Skóra zaczęła schodzić, niedługo te wąskie ramiona nie będą już wcale takie subtelne. Jak to się stało, że kobieta o rudych włosach – już mocno po trzydziestce – popełniła tak głupi błąd?

I dlaczego znalazła się właśnie tutaj, czemu siedzi na stołku w barze położonym ponad siedemdziesiąt kilometrów w głąb lądu, w miasteczku, gdzie przyjezdni rzadko zatrzymują się w niedzielny wieczór? Przez Belleville raczej tylko się przejeżdża, a niedługo i to się skończy. Obok buduje się wielka obwodnica, żeby samochody jadące w stronę wybrzeża nie musiały zwalniać przed radarem na starej Main Street. Wjeżdżając do miasteczka, widział maszyny budowlane – bezczynne w niedzielę. Lokale takie jak ta barorestauracja High-Ho prawdopodobnie jeszcze bardziej opustoszeją.

High-Ho. Czyżby literówka? Czy to miało być powitalne Heigh-Ho? I jeśli tak, czy to na cześć siedmiu krasnoludków wracających do domu po dniu pracy w kopalni, czy może dla Jeźdźca Znikąd, który odjeżdża w stronę zachodzącego słońca? Żadne z tych rozwiązań nie ma większego sensu w kontekście tego przybytku.

W ogóle nic tu nie ma sensu.

Jej ramiona są chude, kościste i podniesione tak wysoko, tak blisko uszu, że przypominają skrzydła. Mocny kontrast stanowi przód jej różowo-żółtej letniej sukienki, obfity i krągły. Dziewczyna zachowuje się, jakby nie chciała zwrócić na siebie uwagi żadnego mężczyzny, przynajmniej dziś. Z przodu już nie jest taka różowa – zauważa mimowolnie, zsuwając się ze stołka barowego. Na niewielkim pasku odsłoniętej skóry ponad wysoko zabudowaną sukienką ledwo można dostrzec jakiś kolor. Tak samo na policzkach. Jest początek czerwca i towarzyszy mu bryza, dzięki której łatwo zapomnieć, jak mocno już świeci słońce. Najwidoczniej dziewczyna należy do tych skromniutkich, które wkładają strój jednoczęściowy, więc pomiędzy tymi ramionami prawdopodobnie kryje się też głębokie czerwone wycięcie w kształcie litery „u”. Jeszcze wczoraj każde dotknięcie tego miejsca zostawiłoby białe ślady.

Zastanawia się, czy dziewczyna jest tu z kimś umówiona – z kimś, kto wetrze krem w te miejsca, których sama nie jest w stanie dosięgnąć. Zdziwiłby się, gdyby rzeczywiście tak było. A jeszcze bardziej, gdyby miała ochotę wyjść stąd dzisiaj z jakimś nieznajomym. Nie żeby miał go zszokować którykolwiek z tych scenariuszy. Jasne, na pierwszy rzut oka wydaje się porządna, ale to właśnie na takie trzeba uważać najbardziej.

Jedno jest pewne: ta dziewczyna coś knuje. Jego intuicja w tych sprawach jest nieomylna.

Nie zaczyna od razu flirtować. Nie jest taki. Nie musi – o ile nie brzmi to zbyt próżnie. Takie są fakty: wygląda jak Ken od Barbie, gdyby Ken miał doskonałą całoroczną opaleniznę. Wysoki i muskularny, proporcjonalnie zbudowany, jasne oczy, ciemne włosy. Kobiety zawsze zakładają, że Ken chce prawdziwej Barbie, ale on tak naprawdę preferuje kobiety o drobniejszej budowie, nieśmiałe. W wolnym czasie lubi polować na jelenie. Łuk i strzały. Jeździ do lasu na wschodzie stanu Maryland, gdzie potrafi spędzić cały dzień na siedzeniu na drzewie i czekaniu. Uwielbia to. Tom Petty nie miał racji. To nie czekanie jest najtrudniejsze. Czekanie może być piękne, wzbogacające, pełne możliwości. Kiedy był dzieckiem i dorastał w rejonie zatoki San Francisco, supernowocześni rodzice zapisali go na badanie prowadzone na Uniwersytecie Stanforda, podczas którego musiał przesiedzieć piętnaście minut w pokoju, gdzie zostawiono jedną piankę marshmallow. Gdyby jej nie zjadł, w nagrodę dostałby dwie. „Jak długo muszę przesiedzieć, żeby dostać trzy?” – spytał. Śmiali się.

Dopiero po dwudziestce dowiedział się, że wziął udział w eksperymencie naukowym badającym, czy istnieje związek pomiędzy umiejętnością opanowania pokusy natychmiastowej gratyfikacji a sukcesem w dorosłym życiu. Nadal uważa za niesprawiedliwe, że eksperyment nie zakładał, że można dostać trzy pianki za siedzenie dwa razy dłużej niż pozostali.

Zostawił pomiędzy nimi dwa krzesła, żeby nie poczuła się osaczona, ale dopilnował, by usłyszała, jak zamawia kieliszek wina. To przyciąga jej uwagę – zamawianie wina, a nie piwa w miejscu takim jak to. Właśnie taki był plan: przyciągnąć jej uwagę. Dziewczyna nie odzywa się, tylko rzuca spojrzenie z ukosa, kiedy on próbuje się dowiedzieć od blondynki za barem, jakie wino serwują. Nie rozdziera szat nad ograniczonym wyborem, który zawęża się do białego lub czerwonego. Dosłownie: „Mamy czerwone wino i białe wino”. Nawet nie mruga okiem, kiedy dostaje zimne czerwone. Nie schłodzone do piętnastu stopni zgodnie z zaleceniami sommelierów, tylko zimne w znaczeniu „przed chwilą wyjęliśmy z lodówki”. Bierze łyk, znów woła barmankę i mówi z przesadną grzecznością:

– Wiesz co? Z chęcią za to zapłacę, ale to nie do końca mój smak. Mogę prosić piwo? – Zerka na etykiety na nalewakach. – Może Goose Island?

Jeszcze jedno zerknięcie i dziewczyna wraca do swojego drinka – whisky z lodem. Gdziekolwiek się dziś wybiera, nie będzie to daleko stąd. On spogląda na swoje wino i mówi głośno, jak gdyby do siebie:

– Co za dupek zamawia czerwone wino w barze w Belleville w stanie Delaware?

– Nie wiem – odpowiada, nie patrząc w jego stronę. – A z ciebie co za dupek?

– Mało interesujący. – Tak przynajmniej twierdziły jego byłe: jedna żona z pięcioletnim stażem, a oprócz tego siedem, może osiem dziewczyn. To porządna liczba jak na trzydziestoośmioletniego mężczyznę. – Jesteś stąd?

– Zdefiniuj „stąd”. – Nie próbuje go zwodzić, raczej zaczyna się wycofywać.

– Mieszkasz tu?

– Już tak.

– To przez tę opaleniznę. Po prostu pomyślałem, że wyjechałaś na dzień czy dwa na wybrzeże i zaraz wracasz do Baltimore albo Waszyngtonu.

– Nie. Mieszkam tu.

Zauważa zaskoczenie przemykające po twarzy barmanki.

– Od kiedy?

– Od teraz.

To żart, myśli. Ludzie raczej nie zatrzymują się na drinka w jakimś dziwnym miasteczku i nie postanawiają ni z tego, ni z owego w nim zamieszkać. Nie tu. W końcu to nie Toskania ani Oaxaca, dwa miejsca, które dobrze zna i w których przyjezdny rzeczywiście mógłby powiedzieć: „O tak, to właśnie tu zapuszczę korzenie”. Ona trafiła do Belleville w Delaware, miasteczka, w którym główna ulica jest smutna i zapadła, liczba mieszkańców nie przekracza nawet dwóch tysięcy, a dookoła są tylko pola kukurydzy i fermy drobiarskie. Czy ma tutaj jakieś kontakty? Barmanka zdecydowanie nie traktuje jej jak tutejszej – ani nawet jako potencjalnej nowej mieszkanki. Dla niej – biuściastej blondynki z pieczołowicie pielęgnowaną opalenizną – ruda jest równie interesująca, co barowy stołek. Jej zainteresowanie wzbudził natomiast on i teraz barmanka próbuje wybadać, czy jest tylko przejazdem czy zostaje na dłużej.

A tej decyzji jeszcze nie podjął.

– Daj znać, jak będziesz chciał, żeby ktoś pokazał ci okolicę – mówi do niego barmanka i puszcza oko. – Zajmie to pewnie całe pięć minut.

Trochę go denerwują barmanki i kelnerki, które flirtują tak otwarcie. Już samo podawanie facetowi jedzenia czy piwa jest wystarczająco intymne.

Zostawia kobiety w spokoju i popija piwo, oglądając oczywisty mecz drużyny Orioles na oczywistym telewizorze z oczywiście złym sygnałem. Drużyna znowu gra dobrze – a przynajmniej lepiej. Kiedy widzi, że ruda zaraz skończy trzeciego drinka, reguluje rachunek i wychodzi z baru, nie żegnając się z nikim. Wsiada do swojej ciężarówki stojącej na żwirowym parkingu i czeka w ciemności. Nie ukrywa się – ukrywanie się to najlepszy sposób na to, żeby cię znaleziono.

Ruda opuszcza bar dziesięć minut później. Przechodzi na drugą stronę szosy i zmierza w kierunku staroświeckiego, niedrogiego motelu. Nazywa się Valley View, widok na dolinę, chociaż nie ma tu ani doliny, ani widoku. High-Ho, Valley View i Main Street – to wszystko brzmi, jak gdyby Belleville zostało poskładane z resztek po jakimś innym miasteczku.

Czeka piętnaście minut, potem wchodzi do małej recepcji na samym końcu i pyta o wolny pokój, chociaż wielki czerwony napis „wolne pokoje” wypełnia całe okno.

– Na ile nocy? – pyta recepcjonista, wątły facet pod trzydziestkę.

– Na czas nieokreślony. Mogę panu dać kartę kredytową, jeśli pan chce.

– Zabawne. Jest pan dzisiaj już drugą osobą, która chce wynająć pokój na czas nieokreślony.

Nie musi pytać, kto był pierwszy. Zapisuje sobie w głowie, że gadatliwy recepcjonista będzie paplać również na jego temat.

– Potrzebuje pan karty kredytowej?

– Zadowolę się gotówką. Jeśli zobowiąże się pan wziąć pokój na tydzień, możemy się umówić na dwieście pięćdziesiąt dolarów. Od poniedziałku do piątku nie mamy wielu gości. Ale w pokoju nie ma aneksu kuchennego ani lodówki. Musi pan jeść na mieście albo przynosić jedzenie, które się nie zepsuje. – I po chwili dodaje: – Jeśli sprzątaczka zauważy jakieś zepsute jedzenie, natychmiast mi zgłosi. Nie chcę tu mrówek ani karaluchów.

– Mogę wziąć do pokoju lodówkę turystyczną?

– Jak nie będzie przeciekać, to tak.

Oddaje kartę kredytową.

– Mogę zaproponować lepszą cenę, jeśli zapłaci pan w gotówce – mówi recepcjonista, odchrząkując. – Dwieście dwadzieścia.

Facet robi jakieś lewe interesy, pewnie podbiera pieniądze z opłat w gotówce, ale co go to obchodzi? W motelu za dwieście dwadzieścia dolców za tydzień da radę długo przesiedzieć, nawet bez lodówki czy kuchenki.

Ciekawe, jak długo wytrzyma ona.

Rozdział 2

Wychodzi z pokoju numer 5 prosto w jasny, gorący poranek – zadziwiająco gorący jak na tę porę roku, dokładnie taki sam jak podczas weekendu na plaży, tyle że tam łagodziła go przynajmniej bryza od oceanu. Ludzie mówili, że to szczęście mieć taką pogodę już na początku czerwca, kiedy woda jest jeszcze za zimna dla wszystkich oprócz dzieci. Szkoła dopiero się miała skończyć, kolejki w najbardziej popularnych restauracjach nie były takie długie. Szczęście, mówili ludzie, jakby chcieli przekonać samych siebie. Szczęście. Całe szczęście.

Czy jest coś smutniejszego niż nieudacznicy wmawiający sobie, że im się poszczęściło? Też kiedyś taka była, ale z tym już koniec. Teraz nazywa rzeczy po imieniu, zaczynając od tych związanych z nią samą.

Kiedy Gregg zaczął coś napomykać o weekendowym wypadzie na plażę, zakładała, że wynajmą dom w Rehoboth albo Dewey. Może nie przy samej plaży, ale przynajmniej po wschodniej części autostrady.

No, rzeczywiście byli niedaleko plaży. Tylko wylądowali w Fenwick, po stronie zatoki, i mieszkali w piętrowym murowanym budynku z czterema małymi mieszkaniami, które w zasadzie były kawalerkami. Jeden duży prostokątny pokój dla nich i małej, ciasna kuchnia, łazienka z samym prysznicem bez wanny. I mrówki. Wszędzie czarne, falujące wężyki wędrujących mrówek.

– Na ostatnią chwilę mieli tylko to – powiedział Gregg. Poprawiła go w głowie: „Na ostatnią chwilę dla skner mieli tylko to”. Na pewno wzdłuż całego wybrzeża w Delaware była jakaś lepsza oferta, nawet przy rezerwacji na ostatnią chwilę.

Jani nie potrafiła zasnąć, jeśli w pokoju nie panowała kompletna ciemność, więc kładli ją do łóżka jak najpóźniej – o dwudziestej pierwszej albo dwudziestej drugiej. Alternatywą było położyć się o dwudziestej i leżeć w ciemności, nie dotykając się. Pierwszej nocy, jakoś około drugiej, Gregg próbował się do niej przysunąć. Rok, dwa lata temu byłoby to może nawet i podniecające – dobierać się do siebie po cichu w ciemności. Tyle że już od dawna nie widziała w Greggu nic pociągającego.

– Nie, nie, nie, obudzi się.

– Moglibyśmy dać jej trochę benadrylu.

To ją trochę zahamowało, kazało się zastanowić, czy nie powinna jednak zmienić planów, ale nie, musiała pociągnąć to dalej. Następnego dnia spytała go, czy naprawdę byłby w stanie to zrobić, czy dałby Jani benadryl. Upierał się, że to był tylko żart. Postanowiła mu uwierzyć. Gdyby mu nie uwierzyła, musiałaby zostać. A taka opcja w ogóle nie wchodziła w grę.

To była sobota. Włożyła zwiewną białą koszulę na strój kąpielowy, ale nawet ten lekki materiał podrażniał jej ramiona. Kuliła się pod parasolem, dygocząc, jakby było jej zimno. Tak się dzieje przy poważnych oparzeniach słonecznych – że człowiek drży na całym ciele. Gregg bawił się z Jani pośród fal. Dobrze sobie z nią radził. Tego nie musiała sobie wmawiać. Radził sobie dobrze, wystarczająco dobrze. Na tyle, ile potrzebowała.

Poszli na deptak, ten mniejszy, w Rehoboth – był lepszy dla małych dzieci takich jak Jani niż tamten w Ocean City. Gregg próbował wygrać jak największą pluszową pandę, żeby dać małej, ale za każdym razem zdobywał najwyżej nagrodę pocieszenia. „Przelicz to sobie”, chciała mu powiedzieć. Za te dwadzieścia dolarów, które wydał na strzelanie pistoletami na wodę w małe tarcze albo rzucanie kółkiem do celu, mógł kupić Jani coś znacznie lepszego.

W niedzielę obserwowała, jak budują zamek z piasku. Około jedenastej powiedziała, że ma już dość słońca i że wraca do domu. Do domu, hm. Do wynajmowanego mieszkania. Szosa była ruchliwa, przejście na drugą stronę trwało całe wieki. Przebrała się w letnią sukienkę, spakowała torbę, taką z grubego materiału, na kółkach, potem napisała liścik, który zamierzała dołączyć do tego, który przywiozła ze sobą. Bała się, co mogłoby się zdarzyć, gdyby go nie zostawiła. Liściki i tak były bardziej dla Jani niż Gregga.

Stoczyła podskakującą torbę po schodach, potem skierowała się na szosę i przeszła poboczem prawie pół kilometra do drogi stanowej, gdzie zamierzała złapać autobus do dworca Greyhound w Ocean City. Stamtąd pojechałaby do Baltimore, mając świadomość, że nie może tam zostać długo. Zbyt łatwo byłoby ją znaleźć, znów wpadłaby w błędne koło pewnych przyzwyczajeń.

Starszy pan w cadillacu zaproponował, że podwiezie ją do Waszyngtonu i stwierdziła, że w sumie nie jest to zły pomysł. Ale potem zaczął się zachowywać jak zboczeniec, a jego stare palce skradały się w kierunku jej kolan jak jakieś artretyczne pająki, więc powiedziała:

– Niech mnie pan wysadzi tutaj.

Znalazła się w Belleville. „Jedno z dziesięciu najmniejszych miast w Ameryce”, głosił nowiutki, błyszczący znak.

Teraz, widząc Belleville w jasnym porannym świetle, zastanawia się, jak wygląda pozostałe dziewięć.

Wcale nie miała jakoś dużo czasu. Gregg zobaczył liścik pewnie koło południa, kiedy wrócili coś zjeść. Prawdopodobnie bardziej go wkurzyło, że nie zrobiła im kanapek ani nie nakryła do stołu. Nie kochał jej, ona jego też nie. Jedną nogą był już za drzwiami. Zostawiłby ją, znalazłby jakieś mieszkanie. Nie płaciłby alimentów – a przynajmniej musiałaby się wiecznie o nie upominać. Pewnie musiałaby znaleźć pracę. To czemu nie przyspieszyć tego wszystkiego i nie poszukać pracy, ale zostawić mu Jani, pokazać, jak wygląda rodzicielstwo na pełny etat? Nie da mu się złapać w pułapkę.

Jak człowiek ma za sobą więzienie – nawet jeśli odsiadka nie trwała długo – to nie lubi czuć się uwiązany.

Co dalej? Wiele rzeczy przemyślała, ale nie wszystko. Musi zarobić trochę pieniędzy, tyle, by do jesieni ruszyć na zachód. Zakładała, że zarobi je w Waszyngtonie, natomiast może łatwiej zrobić to tutaj.

Z pewnością trudniej będzie ją znaleźć.

Idzie do centrum miasteczka wzdłuż teoretycznie głównej ulicy, która oczywiście nazywa się Main Street. Są tam delikatesy, sklep spożywczy Langley’s, sklep z rzeczami używanymi Purple Heart, kwiaciarnia. Ale większość lokali stoi pusta, i to od dawna, sądząc po tym, jak wyglądają.

Zawraca w stronę motelu i baru, do którego poszła zeszłego wieczoru, po tym jak postanowiła nagle zakończyć swoją podróż autostopem. High-Ho. To chyba miało być Heigh-Ho?

Ten facet siedzący w barze poprzedniego wieczoru był nieprzyzwoicie przystojny, trochę w jej typie, choć i tak nie była zainteresowana. Niemniej jednak zaskoczyło ją, nawet nieco uraziło, że tak łatwo się poddał.

Samochód pojawia się nie wiadomo skąd, a ona podskakuje przestraszona. Ale przecież za wcześnie, żeby ktoś jej szukał, a zostawienie rodziny na plaży nie jest niezgodne z prawem. Dziwne, że więcej kobiet tego nie robi. Wzięła ten pomysł z książki, którą przeczytała dwa miesiące temu. No dobra, tak do końca jej nie przeczytała, a swoją ucieczkę planowała już od jakiegoś czasu. Wszyscy mówili o tej książce, jakby to była bajka. „Nie macie pojęcia” – chciała powiedzieć swoim sąsiadom mieszkającym przy Kentucky Avenue. – „Nie macie pojęcia, co to znaczy odejść, do czego to zmusza człowieka”.

Pieniądze. Ma trochę. Potrzebuje więcej.

Ten facet z wczoraj – spodobała mu się, jest tego pewna. Ale nie zamierza popełnić znowu tego samego błędu. Ma wystarczająco dużo pieniędzy, żeby przeżyć dwa, trzy tygodnie. Zbliża się lato i na pewno da radę jeszcze znaleźć jakąś sezonową pracę. Zastanawia się, kiedy Gregg sprawdzi, ile oszczędności wypłaciła z ich wspólnego konta w tym ostatnim tygodniu przed „wakacjami”. Połowę, czyli dokładnie tyle, ile jej się należało.

Pieniądze wkurzą go o wiele bardziej niż samo to, że odeszła. „Ciesz się, że z Jani jest tak łatwo” – ma ochotę mu powiedzieć. „Wyobraź sobie, co by się działo, gdyby było inaczej”. On by nie potrafił. Gregg nie jest w stanie sobie niczego wyobrazić. Życie układa się tak, jak on tego oczekuje. Nawet niespodzianki – Jani, ich małżeństwo – tak naprawdę go nie zaskakują. Ona też kiedyś taka była. Ale już dłużej nie chce.

W motelu znów spotyka mężczyznę z baru – opiera się o framugę w drzwiach pokoju numer 3. To może być zbieg okoliczności. Wszyscy mają życie, u każdego coś się dzieje. Nie można myśleć, że wszystko bez przerwy kręci się wokół ciebie, to błąd.

– Cześć – mówi. To ten typ faceta, że wystarczy jedno słowo. Cześć. Jest przystojny w oczywisty sposób i pewnie uważa, że więcej nie potrzeba. Prawdopodobnie tak było w wypadku większości kobiet. Ona porusza palcami w geście przypominającym przywitanie, ale trzyma dłoń przy boku, jakby nie był wart podejmowania trudu, jakim jest zgięcie łokcia.

– Jak długo zostajesz? – pyta mężczyzna.

– A kto chce wiedzieć?

– Zgaduję, że wszyscy faceci w mieście.

Tak bardzo typowe. I zupełnie nieprawdziwe. Potrafi być osobą, która przyciąga męskie spojrzenia, ale chwilowo wyłączyła u siebie tę opcję, może nawet na zawsze. Jedyne, co jej to przynosiło, to kłopoty.

– Jestem Adam Bosk – mówi. – Prawie jak te gruszki.

– A ja Pink Lady – odpowiada. – Prawie jak te jabłka.

– To chyba i tak możemy się zaprzyjaźnić: ja gruszka, ty jabłko?

– Szkoda, że jabłko to zakazany owoc.

Mija go i znika w swoim pokoju.

*

Nie wychodzi aż do zachodu słońca, dopiero o dwudziestej trzydzieści. Niektórzy pewnie by oszaleli zamknięci w motelowym pokoju, za jedyne pożywienie mając paczkę krakersów serowych z masłem orzechowym znalezioną w torebce. Typowe wyposażenie matczynej torebki. Gregg będzie musiał nauczyć się takich sztuczek. Z Jani jest łatwo, dopóki nie zgłodnieje – bo wtedy to wszystko się może zdarzyć.

Podoba jej się ta cisza, ta nowa świadomość, że nikt jej nie potrzebuje, nie woła, nie trzeba niczego posprzątać, ugotować ani zmyć. Nawet nie włącza telewizora, po prostu leży na łóżku, delektując się w ciszy własnym towarzystwem.

Kiedy przechodzi przez ulicę, patrząc, jak wielkie czerwone słońce znika za polami kukurydzy, ma przeczucie, że on tam będzie – Pan Gruszka. I jest. Siada tak, żeby dzielił ich jeden stołek przy barze.

– Co bierzesz? – pyta on.

– A ile masz kasy?

Śmieje się. Zawsze myślą, że żartuje. Gregg też tak myślał, na pewno. Żałuje, że nie może powiedzieć: „Słuchaj uważnie. Nawet nie zdradziłam ci jeszcze mojego imienia, a już ci mówię, kim jestem i na czym mi zależy”.

– Jak się nazywasz, Pink Lady? – pyta, jakby czytał jej w myślach. – Chociaż różowa nie pobędziesz już długo. Pod tym poparzeniem kryje się całkiem ładna brązowa opalenizna. Nie wiedziałem, że rude mogą się tak opalić.

Jak się nazywa? Którego imienia powinna użyć?

– Polly Costello – odpowiada.

Rozdział 3

Jani budzi się z płaczem. Woła mamę. Ma dopiero trzy lata. Nie rozumie, co się dzieje. Nawet Gregg ledwo to pojmuje. Dziewczynka prosi, żeby jeszcze raz przeczytał liścik, jakby coś mogło się zmienić, od kiedy czytał go zeszłego wieczoru i wczoraj podczas obiadu, i wczoraj rano, i w poprzedni wieczór. Liścik rzeczywiście się zmienia. Za każdym razem Gregg dodaje do treści coś innego. Na przykład: „Kocham cię, Jani”. A następnym razem: „Kocham cię ponad wszystko, Jani”. Myśli sobie później, że może dobrze byłoby dodać też coś w stylu „Bądź dobra dla tatusia, jemu będzie jeszcze trudniej”.

Pauline zniknęła zaledwie dwa dni temu, a liścik już jest pognieciony i zniszczony. Śpiąc, Jani trzyma go przy twarzy – ściśnięty pomiędzy policzkiem a pluszowym kotem. Zasypia z płaczem, budzi się z płaczem. We śnie ma koszmary, przez które zawodzi, mamrocze i jęczy, ale się nie budzi. Za to budzi Gregga.

Co za kobieta porzuca rodzinę? Gregg zna odpowiedź na to pytanie. Taka, którą poderwał w barze cztery lata wcześniej właśnie ze względu na tę energię jak u dzikiego kota. Z Pauline miał się dobrze bawić, nic poza tym. Drapała, gryzła, była chętna zawsze, wszędzie i na wszystko.

I nagle, w samym środku tego wakacyjnego przelotnego romansu, nasikała na kawałek plastiku, a w kółku pojawił się plus, chociaż nie miałby nic przeciwko, gdyby to jednak był minus. Bo okazało się, że ona tak naprawdę jest grzeczną dziewczynką. Na tyle grzeczną, żeby nie brać pod uwagę aborcji. Tego nie przewidział. Poza tym miała już trzydzieści jeden lat i pomyślała, że może to ostatnia szansa na dziecko. Czy to był znak? Jakieś przeznaczenie?

Pobrali się niedługo potem. Na początku nie było źle. Dużo się działo. Powiedziała, że nie chce wielkiego ślubu, bo nie ma nikogo bliskiego i byłoby jej smutno, gdyby widziała pustki po swojej stronie kościoła, więc pobrali się w urzędzie, a pieniądze, które poszłyby na organizację wesela, wykorzystali na podróż poślubną na Jamajkę – do jednego z tych kurortów, gdzie wszystko jest wliczone w cenę. Wyszło im to tanio, bo był ostatni tydzień października, końcówka sezonu huraganów.

Musieli znaleźć dom, w którym byliby w stanie pomieścić się w trójkę, i trafiła im się okazja niedaleko Herring Run Park – przytulne, niewielkie mieszkanie w budynku z cegły, bardzo porządne, ze stolarką i oknami witrażowymi w całkiem dobrym stanie. Pojawiła się Jani. Dla obojga było to pierwsze dziecko, ale Pauline była spokojna, on natomiast w totalnej rozsypce. Jak teraz się nad tym zastanawia, może to były pierwsze oznaki tego, że coś z nią jest nie tak? Która kobieta jest tak spokojna, kiedy zajmuje się swoim pierwszym dzieckiem? Wtedy sądził, że po prostu macierzyństwo ma we krwi, ale może to był dowód na stan dokładnie odwrotny? Jest beznamiętna, zdystansowana – opiekun, a nie rodzic.

Po narodzinach Jani trochę przyhamowali z seksem, wciąż jednak był na tyle dobry, by Gregg wściekał się, że nie uprawiają go częściej. Ona powiedziała, że jeśli ma poświęcać mu więcej uwagi, potrzebuje pomocy w domu. Gregg wychował się bez ojca, a matka harowała całą dobę na okrągło – w domu i poza nim – żeby jej syn na pewno wiedział, jakie są jego męskie obowiązki. Pauline nawet nie miała pracy. Czym się niby tak męczyła?

Kiedy Jani skończyła dwa lata, Pauline nadal była zmęczona i gdzieś uleciała ekscytacja nową rzeczywistością – małżeństwem, domem, dzieckiem, nią. Nie zostało już nic, co by im pomogło zapomnieć, że po prostu nie bardzo się lubią. Ale seks nadal był dobry. Patrząc na to z perspektywy czasu, Gregg dochodzi do wniosku, że ona właśnie to traktowała jako swoją pracę – taką, którą lubiła. Kiedy słuchał kolegów z biura, na początku nie mógł powstrzymać zadowolenia z siebie, bo u niego było inaczej. Teraz jednak już wiedział, że to była kolejna oznaka jej nienaturalności. Kobieta nie powinna taka być, kiedy zostaje matką. Pauline była niegrzeczną dziewczynką. Nie została stworzona do bycia matką, żoną. Jak mogło mu to umknąć?

I wtedy Pauline – trudno mu to przyznać nawet przed samym sobą – zaczęła go bić. W trakcie. On pierwszy dał jej klapsa, nie mocno, tak dla zabawy, żeby trochę podkręcić atmosferę w łóżku. Zawyła, zupełnie nieadekwatnie do poziomu bólu, i próbowała go podrapać.

A kiedy się uspokoiła, spytała, czy chciałby zobaczyć, jak to jest. Nie chciał, ale nie mógł wyjść na mięczaka. Strzeliła go w policzek. Mimo że bolało, nie mówił za dużo, bo wyszłoby, że jest twardsza od niego. On oczywiście się powstrzymał, nie użył całej swojej siły, to byłoby nieprzyzwoite, za to ona w ogóle się nie hamowała. Piekło. Bolało. I było ekscytująco.

I w końcu, jakieś dwa miesiące temu, ich zacięte kłótnie o codzienne sprawy przełożyły się także na ich seks i nawet to już nie sprawiało mu przyjemności. Gregg miał koleżankę z pracy, Mandy, która poszła z nim na lunch, wysłuchała i współczuła. Zaczął zostawać do późna, twierdząc, że wyrabia nadgodziny. Mieli akurat refinansowania, więc brzmiało to wiarygodnie. A potem wracał do domu, do Pauline, przepełniony tym dziwnym, tajemniczym gniewem.

Zaczął bywać w barze, w którym poznał Pauline, i owszem, czasem zabierał przypadkowe dziewczyny na numerek na parkingu. Seks nigdy nie był tak dobry jak z Pauline na samym początku ich związku, ale i tak lepszy od tego, co robili teraz – czyli w zasadzie nic.

Zaproponował wakacje nad morzem jako ostatni rodzinny wyjazd, żeby sprawdzić, czy jest jeszcze dla nich szansa. Kawalerkę wynajął nieprzypadkowo – pozwalała na prawdziwą radosną bliskość. Ale po głowie już mu się kołatała myśl o wyprowadzce. Mama przyjęłaby go z powrotem, zawsze mógł na nią liczyć.

A teraz to Pauline się wyprowadziła, zostawiając go z dzieciakiem. Do niego napisała osobny list, nie pokazał go Jani. Był rzeczowy i bez emocji. Co więcej, napisała go na komputerze, czyli prawdopodobnie wymęczyła go w bibliotece, gdzie można było pracować na edytorze tekstu.

„Powiadomię Cię o swoich planach jak najszybciej. Wiem, że chcesz wziąć rozwód, więc zróbmy to szybko i bezboleśnie. Na ten moment najlepiej będzie, jeśli Jani zostanie z Tobą – w swoim domu, który dobrze zna. Zadzwonię, jak znajdę jakieś mieszkanie”.

A teraz jest już wtorek, ostatni dzień ich „wakacji”. Z trudem przebrnął przez ostatnie czterdzieści osiem godzin, jak gdyby koniec tego urlopu był swego rodzaju linią mety. Nie może uwierzyć, jak ciężko zajmować się dzieckiem dwadzieścia cztery godziny na dobę, chociaż wmawia sobie, że to dlatego, że nie są u siebie w domu i nie mają przy sobie wszystkich potrzebnych rzeczy. Pakując się na wyjazd, zdaje sobie sprawę, że życie potoczy się dalej, że kiedy wrócą do domu, będzie miał jeszcze więcej problemów. Co ma zrobić z opieką nad dzieckiem? Kocha Jani, ale Chryste, przecież nie będzie samotnym ojcem.

Kara za przedłużenie pobytu nawet o minutę i nieopuszczenie pokoju do jedenastej wynosi sto dwadzieścia pięć dolarów, nawet we wtorki. Jani chciała jeszcze ostatni raz spędzić poranek na plaży, Gregg jednak nie jest w stanie ich spakować, posprzątać na tyle, żeby odzyskać kaucję, i jeszcze iść nad morze. Jani cały czas jęczy i objawia prawdziwy talent do robienia bałaganu właśnie tam, gdzie już zdążył posprzątać – włazi w kupkę pozamiatanego piachu, zostawia lepkie ślady na urządzeniach, stołach i ścianach. Udaje im się dotrzeć do recepcji z ledwie kilkuminutowym zapasem – za trzy jedenasta na zegarze.

Już w aucie Gregg odwraca się, żeby lepiej widzieć przy wycofywaniu z podjazdu, a jego wzrok pada na Jani, która siedzi w foteliku i przyciska do policzka ten cholerny liścik. W ogóle nie przypomina swojej matki. Gdyby nie to, że był obecny nie tylko w szpitalu przy narodzinach Jani, ale też podczas całej ciąży, mocno by się zastanawiał, czy kobieta jest w stanie oszukać męża, że urodziła dziecko. Od samego początku Jani wyglądała dokładnie jak on.

– To sprawka ewolucji – wyjaśniła mu Pauline. – Ojcowie odrzuciliby swoje dzieci, gdyby nie wyglądały tak jak oni. Z czasem upodobni się też do mnie.

Minęły trzy lata, a ta mała dziewczynka w samochodzie nadal wygląda jak jego żeńska wersja. Gdyby zestawić ich zdjęcia z dzieciństwa, można by pomyśleć, że są bliźniętami dwujajowymi. W twarzy Jani nie ma ani śladu jej matki.

Pauline nie zostawi mu tego dzieciaka na głowie. Znajdzie ją, zmusi, żeby zrobiła, co do niej należy. To on miał się wyprowadzić, zacząć nowy etap w życiu.

– Dziwka – mruczy pod nosem.

– Co, tatusiu?

– Nic.

Jedzie ponad trzy kilometry szosą, po czym zbyt gwałtownie bierze zakręt w lewo na stanową numer 26 i deska surfingowa, którą przywiązał to dachu, wyślizguje się spod liny. Kierowcy dookoła trąbią klaksonami, jak gdyby celowo odstawił taki cyrk. Zostawiłby tę deskę na poboczu, ale to by oznaczało, że wcale nie jest lepszy od Pauline. Zatrzymuje się, naprawia co trzeba, a potem próbuje wbić się z powrotem w sznur samochodów jadących na zachód – korek jest zaskakująco duży jak na zwykły czerwcowy wtorek. Boże, pogrzeb... Umarł chyba najpopularniejszy koleś w Bethany Beach, bo korek ciągnie się na dwadzieścia, trzydzieści aut. Ten niefart to też jej wina, kolejna pozycja na nieustająco powiększającej się liście. Zrujnowała mu życie. Albo przynajmniej próbowała. Znajdzie ją i zmusi, żeby zrobiła, co do niej należy. Jeszcze mu za to zapłaci.

Pamięta to pierwsze uderzenie – po tym, jak jej pozwolił – tak mocne, że łzy niemal stanęły mu w oczach. Jak gdyby od dawna czekała, żeby go uderzyć.

Rozdział 4

W początkowych etapach swojego pierwszego małżeństwa – a im mniej o nim mówić, tym lepiej – Polly czasem tak bardzo denerwowała się na męża, że wysiadała z auta. Najpierw tylko na światłach albo kiedy się zatrzymywał na stopie. W końcu zaczęła też wyskakiwać przy małej prędkości. Nigdy przy większej niż dziesięć czy piętnaście kilometrów na godzinę, zazwyczaj na parkingu, ale nawet to już było niebezpieczne, zwłaszcza jeśli ktoś – tak jak ona – próbował wylądować na ziemi obunóż. Nigdy się nie przewróciła ani nie przejechała po betonie, nigdy nie zdarła skóry na rękach. Chciała, żeby widział, jak wyskakuje, obraca się i zmierza w innym kierunku, i żeby miał pełną świadomość, że nie da rady tak łatwo za nią podążyć.

Ale oboje wiedzieli, że w końcu i tak będzie musiała wrócić do domu.

Czemu nie mogła zakończyć tego małżeństwa równie łatwo, jak wyskoczyć z samochodu męża? Częściowo z powodu pieniędzy, oczywiście. Powrót do domu nic jej nie kosztował, pomijając bicie. Żeby odejść, potrzebowałaby pieniędzy. I planu. Ucieczka z samochodu była odwrotnością planu, chwilowym wyjściem. „Nie jestem w potrzasku. Wracam z własnej woli”. Kłamstwo, które mówiła tylko sobie, ale w tamtych dniach miało ogromną moc. Kłamstwo, które w końcu zamieniła w prawdę, choć zabrało to dużo czasu. Czasu i pieniędzy. Wszystko, co jest warte zachodu, wymaga czasu i pieniędzy.

O wilku mowa – przechodzi na drugą stronę szosy i przekracza próg High-Ho chwilę po czwartej. Na tyle wcześnie, że jest jeszcze spokojnie, ale na tyle późno, żeby nie wyjść na niesolidną. Pijaki lubią pracować w barach. Kiedyś znała kolesia, który uważał się za wielkiego filozofa i lubił mawiać: „Jak lubisz słonie, pracujesz w cyrku. Jak lubisz małe dzieci, to szukasz takiej pracy, która pozwoli ci się wokół nich kręcić – szkoła, zuchy, przedszkole. A pijaki lubią pracować w barach”. Polly od trzech dni zagadywała barmankę, żeby nawiązać z nią bliższe stosunki, równocześnie ignorując mężczyznę, który zatrzymał się w tym samym motelu co ona. Pan nr 3, jak go nazwała w głowie, chociaż już poznała jego imię. Kiedyś podsłuchała, jak opowiadał barmance, że jego ciężarówka ma uszkodzony korbowód, więc ruszy w dalszą podróż, jak tylko znajdą brakującą część.

– Nie szukacie kogoś do pomocy? – pyta Polly barmankę.

– Może na pół etatu – odpowiada kobieta. – W weekendy i wieczorami potrzebujemy kelnerki, która pomoże w roznoszeniu jedzenia. Ale jeśli potrzebujesz pracy, lepiej, jak spróbujesz na wschód, bliżej plaży. Bez względu na to, ile osób zatrudnią latem nad morzem, ciągle brakuje ludzi i zawsze ktoś nie wytrzymuje tempa ani turystów. No i tam jest lepsza kasa.

– To czemu nie pracujesz tam? – Polly wyjmuje paczkę papierosów i przesuwa w jej stronę. Barmanka częstuje się jednym. Ma urodę porcelanowej lalki z rumianymi policzkami, ale zawsze śmierdzi papierosami – co rusz robi sobie przerwę i pali na parkingu. Polly natomiast jest jedną z tych osób, które mogłyby rzucić palenie z dnia na dzień.

– To godzina drogi stąd, za daleko dla mnie. Może gdybym mieszkała w Seaford albo Dagsboro, ale nie tutaj. Nienawidzę jeździć w nocy dwupasmówką. Dzieciaki jeżdżą za szybko na zakrętach, starzy za wolno, wszędzie kontrole radarowe. Lepiej zarabiać tyle, co potrzeba, tydzień w tydzień i trzymać się z dala od turystów. I tak dają słabe napiwki. Wszyscy są tylko przejazdem.

Polly postanawia nie wytykać jej, że dopiero co powiedziała, że nad morzem lepiej płacą.

– Ile bym zarobiła tutaj, na pół etatu?

– Cztery wieczory w tygodniu, w tym jeden w weekend? Może z dwieście dolarów, głównie w gotówce. Tylko musisz być dobra. Jesteś?

– Tak sądzę.

– Nie mam nic przeciwko, żeby mi było trochę luźniej. Żeby wziąć sobie wolne któregoś wieczoru. Ale to szef decyduje.

– A jeśli potrzebuję pracy na czarno?

– Czemu chcesz pracować na czarno?

– Nie chcę, tylko muszę.

– Ktoś cię szuka?

– Nie dlatego, że zrobiłam coś złego. Po prostu gdyby mnie znaleziono, cóż, mogłoby się zrobić nieciekawie. – Uśmiecha się. – Nie jestem pierwszą kobietą, która popełniła błąd, nie?

Jak się nie powie za dużo, ludzie sami dopowiadają sobie co trzeba, zazwyczaj na twoją korzyść. Polly pojawiła się znikąd, mieszka w motelu, który opłaca za tydzień. Ma niknącego już siniaka na szczęce. Tak naprawdę to sprawka Jani, która przypadkowo uderzyła ją głową, ale dla obcych jest to po prostu fioletowo-zielony cień na prawej stronie twarzy. Dotyka go teraz, półświadomie, potem odrywa dłoń, jak gdyby nie chciała przyciągać niczyjej uwagi. Zabawne, dotykanie tego siniaka to prawie jak dotykanie Jani, wdychanie tych wszystkich zapachów małego dziecka. „To najlepsze rozwiązanie”, musi sobie przypominać. „W dłuższej perspektywie to wyjdzie Jani na dobre”.

– Pogadam z szefem. Nazywa się Cosimo, ale za jego plecami nazywamy go Casper, a przy nim Pan C.

– Casper?

– Jest biały jak ten duszek z bajki. Tak w ogóle to jestem Cath.

– Miło cię poznać, Cath.

Cath idzie do kuchni i nie wraca. Czas mija. Pięć minut, dziesięć. Wchodzi dwóch starszych mężczyzn. Polly widziała ich tutaj już wcześniej, piją najtańsze piwo z beczki. Przesuwa się za kontuar, nalewa im dwa piwa i spisuje transakcję na serwetce. Ci dwaj zawsze kupują na krechę, jest tego pewna.

Kiedy barmanka wraca z szefem, zastają Polly za barem. Jej tupet nie do końca im odpowiada, ale w sumie też niespecjalnie przeszkadza. Przynajmniej wykazała inicjatywę.

– Ktoś tu jest gotowy, żeby zacząć pracę? – pyta Cosimo-Casper. Pan C. Naprawdę jest biały, niebiesko-biały. Jego skóra prawie się świeci, chociaż nie jest albinosem. Może tak wygląda ostatni etap przed byciem albinosem. – Od zaraz?

– Po prostu próbowałam pomóc. Wiem, że ci dwaj nie lubią czekać.

– Tak? Co jeszcze o nich wiesz? – pyta Cath.

– Nazywają się Max i Ernest. – Polly wskazuje brodą każdego po kolei. – W weekendy przychodzą około siedemnastej, ale w tygodniu pojawiają się tu jeszcze przed wiadomościami o siedemnastej. Piją Natty Boh. Dużo gadają o polityce. I o czynniku pomarańczowym i DDT. Twierdzą, że jedzenie smakowało lepiej, jak mogli używać DDT, więc podejrzewam, że jeden z nich przed emeryturą zajmował się opryskiwaniem pól albo po prostu pracował kiedyś w DuPoncie. Ostrzegli mnie też, Panie C., że trzymasz broń w szufladzie, więc nie ma co myśleć o wyciągnięciu choćby dolara z kasy.

Stali klienci baru śmieją się pod nosem i kiwają głowami, a Pan C. zdaje się oczarowany tym, że użyła jego ksywki. Polly zawsze przekonuje do siebie mężczyzn, jeśli tylko się postara. Cath wydaje się już nieco mniej przyjazna. Kobiety za nią nie przepadają. Czują się przez nią zagrożone, co jest głupie. W życiu nie odbiłaby komuś faceta i wcale się nie prosi o takie zainteresowanie ze strony mężczyzn. Problem polega na tym, że jeśli któryś jej pragnie, nic nie jest w stanie go powstrzymać. I w końcu zawsze im się udaje. Na początku ich żałuje, a na koniec żałuje siebie.

– Kiedy możesz zacząć? – pyta Pan C.

– A kiedy pan potrzebuje?

– Spróbujmy teraz, zobaczymy, jak ci pójdzie.

Kiedy Pan nr 3 pojawia się w barze, oddziela ich od siebie więcej niż tylko dwa stołki – tym razem jest to cała szerokość kontuaru. Nie spodziewał się tego, zauważa Polly. Ale teraz musi z nim rozmawiać, brać udział w tej jego cichej, nie do końca przypominającej flirt grze, bo to wszystko zdecyduje, gdzie ona spędzi noc i co zje. Napiwki. Trzeba wiele rzeczy przełknąć, żeby dobrze na nich zarobić. Zaczęła już przeglądać oferty w „PennySaver”, piśmie z anonsami, w poszukiwaniu jakiegoś niedrogiego lokum. Dziś oglądała duże mieszkanie nad pustym sklepem taniej sieci Ben Franklin na Main Street. Można spokojnie dojść stąd na piechotę. Mieszkanie nie jest jakieś wyjątkowe, ale za to wielkie i kosztuje tylko trzysta dolarów za miesiąc. Podoba jej się wizja tych dwóch ogromnych pokoi tylko dla niej. Nie nastawiałaby w nich mebli, nawet gdyby mogła.

Pochyla się ponad barem. Max i Ernest już zdążyli powymieniać swoje sprośne żarty, teraz rechoczą między sobą. To dziwne, że tak bardzo schudła, a jej piersi nie zmalały ani trochę. Jednak to, że wyglądają, jakby nie należały do jej ciała, nie znaczy, że należą do całego świata. Za każdym razem, kiedy dorabia jako kelnerka, przysięga sobie, że to już ostatni raz. Ale jest w tym dobra, poza tym uwielbia po pracy zabierać wypłatę do domu. Nie ma nic lepszego niż pieniądze.

– Czyli zostajesz na dłużej? – pyta Pan nr 3. Adam, pierwszy mężczyzna na ziemi, z tym że ten woli gruszki od jabłek.

– Na razie tak.

– Będziesz dalej mieszkać w motelu?

– Raczej nie.

– Będziemy tęsknić.

– Wpadnę z wizytą. Jeśli dostanę zaproszenie.

Czeka, aż Adam zrozumie aluzję, ten znak zapytania, który kryje się gdzieś na końcu zdania. Wmawia sobie, że jest wystarczająco znudzona, żeby dać mu szansę na to, co i tak jest nieuniknione. I tak ostatecznie skończy z kimś z tego miasteczka, więc czemu nie z tym tutaj? Trudno zmienić nawyki, nie szukać opiekuna – mimo że jeszcze nigdy nie znalazła odpowiedniej osoby. Jest jak Złotowłosa od trzech niedźwiedzi – pierwszy był zbyt brutalny, drugi za słaby. Do trzech razy sztuka? Chyba że wszystko zepsuje, tak jak to się stało z krzesłem jednego z niedźwiadków.

W myślach już widzi, jak siedzi na skraju jego łóżka i popija colę z burbonem z plastikowego kubka, przeciągając się, wyginając ciało w łuk, dotykając wierzchu jego dłoni. Mężczyźni są tacy łatwi.

A on jej nie zaprasza.

Pieprzyć go.

W sumie kto wie – może jeszcze do tego dojdzie.

Rozdział 5

Kiedy Polly Pink Lady sugeruje, że czeka na zaproszenie, Adam reaguje przesadnie, nie reagując wcale. Udaje głupiego, ale tej gry aktorskiej do końca nie opanował. Może powinien był się zgodzić. Przecież nie trzeba przespać się z ładną kobietą tylko dlatego, że po pracy wpada na drinka do pokoju w motelu. Nie ma żadnej złotej zasady odnośnie do takich sytuacji.

Co prawda ona nie przestrzega żadnych zasad. To dlatego Adam się tu znalazł. Ostrzegano go. „Będzie chciała się z tobą przespać, jeśli za bardzo się do niej zbliżysz. Ona taka jest”.

Postanowił nie pytać, skąd jego klient ma taką wiedzę.

Tyle że ta dziewczyna nie zawsze robi to, co powinna. Kto by przewidział, że ulotni się z wakacji nad morzem, ot tak zostawiając swoją rodzinę? Zamierzał zbliżyć się do jej męża podczas wycieczki do Fenwick, poznać go, nawiązać męską więź. „O, mieszkasz w Baltimore? Gdzie? Po północno-wschodniej stronie – ja też”. Wybadałby, jak dużo tamten wie. Dałby sobie rękę uciąć, że praktycznie nic. Adam był zaskoczony, kiedy zostawiła ich na plaży, wróciła do domu i spakowała swoje rzeczy.

To było chyba przeczucie, bo on też zszedł z plaży, obserwował dom, widział, jak Polly wychodzi i ciągnie za sobą walizkę wzdłuż szosy, a potem wsiada do czyjegoś samochodu. Zaczął go dyskretnie śledzić.

Na całe szczęście na zachód od plaży odchodzą tylko dwie drogi – 50 i 404 – i prawie wszyscy, opuszczając wybrzeże Delaware, wybierają 404. Kiedy wysiadła w Belleville, on zrobił to samo. Dobrze, że w swojej ciężarówce zawsze ma torbę z rzeczami na zmianę – spakowaną i gotową na nagłe sytuacje. Jasne, następnego dnia musiał wrócić do Fenwick, wymeldować się z motelu i zabrać resztę rzeczy, ryzykując, że dziewczyna znowu gdzieś się przeniesie. Ale kiedy wrócił, nadal tu była, siedziała sobie w High-Ho.

A teraz znalazła pracę w barze, prawie wprosiła mu się do łóżka, a on niewłaściwie zareagował. Więc jest na niego wściekła.

Co może na to poradzić? Nadal chodzi do baru i niezmiennie twierdzi, że jego ciężarówka jest jak jakiś cholerny maserati, więc nie da się jej łatwo naprawić, nawet w tak dużym mieście jak Salisbury. Polly za każdym razem, kiedy podaje mu piwo, odzywa się jak najmniej. Już więcej uwagi poświęca tym dwóm starym gościom, chociaż dają słabe napiwki. Jej chłód nie jest wcale oczywisty – Polly jest za dobra, żeby zmrozić zwykłego faceta. Zachowuje się wobec niego obojętnie. Tego słowa mu brakowało. Stał się niewidzialny, teraz jest tylko zarysem poprzedniego siebie, pije piwo i zostawia przyzwoity napiwek. Dawanie zbyt dużego napiwku byłoby błędem, nawet pomijając fakt, że dysponuje nie swoimi pieniędzmi. Ona ignoruje jego, on ignoruje to, że jest ignorowany. To wyczerpujące i nie tak fajne jak ich powolne podchody, kiedy jeszcze siedzieli po tej samej stronie baru. Przypomina mu to japoński horror, który widział jako dziecko – ten, którego nikt inny jakoś nie pamięta. Ciągle komuś o nim opowiada i zawsze spotyka się z brakiem reakcji. Tamten film przypominał Plazmę, tylko że w tym wypadku to strumień gorącej cieczy atomowej spływał po ulicach Tokio i każdy, kto go dotknął, wyparowywał w mgnieniu oka.

Jak długo jeszcze da radę kwitnąć w Belleville?

*

Uśmiech losu objawia się w formie tekturowego pudła z pomidorami San Marzano, zostawionego przez kogoś w wilgotnym miejscu. Rozmiękczony karton się rozdziera. Puszki spadają nagłą lawiną prosto na stopę kucharza – osłoniętą jedynie paskiem klapka. Biedak może i przeżyłby złamany palec u nogi, natomiast do tego jeszcze rozharatał sobie palec wskazujący u ręki – nożem, za który przypadkowo chwycił, tracąc równowagę. Właściciel, Pan C. – Adam jeszcze nie wie, co się kryje za literką „C” – wywiesza informację, że szuka tymczasowej pomocy kuchennej. Cath mówi, że jak trzeba, szef potrafi gotować, ale latem woli tego nie robić. Trudno powiedzieć, czym zajmuje się przez całe dnie, biorąc pod uwagę, że jest tak upiornie blady.

I w taki sposób praca, którą Adam wykonywał po szkole w restauracji „wujka” Claude’a w San Mateo, oraz czas spędzony w CIA – Culinary Institute of America, Amerykańskim Instytucie Kulinarnym, nie agencji szpiegowskiej – ratuje sytuację. Gotował też kiedyś przez kilka miesięcy na jachcie pewnego bogacza, coś mu jednak mówi, że tym elementem swojego CV lepiej się nie chwalić.

Panu C. wystarczy pięciominutowa rozmowa z Adamem, żeby zdjąć ogłoszenie „Potrzebujemy ludzi do pracy”. Twierdzi, że to on będzie głównym kucharzem, a Adam przyda się do brudnej roboty, ale ponieważ jest leniwy, nie mijają trzy dni i Adam zajmuje się już wszystkim.

Klienci zaczynają chwalić jedzenie. Adam, który w zasadzie nie może się wymądrzać, namawia Pana C., żeby zaczęli korzystać z usług lepszych dostawców, żeby pozwolił mu używać lokalnych produktów, choć jeszcze za wcześnie na pomidory, i wydawać trochę więcej na ważne składniki – jak wołowina albo owoce morza. Tani kurczak jest w porządku – ludzie, którzy w takich miejscach jak ten bar zamawiają kanapki z kurczakiem, nie mają kubków smakowych. Poza tym miejscowi rzadko biorą kurczaka. Adam nie jest pewien, czy to po prostu kwestia lojalności wobec członków organizacji Kiwanis, którzy co weekend rozstawiają grilla na poboczu, czy jednak chodzi o to, że te okolice to kraina drobiu. Przejeżdża się wzdłuż tych długich, niskich klatek, wdycha się powietrze – i to wystarczy, żeby zniechęcić człowieka do kurczaka, z całym szacunkiem, Panie Perdue.

Biznes się rozkręca, co odpowiada wszystkim. Pan C. potrzebuje obydwu kelnerek na większość wieczorów i jedną podczas lunchu. Napiwki zrobiły się większe.

A Adamowi udaje się utrzymywać miłe i profesjonalne stosunki z nową barmanką, „Polly Costello”.

– Polly – piękne imię dla pięknej dziewczyny – zagaduje, celowo zachowując się wieśniacko. Nie zaskarbia sobie tym uśmiechu. – Polly to skrót od jakiegoś dłuższego imienia?

– Nie – odpowiada.

Więcej nie rozmawiają, pomijając krótkie podsumowania zamówień – dwa sadzone na toście i tak dalej. Ich pierwsza prawdziwa rozmowa zaczyna się od kłótni o stek. Klient zamawia średnio krwisty, a potem skarży się, że jest zbyt krwisty.

– Tak wygląda stek średnio krwisty – mówi Adam, może za bardzo poirytowany w tej sytuacji. – Średnio krwisty ma mieć trochę różowego. Jak nie ma ani trochę różowego, to jest średnio wysmażony. Krwistemu bliżej do niebieskiego, może niebieskofioletowego.

– Klient ma zawsze rację – odparowuje Polly.

– Sama nie wierzysz w to, co mówisz.

– Wierzę w to, że na „do widzenia” klient zostawia napiwek i że to napiwki są moją prawdziwą wypłatą. Więc moim szefem jest klient.

„A nie ty” – to chciałaby mu powiedzieć. Jak małe dziecko: nie będziesz mi mówił, co mam robić.

– Ale to ja tu jestem codziennie. Szczęście twojego klienta zależy od mojego jedzenia.

– Jedzenie było gówniane, zanim się tu pojawiłeś. Nadal takie będzie, jak już sobie pojedziesz. To mnie nie obchodzi.

– Czyli uważasz, że dobrze gotuję? – Nic nie może poradzić, że jest trochę dumny z siebie.

– Tego nie powiedziałam. Nie jest tak źle, jak było wcześniej. Jedzenie jest w porządku. Zresztą skąd mam wiedzieć. Nie jem mięsa.

– Mógłbym ci przygotować jakąś dobrą sałatkę.

– Nie jem sałatek.

– Mięsa nie jesz, sałatek nie jesz. To co jesz?

Nawet nie sili się na odpowiedź.

– Proszę, dosmaż to trochę. Czy to aż takie trudne?

– Tyle mi było trzeba. „Proszę”. Czy to było aż takie trudne?