SMOG - Jakub Chełmiński - ebook

18 osób właśnie czyta

Opis

CZY JESTEŚMY SKAZANI NA SMOG?

W Trójmieście batalię ze smogiem rozpoczęto już w ubiegłym stuleciu.
W Warszawie to aktywiści wskazują błędy urzędnikom i apelują o wymianę pieców.
Na Śląsku z pomocą przychodzą drony.
W Skawinie stężenie zanieczyszczeń jest tak duże, że mieszkańcy mówią “wyjść na otwarte powietrze”, bo o świeżym mogą tylko pomarzyć.

Jakub Chełmiński, dziennikarz stołecznej gazety, odwiedza wielkie aglomeracje, miasta oraz wsie, by zobaczyć jak w praktyce wygląda problem smogu w Polsce i jakie są przyczyny zanieczyszczenia powietrza. Opisuje zaangażowanie mieszkańców i rozmawia z działaczami, którzy niejednokrotnie walczą nie tylko ze smogiem, lecz również z urzędowymi procedurami. Rewiduje fakty i mity narosłe wokół smogu: czy paląc drewnem w piecu też możemy przyczyniać się do jego powstawania? Co bardziej truje środowisko: diesel czy benzyna? Dlaczego wiele maseczek antysmogowych jest nieskutecznych? Czy wdychając zanieczyszczone powietrze będziemy żyć rok krócej? Jak działają tabletki antysmogowe? I czy Kraków ma najgorsze powietrze ze wszystkich miast w Polsce?

Ta książka to obowiązkowa pozycja dla wszystkich, którzy chcą wiedzieć więcej o najbardziej palącym i śmiercionośnym problemie sezonu grzewczego (i nie tylko)!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 223

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Jakub Chełmiński, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadząca: Sylwia Smoluch

Redakcja: Katarzyna Gwincińska

Korekta: Barbara Kaszubowska, Anna Królak

Pro­jekt okład­ki: Ula Pągowska

ISBN 978-83-66381-77-3

Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.wydawnictwopoznanskie.com

Spis treści

Wstęp
Smog z okien ratusza
Atak dronów
Straż zbroi się do walki ze smogiem
Smog śląski
Ile węgla w węglu
Strategiczna batalia ze smogiem
Perypetie Jerzego Bryka
Smog z komina
Familoki potrzebują pomocy
Kraków daje radę
Smog z drewna
Smog nad morzem
Pierwsza walka ze smogiem
Drewno jak węgiel
Toksyczny wsad do pieca
Benzo(a)piren – polska specjalność
Ile smogu z samochodu
Miliony aut ceną dobrobytu
Czym nas trują samochody
Niemiec wcale nie płakał
Zaciągamy się bez filtra
Manufaktura zadowolonych klientów
Będzie pan zadowolony
TIR-y też oszukują
Samochodom już dziękujemy?
Krakowska rewolucja drogowa
Modlitwa o miejsca parkingowe
Na ratunek czystej strefie
Niemcy odetchnęli
A może płacić?
Demokratyczne opłaty za wjazd
Smog nas zabija
Zdrowie
Smog zabija nagle
Śmiertelne niebezpieczeństwo
Wiemy coraz więcej
POChP
Pyłek jak granat
Tłuczenie termometru
Smog jak palenie
Nasz drogi smog
Czego nie wiemy
Oni walczą ze smogiem
Katowice: da się bez węgla
Mysłowice: smog jak dopalacze
Żory: nie chcą do sieci
Rybnik: prawo do czystego powietrza
Kraków: zaczęło się od mieszkańców
Warszawa: 16 miliardów propagandy
Cała Polska: ludzie oczyszczają atmosferę
Skawina: tak śmierdzi przemysł
Legionowo: zgłoś kopciucha
Fakty, gadżety, mity i ich pogromcy
Mit pierwszy: w Krakowie jest najgorsze powietrze
Mit drugi: w mieszkaniach jest bezpiecznie
Mit trzeci: wieże antysmogowe
Mit czwarty: domowe czujniki powietrza
Czego nie wiemy
Jak badać smog
Gadżety smogowe
Słownik terminów smogowych
Źródła
O autorze
Wydawnictwo Poznańskie poleca

Wstęp

Gdy raz poczujesz, nie zapomnisz już tego zapachu. Tak jak niektórych obrazów nie da się wymazać z pamięci, tak nie wymażesz zapachu smogu ani z nosa, ani z mózgu. Nie da się go zapomnieć. Przemilczeć. Zbagatelizować.

Długo można go nie czuć w ogóle, odpychać od siebie, nie zastanawiać się. Ale gdy już raz poczujesz, to przepadłeś, przepadłaś.

„Gdy dotrze do ciebie, że wdychasz truciznę, będziesz wyczulony na nią już zawsze” – ostrzegał kolega w mroźny wieczór w kawiarni w Falenicy. Ale dla mnie było już za późno na ostrzeżenia.

Już nie pamiętam, kiedy pierwszy raz zdałem sobie sprawę, że to nie złota polska jesień tak pachnie, tylko trująca sadza z komina sąsiadów. Czy wtedy, gdy po spacerze z psem żona zapytała, dlaczego jego futro cuchnie jak kożuch palacza? Czy wtedy, gdy w zimowe sobotnie popołudnie uciekliśmy przed zgiełkiem miasta do wioski w Puszczy Kampinoskiej, a jeszcze szybciej wracaliśmy, bo smród smogu był większy niż w centrum? A może wtedy, gdy zacząłem kasłać, biegnąc chodnikiem wzdłuż zakorkowanej Wisłostrady? Pewnie jeszcze wcześniej.

Był rok 2010, gdy doktor Artur Badyda z Politechniki Warszawskiej opowiadał mi na środku alei Niepodległości, że mieszkańcy okolicznych domów są cztery razy bardziej narażeni na zachorowanie na groźną chorobę płuc niż mieszkańcy spokojnej wsi na Suwalszczyźnie. Właśnie rzucałem palenie i dowiedziałem się, że nawet jeśli rzucę, to i tak będę wypalał dwa papierosy dziennie. Bo tyle trucizny wdycham, mieszkając w dużym mieście w centrum Polski1. A jeśli pojadę na południe, to jeszcze więcej.

O smogu jeszcze się nie mówiło. Jeszcze nie trafiał na pierwsze strony gazet, tym bardziej do telewizyjnych wiadomości. Może gdzieś w Chinach, Indiach, ale w Polsce? U nas tak pachnie jesień, kominek i mgła snująca się romantycznie po polach. Owszem, mgła, tyle że nasączona trującym koktajlem.

W ostatnich latach coraz więcej osób w Polsce zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji. To ludzie, którzy poczuli ten zapach i już nie potrafią się od niego uwolnić. Dopada ich wszędzie: na ruchliwym skrzyżowaniu, na nartach w górach, w sypialni przy uchylonym oknie.

Ten moment, gdy zdajesz sobie sprawę, że to trucizna, przychodzi w różnych okolicznościach. Każdy z moich rozmówców dobrze go pamięta. Ktoś zaczął się zastanawiać, dlaczego śmierdzą mu włosy. Ktoś inny zobaczył szary osad na iglakach. Ktoś zauważył niepokojący wykres na Facebooku. Ktoś zawołał do żony, że przypala się zupa, ale ona nie gotowała zupy – otworzyła okno. Świadomość wdychania trucizny pchnęła ich do działania, do… przeciwdziałania. Tworzą lokalne grupy, motywują władze samorządowe, centralne, swoich sąsiadów. „Tej lawiny nie da się już zatrzymać” – mówił kolega w Falenicy, ten, który próbował mnie ostrzec.

Teraz ja ostrzegam Ciebie, Czytelniku, Czytelniczko. Jeśli jeszcze nie czujesz smogu w swoich nozdrzach, na swoje skórze, to – przykro mi – zaraz go poczujesz i tego zapachu już się nie pozbędziesz. Chyba że nam wszystkim uda się pozbyć go z Polski. Dziś może wydaje się to mało realne, ale chcę wierzyć, że lawiny antysmogowej nie da się już zatrzymać. Taką mam przynajmniej nadzieję i może ta książka choć trochę w tym pomoże.

Jakub Chełmiński

1 www.omnicalculator.com/ecology/smog-benzoapiren

SMOG Z OKIEN RATUSZA

Atak dronów

Rześki marcowy poranek między eleganckimi domami w katowickim Giszowcu. Starsze małżeństwo maszeruje z kijkami, młoda dziewczyna rozgrzewa się przed bieganiem, mama, a może opiekunka, spaceruje z niemowlęciem w wózku, dzieci jadą na deskorolkach do szkoły na końcu ulicy Przyjaznej.

W zdecydowanej większości domy są pięknie utrzymane. Czerwone dachówki odnowione, trawniki starannie przystrzyżone, skalniaki wypielęgnowane. Eleganckich ogródków i zaparkowanych na podjazdach dobrych samochodów strzegą labradory, york teriery, owczarki niemieckie i ceramiczne krasnale. Zabytkowa dzielnica, zaprojektowana i pobudowana 100 lat temu jako miasto ogród, tchnie – z perspektywy osiedlowej ulicy – miłym dla oka ładem. Harmonijny krajobraz zakłócają jedynie wysokie bloki na dalszym planie, postawione w czasach PRL-u, z typowym dla tego okresu brakiem dbałości o estetykę i tradycję, za to z pięknym widokiem na „stary” Giszowiec. Jednak w marcowy poranek widok z okien dziesięciopiętrowców piękny nie jest, bo eleganckie posesje, skąpane w promieniach porannego słońca, owiewa bury dym.

Przez cały sezon grzewczy z kominów eleganckich domków unosi się gęsty dym w kolorach od siwego przez brunatny, żółty po czarny – w zależności od „wsadu” do domowego pieca. Wiatr rozwiewa dym po okolicy i niesie wyżej, wprost do okien mieszkańców bloków, którzy wtedy tracą cierpliwość i wzywają straż miejską. Zdarza się to tak często, że straż wytypowała Giszowiec jako jedno z pierwszych miejsc zastosowania nowoczesnej broni w walce ze smogiem. W lutym 2018 roku przypuściła na zabytkowe osiedle inicjalny atak dronów.

Pierwszy nadleciał mały Nawigator. Niepozorny jak dziecięca zabawka, ale za to z kamerą rejestrującą obraz wysokiej rozdzielczości. Wzleciał wysoko nad osiedle, a operator na ziemi, na podstawie przesłanego z drona obrazu, szybko zlokalizował najbardziej podejrzanie dymiące kominy. Pięć, może dziesięć – tyle wystarczy, żeby zasmrodzić całą okolicę. I choć trucicieli jest kilku, odium spada na wszystkich w Giszowcu.

Gdy Nawigator wytypuje cel, do lotu wzbija się Nosacz – główna jednostka uderzeniowa, reklamowana jako superbroń w walce ze smogiem. To już znacznie większy dron z sześcioma wirnikami. Zbliża się do smugi dymu z komina na metr – tyle ma miernik, czyli długa, pozioma rurka, którą Nosacz się zaciąga. Akcja – przylot, pobranie próbki i bezpieczny powrót – zajmuje mu niecałą minutę. W pół godziny może sprawdzić nawet 30 kominów. Tradycyjnemu patrolowi straży miejskiej zajęłoby to kilka godzin.

Urządzenia zamontowane na dronach potrafią wykryć ilości cząsteczek pyłów PM12, PM2,5, PM10, stężenia formaldehydu, chlorku wodoru, amoniaku, rozpuszczalników organicznych. Dane przesyłane są na bieżąco i wyświetlane na tablecie operatora. Pozwalają wykryć spalanie słabej jakości węgla, mokrego drewna, tworzyw sztucznych PET czy produktów z PVC. Na razie strażnicy miejscy testują drony pod kątem wykrywania spalania śmieci, które już dziś jest zabronione. Na początku 2022 roku śląska uchwała antysmogowa zakaże używania najgorszych pieców pozaklasowych, wówczas drony pomogą też w wykrywaniu kopciuchów.

Gdy Nosacz potwierdzi spalanie odpadów, patrol wchodzi na posesję i przeprowadza szczegółową kontrolę. Szuka śmieci składowanych w pobliżu pieca, może pobrać próbki z paleniska, które wykażą, czy z dymem poszły pieluchy, czy plastikowe butelki. Najczęściej nie musi szukać dowodów.

– Zaskoczeni mieszkańcy, którzy dowiadują się w tym momencie o przeprowadzonych badaniach chemicznych dymu, sami przyznają, co palili. Przyjmują mandat, a my mamy nadzieję, że nie będą już palili śmieciami. Aby to jednak potwierdzić, posesje te są ponownie kontrolowane – mówi Mariusz Sumara, zastępca komendanta straży miejskiej w Katowicach.

Naloty dronów dają efekt psychologiczny, choć rzadko prowadzą do wykrycia truciciela, o ile on sam się nie przyzna. Chodzę po Giszowcu i pytam, jak uchwała antysmogowa zmieni życie mieszkańców. Najbardziej uderza to, że nikt nie odpowiada pytaniem: „Jaka uchwała?”, co np. na Mazowszu jest powszechne – o przepisach antysmogowych słyszało tam niewielu. Na Śląsku już chyba każdy wie. I każdy ma sprawę przemyślaną i przygotowaną odpowiedź. Choć nie każdy taką samą.

Pan Henryk z ulicy Sputników twierdzi, że pali w piecu sporadycznie, tylko trochę wieczorami.

– Oczywiście węgiel, nie żaden miał. Kupuję w kopalni Staszic w sąsiednich Murckach – mówi i nerwowo zerka na komin sąsiada, który właśnie coś dorzucił do pieca, i sądząc po kolorze dymu, na pewno nie jest to zwykły węgiel.

Pan Henryk zamierza wymienić kopciuch na ekopiec, czyli zgodny z najnowszymi normami. Czy będzie go stać? To koszt kilku tysięcy złotych.

– Na piec musi się znaleźć, podobno mają być dopłaty. Nie stać mnie na ogrzewanie się droższym gazem. Ważne, żeby później koszty ogrzewania były niskie. Do nowego pieca będę musiał kupować ekogroszek, więc i tak koszty mi wzrosną – mówi.

Pan Roman z ulicy Kosmicznej zamiata przed posesją. Już zdecydował – podłączy się do centralnego ogrzewania.

– Podobno mają tutaj montować – trochę stwierdza, trochę pyta.

W okolicy jest sieć ciepłownicza, ale do tej pory zainteresowanie przyłączeniem było niewielkie, bo przecież był niedrogi węgiel. No i centralne ogrzewanie wcale nie jest tu tak tanie jak w innych rejonach Polski. Przynajmniej porównując do cen kiepskiej jakości węgla. Pan Roman, pytany o koszty, nie waha się ani chwili:

– Drogo? Za wygodę trzeba płacić – mówi z akcentem, który nie pozostawia wątpliwości, że gospodarz jest urodzonym Ślązakiem. – Trzy czwarte Polski ma centralne ogrzewanie i jakoś żyją. Do piwnicy nie muszą ciągle schodzić po węgiel, nie brudzą się, nie machają łopatą – przekonuje jakby sam siebie.

Do tej pory na zimę zużywał pięć ton węgla. Kupował po 800 złotych za tonę.

– To centralne dużo droższe nie byndzie, ale panie, jaka wygoda! – mówi.

2 Objaśnienia niektórych specjalistycznych pojęć związanych ze smogiem podano w słowniku na końcu książki.

Straż zbroi się do walki ze smogiem

Zanim zaczęli testować drony, w 2017 roku strażnicy miejscy w Katowicach wykonali prawie 5 tysięcy kontroli. Sprawdzali całe ulice, dom po domu. W takie akcje zaangażowanych było 20 funkcjonariuszy przez cały dzień. Ze słabym efektem. Gdy wchodzili do pierwszego domu, wieść niosła się po ulicy i jeśli ktoś kilka domów dalej palił śmieci, miał czas wygasić palenisko i pozbyć się dowodów. Drony zmieniły sposób pracy. Atakują punktowo i dają efekt propagandowy.

– Na Giszowcu zdarzyło się już, że niektórzy, gdy dowiedzieli się o naszych „lotniczych działaniach”, wygaszali swoje piece w obawie przed kontrolą – nawet wtedy, gdy palili dobrym węglem – mówi komendant Sumara.

Inna ważna zaleta dronów, z punktu widzenia strażników, to duże zainteresowanie mediów. Po każdym reportażu w gazecie czy w telewizji coraz więcej mieszkańców dowiaduje się, że nie można już palić byle czym. A za 3 lata nie będzie można palić w kopciuchach, czyli piecach bez żadnych certyfikatów. To też da się wykryć za pomocą drona.

Straż miejska w Katowicach przygotowuje się już na wejście w życie kolejnych przepisów uchwały antysmogowej. Kontrole przeprowadza według specjalnie przygotowanego protokołu. Strażnicy odnotowują, czy mieszkaniec ma regulaminowy pojemnik na odpady i co w nim gromadzi, czy nie składuje odpadów niebezpiecznych, czy ma szambo, a jeśli tak, czy jest szczelne. Przeprowadza też kontrolę paleniska. Na wyposażeniu strażnika jest specjalna szufla i słoik do pobrania popiołu. W laboratorium można się z niego dowiedzieć, czy w piecu palony był np. plastik.

W komendzie przy ulicy Żelaznej na biurkach stoją podpisane słoiki z zawartością: miał węglowy, flotokoncentrat, węgiel brunatny. Strażnicy w większości są ze Śląska, więc potrafią odróżnić dobry węgiel od złego. W razie wątpliwości mogą też sięgnąć po próbki w słoikach i się upewnić.

Podczas kontroli zbierają dane o rodzaju ogrzewania w lokalu, sprawdzają datę produkcji pieca i w zależności od niej naklejają karteczkę z datą, do kiedy piec musi zostać wymieniony. W 2014 roku weszła w życie unijna norma PN-EN 303–5:2012 wprowadzająca trzy klasy pieców, później rozszerzona o jeszcze nowszą kategorię ecodesign (ekoprojekt). Kopciuchami nazywamy piece starego typu, niezgodne z żadną normą, tym bardziej z ekoprojektem, tzw. piece pozaklasowe. Poszczególne samorządy w uchwałach antysmogowych decydują, do kiedy można używać kopciuchów, na Śląsku 1 stycznia 2022 roku muszą zniknąć wszystkie kopciuchy starsze niż 10 lat. Nowsze mogą działać 2 lata dłużej.

Smog śląski

Strażnicy miejscy w Katowicach z czasem stali się ekspertami od zanieczyszczenia powietrza, bo to oni są na pierwszej linii frontu walki o lepszą atmosferę. Komendant Mariusz Sumara podaje najważniejsze, według niego, przyczyny smogu na Śląsku:

– Niewłaściwy sposób palenia w piecach. Idąc do pracy, mieszkańcy zasypują żar i zamykają drzwiczki. Węgiel zamiast się spalać, tylko koksuje. Na zewnątrz przez cały czas wydobywają się sadza i pył. Palić powinno się od góry, dzięki czemu spalin jest znacznie mniej.

– Niewłaściwy piec, tzw. kopciuch z drzwiczkami, umożliwia palenie wszystkiego, także śmieci. Ludzie, nawet jeśli nie z biedy, to ze zwykłego lenistwa wrzucają śmieci do pieca, żeby nie wynosić ich do kontenera przed budynkiem.

– Fatalne paliwo: mokry węgiel, miały, muły, flotokoncentraty. Teoretycznie ich sprzedaż do gospodarstw domowych jest zakazana, ale prawo sobie, a życie sobie. Jeszcze kilka lat temu nawet w Katowicach był problem biedaszybów, czyli nielegalnego wydobycia. Ludzie kopali płytkie jamy, z których wybierali węgiel bardzo kiepskiej jakości. Na własny użytek lub na czarny rynek. Ostatni przypadek w Katowicach wykryto cztery lata temu, ale możemy być pewni, że poza miastem wciąż jest to praktykowane.

Drobni ciułacze fedrujący na własne potrzeby to tylko margines. Zdarzają się więksi gracze, którzy prowadzą nielegalne wydobycie maszynami bez odpowiednich koncesji. W 2016 roku Główny Geolog Kraju Mariusz Orion Jędrysek szacował wartość nielegalnie wydobywanych kopalin w Polsce na miliard złotych. To głównie kruszywo, piasek, żwir i torf, ale wykrywane są też przypadki wydobycia węgla. W 2015 roku w Rudzie Śląskiej ujawniono dwa duże wyrobiska – większe miało 18 metrów głębokości i 180 metrów długości. Koparki wybierały leżący bardzo płytko węgiel i ładowały na podjeżdżające ciężarówki. Organizatorzy procederu dobrze znali okolicę, bo wiedzieli, że przed laty działała tam kopalnia. Mieszkańcy nic nie podejrzewali, bo w sąsiedztwie budowana była droga, więc myśleli, że to prace towarzyszące inwestycji. Ci sami sprawcy na innym nielegalnym wyrobisku zmienili nawet bieg koryta rzeki, bo przeszkadzało im w wydobyciu.

Podobnie proceder usypki, czyli kradzieży węgla z transportu kolejowego, odbywa się zarówno z „prywatnej inicjatywy”, jak i w sposób zorganizowany. Złodzieje atakują pociągi na bocznicach i mniej uczęszczanych szlakach. Otwierają drzwi wagonów na zakrętach, gdy pociągi zwalniają, albo próbują je po prostu zatrzymać. Smarują w tym celu szyny olejem lub układają na nich ciężkie przedmioty, były też przypadki położenia manekina udającego człowieka. Wszystko po to, żeby zatrzymać maszynistę. Gdy to się udaje, miał czy flotokoncentrat ląduje na torach, gdzie szybko jest przesypywany do worków i wywożony. Potem trafia do domowych kopciuchów zamiast do elektrowni, gdzie spalanie słabej jakości paliwa jest bezpieczne, bo duże zakłady mają odpowiednie filtry.

Bywa, że kradzieże prowadzą do poważnych utrudnień, a nawet wykolejenia pociągów. W styczniu 2017 roku w Piekarach Śląskich złodzieje doprowadzili do wypadnięcia z szyn aż siedmiu wagonów. Ukradli miał węglowy z miejscowej kopalni Julian, który jechał do elektrowni w Warszawie. Tam spalany byłby w wysokiej temperaturze przy zastosowaniu filtrów. Zamiast tego trafił do śląskich domów. Tor w Piekarach zablokowany był przez kilka dni, objazdami musiały jeździć także pociągi osobowe. Do podobnych wykolejeń dochodzi kilka razy w roku, ale zwykłych kradzieży jest znacznie więcej. Na Śląsku utrzymują się z nich całe rodziny. W razie wpadki wyroki są niewielkie, więc złodzieje szybko wracają do procederu. Straty sięgają dziesiątków milionów złotych.

Usypka przestałaby się opłacać, gdyby wprowadzono obowiązek udokumentowania pochodzenia paliwa. Samo składowanie miału węglowego nie jest zakazane. Nie wolno dopiero palić takim paliwem w piecu. Zwykły obywatel może sobie kupić np. 20 ton, ale twierdzić, że tym nie pali. Komendant Sumara opowiada o konkretnym przypadku z jednej z katowickich dzielnic. Mężczyzna składował na placu ogromne ilości miału. Po pierwszej kontroli kupił też jeden worek porządnego węgla i twierdził, że to nim opala piec.

Strażnicy trafiają też na inne problemy. Właściciel zakładu stolarskiego produkującego meble palił w piecu resztkami z produkcji, jednak kontrola nie była możliwa. Stolarz przekonywał strażników, że nie może otworzyć pieca do pobrania próbek popiołu, bo straci gwarancję.

Kłopotliwe są częste zgłoszenia z tych samych miejsc. Wciąż powtarzają się te same adresy, które strażnicy kontrolowali już wielokrotnie. Bez skutku, bo mieszkańcy ogrzewają się legalnym paliwem.

– Niektórzy twierdzą, że każdy dym to smog. To prawda, ale na razie palić węglem można i mimo kolejnych kontroli nie możemy takich osób ukarać. A nie chcemy przekroczyć granicy między kontrolowaniem a nękaniem – mówi komendant.

O podobnych sytuacjach słyszę też od urzędnika z Dolnego Śląska.

– Dzwonią i mówią, że widzą czarny dym. Odpowiadam, że dziś papieża nie wybieramy – mówi z irytacją.

Obecnie w Katowicach nawet 90% kontroli straży miejskiej kończy się niczym, bo zadymienie powoduje stary kopciuch, który na Śląsku jest legalny jeszcze do końca 2022 roku.

Ile węgla w węglu

– Na Śląsku każdy miał kogoś na kopalni – mówi komendant Sumara. – Mój dziadek i brat byli na kopalni. Wychowałem się w familoku, sam paliłem, wiem, jak wygląda węgiel. I widzę na kontrolach, że to, czym niektórzy palą, to nie jest normalny węgiel. Ludzie kupują z usypki albo ze składów, a te kombinują. Na przykład mieszają gatunki węgla lepszy z gorszym, nie ma żadnej kontroli, nikt nie zajmuje się jakością. Dodają żwiru, polewają wodą, z tony robiąc tonę dwieście. Problem ma rozwiązać certyfikat jakości opału, kłopot w tym, że na razie nie ma kto tego skutecznie weryfikować.

W składach węgla stanowczo zaprzeczają. Odwiedzam takie miejsce w pobliżu kopalni węgla Jankowice. Węgiel leży na wielkiej pryzmie, obok – już spakowany w workach.

– W nas uchwała antysmogowa nie uderzyła. Przecież ludzie muszą czymś palić, dlatego teraz kupują lepszy węgiel typu orzech. Takie same ilości, co wcześniej flotu, choć wychodzi im drożej. Miałem nigdy nie handlowaliśmy, bo brudzi na placu, rozsypuje się, kurzy – opowiada pracownik składu. – Zmieniło się to, że w niepewnych czasach ludzie robią zapasy na zimę dużo wcześniej. Zaczynają już w sierpniu, boją się, że później zdrożeje. I mają rację. W zeszłym roku orzech zdrożał o sto złotych za tonę – przekonuje.

Norbert Stasiecki, właściciel składu opału z miejscowości Żory (w dzielnicy Rój), też nie czuje się dotknięty zmianami.

– Flotów i miałów nigdy nie miałem u siebie. Tego się nawet nie opłaca składować na placu, bo robi się syf. Uchwała antysmogowa, jeśli mnie dotknęła, to na korzyść. Sprzedaje się dużo więcej węgla orzecha. U mnie jest po osiemset złotych za tonę.

Właściciel składu przyznaje jednak, że nie ma węgla najlepszej jakości, bo nie ma na niego popytu.

– Uchwała antysmogowa nic nie dała, smog jest teraz jeszcze większy. Ludzie nie potrafią palić węglem, widzę to co wieczór na moim osiedlu. Robią jak dawniej: zasypują piec i zamykają, przez co okropnie dymi i to przez cały dzień. A powinno się porządnie rozpalić, aż zajmą się największe bryły i dopiero można zamknąć. Wtedy daje najwięcej ciepła.

Dlatego nawet najlepszy węgiel w takim zwykłym kopciuchu da może 30% energii. Więc nie ma sensu kupować najlepszego, tego po 25 000 kJ/kg, jak piec i tak tego nie wykorzysta. Musiałby mieć specjalną instalację rozprowadzającą spaliny. Moim zdaniem w zwykłym domowym piecu nie osiągnie się nawet 21 000 kJ/kg, więc nie ma sensu przepłacać. Dlatego specjalnie nie sprzedają na składzie lepszego węgla, bo ludzie go nie chcą. Nie opłaca im się puszczać gotówki w komin – tłumaczy właściciel składu w Żorach.

Jego zdaniem także kopalnie majstrują przy jakości paliwa opałowego. Nie mogą sprzedawać flotokoncentratów, a nie mają infrastruktury do ich przetwarzania, więc nie mają co z nimi robić. Dlatego dodają je do węgla. Taką mieszaninę dobrego i złego paliwa sprzedają składom, a te – mieszkańcom. Stasiecki zapewnia, że on rozpoznaje „taki szwindel” i zmieszanego węgla od kopalni nie bierze. Ale inni dają się nabrać.

Wiosną 2018 roku aktywiści Polskiego Alarmu Smogowego sprawdzili, jaki węgiel można kupić w piętnastu składach opału w Małopolsce i na Śląsku. Pobrali próbki tego, czym Polacy palą w domach: węgla typu orzech, ekogroszku i miału węglowego. Analizę próbek przeprowadziło akredytowane laboratorium Instytutu Chemicznej Przeróbki Węgla w Zabrzu. Sprawdzano m.in. zawartość siarki, popiołu, wilgotność i kaloryczność węgla.

Pierwszy wniosek po lekturze raportu pokontrolnego jest taki, że sprzedawcy bardzo rzadko informowali o parametrach sprzedawanego węgla. Nie było na nim etykiety z dokładnym składem chemicznym, wilgotnością czy zawartością popiołu.

Tylko w przypadku ekogroszku niektóre parametry były określone na workach. W reszcie przypadków sprzedawcy podawali jedynie kaloryczność i nazwę kopalni, odsyłając po więcej informacji na stronę producenta. Kupujący węgiel nie mieli zatem pojęcia, co kupują. A kupowali choćby węgiel o wilgotności sięgającej 20–30%. Czyli z 1000 złotych wydanych na tonę węgla 200–300 złotych płacili za wodę. I jeszcze mieli więcej dźwigania.

Klientów interesuje głównie kaloryczność węgla i tę chętnie sprzedawcy podają, choć trzeba wierzyć im na słowo. W 8 na 15 sprawdzonych przez aktywistów przypadkach była ona w rzeczywistości niższa od deklarowanej przez producenta. W przypadku najgorszej z próbek – jednego z miałów węglowych – różnica wyniosła aż 20%, co oznacza, że klient, płacąc 1000 złotych za tonę, otrzymywał towar wart 800 złotych. Na ogół różnice nie były aż tak duże – wahały się wokół 10%. Co ważne, były też składy, które uczciwie sprzedawały węgiel o kaloryczności, jaką podawał sprzedawca lub nawet wyższej. Na hałdach w składach można też znaleźć węgiel dobrej jakości pod względem składu chemicznego, wilgotności czy zawartości popiołu. Jak jednak klient ma odróżnić uczciwych sprzedawców od oszustów?

W raporcie najsłabiej wypada oczywiście analiza sprzedawanego w składach miału węglowego. W przypadku dwóch miałów odnotowano bardzo wysoką zawartość popiołu – 24,6% oraz 31,5%, co nie ma bezpośredniego wpływu na smog, natomiast stwarza niedogodności związane z utylizacją. Standardowo spalenie partii węgla powinno pozostawiać popiół w ilości do 12% spalonej masy. W aż czterech przypadkach producenci podawali niższą zawartość popiołu niż w rzeczywistości. Żaden z przebadanych miałów nie spełniał kryteriów uchwał antysmogowych Małopolski i województwa śląskiego.

Efekty bałaganu w handlu węglem odczuwamy wszyscy, wdychając zanieczyszczone powietrze. Samowolkę ma ukrócić ustawa o kontroli jakości węgla. Nadaje większe uprawnienia kontrolne i wprowadza kary za niezgodność deklaracji i sprzedawanego węgla dochodzące do 200 tysięcy złotych. Wprowadza nieistniejące do tej pory narzędzie – świadectwo jakości węgla, które klienci otrzymywać mają w składach opału. Tak jak tankując benzynę na stacji, wiemy, ile ma oktanów i jakie musi spełniać normy, tak kupując węgiel, otrzymamy certyfikat zaświadczający o jego jakości.

Teoretycznie kopalnie nie stracą – i tak wysyłają węgiel do laboratoriów, które badają jego jakość. Świadectwa mają jedynie ukrócić proceder mieszania węgla lepszej i gorszej jakości, i sprzedaż tego ostatniego.

To jednak tylko teoria. Szczegółowe zasady określające normy paliw wydało Ministerstwo Energii. Ustalanie treści tego dokumentu trwało miesiącami, ale wszystkie projekty nowego prawa sporządzone były tak, żeby w domach można było palić słabym węglem wydobywanym w polskich kopalniach. Takim, który zawiera związki rtęci, chloru czy siarki. Błąd wytknął krakowski Wojewódzki Inspektorat Środowiska. Organizacje antysmogowe podniosły alarm, bo od tego rozporządzenia w dużej mierze zależy, co wyleci z kominów w polskich domach i co trafi do płuc Polaków. Ostatecznie rozporządzenie przyjęto na jesieni 2018 roku, a jego treść daleka jest od ideału. Między innymi dopuszcza do obrotu zasiarczony węgiel, robi furtkę do sprzedaży miału węglowego. Z takich rozwiązań najbardziej zadowolone jest lobby węglowe, bo jego interesy są bardziej chronione niż zdrowie Polaków.

Strategiczna batalia ze smogiem

Strażnicy miejscy walczą ze smogiem na pierwszej linii frontu, urzędnicy magistratów próbują wygrać wojnę, planując strategiczne ruchy. Rady miast uchwalają Programy Ochrony Powietrza i Plany Gospodarki Niskoemisyjnej, które na przestrzeni lat mają doprowadzić do poprawy jakości powietrza.

W Katowicach tylko w 2015 roku dopuszczalny poziom trującego pyłu zawieszonego w powietrzu przekroczony był przez 69 dni w roku. Czyli na ponad 2 miesiące mieszkańcy powinni wstrzymać oddech. Złe wyniki pomiarów jakości powietrza i coraz większy nacisk mieszkańców i organizacji antysmogowych sprawiły, że problem dostrzegli politycy.

Daniel Wolny z katowickiego Wydziału Kształtowania Środowiska opowiada o Planie Gospodarki Niskoemisyjnej dla tego miasta przyjętym za prezydentury Marcina Krupy:

– Ma trzydzieści sześć kluczowych zadań do zrobienia. Najważniejsze hasło to dziesięć razy dziesięć, czyli dziesięć milionów złotych rocznie przez dziesięć lat na wymianę źródeł ciepła. Normalnie wydawaliśmy dwa i pół miliona złotych, teraz będziemy wydawać cztery razy więcej – tłumaczy.

Magistrat planuje wymianę źródeł ciepła w budynkach mieszkalnych będących w 100% własnością gminy. Około 39 milionów złotych przeznaczono na wymianę systemów ogrzewania we wspólnotach mieszkaniowych, w których miasto jest udziałowcem. W sumie do 2030 roku chce wydać pół miliarda.

I to jednak może okazać się za mało. Do końca nie wiadomo, ile w Katowicach jest pieców do wymiany. Szacuje się, że niecałe 30 tysięcy kopciuchów ogrzewa 62 tysiące mieszkań. Daniel Wolny zwraca uwagę, że te dane mogą mieć duży margines błędu.

– Inwentaryzacja źródeł ogrzewania jest kłopotliwa. Nie ma narzędzia prawnego, które umożliwia nam wejście do mieszkań. Różne ankiety i prośby nie spełniają swojej roli, bo nie są dokładne. Możemy oszacować liczbę pieców na podstawie spisu powszechnego, problem w tym, że to dane z dwa tysiące jedenastego roku – mówi. To stąd liczba 28 tysięcy kotłów grzejących w Katowicach. – Ale jak postawi pan obok siebie malucha i przegubowego ikarusa, to nie są to takie same źródła zanieczyszczeń. A samochody przecież tylko dwa – mówi Daniel Wolny.

Czym więc kierować się, jeśli nie liczbą pieców?

– Powierzchnią mieszkalną ogrzewaną węglem – mówi urzędnik.

W Katowicach około 33% powierzchni mieszkalnej ogrzewanej jest bezpośrednio węglem palonym w piecach. I to dopiero pokazuje skalę problemu. Nie wiadomo, jakiej jakości są to piece, zapewne najniższej klasy albo pozaklasowe kopciuchy.

Plan Gospodarki Niskoemisyjnej zakłada 250 milionów złotych na wymianę pieców w miejskich lokalach. Po tej operacji zostanie jeszcze około 250 budynków o nieuregulowanym stanie prawnym, np. poniemieckich. Według interpretacji urzędników gmina nie może w nie inwestować.

Deklarowane sumy na papierze mogą robić wrażenie, ale aktywiści antysmogowi krytykują politykę ratusza.

– Dwadzieścia osiem tysięcy kopciuchów jest do wymiany. W ciągu ostatnich pięciu lat łącznie wymieniono dwa i pół tysiąca kotłów. W takim tempie wszystkie wymienimy za czterdzieści lat. Nie biorąc pod uwagę tego, że mogą się pojawić nowe – mówi Patryk Białas.

Gdy rozmawialiśmy, był aktywistą i współzałożycielem Katowickiego Alarmu Smogowego. Obecnie jest radnym Rady Miasta Katowice z listy Koalicji Obywatelskiej, więc musiał zrezygnować z działalności w KAS, zgodnie z podstawową zasadą apolityczności tego ruchu.

Zdaniem Patryka Białasa urzędnicy tylko pozorują działania. 16 milionów złotych na wymianę pieców w 2018 roku to jest nic przy planowanych wydatkach w wysokości 2,3 miliarda złotych. Na promocję miasto wydaje rocznie 9 milionów złotych, na sylwestra z Polsatem 2,5 miliona złotych.

Wydział Kształtowania Środowiska i ratusz mieszczą się przy katowickim rynku, który niedawno został zmodernizowany i przeszedł prawdziwą metamorfozę. Urzędnicy nawet tu, wyglądając przez okno, widzą swój „ulubiony” komin.

– Każdego ranka patrzymy, jak zasmradza cały rynek. – Słyszę.

– To może ktoś tam pójdzie, porozmawia, zaproponuje dotacje?

– Kto ma tam iść?

– Na przykład straż miejska.

– I tak usłyszą, że pali węglem, a to na razie wolno. Jeszcze trzy lata może kopcić.