Soweto - my love. Opowiadanie ze zbioru - Wojciech Albiński - ebook
Opis

Paul zostaje dyskretnie usunięty ze szkoły i wyjeżdża na naukę do innego kraju, gdy okazuje się, że jest „kolorowy". Martin, syn białego przemysłowca, zapuszcza się w głąb Soweto, by odwiedzić czarną kobietę, w której się zakochał; życzliwy policjant przestrzega go przed konsekwencjami przekroczenia Immorality Act. Rodzice młodej komunistki wychowują w tajemnicy jej „kolorowe" dziecko; gdy senior rodu nabiera podejrzeń, proszą Boga, by odebrał dziadkowi pamięć. Sangoma, plemienny uzdrowiciel, składa wizytę białemu doktorowi, by zaradzić kłopotliwej różnicy zdań w kwestii zdrowia wspólnych pacjentów. Siostry zakonne nie mogą się uporać z plagą myszy atakujących nocą trędowate dzieci; zrozpaczone matki oskarżają zakonnice o kanibalizm.
W Soweto - my love Wojciech Albiński powraca pamięcią do Afryki czasów apartheidu. W nowych opowiadaniach pisarza polityka odgrywa ważną rolę, jednak nigdy nie przesłania losów pojedynczych ludzi. Bohaterowie Albińskiego kochają, kierują się ambicją, domagają się szacunku. Tyle tylko, że kładzie się na nich cień Historii, który w Afryce czasów apartheidu był wyjątkowo złowrogi.


Z recenzji wcześniejszych książek:

Wojciech Albiński dzieli się [...] swoim długoletnim doświadczeniem afrykańskim. To, o czym nam mówi, czerpie z własnego, pasjonującego życia - dlatego mu wierzymy.
Ryszard Kapuściński

Wojciech Albiński zadebiutował późno, ale jakże zaskakującą i dojrzałą prozą. Kalahari to książka finezyjna w formie i bogata w treści. Zarazem pożyteczna poznawczo, wciągająca w osobliwość świata na antypodach, tam gdzie z oceanu wynurza się Przylądek Dobrej Nadziei i Góra Stołowa.
Marek Nowakowski

Achtung! Banditen! ma szansę wbić się pomiędzy najważniejsze literackie świadectwa II wojny.
Paweł Goźliński, „Gazeta Wyborcza"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 17


Woj­ciech Al­biń­ski

SO­WE­TO – MY LOVE

Opo­wia­da­nie ze zbio­ruSO­WE­TO – MY LOVE

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2012

Wy­da­nie I

War­sza­wa 2012

Soweto – my love

Co robi Mar­tin?

– Mój syn? Za­ko­chał się w pięk­nej Zu­lu­sce.

Dwaj przy­ja­cie­le, obaj do­brze po pięć­dzie­siąt­ce, spo­tka­li się na lun­chu w Klu­bie Prze­my­słow­ców. Obu ce­cho­wa­ło umiar­ko­wa­nie w ru­chach i na­by­ta sta­tecz­ność. Wy­ło­żo­ny dy­wa­na­mi i bo­aze­rią klub o tej po­rze tro­chę się oży­wiał. Sie­dzia­ło w nim tak­że kil­ku ak­cjo­na­riu­szy spół­ek ko­pal­nia­nych, jed­ni w to­wa­rzy­stwie pre­ten­sjo­nal­nych żon, inni sa­mot­nie po­pi­ja­li whi­sky, po­nu­ro wpa­trze­ni w ho­len­der­skie ma­lo­wi­dło na ścia­nie. Gdy zbli­żył się kel­ner, Ro­ger i Si­mon za­mó­wi­li ró­żo­we bef­szty­ki, sma­żo­ne ziem­nia­ki w ta­lar­kach i umiar­ko­wa­ną ilość czer­wo­ne­go wina.

Do re­stau­ra­cji we­szło trzech dy­rek­to­rów z pod­le­głej im kor­po­ra­cji. Wi­dząc ak­cjo­na­riu­szy, po­spie­szy­li. Wła­ści­cie­le od­po­wie­dzie­li ski­nie­niem gło­wy, w du­chu po­wta­rza­jąc so­bie, że je­że­li bę­dzie trze­ba, to i tak wy­rzu­cą tam­tych na zbi­ty pysk. Co do jed­ne­go, Smi­ta, od­po­wie­dzial­ne­go za dział zby­tu, już ist­nia­ły po­dej­rze­nia, że pró­bu­je za­cho­wać so­bie coś na boku. Nic w tym zdroż­ne­go, tyl­ko czy zna mia­rę? Czy nie ze­psu­je re­pu­ta­cji fir­my? Naj­pro­ściej by­ło­by go wtrą­cić do ko­pal­nia­ne­go szy­bu i ten szyb za­mu­ro­wać, z dru­giej stro­ny war­to całą spra­wę do­kład­nie roz­pa­trzyć. Bo je­śli te do­nie­sie­nia, na­pły­wa­ją­ce nie­ustan­nie, to tyl­ko wy­ra­fi­no­wa­na in­try­ga po­zo­sta­łych dwóch?

Ro­ger wska­zał na roz­sy­pa­nych po sali by­wal­ców klu­bu. Le­d­wie wy­sta­wa­li zza wy­so­kich oparć. Tu i tam ja­śnia­ła je­dy­nie czy­jaś ły­si­na albo wy­so­ko pod­nie­sio­na ga­ze­ta.

– My­ślą, że od ćmie­nia cy­gar i prze­sia­dy­wa­nia w skó­rza­nych fo­te­lach sta­ną się an­giel­ski­mi lor­da­mi – rzu­cił. – Spójrz, Le Bry­un czy­ta „The Ti­mes”! Do­tąd ro­zu­miał tyl­ko no­to­wa­nia na gieł­dzie.

Szef kel­ne­rów oznaj­mił, że po­da­no bef­szty­ki. Prze­nie­śli się więc do są­sied­niej sali. Mię­so było so­czy­ste, ale nie­ocie­ka­ją­ce krwią. Z boku chrup­ki ta­la­rek ce­bu­li, rzu­co­ny liść sa­ła­ty. Obok ta­le­rzy ostre noże o drew­nia­nych trzon­kach i kształ­cie pa­ster­skich ko­zi­ków. Bez wy­sił­ku wcho­dzi­ły w ró­żo­we mię­so i od­sła­nia­ły struk­tu­rę jego włó­kien.

– Py­ta­łeś, dla­cze­go Mar­tin nie po­szedł na eko­no­mię? – za­gad­nął Ro­ger. – Ciesz się, że masz tyl­ko cór­ki. On po pro­stu nie chce pro­wa­dzić ksiąg. Twier­dzi, że to by ogra­ni­czy­ło jego umysł, a on chce pa­trzeć na świat z lotu