Wydawca: Od Deski Do Deski Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 231 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Smutek cinkciarza - Sylwia Chutnik

Smutek cinkciarza” - seria Na F/AKTACH, opowieść zainspirowana śmiercią sopockiego cinkciarza, którego zabił w windzie jego syn. Sprawa została umorzona we wrześniu, nie udowodniono nikomu winy, ale wszelkie poszlaki wskazują na to, że była to sprawa rodzinna. Autorka przeniosła akcję z Trójmiasta do Warszawy i tradycyjnie dla serii, przedstawiła swoją wizję wydarzeń.

***

Wiesiek to nie byle kto, chłopak z Marymontu, a na Bielanach Król Sprytu, każdy to wie. Całe jego życie to cinkciarskie rzemiosło, pogoń za walutą, dobry kursem, nacinanie klientów pod peweksem, kręcenie wałków i lewe kanapki. Kombinuje, ale przecież to państwo do tego prowokuje, zresztą nie robi tego dla siebie, ale dla rodziny, którą kocha i szanuje. Każdy dzień w szarym mieście szarego kraju kończy się działkowaniem na cztery kupki – dla rodziny, dla oszczędności, na przyszłe zarobki i wreszcie – na przyjemności. Bo coś każdemu od życia się należy – a Wiesiek był zabawowy, oj był. Kiedy zapada zmierzch, wyrusza w noc, świat inny, bajeczny, neonowy – dancingowy. Za kulisami restauracji i barów załatwia szemrane interesy, czatuje, ucha nadstawia i oczami filuje. Wkracza w noc w takt cinkciarskiego bitu, pośród którego pobrzmiewają słowa dawnego hitu: „Bony kupię, ciendź many, ciendź, dobry kurs. Gud prajs, jak nie wierzysz, to zapytaj”.

Opinie o ebooku Smutek cinkciarza - Sylwia Chutnik

Fragment ebooka Smutek cinkciarza - Sylwia Chutnik

Zarys fabuły książki Smutek cinkciarza jest oparty na prawdziwych zdarzeniach. Trzeba jednak pamiętać, że tekst nie jest reportażem, tylko dziełem fikcji literackiej. Nie należy go traktować jak dokumentu. Wypowiedzi i myśli bohaterów, ich charakterystyka, a także opisy szczegółów miejsc i wydarzeń nie mogą stanowić źródła wiedzy o faktach.
Redakcja: PAWEŁ WIELOPOLSKI
Korekty i łamanie: AGATA MOŚCICKA, biały-ogród.pl
Projekt graficzny serii: manukastudio.pl
Zdjęcie na okładce © Wolfgang Weinhaeupl/Westend61/Corbis/Profimedia
© Copyright for this edition by Od Deski Do Deski, Warszawa 2016 © Copyright for the text by Sylwia Chutnik 2016
Wydanie I
ISBN 978-83-65157-12-6
Wydawnictwo OD DESKI DO DESKI Sp. z o.o. ul. Puławska 174/11, 02-670 Warszawaoddeskidodeski.com.pl
Konwersja: eLitera s.c.
.
Czytelniku, korzystaj legalnie! Nad książką ciężko pracował autor i wiele innych osób. Uszanuj ich trud i korzystaj z książki w legalny sposób. Dzięki temu będziemy mogli sobie pozwolić, by przygotować dla Ciebie kolejne znakomite lektury.

Rozdział 2

(...)

Z Adrią wiąże się również wspomnienie najgorszego Sylwestra. Ile mi ta moja głowę suszyła za to, że ją tam zabrałem! Matkę swoją specjalnie namówiła, żeby z dzieciakami została, żebyśmy wyszli do ludzi. „Do świata”, jak mawiała.

Wystroiła się jak woźna w dzień nauczyciela. Kiecka z komisu, buty na obcasach, koafiura napuszona. A makijaż! Dwa dni to potem zdrapywała. Ja zresztą też nie byle paździerz, odstawiłem się galantnie i wybraliśmy się do lokalu.

Najpierw poszliśmy do zaprzyjaźnionej pary na pokerka. Atmosfera trochę się popsuła, bo ograłem gospodarza domu niemiłosiernie i zostało to odebrane jako pewnego rodzaju dyshonor. Niby uśmiechał się krzywo i gadał coś w stylu: „Gość w dom, Bóg w dom”, ale żyła mu pulsowała niebezpiecznie.

Aby udobruchać sympatycznego znajomego, a zarazem nie psuć atmosfery zbliżającej się zabawy, zaproponowałem rewanżyk. Myślę sobie: „A co się będę wygłupiał?”.

Pan domu przyniósł nową talię. Rozdał, ale jak na złość miałem trafiejkę za trafiejką. Nie robiłem żadnych kołysek, czyli trzymania dołu kart w ten sposób, żeby było widać górę. Nic, bez kombinowania. Ale karty mnie lubiły, ja je nawet powiem wam, że mniej. Nie ciągnęło mnie i tyle. Wolałem klasyczny handel walutą i tyle.

Matko, ile ja się namęczyłem, żeby przegrać. Wreszcie facet się odegrał, zebrał szmal i zadowolony polał w pokale piwa na rozruszanie. Mogliśmy sterować na balety.

W Adrii było tradycyjnie zabawowo. Orkiestra grała popularne kawałki, a ludzie powoli schodzili się, żeby przywitać Nowy Rok. Panowie w garniturach, a panie w wyszukanych kreacjach. Około godziny dwudziestej pierwszej role zabawiacza przejął wodzirej. Nazwijmy go pan Mietek. Już nawet z litości nie wspomnę jego prawdziwego imienia, bo chłop był po prostu prostakiem, nie ma co kopać leżącego.

Pan Mietek był najbardziej smutnym wodzirejem, jakiego nosiła planeta zwana Ziemią. Od samego początku dał się poznać jako despota, który nie znosi sprzeciwu i jeżeli coś jest nie po jego myśli, natychmiast wymierza osobie według niego niezdyscyplinowanej słowną chłostę, czyli reprymendę. Facet totalnie psuł zabawę i trzeba mu przyznać, że robił to doskonale.

Na początku obserwowałem go nieco rozbawiony, ale potem szlag mnie trafiał coraz bardziej. W pewnym momencie byłem bliski wkroczenia na scenę i bezpośredniego wytłumaczenia temu panu, że nie nadaje się do pełnionej roli.

Ten ciągle zatrzymywał orkiestrę w najbardziej zabawowych momentach, kiedy wszyscy tańczyli, krzyczeli, tupali i śpiewali z solistą Waldkiem. Usiłował wtedy robić jakieś konkursy, których zasad nikt nie rozumiał. Złościł się przy tym i spocony narzekał:

– Chujowa ta publiczność dzisiaj. W ogóle nie chce się bawić. Co za ludzie, jak rany?! Po co to z domu wychodzili, jak w konkursach nie chcą brać udziału?

Apogeum jego szaleństwa nastąpiło, kiedy ogłosił konkurs na Królową Balu. Od razu skoczyło na parkiet kilkanaście kandydatek chętnych do wygrania atrakcyjnych nagród typu sprzęt gospodarstwa domowego. Sam Jadźkę wypchnąłem, bo takie żelazko przyda się zawsze. Poza tym niebrzydka z niej babka, niech coś od życia ma.

Ale Mietek potrzebował tylko dziesięciu kobiet, bo tyle miał numerków, które później osobiście przyczepiał do piersi kandydatek. Wyglądał wtedy jak generał, który wręcza ordery za skomasowany atak na tyły nieprzyjaciela połączony z zajęciem armat i wyrzutni rakiet. Pozostałe kandydatki, które mu nie pasowały do koncepcji, w sposób bardzo zdecydowany odesłał na miejsce, skąd przyszły.

Tonem nieznoszącym sprzeciwu ogłaszał:

– Proszę natychmiast opuścić miejsce do tańczenia. Przypominam, że miejsce takie nazywa się parkiet.

Po wręczeniu numerków podpite już panie zaczęły dokonywać na panu Mieciu wyroku śmierci. Najpierw zaczęły zamieniać się numerkami, bo żadna nie chciała mieć numerków mniejszych. Słusznie kombinowały, że jak wodzirej będzie zadawał pytania, to te z wyższym numerkiem będą miały więcej czasu na odpowiedź. Moja Jadźka wywalczyła z pomocą długich paznokci numerek dziesiąty.

Na zadawane pytania wodzirej rozkazał odpowiadać krótko i węzłowato.

– Proszę panią, proszę szybciej, wystarczy.

Pytał o imię męża, o to, co lubi jeść. Wszyscy dziwili się po co, bo mężów nie pytał, czy to prawda, że na przykład partner numerka siedem lubi schabowego, a partner pani z numerkiem piątym nie ma psa.

W czasie tej odpytywanki nagle nastąpiła tragedia. Jedna z kandydatek, pani Stasia, wzięła w pewnym momencie koronę Królowej Balu, która leżała z boku, i nie czekając na rozstrzygnięcie konkursu, założyła ją sobie na głowę. Stolik tej pomysłowej damy zaczął głośno ryczeć zadowolony, bo pewnie niektórzy z zamglonymi oczami myśleli, że to już po wyborach i że to ona została bohaterką wieczoru. Olbrzymią euforię przerwał wodzirej, krzycząc na panią Stasię:

– Proszę natychmiast zdjąć tę koronę samozwańczą! Jest pani wykluczona z konkursu!

To, co się wtedy zaczęło dziać, można porównać do zamieszek na tle rasowym w amerykańskim mieście Detroit. Słowa palant czy też idiota były najbardziej pieszczotliwymi określeniami, które ofiarowała publika panu Mieciowi. Nieudany wodzirej musiał salwować się ucieczką na zaplecze. Ja sam niemal zniosłem żonę ze sceny, bo o mały włos nie oberwałaby w głowę przelatującym kieliszkiem.

Do grającego przed nami zespołu ze stoickim spokojem podszedł kierownik sali i zwrócił się do solisty:

– Walduś, weź poprowadź tę zabawę, bo ludzie się nudzą.

Waldek natychmiast przystąpił do wykonania zadania. Skoczył na parkiet, zadał parę pytań w stylu: „Czy ma pani dzisiaj na sobie bieliznę osobistą?”.

Towarzystwo gruchnęło śmiechem. Wybrano prawdziwą Królową Balu. Moja Jadźka już drugi raz nie chciała wchodzić na scenę, więc siedziała tylko i leczyła nerwy płynami.

Zabawa ruszyła z kopyta. Ponieważ małżonek Królowej Balu padł nieprzytomny po dużej ilości wypitego alkoholu, to solista Waldek po udanej imprezie połączył się w garderobie w miłosnym uniesieniu z całkiem udaną zwyciężczynią.

Do naszego stolika podeszła wyszminkowana kelnerka, ale ja już miałem wisielczy humor, rzekłem więc:

– Piękna jesteś, śliczna jesteś, ale cię nie chcę.

Złapaliśmy śmieciarkę, która za parę złotych przywiozła nas do domu.

Dancing był mi potrzebny jak powietrze. Albo jak nieznośny szum w uszach pozwalający zagłuszać myśli, które nie chcą opuścić głowy.

Tyle lat minęło, a ja nadal myślałem o swojej rodzinie. Tyle lat minęło, a ja nadal miałem w sercu wielką zadrę, której nie rozpuszczały hektolitry gorzały. Nic mnie nie pocieszało – ani żona i dzieci, ani szmal. Od zawsze byłem bowiem człowiekiem wrażliwym.

(...)

Bony kupię, zamienię, podmienię. Lewą kanapkę z pociętych gazet opchnę jak najlepszy towar. Jestem czarnogiełdziarzem, waluciarzem, konikiem. Jestem od wymieniania nudnych złotówek na ekscytujące obce waluty.

Bierzesz ode mnie, dla przykładu, dolary – klasycznie. Zielona waluta aż pachnie luksusem. Zielony to było, jest i będzie spełnienie amerykańskiego snu, gdzie zaczynamy jako dziad, a kończymy jak panisko. I każdy może, każdy ma na to szansę. Wystarczy pod poduszkę włożyć zwitek i przyśnią się oceany wrażeń. Światła neonów, kobiety w sukienkach przezroczystych, goście w smokingach. Szaleństwo! Dolce, baksy, zielone, twarde – każdy z nas najbardziej je lubił. Pewnie i była lepsza waluta, szybsza, tańsza. Ale klasyczne dolary były jak paszport, jak wiza do raju.

Potem marki, deutsche marki. Moja żona potrzebowała ich do kupowania elektroniki po dobrych cenach, zawsze odruchowo je kolekcjonowałem. Ale jakoś nigdy większych emocji we mnie nie wzbudzały. Podobnie korony szwedzkie, ruble zwane pogardliwie kopiejkami, niezależnie od nominału.

Człowiek musiał mieć wbudowany w głowie kalkulator. Oczywiście w kieszeni kurtki zawsze miałem pod ręką taki malutki, na klasyczne baterie. I kartkę z długopisem do dogadania się z obcokrajowcem. Ale większość operacji robiłem w pamięci. To kwestia nie tylko wprawy, ale i pewnego rodzaju sztuki.

Kiedy człowiek szybko liczy i robi w walucie, to ludzie nabierają do niego szacunku. Kiedy widzą, że liczby nie stanowią dla kogoś problemu, automatycznie wierzą takiej osobie. Czują respekt, że te skomplikowane mnożenia, dodawania, przeliczniki i kursy ktoś przyswoił ze swobodą i luzem. Nawet coś w rodzaju wdzięczności odczuwają, że sami mogą być zwolnieni z męczącego liczenia.

Chociaż zawsze nas sprawdzali, to rzadko kiedy wychwytywali drobne naciągnięcia. To była kwestia szybkiego obliczania, ale i mimiki. Pokerowa twarz, nienaganne maniery. To jest coś, w czym byłem naprawdę dobry. Kiedy od 1972 zacząłem przystawać pod Przedsiębiorstwem Eksportu Wewnętrznego, zwanym w skrócie Peweksem, to na początku w garnitur z komunii Jacka się wciskałem. Dla szacunku. Wielka litera „P” jak przychód. Jak praca, jak Przedsiębiorstwo Niezłych Wałków.

Bony pekao, czyli tak zwane polskie dolary, wykorzystywane były jako „mechanizm drenażu zasobów dewizowych obywateli PRL-u”. Tak nam tłumaczył kiedyś podpity milicjant. Myślał, że nam sprzedaje wielkie tajemnice. Uśmiechnęliśmy się w kilku, jak żeśmy tam siedzieli, bo przecież każdy z nas o bonach wiedział. To wszystko było chore, ten system prowokował do takich robót jak nasza. Skoro głupie portki w peweksie kosztowały i z dziesięć dolarów, a nasze dziadowskie pensje wynosiły ze dwadzieścia, no to o czym my tu mówimy!

Oficjalnie dolarami nie można było handlować, więc stojący pod hotelami i bankami cinkciarze zagadywali krótko mimochodem:

– Bony kupię, cieńdź many, cieńdź, dobry kurs. Gud prajs, jak nie wierzysz, to zapytaj. Ej, zagraniczniaku! Zaprzyjaźnij się ze mną, to nie pożałujesz. Dam ci to, czego chcesz: dużo szmalu na balangi po naszym pięknym kraju. Tylko daj mi ze swej saszetki, co tam masz, a ja już resztą się zajmę. Gud prajs, okej, hello! Wszystko gud, nie martw się. Tylko patrz na boki, bo glina węszy i swoje by chciał też łyknąć od tej transakcji.

– Bony kupię, cieńdź many, cieńdź, dobry kurs. Chodź w bramę, nie rozglądaj się, będzie okej, tylko się schowajmy przed niewłaściwymi oczami. Co tam masz? Dolary, marki? Cieńdź many ty chcesz? Ja ci zrobię cieńdź. Będziesz pan zadowolony. Będziesz mnie pan wspominał.

Bony, które miały zastąpić dolary, były legalne. Czasami jak taki cinkciarz stał z kolegami i opowiadali sobie na przykład przeżycia ostatniej nocy, a w tym czasie co chwila przechodzili jacyś ludzie, to można było usłyszeć:

– No i kurwa, bony kupię, byliśmy wczoraj w Adrii i tak dałem w rurę, bony kupię, że coś. Maniek przyprowadził jakieś dupy. Później śmignęliśmy na Grochów do jednej dupy, bony kupię, nic, kurwa, nie pamiętam, łeb mnie napierdala dzisiaj, bony kupię.

To było jak modlitwa albo natarczywy tik. „Bony kupię, cieńdź many, cieńdź, dobry kurs”. Gdybym tak kiedyś zliczył, ile razy wypowiadałem te słowa, to bym oszalał od samej świadomości.

Był taki cwaniak Nosek. Zasłużył na tę ksywę, bo nosy bokserów to przedszkole. Jego nos był złamany setki razy i wyglądał jak ulepiony z plasteliny. Nosek ogólnie mało mówił, z natury był raczej człowiekiem melancholijnym. Jego numerem popisowym była klasyczna lewa kanapka, czyli zwitek zrobiony z pociętych gazet, gdzie na wierzchu zawijało się prawdziwe banknoty.

Przygotowywało się taką kanapkę wcześniej i chowało do jednej z kieszeni. W drugiej człowiek miał zwitek legalnych pieniędzy. Zagadywało się, zmanewrowywało i gość dostawał ten ściemniony. Zwykle w tym pierwszym brakowało trochę kapusty. Dodawało się więc banknoty, kazało przeliczyć klientowi, czy wszystko już w porządku. Ale do niego trafiały kanapki. Podmianka gotowa. Dziękuję, do widzenia, pan schowa porządnie mamonę, żeby nas nikt nie złapał. A potem za rogiem – sru! – w nogi. I najlepiej było na kilka dni zniknąć z miasta lub zmienić rewir.

Oczywiście handlowało się też normalnie, porządnie. Ale raz na jakiś czas większa akcja to była po prostu norma. Przyjeżdżał autokar zza granicy albo jechało się na występy gościnne. Ktoś coś komuś naroił, poszedł cynk i już.

W każdym razie Nosek nie lubił, jak mu się o tym nosie gadało. Zwykle zaczynał wtedy przypowiastkę o tym, że każdy z nas może paść ofiarą nieszczęśliwego wypadku. Dla przykładu opowiadał o swoim koledze.

Pan Witold Bąbała był przystojnym wysokim mężczyzną. W latach siedemdziesiątych miał chłop szczęście, wyjechał za granicę. Czechosłowacja była dla niego spełnieniem dziecinnych marzeń. Prawdopodobnie, gdyby miał do wyboru Hollywood i Morawy, to wybrałby te drugie.

Na budowie cukrowni w Hrušovanach był zdecydowanie jednym z najlepszych robotników, gdyż do pracy swojej podchodził z pasją. Pracował za dwóch, a po robocie pisał do żony długie listy. W małym hotelowym pokoiku jego sześciu kolegów początkowo myślało, że Witek pisze na nich donosy. Przez parę miesięcy usiłowali podejrzeć, co on takiego bazgroli i – najważniejsze – do kogo.

Wreszcie się udało. Kiedy pan Bąbała w trakcie pisania musiał się udać do ubikacji, jego koledzy skoczyli do niedokończonego listu. Szeptem zaczęli czytać:

„...Kochanie, to jest normalnie skandal, wyobraź sobie, że znowu nie dowieźli papy, a gwoździe zamiast ósemek mamy dwunastki. Jak w takich warunkach można pracować?...”.

No w każdym razie człowiek prawy i dobry z głębi serca zaliczył pewnej zimy przykrą przygodę w Kraju Knedlików. Mianowicie wybrał się na łyżwy. Chciał przyszpanować kolegom i koleżankom, więc jeździł z zawrotną szybkością, trzymając zawadiacko ręce w kieszeni. Biedak nie zauważył dziury w lodzie. Rąbnął z całej siły facjatą w lód. Złamany nos nie zrósł się, jak powinien, i od tamtej pory pan Witold Bąbała nie był już taki przystojny, chociaż nadal pozostał wysokim mężczyzną.

Modliłem się, żeby ryja mi nikt nie rozwalił, bo uważałem, że gębę trzeba mieć możliwie neutralną. Taką, jaką mają tysiące mężczyzn w tym kraju. Jedziesz zaparowanym autobusem, stoisz na postoju, czekasz na taryfę. Patrzysz i nic. Jak to mówią: „Z twarzy podobny zupełnie do nikogo”. Taka twarz to wizytówka każdego cwaniaka. Bo możesz zrobić cokolwiek i szybciutko zniknąć w tłumie. Nikt cię nie złapie, nikt nic nie udowodni. Był chłop – nie ma chłopa. Szukaj wiatru w polu. Nie ma mocnych, nie znajdziesz mnie.

Więzienia się bałem, no chyba jak każdy. Wiadomo, że wpadali czasem i najwięksi w naszym fachu. Przychodzi kryska na matyska. Wszyscy to wiemy. Jak komuś się wydaje, że jest niezatapialny, to bardzo źle. Należy codziennie pamiętać o ryzyku tego zawodu i nie być zbytnio pewnym siebie.

W ogóle to jest zasada, która powinna być też przekładana na całe życie. Baw się, szpanuj, szalej, ale pamiętaj, że jest ryzyko. Jest ryzyko – jest zabawa. Tylko że do kicia każdy z nas może zawitać.

Zdarzyło się to i księciu warszawskich waluciarzy Heniowi Płoskiemu. Zdarzyło się to nieodżałowanemu Hrabiemu Lolo, czyli Andrzejowi Rzeszotarskiemu. Co to były z nim za libacje! Był z wykształcenia inżynierem, znał pół Sejmu, a gest miał niezwykły. Gdybym miał powiedzieć, komu zawdzięczam miłość do dancingów, to byłby to Lolo zwany przez niektórych Wujem.

To on umiał się bawić najlepiej. Był jak przedwojenny szlachcic. Potrafił wyskoczyć do nas z milicyjnej suki, pomachać butelką wódki i z piskiem opon pojechać dalej. Kto? Gdzie? Jak to? Staliśmy z rozdziawionymi gębami i tyle. On nie robił tego dla popisu, po prostu lubił się wygłupiać.

Przy tym jako majętny człowiek potrafił być też refleksyjny. Wziął mnie kiedyś pod ramię i mówi:

– Ty, Wiesiek, wiesz, jak my wszyscy skończymy? Albo nas zapuszkują, albo ukatrupią. W najlepszym razie skończymy jako dziady na wózku wspominające z rozrzewnieniem przeszłość. Powiem ci, brachu, ja pod siebie robić nie będę. Strzelę sobie w łeb, jak mi się skończy chęć do życia i tyle.

Nie wiem, jak skończył Lolo. Zamknęli go w pewnym momencie. Rozeszły się momentalnie plotki, że uciekł z więzienia i jest w Nowym Jorku. Ktoś inny widział go na Mazurach, jak zarośnięty łowił ryby gdzieś w zaroślach. Jeszcze ktoś mówił mi, że po wyjściu z kryminału zainwestował zaoszczędzone pieniądze w kilka samochodów i ma swoich taksiarzy, którzy zarabiają dla niego niezłe pensje. Tak to się tworzyły legendy.

Krążyło też wiele innych barwnych opowieści. O tych, co się przebierali i tak nabierali zachodniaków. Był taki jeden, co sobie sutannę księdza kazał uszyć i w ten sposób wzbudzał szacunek wśród klientów. Podobno w ogóle lubił się przebierać: za górnika, za tramwajarza czy kolejarza. Normalnie cyrk! Ale ja tam nikogo nie oceniam, jak mu biznes dobrze szedł, to widocznie nieźle sobie te przebieranki wykombinował.

(...)

Jednak wszystkie wizyty u nas skończyły się wraz z napadem, a później nalotem milicji na mieszkanie. A było to tak.

Maj 1988. Siedzimy ze Zbychem na ławce w Saskim i liczymy utarg. Ja lubiłem zawsze porządek po kieszeniach, więc układałem sobie waluty, wygładzając ich rogi. „Pieniądz trzeba szanować”, mawiałem, kiedy koledzy śmiali się, że macam banknoty jak ruchacz kurwę. Siedzieliśmy i liczyliśmy, zastanawiając się głośno, czy jest sens jechać po południu do peweksu na Pragę, czy lepiej zostać przy obczajaniu Hotelu Europejskiego.

Zbychu opowiadał, że zaczepił babę pod bankiem. Pyta grzecznie, czy jest zainteresowana wymianą waluty. Szepcze jej w ucho:

– Dobry kurs, pani u mnie wymieni, a nie w banku.

– A niby czemu u pana, a nie w banku? – pyta głupia baba.

– No coś pani z byka spadła? W banku dolar za niecałe sto pięćdziesiąt, a u mnie za sześćset czterdzieści pani wymieni.

– Proszę pana, ja sobie cenię w życiu komfort i na ulicy pieniędzy pokazywać nie będę.

Zbychu zdenerwował się, odesłał babę do stu diabłów, a do mnie mówi:

– Babie się zachciało pałaców. A co ja, ladę jej teraz na chodniku ustawię i będę w garniturze obsługiwał?

Śmiałem się, chociaż i mnie się lebiegi trafiały, które nie potrafiły zrozumieć przebicia w kursie i tego, że i dla nich to będzie interes, i dla nas. A nie mówię teraz o wałkach i oszustwach różnych. O uczciwym kręceniu zagranicznymi pieniędzmi oraz bonami.

„Bon towarowy. Upoważnia do pobrania towarów eksportu wewnętrznego o wartości takiej to a takiej, zapraszamy”. Ileż to razy patrzyłem na ten napis i zastanawiałem się, czy nie zrobić sobie takiego tatuażu – na jednym ramieniu napis „Dolar”, a na drugim „Bon”. Że całe moje życie wokół tego się kręci. Przedsiębiorstwo Eksportu Wewnętrznego w kasie przelicza, a ja przed ich kasą też palce ślinię i zabezpieczam dowody.

I tak żeśmy ze Zbychem gadali i upychali gotówkę po ubraniach, kiedy podeszło do nas dwóch chłopaków. Myślę, że musieli nas już wcześniej obserwować. Myśmy się specjalnie nie kryli, ale też nie siedzieliśmy w głównej alejce, tylko na uboczu. Wiadomo, nie będziemy na widoku liczyć tyle kasy. Sprzedaliśmy czterysta bonów za dwieście sześćdziesiąt tysięcy złotych. Ja brałem większość, bo bardziej kombinowałem. Miałem już zresztą wystawionych frajerów na kanapki z gazet, potrzebowałem złotówek.

Wtedy podeszło tych dwóch gnojów, bez słowa mi dali w ryj, Zbycha powalili na ziemię i kopią. Ja półprzytomny resztkę liczonej kasy do majtek włożyłem, ale oni rzucili się na nas. Musieli mnie uderzyć rurką czy kijem, bo straciłem przytomność. Kiedy się ocknąłem, Zbychu jęczał obok. Byliśmy oskubani co do papierka.

Powiem szczerze, że pierwszy raz mi się taka przygoda zdarzyła, bo wcześniej, jeśli się biłem, to raczej w czasie awantur między swoimi. A to o teren, a to o jakieś nieoddane długi. Ale tak żeby ktoś obcy napadł cinkciarza? I to mnie? W Warszawie?

Co się w ogóle zaczęło dziać z tym miastem! Gdzie są zasady, gdzie kodeks, gdzie honor?

Do niczego to niepodobne, aby własnych ludzi napadać, tłuc jak świnie i jeszcze zostawiać ledwo żywych. Ja już nawet zacząłem podejrzewać, że to byli milicjanci albo ktoś z komórek podobnych. Że mnie kojarzyli i wiedzieli, że tego dnia miałem dobry utarg. No musieli nas śledzić, to pewne. Przecież spontanicznie się z krzaków nie wychylili.

Pełno było glin, jakichś szemranych wtyczek z SB. Kto nie z nimi, ten przeciwko nim. Swoich, co im donosili, nie ruszali. Ale takich jak my, wolnych strzelców, to zawsze szkalowali. Uprzykrzali nam życie, nogę podstawiali.

No i wróciłem wściekły do domu. Jeszcze wieczorem na pogotowie pojechałem do Szpitala Bielańskiego, bo mnie te gnoje żebra obiły.

„Trudno – pomyślałem – kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana”. Ja to wolałem wódkę co prawda, ale fakt był taki, że w moim zawodzie raczej bywało niebezpiecznie. Raz wpłata, raz strata.

Mimo wszystko ze dwa dni do roboty nie poszedłem. A kiedy już wróciłem pod sklep, to rozglądałem się po kilka razy za siebie i – nie powiem – w dołku trochę ze strachu ściskało. Nie dziwne, gdybym znowu miał komuś oddać mamonę, to bym chyba zabił.

Najgorzej jednak było, kiedy milicja wleciała o szóstej rano do domu. Wtedy miałem poczucie zachwiania życiowej równowagi. Wtedy poczułem, że misternie ustawiony świat zaczyna się burzyć. Że to wszystko, co dotąd osiągnąłem: rodzina, stabilizacja, oszczędności, pozycja na rynku – że wszystko to za mało, abym spał spokojnie.

Milicja wleciała, niemal rozwalając drzwi. Jadźka zakryła się kołdrą, a ja w samych majtkach wyskoczyłem na środek pokoju i zdążyłem krzyknąć jeszcze:

– Gdzie macie, kurwy, nakaz?

I już leżałem skuty na dywanie. Z tej perspektywy oglądałem, jak robią totalny kipisz w domu, rozwalając szuflady i wyrzucając szkło z półek. Barek opróżnili w sekundę, jeszcze pokradli co lepsze alkohole. Mendy!

Domyślały się, skurwysyny, że gdzieś chowam kasę. A że mieszkanie małe, to od razu zaczęli rozpruwać ściany i podłogę. Musiałem w domu przecież trzymać trochę pieniędzy, aby na bieżąco używać jej do handlu. Skrytka mieściła się w podłodze pod wystającą klepką. Mało tego – w tym miejscu stało łóżko Agatki.

No i znaleźli.

Nie było tego dużo, sześćdziesiąt tysięcy złotych. Najgorsze, że obok leżał też pistolet. Nawet nie mój, zhandlować miałem. Tylko klient się spóźniał z zapłatą i chowałem u siebie. Pech, miałem na drugi dzień go oddać.

Po takich znaleziskach finał mógł być tylko jeden – dołek.

Na szczęście było rano i kiedy prowadzili mnie do radiowozu, to widział mnie tylko jeden sąsiad. Taki kutwa z pieskiem. Wystarczyło jednak, żeby już wieczorem blok huczał od plotek. Większość osób i tak wiedziała, czym się zajmuję. Ale w naszych czasach i w naszych stronach nikt w nieswoje sprawy głowy nie wsadzał i wszyscy rozumieli, że system w Polsce jest taki, że trzeba kombinować. Nic w tym złego nie było, bo ten, kto kombinuje, nie tylko jest cwany, ale jeszcze jest z niego pożytek wśród najbliższych.

Problem był jednak taki, że ten dziad z pieskiem zaczął plotkować, że ja to jestem tak naprawdę współpracownikiem SB i że mnie obca agentura złapała i teraz torturują na Szucha, żeby wyłowić ze mnie informacje o polskim ruchu oporu. Dziadkowi się z wojną chyba pomieszało, ale efekt był taki, że ludzie zaczęli się zastanawiać, jaki to ze mnie jest szpieg i co ja o nich wiem.

Idioci nie zdawali sobie sprawy, że prowadzili tak nudne życie, że nawet zboczeniec by się nimi nie zainteresował. Kto by chciał donosić na jakichś zwykłych ludzi? Że gacie na balkonie powiesili czy że pety na trawnik rzucają? Śmiechu warte. Mimo wszystko denerwowało mnie, że będę miał teraz w bloku łatkę esbeka. Ja tam w politykę angażować się nie chciałem i żadne Solidarności mnie nie interesowały, ale esbek to jednak wstyd.

Poza tym nieprawda! Nie po to przez tyle lat udawało mi się na własny rachunek pracować, żeby mnie teraz obrażano. Tylko że jak ludzie raz już coś usłyszą, to choćby to największa bzdura była, uwierzą i nie przetłumaczysz im do rozumu nic. Nawet na logikę!

Po dwudziestu czterech godzinach zwolniono mnie do domu. Udało się załatwić odpowiednie papiery – pozwolenie na broń i dowód z banku, że oficjalnie miałem tyle pieniędzy na koncie.

Jak mówiłem, moja żona była sprytna i od razu wiedziała, do kogo ruszyć z taką sprawą. Na bazarze Różyckiego można było zresztą załatwić wszystko, co się chciało. Zapragnąłeś być profesorem – proszę uprzejmie. Chciałeś prowadzić ciężarówkę – za tydzień miałeś specjalne uprawnienia. Oczywiście nic za darmo i wszystko miało swoją słoną cenę. Jednak w moim przypadku to nie grało roli. Chodziło o to, żeby nie zostać w kiciu.

Siedziałem więc po powrocie przy stole w domu i żona wrzeszczała mi nad głową:

– Sprowadzasz do chałupy nie wiadomo kogo! Złażą się żule z całej okolicy, a ty pijesz i nie myślisz. Stawiasz kolejkę i nie domyślasz się, że oni do ciebie przypijają, a oczy im tylko latają, co by tu zwinąć. Dzieci narażasz na napady. Że o mnie nie wspomnę. Ale ja to ja, wiedziałam, że za zbója wychodzę i takie są efekty.

Ja tylko twarz przecierałem co jakiś czas dłonią i ciężko wzdychałem. Kupę szmalu z oszczędności poszło na ekspresowe wyrobienie papierów. Żeby odkuć stratę, musiałbym pracować dwa razy więcej niż dotychczas. Tylko jak tu pracować, kiedy na karku siedzi dochodzeniówka? Nie mogłem pozwolić sobie na kolejne aresztowanie. Wtedy na pewno bym już na dłużej wylądował na Rakowieckiej. Co robić, co robić?

Na dodatek zaczynał się zaraz sezon turystyczny, wprost idealny czas na większe zarobki. Miałem już ustawione dwie wycieczki i aż mi się płakać chciało, że być może będę musiał z nich zrezygnować. Dwa autokary pełne niemrawych Niemców! O ludzie, ile to by było kasy! Gryzłem się jednak z myślami, czy po tym wszystkim nie powinienem na jakiś czas wyjechać z miasta.

Przy kolacji powiedziałem rodzinie, jaki jest plan. Że na kilka tygodni muszę się zamelinować z dala od kotła. Jadźka miała jechać na wycieczkę, pomyślałem, że wybiorę się z nią, razem nakupujemy towaru u Turka na handel i może coś z tego będzie. Córka powiedziała, że ona pod namioty jedzie i poza tym ma pieniądze, które zarobiła na sprzątaniu u takiej jednej babci. Zresztą u nas w bloku. Ucałowałem Agatkę, bo to złote dziecko było. Bezproblemowe, kochane i – jak się okazało – samodzielne. Do rany przyłóż.

Jacek za to nie przyjął wieści zbyt dobrze. Walnął talerzem i zrobił awanturę. Że za co on ma żyć, że przecież obiecaliśmy mieszkanie, a teraz nagle mówimy, że nie ma oszczędności.

– Dlaczego nie poszedłeś siedzieć? To jest przecież za darmo, a jeszcze cię karmią. Po co ruszałeś te pieniądze? One były dla nas, dla mnie były!

Na to ja, że przecież to tymczasowe problemy, chwilowy zastój. Że jak tylko sprawy ucichną, to wracam do gry. Co innego miałbym robić? A Jadźka wtedy, że ona ma dosyć tej nerwówki i żebym skończył z tym wszystkim i za normalną robotę się wziął.

– Pieniędzy mamy dość. A ty jesteś coraz starszy, jeszcze się to skończy tragicznie, zobaczysz. Przecież możesz u mnie pracować, i tak już masz papiery, że jesteś zatrudniony. Będziesz mi pomagać, raz na jakiś czas pojedziemy na wycieczkę. Świata trochę zobaczysz, a nie tylko te peweksy i hotele. A przy okazji pohandlujemy. Tak jak teraz. Zobaczysz, spodoba ci się. Pojedziesz ze mną do Turcji, zarobisz i od razu poczujesz dryg.

Sam nie wiedziałem, co mam zrobić. Miałem w głowie przysłowiowego kręćka.

– Jadźka, dla mnie zarobek pieniędzy na pieniądzach to jest całe życie. Babo, zrozum.

– Już ja ci mówię, ale ty jak zwykle mnie nie słuchasz, a potem są problemy i jest już za późno. Niedługo wlecą do domu jakieś łobuzy, bandyci, pozabijają ciebie, mnie, dzieci. Wszystkich sąsiadów zamordują. Wyniosą sprzęty. Magnetowid sanyo, telewizor kolorowy atut, dywan z włosia wielbłąda i ławę na sześć osób, „Bartka”. Duralex potłuką, porcelanę po matce wdepczą w parkiet. Nie zostanie już z naszego życia zupełnie nic. Nic.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Dotychczas w serii na F/AKTACH ukazały się

PREPARATORHuberta Klimko-Dobrzanieckiego Historia człowieka naznaczonego społecznym piętnem. Żal, poczucie straty, osamotnienie. Gdzieś tam rodzi się zło...

INNA DUSZAŁukasza Orbitowskiego Historia nastolatka, który postanawia zabić, na tle mrocznego obrazu Polski lat 90-tych XX w.

I ODPUŚĆ NAM NASZE... Janusza Leona Wiśniewskiego Opowieść o miłości, która może doprowadzić do zbrodni.

BESTIAStudium zła Magdy Omilanowicz Czytając Bestię, wkraczamy w mroczny świat zbrodniarza, który wkrótce może wyjść na wolność.

Wkrótce w serii na F/AKTACH Jacek OstrowskiOSTATNIA WIZYTA

5 czerwca 1970 roku na trwałe zapisał się w historii polskiej kryminalistyki. Tego dnia doszło do najbardziej spektakularnego uprowadzenia w dziejach PRL. Sprawa już od początku budziła duże kontrowersje, a wiele pytań do dziś pozostaje bez odpowiedzi. Autor znał ofiarę osobiście, co było głównym bodźcem, żeby zająć się tą sprawą. Poszedł tropem zbrodni, zapoznał się wnikliwie z materiałami ze śledztwa, aktami sądowymi, spotkał się z prokuratorem prowadzącym dochodzenie. Niczym archeolog z pozornie oderwanych od siebie faktów spróbował odtworzyć przebieg wydarzeń, a efekt końcowy nawet jego samego zaskoczył.