Sowiety od kuchni. Mikojan i radziecka gastronomia - Irina Głuszczenko - ebook
Opis

Podobno rewolucja to nie proszona kolacja. Irina Głuszczenko pokazuje, że zmiana w tym, co i jak podaje się na kolację, może mieć równie rewolucyjne znaczenie jak zamach stanu. Bo gastronomia też jest polityczna.

W Sowietach od kuchni Irina Głuszczenko zabiera czytelników za kulisy radzieckiego imperium. Pokazuje „kuchenny” wymiar bolszewickiej rewolucji – często pomijany, a przy tym najbardziej dotykający na co dzień zwykłych ludzi. Ustanowienie nowej, kosmopolitycznej kuchni radzieckiej, w której ukraińskie pierożki spotykały się z gruzińskimi szaszłykami; stworzenie podstaw przemysłowej produkcji jedzenia i systemu zbiorowego żywienia opartego na instytucji stołówki – wszystko to dla radzieckich ludzi było równie ważne jak władza rad, elektryfikacja czy budowa pieców Magnitogorska. Nic dziwnego, że bohater książki, Anastas Mikojan, komisarz przemysłu spożywczego, zyskał miano „ulubionego komisarza ludu”. Głuszczenko, szeroko przytaczając dokumenty z epoki, tworzy barwną narrację z historii życia codziennego ZSRR, wymykającą się zużytym „sowietologicznym” kliszom.

Domowe jedzenie jest czymś staroreżimowym, zacofanym, burżuazyjnym. Należy z nim walczyć, tak samo jak z innymi przeżytkami starego świata. Zniszczenie idei domowego jedzenia jest konieczne, by wyswobodzić kobietę z kuchennej niewoli. Był nawet plakat ilustrujący, jak to kobieta wyrywa się na wolność, za próg kuchni. Precz z rondlami, patelniami, won z zatęchłego starego świata domowych trosk! Naprzód, ku świetlanej przyszłości pracy i działalności społecznej!
fragment książki

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 297

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Irina Głuszczenko, Sowiety od kuchni. Mikojan i radziecka gastronomia

Warszawa 2012

Tytuł oryginału: Obszczepit. Mikojan i sowietskaja kuchnia

Copyright © 2010 by Irina Głuszczenko

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2012 Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-62467-83-9

Publication effected under the auspices of the Mikhail Prokhorov Foundation TRANSCRIPT Programme to Support Translations of Russian Literature. Książka ukazuje się dzięki pomocy Programu Wspierania Tłumaczeń Literatury Rosyjskiej TRANSCRIPT Fundacji Michaiła Prochorowa.

Supported by a grant from the Open Society Foundations.

Książka ukazuje się przy wsparciu Open Society Foundations.

Wydawnictwo Krytyki Politycznej

Seria Historyczna [8]

Warszawa 2012

seria historyczna

Historia, tak jak ją rozumiemy, to przede wszystkim próba opowiedzenia przeszłości na nowo, tak by „dało się z nią żyć” i zbudować lepszą przyszłość. Nie służy konserwowaniu naszej tożsamości, lecz pokazuje, że współpraca i konflikty jednostek oraz grup niekoniecznie przebiegają według podziałów narodowych. W książkach publikowanych w Serii opowiadamy dzieje z perspektywy mniejszości i klas, partii lewicowych i ruchów emancypacyjnych, wspólnot lokalnych i masowych organizacji społecznych, kobiet i zapomnianych ofiar. Naród traktujemy jako wspólnotę konstruowaną, pełną sprzeczności, niejednorodną – i historycznie przygodną.

Polska i Europa potrzebują nowych opowieści o sobie samych i relacjach z innymi. Pomogą je stworzyć reedycje dawnych tekstów, przekłady, nowe książki polskich autorów – bo żeby „wybrać przyszłość”, trzeba znieść zastany monopol na przeszłość.

WSTĘPMACIEJ NOWAK

Książka Iriny Głuszczenko nie przystaje do tego, co można było przeczytać w ostatnich dwóch dekadach w języku polskim na temat Związku Radzieckiego, a jej wydanie należy uznać za kolejny przejaw ekscentryzmu Krytyki Politycznej. No bo jakże to? Sugerować, że w najbliższym otoczeniu Stalina mógł działać ktoś, kogo lud zwał Dobrym Komisarzem Ludowym, czyli Anastas Mikojan? „Ani jeden produkt nie był wyprodukowany przez żadne przedsiębiorstwo, póki nie dali mi go do spróbowania. Próbowałem wszystkiego” – mawiał Mikojan, który poza tym, że należał do najbardziej zaufanych ludzi Stalina, jeszcze z czasów seminarium w Tyflisie, był też pierwszym smakoszem ZSRR. I to przez wiele epok, aż do śmierci za czasów Breżniewa. Do jego kompetencji na szczytach radzieckich hierarchii należało zaopatrzenie ludności w żywność, handel produktami spożywczymi, żywienie zbiorowe i gastronomia.

Jaka żywność? Jaki handel? Jakie restauracje? Przecież powszechnie wiadomo, że obywatele Związku Radzieckiego cierpieli nieustanny głód, a dostępne im produkty przypominały paszę dla trzody chlewnej. Niepodważalne wydaje się też przekonanie, że rewolucje w Rosji i pozostałych krajach Europy Wschodniej i Środkowej przyniosły załamanie świetnej tradycji kulinarnej regionu. Czy można o tym myśleć inaczej? Autorka książki pokazuje, że historia ZSRR była dużo bardziej skomplikowana niż prymitywna sowietologiczna narracja, dzięki której ją poznajemy.

Oczywiście nikt, komu – jak mawiają Rosjanie – krysza nie pojechała, czyli nie zawaliła się konstrukcja logicznego myślenia, nie będzie dowodził, że zaopatrzenie radzieckich sklepów było porównywalne z tym na konsumpcjonistycznym Zachodzie. Tym niemniej stalinowskie władze potrafiły dbać o dobrobyt swoich obywateli, a nawet kokietować obfitością, by uśpić niechętne sobie nastroje – w czym nie różniły się od jakichkolwiek innych systemów.

Niedługo po zakończeniu ukraińskiego Wielkiego Głodu, w przeddzień drugiej fali krwawych czystek Stalin w trakcie I Wszechzwiązkowego Zebrania Robotników i Robotnic Stachanowców w listopadzie 1935 roku wygłasza zdanie: „Zaczęło się żyć lepiej, towarzysze. Zaczęło się żyć weselej”. To moment zwrotny dla tak zwanego stalinowskiego baroku, gdy rozpoczęto działania na rzecz zaspokojenia drobnomieszczańskich potrzeb proletariackiego społeczeństwa. Bohater tej książki, Anastas Mikojan, zostaje wysłany przez Stalina na dwa miesiące do Stanów Zjednoczonych, by zaznajomić się z technologiami przemysłu spożywczego i sposobami organizacji masowej gastronomii. Przywozi stamtąd najnowocześniejsze maszyny oraz pomysły na hamburgery (popularne do ostatnich dni ZSRR jako tak zwane kotlety mikojanowskie), bary szybkiej obsługi oraz masową produkcję napojów orzeźwiających z rozmachem wzorowanym na produktach The Coca-Cola Company.

Książka, którą macie Państwo w rękach, pokazuje, jak funkcjonowała polityka żywnościowa ZSRR i jak modernizacyjny wpływ miała na masy. Pokazuje, że o ile dyskusyjne jest, czy udało się ukształtować człowieka radzieckiego, to kuchnię radziecką – bez wątpienia. Na poziomie tradycji kulinarnych zintegrowała przepisy Europy Wschodniej, Rosji, Ukrainy, Kaukazu i Zakaukazia, Azji Środkowej. Na poziomie ideologicznym wprowadziła zasady zdrowego żywienia kilkadziesiąt lat wcześniej, niż stały się powszechne w społeczeństwach Zachodu. Ich materialną emanacją była sieć koszernych stołówek z lekkostrawnymi potrawami z gotowanego mięsa, warzywami, nabiałem i kaszami. Jej wcieleniem była również popularna w Polsce sieć barów mlecznych.

Na poziomie praktycznym stworzyła mechanizmy, które zburzyły dotychczasową praktykę gotowania w domu. Powstały setki, tysiące, dziesiątki tysięcy stołówek i jadłodajni, które początkowo zapewniały wyżywienie ludziom pozbawionym strawy przez wydarzenia wojenne. Z czasem stały się elementem nowej obyczajowości, w której wyzwolenie kobiet z tradycyjnych ról nie było sprawą bagatelną. Pisano w stylu, którego nie powstydziłyby się aktywistki Kongresu Kobiet: „Kobiety! Zdmuchniemy z was sadze, oczyścimy wasze nozdrza z dymu, uwolnimy wasze uszy od wrzasku, zmusimy kartofle, by jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej w jednej chwili zrzucały z siebie łupiny; zwrócimy godziny, które wam ukradła kuchnia – zwrócimy wam połowę życia”

Czy ta powszechność jedzenia poza domem nie stała się jednym z czynników, który doprowadził do potęgi dzisiejszej rosyjskiej gastronomii? W samej tylko Moskwie działa obecnie około 60 tysięcy punktów gastronomicznych, a Rosjanie stołują się na mieście nieporównanie częściej niż Polacy.

To książka, która pokazuje, że jedzenie i gotowanie mają zasadniczy wymiar polityczny. Dlatego po jej lekturze krytycy kulinarni puchną z dumy, bo czują się równie ważni jak publicyści z pierwszych stron gazet.

Maciej Nowak

OD AUTORKI

Kilka lat temu wszędzie pełno było reklam Kombinatu im. Mikojana: „Oficjalny dostawca Kremla od 1933 roku”. Ewidentnie odwoływano się do okresu stalinowskiego jako symbolu stabilności i dobrobytu.

Powrót do tradycji to znana forma propagandy. Na przykład nowa władza, która ukonstytuowała się w Rosji po 1991 roku, w rozmaity sposób podkreślała, zwłaszcza początkowo, że również jest kontynuatorką przeszłości, tyle że nie radzieckiej, lecz jeszcze starszej. Początkowo posługiwano się mitami sprzed rewolucji. „Tradycja jakości” niczym nieodzowny twardy znak na końcu wyrazu dla oddania przedrewolucyjnej ortografii… Czas jednak mijał, zmieniały się nastroje społeczne. Wskutek odżegnywania się od niedalekiej przeszłości i zwracania ku nieco odleglejszym czasom w świadomości społecznej dało się odczuć nagły atak nostalgii – tym razem za epoką radziecką.

Zaczęło się od spostrzeżenia, że w czasach radzieckich był również jakiś jasny punkt – „smak zapamiętany z dzieciństwa”. Najpewniej chodziło o rządy Chruszczowa i wczesnego Breżniewa, gdyż później nie było już niczego i smak wielu produktów rzeczywiście trzeba było wydobywać z pamięci. Następnie podkreślano czysto „rosyjskie” pochodzenie towaru, chociaż wiadomo, że wiele „prawdziwie rosyjskich” artykułów spożywczych produkują firmy zachodnie: czekoladę „Pokrov” wytwarza fabryka należąca do kapitału niemieckiego, masło „Złato” jest przywożone z Argentyny, zaś masło „Dojaruszka” – „według starej rosyjskiej receptury” – powstaje w Nowej Zelandii. Właśnie wtedy epokę stalinowską zaczęto postrzegać nieomal jako złoty wiek.

Kombinat im. Mikojana rozpoczął działalność u schyłku 1933 roku. Po nim nastanie rok 1934 – nie bez znaczenia w historii Rosji radzieckiej. Jest to bowiem rok zabójstwa Kirowa, uznawany za oficjalny początek stalinowskich represji. W następstwie działań ostatniej opozycji partyjnej, która podczas XVII Zjazdu usiłowała obsadzić w roli wodza Kirowa zamiast Stalina, zaczęła się masowa czystka. Kirow został zabity w zagadkowych okolicznościach i obecnie już nikt nie ma wątpliwości, że była to sprawka NKWD. Całą winę zrzucono jednak na spiskowców, którzy przedostali się do szeregów partyjnych. Następnie w całym kraju aresztowano i rozstrzelano setki tysięcy członków partii.

Anastas Mikojan, Siergiej Kirow i Józef Stalin w 1933 roku. Jeszcze wolno się śmiać.

Kto w tym czasie był u władzy na Kremlu? Ci, którzy pomagali Stalinowi w przeprowadzeniu czystek. Mołotow, który kilka lat później zasłynie z podpisania paktu z Hitlerem; Beria – inspirator i ideolog terroru; Jeżow – bezpośredni wykonawca masowych zabójstw; Kaganowicz, który systematycznie niszczył „starą Moskwę” i miał na swym koncie podpisanie rekordowej liczby nakazów rozstrzelania…

Anastas Mikojan na pozór również był częścią tej ekipy. Zajmował się jednak nie polityką, lecz przemysłem. Unikał konfliktów, nie wdawał się w spory z mordercami, a także nie uczestniczył w przestępstwach, zdołał więc, w sensie politycznym, przeżyć wszystkich członków ówczesnego Politbiura. W ekipie Stalina uchodził za „dobrego”.

Oczywiście na Kreml nie dostarczano „mikojanowskich” kotletów po sześć kopiejek za sztukę. Pod ten adres kierowano najlepsze kiełbasy, szynki i inne mięsne specjały. Współczesna reklama ma na celu zwrócenie uwagi właśnie na ten aspekt działalności kombinatu.

Księga o smacznym i zdrowym jedzeniu – swoisty zabytek kulinarny epoki stalinowskiej – wiele miejsca poświęca zarówno kombinatowi, jak i osobie samego Mikojana. Posłużmy się jednym tylko cytatem:

W krajach kapitalistycznych, tak jak swego czasu w starej Rosji, konsument codziennie musi borykać się z faktem, że jest oszukiwany co do ceny, jakości, wagi lub wielkości towaru […]. W naszym kraju cała wytwórczość, cała gospodarka służy interesom ludu […]. Standardy państwowe oraz przyjęte receptury mają u nas rangę prawa, którego łamanie jest surowo karane, podczas gdy w krajach kapitalistycznych standardy (nawet tam, gdzie istnieją) nikogo nie obowiązują […]. Towarzysz Mikojan mawiał: „Ten, kto produkuje artykuły złej jakości bądź takiemu procederowi sprzyja, jest wrogiem przemysłu spożywczego, wrogiem ludności naszego kraju”.1

I oto Mikojan stał się bohaterem reklamy. Mocne strony kombinatu i jego produktów – niezawodność i jakość – nie są przykładem dla tych, którzy ignorują standardy i „oszukują naród”.

O tym wszystkim napisałam artykuł, który został opublikowany w gazecie „The Moscow Times”. Przeczytali go między innymi twórcy Słownika kulinarnego w Teksasie. Co ciekawe, zainteresował ich nie ideologiczny patos publikacji, lecz zupełnie coś innego – sama postać Mikojana. Zwrócono się do mnie z prośbą o opracowanie do słownika hasła: „Kulinarna biografia Mikojana”. Pomysł wydał mi się ciekawy i zaczęłam ponownie przeglądać materiały poświęcone życiu i działalności Mikojana. Jak zawsze w takich sytuacjach było ich więcej, niż można umieścić w haśle słownikowym. Czy muszę dodawać, że w miarę coraz bardziej wnikliwej analizy tego zagadnienia wszystko okazywało się o wiele bardziej złożone i wielowymiarowe, niż wydawało się na początku? Głównym tematem badawczym stała się osoba Anastasa Iwanowicza Mikojana. Zaznaczę od razu, że nie wnikałam w jego działalność polityczną. Ze wszystkich materiałów wybierałam tylko te, które bezpośrednio dotyczyły jedzenia.

Jaki wpływ na radziecką gastronomię wywarł Mikojan? Przecież radzieckie żywienie, zarówno zbiorowe, jak i domowe, wiele zawdzięcza właśnie jemu. Co więcej, radzieckie żywienie nie odeszło w niebyt. Pomimo nowych czasów i mód, nowych przyzwyczajeń, produktów i możliwości, podwaliny położone w latach 30. funkcjonują w naszym życiu do dziś.

Miałam szczęście poznać dzieci Mikojana: Stiepana Anastasowicza i Serga Anastasowicza, a także jego wnuka Władimira Siergiejewicza. Okazali mi nieocenioną pomoc swą wiedzą, dokumentami i fotografiami, a ich troskliwą opiekę mogłam odczuć na każdym etapie powstawania tej książki. Zadziwia również fakt, że znajomi, ledwie znajomi i zupełnie nieznajomi mi ludzie, gdy dowiadywali się, o czym piszę, z zaangażowaniem i entuzjazmem mnie wspierali.

Oto ludzie, bez których tej książki nie udałoby mi się napisać:

Elmira Alijewa, Alice Arndt, Olga Balla, Konstantin Barykin, Tatiana Die-riewianko, Jelena Dżiojewa, William Flemming, Borys Kagarlicki, Juha Kojvi-sto, Dmitrij Koroliow, Nina Kotioł, Sergo Mikojan, Stiepan Mikojan, Władimir Mikojan, Wiktor Miziano, Rimma Mubarakszyna, Dmitrij Muratow, Władimir Salnikow, Wsiewołod Szymanski, Aleksandr Tarasow, Timur Timofiejew, Jelena Utkina, Ludmiła Worobjowa, Grigorij Zasławski.

Wszystkim im najuprzejmiej dziękuję.

ANASTAS IWANOWICZMACIEJ NOWAK

Tak jak w przypadku wszystkich popleczników Stalina działalność Mikojana nie może być rozpatrywana w oderwaniu od kontekstu czasów, w których żył. Dzielił los innych członków tego samego Biura Politycznego – tych, którzy przeprowadzali masowe represje, podrywali kraj do obrony przed niemiecką agresją, knuli przeciwko sobie intrygi, kierowali budową przemysłowych gigantów. To połączenie nieprawdopodobnych wysiłków i ludzkiej drobiazgowości, codziennego strachu i zdolności do podejmowania przełomowych decyzji stanowi tragiczną istotę tego okresu. Na tle innych stronników Stalina Mikojan jawi się jako postać bez mała sympatyczna. Mimo to nie należy zapominać, że również on musiał podpisywać nakazy rozstrzelania, a bez ciągłego uczestnictwa w „brudnej robocie” totalitarnej polityki nie zdołałby przeżyć.

Tymczasem Anastas Mikojan (1895-1978) okazał się politycznym matuzalemem. Jest jedynym przedstawicielem partyjnej wierchuszki lat 30., który rozpoczął karierę jeszcze za czasów Lenina, a zakończył pod rządami Breżniewa, i szczęśliwie uniknął nie tylko śmierci w 1937 roku, ale również kłopotów, jakie stały się udziałem wielu przedstawicieli otoczenia Stalina w latach 50. Udało mu się przeżyć także Chruszczowa i zachować swą pozycję po tym, jak kierownictwo partii postanowiło pozbyć się tego nieprzewidywalnego reformatora. W odróżnieniu od wielu współtowarzyszy, którzy albo umierali na stanowisku, albo byli dymisjonowani i szkalowani, Mikojan zakończył karierę, przechodząc na zasłużoną emeryturę.

W Bibliotece Historycznej jest przechowywana książka z 1940 roku wydana w Erywaniu. Jej autorem jest niejaki Simak (bez imienia). Książka nosi tytuł Epizody z życia towarzysza Anastasa Mikojana (dla młodzieży). Pozycja ta, co zrozumiałe, miała za zadanie wychwalać Anastasa Iwanowicza i stawiać go za wzór przedstawicielom młodego pokolenia.

Nikita Chruszczow i Anastas Mikojan w Picundzie, 1963.

Anastasa wszyscy kochali i głaskali od dzieciństwa, ale nie stał się przez to rozpieszczony; pozostał skromnym, mądrym, rezolutnym chłopcem […]. Od najmłodszych lat Anastas miał rozwinięte poczucie sprawiedliwości. Wszelka krzywda i wszystko, co złe, poruszało go bezgranicznie; irytował się. Deptanie prawdy wzbudzało w nim odrazę […]. W szkole Anastas uczył się bardzo pilnie […], przechodził z klasy do klasy z nagrodami. Już w najmłodszych klasach jeden z nauczycieli mówił, że chłopiec z pewnością zostanie kimś wybitnym.

Jednym słowem idealny wzór do naśladowania, radość nauczycieli, pociecha rodziców. Podobną biografię można napisać każdej postaci historycznej, którą troskliwi pedagodzy zechcą uczynić wzorem dla młodzieży. Z takich książek jak ta nigdy nie dowiemy się, jaki bohater był w rzeczywistości, za to możemy sobie wyobrazić, jakimi autor pragnie widzieć swych czytelników. Oto jeszcze jeden fragment, który pozwoli zanurzyć się w język minionych lat i estetykę epoki:

Chwile wytchnienia, 1932.

Rok 1937. Już w roku 1936 dało się odczuć, że do organizacji partyjnych i organów władzy Radzieckiej Armenii wkradła się grupa trockistowskich i dasznackich wichrzycieli, którzy działając w imię swych nikczemnych interesów, dążyli przez swoje szkodliwe czyny do upadku gospodarki państwa i planowali złowrogą zdradę ojczyzny. Konieczna była twarda ręka, nietuzinkowy intelekt, silna wola, aby przeciąć ów splątany węzeł potwornej zdrady i uwolnić od nich kraj. I tym razem na pomoc narodowi ormiańskiemu przyszedł towarzysz Stalin. Bystre oko wielkiego Stalina znów spoczęło na towarzyszu Mikojanie.

Na końcu dowiadujemy się, że wierny wyznawca Lenina był ponadto niezwykle rodzinną osobą.

„Ma on obecnie pięcioro dzieci, samych chłopców. Kocha ich troskliwą i czułą miłością”. Odnośnie do rodziny – wszystko to prawda. Mieli z żoną, Aszchen Łazariewną Tumanian, pięciu synów: najstarszy, Stiepan, urodził się w 1922 roku, Władimir w 1924 roku, Aleksiej rok później, Iwan w 1927 roku i Sergo w 1929 roku. Na początku XXI wieku z pięciu synów żyło jeszcze trzech. Wszystkie wnuki i prawnuki też miały się dobrze. Kiedy się z nimi spotkałam, być może po raz pierwszy w życiu zobaczyłam, czym jest „klan” Mikojan rzeczywiście był dobrym ojcem. To zresztą nie uchroniło jego życia rodzinnego od wielu trosk. Wkrótce po ukazaniu się książki towarzysza Simaka jeden z synów Mikojana, Wołodia, 18 września 1942 roku poniósł śmierć w batalii powietrznej nad Stalingradem. 16 stycznia 1943 roku został zestrzelony Stiepan. Przeżył.

Klan, 1963.

W 1943 roku aresztowano dwóch niepełnoletnich synów ludowego komisarza. Najlepiej tę historię przybliży jeden z jej uczestników, Sergo Mikojan:

Najpierw aresztowali Wanię, na początku czerwca 1943 roku. Przepadł bez śladu. Mama się bała, że utonął w rzece albo wpadł pod samochód podczas jazdy na rowerze. Obdzwoniliśmy milicję, kostnice, szpitale, oczywiście do ojca mama również zadzwoniła. Później, około północy, do mamy zadzwonił ojciec i powiedział, dosłownie: „Nie martw się, Wania jest w więzieniu”. A Wani, jak się okazało, nasz komendant daczy zaproponował przejażdżkę nad rzekę, aby ogłuszać ryby. Pojechaliśmy oczywiście na Łubiankę. Potem, za jakieś dwa tygodnie, wezwali mnie w ten sam sposób za kratki, przedstawili nieznanemu oficerowi MGB2 i on namówił mnie, abym pojechał do Moskwy, odpowiedział na dwa, trzy pytania i razem z Wanią wrócił do domu. Wania miał piętnaście i pół roku, ja – czternaście lat (dopiero co ukończone). Oskarżyli nas o bywanie w domu Wołodii Szachurina, kolegi z klasy Wani, który naczytał się Mein Kampf Hitlera. Dlatego pamiętam rozmowy w stylu Nietzschego: „Tylko silni mają prawo żyć” i tak dalej. Najwyraźniej Wołodia miał coś nie tak z psychiką. Siebie nazywał Reichsführerem, nam dał podobne, niższe rangą, przezwiska. Jednocześnie do reżimu radzieckiego odnosił się z szacunkiem. Mawiał, że kiedyś zastąpi towarzysza Stalina i wówczas zrobi nas ministrami. Szczerze mówiąc, nikt nie traktował go serio, a było jeszcze pięciu czy siedmiu chłopaków. Osobiście czytałem jakąś książkę z szafy, podczas gdy on chodził po pokoju z kąta w kąt i powtarzał te swoje brednie. Ale z pewnością posiadał swoistą zdolność do zmuszania chłopaków, żeby go słuchali, a nie, przykładowo, szli grać w piłkę.

Potem zabił koleżankę z klasy, Ninę Umańską (córkę nowo mianowanego ambasadora w Meksyku, Konstantina Umańskiego). Wołodia żądał, żeby nie wyjeżdżała, tylko została z nim. Ona odpowiadała, że wyjedzie na rok, do urlopu ojca, a potem, kiedy skończy szesnaście lat, uprosi rodziców, by zostawili ją w Moskwie. Poprosił Wanię o pistolet dla „nastraszenia jej”. W czasie wojny mieliśmy kilka pistoletów, nawet jeden karabin schmeisser – zdobyczny. Wtedy to nie był problem: bracia przywozili, wujek Artiom Siergiejew3 był „przybranym synem Stalina”. W 1942 roku jeździliśmy do wyzwolonego Klinu i ja sam znalazłem na ulicy pistolet. Strzelaliśmy razem z czekistami na strzelnicy na naszej daczy, jeździliśmy wraz z nimi na strzelnicę Dynamo w Mytiszczi i otrzymywaliśmy wysokie noty za strzelanie. A ten pistolet miał nawet legalną rejestrację. Wania nie mógł sobie darować, że nie wyjął magazynka z nabojami.

Krótko mówiąc, Wołodia Szachurin na odmowę Niny pozostania z nim strzelił do niej, a chwilę potem do siebie. Na drugim końcu Wielkiego Kamiennego Mostu Wania czekał na Wołodię, aby ten zwrócił mu pistolet. Wania znajdował się bliżej Kremla, a para rozmawiała przy zejściu z mostu do Domu na Nabrzeżu, gdzie była Kasa Oszczędnościowa; do dziś jest tam siedziba Sbierbanku. Usłyszawszy dwa strzały, wszystko zrozumiał i ze strachu uciekł.

Ten fakt zapoczątkował śledztwo. Z domu skonfiskowano pistolety i inne rzeczy. Ale okazało się, że Wołodia Szachurin prowadził pamiętnik. Wspominał w nim nasze spotkania i własne „decyzje” o naszych nominacjach, powtarzam, ani słowa przeciwko władzy. Przeciwnie, z szacunkiem wobec Stalina (z pewnością, z zachowaniem właściwych analogii z Hitlerem). I wszędzie była mowa o tym, że „kiedyś, po towarzyszu Stalinie”…

Śledczy Prokuratury Lew Szejnin4 – znana postać, pisał książki o swoich doświadczeniach w czasach NEP-u5 – powiedział: „Dziecięce wybryki”. Ale Mierkułow6 (MGB) doniósł Stalinowi, a ten powiedział coś w rodzaju: „Trzeba ukarać”. Wtedy to się rozumiało jednoznacznie: więzienie. Dalej nie wyjaśnił, a dopytywać nie było w zwyczaju.

Przesiedzieliśmy jako „podsądni” w wewnętrznym więzieniu w gmachu Łubianki (w podwórzu był kiedyś budynek więzienia, teraz już – jak mówią – nie istnieje). Przesłuchiwano nas rzadko, głównie z użyciem wulgaryzmów, ale środków przemocy fizycznej nie stosowano. Siedzieliśmy do nowego roku. Gdzieś 28 czy 29 grudnia wezwano mnie „z rzeczami”, zaprowadzono do głównego gmachu, do luksusowego gabinetu, i przedstawiono dokument: przyznawaliśmy się do udziału w „organizacji mającej na celu obalenie władzy radzieckiej”, a nas objęłaby amnestia z zesłaniem w trybie administracyjnym na rok we wschodnie rejony kraju. Odmówiłem podpisania. Powiedziałem, że nic takiego nie miało miejsca – ani słowa o „obalaniu” i tak dalej. Ponadto przemknęła mi przez głowę myśl, że po podpisaniu czegoś takiego niewykluczone jest rozstrzelanie. Jako pretekstu użyłem argumentu, że podany wiek – czternaście lat – jest niewłaściwy, gdyż przez cały rok szkolny miałem jeszcze lat trzynaście.

Generał major powiedział: „Nie bądź głupi. Za ścianą jest twoja matka. Wania jest już z nią. Podpiszesz – pójdziesz do nich i pojedziecie do domu. W przeciwnym razie wrócisz do celi”. Posłuchałem go; przez ścianę rzeczywiście usłyszałem głos mamy. Od razu podpisałem. Prosto z Łubianki pojechaliśmy z mamą do naszego mieszkania na Kremlu!

Po dwóch dniach wyjechaliśmy pociągiem, razem z pomocą domową Daszą, którą pamiętam niemal od urodzenia, do Tadżykistanu, gdzie spędziliśmy równo rok. Wania poszedł tam na ochotnika na uczelnię lotniczą, a ja do szkoły. Wania nawet nie wrócił po roku, tylko dopiero po ukończeniu uczelni, w kwietniu 1945 roku.

Myślę, że Stalin wykorzystał okazję, żeby mieć haka na Mikojana. Tak samo było z aresztowaniem żony Kalinina7, braci Serga Ordżonikidzego8 (do jego samobójstwa), żony Mołotowa9, żony pomocnika Stalina – Poskriebyszewa10 i tak dalej.

SAGA RODZINNA

Władimir Siergiejewicz Mikojan, wnuk Anastasa Iwanowicza, opowiadał, że jego dziadek był człowiekiem kompromisu. Miał swoją filozofię postępowania. „Jeśli będziesz obstawać przy swoim – mawiał – nigdy nie porozumiesz się z drugą stroną. Trzeba dać człowiekowi możliwość odejścia na bok. I dopiero wtedy starać się coś wywalczyć”.

Kunszt polityczny Mikojana w dużym stopniu był sztuką walki o przeżycie. Mikojan nieraz znajdował się na granicy klęski, ale zawsze wychodził zwycięsko, nie oddawał pola.

Mój ojciec był mądrym człowiekiem i dyplomatą – mówi syn Mikojana Stiepan Anastasowicz. – Był państwowcem. Nigdy nie pchał się na szczyty. W tym układzie nie można było przeżyć w inny sposób. Gdyby Stalin żył jeszcze pół roku, Mikojana by zlikwidowano. Stalin już publicznie ganił i jego, i Mołotowa. Już przestał zapraszać go do siebie na daczę. W ogóle szykował się do rozpoczęcia terroru, nowej czystki. I ojciec czekał, kiedy go aresztują.

Jednak Stalin umarł i Mikojan kolejny raz był górą – tym razem w charakterze jednego z przywódców i ideologów odwilży lat 50.

„Stół przypominający płytę lotniska”, 1963.

Na Wzgórzach Lenina na początku lat 50. zbudowano dwupiętrowe wille – opowiadał Władimir Siergiejewicz Mikojan. – Mieszkali tu Chruszczow, Bułganin11. Także rodzina Mikojana. Mieszkali tam nie tylko on z żoną, ale również jego synowie – Sergo, Iwan i Aleksiej – ze swoimi rodzinami. W soboty wokół ogromnego stołu gromadziło się po czterdzieści osób. Ten stół, przypominający płytę lotniska, istnieje do dziś. Przy stole zawsze było gwarno: te godziny dziadek wykorzystywał na rozmowy. Rozmawiał każdy z każdym. Były pewne tematy, które niechętnie podejmował. Niezbyt lubił przyznawać się głośno, że ogólnie coś jest nie tak.

Był bardzo uporządkowany i sprawiał wrażenie surowego. Z pewnymi ludźmi w pracy rozmawiał zdawkowo, sucho, służbiście. Ale taki ton towarzyszył mu głównie w rozmowach z ludźmi niekompetentnymi. Kiedyś przyjechał do Kazachstanu wizytować jakiś obiekt. Idą przez straszny brud.

I nagle podchodzi do niego ktoś z oprowadzających, i mówi, patrząc mu w oczy: „Anastasie Iwanowiczu, a ja mam dwa wyższe wykształcenia!”. A on odparował: „A mądremu i jedno wystarczy”.

W domu wychowywały się wnuki, które kochał. Ale nigdy się nad nimi nie rozczulał. Bił od niego autorytet. Nie baliśmy się go, ale było bardzo nieprzyjemnie, kiedy nas karcił. Nigdy długo nikogo nie musztrował. Powie parę słów – i to wszystko. Ale to wystarczało. Dziadek był dość oschły wobec synów. Najbardziej nieprzyzwoite słowo, jakie mógł powiedzieć, to „niegodziwiec”.

Mikojan w ogóle wychowywał dzieci i wnuki rygorystycznie, nie rozpieszczał. Stiepan Anastasowicz także przyznaje, że do dzieci ojciec odnosił się dość surowo.

Szczęśliwa para, 1939.

Baliśmy się, że się rozzłości. A wnukom wybaczał wszystko. Mama też była bardzo dobra. Mieli szczęśliwe życie rodzinne. Nie znam drugiego takiego małżeństwa. Byli dalekimi krewnymi. Cały czas żyli w niepokoju, że w każdej chwili mogą być aresztowani. A ludzie o takim statusie nie przeżywali. Zarówno mężowi, jak i żonie w niektórych sytuacjach groziło rozstrzelanie, a dzieci – do obozu.

Za życia Stalina ludowy komisarz Mikojan nigdy nie poruszał w domu tematów związanych z polityką. Potem wiele opowiadał. Nigdy nie mówił źle o Bucharinie12. Kiedyś przyjaźnił się z Uborewiczem. Ten wybitny dowódca radziecki, którego marszałek Żukow uważał za swojego nauczyciela, został rozstrzelany razem z innymi bohaterami wojny domowej.

Niekiedy w opowieściach Mikojana pobrzmiewała ironia. Bawiło go, kiedy Stalin żądał: „Produkujmy mało filmów, osiem rocznie, ale żeby wszystkie były dobre”.

Ambasada amerykańska początkowo znajdowała się naprzeciw Kremla. Jak twierdził Mikojan, bardzo to drażniło Stalina: „Co to ma znaczyć, żeby ich ambasada była tak blisko Kremla? Mogą przecież ustawić miotacze min i wszystko zbombardować”. Wkrótce potem ambasadę przeniesiono na Sadowoje Kolco.

Prawie każdego dnia Mikojan wracał z pracy w nocy. Wychodził około dziesiątej rano. W domu się relaksował – był wesoły, żartował. Zdarzało się, że był poważny, posępny. Rodzina rozumiała: w takich chwilach nie należy go o nic pytać.

Stiepan Anastasowicz Mikojan opowiada, że od dzieciństwa był nauczony skromności i powściągliwości:

Wszędzie wisiały portrety członków Politbiura. Zawsze krępowałem się, kiedy trzeba było się przedstawić, mówiłem szeptem. Do szkoły nigdy nie wożono nas samochodem – no, tylko w poniedziałki, kiedy jechaliśmy z daczy, ale nawet wtedy wysiadaliśmy kilka przecznic przed szkołą, na Ostożen-ce w Zaułku Staropolenowskim, i szliśmy pieszo.

Uczyłem się w szkole numer trzydzieści dwa. Tam uczyła się córka Kaganowicza13, córka Maté Zalki14, córka Andriejewa, członka Politbiura, syn Mechlisa15. Ojcowie wielu z nich byli aresztowani.

W 1936 roku rodzice pojechali do Ameryki. Do tej pory pamiętam, co nam przywieźli. Uprawialiśmy jeździectwo – przywieźli nam spodnie do jazdy wierzchem. I kolejkę elektryczną. Pamiętam, że po powrocie z Ameryki mama zmieniła coś w nakryciu stołu. Mówiła: „Przed obiadem pije się wodę”. Przywiozła brązowy, pękaty termos. Dla siebie bluzki i pantofle. Dla ojca krawaty i koszule. Bardzo dbała o jego garderobę. Wiele robiła sama. W domu zawsze było schludnie i czysto.

Kiedy mieszkaliśmy na Kremlu, mieliśmy pomoc, Daszę. Była i pomocą domową, i kucharką. W daczy mieliśmy nianię, a w kuchni dwóch kucharzy, mężczyzn. Wszyscy byli przysłani przez NKWD. W domu zawsze było dużo gości. Mama lubiła chodzić do teatru, szczególnie do Teatru im. Wachtangowa. W naszej szkole uczył się syn Szczukina16, syn Rubena Simonowa17, Jewgienij. Mama była członkinią komitetu rodzicielskiego, znała wielu aktorów.

Pamiętam, zachodziliśmy z mamą do sklepów i prosiłem ją, żeby mi coś kupiła. A ona mówiła: „Nie mam pieniędzy”. I to była prawda. Członkowie Politbiura wiele rzeczy dostawali za darmo, ale samych pieniędzy – papierków – nie mieli tak dużo.

Ormiański akcent Mikojana (w odróżnieniu od gruzińskiego akcentu Stalina) był bardzo słaby. „Czasami – opowiadał Władimir Siergiejewicz – kiedy Anastas Iwanowicz nie chciał, żeby dzieci go rozumiały, rozmawiał z żoną po ormiańsku”.

Dzieci i wnuki nie znały jego języka ojczystego, po ormiańsku dziadek mówił im tylko: „Dobranoc!”. Mimo to bardzo popierał nasze wyjazdy do Armenii, do jego rodzinnej wioski Sanain.

Pewnego razu powiedziałem mu, że wybieram się do Armenii. Prosił, żebym odszukał tam w wiosce jego wujka i przekazał mu pieniądze. Wchodzę do domu – leży staruszek, po rosyjsku mówi słabo. Powiedziałem, kim jestem, stanęły mu łzy w oczach. Wyszedłem do ogrodu, gdzie byli jego krewni. Patrzę, wstał z łóżka, ubrał się, wychodzi do nas. Spostrzegłem u niego dwa krzyże św. Jerzego. I zaczyna opowiadać, jak je zdobył podczas I wojny światowej. Jak walczył na froncie japońskim, został ranny, trafił do niewoli. I im więcej opowiada, tym lepszy staje się jego rosyjski. Zapytał: „Jak tam Anastas się prowadzi?” […] W wiosce byli z niego dumni. Teraz jest tam muzeum.

Mikojan lubił szybką jazdę. Zawsze siedział na przednim siedzeniu. Chodził drobnymi, szybkimi krokami. Irytowała go powolność. W opowieściach bliskich jawi się jako człowiek ciekawy świata, bez klapek na oczach.

Bardzo lubił teatr, pomagał Teatrowi na Tagance, który drażnił naczalstwo nie tylko politycznym wolnomyślicielstwem, ale również artystycznym eksperymentatorstwem. Często na przedstawienia zabierał wnuki. Z wieloma aktorami Taganki łączyła go przyjaźń. Telewizji nie oglądał, uważał to za stratę czasu. Za to dużo czytał. Bardzo lubił Hemingwaya, zwłaszcza Komu bije dzwon. Kiedy wybuchła sprawa Julija Daniela i Andrieja Siniawskiego, skazanych za publikacje swoich książek na Zachodzie, Anastas Iwanowicz próbował ich bronić. Jednak nie mógł nic zmienić – nawet jeden z wiodących działaczy partii był bezsilny wobec logiki systemu.

Sergo Mikojan w swoich wspomnieniach o ojcu pisze, że wstawiał się on za ludźmi, których osobiście znał z pracy, przez co Stalin nazywał go „naiwnym człowiekiem” i wręczał mu opasłe teczki otrzymane z NKWD. Mikojan „czytał i początkowo wierzył”. Jednak nie był bynajmniej naiwny, w przeciwnym razie nie udałoby mu się przeżyć i nie stałby się w następnej epoce jednym z najbardziej sprawnych dyplomatów w polityce światowej. Pozostawało mu wierzyć, tak było spokojniej. Szedł na ustępstwa, walczył o swoich ludzi tam, gdzie było to możliwe, odłączał się od nich, kiedy nie widział szans, by ich uratować. Z drugiej strony Stalin w stosunku do Mikojana także często szedł na ustępstwa. Jeśli jego argumenty wydawały mu się przekonujące, a człowiek przydatny lub bezpieczny, również mógł go oszczędzić.

O takich przypadkach opowiada Sergo Mikojan w swojej książce Anatomia kryzysu karaibskiego.

Anastas Mikojan był potrzebny Stalinowi i niekiedy ich współpraca przynosiła efekty. Jednak ludowy komisarz doskonale rozumiał, że przychylność wodza ma swoje granice. Kiedy wyczuwał, że poszedł za daleko, „człowiek kompromisu” ustępował. Spoglądając wstecz, jako jeden z niewielu uznał swoją moralną odpowiedzialność za udział w terrorze i wygłosił znamienne słowa: „Wszyscy byliśmy wówczas nikczemnikami”.

Oczywiście nie należy idealizować Mikojana, jednak oddanie się w swoim czasie przemysłowi spożywczemu można uznać za niezwykle mądre posunięcie. Była to swoista nisza, kryjówka, świadome pomniejszenie swojej roli. Zdołał oddalić się od udziału w represjach (przynajmniej od bezpośredniego udziału; jest zrozumiałe, że stalinowski ludowy komisarz nie mógł ignorować bieżących wydarzeń). Nie przeszedł do historii jako złoczyńca, do tego miana pretendowali inni. Osoba Mikojana kojarzy się ludziom pozytywnie. Z czymś bardzo osobistym. Domowym. Ostatecznie reklama Kombinatu im. Mikojana sprawdza się właśnie dlatego, że sama jego osoba nie wzbudza irytacji18.

Można do woli rozprawiać o osiągnięciach i przestępstwach czasów radzieckich. Ale żeby je zrozumieć i poczuć, trzeba dotknąć czegoś konkretnego, codziennego. Właśnie tu wzniosłość i straszność, komizm i okrucieństwo przejawiały się w całej swej różnorodności, ucieleśniając się w doświadczeniu życiowym milionów zwykłych ludzi. A co może być bardziej wspólne i jednocześnie bardziej indywidualne niż jedzenie?

SMAKI KOMISARZA LUDU

Anastas Iwanowicz jadał, jak twierdzi jego synowa Nami Mikojan, bardzo mało. „Smakowało mu to, co było pożyteczne. Mięso jadał rzadko, w młodości dość długo był nawet wegetarianinem”. Opowiada również o tym, co teść lubił, podkreślając, że odżywiał się bardzo skromnie: „Na śniadanie szpinak z jajkiem lub kaszka ryżowa z dynią, jedna kromka podsmażonego czarnego chleba i filiżanka kawy z mlekiem. Na obiad przekąska warzywna, trochę zupy i mięso bądź ryba. Na deser, latem, arbuz czy melon. W niedzielę na daczy gotowano zupę lobio albo kaukaską zupę z kury o nazwie czichirtma. Gołąbki mięsne z kapusty albo liści winogron, płow lub kotlety. Na stole stały dwie butelki wytrawnego gruzińskiego wina, woda mineralna borżomi, zawsze było dużo pikli. Anastas Iwanowicz szczególnie lubił kiszoną kapustę z papryką”.

Opowiada Władimir Mikojan, wnuk Anastasa Iwanowicza, syn Serga Anastasowicza:

Uwielbiał smażone ziemniaki. Wiedział jednak, że od nich się tyje. A sam bardzo pilnował wagi. Uważał, że nie powinien ważyć więcej niż sześćdziesiąt kilo. Kładł sobie na talerz trzy lub cztery ziemniaki. Jadł bez pośpiechu. Wypielęgnował w sobie nawyk delektowania się smakiem. Siedzenie przy stole było sposobem komunikowania się. Na pierwszym miejscu była rozmowa, dopiero potem jedzenie.

Bardzo lubił szparagi. Przywiózł je z wyjazdu za granicę i posadził przy daczy, w ogródku. My, wnuki, chodziliśmy z nim do tego ogródka podglądać, jak rosną szparagi. I tę egzotyczną potrawę podawano gościom. Nam – jeśli starczyło.

Mikojan lubił owczy ser i zieleninę. Uwielbiał ryby i po mistrzowsku je oprawiał. Na śniadanie jadał maconi. Początkowo z Kremla przywożono mu zalakowane porcelanowe kubeczki, żeby nikomu nie przyszło do głowy otruć członka Politbiura. Ale później ktoś przywiózł z Armenii zakwas i od tego czasu ludowy komisarz zaczął jeść domowe maconi.

Jedzenie