Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 492

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 13 godz. 42 min Lektor: Krzysztof Plewako-Szczerbiński

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Czas: 13 godz. 42 min Lektor: Krzysztof Plewako-Szczerbiński

Opis ebooka Sowa - Samuel Bjørk

Druga powieść serii o Holgerze Munchu i Mii Krüger! Zatrważająca zbrodnia, złowieszcza symbolika i intrygujący finał! „W Sowie autor dowodzi, jak zręcznie potrafi budować napięcie. Samuel Bjørk napisał porywający wielowątkowy kryminał, pełen szczegółowych, zachwycających opisów”. Adresseavise „Samuel Bjørk to wyjątkowy autor z wielkimi pokładami energii. Pisze porywające powieści ze świetnymi dialogami i postaciami, z których każda ma potencjał, by stać się inspiracją do tworzenia nowych historii”. Oppland Arbeiderblad „Świetny styl oraz pomysłowe i pełne napięcia zwroty akcji sprawiają, że nie da się oderwać od tej powieści”. Moss Avis Najbogatszy armator w Sandefjord leży na łożu śmierci. Jego pierworodny syn odziedziczy majątek pod jednym warunkiem: nie może poślubić kobiety posiadającej już dzieci. Wybranka młodego człowieka ma jednak dwuletniego synka i czteroletnią córeczkę. Dzieci zostają odesłane za granicę do dalszej rodziny, para w tajemnicy bierze ślub. Małżeństwo okazuje się jednak krótkie, ponure i z tragicznym finałem. Po latach od tamtych wydarzeń znalezione zostaje ciało zamordowanej młodej dziewczyny, ułożone na posłaniu z piór, w pentagramie ze świec. Niektórzy zaczynają dopatrywać się w tym powiązań z dawnymi czasami… Śledztwo prowadzą Holger Munch i Mia Krüger z wydziału zabójstw w Oslo – policjanci, którzy sami muszą zmagać się z własnymi demonami. Mia walczy z depresją, myślami samobójczymi i uzależnieniem od alkoholu i leków. Munch musi poradzić sobie z problemami córki, która zaczyna wątpić w swoje życiowe wybory. Gdy śledztwo utyka w martwym punkcie, z informatykiem wydziału zabójstw kontaktuje się znajomy haker, który ujawnia mu niepokojący film. Jego bohaterką jest zamordowana dziewczyna oraz jej oprawca, przebrany w strój sowy będącej ucieleśnieniem złych mocy. Okazuje się, że rozwiązując sprawę, policjanci będą musieli stawić czoła złu, na które nie są przygotowani…

Opinie o ebooku Sowa - Samuel Bjørk

Fragment ebooka Sowa - Samuel Bjørk

Tytuł oryginału:

UGLEN

Copyright © Samuel Bjørk 2015

Published by agreement with Ahlander Agency

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Grzegorz Krzymianowski

Korekta: Joanna Rodkiewicz, Maria Zając, Anna Just

ISBN: 978-83-7999-906-4

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

CZĘŚĆ I

1

Botanik Tom Petterson wyjął z samochodu torbę ze sprzętem fotograficznym i zanim zaczął iść pod górę przez las, poświęcił chwilę na podziwianie widoku ponad gładkim jak lustro fiordem. Był początek października, sobotnie chłodne słońce zalewało otaczający go krajobraz prześlicznym światłem, miękkie promienie odbijały się od jesiennie żółtych i czerwonych liści, które wkrótce miały spaść, ustępując miejsca zimie.

Tom Petterson kochał swoją pracę. Zwłaszcza gdy mógł przebywać pod gołym niebem. Wojewoda okręgu Oslo i Akershus zaangażował go przy rejestrowaniu osobników pszczelnika wąskolistnego, zwanego smoczą główką, gatunku zagrożonego wyginięciem, rosnącego w okolicach nad Oslofjorden. Na prowadzonym przez siebie blogu dostał wiadomość o odkryciu nowego stanowiska tej bardzo rzadkiej rośliny i właśnie nim zamierzał się dzisiaj zająć, zarejestrować liczbę i dokładną pozycję nowo ujawnionych egzemplarzy. Smocza główka była roślinką wysoką na dziesięć–piętnaście centymetrów, o niebieskich, ciemnoniebieskich lub niebiesko-fioletowych kwiatkach, które teraz, jesienią, zdążyły już uschnąć, pozostawiając po sobie brązowe owocki ułożone w kształt przypominający kłos zboża. Ale nie tylko roślinka należała do rzadkości. Smocza główka była również mieszkaniem dla niesłychanie rzadkiego gatunku owada, maleńkiego, połyskującego niebiesko chrząszcza, który żył wyłącznie w jej kwiatach.

Cud natury, pomyślał Tom Petterson i pozwolił sobie na uśmiech, gdy zbaczał ze ścieżki zgodnie z opisem trasy przesłanym mu przez uważnego botanika hobbystę. Czasami – nigdy nie mówił tego głośno, bo wychował się w wierze w nieistnienie jakiegokolwiek boga, jego rodzice bacznie tego dopilnowali – ale cóż, czasami jednak tak właśnie myślał: boskie dzieło stworzenia. Wszystkie jego elementy, i te duże, i te małe, powiązane ze sobą w tak cudowny sposób. Ptaki, które każdej jesieni odlatują na południe, pokonując ogromne odległości i za każdym razem docierając w to samo miejsce. Liście, które co roku o tej samej porze zmieniają barwę, czyniąc z drzew i ziemi żywe dzieło sztuki. Tak, tak, nigdy nie powiedział tego głośno, ale często tak myślał.

Tom Petterson pracował w Instytucie Nauk Biologicznych na Uniwersytecie w Oslo. Tam studiował i tam po dyplomie zaproponowano mu pracę. Poprzedniej jesieni w korytarzach poszeptywano wręcz o objęciu przez niego stanowiska kierownika instytutu, ale Tom Petterson nie zrobił nic, by je otrzymać. Kierownik instytutu? Nie, zbyt dużo siedzenia za biurkiem. Lubił to, co robił dotychczas, lubił swoje przyrodnicze wyprawy, to dla nich został botanikiem, a nie po to, by przesiadywać na zebraniach.

Gdy zadzwoniono do niego z urzędu wojewódzkiego, z dumą podjął się zadania. Z wielką chęcią został obrońcą smoczej główki. Uśmiechnął się do siebie na wspomnienie odkrycia, którego kilka lat temu dokonał na półwyspie Snarøya. Znalazł duże zbiorowisko tych roślin w ulubionej piaskownicy milionerów. Oczywiście nie wszyscy tak samo ucieszyli się z jego sukcesu; ci, którzy kupili działki w miejscu, gdzie odkrył roślinki, pragnęli móc swobodnie budować swoje wille z basenami, ale smoczą główkę chroniła konwencja berneńska i roślinie pod żadnym pozorem nie należało zakłócać spokoju.

Zanurkował na prawo między dwa wielkie świerki i brzegiem strumienia ruszył ku miejscu, gdzie miały rosnąć smocze główki, znów uśmiechając się do siebie. Tom Petterson był zagorzałym zwolennikiem ochrony przyrody i radował się wyjątkowym zwycięstwem niewielkiej roślinki w walce z koparkami.

Przeszedł przez strumień i nagle znieruchomiał, słysząc szelest w zaroślach przed sobą. Uniósł aparat gotowy do strzału. Borsuk? Czy to nie borsuk? Płochliwe zwierzę wcale nie było tak często spotykane, jak wydawało się wielu osobom. Ruszył za odgłosami i wkrótce dotarł do niewielkiej polany, ku swojemu rozczarowaniu niczego po drodze nie dostrzegając. Brakowało mu dobrego zdjęcia borsuka do zamieszczenia na blogu, a poza tym wyszłaby z tego ładna opowieść: trzy smocze główki i borsuk, idealne podsumowanie sobotniej wycieczki.

Na środku polany coś leżało.

Sinoniebieskie nagie ciało.

Dziewczyna.

Nastolatka?

Tom Petterson przestraszył się tak, że wypuścił z rąk aparat i nawet tego nie zauważył.

Na polanie leżała martwa dziewczyna.

Pióra?

O Boże.

W lesie leżała naga nastolatka.

Otoczona piórami.

Z białą lilią w ustach.

Tom Petterson obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni i bez tchu zaczął się przedzierać przez gęste zarośla, a kiedy odnalazł ścieżkę, co sił w nogach pobiegł do samochodu. Stamtąd zadzwonił pod 112.

2

Holger Munch, śledczy, specjalista od spraw zabójstw, siedział w samochodzie przed swoim dawnym domem na Røa i żałował, że zgodził się tu przyjechać. W tym białym jednorodzinnym domu mieszkał ze swoją ówczesną żoną, Marianne, ale wszystko skończyło się dziesięć lat temu i od tamtej pory nie przekroczył jego progu. Tęgi policjant zapalił papierosa i otworzył okno w samochodzie. Kilka dni wcześniej był na dorocznych badaniach, a lekarz znów zalecił mu ograniczenie tłustego jedzenia i rzucenie palenia, ale pięćdziesięcioczteroletni śledczy nie miał takich planów, przynajmniej w kwestii tego ostatniego. Holger Munch potrzebował papierosów do myślenia, a jeśli było coś, co lubił, to właśnie gimnastykę mózgu.

Holger Munch uwielbiał szachy, krzyżówki, matematykę, wszystko, co mogło rozruszać szare komórki. Często przesiadywał przed komputerem, czatując z przyjaciółmi na temat rozmaitych partii szachów rozegranych przez Magnusa Carlsena albo o rozwiązaniach trudniejszych lub łatwiejszych zagadek matematycznych, na przykład takich jak ta, którą niedawno dostał w e-mailu od swego przyjaciela Jurija, profesora z Mińska, poznanego w sieci kilka lat temu:

Metalowa tyczka jest wbita w jezioro. Połowa tyczki znajduje się pod ziemią. Jedna trzecia znajduje się pod wodą. Osiem metrów tyczki sterczy nad powierzchnią wody. Jaką długość ma cała tyczka? Pozdrowienia, J.

Munch chwilę pogłowił się nad odpowiedzią, w końcu ją znalazł i już miał wysłać e-maila, kiedy przerwał mu dzwoniący telefon. Spojrzał na wyświetlacz. Mikkelson. Jego szef z komendy na Grønland. Munch pozwolił telefonowi dzwonić przez kilka sekund, rozważając, czy ma odebrać, ale w końcu zdecydował się na odrzucenie połączenia. Wcisnął czerwony guzik i schował aparat z powrotem do kieszeni. Teraz jest czas dla rodziny. Właśnie na tym polegał błąd, który popełnił nieco ponad dziesięć lat temu. Nie poświęcał odpowiednio dużo czasu rodzinie. Pracował przez całą dobę, a kiedy w końcu przychodził do domu, myślami i tak przebywał gdzie indziej. A teraz stał przed tym samym domem, tylko że ona mieszkała już z innym.

Holger Munch podrapał się w brodę i przejrzał w lusterku. Potem zerknął na leżącą na tylnym siedzeniu dużą różową paczkę przewiązaną złotą wstążką. Marion, ubóstwiana wnuczka, miała dziś urodziny. Źrenica jego oka kończyła sześć lat. To dlatego zgodził się przyjechać tu, na Røa, chociaż w zasadzie postanowił, że jego noga już nigdy więcej nie postanie wśród tych czterech ścian. Zaciągnął się dymem z papierosa i dotknął lekkiego wgłębienia na palcu, na którym jeszcze tak niedawno tkwiła ślubna obrączka. Nosił ją przez dziesięć lat po zerwaniu, nie potrafił się przemóc, by ją zdjąć. Marianne. Jego wielka miłość. Wyobrażał sobie, że zawsze będą razem, i po rozstaniu z żoną nie umówił się nigdy z żadną kobietą. Nie żeby nie miał szans, bo niejedna wodziła za nim wzrokiem, ale po prostu nie miał na to ochoty. Nie wydawało mu się to słuszne. Ale teraz to zrobił. Zdjął obrączkę. Została w domowej apteczce w łazience. Nie umiał jej wyrzucić. Chociaż stało się to już dziesięć lat temu, chyba wolno nie tracić nadziei? Czy może to z jego strony błąd? Może powinien zrobić tak, jak ciągle doradzali mu przyjaciele – iść w życiu dalej, poszukać innej.

Holger Munch westchnął ciężko, ponownie zaciągnął się dymem i znów spojrzał na wielki różowy prezent. Pewnie przesadził i tym razem. Jego córka, Miriam, stale na niego krzyczała, że rozpieszcza małą Marion, daje jej wszystko, co mała tylko wskaże palcem. Tym razem kupił coś, co nie było poprawne politycznie, ale wiedział, że wnuczka pragnie tego ponad wszystko inne. Lalkę Barbie z dużym domkiem dla Barbie i specjalnym samochodem dla Barbie. Już słyszał, jak Miriam prawi mu kazanie. O rozpieszczonych dzieciach. O kobiecym ciele, o wzorcach i ideałach. Ale na miłość boską, to przecież tylko lalka, prawda? Co może być w tym aż tak złego, skoro dziewczynka właśnie tego pragnie?

Telefon zadzwonił znów, a że kolejny raz był to Mikkelson, Munch wcisnął czerwony symbol. Gdy telefon odezwał się po raz trzeci, prawie go odebrał. Mia Krüger. Posłał młodej koleżance z pracy ciepłą myśl, ale mimo wszystko postanowił się nie łączyć. Czas dla rodziny. Oddzwoni później. Może wieczorem wybiorą się na herbatę do Justisen? Z pewnością przyda mu się coś takiego po rodzinnej przeprawie. Rozmowa z Mią. Od dawna nie rozmawiali dłużej i czuł, że się za nią stęsknił.

Zaledwie kilka miesięcy wcześniej przywiózł młodą koleżankę do domu z wyspy w okolicach Trøndelag. Odizolowała się tam od świata, bez telefonu, musiał więc samolotem polecieć aż do Værnes, wynająć samochód, a potem prosić miejscowych policjantów o przewiezienie łodzią, aby znaleźć Mię. Miał wtedy przy sobie teczkę z aktami sprawy. Za jej pomocą zdołał nakłonić Mię do powrotu do stolicy.

Holger Munch żywił wiele szacunku dla wszystkich członków swojej jednostki, ale Mia Krüger była kimś zupełnie wyjątkowym. Wyłowił ją w Wyższej Szkole Policyjnej, jeszcze zanim ją ukończyła, gdy miała zaledwie dwadzieścia kilka lat, dzięki podpowiedzi rektora, starego kolegi. Spotkał się z nią w kawiarni, nieoficjalnie, poza komendą. Mia Krüger. Młoda dziewczyna w białym swetrze i czarnych obcisłych spodniach, z długimi ciemnymi włosami, niemal Indianka, z najbardziej przejrzystymi niebieskimi oczami, jakie kiedykolwiek w życiu widział. Natychmiast przypadła mu do gustu. Inteligentna, pewna siebie i opanowana. Jakby wiedziała, że chodzi mu o jej przetestowanie, ale mimo wszystko odpowiadała spokojnie, z leciutkim błyskiem w oku. „Masz mnie za głupią czy co?”

Wiele lat temu Mia Krüger straciła siostrę bliźniaczkę. Sigrid znaleziono martwą po przedawkowaniu heroiny w piwnicy na Tøyen. Mia obwiniała o to chłopaka Sigrid. Kilka lat później w trakcie rutynowego przeszukania przyczepy kempingowej nad jeziorem Tryvann przypadkiem znów się na niego natknęła, z kolejną ofiarą u boku. Nie panując nad emocjami, dwukrotnie strzeliła mu w pierś. Holger Munch był przy tym i wiedział, że Mia z łatwością mogłaby się wykręcić, powołując się na działanie w samoobronie, lecz ponieważ się za nią wstawił, sam został przeniesiony, a Mię wysłano na leczenie. Po blisko dwóch latach służby na posterunku policji w Hønefoss Muncha ściągnięto wreszcie z powrotem jako szefa specjalnej jednostki śledczej z siedzibą na Mariboes gate. On z kolei sprowadził z powrotem Mię, lecz gdy sprawa, której akta leżały wtedy w tamtej teczce, została już rozwiązana, szef Holgera z komendy na Grønland, Mikkelson, stwierdził, że Mia wciąż wykazuje oznaki niestabilności psychicznej, i ponownie zawiesił ją w czynnościach, zapowiadając, że jej noga nie może postać w pracy, dopóki nie odbędzie rozmów z psychologiem, który potwierdzi, że jest zdrowa.

Munch odrzucił jeszcze jedno połączenie z szefem na Grønland i siedział dalej, patrząc na siebie w lusterku. Co on właściwie wyprawia? Minęło dziesięć lat, a on tkwi przed ich dawnym domem, w którym była żona mieszka teraz z innym mężczyzną, ciągle mając nadzieję, że to się jakoś ułoży?

Dureń z ciebie, Holgerze Munch. Zdaje się, że ktoś jeszcze powinien odwiedzić psychologa.

Munch westchnął i wysiadł z samochodu. Ochłodziło się. Lato definitywnie minęło, jesień najwyraźniej również, chociaż ledwie zaczął się październik. Obciągnął budrysówkę na brzuchu, wyjął telefon i wysłał odpowiedź do Jurija: „48 metrów ;) HM”.

Ostatni raz zaciągnął się papierosem, zabrał z tylnego siedzenia wielki prezent, dwa razy głęboko odetchnął i wolno ruszył wysypaną żwirem alejką w stronę białego domu.

3

Mia Krüger widziała poruszające się usta i cienki wąsik mężczyzny siedzącego za wielkim biurkiem, ale nie miała siły słuchać. Słowa nie docierały do jej uszu. Brakowało jej mew. Zapachu fal uderzających o skały. Ciszy. I znów zaczęła się zastanawiać, dlaczego się na to naraża. Na chodzenie do psychologa. Na mówienie o sobie. Tak jakby to mogło w czymś pomóc. Wyjęła z kieszeni pastylkę odświeżającą i jeszcze raz pożałowała, że w ogóle się na to zgodziła. Powinna była natychmiast złożyć wypowiedzenie.

„Niestabilna psychicznie i niezdolna do służby”.

Cholerny Mikkelson, który na niczym się nie znał, nigdy nie rozwiązał żadnej sprawy i tkwił na swoim stanowisku wyłącznie dlatego, że wiedział, jak trzeba włazić w tyłek politykom.

Westchnęła i jeszcze raz spróbowała zrozumieć, co mówi do niej mężczyzna za biurkiem, bo powinna chyba teraz odpowiedzieć, ale nie słyszała pytania.

– Co masz na myśli? – odparowała, wspominając młodą szczupłą dziewczynę z wygolonym tyłem głowy i jasną grzywką; minęła się z nią w drzwiach do poczekalni zasłanej wydawnictwami, których tytuły nie miały dla niej żadnego sensu. Bądź zdrów dzięki treningowi mentalnemu. Odzyskaj formę w trzech krokach.

– Tabletki? – powtórzył psycholog, zapewne trzeci raz, odchylając się na krześle i zdejmując okulary.

Oznaka bliskości. Powinna się tu czuć bezpiecznie. Mia tylko westchnęła i położyła pastylkę na języku. Ten człowiek nie wiedział, z kim ma do czynienia, prawda? Ona już będąc dzieckiem, potrafiła zobaczyć ludzi od wewnątrz. Właśnie dlatego tęskniła za mewami. Tam nie było zła. Sama natura. Fale uderzające o skały. Cisza i nic więcej.

– Dobrze – odparła z nadzieją, że to właściwa odpowiedź.

– Więc z nimi skończyłaś? – spytał psycholog, znów wkładając okulary.

– Nie brałam od kilku tygodni.

– A alkohol?

– Od dawna nie miałam w ustach ani kropli – kolejny raz skłamała Mia.

Spojrzała na zegar nad jego głową, na wskazówki przesuwające się zbyt wolno i mówiące jej, że będzie musiała tu zostać jeszcze przez pewien czas. Posłała kolejną nienawistną myśl Mikkelsonowi, a także temu psychologowi, którego gabinet mieścił się w najlepszej dzielnicy w zachodniej części Oslo, ale tę ostatnią szybko przegoniła. To nie jego wina. Chciał jej tylko pomóc. I podobno znał się na rzeczy. Psycholog Mattias Wang. Właściwie miała szczęście, że na niego trafiła, bo kiedy w końcu zdecydowała, że podejmie próbę, wybrała pierwsze lepsze nazwisko w Internecie. Nie chciała korzystać z pomocy żadnego ze specjalistów zaproponowanych jej przez policję. Obowiązek dochowania tajemnicy na Grønland? Mało prawdopodobne, przynajmniej w jej opinii.

– Chyba musimy porozmawiać trochę o Sigrid?

Mia lekko opuściła gardę, ale zaraz znów się osłoniła. Może i ten psycholog jest sympatyczny i dobry w tym, co robi, ale ona nie przyszła tu rozmawiać o swoim wnętrzu. Chciała po prostu wrócić do pracy. Odbębnić godzinki w gabinecie i dostać ten potrzebny papier. „Wydaje się w pełni zdrowa, uczestniczy w rozmowie, rozumie swoje problemy. Zalecam przywrócenie do pełnej służby ze skutkiem natychmiastowym”.

Uśmiechnęła się w duchu, a w wyobraźni kolejny raz pokazała wyprostowany palec Mikkelsonowi.

„Niezdolna do służby”.

Fuck you – taka, rzecz jasna, była jej pierwsza myśl. Ale po pięciu tygodniach spędzonych w samotności w nowo kupionym mieszkaniu na Bislett, w otoczeniu kartonowych pudeł, których nie miała siły otworzyć, uwięziona w ciele wciąż domagającym się gwałtownie tabletek, bo karmiła je nimi tak długo, w końcu się poddała. Straciła wszystkich, których kochała. Sigrid. Mamę. Tatę. Babcię. Na cmentarzu pod Åsgårdstrand brakowało tylko jej. Pragnęła jedynie rozstać się ze światem. Wyrwać się z całej tej okropności. Ale po jakimś czasie przyznała, że polubiła swoich kolegów z policji. Po samotności na wyspie czas spędzony w pracy obudził w niej uczucie, że może się da, może jednak życie mimo wszystko ma sens. Może warto przynajmniej spróbować. Przez jakiś czas. To byli mili ludzie. Dobrzy ludzie. Ludzie, na których naprawdę jej zależało.

Munch. Curry. Kim. Anette. Ludvig Grønlie. Gabriel Mørk.

– Sigrid? – powtórzył mężczyzna za biurkiem.

– Tak? – Mia znów pozwoliła myślom pofrunąć do dziewczyny, którą widziała wychodzącą z gabinetu. Najwyraźniej miała wizytę przed nią, na pewno dzieliło je piętnaście lat, ale obie były równie zawstydzone: Tak, ja też tu chodzę, ja też nie jestem normalna.

– Musimy.

To znów ten psycholog, tym razem pewnie się nie wykręci.

Sigrid Krüger.

Siostra, przyjaciółka i córka.

Urodzona 11 listopada 1979. Zmarła 18 kwietnia 2002.

Kochana najmocniej. Nieodżałowana.

Psycholog znów zdjął okulary i odchylił się na krześle.

– Wkrótce powinniśmy zacząć o niej rozmawiać, prawda?

Mia podciągnęła suwak skórzanej kurtki i wskazała na wiszący na ścianie zegar.

– Jasne. – Kiwnęła głową i lekko się uśmiechnęła. – Ale to już następnym razem.

Mattias Wang sprawiał wrażenie niemal trochę rozczarowanego, kiedy odkrył, iż wskazówki zegara potwierdzają, że wizyta dobiegła końca.

– No dobrze – powiedział, odkładając pióro na leżący przed nim na stole notatnik. – Za tydzień o tej samej porze?

– Okej.

– Ważne, żeby… – spróbował jeszcze, ale Mia już była w drzwiach.

4

Holger Munch poczuł irytację, lecz również coś w rodzaju ulgi, gdy po raz pierwszy od dziesięciu lat wszedł do swojego dawnego domu. Irytację, ponieważ zgodził się na urządzenie urodzin Marion właśnie tutaj. Ulgę, ponieważ trochę się bał przebywania w otoczeniu starych wspomnień i nie bardzo wiedział, jak na nie zareaguje, ale dom, w którym się znalazł, nie przypominał już tego dawnego. Odnowili go. Wyburzyli kilka ścian. Pomalowali na inne kolory. Zaskoczony Munch przyłapał się na myśli, że jego dawny dom urządzono naprawdę ładnie, i im więcej się rozglądał, tym bardziej się uspokajał. Nigdzie nie widział też śladu Rolfa, nauczyciela z Hurum, więc może mimo wszystko to popołudnie wcale nie będzie najgorsze.

Marianne powitała go w drzwiach z taką samą miną jak za każdym poprzednim razem, gdy byli zmuszeni spędzić pewien czas w swoim towarzystwie, czy to na konfirmacji, na urodzinach, czy na jakimś pogrzebie. Rzucając mu uprzejme i miłe „cześć”, żadnych uścisków, żadnej oznaki uczuć, ale też bez goryczy rozczarowania czy nienawiści w oczach, jak zdarzyło się kilka razy tuż po rozwodzie. Jedynie umiarkowany, ale mimo wszystko ciepły uśmiech: „Witaj, Holger, siadaj w salonie, akurat dekoruję tort dla Marion, sześć świeczek. Aż trudno uwierzyć, że jest już taka duża, prawda?”.

Munch odwiesił budrysówkę w przedpokoju i już miał wnieść prezent do salonu, gdy nagle usłyszał ściszony krzyk, po którym rozległy się szybkie kroki na schodach.

– Dziadek! – Marion podbiegła do niego i mocno go uściskała. – To dla mnie? – spytała, szeroko otwartymi oczami patrząc na różową paczkę.

– Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! – uśmiechnął się Munch, głaszcząc wnuczkę po głowie. – Jak się czujesz jako sześciolatka?

– Właściwie bez różnicy. Prawie tak samo jak wczoraj, kiedy jeszcze miałam pięć – Marion uśmiechnęła się po dorosłemu, nie odrywając oczu od prezentu. – Dziadku, mogę od razu otworzyć? Mogę?

– Musimy zaczekać na odśpiewanie urodzinowej piosenki – stwierdziła Miriam, która również zbiegła z góry.

Córka podeszła do Muncha, żeby się z nim przywitać.

– Fajnie, że mogłeś przyjść, tato. Wszystko u ciebie w porządku?

– Tak, jak najbardziej. – Munch pomógł jej przenieść wielką pakę do salonu na stół, na którym leżały już inne prezenty.

– O, to wszystko jest dla mnie! Kiedy wreszcie będę mogła rozpakować… – zaczęła prosić dziewczynka, wyraźnie przekonana, że już i tak czekała za długo.

Munch spojrzał na córkę i w odpowiedzi otrzymał uśmiech. Jej spojrzenie sprawiło mu przyjemność. Po rozwodzie ich stosunki były, łagodnie mówiąc, dalekie od przyjacielskich, ale w ostatnich miesiącach zaczęło wyglądać na to, że nienawiść, którą córka czuła do niego przez wszystkie te lata, z wolna mija.

Dziesięć lat. Chłodne stosunki między ojcem a córką. Z powodu rozwodu. Ponieważ on za dużo pracował. A potem, o dziwo, to właśnie jego praca pozwoliła im ponownie zbliżyć się do siebie, jak gdyby na świecie mimo wszystko istniało coś w rodzaju sprawiedliwości. Niespełna pół roku wcześniej prowadził śledztwo w poważnej sprawie, być może jednej z najtrudniejszych, jakimi zajmowała się jednostka, w którą Miriam i Marion zostały wplątane bezpośrednio. Pięcioletnią wnuczkę Holgera porwała osoba chora psychicznie. Można by przypuszczać, że to zdarzenie jeszcze powiększy dystans między nimi, a córka i tym razem uzna go za odpowiedzialnego za wszystko, ale stało się inaczej. Miriam ani trochę go nie obwiniała, po prostu nie posiadała się ze szczęścia, że jego zespołowi udało się rozwiązać sprawę. Pojawił się w niej rodzaj nowego szacunku dla ojca. Holger miał wrażenie, że dostrzega go w jej oczach, że Miriam patrzy teraz na niego inaczej, docenia znaczenie jego pracy. Obie, i Miriam, i Marion, chodziły na terapię do dobrego policyjnego psychologa, aby uporać się z tamtymi strasznymi przeżyciami, ale szczęśliwie na wnuczce nie odbiły się aż tak mocno. Może była jeszcze za mała na to, by zrozumieć, jak fatalnie mogło się to skończyć. Przez kilka nocy budziła się z płaczem, dręczona złymi snami, lecz to szybko minęło. Jej matce oczywiście było znacznie ciężej. Miriam dłużej spotykała się z psychologiem, już bez Marion, może nawet jeszcze teraz chodziła na terapię, Munch nie miał co do tego pewności, nie byli sobie aż tak bliscy, by córka zwierzała mu się ze wszystkiego. Czuł jednak, że są na dobrej drodze. Z każdym dniem zbliżali się do siebie o kolejny krok.

– A gdzie Johannes? – spytał Munch, kiedy już usiedli na kanapie.

– Ach, no wiesz, ma dyżur, zadzwonili ze szpitala i musiał jechać. Może jeszcze przyjdzie, jeśli mu się uda. Praca, sam rozumiesz. Niełatwo się wyrwać, kiedy się robi coś ważnego. – Córka puściła do niego oko.

Munch w odpowiedzi uśmiechnął się z wdzięcznością.

– Tort już gotowy – oznajmiła uradowana Marianne, wchodząc do salonu.

Holger obserwował ją ukradkiem. Nie chciał się otwarcie gapić, ale właściwie nie mógł oderwać od niej oczu. Na moment ich spojrzenia się spotkały, wtedy poczuł nagłą ochotę wywabienia jej z powrotem do kuchni, żeby tam ją objąć i uścisnąć, jak za dawnych dni, ale w porę się opamiętał, głównie dzięki Marion, której cierpliwość wyraźnie się kończyła.

– Mogę otworzyć? Przecież prezenty są o wiele ważniejsze od tej głupiej piosenki!

– Ale musimy zaśpiewać i zdmuchnąć świeczki, przecież wiesz. – Marianne pogładziła wnuczkę po głowie. – No i musimy zaczekać, aż będą wszyscy, żebyśmy mogli zobaczyć, jakie śliczne prezenty dostałaś.

Marianne, Miriam, Marion i on. Holger Munch nie potrafiłby chyba wybrać lepszego grona na spędzenie miłego popołudnia. Ale tak jakby słowa eksżony, że muszą zaczekać, aż zbiorą się wszyscy, były czymś w rodzaju kwestii wygłaszanej w teatrze, hasła, po którym zaczyna się następna scena, otworzyły się drzwi i wszedł Rolf, nauczyciel z Hurum, uśmiechnięty, z ogromnym bukietem w rękach.

– Cześć, Rolf! – Marion już biegła do drzwi, żeby go uściskać.

Munch na widok małych rączek obejmujących mężczyznę, którego zdecydowanie nie lubił, poczuł ukłucie w sercu, ale nieprzyjemne wrażenie szybko minęło. Wnuczka była mu droższa ponad wszystko, a jej świat przecież zawsze tak wyglądał. Dziadek sam. Babcia i Rolf razem.

– Zobacz, ile dostałam prezentów!

Marion zaciągnęła nauczyciela z Hurum do salonu, żeby mógł podziwiać stół zastawiony paczkami.

– Świetnie! – Pogładził dziewczynkę po głowie.

– To też dla mnie? – Rozpromieniona Marion wskazała na wielki bukiet.

– Nie, to kwiaty dla babci. – Nauczyciel zerknął na Marianne, która uśmiechnięta obserwowała ich od drzwi.

Munch zauważył spojrzenie, które eksżona posłała Rolfowi. I właściwie dla niego było już po wszystkim. Przepadło dobre samopoczucie i wrażenie idylli. Owszem, idylla, ale sztuczna. Wstał, żeby się przywitać, uścisnął nauczycielowi dłoń, a potem patrzył, jak człowiek, którego w zasadzie nienawidził, wręcza jego byłej żonie okazały bukiet kwiatów i całuje ją w policzek.

Sytuację na szczęście znów uratowała Marion, która odmówiła dalszego czekania, czerwona na buzi z przejęcia.

– No, zaśpiewajmy już wreszcie! – zażądała głośno, delikatnie przypominając tym samym Munchowi, dlaczego się tu zebrali.

Odśpiewali piosenkę, szybko, bo Marion właściwie w ogóle już nie słuchała. Zdmuchnęła świeczki na torcie i rzuciła się na prezenty.

Pół godziny później dziewczynka uporała się już ze wszystkimi paczkami i siedziała teraz przed nimi niemal wykończona. Barbie i rzeczy dla lalki bardzo się małej spodobały, rzuciła się dziadkowi na szyję, a karcące spojrzenie Miriam, którego się spodziewał, bo znów rozpieszczał wnuczkę i niewłaściwie wybrał zabawki, wcale nie padło. Córka tylko się uśmiechnęła, prawie z wdzięcznością, pozwalając mu poczuć, że wszystko jest w porządku.

Po rozpakowaniu prezentów nadeszła dość nieprzyjemna chwila. Marianne z nauczycielem na kanapie po drugiej stronie stołu, oczekiwanie konwersacji, której właściwie nikt z obecnych sobie nie życzył, ale Munch po raz kolejny został wyratowany z opresji, tym razem przez telefon. Znów dzwonił Mikkelson, lecz teraz w samą porę. Munch przeprosił i wyszedł na schody, zapalił wytęsknionego papierosa i odebrał połączenie.

– Słucham?

– Przestałeś w ogóle odbierać telefon? – warknął zirytowany głos na drugim końcu linii.

– Sprawy rodzinne – odpowiedział Munch.

– Jak miło – rzucił Mikkelson sarkastycznie. – Doprawdy przepraszam, że zakłócam sielankę, ale jesteś mi potrzebny.

– A co się dzieje? – zaciekawił się Munch.

– Nastolatka – wyjaśnił Mikkelson już trochę spokojniej.

– Gdzie?

– Na obrzeżach Hurum. Turysta znalazł ją kilka godzin temu.

– Mamy pewność?

– Że co?

– Że to paragraf dwieście trzydzieści trzy?

Munch głęboko zaciągnął się papierosem. Zza drzwi dobiegał śmiech małej Marion. Ktoś ją gonił po domu, pewnie ten bałwan, który zajął jego miejsce. Munch z irytacją pokręcił głową. Urodziny w starym domu. Co on sobie właściwie wyobrażał?

– Niestety tak – ciągnął Mikkelson. – Potrzebny tam jesteś natychmiast.

– Już jadę. – Munch się rozłączył.

Wyrzucił papierosa i ruszył po schodach, gdy nagle za nim otworzyły się drzwi i wyszła z nich Miriam.

– Wszystko w porządku, tato? – spytała, patrząc z niepokojem.

– Co? Tak… Tylko… praca.

– Aha. A ja chciałam jedynie…

– Co takiego, Miriam? – zniecierpliwił się Munch, ale zaraz się opanował i lekko dotknął ramienia córki.

– Powinnam cię przygotować na wielką nowinę – dokończyła, nie patrząc mu w oczy.

– Jakiego rodzaju nowinę?

– Oni zamierzają się pobrać – powiedziała prędko Miriam, wciąż odwracając wzrok.

– Kto?

– Mama i Rolf. Usiłowałam jej wytłumaczyć, że to może nie jest właściwy moment na obwieszczenie tego, no ale… – Wreszcie na niego spojrzała, wyraźnie zmartwiona. – Wejdziesz z powrotem?

– Wzywają mnie – odparł Munch krótko, nie bardzo wiedząc, co innego mógłby powiedzieć.

Pobierają się? Popołudnie zaczęło się tak miło, ale… co on właściwie myślał? Zirytował się na siebie. Czego się spodziewał? Idiotyczne. Teraz miał inne rzeczy na głowie. O wiele ważniejsze.

– To znaczy, że już uciekasz? – spytała Miriam.

– Tak. – Kiwnął głową.

– Zaczekaj chwilę, przyniosę ci kurtkę.

Za chwilę wróciła z jego budrysówką.

– Przekaż im moje gratulacje – powiedział Munch cierpko i ruszył do samochodu.

– Zadzwoń do mnie, dobrze? Chciałabym z tobą o czymś porozmawiać. To dla mnie dość ważne, więc zadzwoń, kiedy ci będzie pasowało – zawołała jeszcze za nim córka.

– Oczywiście, Miriam. Zadzwonię – obiecał Munch i potruchtał alejką, szybko wsiadł do czarnego audi i zapuścił silnik.

5

Ledwie dochodziła piąta, a i tak było już ciemno jak w grobie, kiedy Holger Munch dotarł na odgrodzony przez policję teren na samym skraju półwyspu Hurumlandet. Przez szybę pokazał swój identyfikator, wtedy młody funkcjonariusz pospiesznym gestem pozwolił mu jechać dalej, trochę zawstydzony, że w ogóle go zatrzymywał.

Munch zaparkował samochód na skraju drogi kilkaset metrów w głębi za taśmami i wysiadł. Uderzyło go zimne jesienne powietrze. Zapalił papierosa i mocniej owinął się kurtką.

– Munch?

– Tak.

– Jestem Olsen, dowodzę akcją w miejscu zdarzenia.

Munch uścisnął osłoniętą rękawiczką dłoń wysokiego policjanta w średnim wieku, którego nie rozpoznawał.

– Jak to wygląda?

– Ofiarę znaleziono w odległości około sześciuset metrów na północny zachód od tej drogi – odparł Olsen, wskazując na ciemny las.

– Kogo tam teraz mamy?

– Techników kryminalistycznych, patologa. Jest też jeden z twoich ludzi… Kolstad?

– Kolsø.

Munch otworzył bagażnik audi, wyjął kalosze i już miał je włożyć, kiedy odezwał się jego telefon.

– Słucham, Munch.

– Tu Kim. Przyjechałeś?

– Tak, stoję na drodze. A ty gdzie jesteś?

– Na górze, przy namiocie, Vik już skończył swoje i zaczyna tracić cierpliwość, ale powiedziałem, że mają ją tu zostawić, dopóki się nie zjawisz. Przyjdę po ciebie.

– Dobrze. Na co się zapowiada?

– Na pewien czas możemy zapomnieć o spaniu. To jakiś chory skurwiel.

– Co masz na myśli? – Muncha nagle ogarnął nieprzyjemny niepokój.

Chory skurwiel?

Holger Munch miał blisko trzydzieści lat w roli śledczego zajmującego się zabójstwami i widział już niemal wszystko, rzeczy, które normalnym ludziom odebrałyby sen, ale rzadko tracił równowagę, zazwyczaj udawało mu się zachować profesjonalny dystans do widoków, z którymi miał do czynienia, i gdyby te słowa padły z innych ust, ani trochę by się nie zmartwił. Z ust delikatnej Mii, prawie pozbawionej odporności, którą wszystkie sprawy wstrząsały głęboko, czy nawet z ust Curry’ego, który miewał różne nastroje – ale usłyszeć coś takiego od Kima Kolsø? Munch czuł, że ani trochę mu się to nie podoba.

– Chcesz, żebym teraz ci opowiedział, czy wolisz sam zobaczyć? – ciągnął Kolsø.

– Streść mi to – odparł Munch, jednocześnie zatykając palcem drugie ucho, bo jeden z radiowozów właśnie włączył syreny i przejechał tuż obok niego.

– Jesteś tam? – rzucił Kolsø do aparatu.

– Tak, tak. Powtórz jeszcze to ostatnie, co powiedziałeś.

– Nastolatka. Przypuszczalnie szesnaście albo siedemnaście lat. Naga. To wygląda na… jak to powiedzieć… rytuału? Dookoła pełno piór. I świec…

Munch znów zatkał ucho, bo kolejny radiowóz ruszył za poprzednim z włączonym kogutem.

– …ustawionych jakby w kształt symbolu… – Głos Kolsø zginął. Zirytowany Munch spojrzał na głównodowodzącego Olsena, który rozmawiał przez telefon, wymachując ręką ku czemuś, co działo się przy policyjnych taśmach.

– Nie słyszę, co mówisz! – krzyknął Munch.

– Coś w rodzaju gwiazdy – ciągnął Kolsø.

– Co?

– Naga nastolatka. Ciało ułożone w dziwnej pozycji. Oczy szeroko otwarte. Pełno tu piór…

Głos Kolsø znów odpłynął.

– Nie słyszę cię! – Munch wsadził palec do ucha.

– …kwiat.

– Co?

– Ktoś jej wetknął kwiat do ust.

– Co wetknął?

– Nie słyszę cię – zacharczał Kim. – Schodzę.

– Dobrze. Stoję przy… – zawołał Munch do komórki, ale Kolsø już się rozłączył.

Munch pokręcił głową. Palił papierosa, kiedy znów podszedł do niego Olsen.

– Mieliśmy dwóch natrętnych dziennikarzy, dotarli trochę za blisko. Ale wydaje mi się, że teraz już się nam udało odgrodzić cały teren.

– To dobrze. – Munch pokiwał głową. – Rozpoczęliście już rundę po okolicznych domach?

– Tak – potwierdził Olsen.

– Ktoś coś zauważył?

– Niczego takiego jeszcze mi nie zgłoszono.

– Okej. Dopilnuj, żeby nie ominęli tego kempingu położonego kawałek dalej przy drodze. Pewnie jest już zamknięty na zimę, ale przyczepy stoją. Kto wie, może będziemy mieć szczęście.

Olsen kiwnął głową i odszedł.

Munch włożył wysokie kalosze, z kieszeni kurtki wyjął czapkę. Wyrzucił niedopałek i przemarzniętymi palcami wyciągnął nowego papierosa. Ledwie udało mu się zapalić zapalniczkę. Cholera, przecież tak niedawno było lato. Zaledwie piąta po południu, a już ciemno jak w nocy.

Kim wyłonił się z zagajnika i skierował w jego stronę z ponurą miną. Przyświecał sobie dużą latarką.

– Jesteś na to przygotowany?

Przygotowany?

Kolsø naprawdę zachowywał się inaczej niż zazwyczaj. Wyraźnie dało się zauważyć, że widok ujrzany w lesie podziałał na niego w sposób, który zaniepokoił Muncha jeszcze bardziej.

– Trzymaj się blisko mnie. Teren nierówny jak cholera, rozumiesz?

Munch kiwnął głową i ruszył za zwykle tak opanowanym kolegą w stronę ścieżki prowadzącej przez las.

6

Miriam Munch stała przed drzwiami mieszkania w domu przy Møllergata i zastanawiała się, czy wcisnąć dzwonek, czy nie.

Mieszkanie Julie. Jednej z jej starych przyjaciółek. Julie przysłała kilka esemesów, w których nalegała, żeby Miriam koniecznie przyszła. Kilka lat wcześniej, gdy plątały się po Blitzu, siedzibie anarchistów, i działały jako wolontariuszki w Amnesty International, były sobie bardzo bliskie; młode zbuntowane dziewczyny, które miały przed sobą całe życie i wiarę w to, że protesty przeciwko działaniom władz przyniosą skutek. Teraz wydawało się, że od tamtej pory minęły całe wieki. Zupełnie inny czas. Zupełnie inne życie. Miriam westchnęła i wolno zbliżyła palec do przycisku dzwonka, ale zaraz go cofnęła i namyślała się jeszcze przez chwilę. Marion była u babci i Rolfa, miała tam przenocować. Uparła się, żeby spędzić u nich cały weekend po urodzinach. Johannes jak zwykle był w pracy, więc puste mieszkanie niezbyt kusiło, lecz mimo to Miriam nie mogła się przemóc, żeby nacisnąć dzwonek. Wcale nie zrezygnowała z imprez po urodzeniu Marion, na miłość boską, ani trochę, prowadziła przecież jakieś życie towarzyskie. Powstrzymywało ją co innego. Popatrzyła w dół na swoje buty i nagle uznała, że wygląda idiotycznie. Sukienka i eleganckie pantofle. Nie przypominała sobie, kiedy ostatnio tak się wystroiła. W domu ponad godzinę spędziła przed lustrem, przymierzając rozmaite stroje, malując się, zmieniając zdanie, zdejmując ubranie, usuwając makijaż, aż w końcu usiadła na kanapie i włączyła telewizor w poszukiwaniu czegoś, co choć trochę by ją uspokoiło, ale się nie udało. Wyłączyła więc odbiornik, ponownie się umalowała, zrobiła kolejną rundę przed lustrem w różnych przebraniach i w efekcie stała teraz tutaj. Zdenerwowana jak nastolatka, czując łaskotanie w brzuchu po raz pierwszy od niepamiętnych czasów.

Co ty wyprawiasz?

Pokręciła głową nad samą sobą. Przecież była szczęśliwa. W ciągu ostatnich tygodni tyle razy powtarzała w myślach to zdanie. Jesteś szczęśliwa, Miriam. Masz Johannesa. Masz Marion. Masz takie życie, jakiego pragnęłaś. Mimo to nie mogła się powstrzymać od myśli, których nie powinna snuć. Starała się, ale nie chciały zniknąć. Pojawiały się wieczorem, tuż przed zaśnięciem, kiedy leżała z głową na poduszce. Rano, zaraz po przebudzeniu. Przed lustrem w łazience przy myciu zębów. Kiedy odprowadzała Marion do szkoły i machała jej na pożegnanie zza wielkiej żelaznej bramy. Cały czas te same myśli i ten obraz w głowie. Twarz. Ta twarz. Cały czas ta sama twarz.

Nie, to niemożliwe.

Podjęła już decyzję.

Do tego miejsca, lecz ani kroku dalej.

Odetchnęła głęboko i szybko ruszyła schodami w dół, gdy nagle drzwi za jej plecami się otworzyły i stanęła w nich Julie.

– Miriam? Dokąd idziesz? – Przyjaciółka najwyraźniej zdążyła już sporo wypić. Kiwnęła trzymanym w ręce kieliszkiem z czerwonym winem i głośno się roześmiała. – Widziałam cię przez okno i pomyślałam, że może zabłądziłaś. Chodź, jest już mnóstwo ludzi!

Uniosła kieliszek jak do toastu i gestem przywołała Miriam do siebie.

– Pomyliłam piętra – skłamała Miriam. Zawróciła, wolnym krokiem weszła na górę i uściskała przyjaciółkę.

– Słodka jesteś – zachichotała Julie i pocałowała ją w policzek. – Wchodź, wchodź!

Krótko ostrzyżona przyjaciółka, z którą przed kilku laty Miriam dzieliła się wszystkim, pociągnęła ją do mieszkania i zamknęła drzwi, popychając je nogą.

– Nie, nie musisz zdejmować butów. Chodź, przedstawię cię.

Miriam niechętnie pozwoliła się wprowadzić do salonu, w którym było pełno ludzi. Siedzieli na parapetach, na kanapach, na oparciach foteli i na podłodze. W niewielkim mieszkaniu panował wręcz tłok. W powietrzu nad butelkami i kieliszkami wszelkiego rodzaju i kształtu unosił się zapach tytoniu, a także innych, bardziej nielegalnych substancji. Jakiś młody chłopak z zielonym irokezem na głowie zawłaszczył wieżę stereo i puszczał Ramones tak głośno, że aż dudniły ściany, a Julie musiała krzyczeć, by zwrócić na siebie uwagę, której Miriam chętnie by sobie oszczędziła, ale mimo wszystko musiała stawić jej czoło.

– Hej, Kyrre, hej! – gwizdnęła Julie. – Wyłącz tego udawanego punka!

Miriam nic nie powiedziała. Nagle poczuła się przesadnie wystrojona i zbyt widoczna, gdy tak stała w drzwiach z przyjaciółką, która trzymała ją za rękę.

– Hej, słuchajcie mnie, hej! – znów zawołała Julie, kiedy chłopak z irokezem niechętnie przyciszył muzykę. – To moja stara dobra przyjaciółka Miriam. Zasiliła szeregi snobów, więc postarajcie się dziś wieczorem zachowywać jak ludzie, a nie jak małpy, dobrze? – Roześmiała się głośno z własnego dowcipu i znów uniosła kieliszek do toastu. – Hej, hej, jeszcze nie skończyłam! Miriam jest córką policjanta. Tak, dobrze słyszycie. Jej ojciec to superdetektyw Holger Munch we własnej osobie, więc schowajcie zioło, bo jeszcze wpadnie tu szwadron antynarkotykowy. Tak, Geir, miałam na myśli ciebie. – Kieliszkiem wskazała chłopaka z dredami, ubranego w islandzki sweter, który machał nogami, siedząc na parapecie, i uśmiechał się szeroko z grubym jointem w ustach. – A teraz możesz znów podgłośnić – zwróciła się do chłopaka z irokezem – tylko, please, jeśli chcesz puszczać punk, to puść przynajmniej coś porządnego. Black Flag albo Dead Kennedys. Prawda, Miriam?

Miriam lekko wzruszyła ramionami, miała ochotę zniknąć pod dywanem, najwyraźniej jednak nikt za bardzo się nie przejął słowami gospodyni. Dwie sekundy później muzyka znów grała, ludzie wrócili do swoich szklanek i kieliszków, jakby nic się nie wydarzyło, a Julie pociągnęła Miriam przez pokój do kuchni i tam z kartonu stojącego na blacie szczodrze nalała jej do kieliszka czerwonego wina.

– Fajnie, że przyszłaś. – Jeszcze raz uściskała Miriam. – Trochę jestem pijana, sorry.

– W porządku – Miriam uśmiechnęła się, ostrożnie omiatając wzrokiem kuchnię.

Tamtej twarzy nie było w salonie, tutaj także nie. Może niepokoiła się całkiem niepotrzebnie. Impreza. Zwyczajna impreza. Właśnie tak. Nic więcej. Pewnie trochę przesadziła ze strojem, ale to żaden problem. Impreza rozwrzeszczanych ludzi w jej wieku. Wszystko w porządku. Fajnie. Miała za sobą już dość proszonych obiadów w towarzystwie lekarzy. Wystarczająco się nagadała o samochodach i domkach na wsi, o markach srebrnych sztućców i porcelany. Ubrała się niestosownie, ale poza tym wszystko było jak za dawnych czasów. Po prostu impreza. Nic innego. Nic się nie stało.

– To prawda?

Miriam odwróciła się tam, gdzie jeszcze przed chwilą stała Julie. Ale gospodyni już odeszła. Przeniosła się do salonu i teraz nachylała się nad irokezem przy wieży stereo.

– To prawda? – powtórzył stojący przed Miriam chłopak, ostrożnie się uśmiechając.

– Co? – spytała, jeszcze raz omiatając wzrokiem kuchnię.

– Że Holger Munch, ten policjant, to twój ojciec. Śledczy od zabójstw, tak?

Miriam trochę zirytowało to pytanie. Słyszała je już tyle razy, musiała na nie odpowiadać od dziecka, „Tata Miriam jest policjantem, więc jej nic nie możemy powiedzieć”, ale kiedy napotkała wzrok chłopaka, zrozumiała, że nie miał na myśli nic złego. Zresztą nie była ośmiolatką, nie stała sama w kącie szkolnego podwórza. Chłopak w białej koszuli i okrągłych okularkach, który zadał jej to pytanie, spoglądał życzliwie, był po prostu ciekawy, nie dostrzegła w nim żadnych złych intencji.

– Tak, to mój ojciec – przyznała i po raz pierwszy od dawna poczuła, że nie mówi tego z przykrością.

– Fajnie. – Chłopak w okrągłych okularkach wypił łyk drinka z miną wskazującą na to, że zastanawia się, jak ją jeszcze zagadnąć, ale nic nie przychodziło mu do głowy.

– Tak, fajnie. – Miriam kolejny raz rozejrzała się znad krawędzi kieliszka.

– A ty co robisz? – spytał chłopak.

– Co masz na myśli? – Miriam niemal odruchowo zareagowała dość ostro, ale od razu tego pożałowała.

Był po prostu nieśmiały i nie bardzo umiał się zachować. Usiłował tylko podtrzymać rozmowę, może nawet pokusić się o coś w rodzaju podrywu, do czego absolutnie nie był przyzwyczajony, w każdym razie w ogóle sobie nie radził. Miriam niemal mu współczuła, kiedy tak stał wczepiony w swojego drinka z nadzieją, że ten wieczór będzie należał do niego. Ze strojem nie trafił podobnie jak ona, był w białej koszuli, spodniach w kant i w butach, które miały chyba uchodzić za drogie, włoskie, a były jedynie tanią podróbką. Miriam zawstydziła się tego ostatniego spostrzeżenia. Jeszcze kilka lat temu sama siedziałaby na parapecie z jointem w ustach albo przyłączyła się do tych, którzy stali na stole rozczochrani, ze wzniesionymi butelkami. Teraz wiedziała, czym są buty marki Scarosso.

– Jestem mamą – wyjaśniła już spokojniej. – Trochę studiowałam dziennikarstwo i myślałam, że może znów do tego wrócę, ale akurat teraz jestem mamą na pełen etat.

– Aha. – Chłopak w okrągłych okularkach posłał jej nieco rozczarowane spojrzenie, które już tyle razy wcześniej widywała w barach i kawiarniach.

Miriam Munch była piękną dziewczyną i nigdy nie odczuwała braku zainteresowania. Ale oświadczenie „Mam prawie sześcioletnią córkę” na ogół wystarczało, by wszyscy chętni uciekali od niej z podkulonym ogonem.

– A ty czym się zajmujesz? – spytała życzliwie, ale z balonu podrywania najwyraźniej uszło powietrze, bo chłopak w okrągłych okularkach kierował już spojrzenie gdzie indziej.

– Jest prawdziwym mistrzem projektowania plakatów. Mam rację, Jacob?

A więc jednak tu była.

Ta twarz.

– Jacob, to Miriam, Miriam, to mój przyjaciel Jacob. Widzę, że już się poznaliście, bardzo się cieszę.

Twarz mrugnęła do niej i się uśmiechnęła.

– A więc to ona… – Chłopakowi w okrągłych okularkach nagle zrobiło się wyraźnie głupio i zaczęło mu bardzo zależeć na wycofaniu się. – Chyba muszę się jeszcze napić – mruknął, wskazując na szklankę, i odszedł.

– Ona? Ach tak? Ta, która…? – spytała Miriam.

– No wiesz. – Twarz się roześmiała. – Poza wszystkim masz ładną sukienkę. Miło popatrzeć tutaj na kogoś, kto ma gust.

– Dziękuję. – Miriam leciutko dygnęła.

– No i co? – spytała twarz.

– Z czym?

– Nie za duży tu tłok?

– Za duży – potwierdziła Miriam.

– Podobno w Międzynarodówce serwują niezłą margaritę.

– Nie spodziewałabym się, że kiedykolwiek to powiem – roześmiała się Miriam – ale odrobina tequili naprawdę dobrze by mi teraz zrobiła.

– Wobec tego idziemy. – Twarz odstawiła drinka na kuchenny blat i spokojnie ruszyła przodem przez hałaśliwy tłum.

7

Policjant Jon Larsen, wśród przyjaciół lepiej znany jako Curry, usiłował wejść do mieszkania, ale miał problemy z dopasowaniem klucza do dziurki.

Tyle razy obiecywał swojej dziewczynie, że z tym skończy. Od dawna oszczędzali. Od roku co miesiąc wpłacali dwa tysiące koron. Fidżi, tam chciała jechać. Trzy tygodnie w raju. Egzotyczne drinki z parasolkami. Kąpiel wśród kolorowych rybek w lazurowoniebieskiej wodzie, oderwanie się od pracy, której właściwie nie chciała wykonywać, a teraz znów wszystko zniweczył.

Zaklął pod nosem, w końcu udało mu się wsunąć klucz do prawie niewidzialnej dziurki i wszedł do mieszkania najciszej, jak potrafił. Spróbował odwiesić kurtkę, ale nie wcelował w haczyk. Kołysząc się, stanął na środku przedpokoju i zaczął się zastanawiać, czy ma iść do sypialni, czy od razu sam siebie skazać na spanie na kanapie. Zwykle właśnie tam musiał nocować, kiedy wracał do domu w takim stanie, pijany jak bela, nie umiejąc się wytłumaczyć z przeputanych oszczędności. Jeszcze jeden pokerowy wieczór, tym razem również bez wygranej, znów przegrana, i to duża. Cały czas tak dobrze mu szło, ale postawił wszystko na strita, na co odpowiedzią był poker i wyszczerzone w uśmiechu zęby po drugiej stronie stolika. Nagle wszystkie jego żetony zmieniły właściciela. Po prostu musiał się upić, czy ona tego nie rozumiała? Po ośmiu godzinach przy stoliku, po tym, jak gra przez cały wieczór szła mu wręcz bosko. Pasował, kiedy powinien. Podwyższał stawkę, kiedy powinien. Blefował, kiedy tego potrzebował. Grał dobrze, naprawdę dobrze. Przy stoliku kiwano głowami, „dzisiaj Curry gra jak prawdziwy mężczyzna”, ale w końcu wszystko poszło w diabły. Chwilowy przypływ pychy, prawie czterdzieści tysięcy w puli, za czorta nie mógł tego odpuścić, to był jego wieczór, nareszcie, a mimo wszystko skończyło się jak zawsze.

Niech to szlag.

Oparty plecami o ścianę zdołał w końcu ściągnąć buty i chwiejnym krokiem przeszedł do salonu, biorąc kurs na kanapę.

Ostatnio tyle się działo. Czy ona tego nie rozumiała? Za dużo tego było, więc potrzebował trochę oderwać się od wszystkiego. Fidżi to jej sprawa. Drinki zapowiadały się nieźle, ale czy naprawdę musieli lecieć na drugi koniec świata, żeby się napić? Przecież drinka mogli wypić w domu. Kąpiele i plażowanie nie bardzo go interesowały, już po pierwszym dniu na słońcu skóra robiła mu się czerwona i musiał się chować w cieniu.

Zdążył się trochę wkurzyć w chwiejnej drodze przez salon, ale w końcu zwalił muskularne ciało na białą kanapę z Ikei. Położył głowę na kanapowej poduszce i usiłował naciągnąć na siebie koc, ale dotarł z nim ledwie do kolan. Zorientował się, że zasnął, dopiero gdy ze snu wyrwał go telefon.

– Halo?

Za oknem był biały dzień. Słabe październikowe słońce świeciło mu w twarz, nie pozwalało oderwać się od rzeczywistości. Znów się uchlał i wydał wszystkie oszczędności, stawiając na strita przeciwko cholernemu pokerowi.

– Nie śpisz? – spytał Munch.

– Nie śpię? – powtórzył Curry, nie dając rady oderwać głowy od poduszki.

Munch wydawał się zestresowany i w bardzo złym humorze.

– Wzywamy wszystkich. Możesz się stawić na wspólnym briefingu za godzinę?

– W niedzielę? – Curry ziewnął.

– Dasz radę? – spytał Munch.

– Jestem… – podjął próbę Curry.

Przez sen się zaślinił. Czuł, że cały policzek ma mokry. Problemy z wyciągnięciem słów z mózgu i przepchnięciem ich przez usta.

– Za godzinę w biurze?

– Jasne – mruknął, lekko unosząc się z kanapy, ale ciało zaraz brutalnie przypomniało mu o poprzednim wieczorze i zmusiło go, żeby znów się położył. – Muszę tylko… z Sunnivą… odwołać niedzielną wycieczkę… Wybieraliśmy się do lasu pooddychać świeżym powietrzem, ale…

Oczami, które nie do końca dawały się otworzyć, Curry ostrożnie rozejrzał się po salonie w poszukiwaniu narzeczonej, lecz chyba nie było jej w domu.

– Przepraszam, że zakłócam rodzinną sielankę, ale musisz się stawić – oświadczył Munch cierpko.

– A co… co się stało?

– Nie przez telefon. Za godzinę, okej?

– Jasne, jasne, przyjdę, muszę tylko… – ciągnął ekstremalnie skacowany krępy policjant, ale Munch już się rozłączył.

Zgięty wpół Curry przemieścił się do kuchni, tam połknął trzy tabletki od bólu głowy, które popił prawie litrem wody. Zataczając się, poszedł pod prysznic i stał pod nim, dopóki z kranu nie popłynął lód.

Dotarłszy do budynku numer trzynaście przy Mariboes gate, wstukał kod do drzwi wejściowych akurat w chwili, gdy nadeszła Anette Goli. Curry lubił Anette. Policyjna prokurator była dość cichą osobą, nierzucającą się w oczy, ale znakomitą prawniczką, zawsze w porządku, nigdy nie było z nią żadnych problemów. Niektórzy wprawdzie uważali, że za bardzo podlizuje się Mikkelsonowi i zrobi wszystko, by awansować, on jednak nigdy tego nie zauważył.

– Cześć – powiedziała Anette i pierwsza wsiadła do windy.

– No cześć – mruknął Curry.

Whisky i cygarowy głos. Słyszał to teraz. Odchrząknął, żeby oczyścić gardło.

– Długi wieczór? – Anette uśmiechnęła się z przekąsem pod jasną grzywką.

– Nie… A co?

– Czuć od ciebie.

– Parę drinków, nie więcej – bąknął Curry, ale kiedy rozchwiana winda wolno ruszyła w podróż na trzecie piętro, poczuł, że wczorajszy wieczór w pełni do niego wraca. – A co się dzieje? – spytał, próbując się uśmiechnąć.

– Nastolatka znaleziona w Hurum – odpowiedziała krótko Anette.

– Aha. Jakieś… ślady? – próbował dopytywać się Curry, kiedy winda dotarła na trzecie.

Anette posłała mu dziwne spojrzenie, lekko pokręciła głową i przodem ruszyła w głąb biura.

Curry postanowił przyjąć to za znak, że dziś chyba lepiej będzie trzymać gębę na kłódkę. Po drodze zajrzał jeszcze do kuchni, wziął sobie dużą kawę, którą ostrożnie postarał się przenieść dalej do sali briefingowej.

Szybko skinął głową wszystkim członkom ekipy. Kimowi Kolsø, Ludvigowi Grønliemu, Gabrielowi Mørkowi, tej nowej, którą Munch zatrudnił jakiś czas temu, jak jej na imię? Jakoś na Y? Krótko obcięte jasne włosy, ładna na swój sposób, ale ubrana trochę zbyt po chłopięcemu jak na jego gust. Ylva, tak, to to imię. Curry znalazł sobie miejsce na samym końcu sali i ostrożnie odstawił filiżankę na stół, uważając, żeby nie rozlać.

Munch już stał gotowy przy podwyższeniu, z pilotem do projektora w ręce. Na czole rysowały mu się głębokie zmarszczki i nie uśmiechał się, jak miał w zwyczaju podczas wspólnych briefingów.

– Zgasisz światło, Ludvig? – spytał krótko i wcisnął przycisk na pilocie.

Na ścianie za nim ukazało się zdjęcie. Fotografia przedstawiała nagą dziewczynę, która leżała z szeroko otwartymi oczami. Curry aż drgnął, kiedy ją zobaczył. Cóż, nerwy po przepiciu. Odezwały się teraz z pełną siłą i pożałował, że nie skłamał. Powinien był powiedzieć, że jest chory, zostać na kanapie. Poczuł pot lejący się pod koszulą, ręce mu drżały, nie dawał rady kontrolować palców. Uchwycił się filiżanki i miał tylko nadzieję, że nikt inny tego nie zauważy.

– Wczoraj o dwunastej czterdzieści w lesie na skraju półwyspu Hurumlandet znaleziono zwłoki młodej dziewczyny – zaczął Munch. – W pewnej odległości od ścieżki prowadzącej na wzgórze nazywane Haraldsfjellet. Ciało znalazł Tom Petterson, czterdziestosześcioletni botanik zatrudniony na Uniwersytecie w Oslo. Petterson wybrał się fotografować jakąś roślinkę i na dziewczynę natknął się przypadkiem.

Curry już wiele widział w życiu i wydawało mu się, że w pewnym sensie zyskał odporność, lecz to było coś zupełnie innego, a rozedrganie po przepiciu ani trochę mu nie pomagało. Naga dziewczyna. Wyglądała na śmiertelnie przerażoną. Oczy miała szeroko otwarte. Ciało wykręcone w dziwnej pozycji, z jedną ręką uniesioną, drugą dziwacznie odwiedzioną w bok.

Munch znów wcisnął przycisk. Kolejny obraz na ekranie.

– Według patologa dziewczyna została uduszona, możliwe, że w tym miejscu, a następnie ułożona tak, jak ją znaleźliśmy. Później zajmiemy się wszystkimi szczegółami, ale na to warto chyba zwrócić uwagę już teraz… – Munch zaczął przyciskać nieco szybciej, na ekranie wyświetliła się seria zdjęć.

– Pióra.

Kolejne zdjęcie.

– Świece.

Kolejne zdjęcie.

– Peruka.

Kolejne zdjęcie.

– Te figury na ziemi.

Kolejne zdjęcie.

– Ułożenie ramion.

Kolejne zdjęcie.

– Tatuaż. Koński łeb z literami A i F pod spodem.

Curry spróbował wypić trochę kawy, ale nie mógł przełknąć, więc jak najostrożniej wypluł ją z powrotem do filiżanki. Przestał też kojarzyć, co się wokół niego dzieje. W oczach mu pociemniało i odczuł nagłą potrzebę świeżego powietrza. Kiedy Munch zadzwonił, wciąż był pijany i tylko dlatego zdołał jakoś dobrnąć do pracy, zupełnie się przy tym nie załamując, ale lawina przetoczyła się teraz. Musiał mocno wziąć się w garść, żeby nie paść na stół. Bimber? Czy to właśnie pił? Miał mgliste wspomnienie windy w jakimś bloku wysoko na… Østerås? Był tam jakiś facet z wąsami, używające zbyt ciężkich perfum kobiety na wysokich obcasach i duży karton alkoholu na stole. Cholera, nic dziwnego, że tak się czuł. I gdzie właściwie podziała się Sunniva? Czyżby już zrozumiała, co się stało? Znów wyjechała do matki, tym razem na dobre?

– A przede wszystkim to.

Głos Muncha dobiegał z oddali.

Kolejne zdjęcie.

– Kwiat w ustach.

– Pieprzony psychol – syknął za jego plecami Kim Kolsø.

Curry czuł, że dłużej nie wytrzyma. Wczorajszy wieczór za wszelką cenę chciał się z niego wydostać. Curry rozpaczliwie wpatrywał się w drzwi, postanowił wybiec, ale nogi go nie słuchały. Dalej siedział, ciężko oddychając i znów przytrzymując się filiżanki z kawą.

– Wstępny raport patologa – ciągnął Munch, nie zwracając uwagi na reakcje z sali – podkreśla szereg dziwnych odkryć, którym z czasem i my się bliżej przyjrzymy, ale przede wszystkim należy zwrócić uwagę na to.

Kolejne zdjęcia. Curry nie na wszystkie dał radę patrzeć.

– Siniaki na kolanach i łokciach. Dłonie pokryte pęcherzami. Poza tym dziewczyna jest straszliwie chuda, wychudzona, jak widzicie, niemal anorektycznie, a przyczyna jest być może następująca. – Zostawił ostatnie zdjęcie i zajrzał do rozłożonych przed sobą papierów. – Według patologa w jej żołądku znajdowały się wyłącznie granulki.

– Co?

Tym razem reakcje były gwałtowniejsze.

– Karma dla zwierząt? – spytał Ludvig Grønlie.

– Tak – potwierdził Munch.

– Ale, do diabła…

– Granulki?

– Jak to możliwe?

– Nie rozumiem – poskarżyła się ta nowa dziewczyna, Ylva.

Wyglądała na kompletnie wstrząśniętą, jakby nie do końca pojmowała, czego tak naprawdę jest świadkiem.

– W jej żołądku nie ma nic, co by przypominało zwykłe jedzenie – powiedział Munch.

– No tak, ale… nie rozumiem…

– Karma dla zwierząt – powtórzył Ludvig Grønlie.

– W jaki sposób…?

– Jak już mówiłem, to dopiero wstępny raport – podjął Munch. – Vik obiecał mi więcej na jutro, więc musimy po prostu czekać, a w tym czasie…

– Jak mogła mieć w żołądku jedynie karmę dla zwierząt? – nie odpuszczała Ylva i rozglądała się zdumiona.

Munch zrobił taką minę, jakby chciał coś powiedzieć, ale przerwał mu dzwonek jego telefonu. Spojrzał na wyświetlacz i zdecydował, że odbierze.

– Cześć, Rikard. Dostałeś moją wiadomość? – spytał głośno, jakby chciał pokazać pozostałym, dlaczego odebrał telefon w trakcie briefingu.

Mikkelson. Szef z komendy na Grønland. Curry nigdy dotąd nie słyszał, żeby Munch zwracał się do zwierzchnika po imieniu. Zobaczył, że inni również patrzą po sobie i ze zdziwieniem wzruszają ramionami.

Munch wsunął papierosa do ust i wskazując na balkon, gdzie palił, dał znak, że mogą sobie zrobić pięć minut przerwy.

8

Mia Krüger klęczała na podłodze w swoim mieszkaniu nad ułożonymi w rządek słoiczkami tabletek i usiłowała znaleźć powód, dla którego miałaby ich nie otworzyć.

Przez całą noc bez odpoczynku chodziła po pustym mieszkaniu, godzinami tam i z powrotem, rękami obejmując własne wychłodzone ciało, aż w końcu osunęła się na materac przy oknie.

Miała taki cudowny sen. O Sigrid. Ten sam sen, który śnił się jej tyle razy wcześniej. Siostra bliźniaczka w białej sukience biegła jak na zwolnionym filmie przez żółte pole zboża, uśmiechnięta, machała do niej.

„Chodź, Mio, chodź”.

To było takie przyjemne. Tak ją uspokoiło. Rozgrzało. Napełniło przekonaniem, że życie jest mimo wszystko piękne. Nagle jednak się obudziła. Usłyszała odgłosy miasta. Odgłosy rzeczywistości. Zobaczyła spowijającą wszystko mrokiem ciemność i nie mogła zrozumieć, dlaczego zgodziła się spróbować. Żyć. Przecież już się zdecydowała, prawda? Przecież przeprowadziła się na Hitrę właśnie po to, żeby porzucić to wszystko. Prawda? Zdecydowała się już dawno, czy naprawdę musiała przechodzić przez to wszystko jeszcze raz?

„Chodź, Mio, chodź”.

Tak.

„Musisz przecież spróbować”.

Nie.

„Chodź, Mio, chodź”.

Mia na moment doszła do siebie i zorientowała się, że zmarzła tak, iż cała drży. Mocniej owinęła się kołdrą i wyciągnęła chudą białą rękę po jeden ze słoiczków z tabletkami. Usiłowała odczytać, co na nim napisano, ale nie widziała liter. Nie zapaliła światła. Nie miała nawet pewności, czy zapłaciła za prąd.

Wstała poszukać czegoś do picia. Do tej pory tak dobrze się sprawowała, odstawiła wszystkie butelki, podejmując próbę przeżycia, bycia zdrową i porządną. Schowała je na samym dnie kosza na brudną bieliznę w łazience.

Ja nie piję.

Mam tylko butelki pochowane pod brudnymi ubraniami, które powinnam uprać w pralce, a ona nawet nie jest podłączona. W łazience, w mieszkaniu, w kamienicy, w mieście, w świecie, którego nie mam ochoty być częścią.

Nagle w łazienkowym lustrze odkryła własną twarz i przeżyła flashback, przypomniała sobie swoje odbicie ujrzane kilka miesięcy wcześniej, w domu na wybrzeżu Trøndelag.

Wówczas prawie nie miała odwagi, by unieść głowę i napotkać własne spojrzenie, ale tym razem to zrobiła. Wpatrywała się w siebie, w coś w rodzaju upiora widocznego na tafli lustra.

Mia Promień Księżyca.

Indianka o intensywnie niebieskich norweskich oczach. Długie czarne włosy, które wijąc się, opadały na chude białe ramiona. Blizna przy lewym oku. Trzycentymetrowe cięcie, znak, który nigdy nie zniknie. Motylek wytatuowany na biodrze tuż ponad linią majtek, wynik młodzieńczej głupoty w czeskiej Pradze. Pogładziła cienką srebrną bransoletkę na prawym nadgarstku. Obie, i ona, i Sigrid, dostały po takiej ozdobie na konfirmację. Dziecięca bransoletka. Z serduszkiem, kotwicą i literką. M na bransoletce Mii. S na Sigrid. Tamtego wieczoru, kiedy przyjęcie już się skończyło i goście poszli do domu, siedziały razem w pokoju w Åsgårdstrand i Sigrid nagle zaproponowała, żeby się zamieniły.

„Chcesz moją? Ja wezmę twoją?”

Od tej pory Mia nie zdjęła bransoletki.

Mia Promień Księżyca.

Tak mówiła na nią babcia.

„Jesteś zupełnie wyjątkowa, wiesz? Inne dzieci też są cudowne, ale ty to wiesz, Mio, wiesz, prawda? Widzisz rzeczy, których inni w ogóle nie dostrzegają”.

Babcia, która właściwie nie była jej prawdziwą babcią, lecz która mimo wszystko uznała ją za osobę sobie najbliższą. Sigrid i Mia. Mia i Sigrid. Dwie śliczne bliźniaczki adoptowane przez starsze małżeństwo, Evę i Kyrrego Krügerów, ponieważ pewna dziewczyna, za młoda na posiadanie dzieci, nie chciała, nie mogła ich zatrzymać.

Mama. Tata. Babcia. Sigrid.

Cztery groby na tym samym cmentarzu. Brakowało tylko jej.

Mia wsunęła rękę pod brudną bieliznę w koszu, wyciągnęła butelkę i drżąc z zimna w samej bieliźnie, zaniosła ją z powrotem na kołdrę leżącą przy ustawionych w rządek słoiczkach z tabletkami.

Iść do psychologa?

Pieprzyć to.

Przecież próbowała, prawda?

Mattias Wang. Z cienkim wąsem, w najlepszej dzielnicy Oslo. Miły i dobry, bystry i inteligentny. Wykształcony zgodnie z wszelkimi zasadami sztuki, a mimo to kompletnie nic nie rozumiał.

„Wiesz, co mi się wydaje, Mio?”

Mia odkręciła korek.

„Nie?”

I przyłożyła butelkę do ust.

„Wydaje mi się, że chorujesz przez swoją pracę”.

Poczuła ciepło rozlewające się w gardle.

„O co ci chodzi?”

Niemal jak we śnie. Sigrid na polu.

„Nie bardzo wiem. Ale masz w sobie coś dziwnego. Nie jesteś taka jak inni policjanci”.

Mia wypiła jeszcze jeden łyk z butelki i ciepło rozlało się dalej po wnętrzu jej ciała.

„Jak to?”

Prawie nie miało już znaczenia to, że była nieubrana.

„Za bardzo się przejmujesz. Wydaje mi się, że to dosłownie odbiera ci życie”.

Mimo wszystko owinęła się kołdrą. Tak się czuła bezpieczniej. Kołdra była jak przyjaciel, który miał jej pomóc w tym, co zamierzała zrobić.

„Co takiego, Mattias?”

Pięć opakowań białych tabletek.

„To zło. Wszystko, przez co musisz przechodzić. Wszystko, co musisz oglądać. Wszystko, czego musisz dotykać. Dla innych to jest praca, a dla ciebie… No nie wiem. Tak jakbyś doświadczała tego sama. Jakby to ciebie dotyczyło całe to okrucieństwo. Uważasz, że zbyt dramatyzuję?”

Mia znów podniosła butelkę do ust.

„Wydaje mi się, że się mylisz”.

Pięć wieczek, które można otworzyć.

„No tak, oczywiście nie mieliśmy tak wielu spotkań, więc nie mogę powiedzieć, że cię znam albo że cokolwiek o tobie wiem. Ale właśnie tak cię odbieram”.

Tym razem pozwoliła butelce pozostać przy ustach długo.

„Pogadamy o tym więcej w przyszłym tygodniu?”

Nie.

„Wydaje mi się, że zdołamy z tego wybrnąć, nie sądzisz, Mio?”

Nie.

Mia Krüger odstawiła butelkę i spokojnie pogładziła palcami srebrną bransoletkę na nadgarstku.

„Nie”.

„Nie sądzę”.

Delikatnie zaczęła odkręcać wieczka słoiczków z tabletkami stojących przed nią na pokrytej zimnym linoleum podłodze.

9

Zirytowany Holger Munch siedział za kierownicą czarnego audi jadącego w stronę Bislett. Na Ullevålsveien zatrzymał się na czerwonym świetle i zapatrzył na uśmiechniętą młodą parę, która tuż przed nim przeprowadzała przez skrzyżowanie wózek dziecięcy. Zapalił papierosa i lekko pokręcił głową. W jaki sposób właściwie doszedł do tego punktu? Przecież jeszcze niedawno on też tak spacerował. Razem z Marianne. I z Miriam w wózku. Dlaczego ciągle chodziło mu to po głowie? Pobierają się? Naprawdę miał inne problemy. Siedemnastoletnia dziewczyna, zabita i porzucona naga w lesie. Na posłaniu z piór. Z kwiatem w ustach. A poza tym usiłował podlizywać się Mikkelsonowi, być może właśnie to irytowało go najbardziej. Zrozumiał, co musi zrobić, gdy tylko wszedł do białego namiotu w lesie i zobaczył leżącą tam dziewczynę. Musiał odzyskać Mię Krüger. Miał znakomity zespół, owszem, najlepszych śledczych w kraju, ale drugiej takiej jak ona nie było.

Do rzeczywistości przywołał go trąbiący za nim samochód. Światło zmieniło się na zielone, a młoda para zniknęła. Munch wrzucił bieg i skręcił w stronę Stadionu Bislett.

Pobierają się? Dlaczego, na miłość boską, uznali to za konieczne?

Akurat zaparkował i już miał wysiąść, kiedy zadzwonił jego telefon.

– Słucham, Munch.

– Tu Ludvig.

– Tak?

– Chyba wiemy, kto to jest.

– Już?

– Tak mi się wydaje.

Munch wyznaczył Ludviga Grønliego i swoją nową asystentkę Ylvę do sprawdzenia listy osób zaginionych.

– Świetnie, Ludvig. Więc kto to jest?