Wydawca: Instytut Wydawniczy Erica Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 627 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Smocza Cesarzowa - Juraj Červenák

Mroczna, napisana z rozmachem, historyczna fantasy, ukazująca dzieje wczesnośredniowiecznej Rusi. Magia, szczęk mieczy, pogańscy bogowie, zdrada i przeznaczenie , to mieszanka, która długo nie pozwoli o sobie zapomnieć.

Po podbiciu państwa Bułgarów nad rzeką Wołgą kijowski wódz Światosław osiadł na pewien czas w stołecznym Bułgarze i umacnia tu swoją pozycję. Ilja i pozostali bohatyrzy prędko leczą się z wojennych ran, ale siedzą jak na szpilkach. Ich największy wróg, najwyższy kapłan Tugarin, umknął na północ. Światosław zezwala bohatyrom, by ruszyli jego tropem i skończyli z nim raz na zawsze. Drużyna wpada na ślad złoczyńcy w dzikich krainach zamieszkanych przez plemię Czeremisów, ale pogoń się tam nie kończy. Ich nieprzyjaciel zmierza na północ, na ziemie tajemniczych Czudów. Mówi się, że gdzieś w tamtejszych lasach znajduje się wejście do zaświatów, na żelazny most i chronioną czarami wyspę Bujan… Właśnie tam podstępny czarodziej chce wreszcie zyskać zdolności, które zmienią go w półboga. Wyspy strzeże okryta złą sławą księżna – czarownica, którą miejscowi zwą trwożnym szeptem Baba Jaga – „matka węży”. Ilja i jego towarzysze znów będą musieli walczyć ze smoczymi czarami i z mrokiem, który znalazł zdradzieckie serce w ich własnych szeregach…

Autor o książce: Książka, za którą otrzymałem nagrodę Mózg Einsteina, przyznawaną przez czytelników. To niezwykłe, jak rozbieżne są opinie na temat tej powieści. W odróżnieniu od „jedynki” i „trójki” Bohatyra, gdzie przeważa historia, tu mamy do czynienia z czystej wody fantasy z duchami, demonami i smokami. Ci, którzy lubią motywy nadprzyrodzone, uważają Cesarzową za najlepszą część trylogii. Ci, którzy preferują bardziej realistyczne podejście do historii, są zdania, że to najsłabszy tom serii.

Opinie o ebooku Smocza Cesarzowa - Juraj Červenák

Fragment ebooka Smocza Cesarzowa - Juraj Červenák

Tytuł oryginału: DRAČÍ CAREVNA
Tłumaczenie: ILONA LECHOWICZ
Redakcja językowa i merytoryczna: ARTUR SZREJTER
Korekta: DOROTA RING
Projekt okładki: MARIUSZ BANACHOWICZ
Skład: TOMASZ WOJTANOWICZ
Dračí carevna © 2007 by Červenák Juraj All rights reserved Copyright © by Instytut Wydawniczy Erica, 2013
ISBN 978-83-64185-23-6
Instytut Wydawniczy ERICA e-mail: wydawnictwoerica@wp.plwww.WydawnictwoErica.pl Oficjalny sklep www.tetraErica.pl
Konwersja: eLitera s.c.

 Itilu ciemna woda huczy, na krwawym niebie sokół krzyczy, a do was, bracia, na tych skrzydłach sokolich bylina bohatyrska leci. Posłuchajcie opowieści o Wołchu Wsiesławiewiczu i Mikule Sielaninowiczu, mężnych bojarach kijowskich.

Stało się tak w onej dobie, w pierwszym roku panowania wielkiego księcia Światosława, że na jego rozkaz Wołch Wsiesławiewicz ustanowił swą sławną drużynę. Zebrał trzydziestu jeńców, synów książąt plemion przez Kijów podbitych, zakładników trzymanych w stołecznym grodzie, i nazwał ich gorynycze – synowie smoka, aby w ich imieniu plemienna siła brzmiała i przestrach wzbudzała w sercach nieprzyjaciół. Każdy junak dostał mocnego, chyżego rumaka i broń tak połyskliwą, że jej blask docierał do samego Carogrodu, gdzie ludzie na mury wybiegali i dziwili się niezmiernie: „Spójrzcie, co tam daleko na północy tak lśni, że nawet blask naszych skarbów pałacowych przyćmiewa?”. Ech, to lśniły zbroje bohatyrów, hełmy złote, kolczugi z czystego srebra, a miecze i topory z najlepszej kijowskiej stali, co jak zwierciadło błyszczą!

Światosław, chociaż mu ledwie pierwszy wąs się sypał, był władcą mądrym i szlachetnym, dlatego wielkodusznie obdarował tych dawnych niewolników wolnością i uczynił z nich obrońców stolca książęcego, przy swoim boku postawił.

Kiedy skończyły się żniwa i przyszedł czas dożynek, wsiadła chrobra drużyna na chyże rumaki i wyruszyła do podbitych plemion, do odległych grodów i miast, zbierać daniny i opłaty wielkiemu księciu należne. Zląkł się ogromnie wszelaki zwierz, gdy posłyszał, jak dudnią kopyta koni bohatyrów. Jelenie i tury uciekły w lasy, sobole i bobry odpłynęły na wyspy, drobiazg zwierzęcy zaszył się w gęstwinie, ryby schowały się w głębinach rzek i jezior.

I przyprowadził Wołch Wsiesławiewicz swych mężnych gorynyczów do miasta Turowa. Książę plemienia Dregowiczów, co miał siedzibę za jego wałami, spieszył kijowskich wysłańców przywitać. Do ziemi się kłonił, Światosławową mądrość i łaskawość wychwalał, Wołchową drużynę wysławiał, dziw, że ich po rękach, nogach nie całował. Zdumiał się Wołch na taką czołobitność, przemyśliwał głową bystrą, lecz przyczyn żadnych nie odgadł. Weszli tedy gorynycze do pałacu, za stołami zasiedli, miodu się napili, pieczonymi łabędźmi z dregowickich mokradeł nakarmili. A gdy się gościna skończyła, przykazał Wołch księciu, by poszedł z nim razem przygotowane daniny przeliczyć.

Tedy się gospodarz znów zaczął kłaniać, kijowską władzę wychwalać, Wołchowi kraj szaty całować. Ten już wreszcie ścierpieć nie mogąc, krzyknął na Dregowicza, by przestał czas mitrężyć. Razem weszli do skarbca, gdzie już była danina dla Światosława przygotowana.

Liczy Wołch sobole i lisie skóry, liczy worki żyta, dzbany miodu, beczułki piwa, poroża jelenie i grzywny złota. Naliczył ledwie połowę tego, co mu Światosław przykazał od Dregowiczów wybrać, chwycił przeto kostur swój czarodziejski, malachitem wykładany i tak nim władcę Turowa poczęstował, że wnet mu krwawe strzępy z nosa wyleciały i zęby na podłodze zachrzęściły.

– Tak szanujesz wielkiego księcia kijowskiego?! – krzyknął Wołch do klęczącego nikczemnika. – Chwałę jego głosisz, dziw, że o ziemię czołem nie bijesz, a tak naprawdę oszukać go chcesz, łotrze jeden! Wiem ja, że Dregowicze takiej nędzy nie cierpią, żeby musieli na daninach skąpić! Gdzie reszta tego, co się księciu należy? Mów, bo ci tu na miejscu zetnę ten łeb przemądrzały i utuczone cielsko rzucę wronom na pole!

Pełzał turowski książę po ziemi, krwią z rozbitych ust Wołchowe buty ze źrebięcej skóry plamił, o zmiłowanie prosił. Że ponoć nie mógł napełnić wszystkich worków, skrzyń i dzbanów, bo jego władykowie na zachodzie się zbuntowali, posłuszeństwo Turowowi i Kijowowi wypowiedzieli, Światosława ciemięzcą i zbójem wareskim nazwali, a i grozili, że jeśli ktoś przyjedzie do nich danin się domagać, na sztuki go posiekają i w bagno jego szczątki wrzucą, na pożarcie rybom i gadzinie.

Wściekłość wezbrała w Wołchu. Zaraz rano drużynników zbudził, konie siodłać kazał, a ostre miecze, tęgie łuki, okute kije i długie włócznie chwytać. Wyruszyli gorynycze z Turowa na zachód, do grodu Wilczyniec, gdzie przywódca tych zbuntowanych łotrów, co dobrego księcia Światosława szanować nie chcieli, rozpierał się na bogactwie chciwie zrabowanym.

Cwałuje drużyna ścieżką przez rozległe mokradła, od których dregowicka ziemia wzięła swoje miano, aż nagle słyszy, jak sobie ktoś w oddali piosnkę pogwizduje. A musi to być chłop, co swoje pole orze, bo oprócz jego gwizdania słychać i tupot kopyt, i pługa skrzypienie, i kamieni chrzęst na ostrej radlicy.

Ale chociaż drużyna cały dzień cwałem jechała, od świtu do zmierzchu, nijak do oracza dojechać nie mogła.

Drugiego dnia znów gorynycze na siodła skoczyli i cwałowali na zachód za tą piosneczką, tupotem kopyt i skrzypieniem pługa w ziemi. Ale choć popędzali konie aż do ciemnego wieczoru, do oracza znowu nie dotarli.

Tak wyruszyli i trzeciego dnia, a kiedy już się ku południu miało, nareszcie oracza znaleźli. Na polu tak wielkim, że końca nie widzieli, orał mateńkę ziemię pod jesienny zasiew, piosneczkę pogwizdywał, bruzdy głębokie jak rowy grodowe wyorywał, a pnie i głazy wielkie jak domy jedną ręką na bok odrzucał.

Z podziwem patrzą kijowscy bohatyrzy na oracza, bo na jego kobyłce lejce i uzda z czystego jedwabiu, pług wykuty z najlepszej stali, lemiesz ma srebrny i rączki z czystego złota. A sam oracz? Aż radość bierze, gdy na niego spojrzeć! Włosy mu się wiją jak złote wióry, oczy błyszczą niczym perły, a po wargach czerwonych jajka by można taczać. Buty ma z zielonego safianu, czapkę z najdroższych soboli, a kaftan z czarnego aksamitu...

– Gówno prawda!

– Że... że co?

Chociaż gospoda była tak pełna, że i szpilki by nie wcisnął, aż do tej chwili panowała w niej niemal grobowa cisza. Każde ucho ciekawie chwytało słowa siwego gęślarza, który z odrapaną cytrą siedział na wiązce słomy i opierał się plecami o prostą przegrodę, za którą żuły siano konie, osły i wielbłądy. Zajazd był przestronny, ale zbudowany nadzwyczaj prosto – stajnię, karczmę i noclegownię upchnięto razem pod rozległą strzechą, nie oddzielając ich żadnymi ścianami, a jedynie przegrodami i grubo ciosanymi belkami. Odór gnoju mieszał się z wonią ludzkiego potu, tanich napitków i bździnami śpiących, tak że kto wszedł do środka późnym wieczorem, musiał nieledwie dobywać szabli, by się przerąbać przez ścianę smrodu. Jednak podróżni w tych stronach nie kręcili nosem ani na zapach, ani na liche trunki, a już w żadnym razie na głośne towarzystwo. Kupiecki szlak z Bułgaru do Bilaru słynął z napaści okrutnych rozbójników, zatem nocować pod dachem i z tyloma ludźmi znaczyło nocować bezpiecznie.

– Co ty mówisz? – znowu wyjąkał gęślarz, spoglądając czerwonymi oczami na zuchwalca, który przerwał mu opowieść.

– Mówię, że karmisz wszystkich obecnych bajędami!

Zajazd, jeszcze przed chwilą słuchający z przejęciem, bez jednego szeptu, teraz zahuczał ze wzburzenia. Wszyscy obracali się na ławach, zydlach i zwykłych pieńkach, żeby popatrzeć na bezczelnego pyszałka.

– Nie wtrącaj się, Waregu! – krzyknął ktoś śmiało. – Nie dosyć tego, że się rozpieracie w Bułgarze, tupiecie w pałacu samego emira, niech Allach da mu wieczny żywot, jeszcze i tutaj chcecie nas raczyć swoją pychą i zarozumialstwem?!

– Zamknij dziób, mahometaninie – odparł dobrze zbudowany mężczyzna, którego postać czerniała w cieniu koło drzwi, gdzie nie docierało światło ogniska i olejnych kaganków. – Źle ci z tym, że masz czym gryźć wieczerzę? Mogę sprawić, że kto inny będzie ją musiał żuć dla ciebie, bo twoje zęby będą chrzęścić na podłodze jak suchy groch!

Więcej niż trzecia część gości natychmiast zmieniła zdanie i przeszła na stronę intruza. Powód był prosty – nawet tutaj, w sercu Bułgarii, kupcy i majętniejsi podróżni najmowali do straży wojowników z zachodu. Dzięki temu w żyłach niemal połowy obecnych płynęła wareska, kijowska lub nowogrodzka krew. W śmierdzącym powietrzu zaczęły latać soczyste wyzwiska, w jedną stronę: „mahometańscy rzezańcy”, w drugą: „pogańskie świniojady”.

– Poza tym – dodał intruz, a jego głos, podobny do niedźwiedziego ryku, z miejsca zagłuszył wzbierającą wrzawę – nie jestem Waregiem. Jestem Dregowiczem. Z drużyny księcia Światosława.

Gość, który odważył się krzyknąć na nieznajomego, powtórnie potrząsnął głową w spiczastej skórzanej czapce i uderzył w stół rękojeścią kindżału, który ociekał tłuszczem z baraniej pieczeni.

– No i co z tego? To ci jeszcze nie daje prawa...

– Ja jestem tym oraczem.

Karczma ucichła, jakby stado niewidzialnych demonów zacisnęło naraz wszystkie gardła. Tylko w stajni obok zaryczał osioł.

Muskularny mężczyzna wyszedł z cienia. Światło ognia ukazało jego rumianą, opaloną twarz i lśniące rude włosy, nieposłusznie wymykające się spod hełmu, pogładziło błyszczącą od nowości kolczugę i napierśnik, w końcu otarło się o wystającą spod ciemnego płaszcza głowicę miecza.

– Mikuła? – z tłumu odezwał się chrapliwy głos. – Mikuła Sielaninowicz?

– We własnej osobie. – Olbrzym kiwnął głową. – A to – wskazał palcem za siebie, gdzie z cienia wynurzyli się dalsi dwaj rośli młodzieńcy, podobni do siebie jak dwie krople wody – są Diwlan i Borowej, bracia rodem z Połocka, ostatni żyjący gorynycze. Byli wtedy z Wołchem w dregowickim kraju i mogą wam potwierdzić, że to, coście tu słyszeli, niemal całe z palca wyssane.

– Bylina to bylina – wtrącił stary gęślarz. – Nie trzyma się prawdy jak wesz babskiego sromu, idzie swoją drogą. Mówią o tobie, Mikuło, chłopski synu, że i ty przy obozowym ogniu chętnie raczysz druhów pieśnią i opowieścią o bohatyrach z dawnych lat, mógłbyś więc to zrozumieć. Powinieneś być rad, że my, gęślarze, igrcowie i skaldzi, przydajemy twym czynom sławy i wielkości.

– Może masz i rację – przyznał Mikuła, który opanował się trochę, a może i zawstydził. – Bylina bez upiększeń i przesady niewarta jest nawet złamanej żelaznej grzywny. Wybacz tedy, żem ci przerwał. Ale jest tak: tego wszystkiego, o czym tu śpiewasz, zaznałem na własnej skórze, więc śmiać mi się chce z tych wszystkich wspaniałości. Bo przedtem, wierzcie mi, zanim wstąpiłem na kijowską służbę, nigdy nie miałem w ręku aksamitu ani jedwabiu. Kiedy Wołch i jego bojarzy znaleźli mnie na polu – między nami mówiąc, jest to mały skrawek mokrej, nieurodzajnej gleby na środku przesłoniętych mgłą moczarów – cały byłem utytłany błotem i gnojem, a miałem na sobie tylko przepoconą rubaszkę i potargane spodnie. Orałem starym, pokrytym plamami rdzy pługiem o drewnianych rączkach i uprzęży bez ozdób. O złocie i srebrze nawet mi się nie śniło. I, jak widzicie na własne oczy, wcale nie jestem tak piękny, jak mnie ten tu starzec odmalował.

Część gości, patrząc na minę Mikuły, ośmieliła się i zaśmiała z żartu. Zza długiego drewnianego stołu podniósł się mężczyzna o szerokich barach, z płowymi włosami splecionymi w warkocze, w charakterystycznej przeszywanicy – na pierwszy rzut oka można było poznać, że to Wareg.

– Tutaj jest wolne miejsce, mężny Sielaninowiczu. – Wskazał miejsce naprzeciw siebie. – Przysiądź się i opowiedz, co naprawdę zdarzyło się w Wilczyńcu. I pozwól, że kupię ci jaki napitek.

– Na to chętnie pozwolę, przyjacielu. – Mikuła wyszczerzył zęby, skinął na bliźniaków i zaczął się przeciskać przez tłum do wareskiego stołu. Wyglądał przy tym jak lemiesz rozorujący pulchną dregowicką ziemię.

– Ale tylko jeden dzban. Wieziemy z Bilaru skrzynię pełną złota, którą tamtejszy bej posyła na znak szacunku naszemu gosudarowi Światosławowi do Bułgaru. Nie mamy ochoty się z nią rozstać, dlatego raczej się tu głupio nie urżniemy.

– I wieziecie ten skarb tylko we trzech? – zdziwił się Wareg.

– Jest nas pięciu. Zostawiliśmy Koływana Wygnańca i Morofieja Tywerca, żeby pilnowali wozu.

– I tak jest was mało na taki ładunek. Nie boicie się rozbójników, którzy ponoć hojnie zlewają ten szlak krwią podróżnych? Nie słyszeliście o karawanach napadniętych i obrabowanych tu, w tej okolicy?

– Słyszeliśmy. – Sielaninowicz wzruszył ramionami, zdjął hełm i wcisnął się na ławę między jasnowłosych synów Północy. – No i co z tego? Nie boimy się żadnych parszywych zbójców. Poza tym większa drużyna tylko by zwróciła ich uwagę. Im mniejsza gromada, tym łatwiej się prześlizgnie.

– Wybacz, wielmożny – szepnął w ucho Mikuły karczmarz, który właśnie pochylał się nad jego ramieniem i stawiał na stole dzban z winem – ale naprawdę nie powinieneś tak trąbić wszem wobec, że wieziesz złoto bilarskiego beja. A jeśli złodzieje mają tu swoich szpiegów?

– Coś mi brzęczy koło uszu! – Mikuła opędził się od niego i udał, że wypatruje jakiegoś dokuczliwego owada. Waregowie znów się zaśmiali. Nalali sobie, stuknęli glinianymi i drewnianymi pucharami i wypili szybko, aż rzadki, czerwony płyn zaczął spływać z wąsów.

– Nieźle chrzczone, tak po prawdzie. – Mikuła skrzywił się, kiedy odstawił puchar.

– Że jakie? – nie zrozumiał wareski naczelnik.

– Nooo, to taki chrześcijański wyraz. Podchwyciłem go od któregoś z nawiedzeńców z książęcej drużyny – od Jegora, Aloszy lub Samsona, już nie pamiętam. Kiedy ktoś decyduje się pokłonić krzyżowi, chrześcijanie witają go w swym stadzie polaniem wodą. Albo od razu kąpią w rzece czy jeziorze. Brrr, już choćby dlatego nigdy nie przyjmę tej wiary! – Mikuła otrząsnął się przesadnie i zarechotał wraz z resztą towarzystwa. – Rozumiesz więc, jeśli ktoś powie, że wino jest chrzczone...

– W moim winie nie ma wody! – odburknął zgorszony karczmarz, ale Mikuła znów tylko odgonił niewidzialnego komara, czym uciszył i odpędził gospodarza zajazdu.

– Posłuchaj, przyjacielu – Mikuła spojrzał zezem na szczodrego Warega – z jakiegoś powodu wydajesz mi się znajomy. Czy myśmy się już gdzieś nie spotkali?

– Owszem, spotkaliśmy się. W Bułgarze. Jestem Einar Sigmarsson i przypłynąłem tu z moimi chłopcami na jednym z helgardzkich drakkarów.

– Pod wodzą Bragiego Halvorssona?

– Uhm.

– Obaj więc walczyliśmy z suwarskim chanem Mutaharem.

– Tylko że każdy na innym placu boju. Kiedy ty z gorynyczami uderzyłeś na sam Suwar i tamtejszą smoczą wieżę, my pod dowództwem Światosława potykaliśmy się z główną armią.

– Tak czy owak, przelewaliśmy krew za wspólną sprawę. Musimy za to wypić.

– Zaiste. Za poległych druhów!

Uśmiechnięta dotychczas twarz Mikuły stężała.

– Za poległych druhów... – Westchnął, w oczywisty sposób ogarnięty przez złe, żałosne wspomnienia. – Za Wołcha, który był dla mnie jak brat. Połknął go suwarski czarny smok, niech mu łuski odpadną i mięso zgnije za życia aż do kości!

Waregowie spoważnieli i napili się w ciszy. Mikuła i bracia z Połocka łykali chciwie, jakby zapomnieli o zamiarze nieupijania się.

– To jak, opowiesz nam o spotkaniu z Wołchem i bitwie w Wilczyńcu? – rzucił Einar, ocierając grzbietem dłoni mokre wąsy. – Chcemy wiedzieć, co się tam naprawdę stało. Reszta gości także, mam rację? – dodał głośniej, tonem wyzwania, oznajmiając, że jeśli ktokolwiek odważy się zaprotestować, natychmiast dostanie po mordzie.

Karczma zaszumiała na znak zgody.

– Opowiadaj, Sielaninowiczu, nie każ się prosić – do próśb przyłączył się nawet stary gęślarz. – Jużem ze sto razy śpiewał i opowiadał tę bylinę. Dla odmiany rad sam posłucham opowieści, zwłaszcza z ust tego, kto jest jej bohaterem.

Brodaty woj z początku kręcił głową i wymawiał się, że nie ma nastroju, ale kiedy już było za dużo zachęt i poklepywania po szerokich plecach, z rezygnacją rozłożył ręce i wstał.

– Dobrze już, dobrze... Ale żeby ten staruszek nie doznał krzywdy i nie słuchał o suchym pysku, nalejcie mu za moje srebro kubek piwa!

Mikuła zdjął płaszcz, chwycił napełniony winem puchar i przecisnął się obok Waregów na skrawek wolnej przestrzeni przy przegrodzie, gdzie siedział też stary gęślarz. Tam wypiął pierś, rozejrzał się po twarzach gości, na których malowało się zaciekawienie, i pokiwał głową.

– Widzę tu i kupców z dalekich stron, więc może między wami znajdzie się ktoś, kto już odwiedził mój ojczysty dregowicki kraj...

– Ja wędrowałem tamtędy przed trzema laty. – Ktoś w tłumie uniósł rękę z pucharem.

– Możesz więc potwierdzić, przyjacielu, że ziemie wokół rzeki Prypeci nie są szczególnie gościnne. Jak okiem sięgnąć, ciągnie się bezkresna równina, pełna mokradeł i zamglonych, wilgotnych lasów. Śmierdzą tam bagienne wyziewy, w zielonym kożuchu na stojącej wodzie roi się od węży, a dzieci, co się urodzą w tej smutnej krainie, kołysze do snu rechotanie żab. I ze mną tak było. Wyrosłem w biednej chłopskiej rodzinie, a moim przeznaczeniem było mozolić się całe życie na tym skrawku suchej ziemi między ślepymi ramionami Prypeci. Za każdym razem, kiedy widziałem, jak rzeką płynęły kupieckie łodzie albo ścieżką nad brzegiem galopowali jeźdźcy, patrzyłem za nimi, póki nie znikli mi z oczu. I rozmyślałem o tym, jak też się żyje w innych krajach – w świetlistych lasach pod Kijowem, na wietrznych stepach w dolnym biegu Sławutyczy, w lśniącym od złota Carogrodzie, nad majestatycznym Itilem – gdziekolwiek poza granicami bezlitosnych dregowickich błot.

Pewnego dnia, kiedy od rana harowałem w polu i burczenie w brzuchu oznajmiało, że już pora na obiad, na drodze biegnącej wzdłuż Prypeci zadudniły kopyta koni trzydziestu bohatyrów...

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki