Wydawca: Marginesy Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 460 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Snoby - Julian Fellowes

Edith Lavery, blondynka o dużych oczach i dobrych manierach, jest córką odnoszącego umiarkowane sukcesy księgowego, którego żona cierpliwie wspina się po drabinie społecznej. Podczas wizyty w domu rodziców Edith spotyka hrabiego Charlesa Broughtona, który – zgodnie z tym, co piszą plotkarskie magazyny – jest jednym z najciekawszych młodych arystokratów, w dodatku do wzięcia.

Kiedy oświadcza się Edith, ta zgadza się za niego wyjść. Ale czy naprawdę kocha Charlesa? Czy imponuje jej jego tytuł, stanowisko i cała reszta?

Nieuniknioną częścią życia w Broughton Hall jest matka Charlesa, przebiegła lady Uckfield, nazywana przez swoich przyjaciół „Googie” i opisana przez narratora – aktora, który swobodnie porusza się wśród wyższych klas i opisuje ich słabości – jako „najbardziej obyta towarzysko osoba, jaką zdarzyło mi się poznać. Posiadała zarówno zegarmistrzowskie oko do szczegółu, jak i znajomość świata właściwą wielkim kokotom”. Lady Uckfield jest przekonana, że ​​Edith bardziej interesuje się tytułem hrabiny, niż byciem dobrą żoną jej syna. A kiedy pewnego dnia w Broughton Hall zjawia się ekipa stacji telewizyjna, a wraz z nią obłędnie przystojny szef ekipy, aby nakręcić dramat z epoki, najgorsze lęki Googie wydają się w pełni uzasadnione.

 

 

Julian Fellowes, baron Fellowes of West Stafford (ur. 1949), brytyjski aktor, scenarzysta i reżyser filmowy. Trzykrotny zdobywca nagrody Emmy oraz Oscara.

Urodził się w Kairze, gdzie jego ojciec pracował jako dyplomata i arabista. Karierę aktorską rozpoczął w latach 70. Jest znany głównie z ról telewizyjnych – zagrał w wielu filmach i serialach. Na dużym ekranie pojawił się m.in. w Cienistej dolinie Richarda Attenborough (1993) i Jutro nie umiera nigdy (1997).

Oscarem uhonorowano napisany przez niego scenariusz eklektycznego dramatu Gosford Park Roberta Altmana (2002). Był także autorem scenariusza do kilku innych filmów, w tym do swojego debiutu reżyserskiego Separate Lies (2005). Snoby ukazały się w 2004 roku i od tego czasu Julian Fellowes napisał kolejne świetnie przyjęte powieści: Czas przeszły niedoskonały i Belgravię, obie wydane przez Marginesy. W 2011 otrzymał nagrodę Emmy za scenariusz do serialu Downton Abbey.

Opinie o ebooku Snoby - Julian Fellowes

Fragment ebooka Snoby - Julian Fellowes

Tytuł oryginału SNOBS
Przekład BARBARA KOPEĆ-UMIASTOWSKA
Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja MAREK GUMKOWSKI
Korekta MAŁGORZATA KUŚNIERZ, JAN JAROSZUK
Projekt okładki MICHAEL STORRINGS
Adaptacja projektu okładki, strony tytułowe MICHAŁ PAWŁOWSKI
Zdjęcie na okładce © The National Trust Photolibrary / Alamy Stock Photo
Łamanie | manufaktu-ar.com
Snobs Copyright © Julian Fellowes 2004 First published in Great Britain in 2004 by Weidenfeld & Nicolson, London. Copyright © for the translation by Barbara Kopeć-Umiastowska Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2017
Warszawa 2017 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-65780-58-4
Wydawnictwo Marginesy ul. Forteczna 1a 01-540 Warszawa tel. 48 22 839 91 27 e-mail:redakcja@marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Oczywiście dla Emmy i Peregrine’a,

ale również dla najdroższego Micky’ego,

bez którego ta książka nie byłaby możliwa

CZĘŚĆ PIERWSZA

Impetuoso – fiero[1]

1

Dokładnie nie wiem, jak to się stało, że Isabel Easton wzięła pod swoje skrzydła Edith Lavery. Być może miały wspólną znajomą albo zasiadały w tym samym komitecie, albo po prostu chodziły do tej samej fryzjerki. Pamiętam tylko, że Isabel niemal od razu uznała, iż Edith stanowi dla niej swego rodzaju zdobycz, że jest kimś specjalnym, kogo można dozować sąsiadom na wsi w niewielkich porcjach. Oczywiście bieg wypadków potwierdził, że miała rację, chociaż kiedy pierwszy raz spotkałem Edith, nie widziałem jakichś przytłaczających tego dowodów. Niewątpliwie była bardzo ładna, jednak nie tak ładna jak później, kiedy – jak to mówią dizajnerzy – odnalazła swój styl. Blondynka o dużych oczach i nienagannych manierach była po prostu wspaniałym przykładem konkretnego angielskiego typu.

Z Isabel Easton, którą znałem od czasów wspólnego dzieciństwa w Hampshire, łączyła mnie miła, niewymagająca przyjaźń oparta wyłącznie na długowieczności. Mieliśmy ze sobą niewiele wspólnego, z drugiej jednak strony liczba ludzi, którzy pamiętają, jak mając dziewięć lat, jeździliśmy na kucyku, jest coraz mniejsza, więc nasze spotkania, mimo że nieczęste, stanowiły dla obojga swoistą pociechę. Po ukończeniu studiów na uniwersytecie zająłem się teatrem, podczas gdy Isabel wyszła za maklera giełdowego i zamieszkała w Sussex, toteż nasze drogi rzadko się przecinały. Niemniej Isabel sprawiało pewną frajdę, że może czasem gościć u siebie aktora, i to takiego, którego widuje się w telewizji (chociaż tak się dziwnie składało, że żaden jej znajomy nigdy go nie widział). Dla mnie zaś było przyjemnością spędzenie weekendu na wsi z towarzyszką dziecięcych zabaw.

Akurat byłem w Sussex, kiedy Edith przyjechała tam po raz pierwszy, toteż mogę poświadczyć, że Isabel powitała nową przyjaciółkę z ogromnym entuzjazmem, co zresztą wielu mniej wielkodusznych znajomych podawało później w wątpliwość. Jednak uczucie Isabel było najzupełniej szczere: „Wokół niej będzie się działo. Ma w sobie to coś” – zapowiadała, gdyż bardzo lubiła używać sformułowań, które wskazywały, że znane jej są wewnętrzne mechanizmy rządzące światem. Ktoś wprawdzie mógłby powiedzieć, że kiedy ujrzałem Edith wysiadającą z samochodu pół godziny później, bynajmniej nie odniosłem wrażenia, że ma „to coś” – no, może z wyjątkiem urody i dość pociągającego, leniwego wdzięku – jednak byłem skłonny przyznać rację mojej gospodyni. Patrząc wstecz, chyba dostrzegłem zapowiedź przyszłych wydarzeń w wyrazistych ustach Edith o precyzyjnie zarysowanych, niczym diamentem wyciętych wargach, takich, jakie kojarzą się z aktorkami z lat czterdziestych. No i ta jej cera. Dla Anglików komplement dotyczący cery z reguły stanowi ostatnią deskę ratunku, pochwałę wygłaszaną, gdy poza tym już naprawdę nie ma czego chwalić; piękna cera to coś, co często się podkreśla, mówiąc o brzydszych członkach rodziny królewskiej. Wszystko to prawda, niemniej Edith Lavery istotnie wyróżniała się wspaniałą cerą, najpiękniejszą, jaką widziałem w życiu – chłodne, jasne pastele pod nieskazitelnie gładką woskową powłoką. Przez całe życie miałem słabość do ładnych ludzi, dzisiaj więc sądzę, że zacząłem sprzyjać Edith z chwilą, gdy ujrzałem jej twarz. W każdym razie Isabel dołożyła starań, by jej proroctwo się spełniło, gdyż to ona osobiście zabrała Edith do Broughton.

Dwór Broughton Hall, a w gruncie rzeczy cały ród Broughtonów, stanowił przykrą i nieusuwalną skazę na gładkiej jak marmur egzystencji Eastonów w Sussex. Od niepamiętnych czasów jakiś Broughton – najpierw z tytułem barona, następnie hrabiego, a od 1879 roku markiza Uckfield – cieszył się w tym wschodnim zakątku hrabstwa potężnymi i przemożnymi wpływami. Niewiele ponad sto lat temu sąsiedzi i wasale Broughtonów byli najczęściej podrzędnymi farmerami na bagnistych poletkach pogórza Sussex, z trudem wiążącymi koniec z końcem, później jednak, na skutek rozwoju dróg i kolei żelaznych, a także wynalazku weekendu na wsi, napłynęła w te strony fala haute bourgeoisie[2] tłumnie przybywającej w poszukiwaniu ton[3]. Broughtonowie, na podobieństwo Byrona, z dnia na dzień obudzili się sławni[4] i niebawem obecność na ich liście gości stała się w okolicy chlubną oznaką „dopuszczenia”. Muszę wszakże uczciwie przyznać, że rodzina nie szukała rozgłosu i nie dążyła do celebryctwa, w każdym razie nie na początku; byli to po prostu główni przedstawiciele anciens riches[5] w okolicy, która akurat przeżywała burzliwy awans społeczny, więc ranga ta została im poniekąd narzucona.

Mieli szczęście również pod innymi względami. Dwa owocne związki małżeńskie – jeden z córką bankiera, drugi z dziedziczką sporej części San Francisco – pozwoliły im bezpiecznie przeprowadzić nawę rodzinną przez odmęty kryzysu rolnego oraz Wielkiej Wojny. W odróżnieniu od wielu innych rodów zachowali prawie wszystkie domy w Londynie, a dzięki dalszym sprytnym posunięciom na rynku nieruchomości w latach sześćdziesiątych pomyślnie dobili do względnie spokojnej przystani Wielkiej Brytanii pod rządami pani Thatcher. Szczęśliwym trafem kolejne przegrupowania socjalistów zaowocowały powstaniem New Labour, ugrupowania o wiele bardziej wyrozumiałego dla klas wyższych aniżeli ich zachłanni polityczni poprzednicy. W efekcie Broughtonowie awansowali do roli symbolu angielskiego rodu, któremu udało się „przetrwać” i wkroczyć w lata dziewięćdziesiąte z nienaruszonym prestiżem oraz, co istotniejsze, z nietkniętym stanem posiadania.

Problem Eastonów nie na tym oczywiście polegał. Rodzinne przywileje nie budziły ich zazdrości, przeciwnie, otaczali je wręcz nabożną czcią. Nie, ich kłopot był innego rodzaju – oto, mieszkając zaledwie dwie mile od Broughton Hall (podczas lunchów z koleżankami na Walton Street Isabel przechwalała się, jakie to szczęście mieć Broughtonów „na wyciągnięcie ręki”), przez trzy i pół roku nie udało im się postawić stopy we dworze ani nawet spotkać nikogo z zamieszkującej go rodziny.

Oczywiście David Easton nie był pierwszym Anglikiem z klasy średniej, który odkrył, że arystokratyczne pochodzenie łatwiej udawać w Londynie aniżeli na prowincji. Problem polegał na tym, że po wielu latach nieustannego pomstowania – podczas lunchów u Brooksa, sobót na wyścigach i wieczorów w klubie Annabel’s – na współczesne społeczeństwo socjalnego awansu w końcu przestał dostrzegać, że sam jest jego wytworem. Zupełnie zapomniał, że jego ojciec jako dyrektor niewielkiej fabryki mebli w środkowej Anglii z ogromnym trudem sfinansował jego naukę w Ardingly. W chwili, gdy go poznałem, był już na tym etapie, że zapewne wielce by się zdumiał, nie znajdując swojego nazwiska w almanachu Debretta[6]. Pamiętam, że gdy zacytowałem Roddy’ego Llewellyna[7], który w jakiejś gazecie narzekał, że w przeciwieństwie do starszego brata nie chodził do Eton, gdzie zawiera się przyjaźnie na całe życie, przechodzący obok David skwapliwie przytaknął: „Racja. Czuję dokładnie to samo”. Zerknąłem przez pokój, aby pochwycić wzrok Isabel, skinęła mi jednak głową w taki sposób, że od razu pojąłem, iż przynajmniej w tej sprawie niewątpliwie opowie się po stronie swojego męża.

Osobom z zewnątrz może się wydawać, że podtrzymywanie złudzeń partnera jest nieodzownym składnikiem udanego pożycia małżeńskiego. David, który dzięki życzliwej postawie Isabel – a także abnegacji londyńskich gospodyń, które troszczą się tylko o to, by ich goście gadali i jedli – dotychczas żył jak pod kloszem, teraz musiał siedzieć przy eleganckich stołach i wysłuchiwać pytań o podróż Charlesa do Włoch albo o to, jak sprawdza się nowy mąż Caroline. W odpowiedzi mógł jedynie wymamrotać, że właściwie Broughtonów nie zna, toteż jego gorycz zaiste musiała być wielka. „Coś takiego! – dziwił się wówczas interlokutor. – Sądziłem/am, że jesteście sąsiadami”. Ale nawet w tym wyznaniu Davida kryło się ziarno nieuczciwości, gdyż nie tyle nie znał Broughtonów „właściwie”, ile nie znał ich wcale.

Pewnego razu, kiedy na jakimś przyjęciu koktajlowym na Eaton Square poważył się na opinię o sąsiadach, jego rozmówca zapytał: „Ale czy to nie Charles tam stoi? Musisz mnie przedstawić, zobaczymy, czy pamięta, kiedyśmy się poznali”. I David był zmuszony skłamać, że bardzo źle się czuje (poniekąd zgodnie z prawdą), po czym czmychnął do domu, rezygnując z kolacji, na którą wszyscy się wybierali. Przyjął więc strategię zbywania wszelkich wzmianek o Broughtonach lekkim lekceważeniem. Stał trochę z boku, przysłuchując się rozmowom, i ostentacyjnie milczał, jakby to on, David Easton, wolał Broughtonów nie znać; jakby spróbował tej znajomości i uznał, że nie przypadła mu do gustu, chociaż nic nie było dalsze od prawdy. Trzeba uczciwie przyznać, że David nie był chyba do końca świadomy, jak dalece frustrują go te niezaspokojone ambicje towarzyskie. Z pewnością my mieliśmy pozostać tego nieświadomi – tak przynajmniej pomyślałem, patrząc, jak zapina kurtkę myśliwską i gwiżdże na swoje psy.

Wizytę we dworze, jak się okazało dość dla siebie fortunnie, zaproponowała Edith. Przy sobotnim śniadaniu Isabel zapytała, co chcemy robić, na co Edith zaczęła się zastanawiać, czy nie ma w okolicy jakiejś historycznej rezydencji, i co my na to? Zerknęła na mnie pytająco.

– Nie mam nic przeciwko temu – odparłem.

Zobaczyłem, jak Isabel obrzuca spojrzeniem Davida, który siedział przy drugim końcu stołu pogrążony w lekturze „Telegraph”. Znałem i rozumiałem ich sytuację z Broughtonami, chociaż jako rasowi Anglicy nigdy nie zamieniliśmy na ten temat ani słowa. Tak się złożyło, że ja sam zdążyłem już poznać Charlesa Broughtona, dość niezgrabnego dziedzica rodu, którego kilka razy spotykałem w Londynie na owych hybrydowych wieczornych imprezach, gdzie Biznes spotyka się ze Sztuką, lecz na podobieństwo konfluencji dwóch rzek oba żywioły nieczęsto się mieszają. Nie chcąc sypać soli na rany, nie zwierzyłem się Isabel z tej znajomości.

– David? – zapytała.

Jej mąż szerokim, niefrasobliwym gestem przewrócił stronicę gazety.

– Jedźcie, jeśli chcecie. Ja muszę wybrać się do Lewes. Sutton znowu zgubił zakrętkę wlewu paliwa do kosiarki. On je chyba pożera.

– Mogę to załatwić w poniedziałek.

– Nie, nie. I tak muszę kupić naboje. – Uniósł wzrok. – Ale wy jedźcie, naprawdę.

W jego oczach zalśnił wyrzut, Isabel wszakże uporała się z tym, robiąc lekki grymas, jakby działała trochę wbrew swej woli. Prawda była taka, że zawarli niepisaną umowę, iż nigdy nie będą zwiedzać pałacu w roli „publiczności”. David początkowo nie chciał tego robić, bo liczył na to, że wkrótce pozna Broughtonów prywatnie, a byłoby niezręcznie zaczynać znajomość z niewłaściwej strony barierki. Ale w miarę upływu lat i rosnącego rozczarowania odmowa zwiedzania domu stała się dla niego nieledwie zasadą, jakby nie chciał dać Broughtonom satysfakcji, płacąc za coś, co przecież należało mu się za darmo. Isabel, bardziej pragmatyczna od męża, przyzwyczaiła się już do myśli, że pozycja wśród miejscowej socjety na razie pozostaje dla nich nieosiągalna, teraz więc była po prostu ciekawa, jak wygląda miejsce, które stało się dla nich symbolem braku towarzyskiej siły przebicia. Po krótkich namowach władowaliśmy się zatem we trójkę do jej poobijanego renaulta i ruszyliśmy w drogę.

Zapytałem Edith, czy zna Sussex.

– Właściwie nie. Kiedyś miałam przyjaciela w Chichester.

– Na modnym końcu.

– Ach tak? Nie wiedziałam, że hrabstwa miewają modne końce. To bardzo po amerykańsku. Jak dobre i złe stoliki w tej samej restauracji.

– Byłaś w Ameryce?

– Spędziłam kilka miesięcy w Los Angeles po skończeniu szkoły.

– Dlaczego?

– A dlaczego nie? – zaśmiała się Edith. – Dlaczego człowiek robi cokolwiek w wieku lat siedemnastu?

– Nie wiem, po co jeździć aż do Los Angeles. Chyba że człowiek chce zostać gwiazdą filmową.

– Może ja chciałam zostać gwiazdą filmową.

Uśmiechnęła się do mnie z wyrazem lekkiego smutku, który nauczyłem się później rozpoznawać jako dla niej typowy, i zobaczyłem, że inaczej, niż początkowo sądziłem, jej oczy nie są niebieskie, lecz mglistoszare.

Skręciliśmy między dwa monumentalne kamienne przęsła, zwieńczone ołowianymi głowami jeleni z porożem, i wjechaliśmy na szeroki żwirowy podjazd. Isabel zatrzymała samochód.

– Czy to nie wspaniałe? – zawołała.

Przed nami widniała ogromna bryła Broughton Hall. Edith uśmiechnęła się, udając entuzjazm; podobnie jak ja, wcale nie uważała domu za wspaniały. Niemniej na swój sposób robił wrażenie, gdyż niewątpliwie był bardzo duży, jakby zaprojektował go osiemnastowieczny odpowiednik Alberta Speera. Składał się z głównego budynku, ogromnego sześcianu z granitu, i dwóch bocznych, mniejszych sześcianów połączonych z głównym gmachem toporną, przysadzistą kolumnadą. Niestety, jeden z dziewiętnastowiecznych Broughtonów pozbawił wszystkie okna słupków i szprosów, wstawiając zamiast nich tafle pancernego szkła, które teraz otwierały na park ślepe, ciemne oczodoły. Sterczące w narożnikach krępe kopuły przywodziły na myśl wieże strażnicze w obozie jenieckim. Ogólnie rzecz biorąc, pałac nie tyle domykał perspektywę, ile ją zasłaniał.

Samochód zatrzymał się z miłym chrzęstem.

– Najpierw zwiedzamy dom czy ogród? – Isabel, niczym sowiecki inspektor wizytujący główną siedzibę NATO w latach sześćdziesiątych, była zdecydowana niczego nie przeoczyć.

– A w środku jest co oglądać? – zapytała Edith.

– Och, sądzę, że tak – odrzekła Isabel, krocząc stanowczo ku drzwiom oznaczonym „Wejście”, przycupniętym w ciężkich objęciach półkolistych schodów prowadzących na piano nobile[8]. Wchłonął ją omszały granit, a my pokornie podążyliśmy za nią.

Później Edith szczególnie lubiła opowiadać o tym, że po raz pierwszy ujrzała Broughton Hall z pozycji osoby zwiedzającej, która zapłaciła za bilet, odgrodzonej czerwonym sznurem od intymnego życia dworu. „Chociaż – dodawała ze swoim dziwnym uśmieszkiem – nie można powiedzieć, żeby tam kwitło życie intymne”. Istnieją domy do tego stopnia przesiąknięte osobowością ludzi, którzy je zbudowali, zapachem życia, które toczyło się tu przedtem, że gość czuje się jak coś pośredniego między włamywaczem a duchem, jak natrętny podglądacz cudzych sekretów. Broughton Hall do nich nie należał. Do ostatniego kwiatonu i kapitelu został zaprojektowany wyłącznie w jednym celu: by robić wrażenie na przybyszach. Z tą jedyną różnicą, że obecnie przybysze kupowali bilety zamiast dawać napiwki klucznicy.

Jednakże w oczach współczesnego gościa splendor paradnych sal dawno już przygasł, a wilgotne pomieszczenie, w którym się znaleźliśmy (później dowiedziałem się, że nazywane jest Dolnym Holem), było mniej więcej tak przytulne jak pusty stadion. Pod ścianami stały twarde krzesła dla lokajów, przywołujące wizję niezliczonych godzin nudnego wyczekiwania; środkiem poplamionej kamiennej posadzki ciągnął się długi czarny stół. Nie było tu żadnych obrazów z wyjątkiem czterech brudnych pejzaży Wenecji, dalekich popłuczyn po Canaletcie. Niemniej hol, tak jak wszystkie sale, był przepastny i czuliśmy się w nim jak rodzina Pożyczalskich[9].

– No cóż, najwyraźniej nie wierzą w łagodną perswazję – mruknęła Edith.

Ściskając w dłoniach przewodniki, wstąpiliśmy na Wielkie Schody, których rzeźbione dębowe stopnie wznosiły się spiralnie wokół masywnej i dość ponurej figury umierającego niewolnika. Szeroki podest na pierwszym piętrze prowadził do olbrzymiej Sali Marmurowej, komnaty o podwójnej wysokości, otoczonej ze wszystkich stron galerią. Wchodząc zewnętrznymi półkolistymi schodami, trafilibyśmy właśnie do tej sali, aby następnie (zapewne zgodnie z intencją) zemdleć z wrażenia. Przeszliśmy do równie olbrzymiego Salonu, którego ściany, zwieńczone mahoniowym gzymsem ze złoceniami, pokrywała szkarłatna flokowana tapeta.

– Dla mnie kurczak tikka, proszę – powiedziała Edith.

Roześmiałem się. Miała absolutną rację; sala wyglądała jak gigantyczna indyjska restauracja.

Isabel otworzyła przewodnik i zaczęła czytać głosem nauczycielki geografii:

„W Salonie wciąż zachowała się oryginalna tapeta, jeden z głównych cudów wystroju Broughton Hall. Stojące tu pozłacane podręczne stoliki w 1739 roku zamówiono w pracowni Williama Kenta specjalnie do tego wnętrza. Morskie motywy oprawy luster z rżniętego kryształu powstały z okazji mianowania trzeciego hrabiego ambasadorem Korony w Portugalii w 1737 roku. Sam hrabia został upamiętniony na portrecie Jarvisa, który wraz z towarzyszącym portretem hrabiny wisi nad kominkiem wykonanym z włoskiego marmuru”.

Spojrzeliśmy na obrazy. Portret lady Broughton, namalowany zapewne z aspiracjami do pewnej wesołości, przedstawiał młodą damę o grubo ciosanych rysach na tle ukwieconego wzgórza, trzymającą letni kapelusz w dużej dłoni.

– Do mojej siłowni chodzi jedna pani, która wygląda dokładnie tak samo – powiedziała Edith. – Wciąż usiłuje mi sprzedać losy na loterię konserwatystów.

„Serwantka na środku południowej ściany – ciągnęła monotonnie Isabel – to mebel Boulle’a, dar żony delfina Francji, Marii Józefy Saskiej, dla narzeczonej piątego hrabiego z okazji ślubu. Pomiędzy oknami...”

Przesunąłem się ku wysokim oknom i spojrzałem z góry na park. Był jeden z owych gorących, parnych sierpniowych dni, gdy drzewa wydają się przeciążone liśćmi, a bujna zieleń krajobrazu jest duszna i pozbawiona powietrza. Wtem ujrzałem, że zza rogu budynku wyłania się jakiś mężczyzna. Pomimo upału ubrany był w sztruksy i tweedy oraz jeden z tych nieznośnych małych kapelusików, które mieszkający na wsi Anglicy uważają za zawadiackie. Gdy spojrzał w górę, zobaczyłem, że to Charles Broughton. Najpierw musnął mnie wzrokiem, ale zaraz przystanął i przyjrzał mi się uważniej. Widząc, że mnie poznaje, uniosłem dłoń na powitanie, on zaś skinął mi głową i ruszył dalej do swoich spraw.

– Kto to? – Edith stała tuż za mną, porzuciwszy Isabel i jej przemowy.

– Charles Broughton.

– Syn właściciela domu?

– Jedyny, jak sądzę.

– Zaprosi nas na podwieczorek?

– Nie przypuszczam. Spotkałem go dokładnie dwa razy.

Charles nie zaprosił nas na podwieczorek i z pewnością w ogóle by o mnie nie pomyślał, gdybyśmy na niego nie wpadli, wracając do samochodu. Właśnie skończył rozmawiać z jednym z licznych ogrodników krzątających się po posiadłości i natknął się na nas na dziedzińcu.

– Dzień dobry – rzekł przyjaźnie. – Co ty tu robisz? – Wyraźnie zapomniał, jak się nazywam i skąd mnie zna, ale uprzejmie zaczekał, aż przedstawię go pozostałym.

Isabel, osłupiała na skutek nagłego i niespodziewanego przedostania się do krainy spełnionych marzeń, gorączkowo usiłowała wymyślić jakieś zdanie, które wczepione w umysł Charlesa niczym fascynujący rzep spowodowałoby natychmiastowy rozkwit bliskiej przyjaźni. Ale nie miała natchnienia.

– On mieszka u nas. Dwie mile stąd – oznajmiła rzeczowo.

– Naprawdę? Często tu bywacie?

– Mieszkamy tu przez cały czas.

– Aha – powiedział Charles i zwrócił się do Edith. – Pani też jest miejscowa?

– Proszę się nie martwić. – Uśmiechnęła się. – Nie jestem groźna. Mieszkam w Londynie.

Roześmiał się i jego mięsista, rubaszna twarz przez chwilę wyglądała niemal atrakcyjnie. Zdjął kapelusz, ukazując jasne włosy w stylu Ruperta Brooke’a, z typowymi dla angielskiego arystokraty loczkami na karku.

– Mam nadzieję, że dom wam się spodobał.

Edith milczała z uśmiechem na ustach, pozostawiając Isabel głupie czytanki z przewodnika.

Zlitowałem się.

– Powinniśmy już jechać – powiedziałem. – David pewnie się zastanawia, co się z nami dzieje.

Pośród ukłonów i uśmiechów podaliśmy sobie ręce i kilka minut później byliśmy już w drodze.

– Nigdy nie mówiłeś, że znasz Charlesa Broughtona – rzekła Isabel bezbarwnie.

– Bo nie znam.

– No, w każdym razie nigdy nie mówiłeś, że go kiedyś spotkałeś.

– Nie?

Chociaż naturalnie wiedziałem, że nie mówiłem. Przez resztę drogi Isabel nie odezwała się ani słowem, Edith zaś odwróciła się ku mnie na fotelu pasażera i wymówiła bezgłośnie: „No to już koniec!”. Było jasne, że się naraziłem; Isabel do końca weekendu traktowała mnie z wyraźnym chłodem.

2

Edith Lavery była córką zamożnego dyplomowanego księgowego, wnuka żydowskiego emigranta, który przybył do Anglii w 1905 roku. Uciekał przed pogromami, rozpętanymi w Rosji za rządów cara Mikołaja II (jego późniejszej śmierci ojciec Edith w żadnym razie nie miał powodu opłakiwać). Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek poznał jego pierwotne nazwisko, być może brzmiało ono Levy albo Levin. Tak czy inaczej, zwłaszcza w owym czasie wydawało się, że zmiana nazwiska to dobry pomysł, ostatecznej zaś inspiracji dostarczył im edwardiański portrecista sir John Lavery. Gdy później pytano Laverych, czy są jakoś z nim spokrewnieni, mówili „może troszkę”, w ten sposób ustanawiając więź z brytyjskim establishmentem bez wywoływania spornych pretensji.

Przyjęło się, że Anglicy zapytani, czy kogoś znają, odpowiadają: „Owszem, ale on/ona na pewno mnie nie pamięta” albo „Spotkaliśmy się, ale tak naprawdę się nie znamy”, chociaż wcale nie spotkali danej osoby. Jest to skutek podświadomego pragnienia, by wytworzyć przyjazną iluzję, jakoby Anglia, a raczej Anglia klas średnich i wyższych, pokryta była milionem krzyżujących się niewidzialnych jedwabnych nici, łączącą ich połyskliwą społeczną siatką rang i zaszczytów, a wykluczającą pozostałych członków społeczeństwa. Jest w tym pewna nieuczciwość, bo z reguły wszyscy świetnie rozumieją, o co chodzi. Dla Anglika lub Angielki z określonych środowisk sformułowanie „Owszem, ale na pewno mnie nie pamięta” oznacza po prostu „Nie znam tej osoby”.

Pani Lavery, matka Edith, szczerze lubiła swojego małżonka, uważała się wszakże za kogoś z zupełnie innej sfery. Jej ojciec wprawdzie tylko służył w Indiach w stopniu pułkownika, ale liczyło się zupełnie co innego: jej matka była stryjeczną wnuczką „bankowego baroneta”. Albowiem pani Lavery, mimo że serdeczna i życzliwa światu, była namiętną snobką w stopniu graniczącym z szaleństwem i wątła koligacja z tym najniższym z dziedzicznych tytułów napawała ją rozkosznym poczuciem przynależności do owych wewnętrznych kręgów przywilejów i rang, w których jej biedny mąż musiał na zawsze pozostać intruzem. Pan Lavery nie żywił z tego powodu niechęci do żony. Nic podobnego, przeciwnie, był z niej bardzo dumny. W końcu była wysoką, postawną kobietą, która świetnie się ubierała, a pomysł, że fraza noblesse oblige (jedna z jej ulubionych) ma jakiekolwiek zastosowanie w jego domu, wprawiał go raczej w rozbawienie.

Zajmowali duże mieszkanie przy Elm Park Gardens, prawie (ale nie całkiem) na niewłaściwym końcu Chelsea. Niezbyt odpowiadało to ambicjom pani Lavery, niemniej nie było to Fulham ani, co byłoby jeszcze gorsze, Battersea, które to nazwy dopiero ostatnio zaczęły figurować na jej mentalnej mapie. Zapraszana na kolacje do świeżo zaślubionych dzieci swoich znajomych, nadal odczuwała dreszczyk emocji, niczym nieustraszony podróżnik przekraczający granice cywilizowanego świata. Słuchała z ożywieniem dyskusji o tym, jaką dobrą inwestycją jest „stojak do tostów” lub jak dzieci uwielbiają Tooting po tym ciasnym mieszkanku na Marloes Road, ale to wszystko była dla niej chińszczyzna. Jeśli o nią chodzi, przebywała w piekle, dopóki nie znalazła się na powrót po drugiej stronie rzeki, która była dla niej prywatnym Styksem, na wieczność dzielącym Świat Podziemny od Prawdziwego Życia.

Lavery’owie nie byli bogaci, ale i nie biedni, i mając jedno dziecko, nie musieli oszczędzać. Edith posłano najpierw do modnego przedszkola, potem zaś do szkoły Benenden („Nie, nie z powodu księżniczki. Po prostu rozejrzeliśmy się i uznaliśmy, że to takie inspirujące miejsce”). Pan Lavery chciał, aby Edith kontynuowała edukację na uniwersytecie, ale kiedy się okazało, że wyniki egzaminów są za słabe, by ją przyjęto na interesującą uczelnię – w każdym razie nie taką, którą oni uważali za interesującą – pani Lavery bynajmniej nie poczuła się zawiedziona. Jej najwyższą ambicją było zawsze wprowadzenie córki w wielki świat.

Stella Lavery sama nigdy nie była debiutantką, czego ogromnie się wstydziła. Usiłowała to ukryć, czyniąc mnóstwo żartobliwych aluzji do zabaw wieku dziewczęcego, a zapytana o konkrety, wzdychała, że jej ojciec w latach trzydziestych „trochę się przejechał” (w ten sposób podłączając się do krachu na Wall Street i przywołując ducha Scotta Fitzgeralda i jego Gatsby’ego). Jako alternatywę zwalała wszystko na wojnę, całkowicie myląc epoki. Prawda była taka – do czego pani Lavery musiała się przyznawać w momentach ciemnej nocy duszy – że w mniej wyluzowanym świecie lat pięćdziesiątych linie demarkacyjne określające, kto należy do lepszego towarzystwa, a kto nie, były wyznaczone o wiele wyraźniej. Rodzina Stelli Lavery po prostu nie zaliczała się do wyższych sfer. Znajome, które poznały się na balach debiutantek[10], budziły jej głęboką, choć tajoną zazdrość, od której aż skręcało ją w trzewiach. Serdecznie nienawidziła, gdy wspominając o Henrietcie Tiarks czy Mirandzie Smiley, mówiły również o niej, Stelli Lavery, jakby wierzyły w jej rzekomy debiut, choć doskonale wiedziały – wiedziała, że one wiedzą – że żadnego debiutu nie było. A zatem od razu na wstępie postanowiła, że nie pozwoli, by życie jej ukochanej Edith okryło się takim cieniem. (Notabene imię Edith wybrała ze względu na wonną nutę spokojniejszej, lepszej Anglii; być może również chciała podświadomie zasugerować, że jest ono rodzinną schedą po jakiejś edwardiańskiej piękności, choć była to oczywista nieprawda). W każdym razie od początku zamierzała dołożyć starań, by wepchnąć dziewczynę do zaczarowanego kręgu. A skoro w latach osiemdziesiątych prezentacja na dworze (z czym byłby pewien problem) należała już do przeszłości, pani Lavery pozostało jedynie przekonać męża i córkę, że nakłady czasu i pieniędzy na londyński Sezon sowicie im się opłacą. Nie trzeba ich było długo przekonywać. Edith nie miała żadnych konkretnych planów, jak chce spędzić resztę dorosłego życia, i bardzo jej odpowiadało, że decyzja odwlecze się o rok, pełen nieustannych przyjęć. Co się tyczy pana Lavery’ego, to spodobała mu się wizja żony i córki w uściskach beau monde i był skłonny z radością za to zapłacić. Starannie pielęgnowane koneksje pani Lavery wystarczyły, by umieścić Edith na układanej przez Petera Townenda[11] liście osób zapraszanych na wstępne herbatki, a uroda dziewczyny zakwalifikowała ją do roli modelki na Berkeley Dress Show. Po tym już wszystko poszło gładko. Pani Lavery chodziła na lunch z matkami debiutantek i pakowała córce sukienki na bale na wsi, świetnie się przy tym bawiąc, a Edith również czerpała z tego przyjemność.

Jednak pani Lavery nie była zadowolona; Sezon dobiegł końca, odbyły się ostatnie zimowe bale dobroczynne, wycinki z „Tatlera” wraz z zaproszeniami zostały wklejone do albumu, a w życiu jej rodziny nic się zmieniało. Edith chodziła na przyjęcia do córek arystokratów – nawet, co szczególnie ekscytujące, latorośli pewnego księcia – i rzeczywiście na koktajl urządzony na jej cześć w hotelu Claridge’s (najszczęśliwszy wieczór w życiu pani Lavery) przyszły wszystkie zaproszone dziewczęta, lecz pozyskane w ten sposób przyjaciółki niezwykle przypominały koleżanki Edith ze szkoły, córki zamożnych biznesmenów z wyższej klasy średniej. Prawdę mówiąc, były dokładnie takie same jak Edith. Zdaniem pani Lavery coś tu było nie tak. Zawsze sądziła, że tylko brak odpowiedniego „startu” uniemożliwił jej zdobycie zawrotnych wyżyn londyńskiej socjety (którą filuternie nazywała „Dworem”), teraz więc po swojej córce spodziewała się rzeczy nadzwyczajnych. Niewykluczone, iż zaślepiona entuzjazmem nie dostrzegła jednej prostej prawdy: to, że Sezon tak skwapliwie przyjął jej córkę na swoje łono, oznaczało, że w latach osiemdziesiątych nie była to już ekskluzywna instytucja z czasów jej młodości.

Edith zdawała sobie sprawę z rozczarowania matki, choć jednak nie była całkiem odporna na urok tytułów i fortun, nie bardzo wiedziała, jak miałaby podtrzymać intymne stosunki z córkami Wielkich Rodów. Po pierwsze, one wyraźnie znały się od urodzenia, po drugie, nie mogła się oprzeć wrażeniu, że nie zdoła spełniać ich kaprysów w mieszczańskim mieszkaniu przy Elm Park Gardens. Skończyło się więc na tym, że z większością dziewcząt poznanych owego roku wymieniała zdawkowe ukłony, ale poza tym wróciła w koleiny, w których utknęła po ukończeniu szkoły.

Wszystkiego tego dowiedziałem się wkrótce po spotkaniu u Eastonów, okazało się bowiem, że Edith podjęła pracę jako telefonistka u agenta nieruchomości na Milner Street. Moje mieszkanie w suterenie mieściło się tuż za rogiem, zacząłem więc na nią wpadać u Petera Jonesa lub jedząc kanapkę w lokalnym pubie, albo kupując o świcie mleko u Partridge’a, i stopniowo, niemal niezauważalnie, nawiązała się między nami przyjaźń. Któregoś dnia około pierwszej po południu zobaczyłem ją wychodzącą z General Trading Company i zaprosiłem na lunch.

– Widziałaś się ostatnio z Isabel? – zapytałem, wciskając się w ławkę we włoskiej knajpce pełnej krzykliwych kelnerów.

– W zeszłym tygodniu jadłam z nimi kolację.

– Wszystko dobrze?

Było dobrze albo przynajmniej nieźle. Akurat toczyli dramatyczny spór ze szkołą swojego dziecka, u którego Isabel odkryła dysleksję. Współczułem dyrektorowi.

– Pytała o ciebie. Powiedziałam, że czasem cię widuję – wyjaśniła Edith.

Mruknąłem, że Isabel chyba mi jeszcze nie wybaczyła, iż przemilczałem fakt znajomości z Charlesem Broughtonem. Edith wybuchnęła śmiechem i opowiedziała mi o swojej matce. Zapytałem, czy zrelacjonowała pani Lavery naszą wizytę w Broughton Hall; osoba Charlesa przemknęła mi przez myśl, bo akurat tego ranka przeczytałem jakiś idiotyczny artykuł o kawalerach do wzięcia, a on zdecydowanie znajdował się na czele stawki. Z rumieńcem wstydu przyznaję, że spis jego aktywów bardzo mi zaimponował.

– Nie, nie wspomniałam jej o tym ani słowem. Nie chcę, żeby wbiła sobie coś do głowy.

– Musi być bardzo podatna na wpływy.

– Owszem. Posłałaby mnie do ołtarza bez mrugnięcia okiem.

– A ty nie chcesz wyjść za mąż?

Spojrzała na mnie, jakbym oszalał.

– Oczywiście, że chcę wyjść za mąż.

– Nie widzisz siebie jako kobiety pracującej? Myślałem, że dzisiaj wszystkie dziewczyny chcą robić karierę. – Nie wiem dlaczego, ale ześliznąłem się w nadęty antyfeminizm, choć w najmniejszym stopniu nie odzwierciedla on moich poglądów.

– No wiesz, nie chcę do końca życia odbierać telefonów w agencji nieruchomości, jeśli o to ci chodzi.

Poczułem się należycie skarcony.

– No, niezupełnie to miałem na myśli – bąknąłem.

Edith spojrzała na mnie wyrozumiale, jakby musiała powtórzyć ze mną tabliczkę mnożenia przez trzy.

– Skończyłam dwadzieścia siedem lat. Nie mam żadnych kwalifikacji, a co gorsza, żadnych szczególnych zdolności. Jednocześnie jednak mam potrzeby, których zaspokajanie wymaga co najmniej osiemdziesięciu tysięcy funtów rocznie. Po śmierci ojca jego niewielkie pieniądze dostanie matka, ale nie przewiduję, by któreś z rodziców zawinęło się przed rokiem 2030. Co mam robić twoim zdaniem?

Nie wiem czemu, ale trochę mnie speszyło to praktyczne do bólu podejście à la Anita Loos[12]. Zwłaszcza w wydaniu angielskiej ślicznotki z opaską na włosach, ubranej w schludny granatowy kostiumik.

– Więc zamierzasz bogato wyjść za mąż?

Zawahała się niepewnie. Być może uznała, że zbytnio się zdradziła, i chciała sprawdzić, czy jej nie osądzam, a jeśli tak, to jak wypadła. To, co zobaczyła w moich oczach, zapewne ją uspokoiło. Zawsze mi się wydawało, że jeśli człowiek dość wcześnie jasno uprzytomni sobie, czego naprawdę w życiu pragnie, to ma spore szanse uniknąć rzekomo nieuchronnej choroby współczesności, zwanej kryzysem wieku średniego.

– Niekoniecznie – odparła nieco defensywnym tonem. – Po prostu nie potrafię sobie wyobrazić, że mogłabym znaleźć szczęście przy boku kogoś biednego.

– Rozumiem to bardzo dobrze – powiedziałem.

Po tym lunchu nie widzieliśmy się przez pewien czas. Obsadzono mnie w jakimś amerykańskim miniserialu nie do oglądania, więc wyjechałem na kilka miesięcy, najpierw do Paryża, a potem, na domiar złego, do Warszawy. W związku z tym spędziłem nader przygnębiające Boże Narodzenie i Nowy Rok w obcym hotelu, gdzie na śniadanie podawano ser, a chleb zawsze był czerstwy. Do Londynu wróciłem dopiero w maju, mając poczucie, że co jak co, ale moja sztuka aktorska niezbyt się rozwinęła; z drugiej strony przynajmniej byłem odrobinę zamożniejszy niż przedtem.

Niedługo potem dostałem kartkę od Isabel – która najwyraźniej pod moją nieobecność zdążyła mi przebaczyć – z zaproszeniem, bym przyłączył się do nich drugiego dnia wyścigów w Ascot. Sądziłem, że będę musiał odmówić, gdyż nie kiwnąłem palcem, by odnowić abonament do sektora królewskiego, okazało się jednak, że zrobiła to za mnie moja matka (nie aprobowała mojej drogi życiowej i takie gesty stanowiły dobitny wyraz jej sprzeciwu). W dzisiejszych nieeleganckich czasach działanie w czyimś imieniu, nawet własnego dziecka, byłoby niemożliwe, ale wtedy było inaczej. Prawdę mówiąc, podjęła się tego dorocznego obowiązku jeszcze w czasach mojej młodości i niechętnie z niego rezygnowała. „Będziesz żałował, jeśli ominie cię jakaś zabawa” – zbywała moje protesty, gdy mówiłem, że nie planuję chodzić na wyścigi. I tym razem miała rację. Przyjąłem zatem propozycję Isabel z półuśmiechem, który propozycja spędzenia dnia w Ascot zawsze przywołuje na moje wargi.

Podobnie jak w wypadku innych słynnych instytucji, medialny wizerunek sektora królewskiego w Ascot ma niewielki związek z rzeczywistością. Sama nazwa „sektor królewski” (nie mówiąc o landrynkowych opisach w brukowej prasie) przywołuje na myśl wizje księżniczek i hrabiów, słynnych piękności i milionerów z RPA, którzy w wytwornej odzieży przechadzają się po wypieszczonych trawnikach. Z tego wszystkiego jedyna rzecz, którą mogę potwierdzić, to stan trawników. Przeważającą większość klienteli sektora stanowią dzisiaj biznesmeni w średnim wieku z zamożniejszych przedmieść Londynu, którym towarzyszą żony w nieodpowiednich strojach, na ogół z szyfonu. Tym wszakże, co czyni tę rozbieżność niezwykłą i zabawną, jest fakt, że całą fikcję ślepo i rozmyślnie podtrzymują jej uczestnicy. Wręcz wzruszająca jest radość okazywana przez członków wyższych sfer, a raczej klas średnich, którzy stroją się i puszą, jakby wyścigi faktycznie były imprezą tak ekskluzywną, jak piszą gazety. Damy, przyodziane w dopasowane kostiumiki – równie nieodpowiednie, lecz bardziej twarzowe – krążą po terenie, witając się łaskawie niczym uczestniczki przyjęć w Ranelagh Gardens[13] w 1770 roku. Przez jeden lub dwa dni w roku jacyś ciężko pracujący ludzie pozwalają sobie na luksus naśladowania przepadłej klasy próżniaczej, udając, że świat, który opłakują i podziwiają, wciąż żyje i rozkwita gdzieś w okolicach Windsoru. W swoich pretensjach, by do tamtej rzeczywistości należeć, wydają się nadzy i bezbronni, a więc, przynajmniej dla mnie, bardzo ujmujący. Zawsze się cieszę, mogąc spędzić dzień na wyścigach w Ascot.

David podjechał po mnie swoim volvo kombi. W środku, oprócz Isabel, siedziała Edith, której się spodziewałem, oraz małżeństwo, państwo Rattray. Simon Rattray, który chyba pracował u Strutta i Parkera, mówił dużo o polowaniach; jego żona Venetia mówiła niewiele, wyłącznie o dzieciach. Z pewnym trudem przedarliśmy się przez ścisk na trasie M4, minęliśmy Windsor Great Park, aż w końcu zajechaliśmy na leżący na uboczu mały parking w pewnej odległości od terenu wyścigów. David, straszliwie zirytowany faktem, że nie dostał miejsca na głównym parkingu, nieodmiennie rozładowywał swoje rozdrażnienie na Isabel, która czytała mu na głos znaki drogowe, ale byłem tu z nimi już kilka razy i zdążyłem się przyzwyczaić. Uważałem to za część wyprawy do Ascot, podobnie jak częścią Bożego Narodzenia była dla mnie złość ojca na lampki choinkowe, jedno z najwyraźniejszych wspomnień mojego dzieciństwa.

Postawiliśmy samochód na wyznaczonym miejscu i wypakowaliśmy lunch. Było jasne, że Edith nie ma tu nic do roboty – Isabel i Venetia, które przejęły całkowitą kontrolę nad przedsięwzięciem, kwokały, gdakały, kroiły i mieszały, dopóki naszym oczom nie ukazała się uczta w pełnej krasie, podczas gdy panowie oraz Edith, siedzący na składanych krzesełkach i ściskający w dłoniach plastikowe kubeczki z szampanem, obserwowali ich krzątaninę z bezpiecznej odległości. Na swój sposób, jak zwykle, starania te budziły rozrzewnienie, zważywszy na to, jak niewiele czasu mogliśmy poświęcić na konsumpcję. Ledwie przysunęliśmy krzesła do chwiejnego stolika, a już Isabel – równie przewidywalna w tych sprawach jak David w sprawie parkingu – spojrzała na zegarek.

– Musimy się pośpieszyć. Już za dwadzieścia pięć druga.

David przytaknął i dobrał sobie truskawek. Nikomu nie trzeba było nic tłumaczyć. Rytuał dnia był całkowicie ustalony i obejmował przybycie rodziny królewskiej z zamku Windsor. Aby je obejrzeć, należało zająć miejsce w sektorze królewskim, i to zająć je dostatecznie wcześnie, niemal jak podczas mszy niedzielnej. Edith spojrzała na mnie, przewracając oczami, oboje jednak posłusznie dopiliśmy kawę, przypięliśmy identyfikatory i skierowaliśmy się na tor.

Stewardzi przy wejściu pieczołowicie odsiewali ziarno od plew. Dwóch nieszczęśników nie zostało wpuszczonych, nie wiem dlaczego – albo nie mieli identyfikatorów, albo po prostu byli źle ubrani. Edith ścisnęła mnie za ramię i uśmiechnęła się tajemniczo. Spojrzałem na nią.

– Coś cię bawi?

Pokręciła głową.

– Nie.

– Więc co?

– Mam słabość do wchodzenia tam, gdzie innych ludzi się zatrzymuje.

Roześmiałem się.

– To zrozumiałe. Wiele osób tak czuje. Ale to dość niegodne przyznawać się do tego.

– Ojej. No to obawiam się, że jestem bardzo niegodna. Mam tylko nadzieję, że to mnie nie powstrzyma.

– Nie sądzę – powiedziałem.

Najbardziej interesująca w tej wymianie zdań była jej otwartość. Edith wyglądała na absolutnie wzorcową przedstawicielkę stylu Sloane Ranger[14] (którą w istocie była), zaczynałem jednak pojmować, że jest wręcz niepokojąco świadoma swojej rzeczywistej sytuacji życiowej, podczas gdy dziewczyny tego typu na ogół ostentacyjnie udają całkowitą ignorancję. Nie chodzi o to, że była w swoich uczuciach osamotniona. Anglicy – tak się składa, że dotyczy to chyba wszystkich klas społecznych – są wręcz uzależnieni od ekskluzywności. Wystarczy zostawić trzech Anglików w jednym pokoju, a zaraz wymyślą regułę, żeby czwarty nie mógł się do nich przyłączyć. Tym, co odróżniało Edith od większości ludzi – a już z całą pewnością od członków arystokracji – był fakt, że ci ostatni usilnie starają się zachowywać pozory. Sugestia, że przyjemnie jest wejść do salonu, przejść przez bramkę, mieć zaproszenie, kiedy inni muszą płacić za bilet, witana jest pytającym spojrzeniem i wystudiowanym brakiem zrozumienia. Wprawna towarzysko matrona zapewne lekkim uniesieniem brwi zaznaczy, iż sama ta myśl świadczy o złym wychowaniu. Obłuda tego wszystkiego wręcz zapiera dech w piersiach, ale jak zwykle dyscyplina, z jaką w tych sferach przestrzega się reguł, budzi również pewien respekt.

Chyba szliśmy z Edith trochę zbyt wolno, bo reszta naszej grupki była już na schodach i machała, byśmy się pośpieszyli. Daleki ryk gawiedzi obwieścił, że powozy nadjeżdżają; lokaje czy też stewardzi podbiegli pędem, aby otworzyć bramy na tor. Do środka wtoczył się pierwszy powóz, z Jej Królewską Mością i ciemnoskórym premierem jakiegoś naftowego mocarstwa na pokładzie. Edith szturchnęła mnie w bok, wskazując ruchem głowy Isabel. Przyznaję, że tak jak inni mężczyźni, ja również z nieskrywanym entuzjazmem zdjąłem kapelusz, ale mina Isabel to było coś wyjątkowego: szklisty, ekstatyczny wzrok królika wpatrzonego w kobrę, zahipnotyzowany, urzeczony. Niczym Parwana w Hassanie przystałaby na Orszak Przedłużonej Śmierci[15], aby znaleźć się na przyjęciu królewskim w Ascot, a przynajmniej rozważyłaby taką możliwość. Przypuszczalnie dowodzi to jedynie, że mimo wzgardy, z którą klasy wykształcone odnoszą się do uwielbienia, jakim masowy odbiorca darzy gwiazdy filmowe, same są równie podatne na fantazje, pod warunkiem że poda się je w strawnej formie.

W rzeczywistości orszak tamtego roku sprawił nam zawód. Nie było księcia Walii, który dla Isabel wyznaczał wzorzec elegancji, ani w ogóle żadnych innych książąt. Z młodszych członków rodziny królewskiej pojawiła się tylko Zara Phillips, jaskrawo przyodziana w wyzywający strój plażowy. Edith przez cały czas mruczała mi do ucha prześmiewcze uwagi, doprowadzając do szału Isabel i stojącą obok panią o błękitnych włosach, postanowiliśmy więc odejść, żeby nie psuć im przyjemności. Wówczas za plecami usłyszałem głos. Odwróciłem się; przede mną stał Charles Broughton.

Tym razem nie doszło do niezręcznych zgadywanek; najprzyjemniejsze w sektorze jest to, że wszyscy noszą identyfikatory z nazwiskami, nie ma więc mowy, by ktoś pomylił nazwiska albo udawał, że jest naszym znajomym. Doprawdy, takie wizytówki powinny być obligatoryjne na wszystkich spotkaniach towarzyskich. Tak czy inaczej, na piersi Charlesa widniał identyfikator z napisem „hrabia Broughton” skreślony charakterystycznym, wyraźnym, krągłym duktem dobrze wychowanych dziewcząt z biura wyścigów.

– Dzień dobry – powiedziałem. – Pamiętasz Edith Lavery? – Sformułowanie to jest nader przydatne w sytuacjach, gdy przedstawiamy kogoś osobie, która niemal na pewno o nim zapomniała.

Tym razem jednak się myliłem.

– Naturalnie, że pamiętam. Pani jest ta niegroźna, która mieszka w Londynie.

– Cóż, mam nadzieję, że aż taka niegroźna nie jestem. – Edith uśmiechnęła się, po czym, nie wiem z czyjej inicjatywy, wzięła go pod ramię.

Eastonowie i Rattrayowie, którzy nieubłaganie się do nas zbliżali, niemal wytrzeszczyli oczy, gdy zaproponowałem Edith i Charlesowi, byśmy zeszli we troje na padok. Zapewne był to z mojej strony przejaw okrucieństwa albo głębokiej niepewności, ale poczułem się trochę zażenowany podnieceniem biednej starej Isabel, a David ze swoją intensywną ambicją robił wrażenie wręcz złowieszcze. Chwała Bogu Charles, który w gruncie rzeczy był człowiekiem uprzejmym, ukłonił się Isabel. Wprawdzie zrobił to trochę zdawkowo, lecz przynajmniej okazał, że pamięta, iż zostali sobie przedstawieni. David przystanął i z wściekłością patrzył, jak kierujemy się na padok, aby obejrzeć paradę koni przed pierwszą gonitwą.

Jak było do przewidzenia, Charles sporo wiedział o koniach, toteż niebawem radośnie i kompetentnie rozprawiał już o proporcjach i pęcinach. Nie interesowało mnie to w najmniejszym stopniu, jednakże z rozbawieniem przyglądałem się Edith, która wpatrywała się w niego z pochlebną fascynacją. Niektóre kobiety wyraźnie rodzą się z tą umiejętnością. Miała na sobie schludny lniany kostiumik bladoniebieskiej barwy – poprawna nazwa brzmi chyba eau-de-nil – oraz mały toczek zsunięty na czoło. Wyglądała nieco frywolnie, ale niesentymentalnie i szykownie, całkiem inaczej niż matrony z Weybridge w organizacyjnych falbankach. Jej twarz, urzekająca, co na tym etapie skonstatowałem bez wahania, zyskiwała w tym stroju dowcip i humor. Przeglądała program wyścigów, coś w nim notując ołówkiem Charlesa, a ja, widząc, jak on na nią patrzy, być może po raz pierwszy dopuściłem do siebie myśl, że mógłby ją uznać za pociągającą. Nie było w tym nic szczególnie zaskakującego. Miała wszystkie pożądane atrybuty: była ładna, dowcipna oraz, jak sama powiedziała, niegroźna. Nie należała, rzecz jasna, do jego sfery, ale mówiła i zachowywała się, jakby tak było. Złudzeniem jest powszechne przekonanie, że klasy wyższa i średnia bardzo się od siebie różnią pod względem manier i obejścia. Tak naprawdę w codziennym życiu zachowują się niemal identycznie. Oczywiście arystokracja obraca się w znacznie węższym kręgu, toteż poczucie ekskluzywnej przynależności jest w jej przypadku nieuchronne. Czasem to poczucie bezpieczeństwa skutkuje pewną skłonnością do odruchowego chamstwa, co nie przeszkadza jej członkom, lecz wkurza niemal wszystkich wokół. Oprócz tego wszakże (a chamstwa niezwykle łatwo się nauczyć) obie te klasy pod względem stylu naprawdę trudno odróżnić. Nie, Edith Lavery wyraźnie była dziewczyną w typie Charlesa.

Obejrzeliśmy razem kilka gonitw, wyczułem jednak, że Edith niezwykle miło i delikatnie próbuje się mnie pozbyć. Kiedy więc Charles zaproponował herbatę u White’a, przeprosiłem ich i poszedłem poszukać pozostałych. Na odchodnym Edith rzuciła mi wdzięczne spojrzenie, po czym oboje oddalili się ramię w ramię.

Znalazłem Isabel i Davida w jednym z barów za główną trybuną. Pili ciepłego szampana, bo obsłudze skończył się lód.

– Gdzie jest Edith?

– Poszła z Charlesem do White’a.

David się nabzdyczył. Biedny David. Ani razu nikt w Ascot nie zabrał go do White’a  – ani do starego namiotu, ani do nowego kosmicznego lokalu. Dałby sobie uciąć rękę, żeby zostać członkiem tego klubu.

– Nieźle – powiedział przez zaciśnięte zęby. – Też bym się napił jakiejś herbaty.

– Chyba mieli się spotkać z resztą znajomych Charlesa.

– Z pewnością.

W przeciwieństwie do niego Isabel milczała, sącząc ciepły trunek z czterema pływającymi kawałkami ogórka.

– Umówiliśmy się przy samochodzie przed przedostatnią gonitwą.

– Świetnie – odrzekł ponuro David. Zapadła niezręczna cisza. Isabel, co należy jej poczytać za zasługę, wpatrywała się w swój nieapetyczny napój bardziej zaciekawiona niż rozdrażniona.

Kiedy dotarliśmy do samochodu, Edith już tam była i od razu dostrzegłem, że dzień się jej udał.

– A gdzie Charles? – zapytałem.

Skinęła ku głównej trybunie.

– Poszedł odszukać ludzi, u których dzisiaj nocuje. Będzie tu jutro i w piątek.

– Powodzenia.

– A ty, dobrze się bawiłeś?

– O tak – powiedziałem. – Ale nawet w połowie nie tak dobrze jak ty.

Zaśmiała się, lecz nic nie powiedziała, bo w tym momencie nadszedł David i otworzył samochód. Nie wspominał o Charlesie, a Edith traktował gburowato, więc nie odważyła się powiedzieć głośno, że Charles zaprosił ją na kolację w przyszły wtorek. Ale szepnęła mi to na ucho; nie umiała zachować tej wiadomości dla siebie, to było ponad jej siły.

3

Edith siedziała przy toaletce, wykąpana i pachnąca, szykując się do nałożenia swojej wyjściowej twarzy. Nie powiedziała matce, z kim idzie na kolację, i teraz zastanawiała się dlaczego. Z pewnością Stella nie posiadałaby się z radości, ale być może właśnie obawa przed tą radością kazała Edith milczeć. Poza tym na obecnym etapie Edith nie potrafiła jeszcze ocenić, czy cała sprawa, jak to piszą w czasopismach, ma jakąkolwiek przyszłość.

Edith Lavery w żadnym razie nie można by nazwać rozwiązłą, ale z pewnością nie była dziewicą. W swoim czasie miała kilku chłopaków, nic poważnego, lecz gdy skończyła dwadzieścia trzy lata, zdarzył się jej pewien makler, pięć lat starszy i bardzo przystojny, którego postanowiła przyjąć, gdyby się jej oświadczył. Chodzili ze sobą około roku, jeździli na te same wiejskie przyjęcia i ogólnie rzecz biorąc, byli ze sobą szczęśliwi, a przynajmniej nie mniej szczęśliwi niż ich otoczenie. Na imię miał Philip, jego matka była wielką damą, mieli trochę pieniędzy – dosyć na początek, powiedzmy, w Clapham – słowem, wszystko zapowiadało się naprawdę świetnie. Toteż nic nie mogło się równać zdumieniu Edith, kiedy pewnego wieczoru Philip łamiącym się głosem wyjawił, że spotkał kogoś i że z nimi koniec. Przez chwilę Edith nie mogła zrozumieć, co on mówi – może dlatego, że na miejsce swojego wyznania wybrał lokal San Lorenzo na Beauchamp Place, gdzie goście przy sąsiednich stolikach słyszą każde słowo, a może również dlatego, że nie umiała sobie wyobrazić, co ten „ktoś” ma takiego, czego jej brak. Lubili się z Philipem, stanowili ładną parę, oboje uwielbiali weekendy na wsi, oboje jeździli na nartach. O co chodziło?

Tak czy inaczej, Philip odszedł, a trzy miesiące później dostała zaproszenie na jego ślub. Poszła, żeby okazać wielkoduszność, i wyglądała (zgodnie z zamiarem) zachwycająco. Panna młoda była od niej brzydsza i właściwie dość pospolita, jednak Edith, widząc, że wpatruje się w Philipa, jakby chwyciła Pana Boga za nogi, nabrała nieprzyjemnych podejrzeń, że ma to coś wspólnego z niepowodzeniem ich własnego związku.

Potem było jeszcze kilku mężczyzn, ale niewielu. Jeden z nich, agent nieruchomości imieniem George, przetrwał nawet pół roku, jednak tylko dlatego, że był pierwszym kompetentnym kochankiem, z jakim miała do czynienia, i dawał jej niespotykaną dotąd rozkosz, więc poniekąd celowo starała się nie widzieć jego niedociągnięć. Jednak któregoś dnia na regatach w Henley (dokąd zabrał ją, sądząc, dość rozczulająco, że to elegancka impreza) zobaczyła go z drugiej strony stołu, gdy rechotał donośnie, po swojemu pokazując dziąsła, i zdała sobie sprawę, że naprawdę jest zbyt okropny. Rozstanie było już wyłącznie kwestią czasu.

Jej rodzice żałowali Philipa, którego zdążyli polubić (George’a wcale nie żałowali), na ogół jednak nie wyrażali opinii o kandydatach, okresowo przenikających do Elm Park Gardens. Mimo to Edith zauważyła, że odkąd skończyła dwadzieścia siedem lat, jej matka coraz częściej pozwala sobie na zawoalowane aluzje i na wpół żartobliwe, na wpół zatroskane uwagi. I po raz pierwszy w jej duszy odezwał się daleki, cichy sygnał paniki. Przypuśćmy, tak teoretycznie, że nikt nigdy nie poprosi jej o rękę. Co ona wtedy zrobi?