Soweto - my love - Wojciech Albiński - ebook
Opis

Paul zostaje dyskretnie usunięty ze szkoły i wyjeżdża na naukę do innego kraju, gdy okazuje się, że jest „kolorowy". Martin, syn białego przemysłowca, zapuszcza się w głąb Soweto, by odwiedzić czarną kobietę, w której się zakochał; życzliwy policjant przestrzega go przed konsekwencjami przekroczenia Immorality Act. Rodzice młodej komunistki wychowują w tajemnicy jej „kolorowe" dziecko; gdy senior rodu nabiera podejrzeń, proszą Boga, by odebrał dziadkowi pamięć. Sangoma, plemienny uzdrowiciel, składa wizytę białemu doktorowi, by zaradzić kłopotliwej różnicy zdań w kwestii zdrowia wspólnych pacjentów. Siostry zakonne nie mogą się uporać z plagą myszy atakujących nocą trędowate dzieci; zrozpaczone matki oskarżają zakonnice o kanibalizm.
W „Soweto - my loveWojciech Albiński powraca pamięcią do Afryki czasów apartheidu. W nowych opowiadaniach pisarza polityka odgrywa ważną rolę, jednak nigdy nie przesłania losów pojedynczych ludzi. Bohaterowie Albińskiego kochają, kierują się ambicją, domagają się szacunku. Tyle tylko, że kładzie się na nich cień Historii, który w Afryce czasów apartheidu był wyjątkowo złowrogi.


Z recenzji wcześniejszych książek:

Wojciech Albiński dzieli się [...] swoim długoletnim doświadczeniem afrykańskim. To, o czym nam mówi, czerpie z własnego, pasjonującego życia - dlatego mu wierzymy.
Ryszard Kapuściński

Wojciech Albiński zadebiutował późno, ale jakże zaskakującą i dojrzałą prozą. Kalahari to książka finezyjna w formie i bogata w treści. Zarazem pożyteczna poznawczo, wciągająca w osobliwość świata na antypodach, tam gdzie z oceanu wynurza się Przylądek Dobrej Nadziei i Góra Stołowa.
Marek Nowakowski

"Achtung! Banditen!" ma szansę wbić się pomiędzy najważniejsze literackie świadectwa II wojny.
Paweł Goźliński, „Gazeta Wyborcza"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 178

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Woj­ciech Al­biń­ski

SO­WE­TO – MY LOVE

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2012

Wy­da­nie I

War­sza­wa 2012

Msza za niepamięć

Ksiądz Mey­er sie­dział w kan­ce­la­rii pa­ra­fial­nej. Był to po­kój ciem­ny, rzad­ko wie­trzo­ny, na ścia­nach wi­sia­ły po­do­bi­zny za­słu­żo­nych du­chow­nych. Z fo­te­li sy­pał się żół­ty pro­szek, z do­ni­czek wy­sta­wa­ły mar­twe ro­śli­ny. Naj­le­piej trzy­mał się kak­tus – każ­de­go roku ro­dził kil­ka de­li­kat­nych szpi­lek.

Obok kan­ce­la­rii stał ko­ściół. Bia­ły, o strze­li­stej kon­struk­cji, gó­ro­wał nad oko­licz­ny­mi do­ma­mi. Była to jed­na z za­moż­niej­szych dziel­nic Jo­han­nes­bur­ga, miesz­ka­li tu urzęd­ni­cy, ad­mi­ni­stra­to­rzy spół­ek, in­ży­nie­ro­wie. Z bie­giem cza­su wpro­wa­dzi­li się tak­że wło­scy przed­się­bior­cy i por­tu­gal­scy rze­mieśl­ni­cy. Sta­rym i no­wym miesz­kań­com co­raz trud­niej było zry­wać się na po­ran­ne msze, ale na go­dzi­nę szó­stą po po­łu­dniu sta­wia­li się tłum­nie. W wy­pra­so­wa­nych ubra­niach, pach­ną­cy la­wen­dą przy­cho­dzi­li pro­sto z ba­se­nów i kor­tów.

Mię­dzy trze­cią a pią­tą ksiądz Mey­er przyj­mo­wał wi­zy­ty pa­ra­fian. Zja­wia­li się, aby za­mó­wić chrzest lub ślub, po­brać po­trzeb­ne im za­świad­cze­nia. Zo­sta­wia­li drob­ną kwo­tę i w po­śpie­chu wy­bie­ga­li z chłod­ne­go po­miesz­cze­nia na słoń­ce.

Była za dzie­sięć pią­ta, gdy za­pu­ka­li pań­stwo Smith – Jane i Alan.

– Mąż pro­wa­dzi ad­mi­ni­stra­cję szpi­ta­la, a ja pra­cu­ję w ap­te­ce – pani Smith do­ko­na­ła pre­zen­ta­cji. Ksiądz Mey­er znał ich z wi­dze­nia, a na­wet pa­mię­tał, że w nie­dzie­le przy­pro­wa­dza­li dwie skrom­nie ubra­ne dziew­czyn­ki.

Za­chę­ce­ni, by usiąść, zdję­li książ­ki i ga­ze­ty z krze­seł i ostroż­nie po­ło­ży­li je na sto­le. Po­tem wy­mie­ni­li z go­spo­da­rzem kil­ka uprzej­mych słów.

– Chcie­li­by­śmy dać na mszę… – za­czął męż­czy­zna.

– Na czy­ją in­ten­cję?

– Na in­ten­cję mo­je­go ojca – włą­czy­ła się do roz­mo­wy pani Smith. – Ma na imię An­zelm.

Ksiądz Mey­er otwo­rzył gru­bą księ­gę i brał się do spo­rzą­dze­nia za­pi­su.

– A więc bę­dzie­my się mo­dlić o zdro­wie dla na­sze­go bra­ta An­zel­ma?

– O nie – ostro sprze­ci­wi­ła się cór­ka. – Cho­dzi o to, żeby mu się po­gor­szy­ło.

Mi­nę­ło kil­ka chwil, nim ksiądz Mey­er po­zbie­rał my­śli.

– Po­gor­szy­ło? – po­wtó­rzył ze zdu­mie­niem. – Czy tak mam to ogło­sić z am­bo­ny?

Ko­bie­ta wzię­ła na sie­bie obo­wią­zek wy­ja­śnie­nia spra­wy.

– Nie chce­my po­stę­po­wać po­chop­nie, Boże nas przed tym strzeż. Aby zro­zu­mieć po­wo­dy na­szej proś­by, mu­si­my się tro­chę cof­nąć w prze­szłość.

– Pro­szę bar­dzo – zgo­dził się go­spo­darz. – Mamy czas.

Za­czę­ła od opi­su wy­da­rzeń sprzed dzie­się­ciu lat. Bar­dzo chcie­li tego unik­nąć, lecz w ich ży­cie wmie­sza­ła się po­li­ty­ka, po pro­stu nie było od niej uciecz­ki. Roz­ru­chy stu­denc­kie. Mło­dzi lu­dzie nie mo­gli zro­zu­mieć, dla­cze­go w kra­ju jest tyle nie­spra­wie­dli­wych praw.

– Pa­mię­tam – wtrą­cił ksiądz.

– Ar­gu­ment, że przyj­dą ko­mu­ni­ści, tyl­ko bu­dził śmiech… Nikt żad­nych ko­mu­ni­stów na oczy nie wi­dział. Stu­den­ci żą­da­li spra­wie­dli­wo­ści dla wszyst­kich, ra­dy­kal­nej zmia­ny ustro­ju.

– Tak było – zgo­dził się go­spo­darz.

– Ali­ce, moja sio­stra, od dziec­ka pcha­ła się na afisz – cią­gnę­ła Jane Smith. – Wy­star­czy­ło jej cze­goś za­ka­zać, a na­tych­miast mu­sia­ła to mieć. Nie idź, po­szła, nie do­ty­kaj, kła­dła rękę do ognia. Czy moż­na się dzi­wić, że cią­gnę­ło ją do ma­ni­fe­sta­cji, na­ma­wia­nia ro­bot­ni­ków do straj­ków? Że nie mo­gła żyć bez dłu­gich i go­rą­cych ze­brań? Tych ze­brań nig­dy nie mia­ła dość. Wy­ty­ka­ła hi­po­kry­zję ak­ty­wi­stom, któ­rzy wra­ca­li na ko­la­cję do do­mów. Ona, ku zgry­zo­cie ro­dzi­ców, prze­pa­da­ła nie­raz na kil­ka dni.

Alan Smith tyl­ko ki­wał gło­wą, po­twier­dzał każ­de sło­wo żony. Pani Smith za­czerp­nę­ła głę­bo­ko po­wie­trza.

– Moż­na się z czymś nie zga­dzać, moż­na kry­ty­ko­wać… Jed­nak co in­ne­go pła­cić wła­snym ży­ciem. Ale Ali­ce nie uzna­wa­ła pół­środ­ków… Nie opo­wia­da­jąc się ni­ko­mu, zgi­nę­ła na wie­le ty­go­dni. Prze­cho­dzi­ła ja­kieś szko­le­nia, nie chcia­ła po­wie­dzieć gdzie. Po po­wro­cie zro­bi­ła się ma­ło­mów­na, za­mknię­ta i nie­przy­stęp­na. Z boku lu­dzi ob­ser­wo­wa­ła, ro­bi­ła so­bie ja­kieś zna­ki na kar­tecz­kach. Na te­mat zna­jo­mych za­da­wa­ła py­ta­nia, ale o so­bie nic… Nie­gdyś we­so­ła dziew­czy­na, snu­ła się jak cień i gra­ła rolę ta­jem­ni­cze­go sfink­sa.

– Bar­dzo się zmie­ni­ła – po­twier­dził pan Smith.

– Aż któ­rejś nocy prze­pa­dła na do­bre… Ktoś za­dzwo­nił z An­glii czy Tan­za­nii i ra­dził, że­by­śmy się o nią nie mar­twi­li.

– To była do­bra dziew­czy­na – wtrą­cił Alan Smith. – Ide­alist­ka.

– Nie wąt­pię – zgo­dził się ksiądz Mey­er.

– By­li­śmy już mał­żeń­stwem od roku, gdy wie­czo­rem ktoś za­pu­kał do drzwi. Przed nami sta­ła Ali­ce. „Nie po­win­nam tu była przyjść. Prze­kro­czy­łam za­sa­dy kon­spi­ra­cji”, mó­wi­ła ści­szo­nym gło­sem. A po­tem po­ło­ży­ła za­wi­niąt­ko na sto­le i roz­wi­nę­ła koc. Była to dwu­mie­sięcz­na dziew­czyn­ka. Pro­si­li­śmy, aby zo­sta­ła dłu­żej, ale ona wska­za­ła na cze­ka­ją­cy na uli­cy sa­mo­chód. Na py­ta­nie, kto jest oj­cem i czy wzię­li ślub, od­po­wie­dzia­ła urą­gli­wym śmie­chem.

– I co da­lej? – za­py­tał ksiądz.

– Dziec­ko jest na­szą cór­ką. Le­gal­nie i pod wszyst­ki­mi wzglę­da­mi… Tyl­ko że jest mie­sza­nej krwi. I my­śli, że ja je­stem jej mat­ką.

Ktoś za­pu­kał do drzwi. Ogrod­nik wsa­dził gło­wę i spy­tał, czy po­wi­nien dzi­siaj zgra­bić li­ście.

– Zro­bisz to ju­tro – po­wie­dział ksiądz.

– Przez dzie­sięć lat wszyst­ko było do­brze… – wró­ci­ła do swej opo­wie­ści Jane Smith. – Z wy­glą­du dziew­czyn­ki są do sie­bie po­dob­ne. Do­pie­ro ostat­nio ojca do­padł jego wiek i sła­bość ulo­ko­wa­ła mu się w gło­wie. Sta­je przed dziec­kiem, pa­trzy uważ­nie i do­szu­ku­je się w nim ob­cych cech. A po­tem gada: „Dla­cze­go do­bra ro­dzi­na Smi­thów mia­ła­by ra­so­wo zejść na psy? Trze­ba dla cie­bie zna­leźć inną szko­łę, cze­ko­lad­ko… Nie po­win­naś uczyć się ra­zem z bia­ły­mi”. A dziew­czyn­ki od­po­wia­da­ją: „Dziad­ku, czy nas nie po­zna­jesz?”.

– Czę­sto tak się dzie­je?

– Te­raz już pra­wie co­dzien­nie. Ostat­nio od­gra­żał się, że pój­dzie do szko­ły i po­roz­ma­wia z dy­rek­to­rem. Przed­sta­wi się jako zgor­szo­ny oby­wa­tel… Czło­nek spo­łecz­no­ści, któ­ry so­bie ży­czy, aby pra­wo było ści­śle prze­strze­ga­ne.

– To on nie wie, że na­stą­pi­ły po­li­tycz­ne zmia­ny?

– Za­po­mniał. Le­ka­rze mó­wią, że to się na­zy­wa po­stę­po­wa skle­ro­za… Naj­pierw czło­wiek nie roz­róż­nia, co do­bre, a co złe, a w na­stęp­nym sta­dium tra­ci pa­mięć.

Co ja mam z nimi zro­bić? – usil­nie my­ślał ksiądz Mey­er. Po­win­ni ra­czej pójść do zna­cho­ra. Dał­by im tro­chę prosz­ku z utar­tej jasz­czur­ki albo ja­kiś tru­ją­cy liść.

Spoj­rzał na gru­be księ­gi teo­lo­gów. Lu­bił je czy­tać, szu­kał w nich po­mo­cy. Ale te­raz ogar­nę­ły go roz­ter­ki. Pani Smith wzię­ła jego mil­cze­nie za głę­bo­ki na­mysł. Dzi­wi­ło ją tro­chę, że ksiądz ich ni­czym nie po­czę­sto­wał. Kre­den­sy pu­ste, koł­nierz wy­świech­ta­ny… Jed­na ża­rów­ka mru­ga, dru­ga się nie pali… Od razu wi­dać, że brak tu ko­bie­cej ręki.

– An­zelm był do­brym czło­wie­kiem, całe ży­cie uczci­wie pra­co­wał… – Alan Smith uspra­wie­dli­wiał czło­wie­ka, z któ­rym łą­czy­ły go przy­ja­zne re­la­cje. – Nie wie­my, co w nie­go wstą­pi­ło. Może dia­beł? A może to tyl­ko cho­ro­ba? Cią­gle do­py­tu­je o ojca dziew­czyn­ki… Na­gle się nim za­in­te­re­so­wał. Ko­lo­ro­wy? Jaki ko­lo­ro­wy? Ko­lo­ro­wy z Kapsz­ta­du z do­miesz­ką Ma­la­jów czy zwy­kły ko­lo­ro­wy, czar­no-bia­ły?

– Więc cze­go pań­stwo ode mnie ocze­ku­ją? – za­py­tał zgnę­bio­ny pro­boszcz.

– Na wy­zdro­wie­nie jest już chy­ba za póź­no… – roz­wa­ża­ła Jane Smith. – Naj­le­piej je­śli oj­ciec cał­ko­wi­cie stra­ci pa­mięć, a nie tyl­ko czę­ścio­wo.

Za­padł wie­czór i go­spo­darz za­pa­lił wi­szą­cą lam­pę. W ką­tach i za ster­ta­mi ksią­żek uło­ży­ły się głę­bo­kie cie­nie.

– Ja nie mam ta­kich sił… – rzekł ci­chym gło­sem. – Na pew­no są ja­kieś sek­ty, któ­re wie­dzą, jak szko­dzić… Moje za­da­nie jest inne.

– Dziec­ku ła­two jest po­prze­sta­wiać w gło­wie… – mó­wi­ła jak­by do sie­bie Jane Smith. – Za­cznie szu­kać, jak to się mówi, ko­rze­ni… W szko­le roz­nie­sie się wia­do­mość, że jest inna, ró­wie­śni­cy za­czną ją gnę­bić żar­ta­mi. To każą jej spa­ce­ro­wać na rę­kach, a to bu­jać się na ga­łę­zi… Na lek­cji re­li­gii ktoś ją za­py­ta, czy po­cho­dzi od Sema, Ja­fe­ta, czy od Cha­ma…

– A co sta­ło się z pani sio­strą?

– Do dziś nie mamy od niej żad­nej wia­do­mo­ści.

W naj­bliż­szą nie­dzie­lę ksiądz Mey­er sta­nął twa­rzą do wier­nych. Po ogło­sze­niach bie­żą­cych za­we­zwał do mo­dli­twy o zdro­wie pa­ra­fia­ni­na An­zel­ma. Wy­gło­sił przy tym mowę dość za­wi­łą, w któ­rej war­to­ściom mo­ral­nym prze­ciw­sta­wił cud za­po­mnie­nia. Ze­bra­ni nie ro­zu­mie­li, w czym rzecz, ale wie­rzy­li, że in­ten­cja jest słusz­na.

Mi­nę­ło dzie­sięć dni od tej mszy. W kan­ce­la­rii zno­wu sie­dzie­li pań­stwo Smith, na sto­le po­sta­wi­li bu­tel­kę li­kie­ru.

– Za­uwa­ży­li­śmy wiel­ką zmia­nę… – re­la­cjo­no­wa­ła cór­ka. – Mylą mu się daty i oso­by. Przy­szli­śmy księ­dzu po­dzię­ko­wać i chęt­nie do­pła­ci­my do mszy.

– Och… Nie trze­ba!

– Tyl­ko cha­rak­ter zo­stał mu ten sam… Cho­dzi po ogro­dzie, wy­ry­wa z ko­rze­nia­mi kwia­ty i ro­śli­ny. Twier­dzi, że na tym po­le­ga pie­le­nie. Ale jego ata­ki tra­fia­ją w próż­nię… Nikt nie bę­dzie słu­chał jego głupstw.

– A dziew­czyn­ki zdro­we? – spy­tał pro­boszcz, pod­czas gdy obo­je ści­ska­li go za ręce.

– Ksiądz jest cu­do­twór­cą! Oj­ciec za­czął tra­cić pa­mięć na­tych­miast po mszy. A my ze swej stro­ny, aby wspo­móc mo­dli­twę, prze­sta­li­śmy mu po­da­wać leki!

Soweto – my love

Co robi Mar­tin?

– Mój syn? Za­ko­chał się w pięk­nej Zu­lu­sce.

Dwaj przy­ja­cie­le, obaj do­brze po pięć­dzie­siąt­ce, spo­tka­li się na lun­chu w Klu­bie Prze­my­słow­ców. Obu ce­cho­wa­ło umiar­ko­wa­nie w ru­chach i na­by­ta sta­tecz­ność. Wy­ło­żo­ny dy­wa­na­mi i bo­aze­rią klub o tej po­rze tro­chę się oży­wiał. Sie­dzia­ło w nim tak­że kil­ku ak­cjo­na­riu­szy spół­ek ko­pal­nia­nych, jed­ni w to­wa­rzy­stwie pre­ten­sjo­nal­nych żon, inni sa­mot­nie po­pi­ja­li whi­sky, po­nu­ro wpa­trze­ni w ho­len­der­skie ma­lo­wi­dło na ścia­nie. Gdy zbli­żył się kel­ner, Ro­ger i Si­mon za­mó­wi­li ró­żo­we bef­szty­ki, sma­żo­ne ziem­nia­ki w ta­lar­kach i umiar­ko­wa­ną ilość czer­wo­ne­go wina.

Do re­stau­ra­cji we­szło trzech dy­rek­to­rów z pod­le­głej im kor­po­ra­cji. Wi­dząc ak­cjo­na­riu­szy, po­spie­szy­li. Wła­ści­cie­le od­po­wie­dzie­li ski­nie­niem gło­wy, w du­chu po­wta­rza­jąc so­bie, że je­że­li bę­dzie trze­ba, to i tak wy­rzu­cą tam­tych na zbi­ty pysk. Co do jed­ne­go, Smi­ta, od­po­wie­dzial­ne­go za dział zby­tu, już ist­nia­ły po­dej­rze­nia, że pró­bu­je za­cho­wać so­bie coś na boku. Nic w tym zdroż­ne­go, tyl­ko czy zna mia­rę? Czy nie ze­psu­je re­pu­ta­cji fir­my? Naj­pro­ściej by­ło­by go wtrą­cić do ko­pal­nia­ne­go szy­bu i ten szyb za­mu­ro­wać, z dru­giej stro­ny war­to całą spra­wę do­kład­nie roz­pa­trzyć. Bo je­śli te do­nie­sie­nia, na­pły­wa­ją­ce nie­ustan­nie, to tyl­ko wy­ra­fi­no­wa­na in­try­ga po­zo­sta­łych dwóch?

Ro­ger wska­zał na roz­sy­pa­nych po sali by­wal­ców klu­bu. Le­d­wie wy­sta­wa­li zza wy­so­kich oparć. Tu i tam ja­śnia­ła je­dy­nie czy­jaś ły­si­na albo wy­so­ko pod­nie­sio­na ga­ze­ta.

– My­ślą, że od ćmie­nia cy­gar i prze­sia­dy­wa­nia w skó­rza­nych fo­te­lach sta­ną się an­giel­ski­mi lor­da­mi – rzu­cił. – Spójrz, Le Bry­un czy­ta „The Ti­mes”! Do­tąd ro­zu­miał tyl­ko no­to­wa­nia na gieł­dzie.

Szef kel­ne­rów oznaj­mił, że po­da­no bef­szty­ki. Prze­nie­śli się więc do są­sied­niej sali. Mię­so było so­czy­ste, ale nie­ocie­ka­ją­ce krwią. Z boku chrup­ki ta­la­rek ce­bu­li, rzu­co­ny liść sa­ła­ty. Obok ta­le­rzy ostre noże o drew­nia­nych trzon­kach i kształ­cie pa­ster­skich ko­zi­ków. Bez wy­sił­ku wcho­dzi­ły w ró­żo­we mię­so i od­sła­nia­ły struk­tu­rę jego włó­kien.

– Py­ta­łeś, dla­cze­go Mar­tin nie po­szedł na eko­no­mię? – za­gad­nął Ro­ger. – Ciesz się, że masz tyl­ko cór­ki. On po pro­stu nie chce pro­wa­dzić ksiąg. Twier­dzi, że to by ogra­ni­czy­ło jego umysł, a on chce pa­trzeć na świat z lotu pta­ka. Nie lubi pod­li­czać słup­ków, po­trą­cać pro­cen­tów, od­pro­wa­dzać po­dat­ków… To cięż­ka pra­ca, cięż­sza od wbi­ja­nia gwoź­dzi. Twier­dzi, że ma do niej lu­dzi – przy­się­głych księ­go­wych.

– Zbyt dużo wi­dzia­łem ka­ta­strof… Zda­wa­nie się na in­nych, nie­pil­no­wa­nie swe­go koń­czy się nie­uchron­nie utra­tą do­byt­ku.

– Tłu­ma­czy­łem to chło­pa­ko­wi… Nie chce słu­chać. Twier­dzi, że za­nim to się sta­nie, i tak prze­ka­że­my za­gro­żo­ne przed­się­bior­stwa ich pra­wo­wi­tym wła­ści­cie­lom.

– Komu?

– Łu­dzi się, że czar­ni zdą­żą na czas z tą swo­ją re­wo­lu­cją. Chciał­by od­dać je lu­do­wi.

Gdy­by ktoś ob­ser­wo­wał obu męż­czyzn, z ła­two­ścią do­strzegł­by ist­nie­ją­ce mię­dzy nimi róż­ni­ce. Si­mon był w gar­ni­tu­rze, któ­re­go kla­py, zwi­nię­te w trąb­ki, przy­po­mi­na­ły zra­zy wo­ło­we. Ja­sne skar­pet­ki roz­świe­tla­ły salę je­dwab­nym po­ły­skiem. Na jego tle ma­to­we twe­edy Ro­ge­ra zni­ka­ły w cie­niu i gi­nę­ła w nim cała jego oso­ba. A jed­nak coś ich łą­czy­ło… Zło­śli­wy ob­ser­wa­tor za­prze­czył­by, że ta­kie sen­ty­men­ty ist­nie­ją, ale mię­dzy nimi była sta­ra przy­jaźń. Obaj wy­po­sa­że­ni w zmysł przy­go­dy, oszli­fo­wa­ny oks­fordz­ką edu­ka­cją, mie­li dar roz­szy­fro­wy­wa­nia prób nie­czy­stej gry albo dwu­znacz­nych za­mia­rów z czy­jej­kol­wiek stro­ny. Byli ska­za­ni na wza­jem­ną lo­jal­ność.

Mar­tin skrę­cił w sze­ro­ką Po­tch Road, któ­ra pro­wa­dzi­ła do So­we­to. Po obu stro­nach wy­schnię­te tra­wy stra­wił peł­za­ją­cy ogień. Czar­ne plac­ki za­czy­na­ły się przy as­fal­cie i cią­gnę­ły da­le­ko w pola. Wśród po­pio­łów błysz­cza­ły pusz­ki po pi­wie i po­rzu­co­ne bu­tel­ki.

W od­le­gło­ści pół mili po­ja­wi­ły się rzę­dy ce­gla­nych do­mów. So­we­to. Dwa okna, me­ta­lo­we drzwi, lek­ko opa­da­ją­cy eter­ni­to­wy dach z wy­sta­ją­cym ko­mi­nem po­środ­ku. Pro­gi po­cią­gnię­te czer­wo­ną pa­stą. O pią­tej dro­ga była za­tka­na, po­su­wa­li się bar­dzo wol­no. Przed nim dy­mił au­to­bus z na­pi­sem „Scho­ol Bus”. Czar­ne uczen­ni­ce wra­ca­ły do do­mów po lek­cjach w pry­wat­nych szko­łach. Mo­gła to być St. Mary, Ro­ede­an albo King­sme­ad w Ro­se­ban­ku. Rząd do­pusz­czał do bia­łych szkół ogra­ni­czo­ną licz­bę uczniów na­le­żą­cych do „in­nych grup ra­so­wych”. Z nu­dów dziew­czyn­ki ro­bi­ły miny do sa­mot­nie ja­dą­ce­go chło­pa­ka.

O tej po­rze w każ­dym domu ko­bie­ty roz­nie­ca­ły ogień w ka­flo­wych kuch­niach. Na me­ta­lo­wej pły­cie z fa­jer­ka­mi stał czaj­nik i kil­ka alu­mi­nio­wych garn­ków. W izbach pach­nia­ło so­sem mię­snym albo pap.

Nad da­cha­mi uno­sił się dym z ko­mi­nów i wzbi­ja­ny przez sa­mo­cho­dy kurz. Czar­na chmu­ra wi­sia­ła nad całą oko­li­cą. Zwy­kle wiatr pę­dził ją w stro­nę Jo­han­nes­bur­ga, rzed­nia­ła nad po­łu­dnio­wy­mi dziel­ni­ca­mi albo wę­dro­wa­ła na wschód, aby po­łą­czyć się z tymi znad Tem­bi­sy i Shar­pe­vil­le.

Au­to­bus z uczen­ni­ca­mi skrę­cił w bocz­ną dro­gę, Mar­tin zna­lazł się na skrzy­żo­wa­niu, gdzie zwy­kle sta­ła po­li­cja. Spe­cjal­ne za­to­ki po­zwa­la­ły na za­trzy­ma­nie sa­mo­cho­du i na za­da­nie kil­ku py­tań kie­row­cy. Je­śli je­cha­li nim czar­ni, spraw­ne ucho po­li­cjan­ta roz­po­zna­wa­ło, czy są to Zulu, czy Kho­sa. Gdy za­trzy­ma­ny twier­dził, że miesz­ka tu od dziec­ka, ocze­ki­wa­no od nie­go zna­jo­mo­ści „So­we­to slang”. Z ty­tu­łu uro­dze­nia lub dłu­gie­go okre­su za­miesz­ka­nia mógł na­brać praw „miej­skie­go czar­ne­go”. Taka oso­ba, byle tyl­ko mia­ła ze sobą do­ku­men­ty, mo­gła spo­koj­nie kon­ty­nu­ować po­dróż, po­ru­szać się swo­bod­nie po ca­łym Trans­wa­lu.

Bia­ły ja­dą­cy do So­we­to sta­no­wił dla po­li­cji nie­ma­ły pro­blem. Co go tu spro­wa­dza? Nie moż­na wy­klu­czyć, że dzia­łal­ność wy­wro­to­wa. Po­dej­rza­ne od­czy­ty, szko­le­nia pod przy­kryw­ką dzia­łal­no­ści kul­tu­ral­nej? Szy­ku­je się do pod­bu­rza­nia czar­nych czy do­star­cza im broń? A może, przy­na­glo­ny chę­cią od­wie­dze­nia ko­chan­ki, chce do niej do­trzeć przed za­pad­nię­ciem nocy. Póź­niej nie jest ła­two zna­leźć wła­ści­wy do­mek, bo wszyst­kie są do sie­bie po­dob­ne. Zwy­kłych świa­teł ulicz­nych nie było sen­su tu za­kła­dać – wia­do­mo, że wy­tłu­ką ża­rów­ki i pod­łą­czą ku­chen­ki do go­to­wa­nia. Tyl­ko na wy­so­kich me­ta­lo­wych masz­tach, wy­glą­da­ją­cych jak ob­ser­wa­cyj­ne wie­że, wi­sia­ły pęki lamp. Gir­lan­dy świa­teł oświe­tla­ły da­chy, uli­ce i przej­ścia mię­dzy do­ma­mi.

Bia­ły sier­żant po­li­cji po­wi­tał Mar­ti­na z uprzej­mo­ścią na­leż­ną bia­łe­mu. Po­pro­sił go o wyj­ście z sa­mo­cho­du. Za­pro­po­no­wał, aby Mar­tin wy­jął z pra­wej kie­sze­ni kan­cia­sty przed­miot, któ­ry ją roz­pie­rał.

– Klu­cze – stwier­dził. – W po­rząd­ku. – Po­tem po­pro­sił o otwar­cie ba­gaż­ni­ka.

– Chcę spraw­dzić, czy nie wie­zie­cie za­bro­nio­nej li­te­ra­tu­ry. To ru­ty­na.

– Ni­cze­go nie wio­zę – od­parł Mar­tin.

– Ma­te­ria­ły wy­bu­cho­we? Za­pal­ni­ki ni­tro­gli­ce­ry­no­we? Wła­snej ro­bo­ty bom­by z ulot­ka­mi?

– Też nie.

Sier­żant spró­bo­wał z in­nej becz­ki. Jego oczy wy­ra­ża­ły chęć po­mo­cy, bia­ły chło­pak jest za­gu­bio­ny. Ła­two po­peł­nić błąd, gdy do­kład­nie nie zna się pra­wa. Przy­jął więc rolę ro­dzi­ca. Mó­wił z na­ci­skiem, jak się mówi do przy­głu­pich.

– Je­dzie­cie, aby do­pu­ścić się aktu nie­mo­ral­no­ści z przed­sta­wi­ciel­ką in­nej gru­py ra­so­wej? Taki akt jest ka­ra­ny dwu­na­sto­ma mie­sią­ca­mi wię­zie­nia.

Mar­tin wy­ra­ził zdzi­wie­nie.

– Jaką przed­sta­wi­ciel­ką? Któ­rej gru­py?

– Nie uda­waj­cie głu­pie­go! In­nej niż bia­ła! – Wró­cił do po­przed­nie­go rze­czo­we­go tonu. – Spi­sko­wa­nie w celu po­peł­nie­nia aktu nie­mo­ral­no­ści tak­że jest ka­ral­ne.

– Spi­sko­wa­nie? – zdzi­wił się Mar­tin.

– Nie je­ste­ście dziec­kiem, nie mu­szę wam tłu­ma­czyć. Na przy­kład ona goła, a wy w sta­nie sil­ne­go pod­nie­ce­nia sek­su­al­ne­go… Taka sy­tu­acja kosz­tu­je sześć mie­się­cy. Cza­sem, je­śli jest to uza­sad­nio­ne, sąd za­wie­sza wy­ko­na­nie kary. Wa­sza przy­ja­ciół­ka, tak czy in­a­czej, do­sta­nie po­dwój­ny wy­rok.

– Dla­cze­go po­dwój­ny?

– Oso­bom rasy Ban­tu za­wsze apli­ku­je­my po­dwój­ną karę, żeby le­piej za­pa­mię­ta­li. A te­raz zjedź­cie na bok, bo ta­mu­je­cie ruch.

Mar­tin zje­chał na po­bo­cze, któ­re wrzy­na­ło się w pole. Pa­trzył na li­nię do­mów, ich ogród­ki za­czy­na­ły się pół mili stąd. Z okien przez za­sło­ny prze­świ­ty­wa­ły żół­te świa­tła, z ko­mi­nów do­by­wał się dym. Naj­pierw siwy z tlą­cych się pa­ty­ków i po­łu­pa­nych szczap, a po­tem czar­ny, wę­glo­wy. Pora przy­rzą­dza­nia po­sił­ków. Dym po­mie­sza­ny z py­łem pod­no­szo­nym przez koła sa­mo­cho­dów ukła­dał się w chmu­rę, któ­ra bu­do­wa­ła się nad da­cha­mi. Wie­czór był spo­koj­ny, chmu­ra prze­su­wa­ła się le­ni­wie w stro­nę szo­sy. Mar­tin czuł w ustach wę­glo­wy pył, ob­ło­ki ku­rzu do­cie­ra­ły już do skrzy­żo­wa­nia.

Flo­ren­ce Ma­tum­be, ko­le­żan­ka ze stu­diów, miesz­ka­ła w dom­ku o nu­me­rze 1548 przy Ali­ce Stre­et. Za­wsze ro­ze­śmia­na, mia­ła fi­gu­rę, któ­rej za­zdro­ści­ły jej bia­łe ko­le­żan­ki. Dzi­siaj mie­li być sami, zu­peł­nie sami. O co w So­we­to nie jest ła­two. Myśl, że wsku­tek spo­tka­nia z nim mo­gła­by być na­ra­żo­na na wrzu­ce­nie do po­li­cyj­ne­go wozu, a po­tem na dłu­gie cze­ka­nie w są­do­wych ko­ry­ta­rzach i szo­ro­wa­nie wię­zien­nej celi, wy­da­ła się Mar­ti­no­wi nie­zno­śna.

– Te­raz mogę spo­koj­nie się wami za­jąć… – oświad­czył sier­żant. – No więc, zde­cy­do­wa­li­ście się? Póź­no jest, a was cią­gnie do czar­nej ko­chan­ki. Jak ona się na­zy­wa? Gdzie na was cze­ka? Dziel­ni­ca? Nu­mer domu?

Sier­żant wy­jął no­tes i za­mie­rzał spo­rzą­dzić mel­du­nek.

– Zde­cy­do­wa­łem. Wra­cam do Jo­han­nes­bur­ga. Nie będę tam się pchał… – Mar­tin wska­zał na dom­ki gi­ną­ce za za­sło­ną ku­rzu. – Zresz­tą i tak dro­gi bym nie zna­lazł.

– Wy­glą­da­cie na roz­sąd­ne­go czło­wie­ka – zgo­dził się sier­żant. – Z cza­sem na­bie­rze­cie ro­zu­mu.

Czuł się jak spo­wied­nik, któ­ry ura­to­wał błą­dzą­cą du­szę.

Mar­tin wra­cał So­we­to Hi­gh­way. Tak na­zy­wa­ła się dro­ga pro­wa­dzą­ca wprost do cen­trum mia­sta. Mi­jał cią­gną­cy z prze­ciw­nej stro­ny rząd „czar­nych tak­só­wek” – sa­mo­cho­dów oso­bo­wych i cię­ża­ro­wych za­ra­zem. Cia­sno zbi­te wozy wlo­kły się w śli­ma­czym tem­pie. Raz po raz zi­ry­to­wa­ny kie­row­ca wy­ry­wał się z sze­re­gu i gnał z włą­czo­ny­mi świa­tła­mi. Na­ty­kał się na wozy ja­dą­ce z prze­ciw­ka, bły­ska­ły świa­tła­mi. Sa­mo­bój­ca szu­kał luki, w któ­rą mógł­by się scho­wać. Lu­dzie ustę­po­wa­li nie­chęt­nie, nie chcie­li mieć ry­zy­kan­ta przed sobą. Zda­rza­ło się, że Mar­tin, wy­trzy­maw­szy do ostat­niej chwi­li, zjeż­dżał rap­tow­nie na po­bo­cze i prze­pusz­czał tak­sów­kę peł­ną pa­sa­że­rów i wa­li­zek uło­żo­nych na da­chu.

Do­stał się na zjazd pro­wa­dzą­cy na au­to­stra­dę w kie­run­ku Sand­ton. Inny świat. Usta­wio­ne pra­wi­dło­wo świa­tła nie ośle­pia­ły ja­dą­cych z prze­ciw­ka. Spoj­rzał w dół na uli­ce City, były pu­ste. Za kwa­drans będą wy­glą­da­ły jak po ata­ku bro­ni bak­te­rio­lo­gicz­nej. Psy roz­wle­ka­ły wor­ki ze śmie­cia­mi i od­ga­nia­ły miau­czą­ce koty. Na skrzy­żo­wa­nie wy­to­czył się po­rzu­co­ny wó­zek z de­ska­mi. Ja­kaś ko­bie­ta ucie­ka­ła przed na­tręt­nym ko­chan­kiem, po­ło­żył go czyjś cel­nie wy­mie­rzo­ny strzał. Na chwi­lę za­trzy­ma­ła się, a po­tem znik­nę­ła za ko­lum­ną mo­stu.

Up­per Ho­ugh­ton było ci­che i spo­koj­ne. Ni­skie mury i scho­dy pro­wa­dzą­ce na gan­ki zbu­do­wa­no z na­tu­ral­ne­go żół­te­go ka­mie­nia. Pię­tro­we wil­le przy­po­mi­na­ły obron­ne zam­ki i tyl­ko pa­ra­pe­ty ze sta­rej ce­gły zdra­dza­ły an­giel­skie upodo­ba­nia miesz­kań­ców.

Mar­tin je­chał ale­ją po­ro­śnię­tą wy­so­ki­mi drze­wa­mi ja­ka­ran­dy. Ga­łę­zie spo­ty­ka­ły się nad uli­cą, fio­le­to­we kwia­ty opa­da­ły na jezd­nię. Gnie­cio­ne opo­na­mi, wy­da­wa­ły gniew­ne prych­nię­cia, a na jezd­ni zo­sta­wał ślad sa­mo­cho­du.

Ogro­dy w tej dziel­ni­cy sta­ra­no się po­zo­sta­wić dzi­kie i za­ro­śnię­te. Ciem­ne kąty przy­po­mi­na­ły ich pier­wot­ny stan, na­le­ża­ło uwa­żać na węże śpią­ce wśród ka­mie­ni i nie ka­le­czyć się o osty.

Po świa­tłach w oknach po­znał, że oj­ciec jest już w domu, mat­ka jak zwy­kle wra­ca­ła wcze­śnie. W ostat­nich la­tach przyj­mo­wa­li mniej za­pro­szeń na ko­la­cje do no­wych zna­jo­mych, twier­dzi­li, że nie star­cza im sił. Na­to­miast nig­dy nie opusz­cza­li pre­mier w Mar­ket The­atre. Była to sce­na, któ­rą fir­ma ojca prak­tycz­nie utrzy­my­wa­ła przy ży­ciu.