Smocza straż. Gniew Króla Smoków. Tom 2 - Brandon Mull - ebook + audiobook

15 osób właśnie czyta

Opis

Smocza Straż to ciąg dalszy Baśnioboru – bestsellerowej serii Brandona Mulla. Pasjonująca przygoda pary nastolatków – Kendry i Setha trwa dalej. Siedem smoczych sanktuariów upada, czy Wyrmroost będzie następne?

Kendra i Seth Sorensonowie nie mogą zaznać spokoju. Celebrant, Król Smoków, planuje odwet i zemstę. Wadzą mu smocze azyle, które nie są już przez niego postrzegane jako bezpieczne przystanie, a jako ograniczające wolność więzienia.
Pora się wydostać i przejąć kontrolę nad światem! Czy rodzeństwu Sorensonów uda się stawić czoła nowemu niebezpieczeństwu? Jakich mocy będą musieli użyć, jaką siłą się wykazać i z czyjej pomocy skorzystać, by przeciwstawić się złym siłom?
Jaką rolę w tej historii odegra Czarkamień?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 405

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 12 min

Lektor: Janusz Zadura

Popularność


Brandon Mull

SMOCZA STRAŻ

Gniew Króla Smoków

przełożył Rafał LisowskiIlustracje Brandon Dorman

Tytuł oryginału: Dragonwatch. The Wrath of the Dragon King

Przekład: Rafał Lisowski

Redakcja: Danuta Kownacka

Korekta: Jolanta Gomółka, Ewa Skibińska

Ilustracje: © Brandon Dorman

Projekt książki: © Shadow Mountain

Dyrektor artystyczny: Richard Erickson

Design: Sheryl Dickert Smith

Opracowanie okładki polskiej na podstawie wersji oryginalnej, skład i łamanie: RedLine DTP Studio Ltd

Copyright © 2017 by Brandon Mull. All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal sp. z o.o.

Copyright © for the Polish translation by Rafał Lisowski

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Grupa Wydawnicza Foksal sp. z o.o.

ul. Domaniewska 48, 02-672 Warszawa

tel. 22 826 08 82, 22 828 98 08

e-mail: [email protected]

www.gwfoksal.pl

ISBN: 978-83-280-7015-8

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.i Michał Latusek / Virtualo Sp. z o.o.

Mojej uroczej Sadie

Rozdział 1. Starzy znajomi

Smok z czerwoną grzywą wił się na dziedzińcu, falujące łuski połyskiwały w słońcu, ogon leniwie chodził na boki. Gad ruszył naprzód, rozprostowując długie cielsko. Kilka par nóg pracowało, żeby lwi łeb znalazł się jeszcze bliżej samotnego chłopca. Smok ziewnął, pokazując rząd nierównych, pożółkłych kłów, które okalały tłusty język.

– Co się stało? – zapytał lekko drwiącym tonem. – Powiedz coś. Rusz się.

Nachylił się do twarzy chłopca i zaczął węszyć, rozdymając wielkie nozdrza. Pysk miał tak duży, że chyba mógłby połknąć całego nastolatka. A przynajmniej odgryźć mu górną połowę ciała.

Seth próbował się zmusić do jakiegoś ruchu. Chciał się odsunąć. Unieść rękę. Coś wymamrotać.

Jego ciało nie reagowało. Chłopiec nie był w stanie nawet kiwnąć palcem. Ani odwrócić wzroku. Był absolutnie sparaliżowany smoczym strachem.

– Żadnej reakcji? – zapytał smok. – Przecież nic ci nie grozi.

Wiem, chciał powiedzieć Seth. Jesteś moim pomocnikiem. Marat zwykle zachowywał ludzką postać, ale dziś zrobił wyjątek, ponieważ Seth chciał sprawdzić swoją odporność na smoczy strach. Skoro jego siostra, Kendra, umiała mu się oprzeć, to na pewno istniał jakiś sposób!

– No dalej, Secie! – zapiszczał cichy głosik w kieszeni chłopca. Calvin, czempion nypsików, umiał panować nad sobą w obecności smoka, choć miał tylko parę centymetrów wzrostu. – Spróbuj się uśmiechnąć. Pamiętam, że kiedy byłem dzieckiem, tatko uśmiechem potrafił wybrnąć z każdej sytuacji.

Seth słyszał Calvina, ale nie mógł ruszyć głową, żeby na niego spojrzeć. Mógł oddychać. Czuł, jak bije mu serce. Ale usta nie chciały układać słów. Mięśnie ani drgnęły, nawet żeby wygiąć wargi w uśmiechu. Seth był poskramiaczem smoków, kiedy trzymał Kendrę za rękę. Ale teraz stał niemy i nieruchomy. To nie fair. Jego siostra potrafiła zachować spokój, samodzielnie stawiając czoło smokowi – nawet kiedy chodziło o Celebranta, Króla Smoków.

Chłopiec czuł się tym bardziej upokorzony, że przecież ta cała konfrontacja była na niby! Wiedział, że smok jest przyjazny i nie zrobi mu krzywdy. Nie miał racjonalnego powodu do obaw, więc dlaczego rozum nie brał góry nad instynktem? Czy Seth naprawdę był aż tak bojaźliwy?

Długie cielsko skurczyło się i Marat zmienił się w łagodnego Azjatę, odzianego w wyszukane jedwabne szaty. Atmosfera strachu minęła i chłopiec znów mógł się ruszać.

– Wcale się nie bałem – zapewnił.

– Bardzo niewielu ludzi potrafi się oprzeć smoczemu strachowi.

– Jasne, znieruchomiałem. Ale nie czułem lęku.

– Mogłeś swobodnie myśleć? To już coś. Ale i tak mógłbym cię zabić, gdybym tylko chciał.

– Może nie jestem dostatecznie zdesperowany?

– Ciągle się zdarza, że smoki pożerają ludzi zastygłych w bezruchu. I oni przez cały ten czas są sparaliżowani strachem. A możesz mi wierzyć, że nie można im odmówić desperacji.

– Dlaczego z Kendrą było inaczej?

– Ona jest wróżkokrewna. Znalazła sposób, żeby wykorzystać tę moc. Tobie, jako zaklinaczowi cieni, może z czasem też się uda.

– Jakieś wskazówki? Muszę to opanować. Smoki są wściekłe jak nigdy, szczególnie odkąd zdobyliśmy berło.

– Ja nie jestem zaklinaczem cieni, no i nie odczuwam smoczego strachu. Potrzebny ci inny nauczyciel. Prosiłeś może siostrę?

– Nie ma mowy. Jej moc różni się od mojej. Czego może mnie nauczyć Kendra? Jak zaprzyjaźnić się z wróżkami?

– Kendra każdego mogłaby nauczyć wielu rzeczy – stwierdził Marat. – Być może nie chcesz jej poprosić, bo to twoja siostra?

– Oczywiście! – odparł Seth. – Kto by chciał, żeby uczyła go siostra?

– Moja siostra pomogła mi w nauce arytmetyki – wtrącił Calvin z kieszeni.

– Wielkie rzeczy. To tylko matma. Kendra umie sama rozmawiać ze smokami. A ja nie!

– Może twój nypsik ma jakiś pomysł – zasugerował Marat.

– Nie wiem, czy pomogę – powiedział Calvin. – Nie stosuję żadnych technik w stylu wstrzymywanie oddechu albo zaciskanie kciuków. Moja jedyna rada to nie bać się.

– Nie boisz się smoków? – zapytał Seth.

– Nie aż tak, żebym zamarł w bezruchu. Nie umiem tego wytłumaczyć, ja po prostu rzadko czego się boję.

– Serio?

– Wiem, że smoki mogą mnie zabić – sprecyzował Calvin. – Nie chcę zginąć ani zostać okaleczony. Niebezpieczeństwo mobilizuje mnie do czujności, a nie wywołuje strach.

– Maracie, chcę spróbować jeszcze raz – oznajmił Seth. – Przygotuj się na czujność.

– Czy mógłbyś zrobić sobie chwilę przerwy w ćwiczeniach? – odezwał się jakiś głos za jego plecami.

Gdy chłopiec się obrócił, zobaczył, że na dziedziniec wchodzi Agad w stroju podróżnym i pelerynie. Za nim szli Nowel, Doren i Tanu.

Ich przybycie tak Setha zaskoczyło, że nie wiedział, gdzie patrzeć najpierw. Najdłużej nie widział się z Tanu, więc skupił wzrok na nim. Samoański mistrz eliksirów miał na plecach duży worek, a u jego pasa dyndało kilka sakiewek. Wciąż był krępy i barczysty, ale wyglądał na nieco szczuplejszego, niż kiedy Seth oglądał go po raz ostatni.

– Tanu! – zawołał chłopiec. – Schudłeś?

– Nie celowo – odparł Samoańczyk ze zbolałym uśmiechem. – Ostatnio pływam po niespokojnych wodach. Sprawy kiepsko stoją.

– My też tu jesteśmy – odezwał się Nowel i pomachał ręką.

– I nieźle się objadamy – dodał Doren, klepiąc się po brzuchu.

Seth widział obu satyrów zaledwie kilka dni temu, kiedy wrócił do Baśnioboru przez beczkę teleportacji.

– Co wy tu robicie?

– Bez ciebie robiło się nudno – powiedział Nowel.

– Lubimy być tam, gdzie coś się dzieje – dorzucił Doren.

– Niby od kiedy? – spytał podejrzliwie Seth. – Przecież wy zawsze zwiewacie.

Nowel zmrużył jedno oko.

– Lubimy być w pobliżu wydarzeń – sprecyzował. – Niekoniecznie musimy brudzić sobie ręce.

– Albo dać je sobie uciąć – dopowiedział jego kompan.

– Z odpowiedniej odległości życie bywa jak telewizja – wytłumaczył Nowel.

– Sprowadzenie satyrów to był mój pomysł – odezwał się Agad. – Secie, pomyślałem, że przyda ci się ich towarzystwo w tych niespokojnych czasach.

– Powiedziałeś, że tu jest masa żarcia – rzucił Doren oskarżycielskim tonem.

– Spiżarnie pod tą twierdzą są dokładnie takie, jak obiecałem – wymamrotał czarodziej.

– Pamiętasz naszą wycieczkę do Śpiewających Sióstr? – zapytał Setha Nowel. – Wtedy pokazałeś nam, co to fast food! I sklepy spożywcze! Każda okazja, żeby wyrwać się z rezerwatu, jest dla nas przeżyciem.

– Zwłaszcza jeśli możemy liczyć na dobrą strawę – przyznał Doren. – I towarzystwo.

– Wiadomo coś o Paprocie? – zapytał Seth.

Agad wymienił spojrzenia z Tanu.

– Żadnych dobrych wieści – powiedział. – Został pojmany. Dowiedzieliśmy się, gdzie go trzymają, ale kiedy dotarliśmy na miejsce, już go tam nie było. Nie mamy pojęcia, kto go więzi.

Utrata Paprota to była okropna wiadomość. Seth wiedział, że jego siostra będzie zdruzgotana.

– Myślisz, że on żyje?

– Tak sądzę – odparł Agad. – Pozwoli to potwierdzić szybki rzut oka na róg, który Paprot zostawił Kendrze.

Seth podszedł do Tanu.

– Pomogłeś go znaleźć?

– Pomogłem znaleźć pustą celę – odparł mistrz eliksirów. – Staraliśmy się. Strzeliste Skały zostały opanowane przez szalejące smoki. Mieliśmy farta, że uszliśmy stamtąd z życiem.

– To chyba jedna z tych przygód, które lepiej oglądać z daleka – skomentował Doren.

– Można to tak ująć – przyznał Tanu. – Świat staje na głowie. Jak rozumiem, tu także dużo się działo.

– Smoki sprawdzają wytrzymałość naszych zabezpieczeń – powiedział Seth. – Przez chwilę kiepsko to wyglądało. Kendra i ja zdobyliśmy berło, dzięki któremu twierdza jest lepiej chroniona.

– I przy okazji poważniej zadarliście z Celebrantem – wtrącił Marat.

– Wrogości Króla Smoków nie sposób było uniknąć – stwierdził Agad. – Grozi nam globalny bunt.

– Chwileczkę – przerwał mu Nowel. – Mówiłeś nam o niepokojach. A nie o globalnej rebelii.

– Niepokoje już się zaczęły – wyjaśnił Agad. – Światowa rebelia dopiero nadciąga. Powstanie jeszcze nie jest gotowe. Pracujemy nad tym, żeby je powstrzymać.

– Można to poznać po tym, że jeszcze żyjemy – powiedział Tanu.

– Ale Twierdza Czarnodół jest bezpieczna? – upewnił się Doren. – I spiżarnie?

– Są starannie zamknięte – potwierdził Agad.

Rozległ się niski, przeciągły dźwięk rogu. Pusta nuta stopniowo się obniżała, a w końcu ucichła.

– Co to było? – zapytał Doren.

– Początek polowania na satyrów – odparł Tanu z szerokim uśmiechem.

– To dumnoróg – wyjaśnił Agad, kierując wzrok ku niebu. – Zbliża się niezapowiedziany smok.

– Chyba zostawiłem szalik w Baśnioborze – oznajmił Nowel, powoli wycofując się w stronę drzwi. – Bardzo ważny. W paski.

– Pomogę ci – zaproponował Doren.

– Smok nie może nam nic zrobić – uspokoił ich Agad. – Już mówiłem, że twierdza jest zabezpieczona.

– Co to za smok? – spytał Seth.

– Przekonajmy się – rzekł Marat.

Rozdział 2. Zaproszenie

Kiedy zabrzmiał dumnoróg, Kendra siedziała po turecku na zewnętrznym murze twierdzy, plecami do blanków, naprzeciwko dziewięciu wróżek, które otaczały ją półkolem. Wszystkie miały skrzydła ważek, poza jedną, najbardziej przysadzistą, ze skrzydłami jak u żuka. Wszystkie były jakby trochę mocniej zbudowane niż te w Baśnioborze – wciąż śliczne i gibkie, ale nieco bardziej umięśnione i wyraźnie mniej ufne.

Na dźwięk rogu większość wzbiła się w powietrze. Ich skrzydła poruszały się tak szybko, że aż się rozmywały. Inne wróżki jeszcze stały, w każdej chwili gotowe odlecieć. Kendra podniosła się i wyjrzała poza mury twierdzy. Zobaczyła lśniącego smoka, mniejszego niż reszta przedstawicieli jego gatunku, sunącego ku Żerdzi, czyli wieży na skraju fortu, przeznaczonej do rozmów ze smokami.

– To tylko Raxtus – zapiszczała jedna z wróżek.

– Ostatnio dziwnie się zachowuje – zauważyła inna.

– Prawie jak smok – zachichotała trzecia.

Pozostałe parsknęły dźwięcznym śmiechem.

– Pójdę do niego – stwierdziła Kendra. – Na pewno przybył porozmawiać.

– Myślałam, że teraz rozmawiasz z nami – poskarżyła się któraś wróżka.

– Może to coś pilnego. Dziękuję wam za obecność. Spotkamy się znowu jutro. Znacie swoje zadania. Przekażcie innym wróżkom, że chcę wiedzieć o każdej podejrzanej aktywności smoków.

Kendra odwróciła się i ruszyła w stronę Żerdzi. Słyszała, jak za jej plecami wróżki mamroczą, że strasznie się rządzi, lecz postanowiła to zignorować. Wróżkami trudno się komenderuje, za to dosyć swobodnie poruszają się po Gadziej Opoce i są tak małe, że prawie niewidzialne dla smoków. Ze względu na wróżkokrewność Kendry musiały być jej posłuszne, co czyniło z nich doskonałych szpiegów.

Sytuacja ze smokami stała się krytyczna. Dziewczyna jawnie sprzeciwiła się Celebrantowi, więc było tylko kwestią czasu, kiedy Król Smoków weźmie odwet. Nie dało się przewidzieć, jak i gdzie smoki uderzą, niemniej Kendra domyślała się, że gdy już do tego dojdzie, skutki mogą być katastrofalne. Naprawdę nie miało znaczenia, czy wróżki na nią narzekają, skoro pomagały obserwować smoki.

Szczytem muru do Kendry podbiegł alcetaur Henrick, gajowy Gadziej Opoki. Miał włochate ciało łosia, ale w miejscu, gdzie powinna być szyja, wyrastał tułów mężczyzny o szerokich barkach, silnych ramionach i surowej twarzy. Kendra zaczęła ufać Henrickowi, kiedy pomógł jej i Sethowi zdobyć berło i sprowadzić je z powrotem do Twierdzy Czarnodół.

Alcetaur sięgnął ręką w dół, podniósł dziewczynę z ziemi i posadził ją sobie na grzbiecie.

– To ten twój znajomy smok? – zapytał.

– Tak, Raxtus – potwierdziła Kendra. Zwykle bardzo się cieszyła na widok przyjaciela, ale podczas ostatniej rozmowy okazało się, że w kwestii smoczej rebelii opowiada się on raczej po stronie swojego ojca, Celebranta. – Ciekawe, co chce nam powiedzieć.

Czuła pęd powietrza, kiedy Henrick gnał po murze. Stukając kopytami, zatrzymał się przed Żerdzią, gdy Raxtus właśnie lądował. Poprzednią Żerdź niedawno zniszczył Celebrant, ale Seth zastąpił ją przenośną wieżą, którą dostał od olbrzyma Thronisa. Kendra zsunęła się z grzbietu alcetaura.

Raxtus osiadł na wieży zgrabnie i bardzo cicho. Dziewczyna wiedziała z doświadczenia, że jest świetny w locie. Jak na smoka był nietypowo mały, porównywalny do sporego konia, ale skrzydła, szyja i ogon potęgowały jego rozmiary. Lśniąca zbroja srebrzystobiałych łusek miała tęczowy połysk, wskazujący na nietypowe pochodzenie – wykluł się dzięki wróżkom.

– Cześć, Kendro – odezwał się smok bez zwykłego entuzjazmu. Jego głos brzmiał tak, jakby chórem mówiła grupa nastolatków. – Czy ten łosiowaty może sobie pójść? W cztery oczy będziemy mogli porozmawiać swobodniej.

– To może być podstęp – ostrzegł Henrick, jedną ręką sięgając po łuk.

– Zaryzykuję – odparła Kendra. – Czy możesz dać nam trochę prywatności? Zresztą co ci po strzałach? Żaden smok nie ma chyba twardszych łusek niż Raxtus.

Henrick fuknął, a potem się oddalił, stukając kopytami.

Raxtus nachylił łeb w stronę dziewczyny. Jego gładka powierzchnia lśniła jaśniej niż chrom.

– Dziękuję za komplement, ale wiem, że twardsze łuski ma mój tata, a pewnie też kilka innych…

– Nie bądź taki skromny – przerwała mu Kendra.

– U ciebie wszystko w porządku?

– Nic mi nie dolega. Ale na całym świecie buntują się smoki. Paprot zaginął, kiedy upadły Strzeliste Skały. – Dziewczyna zacisnęła pięści, gdy tylko o nim wspomniała. Siłą powstrzymała łzy i nagły ucisk w gardle.

– Przykro mi to słyszeć. Próbowałem cię ostrzec.

– Pamiętam.

– Ciągle możesz uciec. To dopiero początek. Będzie tylko gorzej.

– W takim razie ktoś musi to powstrzymać. Teraz to moje zadanie. Jestem opiekunką Gadziej Opoki.

– Znajdź kogoś na swoje miejsce.

Kendra westchnęła.

– Myślisz, że powierzyliby dzieciom rolę opiekunów, gdyby mieli jakieś zastępstwo?

– To, co robią, jest zbrodnią. Kierowanie dużymi azylami nigdy nie powinno należeć do ludzi. A co dopiero do tak młodych. Czy narażania dzieci na niebezpieczeństwo nie zabrania jakieś prawo?

– Pewnie tak. Ale w wyjątkowych sytuacjach ludzie robią, co muszą. Nie możemy dopuścić, żeby świat opanowały smoki. Nie byłoby do czego wracać.

– Już za późno. Zaczęło się od Strzelistych Skał. Inne azyle będą następne. Smoki wyczekiwały tego od dawna. Nie poddadzą się. Ludzie już tą planetą rządzili. Nadchodzą zmiany.

– Ludzie pozwolili smokom żyć w azylach w spokoju. Czy smoki postąpią z ludźmi tak samo?

– Nie wiemy, co zrobią smoki. Zbyt długo przebywały uwięzione w tych wielkich klatkach, które nazywacie azylami.

– Kiedyś poruszały się po świecie swobodnie. Co wtedy zrobiły?

Raxtus odwrócił wzrok.

– Zabijały właściwie każdego, kogo napotkały – przyznał naburmuszonym tonem.

– A potem? – zapytała Kendra.

– Walczyły o władzę nad światem. Ale to było już po tym, kiedy ludzie zaczęli na nie polować.

– Ludzie polowali na smoki, bo smoki wcześniej polowały na ludzi.

Raxtus zwiesił głowę.

– Fakt.

– One nie mogą przebywać na wolności – powiedziała dziewczyna. – Nie bez powodu umieszczono je w azylach.

Smok znowu zbliżył łeb.

– Może nie byłyby najlepszymi opiekunami świata – przyznał cicho. – Ale czy zasługujemy na to, żeby żyć w zamknięciu, jak więźniowie? A co ważniejsze, teraz już za późno, żeby nas powstrzymać.

– Więc czemu Celebrant ciągle tu jest?

– To tylko kwestia czasu, Kendro. Będziemy wolni.

– Ty już jesteś wolny, bo ci zaufaliśmy. Więźniami są inne smoki.

Raxtus się wyprostował.

– Mój ojciec poprosił, żebym opowiedział się po stronie jego i naszego rodzaju.

– Wiem. Przydzielił cię do swojej gwardii przybocznej.

– Kendro, do tej pory nigdy nie miałem wśród nich swojego miejsca – westchnął smok niemal błagalnym tonem.

– Ciekawy moment, żeby to zmienić – skomentowała dziewczyna.

– Wiedziałem, że tak właśnie powiesz – stwierdził urażony Raxtus. – To kluczowa chwila. Ojciec gromadzi wszystkich, którzy odpowiedzą na jego wezwanie. Poza tym dobrze spisałem się w Zzyzxie. Wreszcie dowiodłem swojej wartości.

– I boisz się zaryzykować, że stracisz to, co zyskałeś.

– Jasne, Kendro, jesteśmy przyjaciółmi. Ale czy ja cię proszę, żebyś stanęła przeciwko własnej rodzinie? Własnemu ludowi? Co byś wtedy powiedziała?

– A czy moja rodzina zaczęła mnie traktować poważnie dopiero kilka miesięcy temu?

Raxtus rozprostował skrzydła i pokręcił łbem.

– Wiem, że pewnie nie są szczerzy. Jestem spragniony akceptacji, ale nie głupi. Zdaję sobie sprawę, że ojciec przysłał mnie tu dzisiaj, bo sądzi, że dzięki temu łatwiej dasz się przekonać.

– Do czego?

– Na szyi mam wiadomość.

Dopiero teraz Kendra zauważyła nieduży walec zawieszony na wąskim łańcuszku.

– Trzeba go odpiąć – powiedział smok.

Dziewczyna podeszła, pociągnęła łańcuszek, żeby znaleźć zapięcie, i je otworzyła. Zaczęła siłować się z walcem.

– Nie kłopocz się – rzucił Raxtus. – Możesz przeczytać później. To zaproszenie na ucztę powitalną.

– Co? Gdzie?

– W Niebodworze, zamku mojego ojca. Nie w Księżycowym Kle, jego prywatnej norze. To tam spotyka się z innymi smokami. Tam rządzi.

Kendra zaśmiała się z niedowierzaniem.

– Nie mogę tam pójść.

– Zgadzam się – odparł Raxtus. – I nie możesz odrzucić zaproszenia. Dlatego powinnaś wyjechać.

– To niemożliwe. Seth i ja jesteśmy opiekunami. Musimy udaremnić powstanie smoków. No i dlaczego nie możemy odrzucić zaproszenia?

– Bo jeszcze nigdy żaden opiekun tego nie zrobił. Smoki mają prawo raz do roku urządzić ucztę na cześć przywódców Gadziej Opoki. Odmowa byłaby wielką zniewagą.

– Większą zniewagą było zniszczenie Żerdzi przez Celebranta.

– Ojciec czasem posuwa się do skrajności… – wymamrotał Raxtus.

– To chyba wystarczający powód, żeby odebrać mu uprawnienia opiekuna – stwierdziła stanowczo Kendra.

– Możesz o tym pomarzyć. Jesteś dzielna. Widziałem, jak pokonujesz Króla Demonów. No i postawiłaś się mojemu ojcu. Twój opór nie tylko go rozwścieczył i zawstydził. Zaszkodził też jego wiarygodności. Już dwa razy ktoś rzucił mu wyzwanie, chcąc odebrać mu koronę.

– Inne smoki?

Raxtus kiwnął łbem.

– Po raz pierwszy od stuleci.

– I co się stało?

Smok parsknął.

– Oba zostały unicestwione. Nie miały żadnych szans. Trafiły do piachu.

– Czy jakiś smok może się równać z twoim ojcem?

– Na razie nie, pewnie jeszcze przez setki lat. Ojciec wciąż jest w szczytowej formie. Smoki, które spróbowały z nim walczyć, należały do najambitniejszych, ale nie najsilniejszych. Nie bez powodu Celebrant tak długo był niekwestionowanym królem. To ty wstrząsnęłaś tym porządkiem. Teraz chce, żebyś też trafiła do piachu.

– Cześć, Raxtus – rzucił Seth, który właśnie biegł do Żerdzi.

– Cześć, Seth.

Chłopiec przesadził murek i zeskoczył na szczyt wieży. Poprawił na szyi medalion opiekuna.

– Ty przynajmniej jako jedyny smok nie paraliżujesz mnie strachem.

Raxtus zaśmiał się pod nosem.

– Większość smoków potrafi spotęgować ten strach siłą woli. Kiedy ja próbuję, ludzie się odprężają.

– Serio? – zapytał Seth. – Zrób to!

Raxtus rozejrzał się, a potem szeroko rozpostarł skrzydła i wbił wzrok w chłopca. Jego łuski zamigotały jak cekiny.

Kendra wzięła głęboki, odprężający oddech i poczuła, że opuszcza ją napięcie. Miała ochotę usiąść. Albo może się położyć. Seth nieco się przygarbił. Wyglądał na sennego.

Raxtus złożył skrzydła i przyjął zwykłą pozę. Migotanie ustało.

– Nieźle – skomentował chłopiec. – Idealna sprawa w porze drzemki.

– I kolejny dowód na to, że nie pasuję – powiedział smok.

– Nie wszystkie smoki są takie same – przypomniała mu Kendra. – Glommus był tak potężny, że strzegł Smoczej Świątyni, a jego oddech usypiał.

– Glommus był gigantyczny – odparł Raxtus. – Usypiał całe grupy i potężne istoty, żeby je pożreć. Ale rozumiem, co masz na myśli. Dziękuję.

– Dalej grasz nie w tej drużynie, co trzeba? – zapytał Seth. – Kendra mówiła, że ostatnio opowiedziałeś się po stronie smoków.

Raxtus zaśmiał się nerwowo.

– Chcę, żebyście byli bezpieczni. Naprawdę. Nie wiem, czy smoki da się zatrzymać.

– Ale nam pomożesz.

– Wszystko, co mogę zrobić, to służyć wam radą. Nie podejmujcie tej walki. Opuśćcie Gadzią Opokę. Ukryjcie się.

– One rzeczywiście namieszały ci w głowie.

– To mój gatunek. Celebrant jest moim ojcem.

– Król Smoków właśnie zaprosił nas na ucztę – powiedziała Kendra, pokazując bratu walcowaty pojemnik.

– W roli głównego dania czy deseru? – odparł Seth.

– Będziecie gośćmi honorowymi – wyjaśnił Raxtus. – Macie gwarancję bezpieczeństwa.

– Od tego samego smoka, który pragnie naszej śmierci?

– Wasze bezpieczeństwo gwarantują prawa gościnności tego rezerwatu i całego magicznego ludu. Włącznie ze smokami.

– To musi być pułapka. On nie chce nas uhonorować.

– Cała Gadzia Opoka jest pułapką. Powinniście stąd odejść. Mówię tak, bo mi na was zależy.

– Dostaniesz awans, jak nas przegonisz? – naciskał chłopiec.

Raxtus, skrępowany, przestąpił z nogi na nogę i machnął ogonem.

– Pomagam wam, jak mogę.

– A my próbujemy pomóc twojemu ojcu – odparła Kendra. – I smokom. Nie przybyliśmy tutaj po to, żeby zrobić im krzywdę albo je obrazić. Chcemy się o nie troszczyć. Celebrant nas zaatakował. Przecież on jest opiekunem. Powinien nam pomagać, a nie działać przeciwko nam.

– Próżnowanie w klatce jak stary cyrkowy lew bez pazurów nie leży w smoczej naturze. Nie można dać Królowi Smoków stanowiska bez znaczenia i oczekiwać, że będzie zachowywał się jak człowiek.

– Uważasz, że on nie może być prawdziwym opiekunem? Przecież ma obowiązek troszczyć się o azyl i dbać o tutejsze istoty. Nie nadaje się do tego?

– Wypaczasz moje słowa.

– A ty popierasz agresorów.

– Czy lew w klatce jest agresorem? Czy raczej więźniem?

– Może lew nie jest agresorem. Ale skazaniec tak. Trafia do więzienia z konkretnej przyczyny. Smoki umieszczono tutaj dlatego, że próbowały zniszczyć świat. Są pierwotnymi agresorami. Żyją tu komfortowo. A teraz chcą walczyć.

– Tak konkretnie to w tej chwili chcą z wami ucztować. Zaproszenie już macie. Agad w przeszłości uczestniczył w uczcie. Proszę bardzo, zapytajcie go. Odmowa z waszej strony będzie wielką obrazą. Mój ojciec wykorzysta to przeciwko wam. Macie gwarancję bezpieczeństwa. A jeśli myślicie, że nic w tej sprawie nie jest bezpieczne, to słusznie. Pójdę już.

– Pewnie – rzucił Seth. – Zanim zwymiotuję. Kiedyś byłeś naszym przyjacielem.

– Ja też cię kocham – odparł Raxtus. – Nadal próbuję wam pomóc. Opuśćcie Gadzią Opokę.

Zerwał się w górę, machnął skrzydłami, a wtedy Kendrę i Setha owiał podmuch powietrza. Smok zamigotał w słońcu i prędko wzniósł się w niebo.

Rozdział 3. Podejrzenia

Knox wyjrzał zza kwiecistego żywopłotu. Patrzył, jak motyle, ważki i grube trzmiele kręciły się wokół Tess. Jego młodsza siostra siedziała po turecku na trawniku, na plecach miała sztuczne skrzydła wróżki, w ręku plastikową różdżkę. Była w centrum uwagi owadów, uśmiechała się i kiwała głową.

Chłopiec schował się z powrotem za krzaki, zdegustowany samym sobą. Czy naprawdę tak nisko upadł? Szpiegował własną nudną siostrę? To zupełnie jakby po kryjomu podglądać, jak rośnie trawa. Kogo to obchodziło?

A mimo to był zainteresowany faktem, że wokół Tess wirowało mnóstwo owadów. Jak zawsze. Nigdzie indziej tylu nie było. Czy przyciągał je zapach siostry? Jej błyszczące skrzydła?

W tym miejscu masa rzeczy wydawała się bez sensu.

Rodzice Knoxa zostawili jego i Tess u dziadków, a sami wybrali się z ciocią i wujkiem na wycieczkę po Nowej Anglii. Na początku byli tutaj jeszcze jego kuzyni, Kendra i Seth, aż nagle tajemniczo „wyjechali na obóz”. Wcześniej zaatakował ich oszalały niedźwiedź, którego ostatecznie przegnało tornado.

A potem stało się coś totalnie dziwnego.

Pewnego dnia pojawił się Seth i namówił Knoxa, żeby wszedł do beczki. Po chwili znaleźli się w jakimś górzystym regionie, w zamku pełnym ludzi. Podczas zwariowanej pogody poza murami budowli Knox zdobył berło. Niedługo potem wrócił przez beczkę do dziadków Larsenów.

Podobno to wszystko było jakąś symulacją wirtualnej rzeczywistości podłączoną bezpośrednio do jego zmysłów.

Knox wiedział, że taka technologia nie istnieje, ale wtedy trochę uwierzył Sethowi, bo teoria, że beczka teleportowała go do jakiegoś zamku, wydawała się jeszcze bardziej szalona. Im dłużej jednak się nad tym zastanawiał, tym bardziej był przekonany, że musi istnieć inne wytłumaczenie.

Zanim zdążył przyjrzeć się beczce w salonie, dziadek Larsen i Dale przenieśli ją do piwnicy. Jeszcze tego samego dnia spróbował tam zejść, ale natrafił na zamknięte żelazne drzwi. Knox dałby głowę, że dziadek Larsen coś ukrywa.

Znowu wyjrzał zza żywopłotu.

Na palcu Tess balansował duży motyl. Dziewczynka mówiła do niego z ożywieniem. Z kolei na jej ramieniu przysiadła ważka.

Tess miała bujną wyobraźnię. Urządzała herbatki dla swoich pluszaków, kredkami świecowymi rysowała barwne obrazki i uwielbiała udawać, że wróżki są prawdziwe. Chociaż skończyła dziesięć lat, wyglądała i zachowywała się jak małe dziecko.

Zwykle była niecierpliwa, przeskakiwała od pomysłu do pomysłu. Knox jeszcze nigdy nie widział, żeby zaangażowała się w coś tak bardzo, jak teraz w udawanie, że owady to wróżki. Spędzała z nimi całe godziny. Czy dlatego, że to zainteresowanie insektów było dla niej czymś nowym? Kiedy jej się to znudzi? I czy u owadów takie zachowanie jest naturalne?

Knox wyszedł z ukrycia i poczłapał do siostry.

– Bawisz się z wróżkami? – zapytał.

– Widziały cię za krzakiem – odparła Tess.

– Na palcu siedzi ci wróżka?

– Ma na imię Nora.

– Każ jej polatać wokół twojej głowy.

– Ona nie chce.

– Bo jest zwykłym motylem.

Tess zachichotała.

– Ma skrzydła motyla.

– Jak każdy motyl.

– Ja też na początku widziałam tylko motyle. Przyjrzyj się uważnie.

Knox skrzyżował ręce na piersi. To absurd. Niemniej działo się tu coś dziwnego. Opadł na czworaki i wbił wzrok w motyla na palcu siostry. Fioletowe skrzydła miały ciemne cętki i były lekko przezroczyste. Widział cienkie czułki, wyłupiaste oczy i zakrzywioną trąbkę. To z całą pewnością motyl.

– Totalnie nie wróżka – stwierdził.

– Mówiły, że łatwiej będzie mi je zobaczyć, jak wypiję mleko – poinformowała Tess.

– Jakie mleko?

– Na początku ledwie je widziałam. Najczęściej nadal wyglądały jak owady. Za to czasami je słyszałam. Żeby mi pomóc, powiedziały o mleku w naczyniach, które stoją na podwórku.

– I wypiłaś je?

Tess się skrzywiła.

– Stało na dworze. I było ciepłe. Ja piję tylko mleko z lodówki.

– Ale mimo to zaczęłaś je widzieć lepiej? – domyślił się chłopiec.

– Widzę je cały czas. Teraz to proste.

– Przecież tylko udajesz.

Dziewczynka zachichotała.

– Prawda? – upewnił się Knox.

– Nie. To śmieszne, bo one są takie oczywiste, a ty myślisz, że to tylko owady.

– Bo to tylko owady!

Tess spojrzała na istoty i znów zachichotała.

– On was w ogóle nie widzi.

Knox się skrzywił. Działo się tu coś dziwnego. O co chodziło z tą ucieczką przed niedźwiedziem przez las w towarzystwie kóz? I podróżą do niesamowitego zamku? A te wszystkie owady były przedziwnie spokojne. Osiadły na trawie wokół nich, jakby przysłuchiwały się rozmowie. Knox machnął ręką, a wtedy kilka odfrunęło, ale niezbyt daleko.

– Nie złość ich – ostrzegła Tess. – Znają magię.

Knox odruchowo chciał parsknąć, ale się powstrzymał.

– Gdzie jest to mleko? – zapytał.

– Nie wiem. Gdzieś na podwórku. – Dziewczynka popatrzyła na ważkę, która unosiła się w powietrzu blisko niej, a potem znowu na brata. – Najbliższe jest pod tamtym krzakiem. – Wskazała palcem.

– Którym konkretnie?

Tess wstała i ruszyła za ważką. Inne owady pozostawały w pobliżu, krążąc wokół dziewczynki. Ważka zaprowadziła dzieci do ładnie przystrzyżonego krzewu. Pod nim Knox znalazł spodek z mlekiem. Pluskało się w nim kilka motyli i ważek.

– Wróżki je lubią – powiedziała Tess.

– Nie chcę mleka z zarazkami owadów – stwierdził Knox.

– Nie owadów, tylko wróżek. Ale to i tak obrzydliwe, co nie? Ciepłe mleko pod krzakiem… Nie widzisz wróżek tak normalnie? Są wszędzie. Przyjrzyj się.

Knox znowu się rozejrzał, ale czuł się idiotycznie. To były po prostu owady.

Na przykład ważka, która na komendę zaprowadziła ich do mleka.

Działo się tu coś niezwykłego. Od samego początku. A jeśli mleko pomoże odkryć odpowiedź? Czy Knox okaże się wariatem, jak spróbuje? A może jeśli nie spróbuje?

Przykucnął i wyciągnął spodek spod krzaka. Owady odleciały, a mleko zachlupotało, ale się nie wylało. Knox nachylił się i powąchał. Nie pachniało jak zepsute.

– Spróbujesz? – zapytała Tess.

– Co, myślisz, że stchórzę?

– Aha.

Knox zbliżył twarz do naczynia, musnął wydętymi ustami kremową powierzchnię, a potem zaczął delikatnie siorbać. Razem z powietrzem parę kropel mleka dostało mu się do płuc i zakasłał, ale też trochę połknął.

I nagle wszędzie były wróżki.

Wokół furkotały małe, smukłe, piękne kobiety ze skrzydełkami motyli, skrzydełkami ważek, skrzydełkami trzmieli. Kilka mu pomachało. Cienkie głosiki wołały:

– On nas widzi! On nas widzi!

– Tu naprawdę są wróżki – odezwał się Knox. Patrzył w oszołomieniu i bał się poruszyć.

Otaczał go dźwięczny śmiech.

– Prawda, że są piękne? – zapytała Tess.

– Prawda – przyznał zachwycony chłopiec.

Ich skrzydła miały jaskrawsze kolory niż wcześniej skrzydła motyli. Nawet w popołudniowym świetle wróżki świeciły, zwłaszcza kiedy frunęły w cień.

– Teraz możesz się z nami bawić – powiedziała dziewczynka.

Knox popatrzył na siostrę.

– Przecież to niemożliwe. Wróżki nie istnieją.

– Tu są nie tylko wróżki. Malutcy ludzie w domu. Wielkolud z ziemi. Faceci-kozły.

Chłopiec przypomniał sobie, że kiedyś Seth go zapytał, co by pomyślał, słysząc, że są tutaj wróżki. Albo potwory. Wtedy Knox uznał, że to głupie pytania. Bo były głupie! Tylko że… teraz rzeczywiście widział wróżki.

Wyciągnął dłoń.

– Chodźcie. Wylądujcie na mnie.

Żadna się nie zbliżyła.

– Nie lubią, jak się nimi dyryguje – powiedziała Tess.

– Proszę – spróbował Knox przymilnie. – Jesteście takie ładne, chcę tylko popatrzeć.

O miejsce na dłoni chłopca zaczęły rywalizować trzy wróżki. Wygrała srebrzyście połyskująca; miała krótką, modną fryzurę, a jej niedługa sukienka odsłaniała gibkie kończyny. Knox poczuł maleńkie bose stopy na skórze. Ostrożnie podniósł drugą rękę i pogłaskał wróżkę po skrzydle. Zachichotała nieśmiało.

Była prawdziwa. Chłopiec czuł ją i widział, idealną w każdym szczególe. Wróżki istniały naprawdę, a on trzymał jedną z nich na dłoni.

– Lubicie moją siostrę? – zapytał.

– One mało mówią – stwierdziła Tess. – Nie wiem, czy wszystkie znają angielski.

– Słyszałem, jak z nimi rozmawiasz.

– Niektóre odzywają się częściej niż inne.

– Wszystkie cieszymy się z towarzystwa twojej siostry – powiedziała wróżka z prawej strony, unosząca się niedaleko głowy chłopca. – I wszystkie śmiejemy się z ciebie.

Wróżki zachichotały. Ta na dłoni Knoxa poderwała się w powietrze. Próbował ją złapać, ale odfrunęła.

– Teraz wie! – zawołało kilka wróżek.

– Teraz wiesz – powiedziała Tess.

– Dlaczego się ze mnie śmiały? – zapytał Knox.

– Bo nie wierzyłeś.

– Przecież to się wydawało niemożliwe. Ale teraz rozumiem. Co jeszcze jest prawdziwe?

– Już mówiłam. Faceci-kozły. Wielkolud z ziemi. Malutcy ludzie w domu.

– Rozmawiasz z nimi?

– Jeszcze nie.

– Czy normalnie faceci-kozły wyglądają jak kozy? – zapytał Knox, przypominając sobie przygodę z Sethem w lesie.

– Skąd mam wiedzieć? – odparła jego siostra. – Dla mnie wyglądają jak faceci z kozimi nogami.

– Dzięki, Tess. Do zobaczenia później, wróżki. Potrzebuję odpowiedzi.

Knox popędził do domu. Dziadkowie Larsenowie na pewno wiedzieli, co się tu dzieje. Seth wiedział. Nawet Tess trochę wiedziała.

Dziadek Larsen właśnie robił sobie kanapkę w kuchni. Kiedy Knox wszedł, podniósł głowę.

– Wszystko w porządku? – zapytał. – Jesteś zdenerwowany?

Chłopiec się zawahał. Stali w kuchni, w której nie było widać ani śladu magii. A jeśli dziadek Larsen o niczym nie wie? Knox wypadłby na głupka. Ale miał dowód! Wiedział, gdzie znaleźć mleko.

– Macie tu wróżki – wypalił.

Dziadek Larsen wytarł majonez papierowym ręcznikiem i odłożył nóż do masła.

– Już się zastanawiałem, czy w ogóle do tego dojdziesz. Niektórym nigdy się nie udaje. Sądziłem, że po pobycie w Twierdzy Czarnodół zarzucisz mnie pytaniami.

– Słyszałeś o twierdzy?

– Seth mi opowiedział.

– Tess wie.

– Dużo się z nimi bawi. Dotąd nie byłem pewien, czy trochę nie fantazjuje – stwierdził dziadek.

– Ona nie potrzebuje mleka, żeby je widzieć.

Dziadek Larsen uniósł brwi.

– Jesteś pewien?

– Nawet go nie spróbowała. Widzi wróżki i z nimi rozmawia. Zaprowadziła mnie do mleka.

– Niesamowite – stwierdził dziadek Larsen. – Niesłychane.

– Co tu się dzieje? – zapytał Knox.

– Usiądź, mój chłopcze. Pokażę ci większy, dziwniejszy świat, niż mogłeś sobie wyobrażać.

Rozdział 4. Decyzje

Dziadek Sorenson zdjął okulary i podniósł wzrok znad zaproszenia, które trzymał.

– Uczta? W Niebodworze? Wolne żarty.

– To nie żart – odparł Agad. – Konsekwencje odmówienia smokom mogą być poważne.

Seth stał obok Kendry w prywatnym gabinecie Marata. Towarzyszyli im Agad, dziadek i babcia Sorensonowie, Tanu i Marat. Dziadek uznał, że Nowel i Doren są zbyt niefrasobliwi, żeby uczestniczyć w poufnych naradach. Calvin został w kieszeni Setha.

W komnacie pachniało starymi książkami, wypalonymi świecami i płynem do drewna, z lekką nutą spalonych włosów. Seth wpatrywał się w przeróżne rzeczy zgromadzone na biurkach i półkach, między innymi kilka rzeźbionych szkatułek z drewna, liczydło oraz kolekcję ludzkich zębów. Zastanawiał się, czy gdyby odwrócić dużą klepsydrę z niebieskim piaskiem, odmierzałaby czas przez równą godzinę. No i czemu ten piasek był niebieski? Czy był magiczny?

– Poważniejsze, niż gdyby nasi opiekunowie wpadli w ręce wroga? – zapytała babcia Sorenson.

– Potencjalnie tak – odparł Marat. – Jeśli nie przedstawimy wiarygodnej wymówki i prędko nie zobowiążemy się skorzystać z zaproszenia w alternatywnym terminie, Celebrant może stwierdzić, że Kendra i Seth porzucili stanowisko opiekunów.

– Kiedy ostatnio go widziałam, był wściekły – odezwała się Kendra. – Wiem, że pragnie zemsty za to, że powstrzymaliśmy jego atak.

– Ciebie i Setha chroniłoby tam prawo gościnności – wyjaśnił Agad. – Takie zabezpieczenie nie jest tylko kwestią honoru. Gdyby Celebrant je naruszył, utraciłby status opiekuna, spadłaby na niego magiczna kara, a jego dobre imię w zaczarowanej społeczności byłoby skalane na zawsze.

– Żaden smok nie naruszyłby kodeksu gościnności choćby ze względu na własną godność – powiedział Marat. – Smokowi o randze Celebranta nie przyszłoby to do głowy.

– Raxtus ostrzegał, że cała sprawa nie jest bezpieczna – stwierdził Seth.

– Oczywiście, że nie jest – przytaknął szybko Agad. – Podczas spotkania z wami smoki będą szukać każdej możliwej przewagi. Na uczcie z pewnością pojawią się również inni przywódcy z Gadziej Opoki. Celebrant postara się, żebyście wypadli na niemądrych i niekompetentnych. Spróbuje złamać wam kręgosłup moralny. Zastraszyć was. I któż wie, jakie inne motywy mu przyświecają.

– Ale nas nie pożrą – podsumowała Kendra.

– Nie podczas uczty – potwierdził Marat. – Nie spotka was tam fizyczna krzywda.

– Czy powinnam iść sama?

– Zaproszenie otrzymała dwójka opiekunów – rzekł dziadek. – Powinniście się udać przynajmniej wy dwoje.

– Ja też pójdę – zaoferował się Calvin z kieszeni Setha.

– Kto jeszcze może iść z nami? – spytała Kendra.

– Ci, którzy pozostają odporni na smoczy strach – powiedział dziadek.

– Marat? – zasugerował Seth.

– Żaden przedstawiciel smoczego rodu, który opowiedział się przeciwko swojemu ludowi, nie powinien przekraczać progów Niebodworu – wyjaśnił Marat. – Jeśli nie dostaniemy wyraźnego zaproszenia, będziemy uznani za zdrajców, a nie gości.

– To samo dotyczy mnie i wszystkich innych prawdziwych czarodziejów – dodał Agad.

– Bo kiedyś byliście smokami – zrozumiała Kendra.

– Pewnie zdołałbym uwarzyć eliksir czasowo chroniący mnie przed smoczym strachem – włączył się Tanu.

– Eliksir odwagi? – spytał Seth.

– Szczególną odmianę. Ukierunkowaną na smoki.

– Czy zadziałałaby na mnie?

– Warto spróbować.

– Wolałbym jednak nie trzymać się z siostrą za ręce przez cały wieczór.

– Byłoby dość niezręcznie podczas jedzenia – zgodziła się Kendra.

– I w każdej innej chwili też.

– Czy ktoś jeszcze może iść z nami?

– Niebodwór leży wysoko w Wyszczerbionych Górach – powiedział Agad. – W praktyce można tam dotrzeć tylko na gryfie, a żaden nie poniesie Henricka.

– Oprócz niego nikt tutaj nie jest odporny na smoczy strach – dodał Marat.

– Istnieje przecież droga – zauważył dziadek.

– Droga do Niebodworu jest długa i kręta – odparł Agad. – Nie jestem pewien, czy Henrick do jutra dotarłby na miejsce.

– W Tanu dzieci będą miały zaufanego opiekuna – stwierdziła babcia.

– Ja też się nimi zaopiekuję! – zadeklarował Calvin.

– Nie ma pewności, czy nasza liczebność na uczcie wpłynie na bezpieczeństwo Kendry i Setha – orzekł Marat. – Nie będzie im tam groziło bezpośrednie, fizyczne niebezpieczeństwo. Zagrożenie widzę w tym, że Celebrant spróbuje dobić jakiegoś targu albo zmienić oficjalną relację, która go z wami łączy. Tego należy uniknąć.

– To wszystko przy założeniu, że Kendra i Seth zdecydują się uczestniczyć w uczcie – powiedział Agad.

– Wygląda na to, że powinniśmy – przyznał Seth.

– Celebrant coś knuje – mruknęła Kendra.

– Wiem. Ale Agad już wyjaśnił, że Król Smoków nie może nas tam zaatakować. Nie ufasz Agadowi?

– Oczywiście, że ufam. Ale musimy postępować wyjątkowo mądrze. – Dziewczyna zmierzyła brata wzrokiem.

– Ja zawsze jestem mądry – odparł.

– Ze mną jest mądrzejszy – dorzucił Calvin.

– Dobra, wchodzę w to – postanowiła Kendra. – Nie możemy zlekceważyć naszych obowiązków. Podczas tych wszystkich niepokojów musimy wzmacniać swoją pozycję opiekunów, zamiast ją osłabiać.

– Co możemy zrobić u smoków, żeby przysłużyć się sprawie? – spytał chłopiec. – Szpiegować?

– Miejcie oczy i uszy otwarte – poradził Agad. – Najważniejsze, żebyście tam poszli, a potem wrócili, nie nadszarpnąwszy swej pozycji. Aktualnie, ponieważ dysponujemy berłem, smoki nie mogą zaatakować Twierdzy Czarnodół, bez względu na swoją liczebność. Musi tak zostać. Nie idźcie z Celebrantem na żadne układy, choćby wydawały się bardzo kuszące. Sam powrót do domu będzie zwycięstwem.

– Ile takich uczt mogą urządzić? – zapytała Kendra.

– Jeśli weźmiecie udział w tej, powinniśmy mieć spokój co najmniej przez rok – odrzekł Marat.

– Będą tam obecni inni przywódcy Gadziej Opoki – dodał Agad. – Lord Dalgorel z Terrabelle, Raj Faranah z Protektoratu Zowali, wielki imperator Karzal z Gundertunu, Amulon ze Stadoziemi i Licha Vatka ze Szlamodziur.

– Znam Dalgorela – stwierdził Seth. – Reszty nie.

– Protektorat Zowali to te mówiące zwierzęta – przypomniała mu Kendra. – Jak nazywa się ich przywódca?

– Raj Faranah jest potężnym tygrysem – wyjaśnił Marat. – Jego terytorium od dawna ma przymierze z opiekunami.

– Przysyłają wam niemych Luvian – skojarzyła dziewczyna.

– Tak, brawo – pochwalił ją Agad. – Oglądanie, jak te konie czytają, jest fascynujące. Bardzo mnie relaksuje. Gundertun to królestwo gnomów, którym włada Karzal.

– Wielki impregnator – powiedział Seth.

– Imperator – poprawił go dziadek. – Lepiej naucz się tego słowa. Gnomy bywają impulsywne.

– Amulon rządzi tutejszymi tauranami – poinformował Marat. – Czyli alcetaurami takimi jak Henrick, cerwitaurami, czyli półjeleniami, rumitaurami, które mają część ciała wapiti, oraz grupą centaurów.

– Do którego rodzaju należy Amulon? – zainteresował się chłopiec.

– Jest rumitaurem – powiedział Agad. – Z olbrzymim porożem na głowie.

– Ma ludzką głowę z porożem?

– Tak.

– Super. – Seth przyłożył dłonie do głowy i rozczapierzył palce.

– A ta ostatnia? – zapytała Kendra.

– Przybycie na ucztę Lichej Vatki będzie najmniej pewne – stwierdził Marat. – Jest przedstawicielką mieszkańców bagnistego regionu Szlamodziur.

– Ma najfajniejsze imię – orzekł Seth.

– Vatka to dość potężna wiedźma – wyjaśnił Agad. – Zgodnie z jej filozofią przywódca powinien być sługą wszystkich, stąd tytuł „licha”. Udało się jej zjednoczyć kilka ras.

– Czy to dla nas dobrze, że poznamy te wszystkie postacie? – zapytała Kendra.

– Smoki będą działać przeciwko nam ze wszystkich sił – rzekł Marat. – Przyda się każdy sprzymierzeniec.

– Żaden z przywódców wolnych terytoriów nie chce, żeby smoki obaliły Gadzią Opokę – zapewnił Agad. – Ale niektórzy mogą uznać, że to nieuchronne, i odpowiednio dostosować swoje sojusze. Zależy nam na tym, aby jak najwięcej przywódców uwierzyło, że potraficie panować nad tym azylem. Nie zaszkodzi pozyskanie przyjaciół.

– Myślałem, że Świetny Lud jest zawsze neutralny – powiedział Seth.

– Co do zasady owszem – zgodził się Marat. – Ale po cichu wesprze jedną albo drugą stronę, jeśli będzie mu to pasować. Wszyscy mieszkańcy wolnych terytoriów dysponują zabezpieczeniami, które wytrzymają nawet upadek rezerwatu. Jednak woleliby, żeby do tego nie doszło.

– Gdyby azyl upadł, utraciliby zewnętrzną osłonę – dodał Agad. – I nie byłoby już opiekunów dbających o ich interesy. W przypadku klęski rezerwatu, jeśli taka będzie wola smoków, wolne terytoria im się nie oprą.

– Czy już za kilka dni nie czeka nas noc hulanek? – zapytał Tanu. – Letnie przesilenie?

– To kolejny problem – westchnął dziadek.

– Wyobrażam sobie, że noce hulanek są tu szczególnie gwałtowne.

Agad z Maratem wymienili spojrzenia pełne napięcia.

– Staramy się w to nie mieszać – powiedział Marat.

– Panuje wtedy chaos od zmierzchu do świtu – zgodził się Agad. – Chowamy się za naszymi zabezpieczeniami aż do rana.

Seth przeżył kilka nocy hulanek w Baśnioborze. W rezerwacie znikały wtedy zwykłe zabezpieczenia i mieszkańcy mogli szaleć przez całą noc. Najbardziej zapamiętał pierwszy raz, kiedy naraził dom, otwierając okno, i o mały włos nie zginęli przez to dziadkowie. Gadzia Opoka była rezerwatem znacznie większym od Baśnioboru – chłopiec mógł sobie tylko wyobrażać, jak groźna jest tutaj noc kupały, skoro mogą w niej uczestniczyć smoki.

– Uczta jest jutro – powiedziała Kendra. – Najpierw przetrwajmy ją.

– Przesilenie wypada trzy dni później – dodała babcia.

– Wyruszylibyście jutro wczesnym wieczorem – stwierdził Agad – a wrócili jeszcze tej samej nocy.

– Mogę wziąć Burzę? – zapytał Seth.

– Jej dzika natura przysłużyła ci się, kiedy uciekałeś przed smokami – przyznał Agad. – Ale podczas tej podróży mądrzej będzie wybrać spokojne, doświadczone gryfy. Chcemy, żeby wszystko poszło gładko.

– Kendro, Secie – odezwał się dziadek. – Jeśli wy, Calvin i Tanu zdecydujecie się tam udać, musimy się zająć logistyką. Czy przyjmujecie zaproszenie?

Kendra kiwnęła głową.

– Zamek pełen smoków – powiedział Seth podniośle. – Za nic bym tego nie przegapił.

* * *

Po spotkaniu Kendra przespacerowała się na cmentarz. Przedzierała się wśród grobów, aż znalazła ten z nazwiskiem swojego przodka, Pattona Burgessa. Większość okolicznych nagrobków była popękana lub przekrzywiona. Niektóre – wytarte do gładkości. Na grobie Pattona widniał jednak wyraźny napis.

PATTON BURGESS

SŁOWO PRZESTROGI

WŚRÓD SMOKÓW STĄPAJ OSTROŻNIE

Kendra wiedziała, że w grobie nie ma ciała. Nagrobek był fałszywy, miał uspokoić smoki niezadowolone z postępowania Pattona. Pamiętała również, że grób sięga głęboko pod ziemię i zawiera tajną wiadomość, która pomogła w odnalezieniu jednego z kluczy do Zzyzxu, więzienia demonów.

Mimo wszystko samo odczytanie nazwiska sprawiło, że poczuła bliskość Pattona. Miała przed sobą pomnik upamiętniający kogoś, kogo znała i kochała. Kogoś, kto pomógł jej w potrzebie. Chociaż zmarł na długo przed jej narodzinami, Kendra poznała go dzięki urządzeniu pozwalającemu na podróż w czasie, nazywanemu Chronometrem. Żałowała, że Pattona teraz tu nie ma. Wydawało się, że nie istniał taki problem, którego on nie umiałby rozwiązać.

– Wszyscy na mnie liczą – odezwała się cicho. – Martwię się, że ta uczta ze smokami to dopiero początek. Jeden smoczy azyl już upadł. Paprot zaginął. Cały świat się wali. A ja mam nie dopuścić, żeby się rozpadł.

Nagrobek nie odpowiedział.

– Może to ty jesteś szczęściarzem – stwierdziła Kendra. – Już przeżyłeś całe swoje życie. Jakim cudem przetrwałeś tak długo, wyszedłeś cało z tylu niebezpieczeństw? Czasami mam wrażenie, że wykończy mnie sam stres.

Spróbowała sobie wyobrazić Pattona, spokojnego i pewnego siebie. Jak odpowiedziałby na jej pytanie? Żeby żyła dzień po dniu? Radziła sobie z kryzysami pojedynczo? Żeby wypowiedziała życzenie do swojej szczęśliwej gwiazdy? Jadła dużo witamin? Zawodziła ją wyobraźnia.

Kendra rozejrzała się po otaczającej ją fortecy. Budowla była tak duża, że nawet minimalna załoga liczyła dwudziestu członków – ludzi i magicznych istot. W Twierdzy Czarnodół z powodzeniem mogłyby mieszkać setki. Większość murów i wież sprawiała wrażenie wyludnionych. Kendra czuła się nie tyle jak dowódczyni fortu, ile jak strażniczka opuszczonego zamku.

Czy w walce ze smokiem setki obrońców cokolwiek by zmieniły? Przecież stu żołnierzy strumień ognia upiekłby tak samo jak pięciu. Prawdziwą ochronę zapewniały traktat założycielski Gadziej Opoki i magiczne zabezpieczenia niedopuszczające wrogów. Nawet Celebrant nie był w stanie dmuchnąć, chuchnąć i pokonać niewidzialnych barier otaczających twierdzę.

A gdyby Król Smoków i jego zwolennicy kiedyś jednak sforsowali mury? Cóż, nikt w zamku nie przeżyłby długo.

Zaproszenie na ucztę musiało być elementem planu zemsty Celebranta. Może na przyjęciu nie mógł bezpośrednio skrzywdzić Kendry i Setha, ale w grę na pewno wchodziła długofalowa strategia. Może jeśli dziewczyna zachowa czujność, podczas uczty uda jej się wybadać, co knują smoki.

Wyjęła róg, który dał jej Paprot. Jednorożce dwukrotnie zrzucały róg, aż w końcu wyrastał im trzeci, na stałe. Ten, który miała, był pierwszym rogiem Paprota. Ściskając go mocno, dziewczyna spróbowała przesłać słowa do przyjaciela, zapytać, czy nic mu nie jest, poprosić, żeby się odezwał. Czasami słyszała w głowie jego głos. Ale nie tym razem.

Gdzie się teraz znajdował? Czy był ranny? Samotny? Potrzebował ratunku? Myśl, że gdzieś tam grozi mu niebezpieczeństwo, była prawie nie do zniesienia. Kendra czuła się bezużyteczna.

Przed nią zawisła w powietrzu niezwykle zgrabna wróżka o szarawej skórze, ze skrzydłami ważki, ubrana w prostą zieloną sukienkę, a potem osiadła na nagrobku Pattona. Patrzyła na Kendrę wyczekująco.

– Witaj – powiedziała dziewczyna. – Masz jakieś wieści?

Wróżka tupnęła nogą i rozłożyła ręce.

– Nie odszukałabym człowieka dla zabawy – odparła.

– Trudno o lepszą zabawę niż na cmentarzu – stwierdziła Kendra. – Co się stało?

– Smok pobił się z gromadą olbrzymów wzgórzowych.

– Czy to się często zdarza?

– Olbrzymy wzgórzowe biją się z każdym. Jak ktoś jest taki brzydki, nie martwi się o obrażenia. Większość z nich wygląda lepiej po przegraniu paru starć.

– Dziękuję za informację. – Kendra chciała okazać wdzięczność.

– Nie doszłam jeszcze do tego, co ważne – prychnęła wróżka, tupiąc nogami.

– Mów dalej.

– Bójka wybuchła w pobliżu Zalewu Wilczozmora. Olbrzymy przerwały tamę.

– Czy zaleje nas tu woda? – zapytała dziewczyna, spoglądając w kierunku zewnętrznego muru twierdzy.

– Nie, popłynęła Złaknionym Parowem.

– Czyli smok zniszczył tamę?

– Nie, olbrzymy walczące ze smokiem. A woda zerwała most nad Parowem.

– Jaki most?

– Ten, po którym Górna Droga przecinała Złakniony Parów. To właśnie wiadomość, z którą do ciebie przyszłam – oznajmiła wróżka, po czym odleciała.

– Dziękuję. Donoś o wszystkich nietypowych zachowaniach smoków.

Wróżka już się nie obejrzała.

Kendra oparła się o grób Pattona i skrzyżowała ręce na piersi.

Smok i kilka olbrzymów wdali się w bójkę i spowodowali poważne zniszczenia. Czy to odosobniony incydent? Czy takie bijatyki zdarzały się często? A może to zapowiedź gorszych problemów?

A przecież wciąż nie nadeszła noc kupały.

Co się jeszcze wydarzy?

Rozdział 5. Skąpiec

Idziemy po sprzęt? – zapytał Nowel, maszerując korytarzem obok Setha, i ugryzł jabłko.

– Żeby Seth mógł się wybrać na ucztę do smoków – powiedział Doren, który szedł z drugiej strony chłopca, rozplątując sznurek od jo-jo.

– Powinieneś się wykąpać w jakiejś smacznej marynacie – zasugerował Nowel.

– Albo może w curry – dodał Doren. – Czy smoki lubią curry?

– Wolą pikantny sos – odparł Seth, podejmując zabawę. – Zrobię sobie naszyjnik z papryczek jalapeño.

– Lepiej z papryki „Naga Jolokia” – zasugerował Doren. – Albo „Carolina Reaper”.

– Jaki sprzęt bierzemy? – spytał Nowel.

– Idziemy do magazynów – powiedział Seth.

– Mamy klucz do niektórych – zaznaczył Doren. – Dostaliśmy go od Agada.

– Tak, do spiżarni – potwierdził chłopiec.

– Szynki, kiełbasy, suszone mięso, mąka, owies, jęczmień, miód, melasa, dżemy, sery i tak dalej – wyrecytował Doren. – Można by tym wykarmić armię przez cały rok.

– Albo dwóch satyrów przez miesiąc – stwierdził Nowel.

– Ja mówię o innych magazynach – wyjaśnił Seth. – Pilnuje ich troll grzbietowy Grippa. Podobno trudno się z nim dogadać. Henrick zaproponował, że pójdzie z nami.
– Po co komu facet-łoś, kiedy są faceci-kozły? – rzucił Nowel.

– On ma więcej nóg – zauważył Doren.

– Z nami dwoma jest remis. Poza tym tauranie wyglądają idiotycznie. Sześć kończyn to przesada! Prawie nie przypominają ludzi.

– Jest muskularny. Pewnie dobrze się bije.

– Będziemy się teraz bić z trollem?

– Może będziemy się kłócić – powiedział Seth. – Jest skąpy, jeśli chodzi o sprzęt.

– Przecież jesteś opiekunem! – odparł Nowel. – To twój sprzęt!

– Dlatego nie chciałem, żeby szedł ze mną Henrick. Umiem kłócić się sam. Nie chcę wyjść na słabeusza.

– Nikt nie nazwałby cię słabeuszem – zapewnił Doren. – Może tylko chudzielcem, ale to normalne w twoim wieku.

– Ja będę siedział cicho – zaproponował Calvin z kieszeni Setha. – Jeszcze nie wszyscy w twierdzy o mnie wiedzą.

– Zresztą niewielu by cię zauważyło – dodał Nowel. Ugryzł kawałek jabłka i szturchnął Setha w ramię. – Jaki chcesz sprzęt?

– Parę magicznych przedmiotów, na wypadek gdyby zrobiło się nieprzyjemnie.

– Mają tu rzeczy, które chronią przed zamkiem pełnym smoków? – spytał Doren.

– Nie broń przeciwko smokom – wyjaśnił chłopiec. – Po prostu sprzęt. Dobrze być przygotowanym. – Poklepał torbę, w której nosił swój zestaw kryzysowy.

– Będzie z tobą Tanu – zauważył Doren. – Czyli eliksiry.

– A jego specjalny eliksir odwagi działa przeciwko smokom – powiedział Seth. – Wypróbowaliśmy go wczoraj z Maratem. Tanu i ja byliśmy w stanie chodzić i mówić.

– Gdyby zamurowało cię na uczcie, byłby wstyd – stwierdził Nowel.

– Kendra mogłaby mnie wziąć za rękę. Ale to też jest wstyd.

Doszli do drzwi podzielonych na część górną i dolną.

– To chyba tutaj – stwierdził chłopiec i zapukał.

– Chwila! – odezwał się głos z akcentem.

Seth odczekał, a potem zapukał ponownie.

– Już idę – zapewnił ten sam stłumiony głos.

Otworzyła się górna połowa drzwi. Grippę pokrywały nieduże, ściśle przylegające niebieskie łuski z czarnymi cętkami. Z jego gadziej głowy sterczały grzebienie, a ze stawów – kościste kolce. Pomarańczowe oczy trolla były wąskie, a w szerokich ustach jeżyły się ostre, spiczaste zęby.

– Ach, młody opiekun. – Troll powitał chłopca przymilnym tonem. – I dwóch satyrów. – Ponownie spojrzał na Setha. – Czy mam wezwać pomoc? Jesteś zakładnikiem? W jakiej walucie jest okup? We fletach?

– Nie wszyscy satyrowie grają na piszczałkach – odparł Doren.