Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 1246 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Solfatara - Maciej Hen

Powieść historyczna z intrygującą fabułą osadzoną w połowie XVII wieku.

Niedziela, 7 lipca 1647 roku. Na ulicach Neapolu trwa rebelia. Słychać wrzaski, krew zalewa miasto. Fortunato Petrelli, ceniony dziennikarz Wiadomości Neapolitańskich, na bieżąco opisuje to, co się dzieje, dając szczegółowe świadectwo niepohamowanego okrucieństwa. Musi też zapewnić bezpieczeństwo sobie i Donnie Svevie d’Avalos, księżniczce di Gesso. Ich wspólna ucieczka będzie pasmem niebezpieczeństw.
W czasie nocnej przeprawy przez morze czółno zacznie nabierać wody. Czy Fortunato odnajdzie w sobie siłę, by ocalić powierzone mu życie?

Opinie o ebooku Solfatara - Maciej Hen

Fragment ebooka Solfatara - Maciej Hen

Maciej Hen

SOLFATARA

Copyright © by Maciej Hen, MMXV

Wydanie I

Warszawa, MMXV

I

Niedziela, 7 lipca 1647 roku

Czy ujdę z życiem z tego zamętu? Trzeba być dobrej myśli, chociaż pewności, po prawdzie, nie ma na to żadnej. Nie zdziwiłbym się, gdyby to był już ze wszystkim koniec Neapolu.

Cóż, wiadomo, nie ma na ziemi nic wiecznego. Ale przecie chciałoby się, by pozostał po nas jakiś ślad.

Dlatego zaklinam cię, kimkolwiek jesteś ty, który trzymasz w ręku te papiery: zanim je ciśniesz do ognia, spróbuj odczytać te moje po omacku gryzmolone zapiski, gdyż oto zawierzam w twoje ręce pamięć o sobie i o wszystkich innych, których zdołam na tych stronach pomieścić w czasie, który będzie mi dany.

Mogłoby się zapewne obejść i bez tego, co dotyczy mojej osoby, gdyż ja, Fortunato Petrelli, nikim szczególnym nie jestem ani nie odgrywam w dzisiejszych burzliwych wypadkach żadnej roli. Może jednak, wiedząc, kto do ciebie przemawia, zdołasz łatwiej ocenić, na ile można memu sprawozdaniu zawierzyć. Dowiedz się zatem, że od trzydziestu z górą lat jest moim codziennym zajęciem opisy­wanie na łamach znanej tu każdemu gazety „Wiadomości Neapolitańskie” wszystkiego, co się w naszym mieście odbywa. Napatrzyłem się więc z bliska na wszelakie zbrodnie, egzekucje, bójki pospólstwa, waśnie rodowe, pożary, byłem nawet u stóp Wezuwiusza w czasie wielkiego wybuchu przed szesnastu laty – jednak czegoś takiego jak to, co wyprawia się teraz, nie widziano w tych stronach chyba nigdy.

Kiedy piszę te słowa, zza okna coraz to dobiegają wrzaskliwe nawoływania z wielu gardeł i tupot wielu nóg przebiegających ulice, brzęk tłuczonych szyb i łomot rozbijanych okiennic. Siedzimy po ciemku w pokojach nad zakładem kąpielowym Partenope przy Imbrecciata di San Francesco, nie śmiąc zapalić nawet ogarka, żeby nie ściąg­nąć na siebie niebezpieczeństwa, a oprócz mnie jest tu jeszcze dziwnym zrządzeniem losu jedna z najświetniejszych w naszym królestwie księżniczek oraz mój stary druh Amedeo, zakrystian z kościoła Najświętszej Marii Panny na Monteoliveto, którego przyjaźń poczytuję sobie za prawdziwy zaszczyt. Jeśli więc w istocie wybiła już nasza godzina, to z braku czegoś lepszego mogę się pocieszać tym, że w drogę na tamten świat wybieram się we wcale doborowej kompanii. Obym tylko, gdy trzeba będzie okrutnej śmierci stawić czoło, okazał się godnym synem mej nieszczęsnej matki. (Mam nadzieję, że będę miał tu jeszcze okazję więcej o niej napisać).

Korzystając z chwili spokoju za oknem, spróbuję ci teraz, czytelniku, wyjaśnić, co się wokół dzieje. Muszę się w tym celu cofnąć o kilka tygodni, do końca maja, kiedy to z Palermo zaczęły dochodzić wieści o tamtejszych zaburzeniach. Za każdym razem kiedy w owym czasie, jak to mam w zwyczaju, dołączałem do gminu przeciskającego się we wszystkich kierunkach po ulicach naszego miasta i ciekaw, dokąd mię to doprowadzi, dawałem się swobodnie unosić ludzkiej fali, w głosach i gestach mijających mię ludzi wyczuwałem jakieś chorobliwe podniecenie. Myślałem zrazu, że to mnie samemu gotuje się w czaszce od upału, przez co nieraz cały świat wydaje się dziwny i obcy jak w jakimś złym śnie, i nawet dla otrzeźwienia raz czy dwa wylałem sobie na głowę kubeł wody ze studni, jednakże w dalszym ciągu – czy to sprzeczki lazaronów (jak się u nas mówi na obiboków wysiadujących od rana do nocy pod Szpitalem św. Łazarza), czy to nawoływania przekupniów na targu, urywki przyśpiewek, akordy gitar, śmiechy i głośne rozmowy dobiegające wieczorami od stołów i ław wystawionych przed traktierniami – wszystko to mi brzmiało na jakąś inną niż zwyczajnie nutę i jakąś inną miarą było popędzane, coraz prędszą, jakby przechodziło z kłusu w cwał. Kiedy czasami z tego zgiełku dochodziły do mnie pojedyncze słowa albo i po kilka słów naraz, począłem się zastanawiać, czy to aby ja sam nie przyczyniłem się niechcący do tego wzburzenia umysłów, powiadamiając w mojej gazecie o trwających rozruchach na Sycylii. Kilka razy zdarzyło mi się bowiem widzieć grupki obdartusów otaczające tego czy innego krzykacza, który myląc się wciąż i potykając na trudniejszych wyrazach, odczytywał im na głos zdanie po zdaniu z wystrzępionego egzemplarza „Wiadomości”.

W ostatnich dniach ze szczególnym niepokojem przyglądałem się przygotowaniom do obchodów zbliżającego się Święta Matki Bożej Szkaplerznej i jak się miało okazać, przeczucie mnie nie myliło. Jest zwyczajem w Neapolu, że rokrocznie na placu przed bazyliką Karmelitów lud wznosi zamczysko ze zmurszałych desek, starych papierów i szmat, po czym w dniu święta dochodzi do wielkiej bitwy na kije, którymi jedni twierdzy bronią, a drudzy ją szturmują. Więcej chętnych zaciąga się zawsze pod sztandary napastników, pewnie dlatego, że forteca tak czy owak musi zostać zdobyta, a mało komu chce się walczyć w sprawie z góry przegranej. Do tego neapolitańczycy kochają się w maskaradach, a owa armia napastnicza występuje zawsze przebrana w turbany i fezy, z twarzami uczernionymi sadzą lub rdzawymi od tłuczonej cegły. Tych cudacznych wojaków nazywa się z dawien dawna alarbami, co pewnie pochodzi od Arabów, aczkolwiek do jakich wydarzeń ów zwyczaj nawiązuje i co ma oznaczać, tego nie udało mi się nigdy dowiedzieć, choć mieszkam w Neapolu już prawie lat trzydzieści i cztery. W tym roku zaciąg do armii alarbów zaczął się kilka dni temu, a więc z dużym wyprzedzeniem, bo przecież święto przypada dopiero szesnastego lipca. Wybrałem się w piątek po południu na piazza del Carmine, gdzie się odbywają manewry tego żebraczego wojska, licząc, że natrafię tam może na coś, co zabawi czytelników mojej gazety. Na sąsiednim piazza del Mercato, a dokładniej w tej jego wolnej od straganów części, gdzie we wtorki i czwartki odbywa się targ na konie, od strony kościoła św. Eligiusza ustawiony jest marmurowy postument, nad którym na pomoście zbitym z mocnych belek wznosi się szubienica, a na niej zwykle dyndają cuchnące ścierwa złoczyńców. Uprzątane są rzadko, bo w tej okolicy trupi odór i tak ginie w ogólnym fetorze walających się wszędzie odpadków ze straganów rybnych i rzeźniczych, rozwlekanych przez psy i koty. (Inaczej bywało, jak słyszałem, za czasów sławnego wicekróla Don Pedra de Toledo, kiedy to wieszano po dziesięciu skazańców dziennie, każdego na świeżym sznurze, dzięki czemu powroźnicy mieli na swój towar zapewniony nieustanny zbyt). Tym razem jednak oba haki na poprzecznej belce szubienicy były wolne. Kiedym przybył na plac, zobaczyłem maszerujących tam i z powrotem po majdanie pstrokato odzianych „Maurów”, którzy dziarsko wymachiwali kijami i tupali do taktu nogami w łapciach z łyka, aż z zeschniętego błota wznosił się kurz. Muszę przyznać, że widać było po nich jakiś dryg do wojennego rzemiosła, kiedy się patrzyło, jak na każde skinienie dowódcy dziarsko maszerują to prosto, to w lewo, to znów w prawo i jak na umówiony znak, nie rozpraszając zwartego szyku, rzucają się pędem do udanego ataku na szubienicę, z kijami to wyciągniętymi przed siebie jak szpady, to znów wzniesionymi nad głową jak szable. Zastanawiało mię jednak, dlaczego skoro to wszystko ma być tylko odpustowym przedstawieniem, ćwiczą tak zawzięcie, że aż pot tryska z nich na wszystkie strony jak woda z psa, gdy się otrząsa po wyjściu z bajora. Czyżby ów rozczochrany młodzik z wielkimi płowymi wąsiskami, który tymi ludźmi dowodzi, umyślił sobie przyćmić wszystkie szturmy alarbów rozgrywane za ludzkiej pamięci? I co mu niby z tego może przyjść?

Miałem wrażenie, że gdzieś już tego człowieka widziałem. Przystanąłem przy budce, gdzie sprzedają gorącą czekoladę, zamówiłem kubek i usiadłszy na ławie, wdałem się w pogawędkę z tymi, którzy wraz ze mną raczyli się wonnym ulepkiem. Pod byle pretekstem naprowadziłem rozmowę na wodza alarbów i w ten sposób dowiedziałem się jego nazwiska. Potem, gdy tylko ogłosił swym podkomendnym chwilę przerwy w ćwiczeniach, podszedłem do niego i uchyliwszy grzecznie kapelusza, zapytałem, czy mam przyjemność z imć Tomasem Aniellem d’Amalfi.

– A bo co? – odburknął, nie zaszczycając mnie nawet spojrzeniem.

Kiedy jednak przedstawiłem się z imienia i nazwiska, dodając, że jestem wydawcą „Wiadomości”, i od razu zapytałem, jak idą przygotowania do szturmu, rozchmurzył się i wyszczerzając do mnie popsute zęby, dziarsko machnął ręką koło ucha.

– A, w rzeczy samej! – zawołał. – Że też nie poznałem od razu, Don Fortunato, kłaniam nisko! Oj, zacny panie – westchnął ze śmiechem – chyba mi Pan Bóg rozum odebrał, żem sobie znów wziął taki kłopot na głowę. Zeszłego roku wyszło nie najgorzej, to i w tym mię do tego wyznaczyli. No i podkusiło mię, głupiego, żeby tym razem zrobić jeszcze ładniej. W domu bieda, dzieciaki wrzeszczą, nie ma im czym zatkać gęby, baba się ciska wściekła jak stado os, a ja tu się, panie, bawię w wojnę.

– A to wy, znaczy, nie jesteście wojskowym? – Udałem zdziwienie.

– Ja? – Zaśmiał się, ale zaraz wyprężywszy się z dumą, jął się bić oburącz w chuderlawą pierś. – Ja jestem rybak! Prawdziwy neapolitański rybak z dziada pradziada!

– Ach tak? Sądziłem, że pochodzisz pan z Amalfi.

– A gdzie tam, to tylko taki ojcowy przydomek. Nigdy tam nawet nie byłem. Ja tutejszy, każdy mię tu zna! Masaniello, rybak z vico Rotto. – Zaraz jednak zmarkotniał, splunął i patrząc w ziemię, wyznał posępnie: – Po prawdzie, jaki tam teraz ze mnie rybak. Łódkę odziedziczoną po ojcach trzeba było sprzedać, i to za marnych parę karlinów, bo już się prawie rozpadała. Teraz trochę handluję starym papierem do pakowania ryb. Ale – dodał, zawadiacko zakręcając ogromnego wąsa – jak się co uda odłożyć, to kupię sobie nową łódkę i wrócę do rybaczki.

Po tych słowach przypomniałem sobie, że istotnie znałem go już wcześniej z widzenia. Od czasu do czasu zjawiał się w drukarni mojej gazety, gdzie wypraszał lub skupywał dosłownie za parę cavallów odpady zadrukowanego papieru, któreśmy mieli wyrzucić. Teraz nagle uśmiechnął się szeroko, pokazując wszystkie dziury w zębach.

– Niech ino jeszcze znajdzie się jaki sposób na tych złodziei, to będę sobie żył jak król! – dodał, wskazując brodą na budę celników, którzy zgodnie z prawem pobierają opłaty od wszelkich towarów sprzedawanych na targu.

Ani mi wówczas przyszło do głowy, żeby za tymi słowami handlarza papierem do zawijania ryb mogło się kryć coś więcej niż pobożne życzenie.

Tymczasem wczoraj, w sobotę rano, dotarła do mnie wieść, że buda celników wyleciała w powietrze. Sprawę zbadali śledczy sądu wikarialnego i wtedy wyszło na jaw, że w podziemiach Karmelitów obok kostiumów dla alarbów leży kilka worków siarki, saletry i innych składników potrzebnych do sporządzania prochu strzelniczego. Mnisi wyjaśniali, że to wszystko przeznaczone jest do wyrobu ogni bengalskich, których pokaz ma uświetnić szturm na papierowe zamczysko w dniu patronki ich kościoła, natomiast o zamachu na posterunek celny nic im nie wiadomo. Sędziowie przyjęli te wyjaśnienia za dobrą monetę, zresztą może i słusznie, a sprowadzeni cieśle w mig postawili nową budę, przy której na noc wystawiono straż.

Kiedym jednak dziś z samego rana przybył na to miejsce, aby się przekonać, czy cieśle dobrze wykonali swoją robotę, trafiłem na nielichą awanturę. Kupcy ze straganów z owocami wzięli się za łby z wieśniakami, którzy im te owoce skoro świt przywieźli, o to, kto ma płacić celnikom podatek. Celnicy znowu, próbując przekrzyczeć jednych i drugich, grzmieli, że wszystko im jedno, kto zapłaci, ale bez opłaty nikomu handlować owocami nie pozwolą. Ludzie, którzy przyszli na targ po zakupy, otoczyli kłócących się ciasnym kręgiem i coraz to któryś z gapiów też coś wykrzykiwał. Jedni brali stronę wieśniaków, drudzy znów kupców, za to cały tłum zgodnie kwitował nieprzyjaznymi pomrukami wszystko, co mówili celnicy. I wtedy nagle od strony koś­cioła Karmelitów tłum zgęstniał, zafalował i pękł pod naporem jakiejś nowej kompanii, która wkroczyła na miejsce zdarzenia, a byli to, jak się okazało, alarbowie ze swoim wodzem Masaniellem, owym właśnie płowo­wąsym handlarzem papieru pakowego. Najwyraźniej nie wiedzieli, co się w ogóle święci, ale zwietrzywszy awanturę, palili się do tego, by się do niej przyłączyć. Zanim jednak zdążyli się rozejrzeć i rozpytać, co i jak, z drugiej strony placu dały się słyszeć jakieś nawoływania i ludzie z ociąganiem zaczęli się rozstępować. Ujrzałem pana Andreę Nacleria, delegata ludu w radzie królestwa, prowadzonego przez kilku znaczniejszych kupców. Ucieszyłem się na jego widok, gdyż był to człowiek powszechnie lubiany, a jego znany wszystkim rozsądek oraz mir, jakim się cieszył wśród neapolitańczyków, pozwalały mieć nadzieję, że jako mediator zdoła doprowadzić do porozumienia. W istocie, na początku udało mu się osiągnąć chociaż tyle, że wszyscy się uciszyli.

Jakiś człowiek przebiegł przed chwilą pędem pod naszymi oknami i zaczął się dobijać do bramy sąsiedniego domu, tego, w którym mieści się znany w całym Neapolu skład serów, tanich, a dobrych. Nie otworzono mu jednak, chociaż nawoływał piskliwym głosem:

– Pani Varricchio! Pani Varricchio, to ja, Nandiello! Niech mię pani wpuści, na rany Chrystusa! Ścigają mię!

Nie doczekawszy się odpowiedzi, pobiegł dalej w stronę piazzetta dei Lepri, a ledwie ucichł tupot jego butów, jego śladem nadbiegło z dwudziestu ludzi, nawołując się hałaśliwie i gwiżdżąc. Chciałem się wychylić przez okno, lecz Amedeo przytrzymał mię za łokieć. Patrzyłem więc tylko, jak odblask ich pochodni przesuwa się po oknach i gzymsach na górnych piętrach domów naprzeciwko naszej kryjówki.

Niespodziewanie z dołu dobiegło łomotanie do naszej bramy. Zamarliśmy. Po chwili usłyszeliśmy zgrzyt uchylanej furty i pijacki bełkot łaziebnego Benita. Z urywków słów, które można było zrozumieć, wymiarkowaliśmy, iż gotów jest napalić w łaźni za opłatą dwudziestu tornezów. Jedni z nagłych gości jęli hałaśliwie wyrażać swoje oburzenie na takowe zdzierstwo, drudzy zaś złajali tamtych, krzycząc, że szkoda czasu na zabawy, i pognali dalej z zawołaniem „Serra, serra!” (które w tutejszym dialekcie oznacza „Kupą, kupą!”), a pozostali co żyw ruszyli śladem prowodyrów.

Kiedy się nieco oddalili, posłyszeliśmy z dołu płaczliwe jęki Benita. Czym prędzej zbiegliśmy z Amedeem na dół i ujrzeliśmy łaziebnika leżącego na brzuchu w uchylonej furcie. Głowa wystawała mu na ulicę – przechylał ją na bok, usiłując podnieść twarz z błota. Obok leżała jego zgasła latarnia. My nie mieliśmy z sobą światła. Brodząc w ciemnościach, wnieśliśmy jakoś biedaka do środka i ułożyliśmy na podłodze. Cofnąłem się do furty i zaryglowałem ją, po czym zabrawszy latarnię, czym prędzej powróciłem do łaźni. Okiennice były spuszczone, więc odważyliśmy się skrzesać ogień. Kiedy latarnia zapłonęła, okazało się, że po twarzy Benita spływa krew. Musieli go na odchodnym zdzielić przez łeb jakąś pałką, bo miał rozciętą skórę na środku głowy. Pewnie wyszedłby na tym gorzej, gdyby nie jego gęsta, zmierzwiona czupryna, która najwyraźniej osłabiła impet uderzenia i uchroniła czaszkę przed strzas­ka­niem. Wygląda na to, że będzie żył. I niech mi teraz ktoś powie, że warto rozczesywać włosy!

Opatrzyliśmy go, jak umieliśmy, kazaliśmy mu leżeć i powróciliśmy na górę, do Donny Svevy, która przez cały ten czas czekała w ciemnościach, nie wiedząc, co się dzieje.

Wracam tedy do mojej opowieści. Jak już pisałem, delegat Naclerio poprosił najpierw, by się wszyscy uciszyli, co też się stało, a następnie, by w imieniu każdej ze stron wyłożył jej racje jeden człowiek.

Na początek dał pan Naclerio głos przełożonemu celników. Ten zaczął od tego, że postukał laską w drewnianą tablicę z wypisanymi taryfami.

– Tu widać czarno na białym – oznajmił tubalnym głosem, niezbyt ściśle, bo tablica była czarna, a taryfy na niej wypisano białą kredą – że za każdy cetnar sprzedawanych owoców ma być pobrana opłata w wysokości pięciu karlinów. I zauważcie, o co wy się, ludzie, tak wykłócacie. Pięć karlinów od cetnara to przecież nie majątek, ledwo jakieś trzydzieści trzy od sta!

Tu wszczął się znów mały tumult, gdyż jęły się podnosić okrzyki, że to i tak wielkie zdzierstwo. Naclerio błagalnym gestem wzniósł ręce i znów się uciszyło. Głos zabrał następnie jeden z kupców:

– Ośmielam się zwrócić panu delegatowi uwagę, iż czcigodny pan inspektor w swych obliczeniach nie uwzględnił tego, że część owoców zawsze pozostaje niesprzedana – tłumaczył spokojnie, zwracając się wprost do Nacleria jak do sędziego w trybunale. – Co się z takimi owocami robi? Nadpsute się wyrzuca, a te jeszcze dobre odkłada do osobnego kosza albo worka, z którego ktoś je może nazajutrz kupi za niższą cenę. Czasem pod wieczór zostaje na straganie nawet i połowa sprzedawanego towaru. Ale załóżmy, że ćwierć. Z tego można mniej więcej połowę sprzedać nazajutrz za pół ceny. Czyli wartość handlowa tej ćwierci to szesnasta część całości. A trzy szesnaste się traci. To daje dziewiętnaś­cie od sta. Na tym jednak nie koniec. Bo przecież zważcie, panowie: my, kupcy, żyjemy z tego, że kupujemy owoce od wieśniaków po niższej cenie i odsprzedajemy mieszkańcom Neapolu po wyższej. O ile wyższej, zapytacie, szanowni panowie? Gdybyśmy sprzedawali drożej tylko o tych dziewiętnaście od sta, być może nie tracilibyśmy na niesprzedanych owocach, ale z czego byśmy zarobili na chleb dla naszych dziatek? Za godziwy czysty zysk uważa się zwykle co najmniej piętnaście od sta, ale załóżmy, że zadowolimy się jedenastoma. Razem z owymi dziewiętnastoma daje to trzydzieści od sta! Cetnar melonów kupiony za półtora dukata musimy więc sprzedać za prawie dwa dukaty, dokładnie dukata, dziewięć karlinów i pięć granów, żeby w ogóle wyjść na swoje. Jeśli jednak za każdy cetnar musimy uiścić jeszcze pięć karlinów cła – wyjaśniał dalej kupiec, choć widać było, że mało kto ze słuchaczy nadąża za jego wyliczeniami – nasza cena na straganie wzrasta do dwóch dukatów, czterech karlinów i pięciu granów za cetnar. To daje jakieś szesnaście tornezów za dwufuntowego melona! Pytam: kto by miał chęć na melona za szesnaście tornezów?

– Oj, bywają melony warte każdych pieniędzy! – zakrzyknął jakiś żartowniś, a kilku gapiów zarechotało. Kupiec jednak nie dał się zbić z pantałyku.

– A jakże – przyznał z uśmiechem. – Ale ja na moim straganie oferuję melony na sztuki, nie parami. Za to każdy może obejrzeć towar z bliska – ciągnął filuternie – wziąć go do ręki, a nawet lekko pomacać. Tylko że jeśli ma on kosztować takie pieniądze, niejeden będzie się musiał samym macaniem zadowolić.

Odpowiedział mu gromki śmiech i dałbym głowę, że wielu było gotowych przyznać mu rację. Zaśmiał się nawet pan Naclerio, zapalony miłośnik teatru, po czym zwrócił się do wieśniaków:

– Co na to nasi zacni dostawcy?

Jeden z chłopów wystąpił i wcale dorzecznie jął objaś­niać, że i oni, jeśli mieliby płacić cło za sprzedane owoce, musieliby je sobie odebrać od kupców. Inaczej zamiast półtora mieliby z cetnara gołego dukata.

– Ile takich cetnarów możecie zebrać z waszego pola? – zapytał pan Naclerio.

Wieśniak podrapał się w głowę.

– A, panie, różnie bywa. Jak obrodzi, to może i ze sto.

– Jakie tam sto! – zaprotestował głośno jakiś inny chłop. – Ja jak trzydzieści cetnarów zbiorę, to chyba pójdę na kolanach do świętego Januarego!

– Ale i tak ci, kołku wsiowy, zostaje trzydzieści dukatów w ręku! – ryknął ochryple któryś z alarbów. – A ja noszę cegły na budowie, że mi prawie flaki uszami wychodzą, i mam z tego piętnaście tornezów za dzień! Ja bym musiał mieć co dzień robotę, w niedzielę i święta, żeby dostać przez rok tyle, co ty masz z samych ino melonów!

– A ty myślisz, że co, że mi te melony same na wózek wskakują? Że same z siebie z ziemi wyrastają? Ty mi tu będziesz, lazaronie jeden, prawił, jak się ciężko pracuje?

Już rzucali się do bitki ci dwaj, a za nimi wszyscy chłopi i część miastowych, kiedy wpadł między nich mój nowy znajomy, płowowąsy były rybak Masaniello, i tak zakrzyknął:

– Ludzie! Wy tu sobie skaczecie do gardeł, a im przecie w to graj! Oni się z was śmieją w żywe oczy! Toż tego podatku miało w ogóle nie być! Co nam obiecali w wilię Bożego Narodzenia? No, co?

Ludzi przez chwilę zamurowało, po czym rozległy się krzyki:

– Prawda! Dobrze mówi! Miało nie być żadnych podatków! Tak mówili!

Była to istotnie prawda, o czym mogę zaręczyć, będąc naocznym świadkiem wydarzenia, o którym była mowa. Pół roku temu w drodze na pasterkę do Karmelitów przejeżdżał tędy sam wicekról, Don Rodrigo Ponce de León y Álvarez de Toledo, czwarty książę Arcos. Tu, na piazza del Mercato, tłum ludzi idących ze świecami na nabożeństwo otoczył karetę, czemu początkowo nikt nie próbował przeciwdziałać, biorąc to za przejaw popularności księcia. Wkrótce jednak sytuacja stała się niebezpieczna, gdyż okazało się, że motłoch, chwytając za uprząż, wstrzymuje konie, wskakuje na stopnie powozu, szarpie za klamki u drzwi, wali pięściami w szyby, wskakuje na kozioł, spychając stangreta, a nawet znalazł się jakiś śmiałek, który w okamgnieniu wspiął się na dach i tam jął przytupywać do taktu obcasami, małpując hiszpańskie tańce wprost nad głowami wicekróla i jego małżonki. Widocznie jednak aż takie zuchwalstwo uzmysłowiło ludowi niestosowność całego zajścia i przywiodło go do pewnego opamiętania. Tancerza ściągnięto z dachu i tłum nieco odstąpił od karety – ale przejazdu nie dał. Wicekról stanął wówczas w drzwiach powozu i z wymuszonym uśmiechem pozdrowił lud z okazji narodzin naszego Zbawiciela. W powstałej ciszy nagle zza głów ludzi ktoś zawołał: „Precz z nowymi podatkami!”. A cały motłoch podchwycił te słowa, raz po raz gromko je wykrzykując zgodnym chórem. Książę de Arcos nadal się uśmiechał, ale w głębi serca z pewnością kipiał gniewem, gdyż tam, skąd do nas przybył, jest rzeczą nie do pomyślenia, by lud ośmielał się głośno stawiać swemu władcy jakieś żądania. Cóż, zapewne już wcześniej miał Don Rodrigo sposobność się przekonać, że tu nie Hiszpania i jego uprzednie doświadczenia z wicekrólowania w Walencji nie na wiele się tu zdadzą. Powściągnął więc gniew i, wciąż z tym samym krzywym uśmiechem na twarzy, uniósł ramię na znak, że chce coś powiedzieć. Uciszyło się.

– W imieniu Króla Jegomości – przemówił nieco tylko drżącym głosem – ogłaszam uroczyście: żadnych nowych podatków w Neapolu nie będzie!

Rozległo się radosne wycie z wieluset gardeł. Ludzie rzucali czapki w górę, wznosili okrzyki na cześć księcia de Arcos i króla Filipa, intonowali radosne przyśpiewki i posyłali wicekrólowi pocałunki. Ten chciał jeszcze coś powie­dzieć, ale nie dali mu dojść do słowa, wobec czego rad nierad skłonił się ludowi pięknie, zataczając koło kapeluszem, i z godnością zasiadł w karecie. Tłum rozstąpił się zaraz i wśród pobożnych śpiewów poprowadził konie za uzdy do samego kościoła, oświetlając drogę pochodniami i świecami.

Oczywiście nawet nie próbowałem wspominać na łamach „Wiadomości” o tym incydencie, rozumiejąc, że byłby to koniec mojej gazety. A że nie było o tym ani słowa także w urzędowych pismach sporządzanych na wicekrólewskim dworze, więc tak jakby to się nigdy nie zdarzyło. Prawdę mówiąc, gdyby władze wywiązały się z danego przez wice­króla słowa, nie miałyby skąd wziąć miliona dukatów, który musiały rokrocznie posyłać do Madrytu. Tak czy owak nikt na dworze się tym przykrym przedmiotem nie zajmował. Wydawało się, że i lud o nim zapomniał, gdyż aż do dzisiejszego poranka nie dopominał się o spełnienie owej wigilijnej obietnicy.

Być może nie wszyscy nawet o niej wiedzieli. Delegat Naclerio, zauważmy, był wielce zdumiony, gdy mu teraz o wszystkim powiedziano, i obiecał, że rzecz pilnie sprawdzi. Tymczasem radził, żeby na razie ów haracz uiścili za pokwitowaniem wieśniacy, a jeśli się okaże, że faktycznie Don Rodrigo podatek był zniósł, kamera wicekrólewska zwróci im nadpłacone sumy. Przyklasnęli temu kupcy i inni miastowi, ci pierwsi jednak od razu zapowiedzieli wieśniakom, że nie myślą im płacić z tego powodu ani cavalla więcej. Na to chłopi zawrzasnęli, że taki świstek – czyli pokwitowanie – to sobie mogą miastowi zwinąć w rurkę i wetknąć w dziurkę. Celnicy tymczasem zabierali się już do ważenia przywiezionych owoców. Widząc to, jakiś wieś­niak, z oczami nabiegłymi krwią jak szarżujący bawół, wypadł z tłumu i odepchnąwszy celnika, aż się tamten zwalił na ziemię, zrzucił z wagi wielki kosz pełen brzoskwiń, które zaraz potoczyły się na wszystkie strony.

– Mata i udławta się! – huknął potężnym basem. – Żryjta, aż się zebździta i porzygata! Bo nas tu więcej nie zobaczyta! Niech wam tera Hiszpan owoc przywozi! Bez morze! Z robakami i szczurzymi gówienkami! A co!

Inni chłopi zaraz poszli w jego ślady i wysypywali swoje owoce na ziemię, a na to wypadli od razu ze swojej budy pozostali celnicy, a było ich tam z tuzin, a razem z nimi jeszcze drugie tyle zbirów1, i hurmem rzucili się na owego rozjuszonego wieśniaka, który poturbował był ich kolegę. Zaczęli go okładać pięściami, a gdy upadł, kopać i włóczyć po ziemi. Wydawałoby się, że na tym się skończy, bo wieś­niacy bali się wdawać w bójki ze stróżami prawa, bądź co bądź będąc na placu w mniejszości, ale nagle ten mój znajomy chudzielec, ten rozczochrany były rybak, zagwizdał przeraźliwie na dwóch palcach, aż mi w uszach zaświdrowało, po czym błyskawicznie podniósł z ziemi dorodną brzoskwinię i cisnął nią tak celnie, że ugodził naczelnika celników w oko. Ów zawył z bólu, a wszyscy alarbowie od razu poszli w ślady swojego wodza, niczym kamieniami obrzucając celników i zbirów owocami. Nigdy bym nie przypuszczał, że figi, śliwki i brzoskwinie mogą być tak groźną bronią. Niczym wobec niej były szpady zbirów, którzy mało brakowało, a zginęliby zasypani gradem twardych owoców. Na szczęście w porę dali w tył zwrot i rozbiegli się po całym placu. Tłum rzucił się ich ścigać, gdyż widząc ich poniżenie, zapałał chęcią, by ich pohańbić do ostatka – zobaczyć, jak błagają o litość, a potem długo umierają, skowycząc i rzężąc jak zatłukiwane kijami psy. O ile dobrze widziałem, wszystkim celnikom i zbirom udało się jednak umknąć pościgu, uciekł również pan delegat ludu – jak się później okazało, przedostał się na nabrzeże, skąd zabrała go barka.

Tymczasem na placu działy się rzeczy nie do opisania. Ludzie, zdawałoby się, postradali rozum. Nie widząc już, na kim mieliby wyładować szał, zabrali się do niszczenia wszystkiego wokół. Nie rozróżniłbyś już, kto tu ze wsi, a kto z miasta, kto sprzedawca, a kto kupujący, bo oto wszędzie kłębił się rozochocony motłoch, z trzaskiem łamanych desek upadały stragany i budki, kwiczały prosięta, skrzeczało ptactwo, a ludzie darli się jak opętani.

Wiedziałem już, że oto dzieje się coś niezwyczajnego, coś, co może na trwałe zmienić życie w naszym kró­lestwie, i że moją jako kronikarza codzienności powinnością jest być przy tym, widzieć i słyszeć jak najwięcej, wszystko pilnie notować, a co się tylko uda, podać do wiadomości ogółu. Nie zważałem więc zrazu na to, że w tej orgii gwałtu i zniszczenia i mnie może się oberwać. Zastanawiałem się tylko, czy nie należałoby udać się teraz do Pałacu Wice­królewskiego, by zgodnie z zasadami gazetowego rzemiosła, które mi za młodu wpojono w Wenecji, poznać z kolei stanowisko drugiej strony, to jest władz. Jednak po krótkim namyśle postanowiłem na razie pozostać na placu, uznając, że wypadki tutaj mogą się w każdej chwili potoczyć w zupełnie nieprzewidzianym kierunku, a po fakcie będzie mi trudno wiernie odtworzyć ich przebieg, z doświadczenia wiedziałem bowiem, że nic tak nie oddala od prawdy jak relacje naocznych świadków. Możesz mię tu, czytelniku, schwycić za słowo, bo kimże jestem ja sam, jeśli nie naocznym świadkiem, ale ja ci na to odpowiem, iż z czasem się przekonasz, czy można się zdać na moją spostrzegawczość i osąd.

Podczas największego rozgardiaszu starałem się nie tracić z oczu głównych postaci dotychczasowych wydarzeń: tych spośród kupców i chłopów, którzy najwięcej się wypowiadali w imieniu swoich stanów, oraz owego zawadiackiego byłego rybaka, wodza alarbów. Tylko jednak ten ostatni nadal pojawiał się w moim polu widzenia, zaraz bowiem na początku zamieszek wskoczył na pomost pod szubienicą i stamtąd dowodził swoimi wojownikami. Przyglądając mu się, zwróciłem uwagę na nieczęsto spotykany u tak prostych ludzi wyraz postawienia w stan gotowości wszystkich mocy umysłu. Choć był, co zrozumiałe, silnie wzburzony, o czym świadczyły niezdrowe wypieki na węźlastych policzkach, gwałtownie poruszające się nozdrza i żyły pulsujące na jego bądź co bądź młodym jeszcze czole, to zarazem widziałem, jak pilnie przygląda się wszystkiemu, co się dzieje na placu, jak bez wahania władczo daje znaki i rzuca zwięzłe rozkazy swym ludziom, ani na chwilę nie odrywając wzroku od rzeczy, które w danej chwili przykuły jego uwagę. Uderzyło mię zwłaszcza, co dostrzegłem raz czy dwa, jak mimo oczywistego napięcia wszystkich uczuć coraz to pozwalał sobie na chwile rozluźnienia, a nawet krotochwili, rzucając półgębkiem do swych towarzyszy uwagi, których nie mogłem słyszeć, ale których charakteru można się było domyślić po błysku beztroskiego uśmiechu przez jedno mgnienie oka rozjaśniającego jego zaciętą twarz. Nie wydaje mi się wszelako, aby były to żarty zbyt grube, gdyż tamci, którzy przy nim byli, nie śmiali się z nich w głos, tylko uśmiechali się tak samo nieznacznie i równie przelotnie jak ich dowódca.

W pewnej chwili zauważył mnie i rozpoznawszy, uśmiechnął się szeroko.

– No, proszę, Don Fortunato! – zawołał. – Chodźże pan tu do nas. Stąd lepiej widać.

Nie uznał widać za potrzebne przedstawiać mi swoich kompanów, toteż poprzestaliśmy z nimi na wymianie nieznacznych skinień głową, gdy uchwyciwszy się wyciąg­niętej dłoni wodza żebraczej armii, stanąłem na podwyższeniu.

Spoglądanie na świat z wysokości szafotu było czymś zupełnie nowym nawet dla mnie, którym niejednego doświadczył. W istocie, widać było stąd wszystko jak na dłoni. Akurat nieopodal jakaś brzemienna kobieta upuściła na ziemię koszyk zakupów i opadła z jękiem na kolana, a wokół niej rozlała się zaraz kałuża wód płodowych. Biedaczka wyprężyła się do tyłu, podpierając się rękami i przeraźliwie krzycząc, lecz choć widziałem ten krzyk na jej twarzy, wcale go nie słyszałem, gdyż ginął zupełnie w panującym zgiełku. Dopiero po dłuższej chwili zatrzymał się przy niej jakiś ciekawski, potem drugi, trzeci i tak w końcu otoczył ją krąg gapiów, przez których przedarła się nagle i podeszła śpiesznie do rodzącej kobiety jakaś wysoka postać. Rozpoznałem w niej doktora Gioseppe Donzellego; znamy się z nim od dawna, jeszcze z czasów nieodżałowanego mistrza Della Porty, u którego obaj bywaliśmy w młodości częstymi gośćmi. Byłbym podszedł się z nim przywitać, ale jakoś niezręcznie mi było w tej chwili opuszczać podwyższenie, nie powiedziawszy ani słowa wąsaczowi, a ten był akurat zajęty rozmową z jakimiś ludźmi, którzy mu zdawali relację o tym, co się działo na placu przed jego przybyciem. Tymczasem doktor Donzelli, nie zwlekając, zabrał się do urządzania pomocy dla rodzącej. Znalazły się zaraz jakieś deski, na których z pomocą przechodniów ułożył położnicę jak na noszach, po czym kazał ją zanieść do budki z czeko­ladą. Sam szedł przy jęczącej kobiecie, przemawiając do niej łagodnie, znalazł jednak zarazem po drodze czas, by zwerbować dwie doświadczone jejmoście do pomocy. Wszystkim innym zabronił wstępu do budki, nawet tym, którzy nieśli nosze, ba, bez ceregieli wyrzucił na zewnątrz dwóch kuchcików, którzy tam czekoladę gotowali.

Obróciłem znów wzrok na Masaniella i ujrzałem go w otoczeniu tuzina alarbów, do których coś mówił ściszonym głosem, i choć nie słyszałem ani słowa, to przecież tak wymachiwał przy tym rękami i stroił tak pocieszne miny, iż jasne było, że klaruje swym podkomendnym, co mają teraz robić. Na koniec wszyscy oni kiwnęli naraz głowami, zeskoczyli z podestu i rozbiegli się po całym placu, a za nimi pociągnęły całe watahy uzbrojonych w kije obwiesiów. O ile dobrze widziałem, kierowali się wszędzie tam, gdzie się najbardziej kotłowało.

Po chwili zauważyłem, że drzwi budki z czekoladą uchyliły się i stanęła w nich jedna z owych kobiet, które doktor Donzelli ściągnął do pomocy. Uśmiechała się od ucha do ucha, z dumą prezentując trzymane przed sobą zawiniątko z białego płótna. Kiedy wokół niej zebrali się ludzie, uchyliła rąbek zawiniątka, ukazując malutką, pomarszczoną twarzyczkę noworodka, i usłyszałem jego płacz. Widok bezbronnej istotki, której udało się bezpiecznie przyjść na świat pośród tej groźnej zawieruchy, wzruszył mię do tego stopnia, że nie od razu zdałem sobie sprawę z niezwykłoś­ci tego, co słyszę. Słyszałem bowiem oto płacz dziecka, choć dopiero co nie słyszałem przeraźliwych krzyków jego matki, ginących w ogólnym rwetesie.

Ale rwetesu już nie było. Rozejrzałem się po placu. Tak, szalejąca wokół orgia zniszczenia niewątpliwie przygasała. Nie było już powszechnego biegania, skakania, rzucania, kopania, przewracania, darcia, łamania i burzenia. Gdzieniegdzie tylko ktoś ścigał uciekającego prosiaka albo zbierał z ziemi rozsypany towar. A gdy tylko gdzieś na nowo wzbierała zawierucha, zaraz podbiegało kilku alarbów z kijami i zaprowadzało porządek.

Muszę przyznać, że mi w owej chwili Masaniello zaimponował. Wyglądało na to, że nikt inny, tylko on poprzez swoich ludzi przywrócił porządek na placu. Spojrzałem na niego. Wciąż stał kilka kroków za mną na podwyższeniu, pogrążony w rozmowie z jakimś zgarbionym starcem, którego tam jeszcze przed chwilą nie było. O czym mówili, nie słyszałem, rozmawiali bowiem półgłosem, a Masaniello przychylał ucho do bezzębnych ust starego, raz po raz kiwając głową. W końcu uścisnął starca za ramiona i szybko podszedł do brzegu szafotu, jak aktor wychodzący na proscenium. Uniósł prawą rękę, a lewą przytknął do ust i przeraźliwie zagwizdał na palcach. Zapadła cisza i wszystkie oczy zwróciły się na niego.

– Chłopiec czy dziewczynka? – zawołał donośnym, przenikliwym głosem.

Zrazu tylko ci, którzy stali bliżej budki z czekoladą, zrozumieli, czego dotyczyło to pytanie.

– Dziewczynka! – odpowiedzieli. – Śliczna jak kwiatuszek!

– No to dajcie ją tu, do wujka Masaniella! – zakrzyknął wesoło i wyciągnął przed siebie ręce.

Chociaż doktor Donzelli, który właśnie wtedy wynurzył się z budki, próbował temu przeszkodzić, jejmość trzymająca dziecko przecisnęła się zaraz do szafotu i podała je wąsaczowi. On wziął ostrożnie zawiniątko z jej rąk, po czym prostując się, przytulił rozwrzeszczaną dziecinę do piersi. Rozległy się burzliwe oklaski, zupełnie jak w teatrze. Masaniello przyłożył palec do ust, na co oklaski ucichły, i przeszedł się powoli wzdłuż brzegów szafotu, kołysząc małą w ramionach, aż przestała płakać.

– Ti, ti, ti, dzidzia, śliczna jesteś, wiesz? – Ucałował czerwoną twarzyczkę dzieciątka. – Ej, słuchajcie, słuchajcie – oznajmił scenicznym szeptem, strojąc przy tym błazeńskie miny – przecież dziś na tym placu narodziła nam się przepiękna panna. A zwać się będzie ta panna, słuchajcie, słuchajcie, zwać się będzie… Partenope Liberata! – wykrzyknął na koniec triumfalnie, unosząc dziecinę nad głową.

Odpowiedział mu radosny wrzask tłumu, z którego po chwili wyłoniło się skandowanie: „Par-te-nope! Li-be-rata!”. Były rybak przyglądał się temu czas jakiś, podkręcając wąsa, a potem gestem ręki dał znać, że chce jeszcze coś powiedzieć, i gdy się uciszyło, przemówił w te słowa:

– Ale, ale, kochani, ja rozumiem, wszystko to bardzo pięknie, ale tak nie można! – Pokręcił stanowczo głową. – Nie można bez Pana Jezusa, nie godzi się. Do kościoła! – wykrzyknął z zapałem. – Do kościoła, przyjaciele!

Pochylił się i wyciągnąwszy przed siebie ręce, podał maleństwo tej samej dobrej kobiecie, która ciągle stała u stóp podwyższenia, po czym sam zręcznie zeskoczył na ziemię. Wziął jejmość pod ramię i szybkim krokiem poprowadził ją przez plac, nie czekając, aż tłum się przed nimi rozstąpi. A wtedy dosłownie wszyscy, którzy byli na placu, jak jeden mąż ruszyli wraz z nimi do bazyliki Karmelitów, chociaż tuż obok, za plecami, mieli o ileż okazalszy kościół św. Eligiusza, a z lewej strony mijali stojący przy samym Mercato kościół św. Krzyża.

Ach, trzeba ci było widzieć, mój czytelniku, jak ten tłum, dopiero co kłębiący się bezładnie niczym pszczoły w ulu, wciąż jeszcze zdyszany i zlany potem po niedawnych dzikich harcach, teraz w ciszy i skupieniu sunął zwartą masą do wąskiego przejścia pomiędzy domami zamykającymi plac od wschodu, gdzie w prześwicie widać było zielono-złotą dzwonnicę Karmelitów.

Masaniello raźnie kroczył przed siebie środkiem tego tłumu, wciąż trzymając ową jejmość pod ramię. Z taką łatwością poruszał się w przemieszczającej się dużo wolniej zwartej masie ludzkiej, jakby szedł przez łan zboża. Przyglądałem się z podwyższenia, jak szybko były rybak z chwilową towarzyszką wysuwają się na czoło pochodu, w końcu jednak uznałem, że trzeba i mnie podążyć do bazyliki, aby być świadkiem tego, co się tam przydarzy. Zeskoczyłem więc także z pomostu i wmieszałem się w tłum, podążając tam gdzie wszyscy, ale zarazem rozglądając się za mym znajomym doktorem. Prędzej jednak niż na niego natrafiłem niespodziewanie na mego chrześ­niaka, Venanzia Barrę, który od jakiegoś czasu służy mi za sekretarza i pomaga w pisaniu „Wiadomości”. Kochany ten chłopak odebrał był w drukarni wiadomość ode mnie, że wybieram się na piazza del Mercato, i tknięty jakimś przeczuciem, z miejsca pośpieszył tam za mną. Dzięki temu mogliśmy teraz rozdzielić między siebie kronikarskie obowiązki. Ustaliliśmy, że Venanzio uda się czym prędzej do Pałacu Wicekrólewskiego i spróbuje się tam zobaczyć z Don Montoyą de Cardenasem, byłym proregentem Sądu Wikarialnego, który ma wiele życzliwości dla jego ojca. W ten sposób uda mu się może czegoś dowiedzieć o zamiarach władz. Ja zaś tymczasem będę się trzymał jak najbliżej imć Masaniella. Mieliśmy się spotkać przed wieczorem w malarskiej pracowni Barry seniora przy via Gesù Nuovo.

Venanzio, nie mieszkając, ruszył tedy w prawo, przez vico Santa Maria a Parete na Strada Nuova, by drogą nadmorską jak najprędzej dotrzeć w okolice siedziby wicekróla, podczas gdy ja podążyłem za tłumem przez niewielki przesmyk między dwoma domami na plac przed kościołem Karmelitów. Tu dopiero się okazało, że nawet nie mam co marzyć o dostaniu się w obręb murów bazyliki. Gdy bowiem wszyscy z wielkiego piazza del Mercato ściągnęli na mały piazza del Carmine, a dołączyli do nich inni, nadchodzący z przeciwnej strony, od Porta Nolana, z lewa, od via del Lavinaio, i z prawa, od strony morza, zrobił się taki ścisk, że nie sposób było ruszyć nawet łokciem. Cudem tylko dopchałem się do połowy placu, skąd mogłem widzieć w pewnym skrócie fasadę kościoła, a z jego wnętrza chwilami dobiegały mię urywki wygłaszanych tam słów. Bardziej się ich wszelako domyślałem, niż je słyszałem, do czego przyczyniała się otaczająca mię ciżba, która w ślad za zgromadzonymi w kościele powtarzała nieskładnie: „Renun­tio… Renuntio… Credo… Credo… Credo… Amen…”.

Trwało to wszystko dość długo, o wiele dłużej niż zwyk­łe niedzielne nabożeństwo, a przez cały ten czas tłum przed kościołem stał unieruchomiony w nieznośnym skwarze. I ja tkwiłem pośród niego ściśnięty pomiędzy ciałami obcych mi zupełnie ludzi, z których jedne były napuchłe tak samo jak moje (a ich przykry dotyk uświadamiał mi, czym może być dla innych dotyk mego ciała), drugie zaś były kościste i te wpijały się we mnie boleśnie, a wszystkie one jednakowo ostro zalatywały wszelkimi możliwymi zapachami, jakie uznaje się zazwyczaj za niemiłe.

Coraz bardziej nabierałem poczucia, że moje uwięzienie wśród tłuszczy niczemu w gruncie rzeczy nie służy i jeślibym się stamtąd na jakiś czas oddalił, nic na tym nie stracę. Moje myśli krążyły cały czas wokół pewnej sprawy niemającej żadnego związku z obecnymi wydarzeniami, a która w jakimś stopniu zaprzątała moją uwagę, jeszcze gdym tego ranka wychodził ze swego mieszkania. Otóż sądź sobie o tym, co ci się podoba, mój nieznany czytelniku, lecz prawdą było, iż myśli moje wybiegały wówczas jak na skrzydłach do spodziewanej schadzki z pewną bardzo ognistą młodą osóbką. Sprawdziłem na zegarku, że umówiona godzina się zbliża, tymczasem nic nie wskazywało na to, żeby nabożeństwo miało się ku końcowi. Oceniwszy w myśli wszystkie okoliczności, doszedłem do wniosku, że jeśli nawet rozruchy zostaną jeszcze dziś wznowione, to nie wcześniej, aż miną godziny najcięższego skwaru. Widać stąd, że jeśli mym oczom umknęło z dzisiejszych wydarzeń coś istotnego, stało się to za podszeptem Wenery.

Aby więc rzec krótko o tym, co nie jest warte długich roztrząsań, opuściłem z takim trudem zdobyte miejsce na placyku przed kościołem i z nie mniejszym trudem jąłem się przeciskać ku via del Lavinaio, a gdym się już na niej znalazł, ruszyłem raźno pod górę. Po niedługim czasie dotarłem na miejsce mej schadzki, czyli tu właśnie, gdzie w tej chwili zapisuję te słowa.

Wówczas jednak nie miałem jeszcze zamiaru przepędzać tu nocy – gdym wchodził do pomieszczeń łaziebnych, dzwony na wieżach pobliskich kościołów wybijały akurat pierwszą godzinę. Benito przywitał mię uniżenie, przyjął drobną monetę wartości dwudziestu cavallów i widząc mój pośpiech, bez zwłoki otworzył przede mną drzwi na klatkę schodową. Na piętrze wyszedłem na znany mi dobrze korytarz, skąd przechodzi się do trzech pokoi gościnnych i salonu, w którym urzęduje właścicielka Partenopy.

Jest nią zaś – i nie zdradzam tu żadnej tajemnicy, gdyż wiedzą o tym wszyscy w Neapolu – sławna tutejsza kurtyzana zwana Maltanką. Nie jestem pewien, czy rzeczywiście pochodzi z Malty, bo choć śmiem twierdzić, że jesteśmy w przyjaźni, nigdy nie udało mi się z niej wydobyć w tej mierze żadnych bliższych wiadomości. Trudno mi też wyrokować na podstawie zaśpiewu, gdyż nie znam się zbyt dobrze na odmianach neapolitańskiej gwary, będąc samemu rzymianinem z urodzenia, i to wychowanym pośród przybyszów z Lotaryngii, sądząc jednak po jej urodzie, Maltanka może równie dobrze pochodzić z każdej części Włoch, jak również Grecji, Afryki czy Lewantu. W odróżnieniu jednak od większości mieszkanek krain Południa ząb czasu zdaje się jej wcale nie imać. Mogę tu śmiało powiedzieć, że będąc dobrze po pięćdziesiątce, jest ona wciąż jedną z najpiękniejszych dam tego królestwa i niełatwo byłoby mi wskazać taką, która mogłaby jej wydrzeć palmę pierwszeństwa. Znamy się już ponad trzydzieści lat, prawie od początków mojego pobytu w Neapolu. Przez te lata nie­jeden raz miałem z nią schadzkę w łożu i mogę zapewnić, że dotknięcie jej ciała równie jest czarowne jak widok jej postaci, jednak mimo łączącej nas zażyłości za każdym razem musiałem za tę przyjemność płacić. „Niech ci wystarczy, że masz u mnie zawsze rabat, Fortunato – powtarzała, gdym się po starej znajomości półżartem domagał darmowych pieszczot. – Ale ty jesteś przecie uczciwym drukarzem, nieprawdaż?”. „Za pozwoleniem, nie drukarzem, tylko redaktorem!” – oponowałem. „Więc dobrze, redaktorem, uczciwym redaktorem. Czyżbyś nagle zapragnął się trudnić stręczycielstwem? Bo my, kurtyzany, oddajemy się za darmo tylko swoim rajfurom. Podczas gdy ja i ty jesteś­my przyjaciółmi – i niech tak zostanie”.

Dziś jestem jej wdzięczny za takie postawienie sprawy, uchroniła mię bowiem w ten sposób przed nieszczęś­liwą miłością. Kto wie, może bym się i z nią ożenił, gdyby wyraziła w swoim czasie taką wolę, a wówczas z pewnoś­cią z czasem zacząłbym zadręczać siebie i ją zazdrością tudzież bezsensownymi pretensjami o jej postępowanie w przeszłości. Skoro więc już człowiek musi się kochać nieszczęśliwie w jakiejś białogłowie, lepiej, żeby to była cudza żona niźli własna. Co prawda tak się złożyło, że przepędziłem życie samotnie i chyba nie mam już nadziei na potomstwo, ale wątpię, czy Maltanka, przy wszystkich swoich zaletach, byłaby na tę samotność dobrym lekarstwem. W gruncie rzeczy niewiele zresztą o niej wiem. By rzec prawdę, nie znam nawet jej prawdziwego imienia. Zwykle zwracałem się do niej: „moja Maltanko” albo: „Najpiękniejsza”.

Od jakiegoś czasu nie sypialiśmy z sobą wcale. „W naszym wieku to już nie wypada” – oświadczyła mi kiedyś ze śmiechem. Nie znaczy to bynajmniej, że wycofała się ze swego powołania. Co ciekawe, jak mi się zwierzyła, żąda obecnie tym wyższej zapłaty, im młodszy gość jej się trafi. „Niedoczekanie tych młodziaków, żebym miała być dla nich jak tani sikacz w brudnej spelunce – taki, żeby tylko się zamroczyć. Chcą skosztować najlepszego starego wina – niech płacą” – tak powiada. Natomiast jegomościów starszych wiekiem Maltanka traktuje z większą pobłażliwoś­cią, uważając, że dla nich jest przecież jeszcze całkiem młoda. Przez te wszystkie lata zgromadziła zapobiegliwie dość grosza, by spokojnie myśleć o starości. Patronuje za to młodym kurtyzanom, o które dba jak o własne córki.

Jedną z nich poleciła mi niedawno jako wyjątkowo urocze i namiętne stworzenie. „Nie żałuj jej grosza; nieszczęs­na klepie biedę przy mężu próżniaku, który nie umie jej zapewnić godziwego życia – mówiła mi Maltanka. – Ale nie myśl, że ona przychodzi tu tylko dla pieniędzy: przekonasz się, że naprawdę znajduje w tym upodobanie. Dlatego osobiście wybieram jej gości, żeby się dziewczyna nie zraziła”.

Fiammetta, bo pod takim imieniem ją znałem (nie wątpię, że był to pomysł Maltanki, którą sam w swoim czasie zaznajomiłem z dziełami Boccaccia), spotykała się ze mną tylko za dnia – kiedy jej mąż fujara widocznie załatwiał jakieś sprawy na mieście lub przesypiał w domu najskwarniejsze godziny – i zawsze przy zamkniętych okiennicach. Pewnie wyobrażała sobie, że półmrok nie pozwoli mi dobrze sobie przyswoić jej rysów i w razie jakiegoś przygodnego spotkania na mieście nie rozpoznam jej. Pamiętam, że kiedy za pierwszym razem wszedłem do pokoju, w którym na mnie czekała, początkowo rzeczywiście niewiele widziałem. Usłyszałem tylko szelest jedwabiu i po chwili szpary w żaluzjach, przez które sączyło się światło, przysłoniła jakaś niewysoka postać w kapelusiku z podniesionym rondem. Gdy się jeszcze trochę poruszyła, zobaczyłem przez chwilę złocisty błysk światła na okalających jej głowę lokach. Przemówiłem do niej łagodnie i powoli zacząłem się zbliżać, zachodząc ją nieco z boku, aby ją skłonić do obrócenia twarzy w stronę okna. Nieoczekiwanie wybuchnęła perlistym śmiechem.

– Nic z tego, panie ciekawski – oznajmiła i cofnęła się w mroczny kąt.

Podszedłem bliżej.

– Chwileczkę! Zatrzymaj się jegomość! – padła z ciemności rezolutna komenda.

Przystanąłem. Gdybym dał jeszcze krok do przodu, znalazłbym się tuż przy oknie. Teraz ona przyglądała się mnie. Po chwili ciszy znów usłyszałem szelest jedwabiu i zbliżające się śpieszne, drobne kroczki. Z ciemności wynurzyła się jej postać, coraz lepiej widoczna, w kapelusiku i sukience z turkusowego i szarego jedwabiu, z narzuconą na ramiona mantylą z czarnej koronki. Błysnęło jedno figlarne oko, wielkie i brązowe jak świeży kasztan, mały nosek, pulchne usteczka rozchylone w szelmowskim uśmiechu, błyszczące białe ząbki – i wszystko to przeleciało mimo mnie jak ptak, po czym zniknęło w ciemnościach na drugim końcu pokoju.

– Podobam się jegomości? – spytała cichutko po chwili.

– Bardzo – odrzekłem, usiłując wypatrzyć ją w mroku. – Jak ci na imię?

– Fiammetta. – Po chwili dodała: – Jegomość też niczego sobie.

Nie odpowiedziałem na to nic. Wiem dobrze, że żaden ze mnie adonis, gruby jestem jak mój ojciec, ale przecież matka moja, ponoć jedna z najpiękniejszych panien w Rzymie, nie zawahała się oddać mu kwiatu swego dziewictwa, choć był jej nierówny stanem i nie zostali sobie poślubieni.

Zostawmy jednak na razie ten temat, w nadziei, że będę jeszcze miał sposobność do niego powrócić, i zajmijmy się moją dzisiejszą schadzką z Fiammettą, na którą przybyłem, nie bacząc na ważne rzeczy, które się w tym czasie działy w kościele Karmelitów. Wspiąwszy się szybko na piętro, bez zwłoki wkroczyłem do pokoju, w którym zawsze się z nią spotykałem. Miałem zamiar jej powiedzieć, żeby poczekała tam na mnie, aż się nieco umyję, gdyż czułem się cały spocony i przesiąknięty przykrymi zapachami z bazaru. Jednak na moje wołania Fiammetta nie odpowiedziała. Pomyślałem, że śpi. Wszedłem do środka, rozwarłem okiennicę i po raz pierwszy chyba zobaczyłem w pełnym świetle to pomieszczenie, w którym spędziłem z nią tyle miłych chwil. I tak jak już wiele razy w życiu, mogłem się przekonać, ile czarownych złudzeń pryska w świetle dnia. Ale największym rozczarowaniem było teraz to, że Fiammetty w ogóle w pokoju nie było.

Zastukałem do salonu Maltanki. Tam również nikogo nie zastałem. Zbiegłem po schodach do łaźni, gdzie odnalazłem Benita.

– Gdzie pani? – spytałem.

– Pani poszła ze wszystkimi.

– Z jakimi wszystkimi? Cóż to znaczy? – Zmarszczyłem brwi.

– Podobno na Mercato nasi biją Hiszpanów, no to nasza pani też to chciała zobaczyć.

– A panna Fiammetta? – spytałem po chwili.

– Wsiadła z panią do lektyki.

– Dawno to było?

– Będzie może godzina. Albo i nie.

Musieliśmy się minąć, zrozumiałem. Dziwiło mię tylko, że przez okno lektyki żadna z nich nie zauważyła mnie idącego z przeciwka. Może były zajęte rozmową. Albo – najprawdopodobniej – poniesiono je przez Porta Nolana, gdzie jest więcej miejsca dla lektyk i powozów niż na via del Lavinaio, której tragarze wyjątkowo nie lubią, bo im się nogi ślizgają na cieknących po bruku błotnistych mydlinach.

Zastanawiałem się przez chwilę, czy nie wybrać się od razu z powrotem na Mercato. Byłem jednak tak zmorzony szybkim marszem w upale pod górę, że postanowiłem mimo wszystko najpierw się odświeżyć. Coś mi wprawdzie mówiło, że moje miejsce jest teraz tam, na dole, ale zamknąłem uszy na głos obowiązku, rozebrałem się i zanurzyłem ciało w gorącej kąpieli w dziwnie opustoszałej łaźni. Pewnie większość bywalców też się wybrała na Mercato, pomyślałem leniwie, czując, jak ogarnia mię rozkoszny bezwład.

Kiedy się z niego ocknąłem, zegar na kościele św. Anny wybijał już drugą godzinę. Wydźwignąłem się z kąpieli, przywołałem Benita, który mię wytarł prześcieradłem i pomógł mi się przebrać w świeżą bieliznę. Zaraz potem wyszedłem na wyludnioną ulicę, w morderczym skwarze ruszyłem ku Porta Capuana. Zanim tam jednak doszedłem, usłyszałem jakieś krzyki. Przyśpieszyłem kroku. Zanim doszedłem do bramy, niemal prosto na mnie wypadła z niej jakaś zakwefiona dama. W biegu podciągała nieco spódnicę, żeby jej nie krępowała ruchów. Kiedy mię mijała, odniosłem wrażenie, że jej twarz – uderzająco urodziwa, choć ledwie widoczna pod gęstą mantylą – jest mi skądś znajoma. Z drugiej strony bramy dobiegały ochrypłe nawoływania w najbardziej wulgarnej neapolitańszczyźnie, jaką kiedykolwiek zdarzyło mi się słyszeć. Posłyszałem tupot nóg i stukot kamieni obijających się o mur. Po paru chwilach w bramie ukazał się krótko ostrzyżony szpakowaty mężczyzna bez kapelusza, w ociekającym wodą ubraniu, który cofał się w moją stronę, rzucając przed siebie kamieniami w niewidocznych dla mnie napastników. Obejrzał się szybko przez ramię, chcąc widocznie sprawdzić, czy i z tyłu nie nadciąga jakieś niebezpieczeństwo, rzucił jeszcze jednym kamieniem, po czym znowu obrócił głowę w moją stronę, tym razem na dłużej, i wreszcie wesoło wyszczerzył do mnie zęby. Ha, był to mój dobry znajomy Amedeo!

Pierwszy raz w życiu widziałem, żeby wdawał się w uliczną burdę, jest to bowiem człowiek wyjątkowo spokojny, dobroduszny, o zupełnie nieneapolitańskim temperamencie; zresztą, podobnie jak ja, nie jest on neapolitańczykiem z urodzenia.

Dobiegłem zaraz do niego, gotów u jego boku stawić czoło napastnikom, choć obaj nie mieliśmy broni.

Jednak okazało się, że tym razem nasza odwaga nie została jeszcze wystawiona na najcięższą próbę, jako że tamci najwyraźniej zaniechali pościgu i pognali w inną stronę, chyba ku via Maddalena, kędy jak mi się zdawało, oddalały się ich wrzaskliwe głosy.

– Pobiegli za Lelią. – Amedeo westchnął. – To pokojowa Donny Svevy. Albo im ucieknie, albo… – Rozłożył bezradnie ręce.

– Donny Svevy? Więc to jest… – Nagle przypomniałem sobie, skąd znam twarz owej damy w mantyli.

Dawniej często ją widywałem przy różnych okazjach, gdy jeszcze żył jej pierwszy mąż, książę di Conca, wielki admirał królestwa. Wiem, że wyszła później drugi raz za mąż za księcia Modeny, a owdowiawszy ponownie, wycofała się zupełnie ze świeckiego życia. Jest to więc Donna Sveva d’Avalos, księżniczka di Gesso, po mężu d’Este, primo voto di Conca.

– Dałbym głowę, że ona nie żyje – wyznałem. – Coś mi się tak kilka lat temu obiło o uszy…

– No, żyje, żyje… – mruknął Amedeo, myśląc jakby o czym innym. – Tylko że nie lubi rozgłosu. Ty przecież nie jesteś plotkarzem, Fortunato – dodał z naciskiem.

– Gorzej – odrzekłem. – Jestem dziennikarzem.

– Zapewniam cię, że wieści tyczące tej damy nie przyniosą twym czytelnikom najmniejszego pożytku.

– A tobie z jakichś względów zależy na tym, bym je zachował dla siebie?

– Tak. – Skinął z powagą głową.

– W takim razie nic nie widziałem, nic nie słyszałem.

Znaleźliśmy księżniczkę po chwili w kościele św. Anny, gdzie się schroniła. Klęczała w jednej z tylnych ław, modląc się w nabożnym zapamiętaniu. Wyglądało na to, że zajmie to jej jeszcze czas jakiś, więc wyszliśmy znów na ulicę, żeby tymczasem spokojnie się rozmówić.

– Jak to się stało, że was ci ludzie napadli w środku dnia? – dopytywałem się.

– To ty nie wiesz, co się dzieje na mieście? – zdziwił się Amedeo.

– No, owszem, wiem co nieco. Byłem przy tym, jak alarbowie przepędzili z targu celników – wyjaśniłem, po czym wprowadziłem go pokrótce we wszystko, co mi się do tej pory od rana przydarzyło.

Wysłuchawszy mojej opowieści, Amedeo objaśnił mię, że podczas gdym zażywał kąpieli, zamieszki rozlały się już prawie na całe miasto. Czyli stało się to, czego się obawiałem.

– Ale tu przecież wokół – rzekłem zdziwiony – nie słychać żadnych ruchawek.

– Jakże nie! – żachnął się Amedeo. – A ci, co na nas napadli?

– Miałem ich za zwykłych opryszków.

– Bo tak to na pozór wygląda. Zbierają się w grupki po dziesięciu, dwudziestu łotrów i napadają, kogo popadnie. Od zwykłych band rabusiów różnią się jednak tym, że krąży ich po mieście bez liku, a większość składa się z ludzi, którzy jeszcze dziś rano byli równie spokojnymi mieszczanami jak ty i ja. No, ale co tu się dziwić, skoro zbirzy miejscy zapadli gdzieś w mysie dziury, a Hiszpanie i Niemcy zamknęli się w Nowym Zamku. Porządku na ulicach nie pilnuje już nikt.

– Ale że też się łobuzom chce w taki upał!

– Może i nie bardzo im się chce, dlatego tak łatwo zaniechali pościgu. Ale ja nie chcę nawet myśleć, co będzie, jeśli do wieczora nikt tego nie ukróci.

Słońce było jeszcze wysoko nad głowami, gdy mój druh Amedeo snuł te przewidywania, i niestety jego obawy miały się ziścić. Poprosiłem, by mi opisał okoliczności napadu, i oto, com od niego usłyszał:

Opowieść kościelnego Amedea

Zdradzę ci, Fortunato, pewien sekret, musisz jednak obiecać, że zachowasz go dla siebie, dopóki sam cię z tej obietnicy nie zwolnię. Otóż od kilku lat, od śmierci swego drugiego męża Don Niccolò d’Este, Donna Sveva ma ten zwyczaj, że mieszkając w Pozzuoli, niedziele przepędza w mieście, a to głównie w tym celu, by mieć możność odwiedzenia jak największej liczby kościołów. Zazwyczaj zaczyna od mojego kościoła na Monteoliveto i stamtąd węd­ruje pieszo od świątyni do świątyni, co tydzień po innej trasie, aż do późnego wieczora, a obok z wolna toczy się powóz, którym jedzie tylko jej pokojowa Lelia, nie licząc oczywiście stangreta. Jeśli posądzasz w związku z tym księżniczkę, że czyni to na pokaz, to się mylisz, albowiem ma ona zawsze twarz dobrze ukrytą pod mantylą, a jej strój jest tak skromny, iż nikomu z postronnych nawet w głowie nie postanie myśl, że mają przed sobą jedną z najpierwszych dam w całym królestwie. Te jej niedzielne pielgrzymki trzymane są w ścisłej tajemnicy, zarówno ze względów pobożności, jak i bezpieczeństwa. Ja mam ten przywilej, że w te niedziele, kiedy obowiązki kościelnego pełni mój zmiennik Lucio Jovele, towarzyszę księżniczce w tych wędrówkach, ceni ona bowiem sobie moją znajomość neapolitańskich kościołów, ich historii, architektury, a zwłaszcza obrazów, które można w nich zobaczyć. Ufa także mojej dyskrecji.

Tej niedzieli obrana przez nas trasa wiodła od kościoła św. Klary do św. Agrypina, dalej zaś mieliśmy zamiar dojść do Santa Caterina a Formiello, a stamtąd zstąpić do Karmelitów, tą właśnie drogą, którą złoczyńcy popędzili teraz za nieszczęsną Lelią. Z nabrzeża przy bazylice księżniczka chciała odpłynąć łodzią do Pozzuoli, podczas gdy mnie jej powóz odwiózłby do domu.

Już jednak na początku naszej wędrówki, na San Domenico, gdy podobnie jak teraz czekałem na księżniczkę przed kościołem, wszyscy przechodnie rozprawiali żywo o tym, co zaszło na piazza del Mercato. Byli tam tacy, którzy przysięgali z ręką na sercu, iż na własne oczy widzieli, jak wśród obłoków nad bazarem objawiła się w majestacie sama Królowa Niebios, aż zdjęty bojaźnią lud padł plackiem na ziemię, i wtedy z góry rozległ się głos cudowny, melodyjny i łagodny jak szczypanie lutni, a zarazem donośny niczym bicie w dzwony, i głos ten przemówił w te słowa: „Wstańcie, a nie grzeszcie więcej. Oto posyłam wam tego człowieka, żeby was poprowadził ku prawdzie i odkupieniu”. Promień światła nieziemskiego wydobył zaraz z tłumu jakiegoś prostego rybaka, a ten nieśmiele uniósł głowę, zasłaniając dłonią oczy przed ową jasnością. „Masa­niello?” – przemówił do niego ów głos z niebios. „Jam jest, Najświętsza Panienko!” – ów rybak na to. „Przewódź więc temu ludowi, albowiem zostałeś wybrany”.

Inni znowu naoczni świadkowie nie wspominali nic o owym cudownym objawieniu, skupiali się natomiast na bestialskiej rzezi, jakiej miał się tam z samego ranka dopuś­cić oddział jazdy walońskiej, który wdarł się nagle na plac i bez najmniejszego powodu oddał salwę z muszkietów wprost w tłum ludzi na targu, po czym rzuciwszy się z szablami na tych, co przeżyli, jął się za nimi uganiać konno po całym targowisku, przewracając stragany, tratując towar i siekąc żelazem ludzi i zwierzęta, aż końskie kopyta grzęz­ły w rozmiękłym od krwi gruncie. Na szczęście karmelici, widząc, co się dzieje, sprowadzili alarbów, którzy pod ich kościołem czynili byli przygotowania do uroczystości Matki Boskiej Szkaplerznej. Tu znowu padało imię owego Masaniella rybaka. On to pierwszy ruszył z kijem na najtęższego z Walończyków, zwalił go z konia, po czym zaraz sam tegoż konia dosiadł i z wprawą wytrawnego kawalerzysty obrócił na nim w miejscu, wskazując swoim ludziom kierunek natarcia. „Za mną! Serra! Serra!” – wykrzyknął i nim się Walończycy obejrzeli, już byli otoczeni przez zwarty tłum uzbrojonych w ciężkie kije alarbów. Zsadzono ich zaraz z koni, odebrano im broń i ze sznurami na szyi poprowadzono do ukrytego w głębi podwórza jednego z domów prastarego kościółka św. Jana na Morzu, gdzie mieli oczeki­wać na osąd.

Trudno mi było ocenić, ile jest prawdy w tych wszystkich sprzecznych opowieściach, nie mogłem jednak nie zwrócić uwagi na to, że pewne wątki się w nich powtarzały: oto jakiś rybak Masaniello stanął na czele prostego ludu zbuntowanego przeciw legalnej władzy. Nie wątpiłem, że musiało na piazza del Mercato dojść do jakowychś zaburzeń, podobnych do rozruchów w Palermo, gdzie ich prowodyrem jest niejaki Alesi, złotnik.

Gdy Donna Sveva, zakończywszy swe modlitwy, była gotowa do dalszej wędrówki, opuściliśmy gwarny piazza San Domenico i ruszyliśmy dalej via San Biagio dei Librai. O tej porze w niedzielę bywa tu zwykle pusto i cicho, odwrotnie niż w zwykły dzień, ale dziś wyczuwałem w tej ciszy coś złowróżbnego.

Opowiedziałem księżniczce plotki zasłyszane dopiero co na San Domenico, chcąc, żeby jeszcze raz rozważyła, czy warto dziś odwiedzać Karmelitów. Znam Donnę Svevę od wielu, wielu lat i jak już mówiłem, cieszę się jej zaufaniem, a przecież stale potrafi mię zadziwić. Obrzuciwszy mię przez mantylę nieruchomym spojrzeniem spod uniesio­nych brwi, zapytała tym swoim czystym, głębokim głosem:

– A cóż to, Amedeo? Strach cię oblatuje?

– I owszem, nie wstyd mi ostrożnym się pokazywać – odparłem. – Choćbym i na siebie nie zważał, przecie nie godzi mi się ciebie, pani, wystawiać na niebezpieczeństwo.

– Och, zwalniam cię z tej troski – rzekła mi na to. – Bardzo mię ciekawi, co się tam w dole odbywa, i nawet nieco skrócę me modlitwy we wszystkich innych kościołach, aby móc jak najprędzej zejść ku Mercato. Czuję, że być tam dzisiaj jest moją powinnością, zwłaszcza że wszystko to odbywa się na miejscu męczeńskiej śmierci mego wielkiego przodka.

Księżniczka miała tu na myśli Konradyna Szwabskiego, owego nieszczęsnego młodzieńca, niedoszłego króla Nea­polu, którego na rozkaz Karola Andegaweńskiego ścięto w trzynastym stuleciu właśnie na piazza del Mercato. Babka Donny Svevy, tegoż imienia, była z domu Gesualdo, a Gesualdowie wywodzą się podobno od niemieckich Hohenstaufów, do których zaliczał się Konradyn. To właśnie na pamiątkę tego pokrewieństwa w rodzie Gesualdów często nadawano córkom to niecodzienne imię Sveva, a że ród ten wymarł bezpotomnie, tradycję przejęli skoligaceni z nim d’Avalosowie.

– Co słyszę! – przerwałem Amedeowi jego opowieść. – Czyżby Donna Sveva była spokrewniona z Don Carlem Gesu­aldem, owym wielkim muzykiem?

– Owszem, jego dziad był jej pradziadem, a zarazem jego pierwsza żona była jej rodzoną ciotką.

– Donna Maria d’Avalos? Ta, którą zabił? – dopytywałem.

– Ta sama. Ojciec Donny Svevy, Don Ferdinando, był jej bratem. Czemu cię to tak porusza?

– Bo poznałem Don Carla, na krótko przed jego śmiercią – objaśniłem. – Można rzec, że umarł na moich rękach. Musiałem ci kiedyś o tym opowiadać, co? W każdym razie jeszcze w Mantui, mówiłem, pamiętasz, że marzę, aby mu się osobiście za jego madrygały pokłonić.

– A, tak, już sobie przypominam. Mnie się one wydawały dziwaczne. – Amedeo uśmiechnął się do siebie.

– Bo one są dziwaczne, jak i sam kompozytor, ale przez to tym bardziej cudowne. Muszę ci kiedyś opowiedzieć o moim z nim spotkaniu, teraz jednak śpieszno mi poznać to, co ci się dzisiaj przydarzyło. Przepraszam, że ci przerwa­łem, opowiadaj.

Amedeo po krótkim namyśle podjął więc przerwany wątek.

Niebawem okazało się, że nie myliły mnie przeczucia, gdym się obawiał panującej wokół złowieszczej ciszy. Zanim doszliśmy do rogu via del Duomo, ujrzeliśmy przed sobą pierwszą bandę młodocianych oberwańców, uzbrojoną już nie w kije, ale w żelazne drągi, wyszczerbione noże kuchenne, zardzewiałe młoty i pogrzebacze. Zgraja nadciągnęła z hałasem od strony katedry, porykując, rozbijając szyby i okiennice, a nawet obtłukując tynki na narożnikach domów. To bezkarne niszczenie wszystkiego, co napotkali na swej drodze, sprawiało im widoczną przyjemność. Większość z nich miała nie więcej niż po szesnaście lat, a były tam i zupełne dzieci – umorusani chłopcy, co wyglądali na lat pięć, sześć, siedem, choć może tylko z powodu biedy i niedojadania nie wyrośli, jak należało. Ci byli najbardziej ze wszystkich zapalczywi, a starsze wyrostki zagrzewały ich do coraz to gorszych wybryków.

Widywałem już wcześniej takie grupki młodzieży zupełnie nieznającej żadnego okrzesania, żadnych cugli, żadnego opamiętania – tyle że nie w tej części miasta. W zwykłym czasie można na nie natrafić za Porta San Gennaro – wokół bazyliki Najświętszej Marii Panny od Zdrowia i dalej w górę aż po szczyt Capodimonte, na zboczach skarpy, gdzie piętrzą się jedne na drugich krzywe domy z byle jak obrobionych kamieni, niedbale oblepionych tynkiem podobnym do szarej gliny, a pomiędzy nimi pną się stromo kręte uliczki, tak wąskie, że dwa konie nie mogłyby się na nich minąć, a tak ciemne, że nawet w najbardziej skwarne dni lata panuje tam stęchły, piwniczny chłód. Gdzie tylko się trafi choć trochę otwartej przestrzeni, jak choćby przed samą bazyliką, tam zbierają się miejscowe chłopaczyska, trawiąc czas na najgłupszych rozrywkach, jakie tylko mogłyby komu przyjść do głowy. Najczęściej znęcają się nad zwierzętami: rzucają kamieniami w bezdomne psy i koty, polują na mewy, a jak znajdą zdechłego szczura, zaraz grają nim w zbijaka albo w wariata, mając najwięcej uciechy, kiedy niby przypadkiem uda im się trafić szczurem przechodnia czy, najlepiej, jakąś damę wychodzącą z kościoła.

Taka to właśnie łobuzeria opuściła dzisiaj swoje sied­liska i ruszyła w miasto, wywijając łomami i pohukując: „Serra! Serra!”, a także: „Par-te-nope Li-be-rata!”. Przyznam, że przeląkłem się tej groźnej siły. Mieliśmy szczęście, że przekraczając via San Biagio, nie zauważyli naszego powozu, który dopiero wyjeżdżał z bocznej uliczki na tyłach kościoła św. Grzegorza Armeńczyka, gdzie stangret czekał, aż nas zobaczy przechodzących, chciał bowiem puścić nas nieco przodem, aby nie być zmuszonym przez całą drogę powściągać koni. Szczęściem Donna Sveva dzięki swemu przebraniu nie wzbudziła zainteresowania tej hałastry (a to pewnie dlatego, że patrząc na nią z odległości, widzieli jedynie mantylę na twarzy, a tego, co się za nią kryło, nie mogli widzieć wcale; trzeba powiedzieć, że z bliska mantyla dodaje jeszcze księżniczce urody, gdyż pozwala zobaczyć jej piękne rysy, ukrywając zarazem zmarszczki i inne oznaki wieku). Ja sam też, mimo mojego wzrostu, szczęśli­wie uszedłem jakoś ich uwagi. Zwolniliśmy nieznacznie kroku, żeby się do nich zanadto nie zbliżyć, a oni szli bez żadnego porządku, jedni próbując maszerować, drudzy co rusz podbiegając, to do przodu, to do tyłu, a wszyscy porykiwali chórem, aż się echo niosło po opustoszałych ulicach, wznosząc jakieś niezrozumiałe dla mnie okrzyki i na całe gardło fałszując prostackie przyśpiewki.

Bałem się ich, to pewne, ale poczułem też coś innego, co mię samego zdumiało – przemożną chętkę, żeby się do nich przyłączyć, żeby razem z nimi kroczyć przez miasto, pokrzykiwać tak jak oni – niczego się nie bojąc, niczego nie szanując – rozbijać tynki, tłuc szyby, może i podpalać, może i bić, może i rabować, gwałcić i zabijać. Co za siła! – myślałem z podziwem. Co za odwaga! Oni nie boją się nikogo, to ich się wszyscy boją!

Spojrzałem na Donnę Svevę i dałbym głowę, że czuła w tej chwili to samo co ja. Wpatrywała się w nich rozszerzonymi oczami, a mantyla fruwała jej przed nosem, podrzucana przyśpieszonym oddechem.

– Nie patrz się wprost na nich, pani – powiedziałem cicho. – Nie trzeba prowokować.

Modliłem się tylko w duchu, żeby zanim tamci przejdą dalej, nie ukazał się za naszymi plecami powóz. Szczęś­ciem stangret księżniczki usłyszał hałasy, wstrzymał konia i zsiadłszy z kozła, wyjrzał zza rogu. Miał dość rozumu, aby ujrzawszy to samo co my, poczekać na zniknięcie bandy i dopiero wtedy wyprowadzić powóz na ulicę.

Gdy wrzaski i śpiewy oddaliły się wystarczająco, przekroczyliśmy via del Duomo i bez zakłóceń złożyliśmy wizytę najpierw u św. Jerzego, gdzie podziwialiśmy prace renowacyjne Fanzaga przeprowadzone po pożarze, który siedem lat temu zniszczył połowę tej świątyni, a następnie w prastarym kościele św. Agrypina.

Kiedy jednak weszliśmy na via Giudecca Vecchia (gdzie od stu lat żadnego żyda nie widziano), posłyszeliśmy nagle za plecami tupot i obejrzawszy się, ujrzeliśmy starszego jegomościa bez zarostu, który zdyszany nadbiegał z głębi Forcelli, powiewając połami jedwabnego kaftana. Nagły podmuch wiatru zerwał mu z głowy kapelusz, lecz on nawet się za nim nie obejrzał, tylko pędził przed siebie co sił w nogach, myśląc najwidoczniej tylko o tym, aby umknąć swoim prześladowcom. Ci zbliżali się do niego nieuchronnie jak wataha wilków, nawet bez specjalnego pośpiechu, czuli bowiem, że ścigana zwierzyna jest już u kresu sił, a oni, młodzi, mieli ich jeszcze bardzo, bardzo dużo. Była to inna banda niż ta, którą widzieliśmy przed chwilą. Liczyła chyba ze dwadzieścia osób, w tym kilka kobiet. Nie było za to pośród nich dzieci.

– Weźmy tego starca do powozu! – wykrzyknęła księżniczka, lecz ja pokręciłem głową.

– Nie zdążymy. Są za blisko.

I już po chwili go dopadli. Próbowałem zasłonić Donnie Svevie widok na to, co wówczas nastąpiło, lecz ona odsunęła mię stanowczo i patrzyliśmy oboje. Pierwszy dogonił jegomościa w jedwabiach chudy, krościaty młodzian w brudnej, rozwianej koszuli. Widziałem, jak dobiegając, uchyla w krzywym uśmiechu zajęczą wargę, odsłaniając rzadkie, popsute zęby. Rzucił się szczupakiem, chwycił starszego pana za srebrne, falujące loki i szarpnięciem pociągnął do tyłu. Tamten wrzasnął i odwinął się rozpaczliwie, zdecydowany drogo sprzedać swoją skórę. Ale nie miał broni, a w rękach wielu spośród nadbiegających napastników połyskiwały długie albo krótkie klingi.

Gdzieniegdzie w głębi ulicy widać było pojedynczych przechodniów, którzy zatrzymali się podobnie jak my, woląc nie zbliżać się do rozszalałej zgrai. W oknach domów, gdzie tylko okiennice nie były zamknięte, widziałem zaciekawionych ludzi. Niektórzy przechylali się przez parapet, ktoś nawet wyszedł na balkon, inni stali cofnięci wstydliwie w mrok izby, też ciekawi, ale zalęknieni.

To wszystko zobaczyłem w tej krótkiej chwili, zanim ów pochwycony przez krościatego za srebrne włosy jegomość, odwinąwszy się raptem, pochylił łysiejącą czaszkę i wyrżnął nią napastnika w kaczy nos. Tamten się zachwiał, chwycił się za twarz, a ów starszy człowiek obejrzał się na nas z melancholijnym uśmiechem, jakby chciał powiedzieć: „Wyznam ze wstydem, że mi to sprawiło przyjemność”. Miał miłą, myślącą twarz i dobrze mu z oczu patrzyło; przywodził na myśl jakiegoś florenckiego czy weneckiego huma­nistę z ubiegłego stulecia, jakich widuje się na portretach Rafaela i Tycjana.

Po chwili ci ze szpadami już byli przy nim. Rzucili się na niego wszyscy naraz, skłuli jak sztufadę, aż cali byli zbryz­gani jego krwią, ale on wciąż jeszcze żył; krzyczał przeraźliwie i opadłszy na klęczki, chwytał krwawiącymi rękami za ostrza ich szpad. Naradziwszy się naprędce, podnieśli go, wciąż wierzgającego, za ręce i nogi, i z rozbiegu, jak taranem, uderzyli jego głową o najbliższy mur. Usłyszałem trzask pękającej czaszki i krzyk ucichł. Cała banda rzuciła się zaraz na trupa, żeby się nad nim dalej pastwić, a może tylko po to, żeby go obrabować.

Nie było na co czekać. Stangret pogonił konie w stronę Zamku Kapuańskiego, a my poszliśmy śladem powozu, nie za szybkim krokiem, żeby nie zwracać na siebie uwagi.

– Dlaczego to zrobili? Czym im się ten człowiek tak naraził? – jęła mię wypytywać ze wzburzeniem Donna Sveva, gdy już tamci nie mogli nas słyszeć, chociaż pewnie zdawała sobie sprawę, że nie mogę o tym wiedzieć wiele więcej niż ona.

– Czym im się naraził? – powtórzyłem. – Przypuszczam, że tymi jedwabiami. No i tą twarzą.

– Jak to twarzą?

– Urodziwy był. Po pańsku urodziwy.

– Urodziwy? – zaciekawiła się. – Może i urodziwy. Ale przecież starszy już człowiek.

– W naszym wieku, pani.

Mam lat pięćdziesiąt siedem; księżniczka jest ode mnie młodsza o cztery lata. Spojrzała na mnie w osłupieniu.

– Żartujesz, Amedeo!

Pokręciłem głową. Nie było mi do żartów. Donna Sveva westchnęła.

– Pewnie jest tak, jak mówisz. Wzrok mi już, widać, szwankuje.

– W takich chwilach jak ta jest to błogosławiona przypadłość.

Skręciliśmy koło teatru