Smutna dziewczyna oraz inne opowiadania - Barbara Mikulska - ebook

Smutna dziewczyna oraz inne opowiadania ebook

Barbara Mikulska

3,0

Opis

13 opowiadań, z których każde zabiera czytelnika w inny świat, inny klimat, inne emocje. Nie zabraknie więc strachu (oj, nie!), wzruszenia, ale też całkiem sporej dawki śmiechu. Jest magia, jest  świat dalekiej przyszłości, demony z kosmosu,  postapokaliptyczna wizja, bajka na opak, wilkołak, który straszy w pewnej podwarszawskiej miejscowości, gdzie indziej do akcji wkracza wiedźmin (i mądrzejszy od niego trubadur), a sepleniący wampmisiek ostrzega przed  porzucaniem ukochanych pluszaków. Wystarczy? No pewnie! Ale jest jeszcze więcej. Gwarantujemy więc, że ani przez chwilę nie będzie nudno.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 258

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,0 (2 oceny)
1
0
0
0
1

Popularność




Moim internetowym znajomymi przyjaciołom z portalu „Nowa Fantastyka”,kwartalnika „Silmaris” i „Smokopolitan”za wsparcie i motywację do pisania

Smutna dziewczyna

Bez lustra owinęła usta w czerń

Powieki uzbroiła w gęsty cień

Na schodach został po niej perfum smak

Nieśmiało zwiastujący to, co miało się stać

Smutna dziewczyna — the Cuts.

Odsunąłem się pod ścianę i pozwoliłem dziewczynie przejść tak, by nie musiała mnie nawet musnąć. Dlaczego? Sam nie byłem pewien. Może dlatego, że wyglądała bardzo nietypowo na tle innych małolat w dyskotece. Wszystkie kolorowe do bólu zębów, z dekoltami lśniącymi od potu, z opalonymi udami, błyskającymi spod zbyt krótkich sukienek, z uśmiechem sztywno przyklejonym do warg i bystrym spojrzeniem, prowokującym napalonych tak samo jak one chłopaków.

– Kto to? – spytałem stojącego obok Grześka.

– Zmartwychwstała Maryja – zarżał w odpowiedzi.

– Co?

Zaciekawił mnie, ale nie sposób było rozmawiać przy łomocie disco.

– Chodź, zapalimy! – zaproponowałem.

Po drodze kupiłem dla siebie kolejną colę, a Grześkowi drinka. Wyszliśmy na taras. Wyciągnąłem paczkę i poczęstowałem kumpla, sam też wziąłem jednego, chociaż obiecywałem sobie, że będę się ograniczać. Byliśmy tylko my dwaj i jakaś parka, śliniąca się na ławce pod oknem.

– No i co z tą dziewczyną? – przypomniałem Grześkowi.

– Jeśli ostrzysz sobie na nią zęby, to marne twoje szanse. To cnotka-niewydymka. Nikogo nie dopuści.

– Daj spokój, po prostu mnie zaciekawiła. Jest jakaś inna.

Nie potrafiłem sprecyzować swoich uczuć. Jej wygląd mnie zaszokował. Pasowałby, gdyby mieszkała w jakimś dużym mieście, ale nie tu, na prowincji. Nie miałem nic do małomiasteczkowej społeczności, ba, nawet teraz, już jako w sumie dorosły facet, student, z przyjemnością przyjeżdżałem, by pobyć przynajmniej tydzień u babci, trochę jej pomóc. Kiedy byłem młodszy, spędzałem tutaj całe wakacje, stąd szczenięca przyjaźń z Grześkiem, odkurzana każdego lata. Zawsze szwendaliśmy się razem: nad rzeczkę, na dyskotekę, na jabłka z sadu Łuczaków. Tu przeżyłem swój pierwszy raz z dziewczyną – rozgorączkowany, szybki i beznadziejny, tak samo dla niej, jak i dla mnie. Ale nigdy nie spotkałem kogoś takiego jak „zmartwychwstała Maryja”. Otaczał ją dziwny, niepokojący zapach, słodko-gorzki, jakiś taki dorosły, przesycony… Czy ja wiem… cierpieniem, nienawiścią, erotyzmem? A może wszystkim po trochu. Chyba właśnie dlatego tak mnie zaintrygowała. A jeszcze ten wygląd: usta pociągnięte czarną szminką, atramentowy cień na powiekach, ciemna bluzka i takiego samego koloru szorty, kończące się tuż nad kolanami. I glany – ciężkie, grafitowe – na szczupłych nogach dziewczyny wyglądały, jakby mafia ubrała ją w betonowe buty. Do tego na szyi obroża nabijana ćwiekami…

– No, co z nią? – ponagliłem Grześka.

– Ze dwa lata temu, gdzieś koło świętego Jana, zorganizowali tu imprezę. Ściągnęli nawet profesjonalnego didżeja. Maryśka przyszła ze znajomymi, bawili się prawie do rana, a potem całą gromadą dali z buta do domów. Szli poboczem i jakiś najebany małolat w samochodzie wartym tyle, co chałupa moich starych, wjechał w nich. Na miejscu zginęły trzy osoby. Pamiętasz matkę Jaśka Majczyny? Ona pracuje w szpitalu. Opowiadała, że Marysia wyglądała, jakby zasnęła – żadnych ran. Potem mówili, że chyba coś jej się stało w głowę, nie wiem dokładnie, w każdym razie stwierdzili zgon. Wsadzili dziewuchę do lodówki i przeleżała tam jakieś trzy dni. Później wyciągnęli, żeby zrobić sekcję. Ale zanim facet zaczął ją kroić, zadzwoniła do niego żona czy kochanka… No, w każdym razie długo gadali… Na tyle długo, że Maryśka zdążyła ogrzać się trochę i zaczęły drgać jej powieki…

– Ty, nie wygłupiaj się! – Nie dowierzałem opowieści kumpla.

– Jak słowo daję! Potem ją leczyli, rehabilitowali, wysyłali gdzieś. W końcu stwierdzili, że jest już zdrowa. Ale ja tam bym temu nie wierzył. Ona jakaś nienormalna jest.

– Dlaczego?

– Stary, daj spokój. Jej się coś popierdoliło pod sklepieniem, zresztą wcale się nie dziwię… po takich przejściach… Widzisz, jak się ubiera? Z nikim nie rozmawia, tylko macha łapami albo mamrocze do siebie, jakby gadała z upiorami. A od początku wakacji zaczęła co sobotę nawiedzać tę dyskotekę; wchodzi, oblatuje wszystkie kąty i wychodzi. Już nawet biletu nie musi kupować. A potem stoi na parkingu i czeka, aż odjedzie ostatni samochód…

– I co?

– I nic. Idzie do domu, a następnej soboty znowu tu się zjawia.

– Ma jakichś przyjaciół, chłopaka?

– Nie mam pojęcia. Daj se siana. Chodź, wracamy, bo nam wyrwą najlepsze towary!

– Grzesiek, opanuj się, to same małolaty! Jeszcze prokurator na nich łapę trzyma!

– Bredzisz, przyjacielu. Towar, że palce lizać, świeżyzna i za drinka gotowa na wszystko. Idziesz?

– Idź sam, ja tu trochę posiedzę.

– Jak chcesz. – Grzesiek wzruszył ramionami i zniknął we wnętrzu.

„Zmartwychwstała Maryja” nie dawała mi spokoju. Siedziałem na tarasie sam, obściskująca się parka gdzieś zniknęła. Nie miałem pojęcia, czy wrócili na dyskotekę, czy wylądowali nieopodal w krzakach, żeby pogłębić znajomość anatomii. Machinalnie wyciągnąłem z paczki kolejnego papierosa, wetknąłem go do ust i przypaliłem. Blask ognia z zapalniczki na chwilę mnie oślepił. Kiedy sprzed oczu zniknęła denerwująca plama, zobaczyłem na tle zarośli postać Marysi. Od razu wiedziałem, że to ona. Mało tego, wydało mi się, że poczułem dziwny zapach jej perfum. Ruszyłem w stronę dziewczyny, ale wtedy zrobiła dwa kroki do tyłu i rozpłynęła się w otaczających ją ciemnościach.

Dopaliłem papierosa i poszedłem na poszukiwanie Grzegorza. Znalazłem go przy barze w towarzystwie rozanielonej małolatki. Oboje sączyli jakieś kolorowe drinki.

– Grzesiek, ja się zmywam – krzyknąłem mu prosto do ucha, bo musiałem pokonać dudniącą zewsząd muzykę. – Idziesz?

Kumpel pokręcił przecząco głową.

– Dobra. Będziesz miał jak wrócić do domu? – spytałem jeszcze przez grzeczność.

– Jasne! – odwrzasnął. – A jak nie, to przygarnie mnie Ania. Prawda, Aniu?

Panienka rozpromieniła się – adoracje faceta na oko dziesięć lat starszego wyraźnie przypadły jej do gustu. Wyszedłem trochę zniesmaczony – widać Grzesiek nie dorósł jeszcze i trwał na etapie rozemocjonowanego nastolatka. Mnie już to nie bawiło. Właściwie to nawet nie wiedziałem, jakim cudem dałem się wyciągnąć do tej tancbudy.

Na parkingu stało kilka samochodów. Wygrzebałem kluczyk i próbowałem wetknąć go w zamek. Jedyna czynna lampa znajdowała się oczywiście po drugiej stronie placu. Dopiero po chwili udało mi się trafić. Otworzyłem drzwi i znieruchomiałem. Maria zmaterializowała się przede mną jak zjawa. Jej twarz, odrobinę oświetlona blaskiem latarni, robiła makabryczne wrażenie. Oczy ginęły w głębokim cieniu, co wyglądało, jakby ich w ogóle nie było. Usta, ukryte pod czarną szminką, na upiornie bladej skórze wydawały się drgać jak u drapieżnika, który dopiero chwilę przed atakiem obnaży białe kły.

– Cześć! – powiedziałem i odchrząknąłem, bo głos uwiązł mi gdzieś w krtani. – Podwieźć cię?

Od razu widziałem, że popełniłem błąd. Ogromny błąd. Marysia zrobiła krok w moim kierunku, a wtedy zobaczyłem, że jej tęczówki są smoliście czarne, zasłaniają nawet biel gałek. Wpatrywała się we mnie intensywnie, a ja nie mogłem odwrócić oczu. Na domiar złego powiał lekki wiatr i w moją stronę popłynął intensywny zapach jej perfum. Ale teraz nie był intrygujący, był duszący, obezwładniający. Wciskał się nachalnie w moje nozdrza, zatykał gardło, nie pozwalał zaczerpnąć powietrza.

Marysia zrobiła jeszcze dwa kroki. Zatrzymała się przede mną w odległości dosłownie kilkunastu centymetrów. Dudniło mi w uszach z braku tlenu, serce kołatało szaleńczo, jakby miało zaraz uderzyć po raz ostatni, nogi miałem jak z waty, a mimo to nie przewróciłem się – niewidzialna siła utrzymywała mnie w pionie. Rzęziłem, usiłując otwartymi ustami złapać chociażby najmniejszy haust powietrza. Dziewczyna przysunęła do mnie twarz, przymknęła oczy i zaciągnęła się moim ostatnim oddechem. Absurdalna myśl, czy przypadkiem nie śmierdzi mi z ust, sprawiła, że gdzieś wewnątrz mnie wezbrał dziki, nieopanowany chichot.

Opierałem się o samochód i łapczywie wciągałem powietrze. Smakowało jak nigdy dotąd: wilgocią, nocą, żywicą sosen i słodko-gorzkimi perfumami Marysi. Gdy wyrównałem oddech, rozejrzałem się wokoło. Dziewczyny nigdzie nie było widać. Wsiadłem do auta i włożyłem kluczyk do stacyjki. Przez moment zastanawiałem się, czy doświadczyłem omamów, a może dopadł mnie zawał.

Uruchomiłem samochód i odjechałem, nie oglądając się na parking.

* * *

Dziewczyna nie dawała mi spokoju. Wypytywałem babcię, słusznie podejrzewając, że takie wydarzenie musiało stać się głównym temat plotek na kilka następnych miesięcy, jeśli nie lat. Ale oprócz tego, że poznałem miejsce zamieszkania Marii, kochana staruszka nie dostarczyła mi żadnych nowych informacji.

Codziennie chodziłem pod dom Marysi, ale tylko raz wieczorem za firanką mignęła mi jej postać. Dlatego w następną sobotę Grzesiek nie musiał mnie namawiać na odwiedziny w dyskotece. Wiedziałem, że jedynie tam będę mógł spotkać ją ponownie.

– Żałuj, że nie zostałeś! – Mojemu kumplowi dziób się nie zamykał. Opowiadał historię podbojów z poprzedniego weekendu i nastrajał się na dzisiejszy wieczór. Było mi to nawet na rękę. Musiałem przemyśleć, czego właściwie chcę od Marysi.

Na pewno się bałem. Nie potrafiłem sobie wyjaśnić, co wydarzyło się na parkingu. Może właśnie ta przygoda sprawiła, że czułem taką niezdrową fascynację? Wmawiałem sobie, że zwyczajnie chcę od Marii wytłumaczenia, ale to nie była prawda. Ciągnęło mnie do niej jak alkoholika do kieliszka. Stałem się uzależniony, wszędzie szukałem jej zapachu, w plamach ciemności starałem się dostrzec drobną postać.

– Co z tobą? – Głos Grześka wyrwał mnie z zamyślenia. Nie miałem pojęcia, czego chce.

– Co?

– Co co?

– Sorki, stary, na chwilę się wyłączyłem.

– No właśnie widzę! – Grzesiek skrzywił się. – Przeoczyłeś skręt w Nowodworską. Musisz zawrócić, tędy nie dojedziemy.

* * *

W dyskotece panował ścisk i duchota, było gorzej niż poprzednim razem. Może dlatego, że zbierało się na burzę. Dziewczyny łasiły się do nas, jak bezpańskie kundle do nowego właściciela. Skryłem się w kącie baru i ze szklanką coli w ręku podziwiałem kumpla, który brylował otoczony wianuszkiem wielbicielek. Co rusz omiatałem wzrokiem dostępny wycinek parkietu, ale Marysi nie było nigdzie widać. Około jedenastej rozpętała się nawałnica. Odgoniłem napaloną małolatkę, która domagała się ode mnie drinka i w zamian zostałem zaatakowany stekiem obelg.

Wyszedłem na taras. W świetle błyskawicy od razu zobaczyłem dziewczynę, ruszyłem w jej kierunku, ale zniknęła w krzakach. Pierwsze krople uderzyły stacatto o liście, by za chwilę runąć ulewą na otaczający budynek i plac las. Wiatr wdusił mi oddech w płuca, przez moment poczułem strach, że to znowu Marysia, że znów nie uda się z nią porozmawiać, ale to tylko natura pokazywała, kto tu rządzi. Cofnąłem się pod dach, odszukałem wzrokiem Grześka i z daleka pokazałem, że już jadę do domu. Pomachał na pożegnanie i wrócił do swojego stadka.

Wiedziałem, że ponownie zobaczę ją na parkingu. Schroniłem się w samochodzie. Uruchomiłem wycieraczki, ale nie nadążały z odgarnianiem wody. Przez zamglone szyby, w świetle jedynej działającej latarni niewiele widziałam, ale byłem pewien, że jeśli się pojawi, nie przeoczę jej.

Serce tylko na ułamek sekundy przyhamowało, gdy ujrzałem Marię przed maską. Ociekała wodą. Uczyniłem zapraszający gest i z ulgą, a jednocześnie z przerażeniem zobaczyłem, że rusza w moją stronę. Wsiadła bez słowa. A ja, równie niemy, gapiłem się w ciemną przestrzeń za oknem, wsłuchiwałem się w równomierną pracę wycieraczek, spłoszony jak na pierwszej randce. Miałem tylko nadzieję, że będę miał szanse na jakieś kolejne, niekoniecznie z Marysią, ale z jakąkolwiek dziewczyną.

– Poczęstuj mnie papierosem – poprosiła cicho, a ja byłem szczęśliwy, że słyszę jej głos. I że jest miły. I że za chwilę oboje zaciągniemy się dymem, a potem go wypuścimy w niewielką przestrzeń wnętrza samochodu, by zagłuszyć, przytępić zapach jej perfum.

Nie mogłem się odezwać, bo obawiałem się, że każdy dźwięk może ją spłoszyć. Była teraz taka niewinna, dziewczęca, świeża. Tysiące pytań cisnęły mi się na usta, a jednocześnie każde było mniej ważne od poprzedniego. Albo ważniejsze.

– Nie, nie zapominam… – Usłyszałem i odwróciłem się w stronę Marysi. – Oczywiście… Nie martwcie się…

Maria mówiła, ale słowa nie były skierowane do mnie. Smutne oczy wpatrywały się w mgłę na szybie, a może w ciemną linię lasu otaczającego parking. Uchyliłem okno, by wpuścić świeżego powietrza. Zimny podmuch liznął mój kark i sprawił, że zadrżałem.

– Miałeś kiedyś narkozę? – spytała, a ja dopiero po chwili zorientowałem się, że mówi do mnie. – Wtedy tak właśnie jest. Jest nic. Takie ciche, spokojne, czarne nic. Ale to można poczuć dopiero, kiedy się obudzisz. Bo kiedy było tamto nic, nic nie było. I było dobrze.

Marysia zamilkła, a ja siedziałem bez ruchu, by jej nie wystraszyć. Wiedziałem, o czym do mnie mówiła. Rozumiałem i cieszyłem się, że powierzyła mi swoją tajemnicę.

Dziewczyna zdusiła niedopałek papierosa w popielniczce, otworzyła drzwi i wyszła, nie oglądając się. Chciałem ją zatrzymać, zapytać o wiele innych spraw, ale wiedziałem, że to nie ma sensu. Czułem smutek, ból i wiedziałem, że nie mogę pomóc. Patrzyłem, jak podchodzi do innego auta, gdzie naprany facet usiłuje wcelować kluczykami w zamek. Stanęła za nim. Spostrzegł ją dopiero, gdy otworzył drzwi. Nie słyszałem, co mówi, bo deszcz zagłuszał wszystko, ale widziałem, że gestem zaprasza do samochodu. Podeszła blisko, a ja pamiętałem, że oczy Marii są wtedy całkowicie czarne, że drżące wargi odsłaniają białe zęby. Zauważyłem, że mężczyzna zaczyna się dusić, ręce chaotycznie uderzają wokoło, a nogi uginają się, nie będąc w stanie utrzymać ciała. Nie zrobiłem nic, gdy padł na kolana, a dłonie rwały kołnierz koszuli, jakby to mogło zapewnić płucom dopływ tlenu. Jeszcze przez chwilę walczył, a potem pochylił się, aż wreszcie wylądował w kałuży pełnej brudnej wody i błota.

Budynek wypluł kolejną roześmianą grupę nastolatków. Zanurzyli się w ciemność, jeszcze długo słychać było krzyki i śmiech. Nikt nie patrzył w stronę parkingu.

Marysia odwróciła się – po bladej twarzy spływał czarny makijaż, a usta układały się w nieśmiały uśmiech.

Tatuaż

Miasto fascynowało go od zawsze. Nawet zanim jeszcze ujrzał je na własne oczy, a szanse na to były raczej marne, biorąc pod uwagę, kim był i gdzie mieszkał.

Matki nie pamiętał wcale, a ojca jak przez mgłę. Jedyną rodzinę, którą znał i na którą był skazany, stanowiła ciotka z mężem. Wszyscy mówili, że Bel jest podobna do siostry, ale Jagtam w to nie wierzył. Bo przecież niemożliwe, żeby mama była taką zołzą. Samo to, że go urodziła, czyniło ją osobą wyjątkową. Wujek był właściwie w porządku, chociaż za bardzo bał się żony, żeby okazać chłopakowi uczucia. Jeden jedyny raz postawił się jej i do końca życia nie zostanie mu to zapomniane. Stało się to wtedy, gdy Jagtam został sierotą. Bel i Strym nie mieli własnych dzieci, dlatego mogli się starać o przydział remadów. Jagtam nie był przekonany, czy ciotka rzeczywiście nie może zajść w ciążę, czy stosuje blekot, który ich sąsiadka rozprowadzała w okolicy. W tajemnicy, o której wszyscy wiedzieli, nawet władze, tyle że przymykali oczy. Dzięki temu ich wioska miała największe udziały w odbiorze produkcji państwowych laboratoriów.

Jeden raz wujek sprzeciwił się żonie i zmusił ją, by przygarnęli zwykłego, sześcioletniego dzieciaka. Na nic zdały się racjonalne argumenty kobiety. Strym nie chciał słuchać, ile kasy przeleci im koło nosa, ile pracy oszczędziłby im remad. Uparł się i już. Za to Jagtam był mu wdzięczny. I jeszcze za mapę. Dostał ją na dziesiąte urodziny. Tylko wujek przynosił mu prezenty. Ciotka zaś mówiła, że powinien być wdzięczny za dach nad głową i żarcie pod nosem. Chłopak milczał, chociaż myślał, że musi na to wszystko ciężko zapracować. Na stryszku, na drewnianej półce, stała wystrugana z lipy lokomotywa, obok leżał gwizdek, kredki i czysty blok. A na honorowym miejscu mapa.

Jagtam przeglądał ją prawie codziennie. Najbardziej fascynował go plan Miasta. Gdyby lekko przymrużyć oczy – tak żeby obraz rozmył się nieco – można by sądzić, że patrzy się na twarz. Dwa jeziora jak oczy, okrągła zatoka z wąskim wyjściem na pełne morze przypominała otwarte do krzyku usta. Nos to park miejski, który zaczynał się cienkim paskiem między zrośniętymi brwiami – drogą, a kończył tuż nad zatoką.

Chłopak marzył, żeby kiedyś się tam znaleźć. Na razie tkwił w Unterhunt, pomagając wujkowi w prowadzeniu gospodarstwa i czekając, aż ktoś zechce przyjąć go do pracy. Dwa razy w tygodniu jeździli do Oberhunt, największego miasteczka ich Okręgu. Szybko sprzedawali warzywa, owoce i mleko, bo ludzie wiedzieli, że Strym prowadzi prawie naturalną gospodarkę. Kobiety chwaliły warzywa i owoce za „smak, zupełnie inny niż w tych sklepowych”. Potem wujek spotykał się z kumplami, by pograć w snookera i wypić piwo lub dwa, a Jagtam miał kilka godzin dla siebie. Najczęściej biegł do parowozowni. Zaprzyjaźnił się z jednym remadem.

Ki właściwie niewiele różnił się od człowieka. Miał bary szerokie jak u trzech chłopów. Śmiał się i mówił, że trochę dostał w laboratorium, a resztę sprawił sobie sam. Ki był palaczem w lokomotywach. Kiedyś Jagtam spytał go o rodziców i wtedy pierwszy raz zobaczył, jak zwykle łagodny remad purpurowieje z gniewu.

– Nie mam rodziców – wysyczał przez zaciśnięte zęby. – Ci, co mnie spłodzili, nie są godni tej nazwy. Nawet zwykła mysz, świnia czy kot troszczy się o potomstwo. A oni sprzedali mnie jak… Potem tamci mnie okaleczyli… To boli.

Jagtam milczał przez chwilę. Zawsze sądził, że remady nie odczuwają bólu, są bardziej wytrzymałe, odporne. A tu takie wyznanie.

– Co ci dolega? – odważył się wreszcie spytać.

Ki spojrzał na niego nieprzytomnym wzrokiem.

– Co? Aaa, czasem tylko mięśnie pleców, ale na to pomaga rozciąganie.

– Więc o czym gadałeś? – Jagtam był właściwie zadowolony, że Ki potwierdził to, co mówiono oficjalnie, że remadów nic nie boli. Jak najszybciej pragnął zakończyć niewygodny temat, bo miał nadzieję na przejażdżkę stalowym potworem. Jednak remad chyba chciał wylać z siebie żal i gorycz, które dręczyły go od dawna, bo rozsiadł się wygodniej na metalowych stopniach lokomotywy i zapytał:

– A ty się czasem zastanawiałeś, jak to jest być remadem? – Ponieważ Jagtam nie udzielił mu odpowiedzi, kontynuował: – Jak to jest być prawie-człowiekiem? Prawie! Rozumiesz?

– No, przecież ty jesteś człowiekiem – powiedział cicho Jagtam.

– Nie. Od początku do końca jestem tylko prawie. Już w łonie kobiety stymulowano mój rozwój. Nie pamiętam tego, ale wiem, co mówili potem w laboratorium. Nakłuwali mnie igłą. Długą i cienką. Żeby spowodować zaburzenia w rozwoju embrionalnym. To musiało być straszne. Ale wiesz, czym się pocieszam? Że ją bolało jeszcze bardziej. Ja nie miałem świadomości, układ nerwowy był zapewne dopiero w początkowej fazie rozwoju. A ona musiała wszystko czuć. Wyobrażasz sobie? Jak przebijali się przez jej powłokę brzuszną, przez błony.

Jagtam chciał powiedzieć, że pewnie robili to pod znieczuleniem, lecz milczał. Tym bardziej, że Ki dodał jeszcze:

– Uczciwie zarobiła pieniądze. No, dość tego. Zmiataj, mały.

Chłopak zrozumiał, że dziś nie będzie przejażdżki. Miał jeszcze trochę czasu. Wolnym krokiem podążył w stronę ryneczku, oglądając wystawy sklepowe. Najbardziej lubił witrynę u starego Wronga. Remad miał ogromną głowę z błękitnymi, wyłupiastymi oczami. Zadziwiające było to, że potrafił każdym okiem czytać inny tekst i zapamiętywać oba tak, że nawet po latach mógł odtwarzać ich fragmenty, ale na tym jego umiejętności się kończyły. Nie był w stanie sklecić dłuższej wypowiedzi ani jej zapisać. Dlatego kiedy ktoś zadał mu pytanie, w odpowiedzi mógł usłyszeć kawałek jakiejś powieści. Wrong miał tylko genialną pamięć.

Połyskujące tajemniczym blaskiem lampy, kolorowe zabawki, korale, bransolety, książki w skórzanych oprawach, puzderka, flakony, serwety, chusty i masa różnych drobiazgów przyciągały wzrok przechodniów. Jagtam zawsze zatrzymywał się tu na dłuższą chwilę, szczególną uwagę poświęcając opasłemu woluminowi pod tajemniczym tytułem „Morskie opowieści. Tom II”. Błękitny wąż, którego ciało wiło się i skręcało, próbował opuścić wyznaczoną okładką płaszczyznę. Rozwidlony język wysuwał się raz w jedną, raz w drugą stronę, jakby węsząc za zdobyczą. Gdy ktoś skupiał uwagę na rysunku, ruchy gada zwiększały swoją intensywność. Jagtam przypuszczał, że jest to rodzaj tatuażu, nie wiedział tylko, czy okładka wykonana jest ze skóry ludzkiej, czy zwierzęcej. Wpatrywał się w migający rysunek i wyobrażał sobie, jak pięknie wyglądałby na jego plecach lub klatce piersiowej. Potem z westchnieniem odchodził – takie dzieło kosztowało z pewnością masę pieniędzy. Kiedyś odważył się wejść do sklepu i zapytać antykwariusza o przedziwny rysunek. Usłyszał wtedy długi cytat z jakiegoś dzieła na temat obrazów – wyszedł w połowie wykładu.

Powrót do domu zawsze kojarzył się Jagtamowi z jazgotem ciotki: że Strym żłopie piwsko i ciąga chłopaka ze sobą, że przepijają pieniądze, że ona odmawia sobie wszystkiego tylko dlatego, że ma męża nieudacznika i siostrzeńca darmozjada. I choć nie było to prawdą, żaden z nich nie odważył się zaprotestować. Trwało to zwykle do chwili, kiedy wujek wymykał się do obory, by tam spędzić noc. Jagtam, zamknięty na swoim stryszku, długo jeszcze słyszał gniewne trzaskanie drzwiami, pobrzękiwanie garnkami. Z reguły się nie odzywał, żeby jeszcze bardziej nie rozzłościć ciotki. Wreszcie raz nie wytrzymał i stało się.

Był wtedy siedemnastoletnim młokosem, dopiero za miesiąc miał osiągnąć pełnoletność. Wujek obiecał, że zabierze go wtedy do pubu, postawi piwo i pozwoli pograć w snookera. Wracali z miasta, gdy nagle fura podskoczyła na wyboju, usłyszeli trzask, a potem omal nie pospadali z ławki, gdy pękła metalowa obejma piasty. Patrzyli, jak koło toczy się przez chwilę po bruku, by skończyć samodzielną podróż w rowie zarośniętym pokrzywami. Długo męczyli się z naprawieniem, dlatego do domu dotarli późnym wieczorem. Bel powitała ich jazgotem jeszcze większym niż zazwyczaj. Wujek usiłował tłumaczyć, ale skwitowała to stwierdzeniem, że nie stać ich na nic lepszego od starej furmanki, a wszystko dlatego, że zamiast pracowitego remada, do którego gmina dopłacałaby jeszcze parę groszy, zdecydowali się na zwykłego chłopaka, na dodatek nieroba.

Jagtam nie wytrzymał. Zastanawiał się później, czy sprawiło to zmęczenie, czy zagrały hormony, czy może ciotka była wyjątkowo napastliwa, dość, że ryknął na kobietę. Wykrzyczał jej, że haruje od rana do nocy na równi z remadami sąsiadów, a zamiast przyzwoitego posiłku dostaje obrzydliwą lurę okraszoną złośliwościami. Nie była to do końca prawda – jadali nieźle, a Jagtam otrzymywał takie same porcje jak wujek.

Strym, który właśnie zdejmował buty, zastygł z jednym z nich w ręku, ciotka zamarła na chwilę w zdumieniu, ale kiedy odzyskała głos, popłynęła rzeka zarzutów i wypominków. Częściowo słusznych, częściowo zaś takich, które powstały w jej wyobraźni. Jagtam nie pozostał dłużny. Koniec awantury można było przewidzieć. Ciotka oznajmiła, iż pod tym dachem może pozostać tylko do osiągnięcia pełnoletności. Potem ma się niezwłocznie wynieść i nie interesuje jej, co się z nim będzie działo.

Wieczorem, leżąc na łóżku, Jagtam słuchał podniesionych głosów wujostwa. Wiedział, że Strym usiłuje przekonać żonę, ale ranek potwierdził jego obawy. Smutne spojrzenie wujka mówiło, że nikt i nic nie jest w stanie zmienić decyzji ciotki.

Tych kilka tygodni do opuszczenia domu minęło jak we śnie. Pracował, jadł, spał. W dniu urodzin wujek wręczył mu parę banknotów i uścisnął chłopaka mocno. Jagtam spakował swoje rzeczy – zabrał koszulę i spodnie. I grubą kurtkę, którą oddał mu Strym. W tobołku znalazło się trochę chleba, ser i pęto kiełbasy. I mapa. Reszta rzeczy została na stryszku. Zabrał się z sąsiadem, który jechał do Oberhaut. Miał nadzieję, że spotka Ki. W głowie Jagtama pojawił się bowiem plan.

* * *

– Nie mogę, Jagtam, naprawdę nie mogę! – Ki pocierał z zakłopotaniem szorstki policzek. – Stracę pracę, a wtedy zamkną mnie w obozie za nieposłuszeństwo…

– Nie przesadzaj. – Jagtam starał się, by jego głos brzmiał przekonująco. – Ile razy w ciągu ostatnich lat miałeś jakąś kontrolę? Miałeś w ogóle?

– No nie, ale zawsze może się zdarzyć.

– Ki, przecież mówiłeś, że jesteśmy kumplami, że mogę na ciebie liczyć…

– No… dobra… Ale nie tutaj. Pamiętasz ten zakręt za polem ośrodka? Tam pociąg musi zwolnić i dopiero tam wsiądziesz.

Jagtam zgodził się bez namysłu. Zgodziłby się nawet, gdyby musiał przejść dziesięć, a nie dwa kilometry. Zostawił w lokomotywie swój niewielki bagaż i ruszył wolno na umówione miejsce. Miał dużo czasu. Na dojście i na przemyślenia. Właściwie to był zadowolony, że ciotka go wygnała. Szkoda mu było tylko Stryma, rozmów z nim, tego poczucia bliskości i oparcia. Ale cieszył się, że wreszcie zobaczy Miasto. Rozsiadł się na nasypie i pogryzając źdźbło trawy, wypatrywał szarej smużki dymu, która zwiastowała przybycie pociągu.

* * *

Dworzec w Mieście oszołomił go gwarem i rozmachem. Wysokie kolumny, wspierające półprzezroczysty, kopulasty dach, przywodziły na myśl dwustuletnie drzewa. W górze, wykorzystując każdy załom, pęknięcie czy gzyms, gnieździła się masa ptaków, przede wszystkim gołębi i wróbli. Ich gruchanie, ćwierkanie i furkotanie skrzydeł prawie zagłuszały panujący na dole rozgardiasz. Na dodatek masa odchodów powodowała, że w hali dworcowej panował dziwny zaduch. Co chwilę słychać też było przekleństwa, gdy ptasie niespodzianki spadały na ludzi i remadów, kręcących się z irytującym pośpiechem i nerwowością. Jagtamowi wydawało się, że przerobionych jest tu znacznie więcej niż w Ober- i Unterhaut razem. Ki potwierdził jego obserwacje.

– Tu są nie tylko ci, których zmieniono w stadium embrionalnym i wczesnonoworodkowym. Większość to tacy, co sobie sami zafundowali zmiany. – Widząc zdziwione spojrzenie chłopaka, wyjaśnił szeptem: – Żeby znaleźć pracę, poddali się operacjom. Zyskali skrzydła – wskazał drobną kobietę obarczoną potężną paczką, która właśnie przelatywała nad pociągami – żeby dostarczać przesyłki. Albo dodatkową parę rąk – wskazał chłopaka, który dźwigał bagaże starszej kobiety.

– To legalne?

– Nie całkiem. – Ki ściszył głos tak, że Jagtam musiał wpatrywać się w ruch jego ust, żeby dobrze odczytać wypowiadane słowa. – Ośrodki nie są z tego powodu zadowolone. Uciekają im zyski. Za wytworzone remady pobierają opłaty od kupujących, państwo dopłaca im za wytworzenie każdej jednostki. Nawet w przypadku nieudanego eksperymentu otrzymują zwrot kosztów. A szara strefa odbiera im wpływy, tracą potencjalnych kupujących, którzy sami mogą stać się pożądanym produktem.

– Co? Kupujących?

– Ano tak. Tylko na wsi możesz otrzymać darmowy przydział remada. Mało tego, gmina dopłaca do utrzymania takiego osobnika. A dlaczego? Bo są to najprostsze twory laboratorium. Tu ingerują tylko w fizyczność osobników, żeby byli bardziej przydatni do prac w polu. W mieście siła nie ma takiego znaczenia. Dlatego ingerują głównie w mózg. To bardzo skomplikowane i kosztowne.

– Robią takich jak Wrong, tak?

– Właściwie tak, ale Wrong jest odpadem, coś im nie wyszło.

– A co z tymi kupującymi? – dopytywał się chłopak, bo wszystko, co mówił Ki, było dla niego nowością. Na wsi o tym nie rozmawiano.

– Ci, co mają pieniądze i potrzebują wyspecjalizowanych pracowników, składają zamówienia. Ale wyprodukowanie jest bardzo kosztowne. Czasem trzeba wielu prób, żeby osiągnąć cel. To wiąże się z niszczeniem materiału…

– Niszczeniem materiału? Chcesz powiedzieć, że zabijają noworodki? Ludzi?

– Tak – przyznał szeptem Ki. – Bardzo wiele dzieci ginie. Część nieudanych zabiegów wykorzystują dalej. Wszczepiają dodatkowe mięśnie, kończyny… tak, żeby mogły pracować na wsi.

Twarz remada ściągnął brzydki grymas.

– Ty jesteś takim… odzyskanym? – domyślił się chłopak.

– Tak. Byłem przeznaczony do pracy w banku. Niby wszystko się udało, ale… No, kiedy miałem dziesięć lat przeszedłem kompleksowe badanie zdolności i wyszło, że mój mózg ma ograniczenia, które dyskwalifikują mnie w tym zawodzie. Nadal się uczyłem, ale ci z laboratorium doszli do wniosku, że nie będę w stanie spełnić wymagań. Chcieli przeznaczyć mnie do pracy w urzędzie miasta, ale wtedy okazało się, że mam zbyt duży poziom agresji. Skończyło się na wszczepieniu dodatkowych mięśni i pracy w lokomotywie. A moje wykształcenie… psu w buty wsadził… – dokończył z goryczą.

– Nigdy mi o tym nie mówiłeś.

– A po co?

– No dobra. To opowiedz mi jeszcze o tych ludziach, co sami się modyfikują.

– Nie sami. Jest szereg nielegalnych laboratoriów. Tam, za połowę ceny remada, możesz sprawić sobie skrzydełka albo cycki jak krowa-rekordzistka. Koszt zależy od zamówienia. Tyle, że jest to niebezpieczne.

– Niebezpieczne?

– No. Raz, że ścigają ich władze. Dwa, że możesz nawet stracić życie albo jakąś część ciała i nikt ci wtedy nie pomoże. Ale dość już. Chodź, idziemy do mnie.

* * *

Mieszkanie znajdowało się niedaleko dworca, w dzielnicy biedoty. Dlaczego tam? Jagtam nie potrafił sobie tego wytłumaczyć. Wiedział, że zarobki Ki były wystarczająco wysokie, by mógł zamieszkać przynajmniej w dzielnicach klas średnich. Remad zajmował pokój z kuchnią, do której przylegało pomieszczenie gospodarcze. Właśnie ono zostało przeznaczone dla Jagtama. Oprócz wąskiego łóżka, które Ki pożyczył od znajomego, stała tam jeszcze tylko niewielka szafka. Większość czasu mieszkanie i tak było puste, więc chłopak mógł korzystać ze wszystkich pomieszczeń.

W okolicy stało pełno jednakowo wyglądających, trzypiętrowych kamienic. Budynki nie były remontowane od lat. Fasady sypały na głowy przechodniów odłażącą farbą, a nierzadko całymi kawałkami tynku. Lepiej było chodzić jak najdalej od ścian, również dlatego, żeby uniknąć zaczepki ze strony wystających w bramach ludzi i remadów. Tych, którzy nie mieli pracy, a żyli z niespodziewanych zleceń, zwykle nielegalnych. Tu najłatwiej było znaleźć tanią siłę roboczą – zarówno do wykopania sadzawki, jak i usunięcia konkurenta, czy zdobycia wątroby lub nerek.

Początkowo Jagtam wychodził tylko w towarzystwie Ki. To zapewniało mu bezpieczeństwo. Dopiero po kilku takich wyprawach, gdy okoliczni rezydenci już go poznawali, odważył się na samodzielną wycieczkę.

Kiedy remad szedł do pracy, oznaczało to, że nie będzie go przez kilka, kilkanaście dni. W tym czasie Jagtam wyruszał na obchód Miasta. Poznawał jego zakamarki i promenady. Uczył się, gdzie może, a gdzie nie powinien się pojawiać, by nie ryzykować życia lub przynajmniej utraty jakiegoś organu. Miasto nie okazało się przyjazne dla przybysza. Dzielnice średniozamożnych urzędników i drobnych przedsiębiorców tanim blichtrem udowadniały, że ich mieszkańcy cierpieli na manię wielkości. Zazdroszcząc najbogatszym, ozdabiali schody kamienic stiukowymi zamiast mosiężnymi lwami, malowali fasady jaskrawymi barwami, podczas gdy ukryte przed wzrokiem przechodniów podwórka straszyły stertami śmieci, rachitycznymi drzewkami, zabiedzonymi kotopsami i szczurolisami, które nie spełniły oczekiwań swoich właścicieli i teraz same musiały się troszczyć o przetrwanie.

Dzielnice bogaczy broniły do siebie dostępu. Każdy dom oddzielony był od reszty wysokim murem. Potężnych bram wjazdowych strzegli równie potężni remadowie. Nawet, gdy otwierano wierzeje, by wypluły ze swego wnętrza bryczkę zaprzężoną w wypasione, lśniące konie, czy kaszlącą i charczącą dymem dziwną konstrukcję – poruszającą się wolniej niż tradycyjne pojazdy, ale zapewniającą podziw i zazdrość – zaglądanie mogło się skończyć skręceniem karku przez gorliwego strażnika.

Jagtam najbardziej polubił zatokę i port. Spędzał tam wiele czasu. Zaprzyjaźnił się z remadami. Jakoś łatwiej szło mu nawiązywanie kontaktów z przetworzonymi. Może dlatego, że nieliczni zatrudnieni tam ludzie byli nieufni wobec chłopaka, który stanowił potencjalną konkurencję. Dzięki tym znajomościom udało mu się zdobyć pracę. Nic wielkiego – roznosił korespondencję między budynkami po rozległym terenie portu. To zajęcie nie wymagało specjalnych umiejętności – ani szybkości, ani wyjątkowej lotności umysłu. W krótkim czasie załapał się na obiady w stołówce przeznaczonej głównie dla remadów. Ponieważ nie płacił za mieszkanie, bo Ki nie chciał od niego pieniędzy i dzięki prawie darmowym obiadom, mógł zacząć gromadzić żelazny zapas na czarną godzinę. Tylko tego nauczyła go ciotka – żeby zawsze mieć jakąś sumkę, nienaruszalną, odłożoną na nieprzewidziane wypadki.

Po jakimś czasie zdobył kolejne źródło zarobków – zarówno ludzie, jak i remady pracujący w porcie mieli problemy z pisaniem. Jagtam natomiast ukończył cztery klasy gminnej szkoły i dzięki temu mógł pomagać innym i mieć z tego dodatkowy dochód.

Miasto nie było tak wspaniałe, jak to sobie wyobrażał, oglądając mapę. Jeziora były brudne. Przez mętną, brunatną toń nie sposób było dojrzeć dna, nawet gdy stało się po kolana w wodzie. Nikt zresztą nie odważyłby się uczynić takiej głupoty. Z pobliskiego laboratorium, fabryki gwoździ, piekarni i browaru spływały hektolitrami ścieki. Śmierdziało tam jak w publicznych szaletach. A roślinność odsunęła się i teraz od brzegów dzielił ją szeroki pas jałowej ziemi.

Natomiast zatoka urzekała pięknem. Tu również wypuszczano ścieki, ale litościwe morze zabierało cały brud i wynosiło go daleko od miasta, pozwalając, by zaległ na dnie, gdzie zajmowały się nim małżoszczęki i kretorurki (by wspomnieć tylko o dwóch gatunkach zmutowanych żyjątek), które – żerując na ludzkich odchodach – nie pozwalały, by akwen zmienił się w gigantyczne szambo.

Tutaj też Jagtam po raz pierwszy spotkał remada, którego ciało zdobiły fantastyczne tatuaże. Marynarz chwalił się, że wartość tych obrazków przekracza cenę małego jachtu. Trochę przesadzał, ale niezbyt wiele. Chłopak nie mógł nacieszyć oczu widokiem morskiego węża, który zaczynał się cienkim ogonem owiniętym wokół kostki mężczyzny, dalej okręcał się wokół uda i torsu, by zakończyć się przecudną głową na twarzy człowieka. To był prawdziwy majstersztyk, zwieńczenie kunsztownego dzieła – artysta wykorzystał ludzkie szczegóły anatomiczne, żeby wpleść w nie pysk gada. Ludzkie oczy, usta, po drobnych korektach stały się elementami fizjonomii węża. Kiedy marynarz mówił, miało się wrażenie, że to wąż przemawia. Tym bardziej, że mężczyzna skorygował swój język, by jeszcze bardziej upodobnić się do morskiego stworzenia. Seplenił przez to niemiłosiernie.

Pewnego wieczoru spotkali się w nadbrzeżnej knajpie. Marynarz rozochocony darmowym piwem zapomniał o powściągliwości i opowiedział Jagtamowi, jak został wykonany ten absolutnie doskonały tatuaż. Połechtany kilkoma pochlebstwami pokazał chłopakowi, że wąż nie jest zwykłym obrazem. Polał nogę piwem, a wtedy skóra gada zaczęła świecić i poruszać się. Jakby zdjęto z powierzchni błonę – widać było wędrującą kanałami krew, falujące łuski.

– To żyje? – zdołał wydukać Jagtam.

– A żyje, bo to nie jest zwykły tatuaż. W zwykłym nakłucia wypełnia się tuszem. Tu natomiast wprowadzono rodzaj grzyba. Przy życiu utrzymuje go wilgotność mojego ciała. Ale czerpie ze mnie bardzo dużo, dlatego muszę ciągle pić. Więc, postaw, mały, kolejne piwo…

Jagtam bez ociągania spełnił prośbę, a potem dotknął palcem fragmentu wytatuowanej skóry. Wydawała się gładka i zimna, jak skóra gada.

– Gdzie robią takie cudeńka? – odważył się w końcu spytać.

Marynarz otrzeźwiał prawie zupełnie. Rozejrzał się ze strachem po okolicznych sąsiadach, ale nikt nie zwracał na nich uwagi.

– Nie pytaj, mały. Taka wiedza może kosztować nawet życie.

Jagtam nie naciskał więcej, ale nad ranem wymógł na kompletnie pijanym remadzie obietnicę, że przed kolejnym rejsem poda mu adres studia.

* * *

Tę norę trudno