Wydawca: Psychoskok Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 175 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Sopot 1940. Ścieżki miłości i szyfry wojny - Jan Puszkarow, Zofia Puszkarow

Miłość czy fascynacja seksem i zauroczenie? Poważna próba uczuć, przed którą stają bohaterowie, każe im zdać pierwszy trudny egzamin z dorosłego życia. Jeżeli lubisz powieści o miłości, która staje wobec poważnej próby, przeczytaj dalsze dzieje Marty i Maksa Mortonów, młodych małżonków rozdzielonych przez wybuch II wojny światowej. Los rzuca ich do różnych państw Europy, które, w zależności od formy uwikłania w działania wojenne, w różny sposób determinują życie przebywających na ich terytorium ludzi. Marta mieszka w Podkowie Leśnej pod Warszawą, w okupowanej Polsce. Przez wiele miesięcy chce za wszelką cenę wydostać się za granicę, aby dostać się do męża, ale wydarzy się coś, co może wiele w jej planach zmienić. Maks w neutralnej Szwecji, współpracuje z wywiadem polskim, szwedzkim i amerykańskim i w czasie wykonywania jednej z misji zostaje poddany próbie, której sprostanie jest dla niego bardzo trudne. Jak wydarzenia potoczą się dalej?

W tle burzliwych uczuciowych przeżyć bohaterów poznajemy życie codzienne w okupowanej Polsce i jego różne aspekty. Kawiarnie na gruzach zbombardowanych warszawskich kamienic, handel na Karcelaku, szmugiel do Kraju Warty, powstawanie struktur podziemnego państwa oraz działania szpiegów z III Rzeszy. Poznamy ujawnione ostatnio z archiwów brytyjskiego MI5 i MI6 zakulisowe działania pięknej kobiety-szpiega pracującej dla nazistów oraz brawurowe działania agenta „Knopfa alias 594”, mającego dostęp do samego serca dowodzenia Wermachtu i przekazującego Polakom bezcenne informacje dotyczące planów kampanii wojennych III Rzeszy. Przeniesiemy się do Kiruny na dalekiej północy Europy, będziemy śledzić początki Bitwy o Anglię do tajnego centrum dekryptażu w Benchley Park i poznamy pierwsze doniesienia o tajnych budowach ogromnych nazistowskich fabryk broni w lasach Puszczy Bydgoskiej.

Wydany nakładem Wydawnictwa Psychoskok z Konina literacki debiut Zofii i Jana Puszkarow jest drugą częścią trzytomowej powieści, której akcja rozgrywa się w czasie II Wojny Światowej. Wartka akcja przenosi Czytelnika do dobrze znanych z kart historii miejsc oraz do tych mniej znanych, które często odgrywały istotną rolę w wydarzeniach, które wywarły wpływ na wszystkich żyjących wtedy ludzi. Osoby, które lubią lekturę sensacyjną, nieco w stylu retro, na pewno się nie zawiodą!

Opinie o ebooku Sopot 1940. Ścieżki miłości i szyfry wojny - Jan Puszkarow, Zofia Puszkarow

Fragment ebooka Sopot 1940. Ścieżki miłości i szyfry wojny - Jan Puszkarow, Zofia Puszkarow

Zofia i Jan Puszkarow "Sopot 1940. Ścieżki miłości i szyfry wojny. Thriller retro"

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok, 2014 Copyright © by Zofia i Jan Puszkarow, 2014

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Wydawnictwo Psychoskok Projekt okładki: Zofia i Jan Puszkarow, Wydawnictwo Psychoskok Obraz © Maria Biegańska

ISBN: 978-83-7900-162-0

Wydawnictwo Psychoskok ul. Chopina 9, pok. 23, 62-507 Konin tel. (63) 242 02 02, kom.665-955-131

wydawnictwo.psychoskok.pl e-mail:

Zofia i Jan Puszkarow
Sopot1940
Thriller retro
Ścieżki miłości i szyfry wojny.
Wydawnictwo Psychoskok

NOWA RZECZYWISTOŚĆ

Zygmunt wybrał się do Warszawy na początku października, tuż po tym jak Hitler przyjął w Alejach Ujazdowskich defiladę Wermachtu. Marta nie mogła się doczekać jego powrotu i kiedy po dobrych kilku godzinach zobaczyła go przy furtce do ogrodu, wybiegła z domu, zeskakując po kilka schodków, ruszyła ścieżką na jego spotkanie i z bijącym sercem spojrzała prosto w oczy.

- Widziałeś się z kimś, kto mógłby pomóc mi stąd wyjechać?

- Trochę cierpliwości. Biura paszportowe jeszcze nie pracują – zażartował, a za chwilę dodał poważnie – widziałem się z dwoma osobami. Dowiedziałem się, że trzej moi koledzy zginęli, dwóch zaginęło, a jeden nadal jest ciężko chory i walczy o życie. Powiedziałem im jednak o tobie i obiecali się dowiedzieć, co można zrobić. Ale musisz być cierpliwa. To potrwa. Do tego nie widomo, jak długo…

Był w Warszawie po raz pierwszy od ogłoszenia kapitulacji i zobaczył zniszczenia, jakich dokonały dywanowe naloty Luftwaffe w czasie walk o stolicę. Podobnie jak wielu innych Polaków poczuł z jednej strony ogromny żal i gorycz, a z drugiej niezłomną pewność, że walka nie ustała i że okupant musi zostać wcześniej czy później przepędzony z nie swoich ulic i zajętych domów. Wrócił do Podkowy w kombinowany sposób – trochę na piechotę, trochę na furmance i nawet na drezynie. Ucieszył się, kiedy na stacji kolejowej zobaczył z daleka kolorową sukienkę Alicji, która wyszła mu na spotkanie i z niepokojem wyczekiwała jego powrotu.

- Dobrze, że już jesteś – powitała go z ulgą. – na pewno jesteś głodny… utarłyśmy z Martą ziemniaki i usmażymy pyszne placki kartoflane.

- Skąd miałyście ziemniaki? Myślałem, że wszystkie już zostały dawno zjedzone!

- Popatrz tam, za budynkiem na prawo, na placyku powstał bazarek i rano można kupić warzywa, jabłka, a czasem nawet pączki.

Doszli do ulicy Akacjowej, gdzie Marta z Haneczką czekały na nich z obiadem w kuchni. Na stole stał dzbanek z kompotem z moreli uzbieranych w ogródku.

- Co słychać w Warszawie? – dopytywały się jedna przez drugą.

- Wiele się dzieje, a jeszcze więcej będzie się dziać. My też musimy się zorganizować, bo za chwilę nie będziemy mieli z czego żyć. Musimy zacząć zarabiać, ja muszę znaleźć jakąś pracę z dobrymi papierami. W Warszawie już zaczyna wracać życie… inne niż było, ale zaczyna wracać.

- Ale nie wyjedziesz od nas do Krakowa? – zapytała z niepokojem Marta.

- Nie, nie wyjadę – odpowiedział – zamierzam tu zostać na dłużej, oczywiście, jeśli Ala pozwoli.

Popatrzył Alicji prosto w oczy, a Marta zauważyła że zdziwieniem, że ciotka zarumieniła się jak podlotek. Wyczuła, że coś ważnego dzieje się między tymi, jak dotąd, tylko przyjaciółmi. „No, proszę, proszę… zakochali się, czy co?” – pomyślała, ale udała, że niczego nie zauważyła.

- Bardzo chcę, żebyś tu został - głos Alicji był dziwnie niski i przytłumiony – tu już jest twój dom, jeśli tylko chcesz.

- Chcę, Aluś, chcę – odpowiedział wesoło, ale zabrzmiało to całkiem jak wyznanie. „Ale się porobiło!! Ciekawe, co na to powie Maks?”, Marta była już całkiem pewna. Ucieszyła się jednak bardzo, a Haneczka była wręcz szczęśliwa na myśl, że będą miały koło siebie mężczyznę, który je w razie niebezpieczeństwa obroni.

Radio w kuchni było jak zwykle nastawione – trzeszczało trochę, ponieważ usiłowali na falach krótkich złapać BBC i były jak zwykle zakłócenia w odbiorze.

- Ale ze mnie osioł - Zygmunt uderzył się w czoło przypominając sobie coś bardzo ważnego. – Zapomniałem wam powiedzieć, że w Warszawie zaczęli rozlepiać obwieszczenia o odbiornikach radiowych. Wszyscy Polacy muszą je oddać do piątego listopada w komisariatach policji. Za słuchanie audycji stacji zachodnich grożą wysokie kary, do kary śmierci włącznie. Jak wam się to podoba?

- My tego radia nie oddamy – jak będzie trzeba, możemy je schować tu…- mruknęła pod nosem Alicja i podeszła do kaflowego pieca, za którym bardzo łatwo można było zrobić skrytkę. Wszyscy obecni w kuchni z aprobatą kiwnęli głowami.

MAKS i ARNIKA: PIERWSZE ZLECENIE NA DALEKIEJ PÓŁNOCY

W tym samym czasie w Szwecji Maks umówił się ze swoim bezpośrednim przełożonym Chrisem w poselstwie amerykańskim na Strandvägen 7A.

- Dziś omówimy szczegóły zadania, o którym wspominałem ci ostatnim razem. Jak zapewne pamiętasz wspomniałem Narwik- powiedział bez zbędnych wstępów Chris.

- Pamiętam. Mówiłeś o natychmiastowym wyjeździe do Norwegii - potwierdził Maks.

- Dokładnie. Przesunęliśmy trochę termin wyjazdu, bo rozszerzyliśmy plan rekonesansu i ilość osób, który go wykona. Otrzymasz do pomocy kogoś, kogo za chwilę poznasz. Pchnięciem ramienia otworzył drzwi do sąsiedniego pokoju i zawołał:

- Arnika, pozwól do nas.

Do pokoju weszła wysoka, bardzo atrakcyjna młoda kobieta o skandynawskiej urodzie.

Skromna jednoczęściowa brązowa sukienka nie zdołała ukryć zgrabnej, wysportowanej, bardzo kobiecej i zmysłowej sylwetki, a długie lekko falujące, przerzucone przez prawie ramię blond włosy stanowiły tak piękną ozdobę, że ich właścicielce niepotrzebne już były żadne kolczyki, broszki, a nawet makijaż. Szaro niebieskie oczy, w których tańczyły wesołe iskierki patrzyły na Maksa śmiało i odrobinę zalotnie – dziewczyna zauważyła, że wywarła na swoim nowym partnerze spore wrażenie.

- Major Arnika Carlsson z Wojskowej Służby Wywiadu i Bezpieczeństwa MUST – przedstawił dziewczynę.

- Miło mi panią poznać, majorze Carlsson- odzyskał głos Maks. Chciał dodać jakiś komplement, ale w porę ugryzł się w język.

- Siadajcie proszę - przejął inicjatywę Chris – omówię teraz zadanie, jakie macie oboje wykonać. W związku z prawdopodobną niemiecką inwazją w Norwegii, spodziewamy się natężenia działalności szpiegowskiej na terenie naszego kraju, zwłaszcza na północy – na trasie Kiruna – Narwik. Udacie się jako młode małżeństwo naukowców do Parku Narodowego Abisko. Będziecie wykonywać projekt dla Abisko Scientific Research Station, która zajmuje się badaniami środowiskowymi, biologicznymi i geologicznymi. To jest oczywiście wasza przykrywka. Prawdziwym zadaniem jest utworzenie sieci informatorów, wykrycie ewentualnej działalności obcego wywiadu i stworzenie własnych kanałów łączności ze Sztokholmem. Będziecie mieli także dokumenty na Norwegię i wykonacie podobne rozeznanie w okolicach portu w Narwiku. Jutro dostaniecie niezbędny sprzęt i dalsze instrukcje. Tyle na dziś – spotykamy się tu jutro o tej samej porze, a teraz macie czas na to, aby trochę się poznać. Nie wnikam w to, co ustalicie między sobą, ale pamiętajcie, że dla wszystkich z zewnątrz jesteście świeżo po ślubie, więc macie być przekonujący.

- Wedle rozkazu – powiedzieli jednocześnie Arnika i Maks i cała trójka roześmiała się, co trochę rozładowało lekko niezręczną sytuację.

- Zanim się rozejdziemy, mam dla ciebie informację, która powinna cię ucieszyć, powiedział Chris do Maksa. - Jest już możliwość przekazania informacji do Polski i odebrania ich stamtąd.

- W jaki sposób? – zapytał Maks, chociaż bał się, że nie usłyszy odpowiedzi.

- Jest kilku przedstawicieli firm szwedzkich, którzy pracowali w Warszawie jeszcze przed wojną i zgodzili się na prośbę polskiego podziemia pełnić rolę kurierów. Podaj mi dokładny adres twojej ciotki, to postaram się czegoś dla ciebie dowiedzieć.

Maks zapisał adres w Podkowie Leśnej na małej kartce i podał ją Chrisowi. Ten przypatrzył się jej przez dłuższą chwilę, po czym wyjął zapalniczkę i spalił karteczkę w popielniczce. Popiół wyniósł do toalety i spuścił w niej wodę.

TERRY I RUNE

Małżeństwo Terry i Runego nigdy nie było idealne i oprócz pierwszego okresu zauroczenia przed ślubem i krótko po jego zawarciu, niewiele oprócz seksu i zamiłowania do hazardu tę parę łączyło. Rune jeszcze przed wybuchem wojny bardzo dobrze zarabiał i nie rozumiał, dlaczego Terry uparła się założyć w Sztokholmie agencję pracy dla dziewcząt z Austrii i Niemiec. Załatwiała im posady opiekunek lub pomocy domowych u bogatych Szwedów, a poprzez filię, którą posiadała w Oslo, obsługiwała także rodziny norweskie. Interes bardzo dobrze prosperował i przynosił wcale niezłe dochody. Rune jednak sam zarabiał wystarczająco dużo, aby utrzymać ich rodzinę na wysokim poziomie. Za nic nie mógł zrozumieć, dlaczego Terry woli to swoje zajęcie od stworzenia mu prawdziwego domu i urodzenia przynajmniej jednego dziecka.

Oprócz stosunku do posiadania dzieci i własnych aspiracji dzieliły ich także poglądy i sympatie polityczne. Rune nie znosił podziwu Terry dla Hitlera i jego partii nazistowskiej, był zdecydowanym przeciwnikiem III Rzeszy i wpływów, jaki próbowała uzyskać w Szwecji. W czasie pobytu w Sopocie polubił i zaprzyjaźnił się z kilkoma Polakami. Teraz szczerze współczuł wszystkim ludziom w Polsce, których dotknęła ta straszna wojna. Wiedział, że południowy sąsiad Szwecji został pozostawiony przez sojuszników na lodzie

i samotnie musiał toczyć z góry przegraną w tej sytuacji wojnę. Rozumiał powody, dla których Polacy stawili Niemcom czoło, ale nie popierał takiego rozwiązania dla swojego kraju – po prostu nie chciał, aby Szwedom przytrafiło się to samo, co Polakom. Jego definicja patriotyzmu nakazywała mu zdecydowanie opowiadać się za neutralnością swojego kraju. Mając bardzo rzadki kontakt z żoną, nic nie wiedział na temat wizyt składanych przez nią w ataszacie niemieckim i pomimo, że sam bywał tam z różnych powodów zapraszany, nigdy Terry u nich nie spotkał. Nie miał więc pojęcia o tym, że w pierwszych dniach października jego małżonka pojawiła się na Strandvägen 7C w towarzystwie wysokiego, przystojnego mężczyzny o imieniu Erik.

ERIK I ABWEHRA

Terry poznała Erika przez litewską dziennikarkę, która podobnie jak ona była czynną agentką wywiadu niemieckiego. To jej właśnie przekazała nuty z tajnym meldunkiem zapisanym atramentem sympatycznym pod tekstem piosenki. Było to w czasie rautu dla zagranicznych dziennikarzy w Sopocie, na krótko przed wybuchem wojny. Erik był z pochodzenia Niemcem i wraz z rodziną mieszkał do rozpoczęcia działań wojennych na terenach Łotwy. W ramach akcji powrotudo Rzeszy /Heim ins Reich/ i zgodnie z polityką zdobywania nowej przestrzeni życiowej dla Niemców Lebensraum, został wraz z rodziną dobrowolnie przesiedlony na Pomorze. Zamieszkali w Bydgoszczy w sporej posesji, którą otrzymali od władz po zamordowanej w ramach akcji Inteligencja rodzinie polskich nauczycieli.

Z domu wyniósł niechęć do Polski i Polaków, która, po otrzymaniu kosza od polskiej koleżanki z lat młodzieńczych, przerodziła się w pogardę i prawdziwą nienawiść do wszystkiego co polskie. Ucieszył się z poznania Terry i z możliwości, które przed nim otworzyła prowadząc go na ważne spotkanie do ataszatu niemieckiego w Sztokholmie.

Po wejściu do gmachu przy Strandvägen 7C, zostali zaprowadzeni do niewielkiego pokoju na zapleczu biura Attache Wojskowego, gdzie czekało na nich trzech mężczyzn.

Nie nosili mundurów, ale jeszcze zanim zostali im przedstawieni, Terry i Erik wyczuli, że mają do czynienia z oficerami w cywilu. Urzędnik znany Terry z poprzednich wizyt położył przed jednym z mężczyzn dwie teczki z dokumentami. Na okładce jednej z nich widniało nazwisko Terry, a na drugiej Erika.

- Siadajcie, proszę – zwrócił się do nich najstarszy wiekiem mężczyzna. Uprzedzam was, że wszystko, o czym mówimy jest ściśle tajne, a zdrada tajemnicy będzie karana śmiercią. Od dziś figurujecie na oficjalnej liście naszych agentów i podlegać będziecie Abwehrze. Pani, madam Terry, podlegać będzie bezpośrednio mnie i znać mnie pani będzie pod nazwiskiem Rudolf Hartel. Pracuje pani dla Wydziału I, czyli Wywiadu Zagranicznego Rzeszy. Zajmujemy się między innymi bazami okrętowymi, przemysłem zbrojeniowym, portami i sprawami gospodarczymi krajów, z którymi prowadzimy wojnę. Pan Erik został przydzielony do Wydziału II, który zajmuje się sabotażem i działaniami specjalnymi. Możecie kontaktować się ze sobą według instrukcji, które każde z was otrzyma osobno. Szczegóły swoich zadań każde z was ma zachować dla siebie. Czy to jest jasne?

- Tak jest - odpowiedzieli, podobnie jak Maks i Arnika, prawie jednocześnie.

- Proszę teraz panią ze mną – zwrócił się do Terry. Przejdziemy piętro wyżej.

Kiedy wyszli z pokoju, drugi z mężczyzn wziął do ręki teczkę z nazwiskiem Erika.

- Nazywam się Heinz Miller i jestem pana bezpośrednim zwierzchnikiem. Zostanie pan przerzucony do Generalnego Gubernatorstwa z zadaniem wyśledzenia polskiej siatki związanej z ruchem oporu, przeniknięcia do niej i zdobycia zaufania jej przywódców. Im wyżej uda się do nich dotrzeć, tym lepiej. W ramach przydzielonego panu zadania, musi pan również ustalić, jak daleko Polacy posunęli się w organizacji drogi przerzutowej dla uchodźców z Generalnego Gubernatorstwa na zachód. Tu są pana nowe dokumenty. Nazywa się pan Władysław Barski, urodzony w Grodzisku Mazowieckim – to jest małe miasto trzydzieści kilometrów od Warszawy. Ma pan babkę w Brwinowie i jest pan jej wnukiem, którego nie widziała od dwudziestu lat. Zanim pan wyjedzie, otrzyma pan wiele szczegółów na temat historii tej rodziny i musi się pan nauczyć ich na pamięć. Kontakt do naszego człowieka w Warszawie dostanie pan przed wyjazdem, czyli pojutrze. Na dziś to wszystko. Heil Hitler.

- Heil Hitler - wyciągnął rękę w znanym sobie geście Erik.

TERRY I ABWEHRA

- Pojedzie pani do Sopotu – zwrócił się do Terry agent Wydziału I Abwehry, Rudolf Hartel.

- Wiemy, że ma pani pewne doświadczenie i dobre wyniki w pracy na tamtym terenie. Dam pani dziesięć dni na wprowadzenie odpowiedniej osoby, która panią zastąpi w pani agencji w Sztokholmie i w oddziale w Oslo. Pozna pani tę osobę jutro. Nazywa się Lotta Anesel. Ma rekomendacje od samej Margaret Hewitt*, z którą współpracujemy w Londynie. Nie muszę dodawać, że zależy nam dla naszych celów na dziewczynach, które pani zatrudnia. Teraz druga sprawa… W Sopocie zatrzyma się pani na nasz koszt w Hotelu Cassino. To wielkie wyróżnienie i nagroda dla pani za dotychczasowe wysoce zadawalające wyniki pracy dla Rzeszy. Dostanie pani pokój na tym piętrze, na którym mieszkał we wrześniu sam Adolf Hitler.

Terry okazała cała swoją postawą, że docenia zaszczyt, który ją spotkał.

- A jakie jest moje zadanie?- zapytała.

- Zależy nam na posiadaniu dobrego źródła informacji w porcie w Gdyni. Źródła, na którego meldunkach będzie można w stu procentach polegać. Ta osoba musi się nas bać i bezwzględnie wykonywać wszystkie nasze rozkazy.

Margaret Hewitt* - kobieta szpieg niemiecki z czasów II wojny światowej.

http://www.bbc.co.uk/news/world-europe-11082307

Jest ktoś taki – a jest nią matka dziecka, które udało nam się uprowadzić po pani wyjeździe z Sopotu do Berlina, jeszcze w sierpniu. Dziecko przebywa w sierocińcu prowadzonym przez zakonnice, ale mamy nad nim pełną kontrolę. Rodzice chłopca otrzymali od nas odpowiedni sygnał już w sierpniu - teraz musi pani postawić sprawę całkiem jasno przed jego matką: jeżeli chce jeszcze zobaczyć dziecko, musi wykonywać wszystko, czego zażądamy. Ma pani wolną rękę co do sposobów perswazji, jakich pani użyje. Jest jeszcze jedna bieżąca sprawa do załatwienia przed pani wyjazdem. Po wyjściu od nas proszę udostępnić agentowi Erikowi wszystkie swoje prywatne zdjęcia z wakacji w Sopocie i opowiedzieć mu o osobach, które na nich widnieją. Wiedza ta może okazać się dla niego bardzo przydatna do wykonania jego zadań. W razie konieczności spotkania, macie porozumiewać się za pomocą ogłoszeń drobnych w Nowym Kurierze Warszawskim. Słowa, które stanowić będą hasła otrzymacie jutro.

SOPOT – RETROSPEKCJA: SIERPIEŃ 1939 – tuż przed wybuchem wojny

Następnego dnia po zniknięciu chłopczyka w parku za Domem Zdrojowym, jego rodzice, państwo Maliszewscy otrzymali w godzinach wieczornych telefon. Matka małego Jasia przesiadywała koło aparatu praktycznie non-stop i natychmiast podniosła słuchawkę.

- Z panią Maliszewską proszę – usłyszała niewyraźny głos.

- To ja – usłyszała szum własnej krwi w uszach i głuche uderzenia serca – słucham.

- Jeśli chce pani wiedzieć, gdzie teraz jest pani dzieciak, musi pani przekazać mi listę wszystkich Polaków zatrudnionych w stoczni. Nazwiska i adresy. Potem potrzebne będą inne dane – wtedy zadzwonię.

- Ja nie mam dostępu do takich informacji - matka Jasia poczuła kropelki potu na skroniach.

- Ma pani trzy dni. Listy musi pani wysłać pocztą na numer skrytki 58 w Gdańsku. Powtarzam raz jeszcze, jeżeli za trzy dni nie otrzymam tego czego chcę, nigdy więcej nie zobaczy pani dzieciaka. To wszystko.

Zrozpaczeni rodzice nie zdziwili się, że oficjalne śledztwo, które zostało wszczęte w sprawie ich synka, toczyło się ospale, nie przyniosło żadnych wyników i zostało z powodu niewykrycia sprawców umorzone z datą 31 sierpnia.

Pani Maliszewska pracowała w sekretariacie działu zajmującego się statkami handlowymi. Dopisało jej trochę szczęścia przy zdobyciu pierwszej listy nazwisk. Koleżanka, z którą pracowała w jednym pokoju musiała na polecenie dyrektora pomagać w inwentaryzacji w dziale narzędzi i mama małego Jasia została sama w pokoju. Przepisała tyle nazwisk, ile zdołała, włożyła listy do koperty i wrzuciła do skrzynki pocztowej. Czuła się okropnie, kiedy skończyła, ale wiedziała, że zrobi wszystko, czego od niej zażądają dla ratowania życia swojego dziecka. Czekała na następny telefon, ale na daremnie. Wkrótce wybuchła wojna i od tamtej pory nic nowego się nie wydarzyło. Nie otrzymali żadnych nowych wiadomości, ani poleceń. Ponownie zaczęli tracić nadzieję, aż pewnego dnia sprawa ich synka znów postawiła całą rodzinę na nogi.

STARE SZOTY

Ojciec małego Jasia, doktor Maliszewski prowadził przed wybuchem wojny prywatny gabinet laryngologiczny w Sopocie. Kiedy zaczęła się okupacja zawiesił przyjmowanie pacjentów. Robił jedynie wyjątek, gdy któryś ze starych pacjentów zgłosił się po poradę, lub wymagał kontynuacji leczenia. Nie zdziwił się więc, gdy pewnego popołudnia na początku października usłyszał dzwonek do drzwi. W progu stał starszy mężczyzna w mocno zniszczonym garniturze.

- Czy zastałam pana doktora? – zapytał i zmieszany kurczowo zaciskał palce na wyblakłej czapce.

- Tak, to ja – odpowiedział doktor – ale w zasadzie nie przyjmuję już nowych pacjentów.

- Ja tylko mam dla pana doktora wiadomość od kogoś. Proszę pozwolić mi wejść.

Doktor gestem zaprosił niespodziewanego gościa do pokoju, który służył jako poczekalnia dla pacjentów.

- Proszę usiąść. Czym mogę służyć? -zapytał.

- Pracuję u Sióstr Boromeuszek w sierocińcu w Starych Szotach i przełożona kazała mi to panu dać – wyciągnął z kieszeni szarą, zaklejoną kopertę. - Prosiła też przekazać, żeby pan z żoną obejrzeli jedno dziecko, które do nich przyniesiono… nikt o tym nie może wiedzieć, ma się rozumieć.

Doktor zaniemówił z wrażenia i nagły powrót nadziei, że dzieckiem może być ich uprowadzony synek sprawił, że zrobiło mu się gorąco i powrócił ucisk w klatce piersiowej.

- Kiedy można tam pojechać? – wyjąkał zduszonym głosem.

- Najlepiej przed południem, kiedy trochę ludzi kręci się po okolicy… wtedy nie rzuci się pan w oczy, komu nie potrzeba – stary człowiek zmiął w garści czapkę, którą cały czas z zakłopotaniem obracał w dłoniach, z wysiłkiem wstał, ukłonił się i powiedział:

- Późno już… pójdę.

Doktor odprowadził gościa do drzwi i drżącymi palcami otworzył kopertę. List potwierdził słowa posłańca. Pozostałe godziny przed powrotem żony z pracy w gdyńskim porcie wydawały mu się wiecznością. Kiedy wreszcie wróciła do domu, nie chciała początkowo słyszeć, że mąż zamierza wybrać się do ich synka sam. W końcu udało mu się ją jakoś przekonać, że wizyta jednej osoby łatwiej ujdzie uwadze potencjalnego obserwatora wydarzeń wokół sierocińca.

Siostra prowadząca dom sierot od razu wyjaśniła sytuację.

- Nie chcemy robić panu i pana żonie zbędnych nadziei, ale od początku miałyśmy pewność, że jedno z podrzuconych nam dzieci nie pochodzi z ubogiej rodziny. Nikt nas o nie wtedy nie pytał i dopiero kilka dni temu dowiedziałyśmy się o morderstwie w parku i uprowadzeniu dziecka w rodzinie lekarza z Sopotu. Kiedy dowiedziałyśmy się, że było to jeszcze przed wybuchem wojny, a nam małego podrzucono właśnie wtedy, pomyślałyśmy, że to może właśnie państwu zginęło dziecko. Musi pan na nie spojrzeć, ale proszę wziąć pod uwagę, że nie mamy stuprocentowej pewności, to mimo wszystko może być całkiem inne dziecko.

Zaprowadziła doktora do pokoju, gdzie na metalowych łóżeczkach leżało kilkoro dzieci. Spojrzał na chłopczyka, który smacznie spał z rączką zaciśniętą w małą piąstkę.

- Boże… to mój syneczek… jakie szczęście - zaczął bezładnie i łzy popłynęły mu po policzkach.

Zakonnica położyła palec na ustach i stanowczym gestem nakazała mu wyjście za sobą z pokoju.

- Kiedy możemy go zabrać? – dopytywał się doktor.

- Chodzi o to, że to nie jest takie proste, jak mogłoby się wydawać – powiedziała poważnie siostra Boromeuszka.

- Jak to?

- Zaraz to wyjaśnię. Nie wiem, czy pan słyszał o niemieckiej organizacji nazwanej Lebensborn ?

- Nie… co to takiego?

- Tak też myślałam. Jest to organizacja mająca służyć „odnowieniu krwi niemieckiej” i „hodowli nordyckiej rasy nadludzi”. Na czele tego stowarzyszenia stoi Heinrich Himmler. Słyszałam, że w Bydgoszczy ma niedługo powstać ich ośrodek i wygląda na to, że to prawda. Dwa dni temu był u nas ktoś od nich i kazał sobie pokazać dzieci. O pana synku mówili, że wygląda na czystego rasowo. Myślę, że chcą mu dać nową tożsamość – wiedzą, że nie ma u nas jego metryki. Nie mają państwo niezbitych dowodów, że to wasze dziecko, a oni są potężni… Zabiorą go wam, oddadzą jakiejś rodzinie niemieckiej i zgermanizują.

- Boże… co możemy zrobić, aby do tego nie dopuścić!!! - doktor był wściekły, ale jednocześnie opanował go przejmujący strach o dziecko.

- Jest sposób. Przyznam, że dramatyczny, ale jest. Ludzie z Lebensborn nie zobaczyli wszystkich dzieci, ponieważ jedno z nich zmarło rano na zapalenie płuc i leżało w trumience w kaplicy. Jest to dziecko bardzo biednych rodziców, którzy tuż przed wybuchem wojny wyjechali do Argentyny za chlebem. Mamy jednak jego metrykę. Możemy więc zamienić chłopcom akty urodzenia. W ten sposób państwa synek oficjalnie umrze jako dziecko nieznanych rodziców, a jednocześnie dostanie nową metrykę i opuści nasz sierociniec jako Maciek Karaś. Będą mogli go państwo zabrać ze sobą. Na wszelki wypadek radziłabym ukryć chłopca dobrze, bo ci z Lebensborn mieli na nie wielka ochotę. Mogliby zacząć dociekać, gdyby się dowiedzieli, że nagle państwo nagle odnaleźli dziecko, które latem zaginęło. Najlepiej byłoby, gdyby państwo skontaktowali się z ciotką tego biednego maluszka, które zmarło na zapalenie płuc. Ona miała go od nas po kilku miesiącach odebrać. Proszę, tu jest jej adres… proszę go zapamiętać – pokazała grubą księgę doktorowi. - Po wojnie adoptujecie Maćka i znów będzie nosił wasze nazwisko.

- Kiedy mamy to z żoną zorganizować?

- Muszą państwo zadziałać jeszcze dziś. Państwa synek nie jest już u nas bezpieczny.

RADIO BBC

- Mam dobrą wiadomość dla nas wszystkich – powiedział Zygmunt, kiedy któregoś dnia pod koniec października wrócił z Warszawy. – Złożyłem podanie do dyrektora EKD, pana Baniewicza w sprawie pracy i mam jutro dowiedzieć się jaka będzie decyzja.

- Czy to ten Tadeusz Baniewicz, który kierował budową całej linii EKD? - spytała Alicja.

- Tak, ten sam. Mam nadzieję, że mnie przyjmie… no, ale zobaczymy jutro.

- A co się dzieje w Warszawie? Co z moimi dokumentami?- dopytywała się Marta – Zaczynam się bez nich dziwnie czuć.

- Chyba najlepiej będzie spróbować zdobyć metrykę twojej siostry bliźniaczki – Alicja zwerbalizowała pomysł, który od pewnego czasu krążył jej po głowie

– Opowiadałaś mi, że miałaś siostrzyczkę, która zmarła na krztusiec w wieku dwóch miesięcy.

- No, tak, ale ja nie mam tu żadnych dokumentów naszej rodziny – Marta rozłożyła bezradnie ręce.

- Nie musisz mieć. Pojedziemy do parafii, bo tam powinny być wszystkie księgi. Urodziłyście się we Włodzimierzówce koło Sochaczewa, prawda? - upewniła się Alicja.

- Zgadza się – potwierdziła Marta.

- No, to pojedziemy tam w najbliższą niedzielę, żeby proboszcz był na miejscu. Powiesz, że nazywasz się Julia Arewicz, musisz wyrobić sobie kenkartę, a straciłaś metrykę urodzenia w czasie bombardowań. Powinno się udać.

Zaciągnęli firanki w kuchni, bo zbliżała się pora audycji radia BBC nadawanej w języku polskim. Odbiornik włożyli do skrytki za obrazem przedstawiającym owoce i warzywa, który wisiał po lewej stronie starego kaflowego pieca. Schowek był przemyślny i otwierał się po naciśnięciu sęczka w drewnianej ścianie. Radio bezszelestnie wysuwało się na półeczce, która poruszała się na dwóch ruchomych stalowych wspornikach. Od drugiej strony skrytkę dobrze maskowała przepastna garderoba ze schowkiem na pościel.

Całość konstrukcji mogła być wykryta tylko przez bardzo dokładną rewizję, natomiast na pierwszy rzut oka nic nie można było zauważyć. Całe to konspiracyjne dzieło było owocem zręcznej pracy Zygmunta.

Z