Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Sonderkommando - Shlomo Venezia

Wstrząsająca relacja z krematoriów Birkenau, unikatowe świadectwo. 7 października mija 70. rocznica wybuchu powstania Sonderkommando w Auschwitz. Wstrząsające ilustracje Davida Olere’a (jeden z nielicznych więźniów Sonderkommando, który przeżył).

Sonderkommando w Auschwitz był oddziałem specjalnym, składającym się z żydowskich więźniów, których SS zmusiło do obsługiwania całego procesu eksterminacji. Obóz przetrwało kilkudziesięciu. Niewielu zdecydowało się opowiedzieć o swoich przeżyciach. Po wojnie piętnowano ich jako współuczestników w mordach. Historia Shlomo Venezii, greckiego Żyda, który za sprawą niemieckich oprawców trafił do Sonderkommando, pozwoli zrozumieć postawę człowieka w sytuacji ekstremalnej. Czy mamy prawo go sądzić?

Opinie o ebooku Sonderkommando - Shlomo Venezia

Fragment ebooka Sonderkommando - Shlomo Venezia

Shlo­mo Ve­ne­zia we współpra­cy z Béatri­ce Pra­squ­ier

Son­der­kom­man­do

W pie­kle komór ga­zo­wych

Przed­mo­wa do wy­da­nia pol­skie­go: Piotr M.A. CywińskiPrzed­mo­wa: Si­mo­ne VeilNoty hi­sto­rycz­ne: Mar­cel­lo Pez­zet­ti i Umber­to Gen­ti­lo­niPrzełożyła: Kry­sty­na Szeżyńska-Maćko­wiak

Przed­mo­wa do wy­da­nia pol­skie­go: © Państwo­we Mu­zeum Au­schwitz-Bir­ke­nau

Tytuł ory­gi­nału: Son­der­kom­man­do. Dans l’en­fer des cham­bres à gaz

Co­py­ri­ght © Edi­tions Al­bin Mi­chel – Pa­ris 2007

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Kry­sty­na Szeżyńska-Maćko­wiak, MMXIV

Wy­da­nie II

War­sza­wa

Pragnę za­de­dy­ko­wać tę książkę obu moim ro­dzi­nom – tej przed­wo­jen­nej i tej po­wo­jen­nej. Pierw­sze myśli kie­ruję ku uko­cha­nej czter­dzie­stocz­te­ro­let­niej mat­ce i dwóm moim młod­szym sio­strom – czter­na­sto­let­niej Ma­ri­ce i je­de­na­sto­let­niej Mar­cie. Często ze smut­kiem wspo­mi­nam ciężkie życie mat­ki, która bar­dzo młodo owdo­wiała i zo­stała sama z pięcior­giem dzie­ci. Z ogrom­nym, cza­sem wręcz nie­wy­obrażal­nym poświęce­niem wy­cho­wy­wała nas i wpa­jała nam zdro­we za­sa­dy, ucząc uczci­wości i sza­cun­ku wo­bec lu­dzi. Jej poświęce­nie i cier­pie­nia zo­stały prze­kreślone, zni­we­czo­ne w chwi­li, gdy moje dwie sio­stry wy­siadły z bydlęcych wa­gonów na Ju­den­ram­pe w Au­schwitz-Bir­ke­nau 11 kwiet­nia 1944 roku.

Moja dru­ga ro­dzi­na na­stała po wiel­kiej tra­ge­dii. Żona Ma­ri­ka oraz trzej sy­no­wie, Ma­rio, Ales­san­dro i Al­ber­to, o wie­lu spra­wach wiedzą więcej niż ja, a w życiu kie­rują się na­czelną za­sadą uczci­wości i sza­cun­ku wo­bec in­nych. Dzięki upo­ro­wi żony chłopcy wyrośli na mężczyzn, z których je­stem dum­ny. Ma­ri­ka za­wsze bar­dzo się o mnie trosz­czyła, sta­rając się łago­dzić pew­ne złe ce­chy mo­je­go cha­rak­te­ru, będące następstwem po­by­tu w obo­zach. Zasługu­je na więcej niż moja ci­cha miłość. Dziękuję Ci za wszyst­ko, co dla mnie dotąd zro­biłaś, za to, co ro­bisz dla pięcior­ga na­szych wnucząt: Ales­san­dra, Da­nie­la, Mi­che­la, Ga­brie­la i Ni­co­le, a także dla na­szych sy­no­wych, Mi­riam, An­ge­li i Sa­bri­ny.

Mąż, oj­ciec i dzia­dek Shlo­mo Ve­ne­zia

Cała praw­da jest znacz­nie bar­dziej tra­gicz­na i porażająca.

Załmen Le­wen­tal1

Przed­mo­wa do wy­da­nia pol­skie­go

Przed­mo­wa – w za­sa­dzie – nie ma tu sen­su. Nie można na­pi­sać do­bre­go wpro­wa­dze­nia dla słów, których nie sposób sa­me­mu w pełni pojąć. Nie sposób za­po­wie­dzieć tego, cze­go nie można do końca ogarnąć wy­obraźnią. Więc za­miast przed­mo­wy, chciałbym w tym miej­scu przed­sta­wić tyl­ko kil­ka uwag, aby już na początku roz­wiać wszel­kie wątpli­wości: wni­kli­wa lek­tu­ra tej książki zo­sta­wi ślad. Czy­tel­nik sięgnął bo­wiem lekką, nie­rzad­ko nie do końca świa­domą ręką, po opis tego, na co w nor­mal­nym języku zwy­czaj­nie bra­ku­je słów. I do­brze, że nor­mal­ny język nie jest z góry przy­go­to­wa­ny, by wyrażać niektóre rze­czy. Oby tak było da­lej.

Piekło na zie­mi... jądro ciem­ności... anus mun­di... wszel­kie me­ta­fo­ry używa­ne, by wy­ra­zić i przy­bliżyć to, co wy­da­rzyło się w la­tach 1942–1944 na pod­mokłych łąkach podoświęcim­skiej Brze­zin­ki, bledną, gdy czy­ta się re­la­cje i świa­dec­twa członków Son­der­kom­man­da. Nie da się w świe­tle tych lek­tur ucie­kać w me­ta­fo­ry i nie da się załago­dzić słowa­mi tego, co się stało. Ta książka jest świa­dec­twem wy­da­rzeń. Jest za­pi­sem nie tyl­ko na­ocz­ne­go świad­ka, ale i bez­bron­ne­go, znie­wo­lo­ne­go, lecz czyn­ne­go uczest­ni­ka pro­ce­su uni­ce­stwie­nia człowie­ka, lu­dzi, całego świa­ta.

Nie sposób dokład­nie określić, kie­dy kie­row­nic­two NSDAP podjęło de­cyzję o całko­wi­tej zagładzie eu­ro­pej­skich Żydów.

Wątek ka­ta­stro­fy wiszącej nad ich głowa­mi po­ja­wia się już w przed­wo­jen­nych przemówie­niach Adol­fa Hi­tle­ra. Na pew­no miało to miej­sce długo przed słynną, ale zmi­to­lo­gi­zo­waną kon­fe­rencją w Wan­n­see. Na niej usta­la­no już tyl­ko ostat­nie szczegóły tech­nicz­ne. Fak­tem jest, że w 1940 roku, wiosną, Niem­cy roz­poczęli bu­do­wa­nie dużego obo­zu kon­cen­tra­cyj­ne­go w Oświęci­miu. Już sama lo­ka­li­za­cja obo­zu – na skrzyżowa­niu li­nii ko­le­jo­wej wiodącej z Rze­szy, przez Śląsk i Kraków, do Lwo­wa i da­lej, z linią prze­ci­nającą góry i wiodącą w kie­run­ku Czech, Słowa­cji, Au­strii, Węgier i Bałkanów – wska­zu­je moim zda­niem na rolę, którą ten obóz miał w przyszłości ode­grać – i nie­ste­ty w dużej mie­rze zdążył przed końcem woj­ny.

Z początku był to obóz kon­cen­tra­cyj­ny, ja­kich wie­le po­wstało jesz­cze przed wojną w III Rze­szy. W la­tach 1940 i 1941 Niem­cy umiesz­cza­li w nim przede wszyst­kim Po­laków z te­renów oku­po­wa­nych. Śmierć przy­cho­dziła nad­zwy­czaj łatwo – z po­wo­du głodu, chłodu, wy­czer­pa­nia, cho­ro­by, zamęcze­nia bądź przez roz­strze­la­nie. W 1941 roku śmierć zaczęła również nad­cho­dzić w po­sta­ci nie­wiel­kich nie­bie­ska­wych gru­dek, wy­dzie­lających zabójczy gaz: Cy­klon B. Wpierw Niem­cy te­sto­wa­li go na jeńcach ra­dziec­kich i cho­rych, wy­cieńczo­nych więźniach po­li­tycz­nych. Gdy próby się po­wiodły, roz­poczęto pra­ce nad ol­brzy­mim no­wym obo­zem w Brze­zin­ce. Tam też w 1942 roku SS uru­cho­miło spe­cjal­ne ko­mo­ry ga­zo­we w za­adap­to­wa­nych do tego celu dwóch wiej­skich dom­kach. Ma­chi­na była go­to­wa, by przyj­mo­wać całe trans­por­ty Żydów, skie­ro­wa­ne by­najm­niej nie do obo­zu kon­cen­tra­cyj­ne­go. Obok wyrósł ośro­dek Zagłady, po­dob­ny do tego utwo­rzo­ne­go wcześniej w Chełmnie nad Ne­rem lub mniej więcej w tym sa­mym cza­sie w Bełżcu, Tre­blin­ce czy So­bi­bo­rze. Ciała ofiar naj­pierw grze­ba­no w dołach, później pa­lo­no na po­wie­trzu. Jed­nak to oka­zało się tyl­ko roz­wiąza­niem pro­wi­zo­rycz­nym. W tym sa­mym roku naziści roz­poczęli, a wiosną 1943 roku ukończy­li bu­dowę czte­rech fa­bryk śmier­ci, wy­po­sażonych w ob­szer­ne roz­bie­ral­nie, ko­mo­ry ga­zo­we i kre­ma­to­ria. Był to naj­większy kom­pleks uni­ce­stwia­nia, jaki zo­stał zbu­dowany przez na­zi­stow­skie Niem­cy. In­sta­la­cje te były w sta­nie zabić i spa­lić we­dle kon­struk­torów pra­wie czte­ry i pół tysiąca lu­dzi na dobę. Na­ocz­ni świad­ko­wie twierdzą, że do­cho­dziło do zagłady na­wet ośmiu tysięcy osób na dobę. Wśród nich tak wie­lu małych dzie­ci, Trze­ciej Rze­szy do ni­cze­go nie­po­trzeb­nych. Za­bie­rających ponoć „prze­strzeń życiową” i „ra­so­wo groźnych”.

W 1944 roku, pod­czas zagłady węgier­skich Żydów, in­sta­la­cje te pra­cujące w dzień i noc nie wy­star­czały – powrócono równo­le­gle do pa­le­nisk na wol­nym po­wie­trzu. Losy woj­ny się odwróciły, front się zbliżał, cza­su było mało. Mor­do­wa­no całe żydow­skie ro­dzi­ny ze zdwo­joną za­ciekłością. Nie­ważne, że brakło pociągów dla dowożenia amu­ni­cji i pro­wian­tu na załamujący się front wschod­ni. Ber­lin nie zmniej­szył z tego względu licz­by trans­portów węgier­skich Żydów. Dziś, gdy chodzę po ru­inach tych kon­struk­cji i patrzę w zie­mię zmie­szaną z po­piołami tylu ofiar, za­sta­na­wiam się, czy woj­na była istotą na­zi­stow­skiej po­li­ty­ki, czy tyl­ko narzędziem do re­ali­za­cji Zagłady. Na to py­ta­nie nikt już mi nie od­po­wie. Zresztą, dla ofiar to nie­istot­ne, a dla zro­zu­mie­nia tego, co się wy­da­rzyło – chy­ba zbędne.

Zro­zu­mieć się nie da. Słyszy­my, że to było be­stial­skie, tak jak­by to zwierzęta w ten sposób postępowały. Czy­ta­my, że było to nie­ludz­kie, jak­by to miało wy­bie­lić dzie­je i kon­dycję ludz­kości. Mówimy, że to nie­wy­obrażalne, jak­by z góry uspra­wie­dli­wiając opór na­szej wy­obraźni. Każdy ra­tu­je się, jak może.

Jed­nak są oni. Ci, którzy wi­dzie­li. Die Ge­he­im­nisträger (no­si­cie­le ta­jem­ni­cy) – jak ich zwa­li sami es­es­ma­ni. Człon­ko­wie Son­der­kom­man­da. Oni tam byli, żyli, pełnili funkcję nie­wol­ni­czej obsługi kre­ma­to­ryj­nej. Byli w sa­mym cen­trum Zagłady. W na­zi­stow­skim założeniu nie po­win­ni byli przeżyć. Zbyt wie­le wi­dzie­li i wie­dzie­li. Jed­nak w wy­ni­ku dwóch wy­da­rzeń: he­ro­icz­ne­go bun­tu po­wstańcze­go części z nich i ge­ne­ral­ne­go nieładu w chwi­li for­mo­wa­nia marszów śmier­ci, kil­ku­dzie­sięciu człon­kom Son­der­kom­man­da udało się przeżyć Au­schwitz. Lecz – war­to po­sta­wić py­ta­nie – co zna­czy przeżyć? Gdy człowiek mie­siącami po­ma­gał nie­win­nym oso­bom roz­bie­rać się i wcho­dzić do ko­mo­ry ga­zo­wej, słuchał ostat­nich krzyków roz­pa­czy, wy­no­sił ciała, wy­ry­wał zęby, wrzu­cał do pie­ca lub do dołów spa­le­ni­sko­wych, roz­drab­niał po­zo­stałe kości... Co zna­czy wówczas: przeżyć? To przede wszyst­kim ozna­cza: żyć da­lej, żyć po­mi­mo, żyć, niosąc nie­ustan­nie to wszyst­ko w so­bie. To, cze­go w słowa nie bar­dzo da się ująć. A na­wet jeśliby się udało, to słuchający tych słów nie poj­mie wszyst­kie­go, co chce wy­ra­zić ten, który przeżył. Słuchający, czy­tający bądź piszący na­miastkę przed­mo­wy.

W 1944 roku, wraz z wie­lo­ma in­ny­mi, do Son­der­kom­man­da zo­stał wcie­lo­ny młody Shlo­mo Ve­ne­zia. Przeżył, jest, mówi. I o tym jest ta książka.

Piotr M. A. Cywiński

I jesz­cze jed­no, trochę w for­mie post­scrip­tum: dzi­siaj na świe­cie są tacy, którzy har­do twierdzą, że nic ta­kie­go się nie wy­da­rzyło. Pro­pa­gandą lub po­ezją są w ich uszach słowa Shlo­ma Ve­ne­zii, po­wo­jenną ma­kietą – ru­iny komór, źle zin­ter­pre­to­wa­nym fo­to­mon­tażem – zdjęcia uka­zujące sto­sy pa­le­ni­sko­we, fal­sy­fi­ka­ta­mi – źródła ar­chi­wal­ne. Są tacy i za­pew­ne będą.

Jeśli możliwy był tak wiel­ki mord, to – można zadać py­ta­nie – czymże jest ne­gujące go kłam­stwo? Owo kłam­stwo jest dopełnie­niem mor­du. Dopełnie­niem.

Przed­mo­wa

Shlo­mo Ve­ne­zia tra­fił do Au­schwitz-Bir­ke­nau 11 kwiet­nia 1944 roku, ja, trans­por­tem z Dran­cy, czte­ry dni później. Do 9 września 1943 roku żyliśmy – on w Gre­cji, ja w Ni­cei – pod oku­pacją włoską, w po­czu­ciu, że przy­najm­niej chwi­lo­wo nie gro­zi nam de­por­ta­cja. Jed­nak po ka­pi­tu­la­cji Włoch naziści na­tych­miast wzmo­gli ter­ror, zarówno wo­bec miesz­kańców Alp Nad­mor­skich, jak i wysp grec­kich.

Kie­dy mówię o Szo­ah, często wspo­mi­nam de­por­tację Żydów z Gre­cji i ich eks­ter­mi­nację, po­nie­waż to, co wy­da­rzyło się w tym kra­ju, do­sko­na­le ilu­stru­je za­ciekłość, z jaką naziści wpro­wa­dza­li w czyn „osta­tecz­ne roz­wiąza­nie”, tro­piąc Żydów na­wet na naj­mniej­szych, naj­bar­dziej od­da­lo­nych wy­spach ar­chi­pe­la­gu. Dla­te­go z wiel­kim za­in­te­re­so­wa­niem czy­tałam opo­wieść Shlo­ma Ve­ne­zii, Żyda, oby­wa­te­la Włoch, mówiącego nie tyl­ko po grec­ku, ale i w la­di­no, dia­lek­cie Żydów z jego ro­dzin­nych Sa­lo­nik. Po­cho­dze­nie na­zwi­ska Ve­ne­zia ma pe­wien związek z ro­kiem 1492, kie­dy to przod­ko­wie Shlo­ma zo­sta­li wy­gna­ni wraz z in­ny­mi Żyda­mi z Hisz­pa­nii. Po la­tach tułacz­ki przy­by­li przez Włochy, co w tym wy­pad­ku istot­ne, do Sa­lo­nik, „bałkańskie­go Je­ru­za­lem” – mia­sta, w którym wy­mor­do­wa­no dzie­więćdzie­siąt pro­cent lud­ności żydow­skiej.

Czy­tam wie­le re­la­cji daw­nych de­por­to­wa­nych i każda z tych hi­sto­rii ożywia we mnie wspo­mnie­nia obo­zo­we­go życia. Lecz opo­wieść Shlo­ma Ve­ne­zii jest wyjątko­wo wstrząsająca, po­nie­waż to jed­na z kil­ku za­le­d­wie zna­nych dziś pełnych re­la­cji oca­lałych członków Son­der­kom­man­da. Dzięki niej wie­my dokład­nie, jak ska­zy­wa­no lu­dzi na wypełnia­nie tego ma­ka­brycz­ne­go, naj­gor­sze­go z możli­wych za­da­nia, po­le­gającego na po­ma­ga­niu prze­zna­czo­nym na śmierć więźniom w roz­bie­ra­niu się i prze­cho­dze­niu do komór ga­zo­wych, a następnie na prze­no­sze­niu do kre­ma­to­rium zwłok – spląta­nych ze sobą, za­stygłych w po­zie bun­tu. Nie­mal wszy­scy mi­mo­wol­ni po­moc­ni­cy katów, człon­ko­wie Son­der­kom­man­da, zo­sta­li wy­mor­do­wa­ni, tak jak ci, których pro­wa­dzo­no do komór ga­zo­wych.

Siła tej re­la­cji tkwi w bez­gra­nicz­nej szcze­rości au­to­ra, który opo­wia­da o tym, co wi­dział na własne oczy, nie po­mi­jając ni­cze­go – ani naj­gor­sze­go, jak okru­cieństwo nad­zor­cy kre­ma­to­rium, ani doraźnych eg­ze­ku­cji, ani nie­prze­rwa­ne­go funk­cjo­no­wa­nia komór ga­zo­wych i pieców kre­ma­to­ryj­nych. Ve­ne­zia mówi także o tym, co być może w ja­kiejś mie­rze zmniej­szało kosz­mar sy­tu­acji, choćby o względnej łagod­ności ho­len­der­skie­go ofi­ce­ra SS czy o szczególnych wa­run­kach życia członków Son­der­kom­man­da, nie­odzow­nych sług ma­chi­ny śmier­ci, wa­run­kach jak na obóz nie­co mniej nie­ludz­kich.

Wyjątkową czy­ni tę re­lację fakt, że do­pie­ro w roz­mo­wie z Béatri­ce Pra­squ­ier Shlo­mo Ve­ne­zia odważył się opo­wie­dzieć o naj­strasz­liw­szych aspek­tach „pra­cy” w Son­der­kom­man­dzie i ujaw­nić ma­ka­brycz­ne szczegóły, które po­zwa­lają oce­nić bez­miar i po­twor­ności zbrod­ni.

Shlo­mo Ve­ne­zia w pro­stych słowach ożywia mar­twe, najczęściej otępiałe z prze­rażenia twa­rze, szkla­ne, pełne re­zy­gna­cji spoj­rze­nia – mężczyzn, ko­biet i dzie­ci, których wi­dział tyl­ko raz: pierw­szy i ostat­ni. Część nie wie­działa, co nastąpi; ci, którzy przy­by­li z get­ta, oba­wia­li się, że nie ma już dla nich ra­tun­ku; inni, wy­bra­ni spośród więźniów, mie­li pełną świa­do­mość, że cze­ka ich śmierć, lecz często uważali ją za wy­zwo­le­nie.

Cza­sa­mi bu­dziło się po­czu­cie człowie­czeństwa, ni­czym ja­sny pro­myk w bez­mia­rze po­twor­ności, w którym trze­ba było prze­trwać wbrew wszyst­kie­mu. Shlo­mo Ve­ne­zia mówi o spo­tka­niu w pro­gu ko­mo­ry ga­zo­wej ze stry­jem Le­onem Ve­ne­zią, zbyt już słabym, żeby pra­co­wać, i o próbie na­kar­mie­nia go przed śmier­cią. I o tym, jak uda­je mu się ob­da­rzyć krew­ne­go czułym pożegnal­nym ge­stem, a po­tem odmówić za nie­go ka­disz. Wspo­mi­na też o har­mo­nij­ce, na której cza­sa­mi gry­wał. Wresz­cie o ge­stach so­li­dar­ności, po­ma­gających za­cho­wać po­czu­cie god­ności ludz­kiej, które oca­liła w so­bie większość de­por­to­wa­nych.

Shlo­mo Ve­ne­zia nie sta­ra się prze­mil­czeć epi­zodów, które mogłyby wy­sta­wić go na kry­tykę, jeśliby ktoś ośmie­lił się kry­tykować au­to­ra. Należy po­dzi­wiać Ve­ne­zię za od­wagę, gdy przy­zna­je, że czuł się jak wspólnik na­zistów, gdy mówi o ego­izmie – ko­niecz­nym, by przeżyć – ale także o żądzy ze­msty w dniu wy­zwo­le­nia obozów. Stając twarzą w twarz z tymi, którzy mo­gli­by su­ge­ro­wać, że jako członek spe­cjal­ne­go ko­man­da, kar­mio­ny i ubie­ra­ny le­piej niż resz­ta więźniów, mniej niż oni wy­cier­piał, Shlo­mo Ve­ne­zia pyta: cóż zna­czy trochę więcej chle­ba, od­po­czyn­ku, ubrań, kie­dy przez całe dnie sty­ka­my się ze śmier­cią? Bo za­znał także tych „nor­mal­nych” wa­runków życia obo­zo­we­go, które opi­su­je za­dzi­wiająco pre­cy­zyj­nie i praw­dzi­wie, bez wa­ha­nia oświad­czając, że wolałby konać po­wolną śmier­cią niż pra­co­wać w kre­ma­to­rium.

Jak za­tem przeżyć w tym pie­kle, myśląc wyłącznie o chwi­li, kie­dy trze­ba będzie sa­me­mu iść na śmierć? Na to py­ta­nie każdy de­por­to­wa­ny mu­siałby od­po­wie­dzieć we własnym imie­niu. Wie­lu, jak Shlo­mo Ve­ne­zia, od­po­wia­da bez na­mysłu: „Przez dzie­sięć, dwa­dzieścia pierw­szych dni byłem w szo­ku z po­wo­du ogro­mu zbrod­ni, po­tem jed­nak człowiek prze­sta­je się za­sta­na­wiać”. Co dnia wy­da­wało mu się, że wolałby umrzeć, a jed­nak dzień po dniu wal­czył o przeżycie.

Fakt, że Shlo­mo Ve­ne­zia wciąż jest na tym świe­cie, sta­no­wi podwójne zwy­cięstwo nad pla­nem eks­ter­mi­na­cji Żydów, po­nie­waż w każdym członku Son­der­kom­man­da naziści chcie­li zabić Żyda i świad­ka, popełnić zbrod­nię i za­trzeć jej ślady. Ale Shlo­mo Ve­ne­zia przeżył i przemówił po długim mil­cze­niu, jak wie­lu in­nych de­por­to­wa­nych. Lecz jeśli on, po­dob­nie jak ja i inni, zaczął mówić tak późno, to dla­te­go, że nikt nie chciał nas słuchać. Wra­ca­liśmy ze świa­ta, do którego za­mie­rza­no nas zesłać na za­wsze, czy­niąc ba­ni­ta­mi ludz­kości. Chcie­liśmy o tym mówić, jed­nak spo­ty­ka­liśmy się z nie­do­wie­rza­niem, obojętnością, a na­wet wro­gością. Do­pie­ro wie­le lat po de­por­ta­cji zna­leźliśmy w so­bie dość od­wa­gi, by prze­rwać mil­cze­nie, bo wresz­cie zaczęto nas słuchać.

I właśnie dla­te­go ta re­la­cja i wspo­mnie­nia in­nych de­por­to­wa­nych po­win­ny być przyjęte jako we­zwa­nie do re­flek­sji oraz czuj­ności. Shlo­mo Ve­ne­zia nie tyl­ko prze­ka­zu­je nam in­for­ma­cje o Son­der­kom­man­dzie, ale także przy­po­mi­na, co zna­czy ten naj­strasz­liw­szy hor­ror, „zbrod­nia prze­ciw­ko ludz­kości” – Szo­ah. Głos Shlo­ma Ve­ne­zii, po­dob­nie jak głosy wszyst­kich de­por­to­wa­nych, pew­ne­go dnia za­milk­nie na za­wsze. Po­zo­sta­nie jed­nak za­pis jego roz­mo­wy z Béatri­ce Pra­squ­ier, roz­mo­wy jed­ne­go z ostat­nich na­ocz­nych świadków zbrod­ni z przed­sta­wi­cielką in­ne­go po­ko­le­nia, młodą ko­bietą, która po­tra­fiła go wysłuchać, po­nie­waż sama od lat poświęcała dużo cza­su wal­ce z za­po­mnie­niem. Należą jej się wiel­kie po­dzięko­wa­nia, szczególnie gorące zaś za to, że zna­lazła w so­bie dość od­wa­gi, żeby to­wa­rzy­szyć Shlo­mowi Ve­ne­zii w tym wstrząsającym po­wro­cie do przeszłości.

Odtąd właśnie do młode­go po­ko­le­nia należy tro­ska o to, by nie za­po­mnieć i żeby głos Shlo­ma Ve­ne­zii na za­wsze po­zo­stał słyszal­ny.

Si­mo­ne VeilPrze­wod­nicząca Fun­da­cji Pamięci Szo­ah

Tytułem prze­stro­gi

Rela­cja ta wyłoniła się ze spo­tkań, które odbyłam ze Shlo­mem Ve­ne­zią w Rzy­mie między 13 kwiet­nia a 21 maja 2006 roku. Wspo­ma­gał mnie w tych spo­tkaniach hi­sto­ryk Mar­cel­lo Pez­zet­ti. Roz­mo­wy, pro­wa­dzo­ne po włosku, zo­stały spi­sa­ne i przetłuma­czo­ne tak, aby za­pew­nić im jak naj­większą wier­ność, a następnie przej­rza­ne przez sa­me­go Shlo­ma Ve­ne­zię, który za­dbał o au­ten­tyzm opo­wieści.

Shlo­mo Ve­ne­zia zna­lazł się w ser­cu ma­chi­ny miażdżącej ludz­kie życie i należy do nie­licz­nych oca­lałych, którzy mogą wy­do­być z mo­rza za­po­mnie­nia twa­rze in­nych ofiar, bo jemu tyl­ko przy­pa­dek po­zwo­lił przeżyć.

Jego re­la­cja to więcej niż świa­dec­two pamięci; to do­ku­ment hi­sto­rycz­ny, rzu­cający światło na naj­mrocz­niej­sze kar­ty na­szej hi­sto­rii.

Béatri­ce Pra­squ­ier

Roz­dział IŻycie w Gre­cji przed de­por­tacją

Nazy­wam się Shlo­mo Ve­ne­zia. Uro­dziłem się w Sa­lo­ni­kach, w Gre­cji, 29 grud­nia 1923 roku. Moi przod­ko­wie mu­sie­li opuścić Hisz­pa­nię, kie­dy wypędza­no stamtąd Żydów. Za­nim jed­nak osie­dli w Gre­cji, miesz­ka­li przez pe­wien czas we Włoszech. Dla­te­go nazy­wam się Ve­ne­zia. Żydzi przy­by­wający w tam­tej epo­ce z Hisz­pa­nii nie mie­li na­zwisk ro­do­wych. Na­zy­wa­li się na przykład Iza­ak, syn Sa­lo­mo­na. Gdy zamiesz­ka­li we Włoszech, przyjęli na­zwiska od miast, w których osie­dli. Dla­te­go tak wie­le żydow­skich ro­dzin nosi na­zwiska utwo­rzo­ne od nazw miej­sco­wości. Nam po­zwo­liło to za­cho­wać włoskie oby­wa­tel­stwo.

Moi ro­dzi­ce mie­li pięcio­ro dzie­ci – dwóch synów i trzy córki. Naj­star­szy brat, Mau­ri­ce, był ode mnie star­szy o dwa i pół roku, sio­stra Ra­che­la o czter­naście mie­sięcy. Dwie najmłod­sze sio­stry to Ma­ri­ca, uro­dzo­na w 1930 roku, i Mar­ta, która przyszła na świat w roku 1933. Przez pierw­sze lata moja ro­dzi­na miesz­kała w małym dom­ku. Nie był dość prze­stron­ny, ale lep­szy od drew­nia­nych ba­raków, w ja­kich tłoczyła się żydow­ska bie­do­ta z Sa­lo­nik. W miarę jak ro­dzi­na się powiększała, dom sta­wał się co­raz ciaśniej­szy. Miałem chy­ba pięć lat, kie­dy go sprze­da­liśmy, żeby obok, na zie­mi należącej do dziad­ka, wy­bu­do­wać większy, dwu­piętro­wy. Oj­ciec był człowie­kiem trochę ego­cen­trycz­nym, więc na dro­dze wiodącej do drzwi kazał ułożyć z czer­wo­nej cegły na­pis ze swo­im imie­niem. Dru­gie piętro wy­naj­mo­wały od nas grec­kie ro­dzi­ny. Pie­niądze z naj­mu ułatwiały ojcu opłaca­nie po­datków. Nie­ste­ty, po jego śmier­ci, a zmarł młodo, wszyst­ko się zmie­niło. Był chy­ba rok 1934 albo 1935, gdy oj­ciec osie­ro­cił pięcio­ro dzie­ci.

Był pan wte­dy chłopcem. Jak przeżył pan jego śmierć?

Miałem je­de­naście lat i byłem właśnie w szko­le, kie­dy przyszła ku­zyn­ka ojca, żeby za­brać mnie do nie­go do szpi­ta­la. Ope­ro­wa­no go z po­wo­du cho­ro­by wątro­by, ale nic już nie dało się zro­bić. Zresztą nie zdążyłem się na­wet z nim zo­ba­czyć, zmarł przed moim przyjściem. W jed­nej chwi­li zo­sta­liśmy nie­mal sami, bez środków do życia. Oj­ciec pro­wa­dził mały zakład fry­zjer­ski, który założył dzia­dek. Oczy­wiście, nie mogłem zastąpić ojca, gdy umarł, po­nie­waż byłem jesz­cze za młody. In­te­res przejął jego po­moc­nik w za­mian za obiet­nicę prze­ka­zy­wa­nia mat­ce małej części ty­go­dnio­we­go za­rob­ku. To jed­nak nie wy­star­czało, żeby wy­kar­mić pięcio­ro dzie­ci. Tyl­ko dzięki po­mo­cy czte­rech bra­ci mat­ki mie­liśmy co­dzien­nie skrom­ne je­dze­nie. Cho­dziłem do nich w każdy czwar­tek, a oni da­wa­li nam wo­rek wa­rzyw, na przykład bakłażany i ce­bulę – część upraw, którą odkłada­li dla sio­stry. Ta po­moc była ko­niecz­na, ale też niewy­star­czająca, i to tak da­le­ce, że wkrótce po śmier­ci ojca mu­siałem prze­rwać naukę, zna­leźć pracę i wspie­rać ro­dzinę fi­nan­so­wo. A prze­cież miałem za­le­d­wie dwa­naście lat.

A co robił pański star­szy brat?

Kon­su­lat włoski wysłał go do Me­dio­la­nu na stu­dia. Nasz oj­ciec, jako uczest­nik pierw­szej woj­ny świa­to­wej i oby­wa­tel Włoch, cie­szył się pew­ny­mi przy­wi­le­ja­mi. A my dzięki temu mie­liśmy jedną gębę mniej do wy­kar­mie­nia. W roku 1938, kie­dy we Włoszech ogłoszo­no usta­wy ra­si­stow­skie, bra­ta re­le­go­wa­no z In­sty­tu­tu Tech­ni­ki Mar­chio­nie­go w Me­dio­la­nie i odesłano do Gre­cji. On również nie ukończył stu­diów.

Tych lat, gdy reżim fa­szy­stow­ski odsłonił praw­dzi­we ob­li­cze, mój oj­ciec nie do­cze­kał. Czuł się tak dum­ny z tego, że choć miesz­ka w Gre­cji, jest jed­nak Włochem, iż bez wa­ha­nia przy nada­rzających się oka­zjach ru­szał w czar­nej ko­szu­li na de­fi­la­dy. Uważał Mus­so­li­nie­go za so­cja­listę i nie ro­zu­miał praw­dzi­wej na­tu­ry fa­szy­zmu. Byliśmy zbyt da­le­ko, by do­strzec, do cze­go pro­wa­dzi ten sys­tem. Jako kom­ba­tant oj­ciec cho­dził na wszyst­kie ma­ni­fe­sta­cje i pa­ra­dy or­ga­ni­zo­wa­ne przez Włochów. To była jego je­dy­na roz­ryw­ka. Dawała mu po­czu­cie, że jest sza­no­wa­ny w żydow­skiej społecz­ności Sa­lo­nik. Tyl­ko nie­licz­ni spośród Żydów przy­byłych z Ita­lii za­cho­wa­li włoskie oby­wa­tel­stwo. I większość z nich postępowała tak jak oj­ciec, rze­czy­wi­stość ob­ser­wując z da­le­ka, bez głębsze­go zro­zu­mie­nia sy­tu­acji w od­ległej oj­czyźnie.

Czy w Sa­lo­ni­kach wy­czu­wał pan różnice między Żyda­mi włoski­mi a grec­ki­mi?

Na sześćdzie­siąt pięć tysięcy Żydów w mieście było może około trzy­stu po­cho­dze­nia włoskie­go. Ale tyl­ko ci nie­licz­ni mo­gli posyłać dzie­ci do włoskiej szkoły. To dawało nam pewną prze­wagę nad po­zo­stałymi dziećmi, uczęszczającymi w większości do szkół żydow­skich, bo wszyst­ko mie­liśmy za dar­mo – do­sta­wa­liśmy podręczni­ki, je­dliśmy posiłki w stołówce, da­wa­no nam tran... No­si­liśmy bar­dzo ładne mun­dur­ki, chłopcy z sa­mo­lo­ta­mi, a dziew­czyn­ki z jaskółkami.

W tam­tych cza­sach fa­szyści sta­ra­li się po­ka­zać, jak do­stat­nio żyje się we Włoszech. To była pro­pa­gan­da na użytek in­nych państw, ale nam przy­no­siła ko­rzyści. Na przykład w szko­le or­ga­ni­zo­wa­no „so­bo­ty fa­szystowskie”, w których mu­sie­li brać udział wszy­scy ucznio­wie. Byłem dum­ny, chodząc na de­fi­la­dy, czułem, że się odróżniam od in­nych, i to mi się po­do­bało. Dwa razy wy­je­chałem na­wet na obóz let­ni do Włoch z Ba­lillą2, a w tam­tych cza­sach prak­tycz­nie nikt nie podróżował. Mie­liśmy także inne przy­wi­le­je, po­nie­waż am­ba­sa­da włoska bar­dzo nam po­ma­gała. Na przykład w wy­bra­ne święta kon­su­lat roz­da­wał buty i książki nie­za­możnym Włochom. Dla nas te dro­bia­zgi tak wie­le zna­czyły! Muszę dodać, że społecz­ność żydow­ska w Sa­lo­ni­kach dzie­liła się na trzy ka­te­go­rie – nie­liczną grupkę bar­dzo bo­ga­tych, nie­co licz­niejszą, która jakoś so­bie ra­dziła, i całą resztę, czy­li ogromną większość lu­dzi, którzy wy­cho­dzi­li rano do pra­cy, nie wiedząc, czy przez cały dzień zdołają za­ro­bić dość, żeby na­kar­mić ro­dzinę. Trud­no mi się do tego przy­znać, ale w domu nie mogłem po­wie­dzieć: „Je­stem głodny. Idę coś zjeść”, po­nie­waż bra­ko­wało nam dosłownie wszyst­kie­go. Było zupełnie in­a­czej niż te­raz, kie­dy dzie­ci trze­ba zmu­szać, żeby zjadły nałożoną im porcję. Wte­dy wszyst­kie­go było mało, każdy mu­siał jakoś so­bie pora­dzić, zdo­być coś do je­dze­nia. Pamiętam, że mie­liśmy sąsiadów, którzy byli jesz­cze bied­niej­si od nas. Mat­ka za­wsze sta­rała się im pomóc, choć sami byliśmy w po­trze­bie. To świad­czy o ogro­mie nędzy, jaka nas ota­czała. Wszyst­ko to kształtowało mój cha­rak­ter. Je­stem prze­ko­na­ny, że sta­le od­czu­wa­ny nie­do­sta­tek czy­ni człowie­ka sil­niej­szym.

Jak wyglądało życie Żydów w Sa­lo­ni­kach?

W mieście było pięć czy sześć dziel­nic żydow­skich, jed­na bied­niej­sza od dru­giej. Nie miały nazw, a ra­czej – na­zy­wa­no je nu­me­rem tram­wa­ju, który dojeżdżał do da­nej dziel­nicy. Tyl­ko ta główna na­zy­wała się Ba­ron Hirsch na cześć bo­ga­te­go dar­czyńcy, który wspie­rał gminę żydowską w Sa­lo­ni­kach. Przeszło dzie­więćdzie­siąt pro­cent miesz­kańców tej dziel­nicy sta­no­wi­li Żydzi. My miesz­kaliśmy tuż poza jej obrębem, jed­nak żyłem nie­mal wyłącznie wśród Żydów. Je­dliśmy ko­szer­ne po­tra­wy nie dla­te­go, że moja ro­dzi­na była pobożna i prze­strze­gała wszyst­kich na­kazów re­li­gij­nych, ale z zupełnie ba­nal­nej przy­czy­ny – w oko­li­cy były tyl­ko ko­szer­ne skle­py. Do­ty­czyło to szczególnie mięsa, które ku­po­wa­liśmy bar­dzo rzad­ko, kie­dy było nas na nie stać. Ja­da­liśmy je w piątki, do fa­sol­ki, tak wyglądało „wy­staw­ne” da­nie ubo­gich. Ten, kto nie chciał ko­szer­nego je­dze­nia, mu­siał poświęcić spo­ro cza­su na za­ku­py dość da­le­ko od domu. Na­to­miast w szko­le po­da­wa­no nam nieko­szer­ne da­nia, ale dla mnie to nie sta­no­wiło pro­ble­mu. Naj­ważniej­sze było, żeby się najeść i nie umrzeć z głodu.

Wokół nas było wie­lu bar­dzo re­li­gij­nych Żydów, ale praw­do­po­dob­nie nie prze­strze­ga­li za­sad wia­ry w ta­kim stop­niu jak Żydzi w pol­skich mia­stecz­kach, gdzie wszy­scy byli pobożni. Kie­dy przy­szedł czas mo­jej bar mi­cwy, nie umiałem czy­tać po he­braj­sku, więc na­uczyłem się całego tek­stu na pamięć. Oj­ciec już nie żył i do sy­na­go­gi za­pro­wa­dził mnie dzia­dek. Odtąd, gdy no­co­wałem u nie­go, bu­dził mnie o świ­cie, żebym odmówił z nim po­ranną mo­dlitwę. Jak każdy trzy­na­sto­la­tek lubiłem spo­koj­nie się wy­spać, więc mrucząc pod no­sem, prze­wra­całem się na bok, żeby uniknąć wsta­wa­nia.

Jak układały się re­la­cje między Żyda­mi i nie-Żyda­mi?

Bez większych pro­blemów. Cho­ciaż mo­imi przy­ja­ciółmi byli głównie Żydzi, miałem także ko­legów chrześci­jan. Cza­sa­mi do­cho­dziło do bójek, kie­dy pew­ne grup­ki młodzieży za­pusz­czały się do dziel­ni­cy żydow­skiej, żeby nas pro­wo­ko­wać i awan­tu­ro­wać się. Ale były to głównie sprzecz­ki między dzie­ciar­nią. Nie wiem, czy można tu mówić o an­ty­se­mi­ty­zmie. Przy­po­mi­nam so­bie pe­wien in­cy­dent, który mógł się dla mnie źle skończyć. Miałem wte­dy dwa­naście czy trzy­naście lat. Często w so­bo­ty, z ko­legami albo sam, cho­dziłem do in­nych dziel­nic, żeby spo­ty­kać się z dziewczętami. Tam­tej­si chłopcy byli za­zdrośni i próbo­wa­li nas przepędzić ze swo­je­go te­ry­to­rium. Kie­dyś, z czte­re­ma, może pięcio­ma ko­legami, na­tknęliśmy się na całą bandę chłopaków z in­nej dziel­ni­cy. Moi kum­ple ucie­kli, ale ja, nieświa­do­my za­grożenia, szedłem da­lej. Kie­dy się zo­rien­to­wałem, jak rozwście­cze­ni byli tam­ci, zacząłem kuleć. Mi­jając mnie, rzu­ci­li: „Zo­sta­wi­my cię w spo­ko­ju, bo uty­kasz, ale gdy­by nie to...”. Prze­szedłem tak jesz­cze parę kroków, a po­tem uciekłem, ile sił w no­gach. Wszyst­kie dzie­cia­ki robią ta­kie rze­czy.

Za­tem nie od­czu­wał pan większej wro­gości wo­bec Żydów...

Je­dy­nym okre­sem, kie­dy pa­no­wało nie­miłe napięcie, była pra­wosławna Wiel­ka­noc. W niektórych ki­nach wyświe­tla­no wte­dy krótkie fil­my, które pod­sy­cały an­ty­se­mi­tyzm, bo opo­wia­dały o mor­do­wa­niu chrześcijańskich dzie­ci i wy­ko­rzy­sty­wa­niu ich krwi do pie­cze­nia macy. To był naj­trud­niej­szy czas, nie przy­po­mi­nam so­bie jed­nak, by kie­dykolwiek doszło do prze­mo­cy. Trud­ności po­ja­wiły się, kie­dy zmie­nił się rząd i do władzy do­szli fa­szyści3. Odtąd Żydzi mie­li więcej kłopotów. Na­wet kie­dy to inni chłopcy wsz­czy­na­li bójkę, winę zrzu­ca­no za­wsze na Żydów. Poza tym jed­nak żyliśmy tak da­le­ko od wy­da­rzeń na świe­cie, że tyl­ko nie­licz­ni wie­dzie­li, co w tych la­tach działo się w Niem­czech. Zresztą aż do końca nikt so­bie tego nie wy­obrażał. Proszę zro­zu­mieć, nie mie­liśmy te­le­fonów, a ra­dia były tyl­ko w dwóch taksówkach. Je­den z taksówka­rzy był Żydem i kie­dy mi­ja­liśmy jego sa­mochód, słysze­liśmy, że ktoś dziw­nie mówi. To było ra­dio. In­try­go­wało nas, chcie­liśmy wie­dzieć, jak działa. Jed­nak przy­najm­niej ja byłem za młody, żeby in­te­re­so­wać się tym, co mówio­no.

Jako dwu­na­sto­let­ni chłopiec mu­siał pan zacząć sam so­bie ra­dzić i zre­zy­gno­wać ze szkoły, żeby pra­co­wać...

Tak. Nie miałem już wspar­cia z zewnątrz, nikt nie zachęcał mnie do na­uki ani mi w niej nie po­ma­gał. Mat­ka, mimo że uro­dziła się w Gre­cji, na­wet nie mówiła po grec­ku, po­nie­waż jej ro­dzi­ce, jak wie­lu Żydów, nie chcie­li, żeby ich córki spo­ty­kały się z nie-Żyda­mi. W moim domu mówiło się w la­di­no, żydow­sko-hisz­pańskim dia­lek­cie, ale z ko­le­ga­mi, na uli­cy, za­wsze roz­ma­wiałem po grec­ku. Znałem język do­sko­na­le, nie miałem na­wet ak­cen­tu ani in­to­na­cji ty­po­wej dla Żydów z Sa­lo­nik. Wszyst­kie­go na­uczyłem się po pro­stu na uli­cy. Nie cho­dziłem do szkoły żydow­skiej, tyl­ko tych kil­ka lat do włoskiej. Nie miałem już ojca, który prze­ka­załby mi życiową mądrość, a mat­ka ogra­ni­czała się do prak­tycz­nych rad. W ubo­gich ro­dzi­nach trosz­czo­no się nie o edu­kację dzie­ci, ale o to, żeby je wy­kar­mić. I tak rośliśmy.

Jako dwu­na­sto­la­tek imałem się różnych do­ryw­czych zajęć. Brałem wszyst­ko, co się tra­fiało, byle przy­nieść do domu trochę pie­niędzy i pomóc mat­ce. Przez kil­ka mie­sięcy pra­co­wałem na przykład w nie­dużej wytwórni lu­ster. Byłem jesz­cze mały, ale po­sta­wio­no mnie przy pra­sie. Mo­co­wałem lu­stra w ra­mach. Po­tem pra­co­wałem w fa­bry­ce ojca mo­je­go przy­ja­cie­la, Włocha i ka­to­li­ka. Pro­du­ko­wał ter­mo­sy­fo­ny. Udało mi się też za­trud­nić w fa­bry­ce łóżek, nie­da­le­ko domu. Wy­ko­ny­wałem drob­ne pra­ce, coś przy­no­siłem, po coś mnie wysyłano..., nic wiel­kie­go, ale dla mo­jej mat­ki te pie­niądze były ważne.

Brat był wciąż we Włoszech, a ani mat­ka, ani sio­stry nie pra­co­wały. Mat­ka bar­dzo młodo wyszła za mąż, a od życia nie do­stała nic, oprócz nas, dzie­ci. Bez resz­ty poświęciła się ro­dzi­nie i robiła dla nas, co mogła. Pamiętam, że kie­dy jesz­cze byliśmy mali, jej je­dyną roz­rywką było wyjście z domu w nie­dziel­ny wieczór. Ro­dzi­ce za­bie­ra­li nas w ta­kie miej­sca, gdzie sprze­da­wa­no piwo i sery. Sia­da­li przy sto­li­ku, za­ma­wia­li piwo, a kel­ner po­da­wał im do nie­go trochę sera. Nie da­wa­liśmy im spo­ko­ju, wciąż do­ma­ga­liśmy się „kawałecz­ka”. W końcu mat­ka zo­sta­wała z pu­stym ta­le­rzem. Za­cho­wałem to wspo­mnie­nie, cho­ciaż mnie za­smu­ca. Tak często za­sta­na­wiałem się, co mógłbym zro­bić, żeby ulżyć mat­ce. Bar­dzo ją ko­chałem i wiem, że ona także da­rzyła mnie szczególną czułością. Na­zy­wała się Do­udo­un An­gel Ve­ne­zia. Bez resz­ty się nam poświęcała. W miarę możliwości sta­rałem się jej pomóc, a pragnąłbym zro­bić o wie­le więcej.

Ale byłem jesz­cze młody, chciałem cie­szyć się życiem. Sta­rałem się na przykład odłożyć trochę pie­niędzy, żeby wypożyczać ro­wer. Uwiel­białem jazdę. W końcu w pe­wien sposób roz­wiązałem pro­blem. Po­nie­waż nie było mnie stać na kup­no ro­weru, zro­biłem so­bie hu­laj­nogę. Użyłem do tego dwóch kawałków drew­na, z których krótszy pełnił funkcję kie­row­ni­cy, i dwóch zna­le­zio­nych kółek. Wymyśliłem też me­cha­nizm, który po­zwa­lał po­ru­szać kie­row­nicą. To mi się udało, jed­nak żeby jeździć, mu­siałem naj­pierw przejść trzy­sta metrów do lep­szej dro­gi. Z tą hu­laj­nogą wiąże się pierw­sze wiel­kie roz­cza­ro­wa­nie mo­je­go dzie­ciństwa. W dniu, kie­dy chciałem ją wypróbować, byłem szczęśliwy i pełen dumy. Niosłem hu­laj­nogę na ra­mie­niu. W pew­nym mo­men­cie mijałem stojący wóz. Dro­ga była błotni­sta, koń nie mógł uciągnąć wozu. Na mój wi­dok woźnica bez py­ta­nia wy­rwał mi hu­laj­nogę i zaczął nią moc­no okładać ko­nia, który tak się wy­stra­szył, że wyciągnął wóz z błota. Ale moja hu­laj­noga wylądowała na zie­mi, połama­na na kawałki. Mogłem już tyl­ko wy­buchnąć płaczem. Za­brał mi ją, po­psuł. Koń wy­do­stał się z błota, a ja tam zo­stałem bez ni­cze­go. Nie tak trud­no wy­obra­zić so­bie roz­pacz dziec­ka, które włożyło ogrom­nie dużo wysiłku w zro­bienie za­baw­ki, na mar­ne. To była praw­dzi­wa lek­cja życia.

Czy zaszły ja­kieś zmia­ny, kie­dy pański brat wrócił z Włoch?

Wrócił w 1939 roku, po wpro­wa­dze­niu ustaw, które za­my­kały przed Żyda­mi drzwi włoskich szkół. W domu nie­wie­le się zmie­niło. Miałem do nie­go żal, bo za­miast myśleć o ro­dzi­nie, sku­piał się wyłącznie na so­bie i sta­le szu­kał roz­ryw­ki...

Myślę, że miał do mat­ki pre­tensję, że wysłała go tak da­le­ko. Nie byliśmy so­bie bli­scy – on miał swo­ich ko­legów, ja swo­ich. Wo­bec sio­stry, cho­ciaż była ode mnie star­sza, to ja od­gry­wałem rolę star­sze­go bra­ta i opie­ku­na. Pamiętam, że pew­ne­go dnia po­darłem bluzkę, którą sama so­bie uszyła, bo uznałem, że jest za moc­no wy­de­kol­to­wa­na...

Na ho­ry­zon­cie po­ja­wiały się ozna­ki nad­chodzącej woj­ny. Jak re­ago­wało na nie pana oto­cze­nie i jak jej wy­buch wpłynął w pierw­szym okre­sie na wa­sze życie?

Nie do końca zda­wa­no so­bie sprawę z sy­tu­acji. Star­szy­zna gmi­ny zbie­rała się, by o tym mówić. Byli za­nie­po­ko­je­ni, szu­ka­li w To­rze wskazówek do in­ter­pre­ta­cji wy­da­rzeń. Ale dla nas to wszyst­ko było ta­kie od­ległe. Słysze­liśmy to i owo o Niem­czech. Wie­działem tyl­ko tyle, że nie­miec­ki reżim miał coś prze­ciw­ko Żydom. Byliśmy głodni, zaprzątały nas tro­ski dnia co­dzien­ne­go, nie mie­liśmy cza­su za­sta­na­wiać się nad przyszłością. Dla­te­go po­tem Niem­cy bez żad­nych kłopotów de­por­to­wa­li Żydów z Gre­cji. Łatwo prze­ko­na­li lu­dzi, że dadzą im miesz­ka­nia na miarę po­trzeb każdej ro­dzi­ny, że mężczyźni pójdą do pra­cy, a ko­bie­ty zo­staną w do­mach. Byliśmy na­iw­ni i nie mie­liśmy pojęcia o tym, co się działo na świe­cie, nie rozumie­liśmy po­li­ty­ki. Poza tym wy­da­je mi się, że lu­dzie uważali Niemców za dokład­nych i uczci­wych. Kie­dy ku­po­wało się coś „made in Ger­ma­ny”, była to rzecz do­brej jakości. Lu­dzie uwie­rzy­li w obiet­ni­ce. Nie mie­li co jeść, a mówio­no im o miesz­ka­niu w za­mian za pracę. To wyglądało nie naj­go­rzej...

Dla nas woj­na zaczęła się właści­wie po in­wa­zji Włoch na Al­ba­nię, w paździer­ni­ku 1940 roku4. Włosi zbom­bar­do­wa­li wte­dy Sa­lo­ni­ki, jesz­cze przed wkro­cze­niem do Gre­cji. Wy­bu­chały pożary, lu­dzie byli prze­rażeni. Kie­dy Włochy wy­po­wie­działy wojnę, grec­ka po­li­cja na­tych­miast wszczęła aresz­to­wa­nia mężczyzn na­ro­do­wości włoskiej. Byłem jesz­cze nie­pełno­let­ni, więc mnie zo­sta­wi­li, ale za­bra­li Mau­ri­ce’a, mo­je­go bra­ta. Zna­jo­my po­li­cjant po­wie­dział mi, że mogę zo­stać w domu, ale le­piej, żebym się miał na bacz­ności i nie nosił w kie­sze­niach przed­miotów wzbu­dzających po­dej­rze­nia. W pierw­szej chwi­li nie zro­zu­miałem, co ma na myśli, a cho­dziło o to, że gdy­by zna­le­zio­no u mnie na przykład lu­ster­ko, mógłbym zo­stać oskarżony o da­wa­nie znaków pi­lo­tom sa­mo­lotów.

Za­bra­li mo­je­go bra­ta, ale oczy­wiście nie tyl­ko jego. Za­bra­li wszyst­kich Włochów, Żydów i nie-Żydów i za­mknęli ich w dużej ka­mie­ni­cy w cen­trum mia­sta. To nie było więzie­nie, ale nie po­zwa­la­no im stamtąd wy­cho­dzić. Pro­blem po­le­gał na tym, że właśnie ten ob­szar zbom­bar­do­wa­li Włosi. Na szczęście nikt nie zginął. Po­tem prze­nie­sio­no in­ter­no­wa­nych pod Ate­ny. Wy­zwo­liły ich woj­ska włoskie. Ku­zyn Da­rio Gab­bai, który był wśród za­trzy­ma­nych, po­dob­nie jak jego oj­ciec i brat, opo­wia­dał mi, że pe­wien bo­ga­ty Żyd chciał zapłacić, żeby włoskim Żydom po­zwo­lo­no zo­stać w strzeżonym ho­te­lu. Tam przy­najm­niej mo­gli jeść le­piej niż w domu.

Ja tym­cza­sem co­dzien­nie wcho­dziłem na dach domu, w którym sta­cjo­no­wa­li grec­cy żołnie­rze. Wie­działem, że za­wsze o tej sa­mej po­rze przy­jeżdża do nich ciężarówka z żywnością. Po­lu­bi­li mnie, a po­nie­waż nie po­dej­rze­wa­li, że je­stem Włochem, da­wa­li mi je­dze­nie. Nic nie robiłem, ale przy­najm­niej mogłem się najeść. Trwało to przez trzy mie­siące – Włosi na­pie­ra­li, po­tem ar­mia grec­ka zdołała zmu­sić ich do wy­co­fa­nia się, zajęła Sa­lo­ni­ki i sama mu­siała się zno­wu wy­co­fać5. W końcu do Gre­cji wkro­czy­li od północy Niem­cy, żeby wes­przeć Włochów. Na na­sze nieszczęście Sa­lo­ni­ki, naj­większe mia­sto północ­nej Gre­cji, na­tych­miast zna­lazły się pod oku­pacją nie­miecką. Gdy­by Włosi bom­bar­do­wa­li mo­sty i obiek­ty stra­te­gicz­ne, a nie mia­sto, z łatwością do­ko­na­li­by pod­bo­ju Gre­cji, bo kraj ten nie miał sil­nej ar­mii. Jed­nak to Niem­cy zajęli Grecję, w do­dat­ku bez większych kłopotów.

Kie­dy woj­ska nie­miec­kie wkro­czyły do