Solo - Anna Dan - ebook

Solo ebook

Anna Dan

4,3

Opis

Historia młodej dziewczyny, informatyczki, która wraz z dwójką kolegów rozkręca wspólny biznes. Nie zapomina przy tym o swojej pasji, tym bardziej, że sztuki walki pozwalają jej ułożyć się ze sobą w życiu, którego brutalne oblicze zobaczyła przed paroma laty. I musi sobie z tym poradzić. Na uwagę zasługuje świetny portret psychologiczny pary głównych bohaterów, charakterystyczne postaci drugoplanowe, logiczna konstrukcja i
stopniowo odsłaniane elementy wydarzeń, które na końcu dają czytelnikowi spójny obraz.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 338

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
MedCarolina02

Całkiem niezła

Nie rozumiem szczerze ty wszystkich pozytywnych recenzji. Przeczytałam, poszło całkiem szybko, ale czuję się niezmiernie zawiedziona. Wszystko było wyidealizowane jak w perfekcyjnej bajce. Mimo ciekawie poprowadzonych dialogów i niektórych postaci (Gnom i pani Hanna jedyni warci uwagi) to fabuła była po prostu taka nijaka i mdła. Czułam się niekiedy jakbym czytała po prostu dość infantylną książkę napisaną przez nastolatkę. Nie polecam, nie warto tracić na nią czasu.
00

Popularność




Redakcja: Karolina Wąsowska

Korekta: Aneta Szeliga, Dorota Piekarska

Skład i łamanie: Robert Majcher

Copyright © Anna Dan, Warszawa 2021

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie wykorzystane na okładce: © Sergey Peterman/123rf

Zdjęcie autorki pochodzi z jej archiwum prywatnego.

Copyright for the Polish edition © 2021 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

Wyrażamy zgodę na wykorzystanie okładki w Internecie.

ISBN 978-83-7686-952-0

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2021

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2021

Chłopakom –

PROLOG

Jeśli charakter pisma świadczy o charakterze człowieka, to Bruce Lee był tego najlepszym przykładem. Miał wprawne, wytrenowane pismo, a jego uporządkowany notatnik odzwierciedlał porządek, jaki panował w jego głowie, duszy i ciele. Choć jego myśli są stare jak świat, to w moim odczuciu brzmiały wyjątkowo świeżo i aktualnie. Tak jakby Bruce Lee Foundation opublikowała skany jego notesu specjalnie dla mnie, żebym mogła je sobie wydrukować i powiesić nad łóżkiem. Nikt nie może cię skrzywdzić, dopóki mu sam na to nie pozwolisz. Wewnętrznie, psychicznie bądź nikim. Bądź jak woda.

Dla kogoś, kto przeżył kiedyś nieprzyjemną przygodę związaną z wodą, może to brzmieć ironicznie. Tamto zdarzenie sprzed czterech lat trochę nadwątliło moje poczucie bezpieczeństwa i naruszyło dziecięcą wiarę w to, że świat jest dobrym i przyjaznym miejscem. Ale i tak nigdy nie narzekałam na swoje życie. Jak tu narzekać, gdy obok mnie siedzą przy komputerach moi dwaj najwierniejsi przyjaciele płci męskiej i wiem, że choćbym im nieźle zalazła za skórę, to zawsze zachowają się z klasą.

Poprawka. Jeden z nich porykuje właśnie jak neandertalczyk i wali rękami w blat biurka niczym ranny orangutan, więc może troszkę trudno byłoby go w tej chwili uznać za faceta z klasą. Ponieważ znamy się nie od dzisiaj, wiem, że w wolnym tłumaczeniu na język homo sapiens jego ryki oznaczają: „Ojej, coś nie bangla w moim programie, muszę przejrzeć kod od samego początku”.

Chwilę później cichepingzwiastuje nadejście wiadomości na Messengerze. Rzucam okiem na ekran i widzę emotkę o tępej twarzy człowieka pierwotnego z wyraźnie zarysowanym grubym wałem nad oczodołami. Mój drugi wierny kumpel od pewnego czasu tworzy swoją własną, unikalną kolekcję emoji, podle żerując na emocjach swoich przyjaciół. Trzeba przyznać, że wystarcza mu kilka sprawnych ruchów piórka na tablecie, żeby je oddać z porażającą wprost precyzją. Emotka o twarzy neandertalczyka ma zapewne znaczyć: „jesteś podgatunkiem człowieka myślącego”, i nie mam żadnych wątpliwości, kto dosłownie przed chwilą stał się inspiracją do jej powstania. Lepiej się ewakuuję, zanim rozpęta się tu piekło.

No dobrze, nie będę ukrywać, że moi dwaj przyjaciele od zawsze sobie dokuczają. Chyba nie ma na świecie dwóch bardziej różnych od siebie facetów, którzy dobrowolnie spędzaliby ze sobą trzy czwarte doby, siedem dni w tygodniu. I nie zamierzam też ściemniać, że mnie ich złośliwości omijają, ale ogólnie stanowimy naprawdę zgrany zespół, a przede wszystkim szanujemy się nawzajem. Choć nie wykluczam, że ktoś postronny i niewtajemniczony mógłby mieć czasami co do tego poważne wątpliwości.

A jeśli mowa o tamtym ponurym wydarzeniu nad wodą, to muszę przyznać, że miało swoją dobrą stronę. Dzięki niemu zabrałam się ostro za siebie i teraz jestem tym, kim jestem.

A nie bezradną dziewczynką.

* * *

Uwielbiam anegdoty o dawnych mistrzach, które opowiada mi trener, gdy widzi, że nie daję rady, albo wtedy, gdy trzeba mi utrzeć nosa. Swoimi opowieściami potrafi zdziałać cuda: inspiruje, motywuje, uczy pokory i cierpliwości lub po prostu pociesza, gdy liżę rany po nieudanym treningu.

Pamiętam opowieść o zarozumiałym uczniu, który przyszedł do mistrza po naukę, a ten poczęstował go herbatą. Tak długo lał parujący napar do czarki, aż się przepełniła i herbata rozlała się po podłodze. „Co robisz, mistrzu?” – zapytał uczeń. „Sprawdzam, czy do przepełnionej czarki da się jeszcze coś nalać” – odparł mistrz, a uczeń odszedł jak niepyszny. Ta historia chodzi za mną dzień w dzień i przypomina, że choćbym nie wiem, ile umiała, zawsze mogę nauczyć się więcej.

Lubię uroczą anegdotę o mistrzu Yang Luchanie, który uwięził jaskółkę na otwartej dłoni. Choć jej nie trzymał, jaskółka nie mogła odlecieć. Ale chyba najbardziej zawsze pociągała mnie opowieść o jednocalowym ciosie mistrza Lee. Przez długie lata ten rodzaj uderzenia był zagadką z punktu widzenia praw fizyki – bo jak cios, który pada z centymetrowej odległości, może całkowicie znokautować przeciwnika? Może, wyjaśniał mi cierpliwie trener, jeśli zależy nie od siły mięśni, lecz od koordynacji, szybkości i energii. Taki cios nie zaczyna się w ramieniu, lecz wychodzi z nogi i generuje energię, która potrafi odrzucić przeciwnika nawet na parę metrów. Dla dziewczyny, która nigdy nie przeskoczy tego banalnego faktu, że jej mięśnie nie mogą się równać z męskimi, było to wielkie odkrycie. Nie da się ukryć, zadziałało na moją wyobraźnię, i to bardzo.

To na treningach dojrzałam do tego, żeby przestać o sobie myśleć jak o bezsilnej nastolatce. Przełom nastąpił, gdy po trzech latach ćwiczeń wskoczyłam wreszcie na wyższy poziom i po każdych zajęciach musiałam rozmasowywać sobie tyłek. Trener ustawił mnie z zaawansowanymi, którzy nie patyczkowali się ze mną jak z przedszkolakiem, tylko wyprowadzali prawdziwe ciosy i kładli na ziemię. Samo bycie jedną z nich, choćbym była jeszcze technicznie najsłabsza, stanowiło dla mnie źródło nieustającej frajdy i satysfakcji. Żadna liczba okładów na siniaki nie była w stanie zmącić mi tej radości. Wreszcie poczułam się silna.

Czułam, że w tym, co robię, jest jakiś sens i że kiedyś może mi się to bardzo przydać. Ale w najśmielszych snach nie spodziewałam się, co z tego wyniknie.

Rozdział 1

„Dziękujemy za przesłanie zgłoszenia do międzynarodowego programu psychologicznego pod nazwą Interpersonal Closeness1, prowadzonego przez State University of New York, a zarządzanego przez Wydział Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. Z przyjemnością informujemy, że Pani/Pana kandydatura została przyjęta. O dniu i godzinie eksperymentu powiadomimy osobną wiadomością e-mail. Prosimy o zapoznanie się z poniższą informacją i odesłanie podpisanej zgody na przetwarzanie danych osobowych…”

Wirtualne śmieci zabiją ludzkość szybciej niż odpady radioaktywne, pomyślałam. Znowu jakiś spam. Jeśli ja nie potrafię się od tego uchronić, to jak sobie radzą dzieci i ludzie starsi? Wcisnęłam kombinację klawiszy, żeby usunąć wiadomość, gdy nagle mnie tknęło. To było zupełnie nieprawdopodobne, na to konto praktycznie nie wpływa spam! Przyjrzałam się uważnie adresowi nadawcy: Uniwersytet Warszawski, Wydział Psychologii. No tak! To nie jest spam, tylko dowcip, i to znakomicie wycelowany. I co więcej – wiem, przez kogo! Spojrzałam uważnie na kolegów. Freax i Gnom siedzieli ze wzrokiem wbitym w swoje monitory, a na ich twarzach malowała się mieszanina niewinności i zaabsorbowania wykonywaną pracą. Jak dzieci – westchnęłam do siebie.

– Który z was jest za to odpowiedzialny? – zapytałam zrezygnowanym głosem. – Jak się nie przyznacie, obaj będziecie przez pół dnia debugować swój program, obiecuję.

– Za co? – zapytał niewinnie Freax, tym samym podpisując na siebie wyrok.

Gnom spojrzał na mnie jak Prosiaczek na Kubusia Puchatka. A ja na niego jak Kubuś na Prosiaczka. Czułam do niego nieskończoną sympatię, choć rzadko to okazywałam. W ogóle rzadko okazuję uczucia, mam to po ojcu.

– Mów – zachęciłam go, chyba trochę zbyt szorstko.

Gnom wciągnął powietrze głęboko do płuc, a potem je wypuścił. Nie wie, od czego zacząć, pomyślałam. Z nim tak zawsze. Jest genialnym grafikiem, bo jest nadprzeciętnie wrażliwy. Teraz na pewno zastanawia się, co powiedzieć, żeby niczego nie zepsuć.

– Znalazłem ten projekt na fejsie i założyłem się z Gnomem, że nie weźmiesz w nim udziału, choćbyś miała paść trupem. A Gnom uważa, że weźmiesz! – wypalił znienacka Freax i wszystko zepsuł.

Bingo. Więcej danych nie potrzebowałam.

– A co robiłeś na fejsie? Zabłądziłeś? – zapytałam zaczepnie.

– Szukałem inspiracji – odpowiedział defensywnie.

Ciekawe. Freax nie cierpi fejsa. W ogóle nie lubi portali społecznościowych; uważa, że gromadzi się na nich całe zło tego świata. I tak się składa, że w tym punkcie się zgadzamy.

– Kawy zabrakło – dodał Gnom pozornie bez sensu.

Zrozumiałam w lot, co miał na myśli: każde wejście na fejsa podnosi Freaxowi ciśnienie. Działa na niego jak podwójne espresso. Chłopaki często pracują nocami, bo za dnia brakuje czasu na to, co dla nich naprawdę ważne. Dlatego piją hektolitry kawy. Na co dzień świadczymy usługi informatyczne różnym firmom. Rozkręcamy nasz młody biznes z pasją (Gnom), uporem (ja) i głębokim przekonaniem, że odniesiemy sukces (Freax). Za dnia piszemy programy i aplikacje dla klientów, a po godzinach chłopaki ślęczą nad projektami wolnego oprogramowania dla systemu Linux. Pracują dla kilku fundacji, będących oddziałami zagranicznych organizacji związanych z różnymi gałęziami Linuxa. Jakub, czyli Freax, pisze fragmenty kodów, a Jeremi, czyli Gnom, pracuje nad interfejsem dla końcowych użytkowników. Środowisko graficzne dla systemu Linux nazywa się GNOME, a sam system Linux miał się oryginalnie nazywać Freax, Free Unix. I to tyle w temacie ksywek moich kumpli. Chłopaki twierdzą, że przyszłość należy do Linuxa, i ciągle powtarzają, że cały myślący świat migruje z Windowsa na Linuxa: NASA, giełdy, domy maklerskie, agencje wywiadowcze, wojsko. Są opętani ideą Linusa Torvaldsa, twórcy tego systemu. To jest ich guru, papież i bóg. Nie zdziwiłabym się, gdyby w domu mieli ołtarzyk z jego portretem. Tylko nie wiem, kto na tym ołtarzu wymieniałby kwiaty, bo Freax i Gnom potrafią całymi dniami nie wychodzić z biura. Gdybym nie była zajęta swoimi sprawami, mogłabym nawet chodzić wymieniać te kwiatki, bo kibicuję chłopakom w ich pasji. Uważam, że robią kawał dobrej roboty. Czasem jednak siedzą za dnia jak zombie i muszę na nich wrzasnąć, bo sama nie uporam się z algorytmami, a ja podchodzę do pracy rzetelnie. Sto razy sprawdzam wszystko od każdej strony. Moim bogiem są dane; uwielbiam mieć ich pod dostatkiem, dają mi poczucie władzy. Gnom uważa, że dają mi raczej poczucie bezpieczeństwa, i pewnie ma rację. Od angielskiego słowa oznaczającego danewzięło się moje przezwisko: Data; nadali mi je jeszcze na studiach, a ja wcale się przed nim nie broniłam. Nawet je lubię. Zwłaszcza od czasu, gdy na któreś urodziny chłopacy sprezentowali mi uroczo dwuznaczną naklejkę na zderzak z napisem: „I need more Data!”.

– Widzisz, Datka – Gnom wreszcie przystąpił do wyłuszczania sprawy, bo już się niecierpliwiłam. Nie grzeszę cierpliwością, mam to po ojcu – nasz przyjaciel Freax naczytał się na fejsie dziwnych treści i na moment zatracił czyste spojrzenie i wrodzoną szlachetność. Owładnęła nim silna potrzeba zrobienia pranka komuś, kto nigdy na nic nie dał się nabrać. Mówię o tobie, gdybyś się nie połapała.

– To akurat załapałam bez trudu. Ale kogo miałeś na myśli, mówiąc „wrodzona szlachetność”?

Freax udał obrażonego, ale widać było, że ma uciechę. Był najwyraźniej ogromnie z siebie zadowolony.

Chyba uważał, że zgłaszając mnie do jakiegoś dziwnego projektu, a następnie zakładając się z kumplem, że do niego nie przystąpię, znalazł się w sytuacji win-win. Freaksio wiele się jeszcze musi nauczyć o ludziach.

Gnom tymczasem spokojnie kontynuował:

– Freax przez przypadek natknął się na profilu uniwersytetu na ten projekt psychologiczny i strasznie mu się on spodobał. „Wyobraź sobie Datkę w takim projekcie”, rżał mi nad uchem dyszkantem, bo mu zaschło w gardle z braku kawy, którą tak na marginesie miałaś kupić. – Posłał mi pełne wyrzutu spojrzenie.

Fakt. Nie jestem najlepszą gospodynią domową. A już na pewno zupełnie nie nadaję się do żadnych projektów psychologicznych, i obaj moi kumple doskonale o tym wiedzą.

– Jak byś, Datka, odpowiedziała na pytanie: „Jakie wartości niesie ze sobą przyjaźń?” – Freax nie mógł już wytrzymać, więc się wciął. – Nie wiesz? A ja wiem! – zawołał triumfująco. – Twoja odpowiedź brzmiałaby: „Potrzebuję więcej danych!”.

No tak. Przywykłam już do tego, że tak właśnie mnie odbierają: jakbym była maszyną do analizy danych, a nie człowiekiem. Teraz Gnom przejął pałeczkę i z zapałem kontynuował opowieść. Zawsze tak robili, gdy relacjonowali mi jakieś sprawy: wpadali w dziwaczny, choć spójny dwugłos, jak jakieś dwujajowe bliźniaki.

– Osobiście uważam, że podejście Freaxa do ciebie jest bardzo krzywdzące – Jeremi podszedł do sprawy od innej strony – i nie omieszkałem mu tego powiedzieć. Wtedy Freax rozochocił się jeszcze bardziej i podpuścił mnie z całą subtelnością, na jaką stać jego prymitywny umysł. Zaproponował zakład, a ja na niego oczywiście przystałem. Zhakował twoje konto i wysłał w twoim imieniu zgłoszenie do programu, bo przecież tylko tak możemy rozstrzygnąć nasz zakład, prawda? Musisz teraz zdecydować, czy weźmiesz udział w projekcie czy nie. Więc od ciebie zależy, który z nas wygra.

Gnom uśmiechnął się do mnie promiennie, a Freax naprężył muskuły, jakby właśnie startował w olimpiadzie. Chyba specjalnej. Popatrzyłam na nich z politowaniem.

– Jesteście świadomi, że moja zemsta będzie okrutna? – zapytałam.

– Nie denerwuj się, Datka. Jesteśmy przecież inteligentnymi, kulturalnymi ludźmi… – zaczął Gnom.

– Jesteśmy inteligentnymi, kulturalnymi ludźmi i Freaxem – poprawiłam go natychmiast. Gnom się wyszczerzył, a Freax przez chwilę zastanawiał, czy się obrazić, czy nie, ale w końcu odpuścił.

– Martwimy się o ciebie. Jesteś zamknięta w sobie i nie masz przyjaciół. Widać, że cierpisz – Gnom zawsze był z nas najbardziej gadatliwy, więc nawijał dalej, nie zważając na to, że wymownie wywracałam oczami. – Osobiście żywię przekonanie, że kiedyś uznasz za konieczne nawiązanie kontaktu ze swoim wewnętrznym ja. Może już czas zacząć coś robić w tym kierunku? Musisz się bardziej otworzyć na siebie i ludzi. Staniesz się szczęśliwsza. Na tych twoich ordynarnych treningach na pewno nie osiągniesz wewnętrznej harmonii. Musisz dać głos swojemu wnętrzu, a nie zagłuszać go na macie!

– Zaraz ciebie ogłuszę, jak nie przestaniesz – wycedziłam, odrzucając grzywkę z czoła.

– …oraz iść do fryzjera, bo na tym uniwersytecie się ciebie przestraszą – skończył Gnom, w połowie zdania zrywając się do ucieczki i przezornie barykadując się w toalecie. Chyba myślał, że naprawdę ode mnie oberwie.

Freax rechotał, trzymając się za brzuch, a ja spojrzałam na niego z mieszaniną politowania i podziwu. Był niewątpliwie motorem działania w naszej młodej firmie, bez niego daleko byśmy nie zaszli. Przy każdym zadaniu parł do przodu jak taran. Był bezcenny w swoich twardych przekonaniach. Gnom i ja przepuścilibyśmy wiele złotych okazji, bo byśmy się niepotrzebnie wahali. A Freax był pragmatykiem. Nie oglądał się za siebie i nie widział też potrzeby wybiegania zbyt daleko w przyszłość, bo jej kształt zależy od splotu tak wielu czynników, że szkoda tracić kalorie na czcze przewidywania. Chyba ta właśnie cecha łączyła go z jego bożyszczem, Linusem Torvaldsem. Oraz talent programistyczny.

Gnom siedział zamknięty w toalecie, a my z Freaxem wymieniliśmy rozbawione spojrzenia. Każde z nas w głębi duszy śmiało się z innego powodu. Freax prężył się na krześle, celebrując chwilę swojego zwycięstwa, a ja bezgłośnie pękałam ze śmiechu, że dał się zrobić jak dziecko. Macho znowu dał się wyrolować wrażliwcowi. Języczkiem u wagi jestem przecież ja! Oczywiście, że na przekór Freaxowi dam się wrobić w ten psychologiczny projekt. Gnom zna się na ludziach i wie, że pójdę, więc na pewno szczerzy teraz zęby do lustra w łazience, żeby nie kłuć Freaxa w oczy swoją wygraną. Doskonale zdaje sobie sprawę, że uwielbiam jego podwójne zagrania, za którymi Freax nie nadąża. Większość ludzi by nie nadążała. Jak znam życie, prawda jest taka, że to Gnom umiejętnie podpuścił Freaxa do wysłania mi tego mejla, i jest to kolejna odsłona naszej zabawy, którą sobie z Gnomem od paru lat umilamy życie kosztem naszego kolegi. Freax ma mnie za pozbawioną uczuć wojującą feministkę, która nie da sobie nic powiedzieć, więc będzie pewny swojej wygranej. Myśli, że był strasznie sprytny, stawiając ten zakład. A ja tymczasem, na przekór jego uproszczonej wizji świata, grzecznie wezmę udział w jakimś uwłaczającym eksperymencie psychologicznym, a przynajmniej zapozoruję, że biorę w nim udział. Korona mi z głowy nie spadnie. Coś tam zakreślę, powymyślam odpowiedzi na pytania i pójdę do domu. Gnom będzie szczęśliwy i z tego szczęścia znowu stworzy na tablecie coś genialnego. A Freax się wkurzy, a nic nie motywuje go do działania bardziej niż porządne wkurzenie na cały świat. I to się właśnie nazywa sytuacja win-win.

A ja po wszystkim pójdę sobie spokojnie na trening.

* * *

Wiadomość z datą i godziną eksperymentu psychologicznego przyszła po dwóch dniach, wypełnionych pracą nad wyjątkowo wymagającym projektem. Gnom wymiękł fizycznie i chwilowo przestał po nocach oddawać się programowaniu w swoim ulubionym czystym C, tylko dziarsko zabrał się ze mną za obsługę trudnego klienta. Freax wpadł w ciąg i kodował zachłannie szesnaście godzin na dobę. W przerwach na obiad obaj próbowali wpłynąć na mnie, żebym – skoro mam się pokazać między obcymi ludźmi – trochę bardziej konserwatywnie podeszła do wizerunku kobiety. Chodziło im pewnie o moje włosy, które niezależnie od tego, czy niemyte od tygodnia, czy świeżo wysuszone, miały kolor i strukturę słomy. Gnom wpatrywał się w moją grzywkę rozmarzonym wzrokiem, chyba w myślach cieniując ją i modelując. Nie mógł przeżyć, że „nie wykorzystuję swojego potencjału”, cokolwiek przez to rozumiał. Sprawiało mu niemal fizyczny ból, że nie chodzę do stylisty, którego od dawna mi poleca. Włosy podcinałam sama, nożycami krawieckimi, najpierw przerzucając je na przód przez lewe ramię, a potem wyrównywałam, przerzucając na prawą stronę. W rezultacie pasma włosów nie schodziły się na plecach, tworząc wyraźny schodek. Nigdy mi to nie przeszkadzało, bo trudno, żeby człowiekowi przeszkadzało coś, czego nie widzi. Nie mam oczu z tyłu głowy, więc po co zaprzątać sobie myśli jakąś fryzurą.

Freaxowi udzieliła się fiksacja Gnoma albo po prostu lubił, gdy się coś dzieje, więc przystąpił do rzeczy na swój własny, jedyny w swoim rodzaju sposób. Zaszedł mnie od tyłu, wyjął z ust gumę i brutalnie wkleił mi ją we włosy.

– Możesz teraz włożyć głowę do zamrażalnika i poczekać, aż guma zamarznie i się wykruszy, albo pójść do fryzjera, żeby zrobił z tym porządek – oświadczył, jak zwykle niezmiernie z siebie zadowolony. Chyba myślał, że załatwił temat.

W odpowiedzi wyjęłam z szuflady nożyczki, sięgnęłam do tyłu, ujęłam poklejone pasmo i ciachnęłam je tuż ponad lepkim kołtunem. W rezultacie moje długie włosy uformowały się na plecach nie w dwa, ale trzy schodki i Gnom natychmiast skończył z tematem mojej fryzury. Chyba spanikował, bo uświadomił sobie, że jestem jednak ciut nieobliczalna.

Niezrażony niczym Freax szperał za to co jakiś czas w necie i wyciągał coraz bardziej dołujące informacje o eksperymencie psychologicznym pod nazwą Interpersonal Closeness.

– Wiedzieliście, że spory odsetek biorących udział utrzymuje potem długotrwałe więzi przyjacielskie ze swoim partnerem z eksperymentu? W niektórych krajach ten projekt trwa od paru lat i zdążyli już zrobić jakieś post-experimental study. Przypisują temu projektowi nawet małżeństwa! Data, którego z nas weźmiesz na świadka? Nadmienię, że znakomicie prezentuję się w smokingu!

Parsknęłam. Trudno sobie wyobrazić Freaxa w smokingu, no chyba że uszyty by był z luźnej, oddychającej tkaniny funkcyjnej, jak jego dres piłkarski. Jednak w głębi duszy poczułam się trochę zaniepokojona. Poziom żenady tego projektu może przekraczać moją wytrzymałość. Zaczęłam się poważnie zastanawiać nad zmianą decyzji.

Gnom w milisekundę złapał, co dzieje się w mojej głowie. Facet ma naprawdę niezrównaną empatię.

– Kochanie, nie słuchaj Freaxa. Założeniem programu jest sprawdzić, jak otwarcie się przed drugą osobą wpływa na relacje międzyludzkie. Cel badania to pozyskanie rzeczywistych danych, a ty przecież lubisz dane, prawda? U podstaw eksperymentu leży hipoteza, że samo szczere dzielenie się informacjami o sobie oraz otrzymywanie takiej samej szczerej informacji w zamian jest silnym czynnikiem budującym więź międzyludzką. Niezależnym od wszystkich innych czynników. Dlatego naukowcy łączą w pary osoby zupełnie sobie obce. Udział jest anonimowy. Należy jedynie wypełnić ankietę z bardzo precyzyjnymi pytaniami po zakończeniu interakcji z osobą, która dwie godziny wcześniej była ci zupełnie obojętna. I tyle. Po zakończeniu badania wychodzisz.

– …prosto do salonu sukien ślubnych! – rżał dalej Freax i paradoksalnie właśnie tym mnie ostatecznie uspokoił.

Nie ma takiej możliwości, żeby w dwie godziny poczuć więź ze świeżo poznaną osobą. A już na pewno nie ma szans, żebym ja poczuła z kimś więź w tak krótkim czasie. Jestem realistką, twardą i cyniczną. Nie przepadam za psychologią, bo nie lubię, jak mi ktoś włazi do głowy.

– Psychologia czasem robi dobrą robotę, Datka. – Gnom rozgościł się chyba w mojej głowie na dobre. Czasem mnie tym naprawdę przerażał. Skąd on tyle wie o ludziach? Potrafi zhakować sieć neuronową? – Musisz przepracować to, co w tobie siedzi – kontynuował spokojnie. – Jeśli do teraz nie otworzyłaś się nawet przed nami – w odpowiedzi spojrzałam wymownie na Freaxa i wywróciłam oczami – no dobrze, przede mną – poprawił się Gnom – to może spróbuj otworzyć się przed kimś obcym. Wyrzuć coś z siebie, nawiąż kontakt ze swoim wnętrzem, wyluzuj. Może coś dobrego z tego wyniknie.

Znów przewróciłam oczami, ale już bez większego przekonania, raczej tylko po to, żeby trzymać fason. Nic nie odpowiedziałam, bo nie chciałam w żaden sposób urazić Jeremiego. Ten chłopak wiele przeszedł, cierpiał z powodu samotności, niezrozumienia, wyobcowania. Jakby na potwierdzenie moich rozmyślań, zapytał:

– Pamiętasz, jaką ksywkę miałem w liceum?

Pamiętałam: Legolas. Gnom niewiele o tym opowiadał, bo nie lubił się uskarżać, ale ze strzępków informacji zlepiliśmy z Freaxem całość. I nie była to wesoła historia.

– Powiedziałaś wtedy, że to bardzo trafna ksywka – ciągnął.

To też pamiętałam. Nie znałam wtedy jeszcze dobrze Jeremiego i odebrałam tę ksywę dosłownie. Rzeczywiście pasowała do jego jasnej karnacji, zaczesanych do tyłu jasnoblond włosów, błękitnych oczu i regularnych rysów. Gnom jest uderzająco podobny do filmowego Legolasa.

– A ja ją nawet polubiłem – kontynuował, więc kiwnęłam głową na znak, że wiem i rozumiem, i że nie musi mi nic wyjaśniać. Ze swoją urodą, swoim talentem, z całym swoim niedopasowaniem był w szkole obiektem paskudnych prześladowań ze strony rówieśników. Jego ksywa nie była niczym innym jak szyderstwem. – A gdybym z tym walczył, gdzie byłbym teraz? Czasem trzeba coś po prostu zaakceptować. To uwalnia.

Trafił w punkt, jak zawsze.

Rozdział 2

Nabiegłe krwią oczy, wyszczerzone zęby. Coś mnie chwyta za gardło, chcę krzyczeć, ale nie mogę. Panika, nieopanowana panika. Wiem, że muszę zacząć działać, ale nie mogę. Mój mózg, owładnięty strachem, nie pracuje. Wrzeszczę: zostaw, zostaw, ale z mojego gardła dobywa się tylko zdarty pisk. Nie ma szans, żeby mnie ktoś usłyszał. Czy tak to właśnie wygląda: bezsilność, bezradność, niemoc? Kotłująca się masa mięśni, masa sierści, skąd w niej ta bestia? Wiem, że muszę się ruszyć, muszę biec do wody, to jest w tej chwili najważniejsze, ale nie mogę oderwać od niego oczu, a nogi wrosły mi w ziemię. Nagły, wysoki pisk, chyba mój własny, wyrywa mnie ze stuporu i biegnę do wody. Jest płytko, ale płynę, jestem przecież dobrą pływaczką. Z jakiegoś powodu strasznie się męczę, ledwo łapię oddech, wciąż słyszę za sobą wściekłe, gardłowe warczenie. Chcę stanąć, rozejrzeć się, ale nie mam już gruntu. Wokół siebie widzę długie włosy unoszące się na powierzchni wody, wyglądają jak węże, jak żywe wodorosty. Czuję je na szyi, w ustach, wchodzą mi do oczu. Coś mnie ciągnie w dół, pod wodę, tracę siły, włosy oblepiają mi twarz. Są czarne, zupełnie czarne.

Obudziłam się z przyspieszonym oddechem. Co się stało? Skąd nagle ten sen? Przecież minęły już cztery lata od tamtego zdarzenia. Pamiętam, jak przez jakiś czas po wypadku dręczyły mnie nocne koszmary, ale miałam wtedy niespełna siedemnaście lat i nie znałam życia. Teraz wiem, że tragedie się zdarzają i nic nie możemy na to poradzić. Jestem dziś zupełnie innym człowiekiem, dlaczego więc nagle wróciły wspomnienia, i to tak żywo, jakby to się stało wczoraj? Nie kumam. Pewnie moja podstępna psychika chce mnie wpędzić w poczucie bezradności. Wstałam i podeszłam do okna. Przyłożyłam spocone czoło do zimnej szyby i chłonęłam widok ludzi i samochodów na ulicy. Zwykły, codzienny, uspokajający obrazek. Pamiętam, że cztery lata temu, gdy ten sen dręczył mnie niemal co noc, spoglądanie przez okno było najszybszym patentem na ogarnięcie się. Trenowałam go nie raz. Gdy puls zwolnił, poszłam do łazienki i wzięłam prysznic. Rozczesując włosy, szarpałam je ze złością, a ból zadziałał kojąco.

Ubrałam się i wyszłam z domu jak każdy normalny człowiek.

* * *

Idąc z buta na uniwersytet, czułam zdenerwowanie. To dziwne, bo rzadko się denerwuję w zwykłych, codziennych sytuacjach. Treningi wschodnich sztuk walki skutecznie tonują moje nastroje. Nie wiem, kim bym teraz była, gdybym od lat ostro nie trenowała.

Na gwarnej ulicy niepokój ustępował z każdym krokiem, ale z jakiegoś dziwnego powodu zmienił się w przymus poprawienia fryzury. Jakkolwiek idiotycznie to zabrzmi, w jednej chwili stałam się przesadnie świadoma faktu posiadania włosów. Przeczesałam je palcami i trochę zmierzwiłam, żeby schodki na plecach były mniej widoczne. Wchodząc przez bramę, zaczęłam nerwowo szperać po kieszeniach spodni w poszukiwaniu gumki. Wspinając się po schodach na drugie piętro, rozpięłam wszystkie kieszenie torby i byłam już gotowa wytrząsnąć całą jej zawartość na podest na półpiętrze, gdy z impetem wpadłam na wysokiego chłopaka schodzącego z góry. Chwycił mnie z obu stron za ramiona i mocno przytrzymał, choć musiałabym być chyba w gipsie od pasa w dół, żeby zaszła obawa, że stracę równowagę. Spojrzał na mnie rozbawionym wzrokiem, co mnie jeszcze bardziej ubodło.

– Masz może gumkę recepturkę? – zapytałam, chyba trochę zbyt obcesowo, ale była to chyba jedyna forma przeprosin, jaka mi przyszła do głowy.

– Przypadkiem mam – odpowiedział i patrzył na mnie dalej, lekko się uśmiechając.

– Więc może mi pożyczysz? – poprosiłam, lekko zniecierpliwiona.

– Z największą przyjemnością.

Puścił moje ramiona, zrobił dwa kroki w dół, postawił torbę na parapecie okna na półpiętrze i wyjął z niej jakąś apteczną buteleczkę z ciemnego szkła, owiniętą pomarańczową etykietą i obwiązaną gumką. Zsunął recepturkę i podał mi ją z uśmiechem. Trochę za dużo się uśmiechał, jak na mój gust. Kątem oka zobaczyłam w torbie strzykawki, jakieś ampułki i proszki. Coś jest na rzeczy z tym jego błogim uśmiechem, pomyślałam; jeśli to ćpun, to trzeba się szybko ewakuować. Podziękowałam i związałam włosy w ciasny węzeł na karku. A potem bez zbędnych słów pognałam na piętro, przeskakując po dwa stopnie naraz.

Niepotrzebnie. Na drzwiach z numerem, którego szukałam, przyklejona była karteczka odsyłająca kandydatów piętro niżej. Zawróciłam. Na schodach nadal stał Uśmiechnięty, jakby na mnie czekał.

– Idziemy na to samo spotkanie, prawda?

– Nie wiem, na jakie spotkanie ty idziesz – odpowiedziałam rzeczowo.

– A zatem chodźmy – zupełnie zignorował moją odpowiedź, zarzucił torbę na ramię i ruszył. – Studiujesz tu?

– Nie studiuję i nie tu – moja odpowiedź była chyba trochę sprzeczna logicznie, ale Uśmiechnięty ją zrozumiał.

Cholera, poczułam się jak nastolatka, którą peszy rozmowa z przystojnym chłopakiem. Moje umiejętności społeczne naprawdę pozostawiały wiele do życzenia. Taka jestem mądra w firmie albo na treningu, a przy obcych ludziach zaczynam się zachowywać jak idiotka. Jeremi ma rację, że mnie wysyła do ludzi. Nie mogę siedzieć całymi dniami przy komputerze, bo za chwilę stanę się botem.

– Rozumiem, że skończyłaś inny kierunek?

– Tak, nie skończyłam – znów odpowiedziałam zgodnie z jakąś pokrętną logiką, którą jednak mój rozmówca łapał bez trudu, co mi zaimponowało.

– Też nie skończyłem pierwszego kierunku studiów – zwierzył się. – Ale nie żałuję. Kiedyś studiowałem psychologię i zostało mi trochę sentymentu do tego miejsca. Ale teraz studiuję medycynę i tym razem naprawdę zamierzam skończyć. Oczywiście, jeśli wcześniej nie wylecę.

Ponieważ zakończył wypowiedź zdaniem twierdzącym, a nie pytaniem, konwersacja zgasła, co bardzo mi odpowiadało. Byłam speszona i niezadowolona z siebie.

* * *

Powiodłam wzrokiem po sali wykładowej. Była pełna młodych ludzi, najprawdopodobniej studentów psychologii i innych kierunków uniwersyteckich. Byli weseli, towarzyscy i wyluzowani. Dokładne przeciwieństwo mnie. Zawsze czułam się inna, jakbym grała w inną grę niż większość ludzi.

W powietrzu czuć było podniecenie. Chyba nieczęsto zdarza się im brać udział w tak niekonwencjonalnym projekcie. W przeciwieństwie do mnie wszyscy byli na niego gotowi, chętni do rozmów i interakcji, a potem dzielenia się wrażeniami w mediach społecznościowych. Na pewno dostaną sporo lajków. Ja sama miałam co do tego mieszane uczucia. Prawdziwe życie nie daje lajków. Prawdziwe życie daje po nosie.

Na szczęście nie miałam ani czasu, ani nastroju na rozmyślania. Udzieliła mi się panująca tu atmosfera i przez chwilę znów poczułam się jak studentka. Ostatnimi czasy coraz częściej nawiedzała mnie myśl, że powinniśmy jednak we trójkę wrócić na studia i zrobić dyplomy, ale jakoś nigdy nie było na to czasu.

Mieliśmy z Freaxem i Gnomem masę szczęścia, choć wszyscy odpadliśmy ze studiów na drugim roku. Wszyscy troje z tego samego powodu: informatyka wykładana na uczelni miała zero styku z rzeczywistością. Jeremiego przytłaczał bezsens nauczanych treści, Jakub nudził się jak mops i zżymał na wykładowców, którzy napisali coś kiedyś w Basicu i myśleli, że to daje im prawo uczyć innych, a ja ciągle opuszczałam zajęcia, bo trenowałam po pięć godzin dziennie.

Jakub jest starszy od nas o rok. Skończył technikum informatyczne, najlepsze w mieście, w klasie patronackiej, gdzie nauczył się dużo więcej niż na całym pierwszym roku studiów. To on pierwszy dał impuls, żebyśmy nie zawracali sobie głowy dyplomem, jak zresztą większość programistów, i wzięli sprawy w swoje ręce. Nie miał żadnych wątpliwości, że nauka to zbyt poważna sprawa, żeby ją zostawiać uczelniom, a my mu wierzyliśmy. Firmę założyliśmy we czwórkę, bo początkowo pracowała z nami Matylda. Zajmowała się fakturami i kontaktami z klientami, bo w przeciwieństwie do mnie świetnie radziła sobie w rozmowach z ludźmi. Chłopacy natychmiast przezwali ją Tyldą, co dla nas było oczywiste, a dla Matyldy mniej. W programowaniu tylda to operator negacji bitowej, ale Matylda studiowała ekonomię, a nie informatykę, więc nigdy do końca nie pojęła, co znaczy jej ksywka. Niedawno zmieniła pracę, a jej obowiązki przejął Gnom.

Za naszego szefa od samego początku uważa się oczywiście Freax i choć naszym zdaniem nie ma to żadnego związku z rzeczywistością, nie wyprowadzamy go z błędu. Jakub ma bardzo silną osobowość. Potrafi jednym słowem zabić każdą niepotrzebną wątpliwość i jak nikt umie pociągnąć ludzi za sobą. Byłby świetnym generałem.

Jeremi natomiast był młodym geniuszem, laureatem niezliczonych konkursów matematycznych i artystycznych. Jakoś te dwie dziedziny szły u niego w parze. Ukończył prestiżowe katolickie gimnazjum i liceum. Jak na ironię, jest gejem.

Ja z kolei wyszłam z osiedlowego gimnazjum harda i przekonana o własnej wyższości. Moja sytuacja rodzinna sprawiła, że byłam bardzo samodzielna i miałam dużo swobody w kształtowaniu swojego życia. Przeniosłam się z rodzinnego Krakowa do Warszawy i dostałam się do dobrego liceum, ale pech chciał, że właśnie w tamtym okresie spotkała mnie ta nieprzyjemna przygoda, co trochę mną zachwiało. To, że jestem w tym miejscu, w którym jestem, zawdzięczam tylko chłopakom. No i treningom.

Moje rozmyślania przerwał nagle głos prowadzącego.

– Drodzy państwo, witamy w programie Interpersonal Closeness – The Experimental Study, prowadzonym przez nasz wydział we współpracy z uniwersytetem nowojorskim. Program trwa od sześciu lat w kilku krajach świata i jest częścią szerszego projektu operacyjnego z dziedziny zarządzania zasobami ludzkimi, którego celem jest gromadzenie informacji o relacjach międzyludzkich w dobie informatycznej oraz o sposobach ich usprawniania w celu poprawy funkcjonowania miejsc pracy.

O! Akurat o relacjach międzyludzkich w środowisku informatycznym wiem wszystko. To nietrudne, bo one praktycznie nie istnieją. Nie ma więc czego usprawniać.

– Mejlem otrzymaliście przydzielony wam numer uczestnika, a na liście przy wyjściu znajdziecie odpowiadający wam numer sali oraz stolika. Zgromadziliśmy was wszystkich tutaj, by wyłuszczyć wszystkim naraz zasady eksperymentu i odpowiedzieć na wasze pytania. Następnie udacie się do swoich sal i usiądziecie przy oznaczonych stolikach, gdzie każdy spotka osobę ze swojej pary. Pary były dobierane pod kątem cech osobowości wyselekcjonowanych na podstawie dostarczonych przez was kwestionariuszy.

Ścierpłam. Nie wypełniałam żadnego kwestionariusza! Musiał to za mnie zrobić Freax albo Gnom, gdy zgłaszali mój udział. Zastanowiłam się chwilę nad konsekwencjami tego faktu. Jeśli zrobił to Freax, z jego odpowiedzi wyłoni się obraz niezłej programistki, pracoholiczki i feministki pozostającej w stanie wojny z całym światem, której interakcja z otoczeniem sprowadza się do spuszczania słownego i fizycznego łomotu wszystkiemu, co się rusza, a przede wszystkim – facetom. Jeśli zaś kwestionariusz wypełniał Gnom, będę się jawić jako miłośniczka nauk ścisłych, niedoceniająca wagi emocji i relacji interpersonalnych, a co najgorsze – odmawiająca nawet minimalnego zadbania o własny wygląd. Uderzyło mnie nagle, że oba spojrzenia są w gruncie rzeczy identyczne. I co gorsza, chyba dokładnie to samo by wyszło, gdybym sama wypełniła kwestionariusz. Dziwnie uspokojona tą myślą skupiłam się na zasadach eksperymentu.

– Na stole oznaczonym waszym numerem znajdziecie kopertę z zestawem pytań. Pytań obligatoryjnych jest dwanaście. Każdy z was musi odpowiedzieć na każde pytanie, a kolejność odpowiedzi ustalacie między sobą. Pytania będą nabierały intensywności, jeśli chodzi o zaangażowanie emocjonalne. Eksperyment jest czymś w rodzaju gry towarzyskiej, w czasie której dzielicie się informacjami natury prywatnej i światopoglądowej. Na ukończenie zadania macie dwie godziny. To dość czasu, żeby każda osoba z pary mogła wyczerpująco odpowiedzieć na każde pytanie. Po zakończeniu prosimy o wypełnienie kwestionariusza dotyczącego waszej oceny powstałej relacji oraz dynamiki interpersonalnej. Żywimy nadzieję, że eksperyment będzie dla was przede wszystkim przyjemnością. A teraz czas na zadawanie pytań. Jeśli nie macie żadnych, proszę o przejście do sal.

Wychodząc, rzuciłam szybkie spojrzenie na listę: stolik 7 w sali 251. Lubię liczby pierwsze. W pomieszczeniu siedziało już kilka par, przeważnie składających się z samych dziewczyn. Byłam ciekawa, kto przypadnie mi w udziale. Nagle boleśnie sobie uświadomiłam, że spędzę tu sto dwadzieścia cennych minut, rozmawiając albo raczej pozorując rozmowę, z kimś zupełnie mi obcym. To dość wysoka cena za sojusz z Gnomem i mam nadzieję, że to doceni. Do teraz nie zastanawiałam się nad tym, co będzie, gdy już usiądę, ani w jaki sposób mam szybko i sprawnie wybrnąć z tej całej rozmowy. Miałam tylko tu przyjść, żeby sprawić przyjemność Gnomowi i utrzeć nosa Freaxowi, tymczasem przez najbliższe dwie godziny będę udawać, że dzielę się informacjami o sobie, i gryźć się w język, żeby czasem nie wywołać jakiegoś skandalu. Moje zdolności konwersacyjne pozostawiają wiele do życzenia, bo przez większość czasu posługuję się językiem java. Albo python. A jeśli czeka nas rozmowa w ludzkim języku, zwłaszcza z klientem zaliczającym się do trudnych, wysyłamy Gnoma. Nie znam nikogo o wyższym poziomie empatii i kultury osobistej.

Przy stoliku z moim numerem ktoś już siedział. I nie była to dziewczyna, mimo przydługich, opadających lekkimi falami na kark czarnych włosów. Gdzieś już je widziałam…

– A więc jednak szliśmy na to samo spotkanie! – Mój partner uśmiechnął się do mnie, a ja, chcąc nie chcąc, odwzajemniłam jego uśmiech. Był bardzo zaraźliwy.

– Otwieramy tę kopertę? Bo szkoda czasu. – Usiadłam naprzeciwko i przyjrzałam się dokładniej Uśmiechniętemu. Wciąż z tyłu głowy pulsowało mi nieprzyjemne podejrzenie, które zrodziło się wcześniej na schodach, gdy zobaczyłam zawartość jego torby, ale facet bez wątpienia budził sympatię. Umiał zjednywać sobie ludzi. Pomyślałam, że ma w sobie coś z Gnoma.

Rozerwał palcami szary papier i wysunął ze środka fiszki z pytaniami. Zgarnął je na kupkę jak karty przed partią pokera i postukał w nie palcem. Miał ładne, mocne dłonie, z wyraźnie zarysowanymi knykciami. Wielu chłopaków w tym wieku ma ręce, które nie nadążają za resztą ciała i robią wrażenie dłoni dziecka, z wątłymi palcami i obgryzionymi paznokciami. Był sporo starszy od studentów, których widziałam na sali wykładowej, choć średnią zawyżało parę osób w wieku zdecydowanie dojrzałym. Program nie miał limitu wieku.

– Nie musimy się sobie najpierw przedstawić? – zagaił.

– Udział w programie jest anonimowy – odparłam szybko.

Więc to chyba oczywiste, że nie musimy, dodałam w myślach.

– Mam na imię Adam. – Facet miał najwyraźniej problemy ze słuchem. Gdy uparcie milczałam, dodał: – W takim razie będę do ciebie mówić „hej, ty”, w porządku?

Nagle poczułam złość na samą siebie. Nie wiem, dlaczego nie przedstawiłam się jak normalny człowiek. Pewnie przez Freaxa i jego obsesję na punkcie prywatności w sieci. A może po prostu bez żadnego powodu. Przecież każde dziecko wie, że czasem robi się coś niechcący, a jak już się stało, to trudno to odkręcić. Więc po prostu w milczeniu wzięłam fiszkę ze stosu i przeczytałam na głos pierwsze pytanie:

– Co dla ciebie znaczy przyjaźń? Podaj trzy wartości związane z przyjaźnią.

O Chryste. Jest dokładnie tak, jak przewidywał Freax! Pytania w stylu: co znaczy dla ciebie przyjaźń? Nagle mnie olśniło: ten drań pewnie już wtedy znał zestaw pytań! Przecież musiał wysłać w moim imieniu formularz, więc kto wie, co jeszcze wygrzebał, legalnie czy nielegalnie, w uniwersyteckiej sieci? Gnom też się na pewno z tym zaznajomił, bo chłopaki pozornie się gryzą, ale tak naprawdę trzymają się razem jak bliźniacy. Gdy tylko wrócę do firmy, powiem im dosadnie, co o tym wszystkim myślę.

A tymczasem przede mną jeszcze jedenaście podobnych pytań. Westchnęłam ciężko. Adam ruchem głowy pokazał, że kurtuazyjnie oddaje mi pierwszeństwo odpowiedzi. Cwaniak. Nadszedł moment, kiedy muszę zacząć ściemniać, żeby z możliwie najmniejszą stratą czasu oraz kalorii dotrzeć do końca tego spotkania.

– Przyjaźń to współpraca, poleganie na sobie nawzajem i niewściubianie nosa w nie swoje sprawy – odpowiedziałam tonem zamykającym temat.

Przyjął komunikat i nie zadawał drążących pytań.

– Przyjaźń to tolerancja, poświęcenie, zaufanie i pomoc.

Wow. Wielkie słowa. Chociaż miały być trzy, a nie cztery. Nieważne, grunt, że mamy za sobą jedną dwunastą zadania. Wyjęłam drugą fiszkę.

– Wolisz psy czy koty?

– Koty – powiedzieliśmy jednocześnie. To była chyba jego kolej, a ja się wcięłam, ale bardzo chciałam mieć już jedną szóstą za sobą.

– Dlaczego nie lubisz psów? – zaciekawił się.

– Tego nie powiedziałam. Powiedziałam tylko, że wolę koty – wyjaśniłam precyzyjnie.

– Całkowicie się z tobą zgadzam. Koty mają właściwości terapeutyczne. Mruczenie i naelektryzowana sierść pomagają rozładować ujemne ładunki elektryczne i działają kojąco na układ nerwowy.

Jeśli o mnie chodzi, równie dobrze mógłby się teraz rozwodzić nad cechami lemingów albo mrówkojadów, bo koty były mi całkowicie obojętne. W przeciwieństwie do psów, które budziły u mnie skrajnie silne emocje. Ale to moja sprawa, nic mu do tego. Gdy nie podjęłam tematu, przeszedł do następnego pytania.

– Gdybyś mógł zmienić sposób, w jaki zostałeś wychowany, co byś zmienił? Twoja kolej – znów oddał mi pierwszeństwo.

– Nic bym nie zmieniła. Nie lubię, gdy ktoś wini rodziców za swoje życiowe niepowodzenia. A ty?

– Ja nie byłbym taki pewny. Mówi się, że gdyby Hitler nie dorastał w pełnej strachu i wstydu atmosferze rodzinnej, nie byłoby Holocaustu. Czytałem psychologiczną analizę jego dzieciństwa. Wszystko się bierze z wychowania. Poza klinicznymi przypadkami psychiatrycznymi i zdarzeniami losowymi, wszelkie fobie biorą się z wychowania, a z fobii biorą się nieszczęścia. Ja mam szczęście mieć sensownych rodziców, którzy dbali o mój rozwój i moją edukację. Widzisz, jestem jedynakiem, więc może za bardzo się na mnie skupiali, ale pewnie dlatego sporo osiągnąłem. – Facet nie był przesadnie skromny. – Czasem myślę, że za bardzo eksponowali moje osiągnięcia, a to rzutowało na mój obraz świata, ale ogólnie byłbym niewdzięczny, gdybym twierdził, że coś by należało zmienić. – Zaczerpnął tchu, żeby kontynuować, ale byłam szybsza i zakończyłam jego opowieść nowym pytaniem.

– Czy jest taki temat, na który w żadnym razie nie wolno żartować? – przeczytałam kolejną fiszkę.

Niech zgadnę: jego osiągnięcia. Tymczasem Adam już nabierał powietrza.

– To łatwe pytanie, prawda? – zaczął. – A jednocześnie trudne. W żadnym razie nie wolno żartować ze śmierci, niepełnosprawności, cierpienia. Nie żartuje się z religii, z przekonań politycznych czy światopoglądowych. Nie wolno żartować z czyichś słabości, jeśli się o nich wie, oczywiście. Z nowo poznaną osobą w ogóle trudno żartować. Nigdy nie wiesz, czy akurat nie trafisz w czuły punkt. Zgadzasz się ze mną, prawda? Zastanawiam się, z czego mógłbym teraz z tobą pożartować. – Patrzył na mnie przenikliwie, a ja poczułam się jak na rentgenie. Facet na pewno miał w tych czarnych oczach promienie X. – Wiem! Z twojej fryzury – powiedział, czujnie mi się przyglądając. Wyraźnie badał moją reakcję.

– Nie radziłabym z tego żartować. Jestem wyjątkowo przewrażliwiona na punkcie swoich włosów – skłamałam.

– Nie sądzę. Masz tak niesamowicie piękne włosy, że mógłbym spokojnie powiedzieć, że masz fryzurę jak chochoł, a ty byś wiedziała, że żartuję.

– Przecież ja właśnie mam fryzurę jak chochoł. Masz niekonwencjonalne poczucie humoru – próbowałam go zgasić.

W odpowiedzi Adam się wyszczerzył.

– Przyjąłem komunikat. Twoja odpowiedź brzmi: tematem, z którego nie należy żartować, są włosy – podsumował i w ten sposób uwolnił mnie od odpowiedzi.

Znakomicie, jedna trzecia pytań za nami.

– Gdybyś mógł zobaczyć w kryształowej kuli swoją przyszłość albo przyszłość innych, co byś chciał wiedzieć?

Znów zaczął od siebie. Był chyba typem, który lubi przejmować inicjatywę.

– Mam przyjaciela z czasów szkolnych, któremu chciałem pomóc. Dlatego właśnie poszedłem na takie, a nie inne studia. Gdybym wtedy mógł w kryształowej kuli zobaczyć, jak się potoczy jego życie, co mógłbym zrobić, żeby…

– Jest chory? To dlatego poszedłeś na medycynę? – Jeszcze pół godziny temu bałam się, że Adam będzie zadawał dodatkowe pytania, a teraz, nie wiadomo czemu, sama to zrobiłam. Szlag.

– Nie, z jego powodu poszedłem na psychologię. Chłopak miał kiepskie dzieciństwo, a potem jeszcze przydarzył im się wypadek, jego rodzina przeżyła tragedię i to wszystko rozgrywało się na moich oczach. Ale to długa historia, najlepiej na osobne spotkanie. Lepiej powiedz, co ty byś chciała zobaczyć w kryształowej kuli.

– Chciałabym zlokalizować pewnego faceta z przeszłości. Ale nawet nie próbuj o niego wypytywać, bo nic ci nie powiem – ucięłam stanowczo i przystąpiłam do następnego pytania: – Gdybyś mógł jutro rano obudzić się z jakąś nową zdolnością albo umiejętnością, co by to było?

Zawahałam się, więc Adam przejął pałeczkę. Już się do tego przyzwyczaiłam i było mi to nawet na rękę.

– Chciałbym być kimś w rodzaju współczesnego uzdrowiciela. Widzieć, co się dzieje w ciele, jaka je toczy choroba. Przyłożyć rękę i wyczuć złamanie, stan zapalny, ogniska komórek nowotworowych. Jak jakiś szaman. – Zawiesił głos. – Dzisiejsza medycyna jest nadal bardzo ułomna, fajnie byłoby ją wspomóc jakimiś ponadnaturalnymi zdolnościami. A ty?

Pewnie w jego otoczeniu ktoś umarł, pomyślałam. Ma żal do medycyny. Dlatego zmienił studia na medyczne. Albo może po to, żeby mieć łatwiejszy dostęp do substancji psychoaktywnych, poprawiłam się, spoglądając na stojącą przy krześle torbę.

– Chciałabym mieć w małym palcu wszystkie sztuki walki – wypaliłam, zanim zorientowałam się, co robię. – Skoro już sobie fantazjujemy, to tak mi przyszło do głowy – dodałam niezręcznie. Byłam zła na siebie. Skoro ja rozpracowuję jego odpowiedzi, on też analizuje moje. Teraz wyjdzie stąd z przekonaniem, że ktoś mnie kiedyś pokiereszował, a ja chcę się nauczyć sztuk walki, żeby się zemścić. Niedobrze, jestem dokładnie w połowie badania, a już się wysypałam.

Spojrzałam niepewnie na Adama. Spodziewałam się, że jakoś to skomentuje; Freax nigdy by nie przepuścił żadnej okazji do zrobienia niewybrednego komentarza na temat mojego hobby. Tymczasem on tylko przyjrzał mi się badawczo i nie podjął tematu, a ja byłam mu za to wdzięczna.

– Czy masz wewnętrzne przekonanie, że wiesz, w jaki sposób umrzesz? – przeczytał kolejną fiszkę.

– Teraz ty pierwszy. – Zdecydowanie potrzebowałam czasu, żeby się nad tym zastanowić.

– Myślę, że dożyję sędziwego wieku i umrę ze starości. Co będzie się wiązało z tym, że przeżyję swoich bliskich. Zobaczę śmierć przyjaciół, którym nie będę mógł pomóc. To mnie dręczy najbardziej. A ty?

– Nie wiem, nigdy o tym nie myślałam – skłamałam szybko.

Tymczasem prawda jest taka, że często o tym myślę. Może nie do końca ja, raczej moja podświadomość. Jestem chyba tak zbudowana, że moje myśli, a czasem i sny, krążą wokół spraw ostatecznych, jakby to było elementem codzienności. Może tamto wydarzenie sprzed lat zostawiło jednak jakiś ślad na mojej psychice. Albo może moja sytuacja rodzinna miała z tym coś wspólnego.

Przyjrzał mi się z zainteresowaniem, a potem oczywiście pociągnął temat:

– Naprawdę? Każdy o tym myśli, choćby podświadomie.

No trudno się nie zgodzić.

– Pewnie umrę śmiercią nagłą – zaproponowałam jakąś w miarę standardową odpowiedź na to niewygodne pytanie.

– Dlaczego? Straciłaś kiedyś kogoś w jakimś wypadku?

No masz. Ciągle daję mu powody, żeby mógł drążyć. A obiecałam sobie, że będę się streszczać, trzymać język za zębami i pilnować czasu. Ta rozmowa wymyka mi się spod kontroli, a bardzo tego nie lubię.