Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
21 osób interesuje się tą książką
Pewnego mroźnego zimowego dnia do Śnieżnego Pałacu przybywa Michał, nauczyciel języka polskiego. Ma uczyć dwie dziewczynki, Amelkę i Inkę. Na miejscu czekają na niego ich matka Rozalia oraz… jego była partnerka, Gabi. Już od pierwszych chwil Michał czuje, że za piękną fasadą pałacu kryje się coś niepokojącego. Jego podopieczne są nieufne, a Rozalia ewidentnie o czymśmu nie mówi. Po korytarzach zdaje się krążyć duch Grety Erfurt – kobiety, która mieszkała tutaj sto lat wcześniej i zginęła w tajemniczych okolicznościach. W starych murach rozbrzmiewają urwane rozmowy i niedokończone zdania, a z każdym dniem Michał odnosi coraz silniejsze wrażenie, że ktoś uważnie go obserwuje.
W dusznej atmosferze odciętej od świata posiadłości zaczyna odkrywać sekrety rodziny Mańkowskich i historię samego pałacu. Im bliżej jest prawdy, tym trudniej odróżnić rzeczywistość od tego, co od lat próbuje wydostać się z cienia.
Co wydarzyło się przed laty w ogrodzie Śnieżnego Pałacu? Kim naprawdę była Greta Erfurt i dlaczego Rozalia za wszelką cenę próbuje odtworzyć jej losy? Czy można zniknąć bez śladu?
Nie wszystkie tajemnice powinny ujrzeć światło dzienne. Niektóre cierpliwie czekają, aż ktoś odważy się je odkryć. Czy prawda przyniesie ukojenie?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 405
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Śnieżny pałac
Text © copyright by Magda Knedler, Warszawa 2026 © Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa 2026
Redakcja: Anna Jeziorska
Korekta: Joanna Wysłowska
Projekt okładki: Eliza Luty
Zdjęcia okładkowe: pexels.com/Faruk Tokluoğlu (schody),pexels.com/kaboompies.com (szron)
Redaktor inicjująca: Blanka Wośkowiak
Dyrektor produkcji: Robert Jeżewski
Wydawnictwo nie ponosi żadnej odpowiedzialności wobec osób lub podmiotów za jakiekolwiek ewentualne szkody wynikłe bezpośrednio lub pośrednio z wykorzystania, zastosowania lub interpretacji informacji zawartych w książce.
ISBN 978-83-8132-819-7
Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o. o. ul. Widok 8, 00-023 Warszawa tel. 603-798-616 Dział handlowy: [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
Wydanie I, 2026
Wyobraźnia moja działała tak mocno, że wierzyłem naprawdę w to, iż wokół domostwa i całej miejscowości szerzy się atmosfera wyłącznie im i najbliższym okolicom przyrodzona – atmosfera niespokrewniona z przestworem niebiosów, lecz wyzionięta przez spróchniałe drzewa, siwy mur i niemy staw – opar tajemniczy i dżumny, zaledwo widzialny, ciężki, nieruchomy i ołowianego zabarwienia.
Edgar Allan Poe, Zagłada domu Usherów
Śnieg pachnie. Być może tylko w mojej głowie, ale kiedy idę ścieżką przez las, odnoszę wrażenie, że w powietrzu unosi się zapach palonego cukru. Czuję na języku słodki smak, gardło mi się zaciska. Poprawiam plecak i pociągam nosem, wciskam brodę w szalik. Jest naprawdę zimno. Nie przygotowałem się, nie mam dobrych butów i czuję, jak drętwieją mi stopy. Nigdy zresztą nie nosiłem naprawdę porządnego, drogiego obuwia. Nauczyciel. Z niezamożnego, zwyczajnego domu, w którym wszyscy żyją od pensji do pensji i nikt nie posiada żadnego majątku. Z tych irytujących ludzi, którzy wciąż lubią przypominać innym, że nie wszyscy zaczynają z tego samego punktu. Aby skończyć studia, udzielałem korepetycji, rozwoziłem jedzenie i nalewałem piwo, a nawet pisałem za pieniądze prace magisterskie, bo kilkanaście lat temu jeszcze nie robił tego za studentów chat GPT. Mam ich sporo na swoim koncie, w pewnym sensie jestem więc wielokrotnym magistrem. Dzięki temu opłacałem pokój w mieszkaniu studenckim i stać mnie było na warzywa, które naprawdę trzeba czasem jeść.
Koledzy śmiali się ze mnie, że w biedzie żyję i w biedzie zostanę, skoro wybrałem filologię polską, bo co to w ogóle są za studia, ale ja, niestety, marzyłem o tym, by zostać nauczycielem, co na pewno było z mojej strony nieszczególnie mądre. Tak, wiem. Nie zawsze trzeba koniecznie spełniać wszystkie swoje marzenia. Podczas studiów, nawet zapracowany i zmęczony, czułem się ze sobą dobrze. Nauka szła mi sprawnie, miałem znajomych, spotykałem się z dziewczynami, na piątym roku związałem się z kimś dla mnie bardzo ważnym, z kim żyłem przez kolejne kilka lat. Na piątym roku również zmiany, które zachodziły w moim otoczeniu, okazywały się jeszcze na tyle subtelne, że ledwo je zauważałem. Coraz więcej kumpli z „prawdziwą pracą”. Plany, które snuła moja dziewczyna i które brzmiały coraz poważniej. Rzadsze imprezy. Obowiązki, które pojawiały się u innych, a które jakoś nie chciały się pojawić u mnie. Każdy zdawał się dorastać. Tylko nie ja.
W końcu, po obronach, dwaj kumple poszli pracować do korpo, jeden robił aplikację adwokacką, jeszcze inny został programistą w dużej zagranicznej firmie. Większość wybrała dobrze; podczas studiów zadbała o zdobywanie doświadczenia zawodowego, zamiast łapać dorywcze prace, miała określone cele, do których wytrwale dążyła. Nasze drogi coraz rzadziej się przecinały. Pewnego dnia odeszła także moja partnerka. Mieliśmy prawie po trzydzieści lat. Uznała, że stoimy w miejscu, a ona chciała iść do przodu. To dość łagodne podsumowanie naszych ostatnich miesięcy, zamienionych ze sobą słów i wyartykułowanych pretensji pozwala mi jakoś dalej żyć i nie roztrząsać tego, co się wydarzyło. Rozpamiętywanie szczegółów sprawia, że nie chce mi się wstawać z łóżka. Ponieważ owszem, to była moja wina. Zostałem sam w wynajętej kawalerce, w której mieszkałem przez kolejne pięć lat. Aż do wczoraj.
Czapka ciągle zsuwa mi się z głowy, uszy marzną, w płucach kłuje. To ostatnie nie tylko z zimna, lecz także z wysiłku. Dom stoi na wzgórzu i nie spodziewałem się, że będzie aż tak stromo. Prawdziwa twierdza, zwłaszcza teraz. Ponoć zimą zawsze pada tutaj śnieg, stąd nazwa domu. Śnieżny Pałac. A teraz na dodatek mamy zimę stulecia. Zamarznięte tory kolejowe, wiele miejsc odciętych od świata, burze śnieżne, sparaliżowane lotniska i autostrady. Przestają mnie dziwić coraz wyższe zaspy i coraz więcej bieli. Kiedy oglądałem zdjęcia domu w internecie, przyszła mi do głowy myśl, że może otoczenie pomaga jakoś znosić rzeczywistość dzieciom, które muszą tutaj mieszkać. Piękno osładza okoliczności, pobudza wyobraźnię, łagodzi ostre kanty. Wlewa nadzieję. Oczywiście mogłem się mylić, bo ostatecznie piękno to tylko kategoria estetyczna, coś odczuwanego subiektywnie. Niekiedy pozostaje sprzeczne z wewnętrznym cierpieniem i wtedy wydaje się okrutne. Nie na miejscu. Bo tak naprawdę jak szczęśliwy może być młody człowiek mieszkający na takim odludziu?
Ruszam szybciej przed siebie, chucham na dłonie, rękawiczki też mam za cienkie. Paniczyk z miasta. Liczę na to, że chociaż ogrzewanie jest tu dobre. Ostatecznie do moich obowiązków nie należy wyprowadzanie dzieciaków na spacer, nawet jeśli przyznaję, że sceneria idealnie nadaje się do omówienia „w terenie” Pani Zimy Grimmów. Zastanawiałem się już nad doborem lektur. Z młodszą mogę sobie pozwolić na większą swobodę, siedzenie na podłodze, wprowadzenie do lekcji elementów plastyki, dodanie różnych rzeczy spoza programu. Przecież właśnie o to chodzi. Żeby robić więcej. Taki jest cel zatrudnienia mnie w tym miejscu, za to chcą mi płacić. Oczywiście zakładam optymistycznie, że ta młodsza będzie skora do współpracy. Słodka dziewczynka z warkoczykami, zdolna wysiedzieć godzinę lekcyjną bez wiercenia się i pytania, czy można do toalety. Nie jestem jednak naiwny i raczej mam w życiu pecha, więc bardziej prawdopodobne wydaje się to, że trafię na diablicę, która przy najbliższej okazji spróbuje przegryźć mi tętnicę szyjną. Jeden uczeń już próbował, w mojej poprzedniej szkole. Nachyliłem się nad nim tylko na chwilę, by sprawdzić, jak sobie radzi z wypracowaniem. Krzyś, piąta C. Praca dotyczyła W pustyni i w puszczy. Lektura mogła wzbudzić frustrację, przyznaję. A ja na dodatek poprosiłem o napisanie kilku słów o znaczeniu opisów przyrody w powieści, co musiało przelać czarę goryczy. Krzysia wysłano na badania psychiatryczne, mnie na założenie szwów. Spędziłem trochę czasu na zwolnieniu, później wziąłem urlop, bo nie potrafiłem wrócić do tej szkoły. Lekarz powiedział, że centymetr dalej i gówniarz trafiłby w krtań. Nauczyciel to zawód wysokiego ryzyka.
Nadal mam na szyi bliznę po ataku młodego Draculi. Do szkoły ostatecznie nie wróciłem, chyba przede wszystkim dlatego, że było mi wstyd, choć przecież niczego złego nie zrobiłem. A jednak. Nie przewidziałem, co się stanie. Dałem się kompletnie zmasakrować piątoklasiście. Kiedy poszedłem do dyrektorki, by porozmawiać o rozwiązaniu umowy za porozumieniem stron, usłyszałem na korytarzu szepty, że idzie „wywiad z wampirem”, co tylko utwierdziło mnie w poczuciu porażki.
Później przesiedziałem kilka tygodni w domu, wysyłałem CV, jadłem chleb z pasztetem i zupki chińskie, zastanawiając się, czy w razie czego przyjmą mnie w Biedronce na kasę. Próbowałem zmienić branżę, jednak poważne firmy zatrudniające poważnych ludzi jakoś nie były pod wrażeniem mojego dziesięcioletniego doświadczenia na stanowisku nauczyciela języka polskiego w podstawówce. Umiarkowane zainteresowanie wykazały tylko te, które szukały przedstawicieli handlowych. Tu jednak wymagano samochodu i gotowości do częstych podróży, a ja nigdy nie lubiłem prowadzić i po zrobieniu prawa jazdy ani razu nie usiadłem za kierownicą. Sprzedawać zresztą też niczego bym nie potrafił. Doszło więc do tego, że musiałem rozważyć ograniczenie swojej diety do samego chleba z pasztetem, bez zupek chińskich, a o takich ekstrawagancjach jak kupno nowej kurtki i butów na zimę na bardzo długo mogłem zapomnieć. I właśnie wtedy skontaktował się ze mną ktoś ze Śnieżnego Pałacu. Zapomniałem, że w ogóle się do nich odzywałem.
Najprawdopodobniej zgubiłem drogę, więc wyciągam smartfon, by zadzwonić do swojej nowej pracodawczyni, ale oczywiście w lesie zasypanym śniegiem nie łapię zasięgu. Mój telefon można nazwać telefonem hańby. Stary iPhone z rozbitą szybą i kiepskim aparatem fotograficznym. Internet zazwyczaj działa, jednak nie mam się czym pochwalić. Przez długi czas byłem całkowicie analogowy. Broniłem się przed noszeniem w kieszeni sprzętu, który umożliwiłby mi ciągły dostęp do sieci, uważałem, że to patologia, i tak za długo wszyscy siedzimy przed komputerami, zamiast iść na zewnątrz się wybiegać. Niestety, takim rozumowaniem szybko zapracowałem sobie na opinię leśnego dziadka i zawsze byłem ze wszystkim do tyłu. Znajomi mieli konta na Facebookach i Instagramach, oglądali YouTube’a i zapisywali się do dentysty przez aplikację, ja tymczasem do sprawdzenia zwykłego maila wciąż potrzebowałem laptopa, a ulubioną playlistę odtwarzałem na iPodzie. Który, de facto, również był stary, w dodatku raz przejechałem po nim krzesłem na kółkach. W końcu przestałem się bronić i skapitulowałem, gotów uznać wyższość nowych technologii oraz kupić sobie smartfon. A ten zdążył się już właśnie zestarzeć i przestał nadążać za zmieniającą się gwałtownie rzeczywistością. Jest teraz zupełnie taki jak ja. Ale działa i mogę oglądać na nim filmiki w internecie, na których atakuje mnie dziesięcioletni wampir. Jego rodzice zabiegają o ich usuwanie, one jednak wracają tak czy owak. W końcu jeśli coś raz trafia do sieci, zostaje w niej już na zawsze.
Robi się ciemno i z lasu zaczynają dobiegać dziwne odgłosy. Jestem naprawdę zziębnięty i z braku alternatyw wciąż idę przed siebie, ale końca drogi nie widać. Drzewa szumią. Wydaje mi się, że ten szum przeradza się w szept, a potem w melodię nuconą niskim, pięknym głosem. Naciągam czapkę na uszy. W pierwszym odruchu chcę uciec, ale przypominam sobie, że nie mam dokąd. Naprawdę potrzebuję tej pracy. Mogę wybierać tylko między uszczerbkiem na zdrowiu psychicznym a śmiercią głodową, więc decyzja jest oczywista.
Idę jeszcze kwadrans. Wciąż słyszę tamtą melodię, która najprawdopodobniej istnieje tylko w mojej głowie, bo zaczynam wariować. Nie przywykłem do takiego zimna, mroku i ciemności. Kiedy widzę światło między drzewami, niemal robi mi się słabo z ulgi. Śnieg skrzypi pod moimi butami, gdy stawiam coraz szybsze kroki i w końcu prawie biegnę. Skrzyp, skrzyp, skrzyp... Ta melodia... Coś zaczyna mi przypominać, kiedy nagle się urywa, a potem wśród drzew rozbrzmiewa krzyk. Staję jak wryty. Tak, to naprawdę krzyk. Obracam się wokół własnej osi, nie mam pojęcia, gdzie się skierować i kogo ratować, ale przecież nie mogę jej zostawić, tej kobiety, której głos echo zwielokrotnia, bawi się nim, odbija jak piłkę. Jest z lewej? A może z prawej? Krzyczy znowu. Mam wrażenie, że ten dźwięk wwierca mi się w kości. I nagle ponownie cichnie. Słyszę dudnienie, jak gdyby ktoś biegł po śniegu, matowy dźwięk, stłumiony, niczym z wnętrza ziemi. Dołączają do niego głosy, nieco podniesione, ale nie rozróżniam słów. Szeleszczenie, szum, szept. I znowu cisza.
Gardło mam wyschnięte i obolałe. Liczę, że nie skończy się to anginą, nie chcę wylądować w łóżku już pierwszego dnia pracy. Poza tym zamierzam być na chodzie, mieć możliwość... nie wiem... może... uciec stąd, w razie konieczności. Teraz jednak idę dalej w stronę światła. Po chwili kształty za drzewami stają się wyraźniejsze, droga się poszerza, biegnie łukiem obok fontanny z aniołem aż do drzwi wejściowych. Tak, mają fontannę z aniołem, odpowiednio starą, nieco spękaną, ale na tyle, by nie wyglądała na zaniedbaną.
Dwie kolumny, schodki. Drzwi masywne, z solidnego drewna. Okna wysokie, na parterze gotycko sklepione, nieco na lewo duży taras z wyjściem na ogród, to pewnie salon. Na wyższych piętrach okna są mniejsze, na najwyższym całkiem małe. Kiedyś musiały się tam znajdować pomieszczenia dla służby. Czuję się nagle jak bohaterka dziewiętnastowiecznych powieści utrzymanych w gotyckiej konwencji. Bohaterka, nie bohater, bo mężczyźni w tych powieściach są przeważnie bogaci, a kobiety, dumne guwernantki ze zubożałej szlachty, muszą zarabiać na chleb, i dlatego przybywają do ich domostw, gdzie odkrywają szkielety w szafach. A czasami nawet, finalnie, dobrze wychodzą za mąż. Cóż. Jakie czasy, takie guwernantki. Myślę o melodii, krzyku i głuchych krokach na śniegu. Przywołanie szkieletów w szafie wydaje mi się teraz mało śmieszne.
– Pan Michał Breza! Dobry wieczór. Już się wybierałyśmy pana szukać. Zabłądził pan?
Dopiero teraz ją zauważam. A może jeszcze przed minutą wcale jej tu nie było? Na ganku, między dwiema kolumnami, stoi kobieta. Ubrana na czarno, w spodnie i sweter z golfem. Rudawe włosy ma gładko zaczesane do tyłu. W tle otwarte wejście, a w nim prostokąt złotego światła. Nie, nie stała tu, drzwi były zamknięte. Czuję niepokój na myśl, że nie słyszałem, kiedy się uchylały.
– Pan Breza, prawda? – upewnia się.
Wbiegam po schodkach i kiwam głową.
– Tak, dobry wieczór. Przepraszam, ja...
Wyciąga rękę i uśmiecha się szeroko.
– Proszę się nie tłumaczyć, zazwyczaj trudno tu dotrzeć zimą, a teraz to już zupełny koniec świata. Jeszcze raz przepraszam, że nie mogłam odebrać pana z przystanku, ale jak mówiłam przez telefon, moja młodsza córka źle się czuje, nie chciałam jej zostawiać. Autokar i tak miał spore opóźnienie, prawda? Niech pan wejdzie, jest pan przemarznięty na kość.
W hallu zatyka mnie z wrażenia. Jest tu duży kominek, w którym trzaska ogień, schody spływają ku podłodze faliście na secesyjną modłę, na środku zaś stoi ogromna żywa choinka. Pięknie przybrana, widzę wyraźnie, że oprócz szklanych bombek wszystkie ozdoby wykonano ręcznie, od papierowych aniołków, poprzez drewniane sanki i metalowe dzwoneczki, po łańcuchy i gwiazdę na czubku. Igliwie pachnie tak mocno, że chce mi się kichać. Usiłuję się nie gapić, ale to naprawdę trudne. Wszystko tu zachwyca. Boczne, dyskretne światła, lśniące posadzki, balustrada zdobiona motywami roślinnymi, również secesyjna. To musi być element oryginalny, wiem, że dom zbudowano na początku dwudziestego wieku i wtedy uchodził za niezwykle nowoczesny. Kobieta śmieje się cicho.
– Och, przepraszam – odzywam się szybko.
– Nie ma za co. Ja też byłam pod wrażeniem, kiedy pierwszy raz tu weszłam. Nie przedstawiłam się, choć pan pewnie wie, kim jestem. Rozalia Mańkowska.
Ponownie wyciąga rękę, a ja ponownie ją ściskam. Rozalia. Przedwojenne imię dla kobiety niemal żywcem wyjętej z dwudziestolecia międzywojennego albo jeszcze wcześniejszej Młodej Polski. Nawet w spodniach i golfie ma prezencję dawnych arystokratek i muz artystów.
– Michał Breza. Ach, tak, przecież pani wie – mówię głupio, a ona znowu się śmieje.
Jest piękna, ale pięknem stonowanym, spokojnym i surowym. Musi być jakieś dziesięć lat starsza ode mnie i wydaje mi się, że jako młoda dziewczyna, o miękkich policzkach i gładkiej skórze, nie robiła takiego wrażenia. Jej twarz zyskuje dzięki wyostrzonym rysom i zmarszczkom wokół oczu, które pogłębiają się podczas śmiechu. Dociera do mnie, że teraz gapię się na nią, i znowu wbijam wzrok w choinkę.
– Proszę dalej. Ma pan... jeszcze jakiś bagaż?
Podrzucam swój plecak i kręcę głową.
– Tylko to.
– Mhm. No dobrze. Zaprowadzę pana do pokoju, na pewno chce się pan odświeżyć i przebrać. Proszę za godzinę zejść na kolację, pozna pan wszystkich. Wystarczy panu tyle czasu?
– Tak. Dziękuję.
Idę za nią po schodach, a potem długim korytarzem. Mijam duże, rzeźbione drzwi, jedne, drugie, trzecie, zza których nie dobiega żaden dźwięk. Na ścianach wiszą obrazy, głównie pejzaże, czasem jakiś portret. Oczywiście duże i w ciężkich, zdobionych ramach. Na podłodze dywan, miękki i zadbany, aż szkoda stąpać po nim w butach, ale Rozalia raczej się tym nie przejmuje. Nie odwraca się, nie patrzy na mnie.
Czuję się dziwnie w swoich startych dżinsach i znoszonych traperach sprzed kilku lat, które kupiłem na miejskie, rzadko kiedy ostre zimy. Nigdy nie wyjeżdżałem donikąd na ferie, w życiu nie miałem na nogach nart, siedziałem w mieście i czytałem książki, czasem z kimś piłem, a czasem umawiałem się z jakąś dziewczyną, każda aktywność z dala od niskich temperatur i śniegu. Jestem ciepłolubny. Teraz wszystko, co mam na sobie, wydaje się nieodpowiednie i tandetne. Tania kurtka puchowa, zwykły podróżny plecak, zmechacony szalik. Żenujący brak jakości, zwłaszcza przy tych obrazach, rzeźbionych drzwiach i dywanie. I przy niej, ubranej skromnie, ale jak spod igły. Idzie wyprostowana, a ja przez chwilę wpatruję się w jej plecy, aż do mnie dociera, że nie mam pojęcia, gdzie jestem. Rozalia zatrzymuje się, staje przed dwuskrzydłowymi drzwiami i kładzie dłoń na klamce. Dwuskrzydłowe drzwi. Naprawdę.
– To tu. Mam nadzieję, że będzie panu wygodnie.
Znowu za nią idę. Wprowadza mnie do sporego mieszkania. Jest tu salon z aneksem kuchennym, sypialnia i łazienka. Piętro pierwsze, to z oknami średnich rozmiarów, nie to ostatnie, z małymi, dla służby. Przypominam sobie, co pisano w dziewiętnastowiecznej prozie o guwernantkach – że były kimś pomiędzy służbą a ludźmi z towarzystwa, nie przynależały tak naprawdę do żadnej z tych grup, tkwiły w wiecznym społecznym purgatorium, skazane w zasadzie na samotność, póki nie zlitował się nad którąś jakiś pastor bez apetytu na duży posag i nie poprosił jej o rękę. Ja nie mam co liczyć na pastora, więc muszę jak najwięcej zaoszczędzić ze swojej nowej pensji, co przy darmowym zakwaterowaniu i wyżywieniu nie powinno być takie trudne. Poza tym gdzie miałbym tu wydawać pieniądze?
– Tam jest szafa, trzeba przesunąć panel, widzi pan? Informuję na wszelki wypadek, bo właściwie wcale jej nie widać.
Faktycznie, sypialnia wydaje się niemal zupełnie pusta, tylko jedną ze ścian zdobi duża fototapeta przedstawiająca rzymskie Colosseum. To właśnie owa szafa. Patrzę, jak Rozalia składa Colosseum na pół i wskazuje półki oraz wieszaki.
– Dużo tu miejsca, więc nie powinien pan mieć problemu, by – zerka na mój plecak – wszystko pomieścić.
Prawdopodobnie nie zajmę nawet jednej trzeciej z tej szafy, myślę.
– Kuchenka jest gazowa, nie mam indukcji, przeszkadza to panu?
– Nie, u mnie w mieszkaniu też jest gazowa. To znaczy była.
Rozalia kiwa głową.
– W szafkach kuchennych znajdzie pan kawę, herbatę, trochę przekąsek, chleb, w lodówce mleko, ser i tak dalej. Jest pan weganinem? Nie? To dobrze, najpierw zrobiłam zakupy, a dopiero potem przyszło mi do głowy, że być może nie je pan mięsa i nabiału. Proszę się rozejrzeć. Może pan oczywiście sam sobie gotować, jeśli chce, ale sądzę, że wygodniej będzie panu zjeść obiad w przerwie między lekcjami, razem z dziewczynami, a wieczorem będziemy szczęśliwe, goszcząc pana na kolacjach. Dzięki temu zaoszczędzi pan czas i... i pieniądze. Chyba że lubi pan gotować?
– Niespecjalnie.
– A jeść?
Rozalia się uśmiecha. Myślę o zupkach chińskich i chlebie z pasztetem.
– Zaspokajać głód owszem, ale nie jestem smakoszem.
– Cóż, mam nadzieję, że choć trochę to zmienimy. A obchodzi pan święta?
– Ogólnie czy w tym roku?
– Ogólnie i w tym roku.
– Obchodzę, ale odkąd moi rodzice się rozwiedli, a później związali z osobami, które mają własne dzieci, odwiedzanie ich wszystkich stało się nieznośne i dwa lata temu postanowiłem dać sobie spokój.
– Dlatego powiedział pan przez telefon, że nie potrzebuje wolnego na przerwę świąteczną?
– Tak. Choć zdaję sobie sprawę, że dziewczęta nie będą chciały wtedy się uczyć, więc...
– Ich chcenie czy niechcenie nie ma nic do rzeczy. Uczą się w domu i nie musimy być uwiązani do systemowych ferii i wakacji.
– Tak, rozumiem.
Rozalia macha ręką.
– W każdym razie nie o to mi teraz chodzi. Rozumiem, że skoro nie wybiera się pan na święta do rodziny, może pan zostać tutaj i spędzić je z nami?
Unoszę brwi.
– Ale... nie chciałbym przeszkadzać.
– Nonsens. Będzie nam miło. A co z sylwestrem? – pyta, jakbym na wspólne święta już się zgodził.
Wzruszam ramionami.
– Zazwyczaj spotykam się ze znajomymi, ale w tym roku nie muszę.
– Świetnie. Zatem nie przeszkadzam dłużej i widzimy się za godzinę. Jadalnia jest na dole, z dużego hallu na parterze po lewej.
Rozalia wychodzi, a ja zrzucam plecak na podłogę i opadam na krzesło.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
