Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 409 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Sobowtór - Tess Gerritsen

Przed domem doktor Maury Isles zostają odnalezione zwłoki zastrzelonej bliźniaczo do niej podobnej kobiety - jak się okazuje, o tej samej grupie krwi i dacie urodzenia. Badanie DNA wykazuje, że Anna Leoni jest jej siostrą. Obie zostały kiedyś adoptowane. Śledztwo w sprawie morderstwa prowadzi detektyw Jane Rizzoli. Tymczasem Maura próbuje dowiedzieć się, kim byli jej biologiczni rodzice. Trafia do wynajmowanego przez Annę domu, który kryje straszną tajemnicę. Domniemana prawdziwa matka obydwu sióstr odbywa karę więzienia za brutalne zabójstwo dwóch kobiet.

Opinie o ebooku Sobowtór - Tess Gerritsen

Cytaty z ebooka Sobowtór - Tess Gerritsen

Pesez le matin que vous n'irez peut-être pas jusqu'au soir, Et au soir que vous n'irez peut-être pas jusqu'au matin. Bądź świadom każdego ranka, że możesz nie przeżyć dnia, I każdego wieczoru, że możesz nie przeżyć nocy. (napis wyryty na katakumbach w Paryżu)

Fragment ebooka Sobowtór - Tess Gerritsen

Okładka

Strona tytułowa

Karta redakcyjna

Tytuł oryginału: BODY DOUBLE

Copyright © Tess Gerritsen 2004 All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz 2005

Polish translation copyright © Jerzy Żebrowski 2005

Redakcja: Jacek Ring

Konsultacja medyczna: dr nauk med. Marcin Szulc

Ilustracja na okładce: Taxi/Getty Images/Flash Press Media

Projekt graficzny okładki i serii: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7659-444-6

Wydawca WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

2011. Wydanie elektroniczne

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych — jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Plik opracował i przygotował Woblink

www.woblink.com

Dedykacja

Dla Adama i Danielle

Podziękowania

Pisanie jest samotną pracą, ale żaden pisarz nie pracuje naprawdę sam. Miałam szczęście korzystać z pomocy i wsparcia Lindy Marrow i Giny Centrello z Ballantine Books, Meg Ruley, Jane Berkey, Dona Cleary’ego i znakomitego zespołu z agencji Jane Rotrosen, Seliny Walker z Transworld i — co najważniejsze — mojego męża, Jacoba. Najgorętsze podziękowania dla was wszystkich!

Prolog

Ten chłopak znów się jej przyglądał.

Czternastoletnia Alice Rose próbowała skupić się na dziesięciu leżących przed nią na ławce pytaniach egzaminacyjnych, ale zamiast o tematach z angielskiego myślała o Elijahu. Wyczuwała jego spojrzenie, jak promień wycelowany w jej twarz, czuła na policzku jego ciepło i wiedziała, że się czerwieni.

Skoncentruj się, Alice!

Kolejne pytanie testu było niewyraźnie odbite na powielaczu i musiała zmrużyć oczy, by je odczytać.

Charles Dickens dobiera często imiona odpowiadające cechom jego postaci. Podaj przykłady i napisz, dlaczego dane imię pasuje do określonej osoby.

Alice gryzła ołówek, próbując sklecić odpowiedź. Ale nie potrafiła myśleć, gdy on siedział w sąsiedniej ławce, tak blisko, że czuła woń sosnowego mydła i palonego drewna. Zapach mężczyzny. Dickens... Kogo obchodził Charles Dickens, Nicholas Nickleby i nudny egzamin z angielskiego, gdy patrzył na nią zachwycający Elijah Lank? Boże, był taki przystojny, z tymi czarnymi włosami i niebieskimi oczami. Oczami Tony'ego Curtisa. To właśnie pomyślała, gdy ujrzała go po raz pierwszy: że wygląda dokładnie jak Tony Curtis, którego piękna twarz jaśniała ze stronic jej ulubionych czasopism „Modern Screen" i „Photoplay".

Pochyliła głowę i gdy włosy opadły jej na twarz, spojrzała ukradkiem w bok przez zasłonę jasnych kosmyków. Poczuła mocne bicie serca, stwierdziwszy, że rzeczywiście na nią patrzy, i to nie tak lekceważąco jak wszyscy inni chłopcy w szkole, ci złośliwcy, przez których czuła się tępa i nierozgarnięta. Ich drwiące szepty były zawsze zbyt ciche, by mogła rozróżnić słowa. Wiedziała, że jej dotyczą, bo szepcząc, patrzyli na nią. To byli ci sami chłopcy, którzy przykleili do jej szafki zdjęcie krowy i muczeli, gdy przypadkiem otarła się o nich na korytarzu. Ale Elijah patrzył na nią zupełnie inaczej. Uwodzicielsko. Oczami filmowego gwiazdora.

Uniosła powoli głowę i spojrzała na niego, tym razem nie zza zasłony włosów, lecz śmiało napotykając jego wzrok. Skończył już pisać test i odwrócił kartkę, położywszy ołówek na blacie. Koncentrował na niej teraz całą uwagę. Jego spojrzenie pozbawiało ją tchu.

Lubi mnie. Wiem to.

Dotknęła ręką szyi, górnego guzika bluzki. Musnąwszy palcami skórę, poczuła falę ciepła. Przypomniała sobie płomienny wzrok Tony'ego Curtisa, gdy patrzył na Lanę Turner. Takie spojrzenie odbierało dziewczynie mowę i sprawiało, że miękły jej kolana. Potem następował nieuchronny pocałunek. I wtedy obraz na ekranie zawsze tracił ostrość. Dlaczego tak musiało być? Dlaczego zachodził mgłą właśnie w chwili, gdy najbardziej chciało się patrzeć...

— Czas minął! Proszę oddać kartki.

Alice spojrzała ponownie na odbity na powielaczu test. Nie odpowiedziała jeszcze na połowę pytań. No nie... Dlaczego zabrakło jej czasu? Znała odpowiedzi. Potrzebowała tylko jeszcze paru minut...

— Alice. Alice!

Podniosła wzrok i zobaczyła wyciągniętą rękę pani Meriweather.

— Nie słyszałaś? Musisz oddać kartkę.

— Ale ja...

— Żadnych wymówek. Zacznij wreszcie słuchać, Alice. — Pani Meriweather chwyciła jej test i poszła dalej między rzędami ławek. Alice wiedziała, że siedzące tuż za nią koleżanki plotkują na jej temat, choć prawie nie słyszała ich szeptów. Odwróciwszy się, zobaczyła, jak pochylają się ku sobie, zasłaniając dłońmi usta i tłumiąc chichot. Alice potrafi czytać z ruchu warg, więc nie dajmy jej zauważyć, że o niej mówimy.

Teraz śmiali się już także chłopcy, wskazując na nią. Co ich tak rozbawiło?

Alice spojrzała w dół i ku swemu przerażeniu zauważyła, że odpadł jej górny guzik bluzki, odsłaniając dekolt.

Szkolny dzwonek obwieścił koniec lekcji.

Alice chwyciła torbę z książkami i przyciskając ją do piersi, wybiegła z klasy. Nie odważyła się spojrzeć nikomu w oczy, tylko szła przed siebie ze spuszczoną głową, bliska płaczu. Wpadła do toalety i zamknęła się w kabinie. Gdy nadeszły inne dziewczęta i mizdrzyły się ze śmiechem przed lustrami, Alice siedziała ukryta za drzwiami. Czuła ich perfumy z każdym powiewem powietrza, gdy któraś wchodziła lub wychodziła. Księżniczki w nowiutkich sweterkach. One nigdy nie gubiły guzików. Nie przychodziły do szkoły w znoszonych spódnicach i butach z kartonowymi podeszwami.

Idźcie już sobie. Błagam, idźcie już.

Drzwi przestały się w końcu otwierać.

Przywierając do ścianki kabiny, Alice nasłuchiwała, czy ktoś został jeszcze w toalecie. Gdy wyjrzała przez szczelinę, zobaczyła, że przed lustrem nikt już nie stoi. Dopiero wtedy wymknęła się na zewnątrz.

Korytarz również opustoszał. Wszyscy już poszli. Nie było nikogo, kto mógłby jej dokuczyć. Szła przygarbiona długim korytarzem, obok poobijanych szafek i plakatów obwieszczających, że za dwa tygodnie będzie zabawa z okazji Halloween. Nie wybierała się na nią. Czuła jeszcze palące upokorzenie po potańcówce z ubiegłego tygodnia i pewnie nigdy tego nie zapomni. Przez dwie godziny stała samotnie pod ścianą, mając nadzieję, że jakiś chłopak poprosi ją na parkiet. A gdy jeden w końcu podszedł, nie chodziło o taniec. Zgiął się nagle wpół i zwymiotował na jej buty. Tańce się dla niej skończyły. Mieszkała w tym mieście dopiero od dwóch miesięcy, a pragnęła już, by matka spakowała ich rzeczy i przeniosła się z nią w jakieś miejsce, gdzie mogłyby zacząć od nowa. Gdzie wszystko wyglądałoby wreszcie inaczej.

Tylko że nigdy tak nie było.

Wyszła ze szkoły na jesienne słońce. Pochyliwszy się nad rowerem, otwierała z takim skupieniem kłódkę, że nie usłyszała kroków. Dopiero gdy jej twarz przesłonił cień, zdała sobie sprawę, że stoi przy niej Elijah.

— Cześć, Alice.

Podniosła się tak gwałtownie, że rower przewrócił się na ziemię. O Boże, czuła się jak idiotka. Jak mogła być tak niezdarna?

— To był trudny egzamin, prawda? — Elijah wyrzekł te słowa powoli, dobitnie. To też jej się w nim podobało. W odróżnieniu od innych chłopaków zawsze mówił wyraźnie, nie bełkotał. I nie zasłaniał ust. Zna mój sekret, pomyślała. A jednak chce się ze mną przyjaźnić.

— Odpowiedziałaś na wszystkie pytania?

Pochyliła się, by podnieść rower.

— Znałam odpowiedzi. Zabrakło mi tylko czasu. — Wyprostowała się i zobaczyła, że wpatruje się w jej bluzkę. W miejsce, gdzie odpadł guzik. Zaczerwieniła się i skrzyżowała ręce na piersiach.

— Mam agrafkę — oznajmił.

— Co?

Sięgnął do kieszeni i wyjął agrafkę.

— Też zawsze gubię guziki. To trochę krępujące. Daj, pomogę ci.

Wstrzymała oddech, gdy dotknął jej bluzki. Z trudem opanowywała drżenie, kiedy wsunął palec pod materiał, żeby zapiąć agrafkę. Czy czuje, jak wali mi serce? — zastanawiała się. Czy wie, że kręci mi się w głowie, gdy czuję jego dotyk?

Kiedy się cofnął, odetchnęła głęboko. Spojrzała w dół i zauważyła, że jest skromnie zapięta pod szyją.

— Lepiej? — spytał.

— O tak! — Zamilkła, aby się opanować, po czym dodała z królewską godnością: — Dziękuję, Elijahu. Jesteś bardzo uczynny.

Milczeli przez chwilę. Słychać było krakanie wron, a jesienne liście wyglądały jak jasne płomienie, ogarniające gałęzie nad ich głowami.

— Mogłabyś mi w czymś pomóc, Alice? — spytał.

— W czym?

Och, co za głupia odpowiedź! Powinnaś powiedzieć: tak! Tak, zrobię dla ciebie wszystko, Elijahu Lank.

— Mam zadanie z biologii. Potrzebuję kogoś do pomocy i nie wiem, kogo innego mógłbym poprosić.

— Co to za zadanie?

— Pokażę ci. Musimy podjechać do mnie.

Do jego domu! Nigdy nie była u żadnego chłopaka.

Skinęła głową.

— Zostawię tylko u siebie książki.

Wyciągnął rower ze stojaka. Był niemal równie zużyty jak jej, z pordzewiałymi błotnikami i obłażącym siodełkiem. Przez ten stary rower polubiła go jeszcze bardziej. Pasujemy do siebie, pomyślała. Tony Curtis i ja.

Pojechali najpierw do jej domu. Nie zaprosiła go do środka. Wstydziła się starych mebli i farby obłażącej ze ścian. Wpadła tylko do środka, rzuciła torbę z książkami na kuchenny stół i wybiegła.

Niestety, Buddy, pies jej brata, także wyskoczył. Gdy wychodziła frontowymi drzwiami, przeleciał obok niej jak czarno-biała torpeda.

— Buddy! — krzyknęła. — Wracaj!

— Nie bardzo cię słucha, co? — zauważył Elijah.

— Bo to głupi pies. Buddy!

Kundel obejrzał się, machając ogonem, i pobiegł dalej drogą.

— Nieważne — powiedziała Alice. — Wróci do domu, jak będzie chciał. — Wsiadła na rower. — Gdzie mieszkasz?

— Przy Skyline Road. Byłaś tam kiedyś?

— Nie.

— Trzeba podjechać spory kawałek pod górę. Dasz radę?

Skinęła głową. Dla ciebie zrobię wszystko.

Oddalili się od jej domu. Miała nadzieję, że skręci w główną ulicę i miną sklep z napojami, gdzie dzieciaki szły zawsze po lekcjach słuchać szafy grającej i sączyć wodę sodową. Zobaczą, jak jedziemy razem, pomyślała. To dopiero dziewczyny będą miały o czym gadać. Alice i niebieskooki Elijah!

Ale nie pojechał z nią główną ulicą. Skręcił w Locust Lane, gdzie nie było prawie żadnych domów, tylko kilka zakładów i parking dla pracowników fabryki konserw. Trudno. Ale chociaż jechała z nim. Na tyle blisko, że widziała jego napięte uda i pośladki wsparte na siodełku.

Odwrócił głowę i jego czarne włosy rozwiały się na wietrze.

— Radzisz sobie, Alice?

— Tak. — Prawdę mówiąc, brakowało jej już tchu, bo wyjechali z miasta i zaczęli wspinaczkę pod górę. Elijah musiał jeździć tam rowerem codziennie, był więc przyzwyczajony. Pedałował niemal bez wysiłku. Jego nogi pracowały jak potężne tłoki. Ale Alice dyszała, naciskając mocno pedały. Dostrzegła kątem oka psa. Spojrzawszy w bok, zobaczyła, że Buddy ich goni. Był też wyraźnie zmęczony. Biegł z wysuniętym językiem, starając się za nimi nadążyć.

— Wracaj do domu!

— Co mówiłaś? — Elijah spojrzał na nią.

— To znów ten głupi pies — odparła zdyszana. — Cały czas za nami biegnie. W końcu.... się zgubi.

Skarciła Buddy'ego wzrokiem, ale on nadal biegł obok, głupio zadowolony. A leć sobie, pomyślała. Wykończ się. Co mnie to obchodzi.

Jechali dalej pod górę. Droga wiła się łagodnymi serpentynami. Wśród drzew migało chwilami daleko w dole Fox Harbor. W popołudniowym słońcu tafla wody przypominała lśniącą miedź. Potem drzewa przesłoniły wszystko i Alice widziała już tylko las, przybrany w olśniewające czerwone i pomarańczowe barwy. Kręta droga była przysypana liśćmi.

Kiedy Elijah w końcu się zatrzymał, Alice tak drżały z wysiłku nogi, że z trudem mogła stać. Buddy'ego nie było nigdzie widać. Miała nadzieję, że trafi do domu, bo nie zamierzała go szukać. Na pewno nie teraz, gdy Elijah stał obok i uśmiechał się do niej z błyskiem w oczach. Oparłszy rower o drzewo, zarzucił torbę z książkami na ramię.

— To gdzie jest twój dom? — spytała.

— Tam. — Wskazał na drogę, gdzie stała na słupku zardzewiała skrzynka na listy.

— Nie idziemy do ciebie?

— Nie. Moja kuzynka leży chora. Wymiotowała przez całą noc, więc lepiej tam nie wchodźmy. Zresztą robię doświadczenia tutaj, w lesie. Zostaw rower. Musimy kawałek przejść.

Oparła rower o drzewo, tuż obok jego i poszła za Elijahem. Nogi drżały jej jeszcze od jazdy pod górę. Zagłębili się w las. Drzewa rosły gęsto, a ziemię pokrywał gruby dywan liści. Podążała za nim dzielnie, oganiając się od komarów.

— Więc mieszka z tobą kuzynka? — spytała.

— Tak. Przyjechała do nas w zeszłym roku. Teraz już chyba zostanie. Nie ma się gdzie podziać.

— Twoi rodzice się na to zgadzają?

— Mam tylko ojca. Mama nie żyje.

— O... — Nie wiedziała, co odpowiedzieć. W końcu mruknęła po prostu „przykro mi", ale chyba tego nie słyszał.

Zarośla gęstniały coraz bardziej i jeżyny drapały jej gołe nogi. Z trudem za nim nadążała. Popędził naprzód, zostawiając ją z sukienką zaczepioną o krzak jeżyn.

— Elijahu!

Nie odpowiedział. Szedł dalej, jak śmiały odkrywca, z przewieszoną przez ramię torbą.

— Zaczekaj!

— Chcesz to zobaczyć czy nie?

— Tak, ale...

— To chodź. — W jego głosie pojawił się ton zniecierpliwienia, który ją przestraszył. Stał w odległości paru metrów, patrząc na nią, i zauważyła, że zaciska pięści.

— W porządku — odparła potulnie. — Już idę.

Kilka metrów dalej wyłoniła się nagle polana. Alice ujrzała stare kamienne fundamenty, pozostałe po nieistniejącym od dawna gospodarstwie. Elijah spojrzał na nią. Popołudniowe słońce znaczyło plamkami jego twarz.

— To tutaj — oznajmił.

— Co?

Pochylił się i odsunął dwie drewniane deski, odsłaniając głęboką dziurę.

— Zajrzyj do środka — powiedział. — Kopałem to trzy tygodnie.

Podeszła powoli do jamy i zajrzała w głąb. Popołudniowe słońce znikało za drzewami i dno dziury było w cieniu. Dostrzegła tam warstwę zeschłych liści i zwisającą z boku linę.

— To pułapka na niedźwiedzia czy coś w tym rodzaju?

— Niewykluczone. Gdybym położył na wierzchu gałęzie, żeby zasłonić otwór, mógłbym schwytać nawet jelenia. — Wskazał w głąb dziury. — Widzisz, co tam jest?

Pochyliła się niżej. W cieniu na dnie coś niewyraźnie lśniło. Plamki bieli pod rozrzuconymi liśćmi.

— Co to jest?

— Mój eksperyment. — Sięgnął po linę i pociągnął za nią.

Liście na dnie jamy zaszeleściły i zawirowały. Alice patrzyła, jak lina się napręża, gdy Elijah wydobywał coś z cienia. Był to koszyk. Wyciągnął go z jamy i postawił na ziemi. Odgarnąwszy liście, pokazał jej, co lśniło bielą na dnie dziury.

Zobaczyła niewielką czaszkę.

Gdy strzepał liście, ujrzała kępki czarnego futra, patykowate żebra, guzkowate kręgi i cienkie jak gałązki kości łap.

— Niezłe, co? Już nawet nie cuchnie. Jest tu prawie od siedmiu miesięcy. Kiedy sprawdzałem ostatnim razem, były na nim jeszcze kawałki mięsa. Ciekawe, jak i ono łatwo znika. Zaczęło gnić naprawdę szybko w maju, gdy zrobiło się ciepło.

— Co to jest?

— Nie wiesz?

— Nie.

Podniósłszy czaszkę, przekręcił ją lekko i oderwał od kręgosłupa. Alice wzdrygnęła się, gdy podsunął ją w jej kierunku.

— Przestań! — pisnęła.

— Miau!

— Elijahu!

— Pytałaś, co to jest.

Wpatrywała się w puste oczodoły.

— To kot?

Elijah wyjął z torby z książkami worek na zakupy i zaczął wkładać do niego kości.

— Co zrobisz z tym szkieletem?

— To temat mojej pracy. Jak kot zamienia się w szkielet w siedem miesięcy.

— Skąd go wziąłeś?

— Znalazłem.

— Tak po prostu znalazłeś martwego kota?

Spojrzał na nią roześmianymi niebieskimi oczami. Ale nie były to już oczy Tony'ego Curtisa. Przerażały ją.

— Kto powiedział, że był martwy?

Poczuła nagle, jak wali jej serce. Zrobiła krok do tyłu.

— Chyba muszę już wracać do domu.

— Dlaczego?

— Mam zadanie domowe.

Stanął nagle przy niej, podnosząc się bez wysiłku. Nie uśmiechał się już, tylko patrzył wyczekująco.

— No to... do zobaczenia w szkole — rzekła niepewnie. Cofnęła się, spoglądając w lewo i w prawo na las, który wyglądał z każdej strony tak samo. Skąd przyszli? Którędy powinna wracać?

— Przecież ledwie się tu zjawiłaś, Alice — powiedział. Trzymał coś w ręce. Dopiero gdy uniósł to nad głowę, zobaczyła, co tak ściskał.

Kamień.

Cios powalił ją na kolana. Przyklęknęła na ziemi. Pociemniało jej w oczach i miała odrętwiałe kończyny. Nie czuła bólu, tylko tępe zdumienie, że ją uderzył. Zaczęła się czołgać, ale nie widziała, dokąd idzie. Chwycił ją za kostki i pociągnął do tyłu. Ocierała twarzą o ziemię, gdy wlókł ją za nogi. Próbowała go kopać, krzyczeć, ale usta miała zapchane błotem i gałązkami. Ciągnął ją w kierunku jamy. Poczuwszy, że traci grunt pod nogami, uchwyciła się drzewka i zawisła na jej krawędzi.

— Puść, Alice — rozkazał.

— Wyciągnij mnie! Wyciągnij!

— Powiedziałem, puść! — Uniósł kamień i uderzył ją w rękę.

Krzyknęła i puściwszy drzewko, zsunęła się w głąb jamy, lądując na warstwie suchych liści.

— Alice. Alice.

Oszołomiona upadkiem spojrzała na widoczny w górze krąg nieba i zobaczyła zarys jego głowy, gdy pochylał się i patrzył na nią.

— Dlaczego to robisz? — spytała, szlochając. — Dlaczego?

— Nie mam nic do ciebie. Chcę tylko sprawdzić, ile czasu to potrwa. Z kotem siedem miesięcy. A z tobą, jak myślisz?

— Nie możesz mi tego zrobić!

— Żegnaj, Alice.

— Elijahu! Elijahu!

Drewniane deski zakryły otwór, zasłaniając krąg światła. Przestała widzieć niebo. To się nie dzieje naprawdę, pomyślała. To żart. Próbuje mnie tylko przestraszyć. Przetrzyma mnie tu kilka minut, a potem wróci i mnie wypuści. Jasne, że wróci.

Nagle usłyszała u góry głuchy łoskot. Kamienie. Układa na deskach kamienie.

Wstała i próbowała wydostać się z jamy. Chwyciła uschniętą gałązkę winorośli, która natychmiast rozsypała jej się w rękach. Drapała palcami ziemię, ale nie znalazła żadnego oparcia dla rąk, nie mogła podciągnąć się choćby kilkanaście centymetrów, bo zaraz osuwała się z powrotem. Jej krzyki przeszywały ciemność.

— Elijahu! — piszczała desperacko.

Jedyną odpowiedzią były uderzenia kamieni o deski.

Rozdział pierwszy

Pesez le matin que vous n'irez peut-être pas jusqu'au soir, Et au soir que vous n'irez peut-être pas jusqu'au matin.

Bądź świadom każdego ranka, że możesz nie przeżyć dnia, I każdego wieczoru, że możesz nie przeżyć nocy.

(napis wyryty na katakumbach w Paryżu)

Stojące rzędem czaszki spoglądały złowrogo ze sterty ułożonych misternie kości udowych i piszczeli. Choć był czerwiec i doktor Maura Isles wiedziała, że na ulicach Paryża, dwadzieścia metrów nad nią, świeci słońce, przenikał ją dreszcz, gdy szła mrocznym korytarzem, którego ściany wyłożone były niemal pod sufit ludzkimi szczątkami. Obcowała — nawet bardzo blisko — ze śmiercią i mnóstwo razy stawała z nią twarzą w twarz przy sekcji zwłok, ale oszałamiał ją ogrom tego miejsca, liczba kości zgromadzonych w labiryncie tuneli pod Miastem Światła. Kilometrowa trasa zwiedzania obejmowała jedynie niewielką część katakumb. Niedostępne dla turystów były liczne boczne tunele i wypełnione kośćmi komnaty, których mroczne wnętrza wyzierały kusząco zza zamkniętych bram. Znajdowały się tam szczątki sześciu milionów paryżan, których twarze rozgrzewały kiedyś promienie słońca, którzy zaznawali głodu, pragnienia, miłości, czuli w piersiach bicie swoich serc i ruch powietrza w płucach. Nie wyobrażali sobie nigdy, że pewnego dnia ich kości zostaną wydobyte z miejsc pochówku na cmentarzach i przeniesione do tego ponurego grobowca w podziemiach miasta.

Że pewnego dnia zostaną wystawieni na pokaz hordom ciekawskich turystów.

Półtora wieku temu, aby zrobić miejsce dla nowych zmarłych na przetłoczonych paryskich cmentarzach, wykopano kości i złożono je w ogromnym labiryncie dawnych kamieniołomów, głęboko pod miastem. Robotnicy, którzy przenosili kości, nie rzucali ich niedbale na stosy, lecz wykonali swe makabryczne zadanie z polotem, układając je starannie w wymyślne konfiguracje. Jak wybredni kamieniarze, zbudowali wysokie ściany, ozdobione układanymi na przemian warstwami czaszek i kości długich, przekształcając szczątki w artystyczną wizję. Powiesili też tablice z ponurymi cytatami, które przypominały wszystkim idącym wzdłuż tych korytarzy, że śmierć nikogo nie oszczędza.

Jedna z tablic zwróciła uwagę Maury. Przystanęła w tłumie turystów, by ją przeczytać. Gdy tłumaczyła z trudem pojedyncze słowa, korzystając ze swej słabej szkolnej znajomości francuskiego, usłyszała rozbrzmiewający echem w mrocznych korytarzach absurdalny odgłos dziecięcego śmiechu i wypowiedziane pod nosem z teksaskim akcentem słowa mężczyzny, który mruknął do żony: „Co za niesamowite miejsce, Sherry. Człowieka przechodzą ciarki...".

Para Teksańczyków poszła dalej i ich głosy zamarły w ciszy. Przez chwilę Maura stała sama w niszy, wdychając kurz stuleci. W mrocznej poświacie tunelu widać było na czaszkach pleśń, okrywającą je zielonkawą powłoką. W jednej z nich dostrzegła otwór po kuli, wyglądający jak trzecie oko.

Wiem, jak zginąłeś.

Chłód tunelu przeniknął do jej własnych kości. Nie ruszyła się jednak, zdecydowana przetłumaczyć napis na tablicy, stłumić strach dzięki bezużytecznej intelektualnej zagadce. Co jest, Mauro? Trzy lata francuskiego w szkole i nie potrafisz sobie z tym poradzić? To było osobiste wyzwanie. Odsunęła od siebie chwilowo wszelkie myśli o śmierci. Nagle słowa motta nabrały znaczenia i poczuła, jak zastyga jej krew...

Szczęśliwy, kto zawsze oczekuje godziny śmierci I każdego dnia gotów jest umrzeć.

Spostrzegła nieoczekiwanie, że otacza ją cisza. Nie słyszała żadnych rozmów ani odgłosów kroków. Odwróciła się i wyszła z ponurej wnęki. Jak to się stało, że została tak daleko za innymi turystami? Była sama w tunelu, sama z umarłymi. Pomyślała, że w razie nieoczekiwanej awarii prądu mogłaby zabłądzić w nieprzeniknionych ciemnościach. Słyszała o paryskich robotnikach, którzy sto lat temu zgubili się w katakumbach i zmarli z głodu. Przyspieszyła kroku, starając się dogonić pozostałych, dołączyć do towarzystwa żyjących. Czuła w tych korytarzach zbyt bliski oddech śmierci. Czaszki zdawały się spoglądać na nią z pogardą, chór sześciu milionów zmarłych gromił ją za upiorną dociekliwość.

Byliśmy kiedyś równie żywi jak ty. Sądzisz, że unikniesz w przyszłości tego, co tu widzisz?

Gdy wyłoniła się w końcu z katakumb i wyszła na słońce przy rue Remy Dumoncel, wciągnęła głęboko powietrze. Cieszył ją, jak nigdy, gwar uliczny i tłum ludzi, jakby dostała właśnie szansę rozpoczęcia na nowo życia. Kolory wydawały jej się jaśniejsze, twarze bardziej przyjazne. To mój ostatni dzień w Paryżu, pomyślała, a dopiero teraz doceniam naprawdę urok tego miasta. Spędziła większość minionego tygodnia zamknięta w salach obrad, uczestnicząc w Międzynarodowej Konferencji Patologii Sądowej. Niewiele było czasu na zwiedzanie, a na zorganizowanych dla nich wycieczkach oglądali miejsca powiązane ze śmiercią i chorobami: muzeum medycyny, dawną salę operacyjną.

I katakumby.

Jak na ironię, spośród wszystkich wspomnień, jakie miała przywieźć z Paryża, najbardziej żywe będą te dotyczące ludzkich szczątków. To nie jest normalne, pomyślała, siedząc w kafejce na powietrzu i delektując się ostatnią filiżanką kawy espresso i ciastem truskawkowym. Za dwa dni znajdę się z powrotem w prosektorium, otoczona przedmiotami z nierdzewnej stali, odcięta od promieni słońca. Będę wdychała tylko zimne, filtrowane powietrze z klimatyzatora. Ten dzień stanie się wspomnieniem z raju.

Nie spieszyła się, starając się zapamiętać jak najwięcej. Aromat kawy, maślany smak ciasta. Gawędzących biznesmenów z przytkniętymi do uszu telefonami komórkowymi, związane fantazyjnie chusty, powiewające na szyjach kobiet. Wyobraźnia podsuwała jej myśl, która musiała zaświtać w głowie każdego Amerykanina odwiedzającego Paryż: a gdyby tak nie zdążyć na samolot? Na resztę życia zostać tutaj, w tej kafejce, w tym cudownym mieście?

W końcu wstała jednak od stolika i zatrzymała taksówkę, by pojechać na lotnisko. Pozostawiała marzenia, Paryż, ale tylko dlatego, że przyrzekła sobie pewnego dnia tam powrócić. Nie wiedziała jedynie kiedy.

* * *

Jej lot był opóźniony trzy godziny. Mogłabym pospacerować sobie w tym czasie nad Sekwaną, pomyślała rozczarowana, siedząc na lotnisku Charles'a de Gaulle'a. Przez trzy godziny mogłam włóczyć się po Marais albo myszkować w Les Halles. A tymczasem tkwiła uwięziona na lotnisku, tak zatłoczonym podróżnymi, że nie mogła znaleźć miejsca do siedzenia. Gdy wreszcie znalazła się na pokładzie samolotu Air France, była wykończona i całkowicie skołowana. Wystarczyła lampka wina i posiłek, aby zapadła w głęboki sen.

Przebudziła się dopiero wtedy, gdy maszyna podchodziła do lądowania w Bostonie. Bolała ją głowa, a zachodzące słońce raziło w oczy. Ból głowy nasilił się jeszcze, gdy czekała na bagaż, patrząc na kolejne zjeżdżające z taśmy walizki i nie znajdując swojej. Stanęła w kolejce, by zgłosić zaginięcie bagażu, i czuła nieznośne pulsowanie w skroniach. Kiedy w końcu wsiadła do taksówki, mając tylko podręczną torbę, zapadł już zmrok i marzyła jedynie o gorącej kąpieli i solidnej dawce advilu. Osunęła się na siedzenie taksówki i znów zapadła w sen.

Zbudziło ją gwałtowne hamowanie.

— Co się tu dzieje? — usłyszała głos kierowcy.

Dźwignąwszy się, spojrzała zaczerwienionymi oczami na pulsujące niebieskie światła. Dopiero po chwili dotarło do niej, na co patrzy. Nagle zdała sobie sprawę, że skręcili w ulicę, przy której mieszka, i wyprostowała się raptownie, natychmiast przytomniejąc, przerażona tym, co ujrzała. Stały tam zaparkowane cztery radiowozy policyjne z Brookline. Migające na ich dachach światła przeszywały ciemność.

— Chyba coś się tu stało — oznajmił kierowca. — To pani ulica, tak?

— A tam jest mój dom. W połowie drogi.

— Gdzie stoją wszystkie radiowozy? Nie sądzę, żeby nas przepuścili.

Jakby na potwierdzenie jego słów podszedł do nich policjant, dając znak, by zawracali.

Taksówkarz wystawił głowę przez okno.

— Muszę wysadzić pasażerkę. Mieszka na tej ulicy.

— Przykro mi, kolego. Cały kwartał jest otoczony kordonem.

Maura pochyliła się naprzód i powiedziała do kierowcy:

— Wysiądę tutaj.

Podała mu należność, chwyciła podręczną torbę i wysiadła z taksówki. Zaledwie kilka sekund wcześniej była odurzona i półprzytomna, ale teraz ciepła czerwcowa noc zdawała się pulsować napięciem. Ruszyła chodnikiem, czując narastający niepokój, w miarę jak zbliżała się do tłumu gapiów i obserwowała zaparkowane przed jej domem policyjne samochody. Czyżby coś się stało któremuś z jej sąsiadów? Przemknęły jej przez głowę różne straszne domysły. Samobójstwo. Morderstwo. Pomyślała o panu Telushkinie, samotnym inżynierze robotyku, który mieszkał obok. Czyż nie był wyraźnie przygnębiony, kiedy ostatnio go widziała? Pomyślała także o Lily i Susan, sąsiadkach z drugiej strony, dwóch prawniczkach lesbijkach, których działalność w obronie homoseksualistów narażała je na niebezpieczeństwo. Zauważyła jednak, że Lily i Susan stoją w tłumie, całe i zdrowe, zaczęła się więc martwić ponownie o pana Telushkina, którego nie widziała wśród gapiów.

Lily spojrzała w bok i zobaczyła Maurę. Nie pomachała jej, tylko gapiła się bez słowa, szturchając Susan. Susan odwróciła głowę i na widok Maury szeroko otworzyła usta. Teraz także inni sąsiedzi wpatrywali się w nią ze zdumieniem na twarzach.

Czemu tak na mnie patrzą? — zastanawiała się Maura. Co ja takiego zrobiłam?

— Doktor Isles? — spytał policjant z Brookline, przyglądając się jej. — To pani?

Co za głupie pytanie, pomyślała.

— Mieszkam w tamtym domu. Co się tu dzieje?

Policjant westchnął ciężko.

— Hm... proszę pójść ze mną.

Wziął ją pod ramię i poprowadził przez tłum. Sąsiedzi rozstępowali się z powagą, jakby robili przejście dla skazańca. Zaległa upiorna cisza. Słychać było tylko trzaski policyjnych nadajników. Doszli do żółtej taśmy, rozciągniętej między słupkami, z których kilka było wbitych w ziemię przed domem pana Telushkina. Jest tak dumny ze swojego trawnika, że nie będzie z tego powodu szczęśliwy, pomyślała natychmiast, zupełnie bez sensu. Policjant uniósł taśmę. Przeszła pod nią pochylona, uświadamiając sobie, że znalazła się na miejscu zbrodni.

Wiedziała o tym, zauważywszy znajomą postać. Mimo dzielącej je odległości rozpoznała po drugiej stronie trawnika detektyw Jane Rizzoli z wydziału zabójstw. Drobna Rizzoli była już w ósmym miesiącu ciąży i wyglądała w spodniumie jak dojrzała gruszka. Jej obecność stanowiła kolejny zaskakujący szczegół. Co policjantka z Bostonu robiła w Brookline, poza obszarem swojej jurysdykcji? Rizzoli nie widziała Maury. Wpatrywała się w samochód, zaparkowany przy krawężniku przed domem pana Telushkina. Kręciła głową, wyraźnie przejęta, potrząsając ciemnymi lokami, które miała jak zwykle w nieładzie.

Pierwszy zauważył Maurę partner Rizzoli, detektyw Barry Frost. Spojrzał na nią, potem w bok i jakby zreflektowawszy się nagle, utkwił w niej wzrok, blady jak ściana. Bez słowa ścisnął Rizzoli za ramię.

Rizzoli znieruchomiała. W blasku niebieskich świateł radiowozów widać było wyraz niedowierzania na jej twarzy. Podeszła do Maury jak w transie.

— Pani doktor? — spytała cicho. — To pani?

— A któżby inny? Dlaczego wszyscy mnie o to pytają? Dlaczego przyglądacie mi się tak, jakbym była zjawą?

— Ponieważ... — Rizzoli zamilkła. Pokręciła głową, potrząsając niesfornymi lokami. — Chryste. Myślałam przez chwilę, że naprawdę jest pani zjawą.

— Co?

Rizzoli odwróciła się i zawołała:

— Ojcze Brophy?

Maura nie zauważyła wcześniej stojącego samotnie z boku księdza. Teraz wyłonił się z cienia, ze lśniącą biało na szyi koloratką. Jego piękna zwykle twarz była spięta i wyrażała zaskoczenie. Co robi tu Daniel? Księży nie wzywano zwykle na miejsce zbrodni, chyba że rodzina ofiary prosiła o pociechę. Jej sąsiad, pan Telushkin, nie był katolikiem, tylko żydem. Nie wzywałby księdza.

— Mógłby ojciec zaprowadzić ją do domu? — poprosiła Rizzoli.

— Czy ktoś mi wreszcie powie, co tu się dzieje? — zapytała Maura.

— Proszę wejść do środka, pani doktor. Wyjaśnimy to później.

Maura poczuła, jak ojciec Brophy obejmuje ją mocno w pasie, dając jej wyraźnie do zrozumienia, że nie czas na stawianie oporu. Że powinna po prostu słuchać poleceń Rizzoli. Pozwoliła mu się zaprowadzić do drzwi frontowych i zauważyła, że przechodzi ją tajemniczy dreszcz z powodu ich bliskiego kontaktu, ciepła jego ciała. Była tak bardzo świadoma jego obecności, że drżały jej ręce, gdy wkładała klucz do zamka. Choć przyjaźnili się od wielu miesięcy, nigdy dotąd nie zapraszała Daniela Brophy'ego do swojego domu, a to, jak reagowała teraz na jego bliskość, przypomniało jej, dlaczego tak starannie trzymała się od niego na dystans. Weszli do środka, do salonu, gdzie paliły się już lampy, włączane przez automatyczne sterowniki. Przystanęła na chwilę przy kanapie, niepewna, co robić dalej.

Ojciec Brophy przejął inicjatywę.

— Usiądź — powiedział, wskazując jej kanapę. — Przyniosę ci coś do picia.

— Jesteś gościem w moim domu. To ja powinnam zaproponować ci drinka — odparła.

— Nie w tych okolicznościach.

— Nie wiem nawet, jakie to okoliczności.

— Detektyw Rizzoli ci powie. — Wyszedł z pokoju i wrócił ze szklanką wody. Nie na to miała w tym momencie ochotę, ale nie wypadało prosić księdza o butelkę wódki. Popijała wodę, czując się nieswojo pod jego spojrzeniem. Zasiadł w fotelu naprzeciwko, wpatrując się w nią tak, jakby miał obawy, że zaraz zniknie.

Usłyszała w końcu, jak Rizzoli i Frost wchodzą do mieszkania. Słyszała, że szepczą coś w holu do trzeciej osoby, której głosu nie rozpoznawała. Tajemnice, pomyślała. Dlaczego wszyscy coś przede mną ukrywają? Czego nie chcą mi powiedzieć?

Podniosła wzrok, gdy para detektywów weszła do salonu. Towarzyszył im mężczyzna, który przedstawił się jako detektyw Eckert z Brookline. Była pewna, że zapomni to nazwisko w ciągu pięciu minut. Skupiła całą uwagę na Rizzoli, z którą wcześniej współpracowała. Lubiła ją i szanowała.

Detektywi zajęli miejsca w fotelach. Rizzoli i Frost usiedli naprzeciwko Maury, po drugiej stronie stolika do kawy. Była jedna, a ich czworo. I wszyscy się w nią wpatrywali. Frost wyjął notatnik i pióro. Co zamierzał notować? Dlaczego miała wrażenie, że jest na przesłuchaniu?

— Jak się pani czuje, pani doktor? — spytała z troską w głosie Rizzoli.

Maura roześmiała się, słysząc to banalne pytanie.

— Czułabym się o wiele lepiej, gdybym wiedziała, co się dzieje.

— Mogę zapytać, gdzie była pani dziś wieczorem?

— Wróciłam właśnie do domu z lotniska.

— Co pani tam robiła?

— Przyleciałam z Paryża. Z lotniska Charles'a de Gaulle'a. To był długi lot i nie jestem w nastroju do odpowiadania na dwadzieścia pytań.

— Jak długo była pani w Paryżu?

— Tydzień. Poleciałam tam w zeszłą środę. — Maurze wydało się, że wyczuwa w szorstkich pytaniach Rizzoli oskarżycielską nutę, i jej rozdrażnienie zaczęło przechodzić w gniew. — Jeśli mi pani nie wierzy, proszę spytać Louise, moją sekretarkę. Rezerwowała mi lot. Brałam udział...

— W Międzynarodowej Konferencji Patologii Sądowej. Zgadza się?

Maura była zaskoczona.

— Już pani wie?

— Louise nam powiedziała.

Wypytywali o mnie. Rozmawiali z moją sekretarką, zanim jeszcze wróciłam do domu.

— Powiedziała nam, że pani samolot miał wylądować o siedemnastej na lotnisku Logan — oznajmiła Rizzoli. — Jest już prawie dziesiąta. Gdzie pani była?

— Wylecieliśmy z opóźnieniem z Paryża. Jakieś dodatkowe kontrole ze względów bezpieczeństwa. Linie lotnicze mają na tym punkcie taką obsesję, że mieliśmy szczęście, startując tylko trzy godziny po czasie.

— Więc pani lot miał trzygodzinne opóźnienie?

— Właśnie to pani powiedziałam.

— O której wylądowaliście?

— Nie wiem. Około ósmej trzydzieści.

— Jazda do domu z Logan zabrała pani półtorej godziny?

— Zaginęła moja walizka. Musiałam złożyć reklamację w biurze Air France. — Maura przerwała, tracąc nagle cierpliwość. — O co tu chodzi, do cholery? Zanim odpowiem na dalsze pytania, mam prawo wiedzieć. Oskarżacie mnie o coś?

— Nie, pani doktor. O nic pani nie oskarżamy. Próbujemy tylko określić przedział czasowy.

— Jaki?

— Czy dostawała pani pogróżki, doktor Isles? — zapytał Frost.

Spojrzała na niego zaskoczona.

— Co?

— Czy naraziła się pani komuś?

— Nie.

— Na pewno?

Maura zaśmiała się bezsilnie.

— No cóż, czy można być tego pewnym?

— Musiała pani mieć kilka spraw w sądzie, gdy pani zeznania kogoś wkurzyły — rzekła Rizzoli.

— Chyba że kogoś wkurza prawda.

— Narobiła pani sobie wrogów na procesach. Wśród przestępców, których pomogła pani skazać.

— Z pewnością pani także, Jane. Taka praca.

— Otrzymywała pani jakieś konkretne pogróżki? Listy albo telefony?

— Mój numer jest zastrzeżony. A Louise nie daje nikomu adresu.

— Co z listami wysyłanymi do pani Urzędu Lekarza Sądowego?

— Zdarzały się dziwaczne przesyłki. Wszyscy je dostajemy.

— Dziwaczne?

— Ludzie piszący o kosmitach albo spiskach. Albo oskarżający nas, że próbujemy ukryć prawdę na temat wyników sekcji. Odkładamy te listy do osobnej teczki. Chyba że zawierają otwarte groźby, wtedy przekazujemy je policji.

Maura zobaczyła, że Frost bazgrze coś w notatniku, i zastanawiała się, co zapisał. Była już taka wściekła, że miała ochotę wyciągnąć rękę nad stolikiem i wyrwać mu ten notatnik.

— Pani doktor, czy ma pani siostrę? — spytała cicho Rizzoli.

To nieoczekiwane pytanie tak zaskoczyło Maurę, że spojrzała na Rizzoli, zapominając nagle o swoim rozdrażnieniu.

— Słucham?

— Czy ma pani siostrę?

— Czemu pani o to pyta?

— Po prostu muszę wiedzieć.

Maura odetchnęła ciężko.

— Nie, nie mam siostry. Wie pani, że byłam adoptowana. Kiedy powiecie mi, do cholery, o co tu chodzi?

Rizzoli i Frost popatrzyli na siebie.

Frost zamknął notatnik.

— Chyba czas, żeby to zobaczyła.

* * *

Rizzoli ruszyła w kierunku drzwi frontowych. Maura wyszła na zewnątrz, w ciepłą letnią noc, rozświetloną jak podczas karnawału błyskającymi lampami radiowozów. Jej organizm funkcjonował jeszcze według czasu paryskiego, gdzie była czwarta nad ranem, z powodu zmęczenia widziała więc wszystko jak przez mgłę i ta noc przypominała surrealistyczny koszmar. Gdy tylko wyłoniła się z domu, wszystkie twarze zwróciły się w jej stronę. Widziała, jak zgromadzeni po drugiej stronie ulicy sąsiedzi wpatrują się w nią zza policyjnej taśmy. Jako lekarz sądowy przywykła do tego, że jest w centrum uwagi, że policja i media śledzą każdy jej ruch, ale dziś patrzono na nią jakoś inaczej. Bardziej natarczywie, wręcz niepokojąco. Cieszyła się, że Rizzoli i Frost towarzyszą jej z obu stron, jakby osłaniając ją przed wścibskimi spojrzeniami, gdy szli chodnikiem w kierunku zaparkowanego przy krawężniku przed domem pana Telushkina ciemnego forda taurusa.

Maura nie rozpoznała samochodu, poznała jednak brodatego mężczyznę, który stał obok, mając na krzepkich dłoniach rękawiczki z lateksu. Był to doktor Abe Bristol, jej kolega z Urzędu Lekarza Sądowego. Miał zawsze wilczy apetyt i jego tusza odzwierciedlała zamiłowanie do obfitego jedzenia, a brzuch wylewał mu się zza paska.

— Chryste, to niesamowite — powiedział, spojrzawszy na Maurę. — Dałbym się oszukać. — Skinął głową w kierunku samochodu. — Mam nadzieję, że jesteś na to gotowa, Mauro.

Gotowa na co?

Spojrzała na zaparkowanego taurusa. Zobaczyła w blasku błyskających świateł sylwetkę postaci leżącej na kierownicy. Na szybie widniały ciemne plamy. Krew.

Rizzoli poświeciła latarką na drzwiczki od strony pasażera. Początkowo Maura nie rozumiała, na co ma patrzeć. Koncentrowała nadal uwagę na obryzganej krwią szybie i ciemnej sylwetce na fotelu kierowcy. Potem zobaczyła, co Rizzoli oświetla latarką. Tuż pod klamką widać było trzy równoległe rysy, wyryte głęboko w lakierze samochodu.

— To wygląda jak ślady pazurów — odezwała się Rizzoli, wyginając palce jakby dla zilustrowania swoich słów.

Maura przyglądała się rysom. To nie pazury, pomyślała, czując dreszcz na plecach, tylko szpony drapieżnika.

— Proszę podejść do fotela kierowcy — powiedziała Rizzoli.

Maura nie zadawała więcej pytań, obchodząc taurusa w ślad za nią.

— Rejestracja z Massachusetts — oznajmiła Rizzoli, oświetlając latarką tylny zderzak, ale rzuciła to tylko mimochodem. Podszedłszy do drzwi kierowcy, przystanęła i popatrzyła na Maurę.

— Oto co tak nami wstrząsnęło. — Rizzoli skierowała snop światła do wnętrza samochodu.

Latarka oświetliła twarz kobiety, wpatrzonej w szybę. Opierała się prawym policzkiem o kierownicę i miała otwarte oczy.

Maura zaniemówiła. Utkwiła wzrok w jej skórze koloru kości słoniowej, czarnych włosach i pełnych wargach, lekko rozchylonych, jakby ze zdziwienia. Ugięły się pod nią nogi i miała wrażenie, że odrywa się od ziemi i unosi w powietrzu. Poczuła na ramieniu czyjąś dłoń. Był to ojciec Brophy, który stał tuż za nią. Wcześniej nawet go nie zauważyła.

Teraz zrozumiała, dlaczego wszystkich tak oszołomiło jej przybycie. Patrzyła na zwłoki w samochodzie, na twarz oświetloną latarką Rizzoli.

To ja. Ta kobieta to ja.

Rozdział drugi

Siedziała na kanapie, sącząc wódkę z wodą sodową i kostkami lodu. Do diabła ze zwykłą wodą. Ten szok wymagał mocniejszego lekarstwa i ojciec Brophy rozumiał to wystarczająco, by przyrządzić mocnego drinka i wręczyć go jej bez słowa komentarza. Człowiek nie co dzień widzi swojego trupa. Niecodziennie na miejscu zbrodni spotyka się swego martwego sobowtóra.

— To tylko przypadek — szepnęła Maura. — Ta kobieta jest po prostu do mnie podobna. Wiele kobiet ma czarne włosy. A jej twarz... Przecież w tym samochodzie nie było jej dobrze widać.

— Nie wiem, pani doktor — odparła Rizzoli. — Podobieństwo jest zatrważające. — Zagłębiła się w fotelu, jęknąwszy, gdy poduszki otoczyły jej wydatny brzuch.

Biedna Rizzoli, pomyślała Maura. Kobieta w ósmym miesiącu ciąży nie powinna się borykać ze śledztwem w sprawie zabójstwa.

— Ona ma inną fryzurę — rzekła Maura.

— Tylko trochę dłuższe włosy.

— Ja mam grzywkę, a ona nie.

— Nie sądzi pani, że to jedynie drobny szczegół? A jej twarz? Mogłaby być pani siostrą.

— Zaczekajmy, aż zobaczymy ją przy lepszym świetle. Może wcale nie jest do mnie podobna.

— Jest podobna, Mauro — wtrącił ojciec Brophy. — Wszyscy to widzieliśmy. Wygląda dokładnie jak ty.

— Poza tym siedzi w samochodzie w pani miejscu zamieszkania — dodała Rizzoli. — Zaparkowanym praktycznie przed pani domem. A to miała na tylnym siedzeniu. — Rizzoli pokazała jej przezroczysty plastikowy woreczek, w którym Maura zobaczyła artykuł wydarty z „Boston Globe". Nagłówek był wystarczająco duży, by mogła go przeczytać z drugiej strony stolika.

DZIECKO PANI RAWLINS BYŁO MALTRETOWANE. OBCIĄŻAJĄCE ZEZNANIA LEKARZA SĄDOWEGO.

— Jest tu pani zdjęcie, pani doktor — oznajmiła Rizzoli. — Z podpisem: „Lekarz sądowy, doktor Maura Isles, opuszcza salę rozpraw po złożeniu zeznań w sprawie pani Rawlins". — Spojrzała na Maurę. — Ofiara miała to w swoim samochodzie.

Maura pokręciła głową.

— Dlaczego?

— Nad tym się właśnie zastanawiamy.

— Od tego procesu minęły prawie dwa tygodnie.

— Pamięta pani tę kobietę z sali sądowej?

— Nie. Nigdy przedtem jej nie widziałam.

— Ale ona najwyraźniej widziała panią. Przynajmniej w gazecie. A potem pojawia się tutaj. Szuka pani? Śledzi panią?

Maura wpatrywała się w szklankę. Od wódki zaczynało jej się kręcić w głowie. Niecałe dwadzieścia cztery godziny temu chodziłam ulicami Paryża, pomyślała. Delektowałam się słońcem i zapachami, dolatującymi z ulicznych kafejek. Jak to się stało, że wdepnęłam w ten koszmar?

— Czy ma pani broń, pani doktor? — spytała Rizzoli.

Maura zesztywniała.

— A cóż to za pytanie?

— Nie, o nic panią nie oskarżam. Zastanawiałam się tylko, czy potrafi się pani obronić.

— Nie mam broni. Widziałam, jakie czyni spustoszenie w ludzkim ciele, i nie trzymam jej w domu.

— W porządku. Tylko spytałam.

Maura wypiła kolejny łyk wódki, by dodać sobie odwagi, a następnie zadała kolejne pytanie:

— Co wiecie o ofierze?

Frost wyjął notatnik, wertując go jak gorliwy urzędnik. Pod wieloma względami przypominał Maurze poczciwego biurokratę z gotowym zawsze do użytku piórem.

— Z prawa jazdy, które znaleźliśmy w jej torebce, wynika, że nazywała się Anna Jessop. Czterdzieści lat, zamieszkała w Brighton. Samochód zarejestrowany na to samo nazwisko.

Maura uniosła głowę.

— To zaledwie kilka kilometrów stąd.

— Mieszkała w bloku. Sąsiedzi niewiele o niej wiedzą. Nadal próbujemy zlokalizować właścicielkę domu, żeby wpuściła nas do jej mieszkania.

— Czy nazwisko Jessop brzmi pani znajomo? — dopytywała się Rizzoli.

Maura pokręciła głową.

— Nie znam nikogo takiego.

— Zna pani kogoś w Maine?

— Czemu pani pyta?

— Miała w torebce mandat za przekroczenie dozwolonej prędkości. Wygląda na to, że zatrzymano ją dwa dni temu, gdy jechała na południe autostradą do Maine.

— Nie znam tam nikogo. — Maura wzięła głęboki oddech i spytała: — Kto ją znalazł?

— Pani sąsiad, pan Telushkin, zawiadomił policję — odparła Rizzoli. — Wyprowadzał psa, gdy zauważył zaparkowanego przy krawężniku taurusa.

— Kiedy to było?

— Około dwudziestej.

Oczywiście, pomyślała Maura. Pan Telushkin co wieczór wychodził z psem dokładnie o tej porze. Inżynierowie już tacy są, skrupulatni i przewidywalni. Ale tej nocy spotkało go coś zaskakującego.

— Niczego nie słyszał? — spytała Maura.

— Tylko coś, co przypominało strzał z gaźnika samochodu, jakieś dziesięć minut wcześniej. Ale nie było żadnych świadków. Gdy znalazł taurusa, zadzwonił pod dziewięćset jedenaście. Powiedział, że ktoś zastrzelił właśnie jego sąsiadkę, doktor Isles. Policjanci z Brookline przybyli pierwsi, z obecnym tu detektywem Eckertem. Frost i ja przyjechaliśmy około dziewiątej.

— Dlaczego? — Maura zadała w końcu pytanie, które przyszło jej do głowy już wtedy, gdy zobaczyła Rizzoli na trawniku przed swoim domem. — Dlaczego jesteście w Brookline? To nie wasz rewir.

Rizzoli spojrzała na detektywa Eckerta.

— W zeszłym roku mieliśmy w Brookline tylko jedno zabójstwo — odparł nieco zmieszany. — Uznaliśmy, że w tych okolicznościach należy zadzwonić do Bostonu.

Tak, rzeczywiście, pomyślała Maura. Brookline było zaledwie dzielnicą mieszkalną na peryferiach Bostonu. W zeszłym roku policja bostońska prowadziła śledztwo w sprawie sześćdziesięciu zabójstw. Ćwiczenie czyni mistrza, w wykrywaniu zbrodni tak samo jak w każdej innej dziedzinie.

— Tak czy inaczej, włączylibyśmy się do tej sprawy — oznajmiła Rizzoli. — Jak tylko się okazało, kim jest ofiara. A raczej na kogo wyglada. — Przerwała na chwilę. — Byłam absolutnie przekonana, że to pani. Spojrzałam tylko na ofiarę i nie miałam wątpliwości...

— Jak my wszyscy — wtrącił Frost.

Zaległo milczenie.

— Wiedzieliśmy, że ma pani przylecieć dziś wieczorem z Paryża — kontynuowała Rizzoli. — Powiedziała nam to pani sekretarka. Nie pasował nam tylko ten samochód. Dlaczego siedziała pani w samochodzie, zarejestrowanym na nazwisko innej kobiety.

Maura opróżniła szklankę i odstawiła ją na stolik do kawy. Musiała poprzestać na tym jednym drinku. Drętwiały jej już nogi i miała mgłę przed oczami. Pokój spowijała delikatna poświata. To się nie dzieje naprawdę, pomyślała. Śpię w samolocie gdzieś nad Atlantykiem i stwierdzę po przebudzeniu, że już wylądowaliśmy i to był tylko sen.

— Nic jeszcze nie wiemy o Annie Jessop — oznajmiła Rizzoli. — Z wyjątkiem tego, co widzieliśmy wszyscy na własne oczy: że kimkolwiek jest, do złudzenia przypomina panią, pani doktor. Może ma nieco dłuższe włosy. Może jest parę różnic. Ale ulegliśmy sugestii. Wszyscy. A my panią znamy. — Zamilkła. — Wie pani, do czego zmierzam, prawda?

Owszem, Maura wiedziała, ale nie chciała tego mówić. Wpatrywała się tylko w stojącą na stoliku szklankę. W topniejące kostki lodu.

— Skoro my się pomyliliśmy, mogło się to przydarzyć każdemu — ciągnęła Rizzoli. — Także temu, kto strzelił jej w głowę. Pani sąsiad usłyszał strzał tuż przed dwudziestą. Już zapadał zmrok. A ona siedziała w samochodzie zaparkowanym zaledwie kilka metrów od pani domu. Każdy, kto by ją tam zobaczył, zakładałby, że to pani.

— Uważacie, że chodziło o mnie — powiedziała Maura.

— To logiczne, prawda?

Maura pokręciła głową.

— Nic tu nie jest logiczne.

— Jest pani osobą publiczną. Zeznaje pani w procesach o zabójstwa. Piszą o pani w gazecie. Jest pani naszą Królową Zmarłych.

— Proszę mnie tak nie nazywać.

— Tak mówią o pani wszyscy policjanci. I prasa. Wie pani o tym, prawda?

— To nie znaczy, że lubię ten przydomek. Prawdę mówiąc, nie znoszę go.

— Ale to oznacza, że jest pani zauważana. Nie tylko ze względu na swoją pracę, ale także na wygląd. Wie pani, że mężczyźni zwracają na panią uwagę, prawda? Musiałaby pani być ślepa, by tego nie dostrzec. Atrakcyjna kobieta zawsze przyciąga ich wzrok. Prawda, Frost?

Frost drgnął, najwyraźniej zaskoczony jej pytaniem, i zaczerwienił się. Biedny Frost, tak łatwo się peszył.

— Taka jest ludzka natura — przyznał.

Maura popatrzyła na ojca Brophy'ego, który nie odwzajemnił jej spojrzenia. Zastanawiała się, czy on także ulega tym skłonnościom. Chciała tak myśleć. Chciała wierzyć, że Daniel ma takie same pragnienia jak ona.

— Atrakcyjna kobieta, która jest osobą publiczną — kontynuowała Rizzoli. — Może być śledzona, napadnięta przed własnym domem. To już się zdarzało. Jak nazywała się ta aktorka z Los Angeles? Ta, którą zamordowano.

— Rebecca Schaefer — odparł Frost.

— Właśnie. No i sprawa Lori Hwang. Pamięta ją pani.

Owszem, Maura pamiętała, gdyż robiła sekcję prezenterki Kanału Szóstego. Lori Hwang pracowała w telewizji zaledwie od roku, gdy została zastrzelona przed wejściem do studia. Nie miała pojęcia, że ktoś ją śledzi. Sprawca znał ją z ekranu, był jej wielbicielem i napisał do niej kilka listów. A potem pewnego dnia czekał na nią pod drzwiami studia. Gdy Lori wyszła i zmierzała do samochodu, strzelił jej w głowę.

— To ryzyko bycia osobą publiczną — oświadczyła Rizzoli. — Nigdy nie wiesz, kto cię obserwuje na ekranie telewizora. Kto jedzie za tobą, gdy wracasz po pracy do domu. Nie myślimy nawet o tym, że ktoś może nas śledzić. Fantazjować na nasz temat. — Rizzoli zamilkła i po chwili dodała cicho: — Przeżywałam to. Wiem, co to znaczy być przedmiotem czyjejś obsesji. Nie jestem szczególnie atrakcyjna, a jednak mi się to przydarzyło. — Wyciągnęła ręce, pokazując blizny na przegubach. Pozostałe na zawsze pamiątki zmagań z człowiekiem, który dwukrotnie omal nie pozbawił jej życia. Człowiekiem, który nadal żył, choć był całkowicie sparaliżowany.

— Dlatego pytałam, czy dostawała pani jakieś dziwne listy — wyjaśniła Rizzoli. — Myślałam o niej. O Lori Hwang.

— Jej zabójcę aresztowano — wtrącił ojciec Brophy.

— Tak.

— Więc nie sugeruje pani, że to ten sam człowiek.

— Nie, wskazuję tylko na podobieństwa. Pojedynczy strzał w głowę. Kobiety na publicznych stanowiskach. To daje do myślenia. — Rizzoli próbowała wstać. Podźwignięcie się z fotela kosztowało ją sporo wysiłku. Frost wyciągnął do niej rękę, ale go zignorowała. Mimo zaawansowanej ciąży nie oczekiwała pomocy. Zarzuciła na ramię torebkę i spojrzała badawczo na Maurę.

— Chce pani przenieść się gdzieś na tę noc?

— To mój dom. Po co miałabym się przenosić?

— Tylko pytam. Chyba nie muszę pani przypominać o zamykaniu drzwi.

— Zawsze to robię.

Rizzoli spojrzała na Eckerta.

— Czy policja z Brookline może obserwować dom?

Skinął głową.

— Dopilnuję, żeby przejeżdżał tędy regularnie wóz patrolowy.

— Będę wdzięczna — odparła Maura. — Dziękuję.

Maura odprowadziła troje detektywów do drzwi frontowych i patrzyła, jak wracają do swoich samochodów. Było już po północy. Na ulicy panował znów spokój, jak zawsze. Zniknęły policyjne radiowozy z Brookline. Taurusa odholowano już na posterunek. Usunięto nawet żółtą taśmę policyjną. Pomyślała, że gdy obudzi się rano, uzna to wszystko za wytwór swojej wyobraźni.

Odwróciwszy się, zobaczyła ojca Brophy'ego, który nadal stał w holu. Nigdy nie czuła się bardziej niezręcznie w jego towarzystwie niż w tym momencie, gdy byli oboje sami w jej domu. W ich głowach z pewnością krążyły różne myśli. A może tylko w mojej? Czy leżąc samotnie w łóżku późną nocą, myślisz o mnie czasem, Danielu? Tak jak ja o tobie?

— Czy na pewno czujesz się bezpieczna, zostając tu sama? — spytał.

— Nic mi się nie stanie. — A jaki mam wybór? Spędzisz tę noc ze mną? Czy to mi proponujesz?

Brophy skierował się do drzwi.

— Kto cię tu wezwał, Danielu? — zdziwiła się. — Skąd wiedziałeś?

Odwrócił się do niej.

— Detektyw Rizzoli. Powiedziała mi... — Przerwał. — Ciągle mam takie telefony z policji. Śmierć w rodzinie, ktoś potrzebuje księdza. Zawsze chętnie pomagam. Ale tym razem... — Zamilkł. — Zamknij dobrze drzwi, Mauro — poprosił. — Nie chcę już nigdy przeżywać takiej nocy jak ta.

Patrzyła, jak wychodzi z jej domu i wsiada do samochodu. Nie od razu włączył silnik. Czekał, aby się upewnić, że wróciła bezpiecznie do siebie.

Zamknęła drzwi i zaryglowała.

Obserwowała przez okno w salonie, jak Daniel odjeżdża. Przez chwilę spoglądała na pusty krawężnik, czując się nagle samotna. Zapragnęła w tym momencie wezwać go z powrotem. I co by się wtedy stało? Co mogłoby zajść między nimi? Pomyślała, że niektóre pokusy najlepiej odsunąć jak najdalej. Jeszcze raz powiodła wzrokiem po ciemnej ulicy, po czym odeszła od okna, świadoma, że widać ją doskonale na tle oświetlonego salonu. Zaciągnąwszy zasłony, przeszła przez wszystkie pokoje, sprawdzając zamki i okna. W taką ciepłą czerwcową noc spałaby normalnie przy otwartym oknie w sypialni, ale tego wieczoru zamknęła okna i włączyła klimatyzację.

Obudziła się wczesnym rankiem, drżąc z powodu zimnego powietrza. Śnił jej się Paryż. Przechadzała się pod błękitnym niebem, obok straganów z różami i liliami i ocknąwszy się, nie wiedziała przez chwilę, gdzie jest. Nagle zdała sobie sprawę, że bynajmniej już nie w Paryżu, lecz w swoim łóżku. I że stało się coś strasznego.

Była dopiero piąta rano, a czuła się całkiem rozbudzona. W Paryżu jest teraz jedenasta, pomyślała. Świeci słońce i gdybym stamtąd nie wyjechała, byłabym już po drugiej filiżance kawy. Wiedziała, że w ciągu dnia odczuje zmęczenie podróżą, że ten przypływ porannej energii opadnie do popołudnia, ale nie mogła się zmusić, by dłużej spać.

Wstała i ubrała się.

Ulica przed jej domem wyglądała tak samo jak zawsze. Niebo rozjaśniały pierwsze promienie brzasku. Zobaczyła światła zapalające się w domu jej sąsiada, pana Telushkina. Wcześnie wstawał i zwykle wyruszał do pracy co najmniej godzinę przed nią, ale tego ranka zbudziła się pierwsza i patrzyła na swoją okolicę zupełnie inaczej. Zobaczyła, jak po drugiej stronie ulicy włączają się automatyczne zraszacze, znacząc wilgotne kręgi na trawniku. Zobaczyła przejeżdżającego na rowerze gazeciarza, we włożonej tył na przód czapce baseballowej i usłyszała, jak ląduje na jej ganku egzemplarz „Boston Globe". Wszystko wydaje się jak dawniej, pomyślała, ale tak nie jest. Śmierć zawitała do mojej dzielnicy i wszyscy, którzy tu mieszkają, będą o tym pamiętali. Będą patrzyli przez okna na krawężnik, przy którym stał zaparkowany taurus, i drżeli na myśl, że to mogło spotkać każdego z nas.

Zza rogu wyłoniły się światła reflektorów i ulicą przejechał samochód, zwalniając na wysokości jej domu. Radiowóz policyjny z Brookline.

Nie, nic już nie jest jak dawniej, pomyślała, patrząc w ślad za nim.

Wszystko się zmienia.

* * *

Maura dotarła do pracy przed swoją sekretarką. O szóstej siedziała już przy biurku, walcząc z ogromną stertą zapisów nagrań z dyktafonu i raportów laboratoryjnych, które nagromadziły się w jej skrzynce, kiedy była przez tydzień na konferencji w Paryżu. Zdążyła przejrzeć jedną trzecią papierów, gdy usłyszała kroki i podniósłszy wzrok, zobaczyła stojącą w drzwiach Louise.

— Jest pani — bąknęła Louise.

Maura powitała ją uśmiechem.

— Bonjour! Pomyślałam, że powinnam zabrać się jak najszybciej do tej papierkowej roboty.

Louise wpatrywała się w nią przez chwilę, po czym weszła do pokoju i usiadła w fotelu naprzeciwko biurka Maury, jakby poczuła się nagle zbyt zmęczona, by stać. Mimo swej pięćdziesiątki Louise zdawała się mieć zawsze dwa razy więcej energii niż dziesięć lat od niej młodsza Maura. Ale tego ranka wyglądała na wycieńczoną, a jej wychudła twarz miała w świetle jarzeniówki ziemistą barwę.

— Dobrze się pani czuje, doktor Isles? — spytała cicho.

— Nie najgorzej. Jestem trochę zmęczona lotem.

— Chodzi mi o to... co zdarzyło się minionej nocy. Detektyw Frost był prawie pewien, że to pani siedzi w tym samochodzie...

Maura skinęła głową, przestając się uśmiechać.

— To przypominało podróż do Strefy Mroku, Louise. Kiedy wróciłam i zobaczyłam przed swoim domem wszystkie te policyjne radiowozy.

— To był koszmar. Wszyscy sądziliśmy... — Louise przełknęła z trudem ślinę, opuszczając wzrok. — Poczułam taką ulgę, gdy doktor Bristol zadzwonił do mnie zeszłej nocy. Żeby powiedzieć, że zaszła pomyłka.

Zaległa pełna wyrzutu cisza. Maura uzmysłowiła sobie nagle, że to ona powinna była zadzwonić do swojej sekretarki. Powinna zdawać sobie sprawę, że Louise jest wstrząśnięta i chciałaby usłyszeć jej głos. Od tak dawna żyję sama i z nikim niezwiązana, pomyślała, że nie przychodzi mi nawet do głowy, iż są na tym świecie ludzie, którzy interesują się moim losem.

Louise wstała, żeby wyjść.

— Tak się cieszę, że znów panią widzę, doktor Isles. Tylko to chciałam powiedzieć.

— Louise?

— Słucham?

— Przywiozłam ci pewien drobiazg z Paryża. Zabrzmi to jak kiepska wymówka, ale był w walizce, która zaginęła w podróży.

— Och — roześmiała się Louise. — Jeśli to czekolada, moje biodra z pewnością się bez niej obejdą.