Sokole oko - James Fenimore Cooper - ebook
lub
Opis

Sokole oko, to jedna z powieści przygodowo-historycznych amerykańskiego pisarza Jamesa Fenimore’a Coopera. Ich akcja rozgrywa się w drugiej połowie XVIII wieku w Ameryce Północnej, wśród pionierów i Indian. Ich głównym bohaterem jest traper i myśliwy zwany Sokolim Okiem, biały człowiek wychowany przez Indian. Utwory te to romantyczny i idealistyczny obraz osiemnastowiecznych kresów Ameryki Północnej i zamieszkujących je Indian i osadników. Cechują je barwne opisy przyrody, wartka i pełna napięcia akcja, mocno zarysowane sylwetki głównych bohaterów. Książki te wysoko oceniane przez współczesnych i wciąż popularne, stanowią one żywy do dziś wzór przygodowej powieści indiańskiej. Powieści te od blisko dwustu lat są publikowane na całym świecie. Kilka z nich zostało sfilmowanych. Najpopularniejszym tomem cyklu jest wielokrotnie filmowana powieść Ostatni Mohikanin. (za Wikipedia).

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 30


 

James Fenimore Cooper

 

Sokole oko

 

Przekład anonimowy.

 

Armoryka

Sandomierz

 

Projekt okładki: Juliusz Susak

 

Na okładce: Ilustracja z książki „Na dalekim zachodzie”

wydanej w roku 1890, licencja public domain.

Wydanie według edycji z roku 1890.

Zachowano oryginalną pisownię.

Wydanie według edycji z roku 1890.

Zachowano oryginalną pisownię.

 

© Wydawnictwo Armoryka

 

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

 

ISBN 978-83-7950-511-1

 

 

 

 

Sokole oko.

Rzecz niniejszego opowiadania toczy się w środku XVIII stulecia...

 

 

Rozdział I.

Spotkanie w lesie.

 

Pewnego prześlicznego poranku spotkało się w niezmiernym lesie ciągnącym się od kolonij New Yorku, aż nad brzegi zatoki Hudson, dwóch mężczyzn, którzy kawał drogi przeszedłszy razem, zatrzymali się wreszcie na pochyłości niewielkiego wzgórza na małej łączce, napotkanej wpośród lasu. Siedli tu na jednym z powalonych pni i zaczęli się krzątać koło przygotowań do skromnego, lecz posilnego obiadu.

Skorzystamy z tego czasu, by zapoznać trochę bliżej czytelnika z tymi mężami, co w opowiadaniu niniejszem grać będą rolę niepoślednią.

Jeden z nich, Hurry, którego właściwem mianem było Henryk March, przezwisko zaś ówczesnym zwyczajem mieszkańców indyjskiego pogranicza zostało przybranem przez niego samego — był to mężczyzna średniego wzrostu, lecz barczysty, o wejrzeniu dzikiem, niespokojnem. Ruchy jego były rubaszne, swobodne, nie czynił jednakże wrażenia człowieka pospolitego lub poziomego.

Drugi, obdarzony przezwiskiem Sokole oko, różnił się wielce rysami twarzy i powierzchownością od swego towarzysza. Budowy wysmukłej, dość wysokiego wzrostu, zdradzał w swych członkach wielką zwinność i giętkość; na obliczu jego malowała się prawość bez granic i otwartość charakteru. Obaj znajdowali się w kwiecie wieku. Hurry nie miał więcej nad lat 26, Sokole oko liczył 24 niespełna.

Ubiór ich zrobiony był po większej części z wyprawnych skór jelenich. Choć prosty, odznaczał się, zwłaszcza u Sokolego oka, pewną malowniczością, a nawet elegancją; broń tego ostatniego również była o wiele zgrabniejszą i ozdobniejszą, aniżeli u jego towarzysza.

„Dalejże, Sokole oko, do roboty!” zawołał Hurry, gdy obiad był już gotów. Sokole oko nie dał sobie powtórzyć zaproszenia; skosztował kawałka pieczeni jeleniej i nie mógł się dość nachwalić smaku jej i kruchości.

„Nieprawdaż, porządny kawał takiej pieczeni z daniela wspaniała to strawa dla myśliwca?” rzekł zadowolony Hurry. „Niejednemu już z tych zwierząt przeciąłeś pasmo żywota!” ciągnął dalej schlebiającym tonem. „Jakem słyszał, no, i widział, doskonały z ciebie strzelec; nie darmo ci też Delawarowie nadali miano Sokolego oka.”

„Być może!” odparł współbiesiadnik. „Czasy wszakże, wśród których żyjemy, są takie, że, doprawdy, wolałbym stokroć z fuzji mej myśliwskiej uczynić broń wojenną. Słyszałeś pewnie o nieustannych zamieszkach pomiędzy Indjanami i mieszkańcami sąsiednich osad?”

„Wiem o nich aż nadto,” odpowiedział Hurry: „to też, jeślim przybył w te dzikie strony, to w tym tylko celu, by pomagać w walkach z Indjanami staremu Hutterowi, który sobie na brzegu niedalekiego jeziora zbudował małą forteczkę. Lecz powiedz mi,” dodał z nieukrywaną ciekawością, „co ciebie w te puszcze sprowadza?”

„Czekać tu mam na najlepszego przyjaciela,” odrzekł Sokole oko.

„Aha, a tym przyjacielem, domyślam się, jest Delawar Czyngachguk,” przerwał Hurry, „ów szlachetny wódz indyjski, o którym mi już opowiadałeś. W którym też punkcie wyznaczyliście sobie miejsce spotkania?”

„Na pewnej małej okrągłej skale, znajdującej się na brzegu jeziora,” rzekł Sokole oko. „W miejscu tem zbierają się podobno często plemiona indyjskie, by zawierać ze sobą przymierza.”

„No, więc pójdziemy razem,” odparł Hurry. „Zawiodę cię tymczasem do fortecy starego Huttera, który ci pewno z swemi dwiema córkami chętnie udzieli gościnności.”

Z temi słowy zerwał się Hurry na nogi, a za jego przykładem poszedł i Sokole oko. Zarzucili fuzje na plecy i, opuściwszy łączkę, na której obiadowali, znikli wnet w ciemnym gąszczu dziewiczego lasu.