Opis

W książce opisano 21 śmigłowców wielozadaniowych i przedstawiono ich dane techniczno-taktyczne. Tekst urozmaicają kolorowe fotografie opisywanych maszyn.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 551

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright by Anna Nazabi

ISBN978-83-272-4544-1

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie bądź kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora.

Książka jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwa do osób i zdarzeń rzeczywistych są przypadkowe.

Jej sweter był granatowy. Miała go na sobie tego dnia, gdy widzieli się po raz ostatni. Granat. Nieprzeciętny odcień niebieskiego. Odkąd wyjechała, Leopold nieustannie szukał wokół siebie barwy jej swetra, zupełnie jakbyszukał jej. Nie docierało do niego, że odeszła, chociaż wszelkie próby komunikacji spełzały na niczym. Nie odbierała telefonów, nie odpowiadała na e - maile, jakby nigdy dla niej nie istniał. A przecież łączyło ich uczucie, które mógłby nazwać miłością. Może nie wzniosłą, dozgonną, idealistyczną, ale na pewno zależało mu na Amandzie, na tyle mocno, by mógł powiedzieć jej te dwa słowa, na które czekała większość kobiet. Otwarł oczy, nie spał, tylko słuchał monotonnego głosu nauczyciela, po czym na niego spojrzał. Pan Artur był ich wychowawcą. Pan Artur uczył fizyki. Pasjonat. Tym słowem Leopold by go określił. Nauczyciel aktualnie przepytywał jednego z uczniów, który bezbłędnie odpowiedział na zadanie przez fizyka pytanie. Prawo Newtona. Pierwsze, drugie ...Leopoldowi się te prawa myliły, ale w swojej aktualnej pozycji spoczynku, idealnie je w każdym razie prezentował. Do klasy chodził też z Romanem. Ojciec Romana nosił trumny. Pracował w jedynym zakładzie pogrzebowym, w obrębie kilku mil. Jeden kościół, dwacmentarze i jeden zakład pogrzebowy. To było akurat idealnie wyważone, bo miasto było młode, mieszkańcy młodzi, to i zgonów niewiele. W każdym razie w sypialni, w szufladzie ojca Romana, obok slipów i bokserek, dumnie prezentowały się białe rękawiczki. Wjednej z nich ojciec miał ukryteprezerwatywy. Roman je sporadycznie podkradał, ale i tak nie miał okazji, by skorzystać, bo dziewczyny go zawsze rzucały po pierwszym pocałunku. Do klasy Leopold chodził również z przyjaciółmi z dzieciństwa. Karol, zwany przez wszystkich ZPT, był przystojnym blondynem, o intensywnie niebiskich oczach i zamiłowaniu do zielonych glanów. Ojciec Karola był właścicielem firmy informatycznej, a matka lekarką hipochondryczką, z zamiłowaniem szukającą u swojej jedynej pociechy groźnych chorób. Karol umierał wiele razy i może dzięki temu miał taką wolę walki i pokonywał wszystkich, którzy chcieli zagarnąć mu tytuł najgorszego w szkole. Karol był niepokonany i zawsze też niezmiennie twierdził, że w przyszłości zostanie nauczycielemZPT. Tłumaczenie, że nie ma już tego przedmiotu, na nic się zdawały. Karol tak sobie zaplanował i basta. Zenon, drugi przyjaciel Leopolda, białowłosy, o szarych oczach i skąpym zaroście, nie był tak tolerancyjny i przy każdej nadarzającej się okazji, próbował przekonać Karola, że podstawą egzystencji jest realizm. Niestety Karol rozumiał inaczej.

*****

W holu zakładu pracy należącego do ojca Leopolda, stał mężczyzna w lakierkach i dyskutował na przemian o rzeczach związanych i niezwiązanych z pracą.O pogodzie i wymianie opon, o potrzebie powtórnego zanalizowania rynków docelowych, o siostrzeńcu, który już powinien układać puzzle, ale tego nie robił. O planach na majówkę ianalizie SWOT. Leopold siedział na wygodnej kanapie i czekał na ojca,który był w tej firmie prezesem. Nie było to żadne stanowisko karierowicza – wyjadacza. Ojciec prezesury dorobił się na własnym pocie, nie przez układy i tak zwane „plecy”. Mężczyzna, któremu Leopold przyglądał się ze znudzeniem, trzymał w jednej dłoni czarną teczkę, a w drugiej płaszcz. Był czarnowłosy i średniego wzrostu. Ubrany w garnitur z ciężkiego na oko materiału i wypastowane lakierki. Prezentował sobą wszystko to, czego Leopold nienawidził. Nazwać to można było jednymsłowem.Menadżer. Można było też dodaćdupowłaz, co zapewne nie było niezgodne z prawdą. Czy ten mężczyzna pracował w zakładzie jego ojca? Biorąc pod uwagę treść rozmów, Leopold wydedukował, że tak. Pan z ochrony dzwonił piętnaście minut temu do sekretarki prezesa, uzyskując informację, że zapół godziny skończy się spotkanie. Całe trzydzieści minut, Leopold siedział już i słuchał tego mężczyzny w lakierkach. Zmieniali się tylko jego rozmówcy. Najpierw była to młoda kobieta w szarej garsonce i w wysokich szpilkach. Starała się wciągać brzuch idobrze prezentować. Znał on i takie. Zawsze ich pełno kręciło się wokół jego ojca. Kolejnym rozmówcą pana w lakierkach okazał się starszy pan w ubraniu roboczym, który narzekał na grafik. Jeszcze później zjawili się tacy dwaj z kontroli jakości, z którymipan Lakierek dyskutował o próbnej partii. Obserwację przerwało pojawienie się rozhisteryzowanej kobiety pod czterdziestkę, z kręconymi włosami w kolorze mysim i wiosennympłaszczu do kolan. Kobieta zaatakowała pana z ochrony, że żąda widzenia się z prezesem. Jeden z mężczyzn rozmawiających z Lakierkiem, najwyraźniej poznał tę kobietę, bo podszedł do niej i wymienili uścisk dłoni.

- Naprawdę bardzo mi przykro – powiedział mężczyzna, przyglądając się tej pani z cierpiętniczym wyrazem twarzy.

- Przykro to będzie prezesowi. Mój mąż przepadł, a ja nie odpuszczę, dopóki się nie dowiem, co się stało. Chcę zobaczyć szafkę męża.

- Niech się pani uspokoi. My naprawdę nie wiemy nic więcej, niż to, co pani powiedzieliśmy.

- A pan byłby spokojny, gdyby pana żona nie wróciła z pracy do domu, a jej współpracownicy by opowiadali bzdury. Mój mąż jest osobą zaginioną od wczoraj wieczorem, a pan mi mówi, że ja się mam uspokoić?

Leopolda zainteresowała ta kobieta.

- Opowiadacie mi tutaj o odgryzionym palcu, o tym, że mojego męża karetką odwieziono do szpitala, a jego nie ma w żadnym szpitalu w obrębie kilkudziesięciu kilometrów. To ja się pytam, co jest grane? Jeżeli się tutaj ukrywa - kobieta wybuchła histerycznym płaczem – Jeżeli się ukrywa wypadek…

- Niech się pani uspokoi, na miłość boską – powiedział pan z ochrony, starając się opanować sytuację – Niech pani pójdzie za mną…

-… Nigdzie nie pójdę – weszła mu w słowo - Jeżeli mój mąż miał śmiertelny wypadek na terenie zakładu, a wy to ukrywacie, to ja was ostrzegam – pogroziła panu i pani z ochrony palcem – Że ja wynajmę prywatnego detektywa i się dowiem. Rozumiecie? Dowiem się!

Mężczyzna w lakierkach też się jej przyglądał zogromniałymi oczami, tak jak i Leopold. Przecież to było ewidentnie co najmniej dziwne. Pani z ochrony znów dzwoniła po prezesa, a kobieta stała i czekała. Po wyrzuceniu z siebie tych wszystkich słów i oskarżeń, po prostu zamilkła, pociągając tylko co jakiś czas nosem i ścierając łzy. Ojciec zszedł po pięciu minutach od jej przyjścia. Jego twarz była wykrzywiona troską. Tak, ewidentnie kobieta nie była łatwym rozmówcą i ojciec najwyraźniej wiedział już, co go czeka.

- Pani Krumska – powiedział, podając jej dłoń - Pani pójdzie ze mną, porozmawiamy spokojnie.

- Chce mi pan łapówkę dać na osobności? Chce mnie pan uciszyć? Ja się nie dam tak łatwo.

Ojciec był teraz w konsternacji.

- Pani Krumska, ale to pani chciała ze mną rozmawiać - rozłożył ręce w geście bezradności, a kobieta zaczęła na niego wrzeszczeć, że w tym zakładzie się pracowników jak śmieci traktuje, a ich żony to już w ogóle nie mają prawa głosu.

Leopold słuchał i oniemiał. Bo przecież żony pracowników nie powinny mieć prawa głosu. Powinny? Lakierek zaczął się śmiać pod nosem, przerzucając trzymany w dłoni płaszcz na teczkę. Jedna ręka była mu najwyraźniej potrzebna do zakrycia ust. Kobieta nadal atakowała ojca, że mobbing był stosowany i jej mąż padł ofiarą tego mobbingu, że to przecież nie jest normalne, że mu ktoś palec odgryzł. Że taki odgryziony palec, to nawet nie mobbing, a znęcanie się fizyczne. I w ogóle jak to się mogło stać? Potem mówiła, że ona nie wierzy w tę wersję z palcem i że jej mąż miał zapewne wypadek na terenie zakładu, a oni nie chcą odpowiedzialności ponosić i sobie wymyślili bajeczkę. Że oni nie mają myśleć, że ona jest głupia i w to uwierzy.

- Pani Krumska, możemy porozmawiać na osobności? Ja pani wszystko opowiem, jak to przebiegało - powiedział prezes.

- Nie, tutaj będziemy rozmawiać, przy świadkach. Ja się przekupić nie dam.

-Ja pani nie chcę wcale przekupić!- warknął na nią ojciec, widać już wyprowadzony z równowagi – Było, jak pani powiedziałem przez telefon. Kierownik zmiany wezwał pogotowie i przyjechało. Zabrali pani męża do szpitala. Więcej nie wiemy. Jeżeli pani mąż nie dotarł do szpitala, to ja już nic na to nie poradzę. My stosowną dokumentację mamy. Stwierdzenie wypadku, nasz dział bhp się tym zajmuje. Nie wiemy, gdzie jest pani mąż. Niech pani zrozumie nasz punkt widzenia. Gdyby pani mąż wyszedł do pracy, nie dotarł do niej i zniknął, to też by pani nas posądzała?

- Pan jest bezczelny, ja pana pozwę.

Kobieta była coraz bardziej wściekła.

- Żądam udostępnienia szafki męża! – dodała po chwili.

Ojciec najwyraźniej nie miał siły, by się z nią kłócić, bo zwrócił się do pana z kontroli, by wezwał kierownika produkcji. Chwilę później pielgrzymka w postaci siedmiu osób,szłana inspekcję wspomnianej szafki. Prezes, pani Krumska, dwóch panów z kontroli, kierownik produkcji, Lakierek i Leopold. Wszyscy byli tak zafrapowani, że nikt nie zauważył niestosowności obecności synaprezesa. No może jednak ktoś zauważył, bo pan w lakierkach rzucił Leopoldowi pytające spojrzenie. Na szczęście nie czekał na jakąś reakcję z jego strony, a to zapewne dlatego, że otwarto szafkę męża tej pani, a w niej znaleźli damską bieliznę w kolorze czerwonym,ztonę świerszczyków, trzy butelki wódki i telefon. Telefon od razu zabrała żona, ale sadząc po jej minie skrywał coś, czego ona się nie spodziewała.

- To na pewno szafka mojego męża? Nie poznaję żadnej z tych rzeczy.

- Pani Krumska - chrząknął kierownik i odsunął wiszącą na drzwiach kurtkę roboczą. Za kurtką, wcześniej ukryta, teraz w pełnej krasie, wisiała sobie fotografia pani Krumskiej, z jednym cyckiem na wierzchu, z drugim zasłoniętym tylko dłonią, podczas gdy ta druga zasłaniała jej krocze. Pani Krumska zdecydowanie nie wyglądała jak modelka, ale na pewno była w stroju Ewy. Zdjęcie było natomiast bardzo profesjonalne, niemniej zbyt intymne, by sobie tak po prostu wisiało na drzwiach szafki roboczej. Wywołało też na twarzy pani Krumskiej dwa pokaźne wykwity na policzkach.

- Wrócę tutaj z policją – powiedziała kobieta i praktycznie uciekła z miejsca, dzierżąc w dłoni ten zabrany z szafki telefon.

Ojciec westchnął, po czym upomniał kierownika za ten znaleziony w szafce alkohol. Kierownik się bronił, że on robi raz na jakiś czas inspekcję szafek. Ojciec mu znów wytknął, że Pan Krumski spał i się bez palca obudził, że tak pisało w raporcie, a to jest bzdura wierutna, bo przecież nie można się obudzić bez palca.

- Widać można - zaparzył się kierownik produkcji.

Ojciec przybrał groźną minę.

- Jakby panu ktoś palec we śnie odgryzł, to ja pana zapewniam, że by się pan obudził. No chyba, że ma pan upośledzone odczuwanie bólu. Niech pan mi tutaj takich głupot nie opowiada i na Boga jedynego nie pisze tegow raporcie - ojciec już praktycznie wrzeszczał na tego biednego pracownika.

- Ale on się właśnie obudził i wrzasnął. Ja z nim rozmawiałem, a nie pan, więc niech mi pan nie mówi, jak było – zaparzył się kierownik – Usłyszałem jego krzyk, przybiegłem do szatni i pan Krumski mi powiedział, że się zdrzemnął i się właśnie obudził. No i jak się obudził, to zauważył, że nie ma palca, środkowego z lewej dłoni.

Pan w lakierkach też patrzył na kierownika, jak na kogoś niespełna rozumu.

- Ja się nie dziwię, że się kobieta wścieka. Tutaj ewidentnie coś nie gra, i problem leży po naszej stronie. Bo albo pana podwładni ćpają, bo to też jest prawdopodobne, albo to pan ćpa. Powtarzam po raz ostatni, a pan mnie posłucha ze zrozumieniem. Nie można stracić palca, obudzić sięi dopiero sobie uświadomić, że się go nie ma. Zrozum pan. To jest nielogiczne i niemożliwe, przynajmniej na trzeźwo.

Ojciec zaczął się im przyglądać po kolei, dostrzegając też Leopolda. Mina ojcu zrzedła jeszcze bardziej, ale nie powiedział ani słowa, tylko rzucił Leopoldowi kluczyki swojego Lexusa. Syn uznał, że najlepiej zrobi, jak faktycznie sobie pójdzie. Odwrócił się na pięcie i ruszył potulnie w kierunku wyjścia. Myśli mu się kłębiły, bo to, czego był świadkiem, wyglądało jak scena z jakiegoś serialu komediowego. Facet się obudził bez palca, ten kierownik produkcji w to święcie wierzył. I ten facet bez palca zniknął. Wezwana karetka nie zawiozła go do szpitala, do domu mężczyzna też nie wrócił, słowem zdezerterował po drodze. Wytłumaczeń zresztą nasuwało się wiele. Facet mógł wysiąść z karetki, uznając, że nic mu nie jest, albo ze strachu, bo faktycznie był naćpany. Leopold nie wiedział, czy można sobie tak po prostu wysiąść z karetki, ale chyba można. Jak się karetka przed szpitalem zatrzymała, to facet mógł uznać, że już mu lepiej i tyle. Może go opatrzyli w tym szpitalu, a potem wracając do domu zasłabł. Powinni to byli sprawdzić. Tylko kto? Jego ojciec? Żona tego mężczyzny, ta cała pani Krumska, czy policja? No raczej policja. Leopold otworzyłdrzwi samochodu i rozsiadł się wygodnie. Siedział chwilę, analizując sytuację, w końcu dostrzegł kątem oka, że ojciec zmierzał w kierunku auta. Bardzo dobrze, bo czas naglił, a nauczyciel z fizyki zapowiedział im na ostatniej lekcji, że będzie przepytywał przy tablicy.

- Jeszcze raz – zagroził mu ojciec, siadając na miejscu kierowcy.

- Co jeszcze raz?- spytał buńczucznie.

- Miałeś czekać w holu.

- Oj tam, to bym się nie dowiedział tych wszystkich newsów gorących, nie mówiąc już o tym zdjęciu. Jednak dobryfotograf, to i z maszkarona zrobi modelkę.

- Leopold więcej szacunku dla kobiet. Pani Krumska akurat jest bardzo przystojną kobietą.

Leopold prychnął.

- Jasne. Możemy już jechać? Muszę się jeszcze pouczyć.

Matka go oddelegowała, żeby babcię odebrał z lotniska. Mariola była na Rodos i miała wracać samolotem o szesnastej. Ponieważ nie miał ochoty na samotne spotkanie babci w cztery oczy, Leopold dla odmiany wrobił w to ojca. Ojciec też nie miał ochoty na spotkanie z matką w cztery oczy, więc poprosił Leopolda o asystę. Ot cała historia.

*****

Babcia stawała się coraz koszmarniejsza. Przez jej paplaninę do nocy, Leopold nie tylko się nie przygotował do lekcji fizyki, ale jeszcze w dodatku zaspał. Aktualnie to ziewnął, zwracając na siebie uwagę nauczyciela. Zapewne nowy temat był przerabiany, a on nie słuchał. Zresztą i tak przerabiany aktualnie temat był dla Leopolda niezrozumiały. Nauczyciel się produkował, mocno przy tym gestykulując, a on zaczął myśleć o maturze. Najwyraźniej była dla niego źródłem większego stresu, niżby się przyznawał. Chociaż w tym wszystkim była jedna cudownie urzekając wizja. Mógł na zawsze pożegnać znienawidzone przedmioty i zapomnieć, że ktoś taki jak Edward dwuleworęki istnieje. Takim przezwiskiem ochrzcił Leopold swojegoznienawidzonegonauczycielawychowania fizycznego, chociaż nie dało się ukryć, że sam miał dwie lewe ręce. Szczególnie było to widoczne gdy grali w siatkówkę. Na szczęście Leopold należał do szczęśliwców, którzy nie musieli się martwić przyszłością, ani tym bardziej swoją niezdarnością. Gdyby mu się nie udało osiągnąć upragnionego celu, mógł w ostateczności pracować w firmie ojca. Podstawowym, jedynym, ale niezwykle różnorodnym w swej gamie kolorystycznej produktem, który wytwarzali i sprzedawali w zakładzie produkcyjnym ojca Leopolda, były donice. Kształt też miały różny, ale ojciec mu zawsze powtarzał, że to kolory są tym elementem, który decyduje o sprzedaży. Leopold nie podzielał tej opinii, dla niego liczyła się przede wszystkim funkcjonalność.Tylko,że funkcjonalność donic była zawsze taka sama, czyż nie? W ciągu ostatnich kilku lat, firma jego ojca bardzo się rozrosła i donice w większości były już na eksport. Rodzice zamienili niewielki dom na taki wielki. Leopold swój niewielki pokój na taki wielki. To i tak było dość niesprawiedliwe, bo jego siostra dostała całe piętro. Miała swoją prywatną łazienkę, dwa pokoje i kuchnię. Matka umotywowała tę niesprawiedliwość stwierdzeniem, że Kinga, jego siostra, musi mieć ciszę i spokój, by zostać profesjonalną lekarką. Zenon go aktualnie szturchnął.

- Po szkole idziemy grać w gry na kompie.

- Po szkole muszę iść do domu, bo mamy Kolendę – odpowiedział Leopold.

Zenon nie wyglądał na zadowolonego. Leopold sam wiedział jak to brzmiało, ale naprawdę mieli Kolendę. Akurat lubił, gdy dom poświęcony. Mówią, że czarcie licho nie śpi. Przed maturą i wyborem swojej dalszej drogi życiowej, na pewno nie zawadzi jak kapnie na niego trochę wody święconej.

- To ja wpadnę do ciebie – szepnął mu Zenon – U ciebie pogramy.

- Po kolędzie?

- No, po kolędzie.

Pasowało mu w sumie.

- Pasuje mi – powiedział, dostrzegając kątem oka, że nauczyciel był coraz bardziej niezadowolony.

- Pan Leopold mi odpowie na pytanie – powiedział nauczyciel.

Leopold w klasie był jeden. On. Już w dzieciństwie podejrzewał, że matka go tak naprawdę nie kochała chrzcząc go takim imieniem, poza tym miał bardzo dużo zdjęć z niemowlęctwa, ale one były tylko potwierdzeniem jego tezy. Nie dlatego, że wyglądał na nich jak niekochane i niechciane dziecko. Nic z tych rzeczy. Po prostu przedstawiały obraz zbyt idealistyczny, na pokaz, w celu uwiecznienia dziecka, by się pochwalić rodzinie. Zdjęcia były statyczne, ani w ruchu, ani podczas zabawy. Był uwieczniony siedząc na kanapie, na fotelu albo na podłodze, zawsze na różowym kocyku, z różowym misiem u boku.

- A mógłby pan uprzejmie to pytanie powtórzyć?

- Trzecie prawo Newtona.

Znów ten Newton, ale trzecie prawo było akurat proste. Dwa działające na siebie ciała. I Leopold już mówił panu z fizyki, jakto ciało A działa na ciało B i odwrotnie. No właśnie z kierunkiem odwrotnym to B na to A. Z tym prawem Newtona się akurat zgadzał, ale niesamowicie raziło go, gdy teorie nie miały racjonalnych wytłumaczeń, że musiał przyjmować coś za pewnik, bez dowodu.Zapamiętał jednak ze swojego wcześniejszego okresu edukacji, że polemizowanie z autorytetami się źle kończy, a z martwymi autorytetami się polemizować nie da. Jednak dobrze tym razem odpowiedział. Pan z fizyki był zadowolony.

- Roman też wpadnie – szepnął mu do ucha Zenon.

Tylko nie Roman! Absolutnie nie. Wiedział, że zachowywał się dziecinnie, ale każdy przecież miał swoje małe dziwactwa. Romana do nowego domu zaprosić nie zamierzał. Leopold rozejrzał się po sali, instynktownie czując na sobie wzrok pana z fizyki. Na szczęście rozbrzmiał dzwonek. Ta lekcja była na szczęście ostatnią. Wyszli z klasy jak bydło. Właściwie to powinien był to inaczej określić. Wyparzyli jak bydło. Sam też nie był lepszy i nadział się na Nosa z klasy czwartej anglistycznej. NOS zwany inaczej Lidią. Ciemne włosy, proste i długie. Ciemne oczy, okrągłe i wielkie. Ciemne usta, bo pomalowane. I wielgachny nos, który mógłby stanowić inspirację niejednego artysty. Może Roman by się wysilił i namalował jej portret? Nos był nawet piękny w swej majestatycznej skromności. Lidia zatrzepotała rzęsami i spytała Leopolda, czy może wpaść zakuwać angielski. Ponieważ miał Kolendę odparł zgodnie z prawdą, ale Zenon się musiał oczywiście wtrącić. Zenonowi się Nos podobał. Lidia nie była brzydką dziewczyną, ale dla niego jej styl bycia na dłuższą metę wydawał się męczący. Ciągła czerń i taka sztuczna, upozorowana buńczuczność na twarzy. Lidia lubiła szokować swoim obojętnym podejściem do szkoły i wymagań jej stawianych. Nie wagarowała, ale jej stosunek do nauczycieli był lekceważący. Słowem, nie przepadał za nią. Nieważne były przecież powody. Ludzi się albo lubiło, albo nie. Każdy miał jakieś swoje osobiste preferencje. Leopold lubił Karola, pomimo jego infantylności i Zenona pomimo zbytniej powagi.

- Lidia sorry, ale mam Kolendę. Możemy się zgadać jutro. Powiedzmy u Zenona.

- U mnie nie ma miejsca, coś ty - Zenon przestał gadać z Karolem i się zainteresował.

Mieszkanie Zenona ponoć nie było wcale małe. Leopold go nigdy nie odwiedził, ale przecież dwa pokoje to był standard. Jego przyjaciel miał wprawdzie trójkę braci, jeden już z nimi nie mieszkał, a dwójka bliźniaków była w podstawówce, ale to mieszkanie miało czterdzieści metrów, nie było takie znów ciasne.

- Niech będzie – burknął, bo nie miał ochoty się spierać. Tak z czystego lenistwa.

*****

Leopold wracał ze szkoły, czując na sobie czyjś wzrok. Zdarzyło mu się coś takiego po raz pierwszy. Zapewne to, czego się dowiedział czekając na ojca w holu jego zakładu, zasiało mu w umyśle niepokój i teraz będzie się bał własnego cienia. Ciągle o tym myślał, właściwie to równie często jak o maturze. No bo jak miał zignorować takie zdarzenie niczym z horroru? Może i tandetnego, ale zawsze. Odgryziony palec to raczej nie pierwszyzna. Coś zaszurało i Leopold usłyszał dźwięk tłuczonego szkła. Odwrócił się za siebie, trzymając otwartą dłoń w miejscu serca. Czemu tak się bał? Zrobił trzy wdechy, bo właśnie zza bramy jednej z kamienic wyszedł zapewne bezdomny żul. Leopold odetchnął na jego widok, uznając jednak w myślach, że lokalizacja ich nowego domu nie należała do najciekawszych. Nowo wybudowane osiedle domków jednorodzinnych, graniczyło z jednej strony z terenami przemysłowymi i starymi kamienicami, z drugiej strony znajdowała się autostrada. Rodzice jednak twierdzili, że otoczenie im nie przeszkadza, a ojciec uznawał wręcz kamienice za wspaniałe budowle architektury. Zresztą jego ojciec był rozkochany w takich klimatach. Leopold kontynuował swój marsz, wyciągając z kieszeni komórkę i dzwoniąc do Zenona.

-Co jest?- usłyszał głos przyjaciela.

-Będzie ten Roman? Udało ci się go jakoś zbyć?

-Udało – powiedział Zenon.

- Czyli, że będziemy w dwóch?

-Tak.

- A zostaniesz na noc?

-Leopold będę u ciebie za pół godziny, to o tym pogadamy, bo teraz nie mogę gadać, mam sprawy… - powiedział Zenon i się rozłączył.

Leopold wkładał telefon do kieszeni, gdy znów poczuł czyjś wzrok na swoich plecach. Zawsze śmieszyły go takie zdania w książkach, bo jak można czuć na plecach czyjś wzrok? Ale on czuł. Gęsia skórka pojawiła mu się na rękach i grzbiecie. Przyspieszył kroku, od razu uznając, że powinien się zapisać na siłownię, bo kondycji nie miał najlepszej. Wprawdzie ojciec chciał go latem wyciągnąć w góry, ale to i tak za mało. Powinien regularnie ćwiczyć. Odwrócił się szybko za siebie, bo właśnie mu się wydawało, że usłyszał kroki bardzo blisko za sobą. Ktoś z impetem odskoczył w bok i schował się za kontenerem na plastiki. Leopold zamarł w miejscu. Czy za tym kontenerem znajdował się ktoś, kto go najwyraźniej śledził? Starał się w myślach oszacować swoje położenie. Do domu miał jeszcze z pięć minut marszu, a w okolicy ani żywego ducha, ruch na ulicy też zerowy, bo ona kończyła się przy ich osiedlu i praktycznie nigdzie indziej nie prowadziła. Po bokach straszyły go dodatkowo stare kamienice, które jego ojciec tak uwielbiał. Leopold myślał gorączkowo, co ma robić, gdy znów usłyszał kroki. Mężczyzna w czarnym kapeluszu i lasce w prawej dłoni, przeszedł obok niego wolnym krokiem. To był dla Leopolda sygnał do działania, zresztą podobna okazja mogła się nie powtórzyć. Ktokolwiek go śledził, był nadal schowany za tym kontenerem. Leopold zaczął biec prawdziwym sprintem. Nie miał zamiaru odwracać się za siebie, nie interesowało go, kto to był, ani jakie miał zamiary, bo już uznał w myślach, że to jego plecak stanowił cel. Złodziej zapewne wiedział, że on zmierza w stronę nowego osiedla, bo przecież droga prowadziła tylko w tamtym kierunku. A na tym osiedlu mieszkali bogacze. Leopold zaprzestał swojego biegu, bo znajdował się praktycznie przed bramą domu, która się właśnie otwierała. Najwyraźniej ojciec gdzieś wyjeżdżał. Czarny Lexus już stał na podjeździe a ojciec otworzył szybę i powiedział tylko Leopoldowi, że ma przekazać paniom jak już się przestaną kłócić, że nie będzie go na Kolendzie, bo ma pilną sprawę w pracy.

*****

Na obiad matka Leopolda zrobiła krupniok. Żadna to filozofia. Matka się opuszczała w sztuce kulinarnej. Jak zaczęły się te wszystkie programy reality show o tytuł master chief, to w matkę wstąpił taki duch kulinarny. Leopold pamiętał te bogato zastawione stoły. Wspaniałe dania parowały znad talerzy, przystrojone kawałeczkiem ogórka, plasterkiem cebulki, a gdzieniegdzie wydrążona rzodkiewka. Te czasy minęły. Aktualnie, to ziemniaki plaskiem na talerz, krupniok obok walnięty i kapusta też plaskiem na talerz, w dodatku z pojemnika plastikowego. Cóż, życie toczyło się dalej. Przyjazd teściowej też zwiększył nerwowość jego rodzicielki, bo babka Mariola miała ambicje rozdzielenia ojca z matką na wieki. Jej zdaniem byli źle dobrani, niedopasowani, a praktycznym i jedynym wyjściem z sytuacji miał być rozwód. Nie podzielał zdania babci. Jego rodzice stanowili przykład idealnego małżeństwa, a ich zadowalające pożycie dźwiękami trafiało do jego uszu. Babka miała słuch skopany, więc nie słyszała. Kolenda odbyła się w atmosferze zabawnej życzliwości, z wkomponowanym w tło nakazem miłosierdzia. Wcześniej obie panie pokłóciły się o wysokość datku na kościół. Mariola zarzuciła matce sknerstwo, dając swoją zwyczajową hojność za przykład. Matka nie broniła jej przecież dorzucić grosza od siebie. Prawda? Zaczęła się wojna słowna, a przekomarzaniom się, nie było końca. Finalnie to matce żyła na czole wyskoczyła, a babcię zaatakowały hemoroidy.

- Już po? - Zenon leżał na jego nowym łóżku z prawdziwego drewna, na śmierdzącym materacu z końskiego włosia, z dodatkiem lateksu.

- Tak – potwierdził.

Zenon wstał i zaczął włączać sprzęty. Ciekawe, dlaczego nie zrobił tego wcześniej?

- Zdrzemnąłem się. W dechę masz to wyrko.

- No w dechę. Szkoda, że ten lateks tak śmierdzi okrutnie.

Sam już nie wiedział, czy ten zapach materaca to jego wyobraźnia, czy fakt. Wszyscy wąchali po kolei, łącznie z jego koszmarną siostrą i nic nie czuli, a jego aż dusiło.

- Ostatnia klasa, kurde stary, za szybko to minęło – przypomniał Zenon.

- Niestety – Leopold spojrzał na niego z rezygnacją.

- Dlaczego chodzisz na fakultet z fizyki, skoro jej nie lubisz? - spytał.

Wiedział, że Zenon kiedyś o to spyta. Leopold chodził na fakultet, bo chciał studiować medycynę. Jego siostra w zeszłym roku przegrała walkę o ostatnie miejsca i tym razem miała być jego rywalką, ale na szczęście o tym nie wiedziała.

- Chyba nie chcesz się dostać na medycynę?

- Chcę.

- Ty jednak masz kompleks siostry – stwierdził Zenon.

Oczywiście, że miał kompleks siostry. Kto by nie miał? Siostra dostała całe piętro do swojej dyspozycji. Te różowe kucyki i misie widoczne na kolekcji zdjęć z dzieciństwa, też były zapewne po niej. Bolało go, że rodzice nie dostrzegali w tym niestosowności. Rozumiał konieczność oszczędzania, ale takie dziedziczenie wydawało mu się niestosowne. W szkole podstawowej zauważył już inne niuanse, dedukując, że matka nie chciała syna. Ojciec nie różnicował swych uczuć, matka tak. Później Leopold już miał coraz silniejsze wrażenie, że ona patrzy na niego, jak na niechcianą rzecz.

- Postrzegasz wszystko w tych swoich kategoriach sprawiedliwości, a przecież każdy wie, że siostry zawsze mają lepiej. Bo słabsze, bo ładniejsze, bo to dziewczynki.

- Ładniejsza nie jest. Słabsza też nie.

Zenon głową kiwnął.

- Szkoda, że nie jestem Bi. Byłbyś dla mnie idealną partią.

- A weź przestań.

- To gramy? - Zenon podał mu jego stary joystick – Nie mogę uwierzyć, że ktoś jeszcze tego używa.

Leopold używał. Był przyzwyczajony do swojej palemki. Dla Zenona nabył taki nowocześniejszy. I tak go Zenon nie potrafił ograć. Razem z jego wiekową palemką byli niepokonani.

*****

Na śniadanie dostał breję w kolorze zgniłej zieleni. Bał się spytać, co to jest, ale siostra go bezczelnie poinformowała. Zenon ulotnił się zaraz z rana, bo musiał zawieźć bliźniaki do szkoły, więc minęła go wątpliwa przyjemność skosztowania śniadania przygotowanego przez Mariolę.

- To jest, aby jadalne? – spytał Leopold babcię, która w fartuszku przewiązanym na biodrach podśpiewywała stojąc przy piecu.

- Oczywiście, że to jest jadalne. Najnowszy trend prozdrowotny – Mariola się skrzywiła, zaszczycając go spojrzeniem swoich szarych oczu. Twarz miała pomarszczoną, ale nadal upudrowaną, z podkreślonymi tuszem oczami.

- No, ale… – babcia już dłońmi się otuliła i patrzyła groźnie.

- Jedz. Do szkoły się spóźnisz.

- Nie jestem pewny, czy powinienem. Kinga chyba ma takie samo zdanie.

- Bo już zjadłam pacanie.

Jego siostra zawsze musiał się kłócić, w dodatku tym swoim buńczucznym głosem.

- Nie, nie zjadłaś.

- A skąd niby taki wniosek?

Talerzem pustym mu przed oczami zamachała.

- To żaden dowód. W kiblu mogłaś to spuścić.

- Zapchałby się – zauważyła Kinga.

- Akurat. Nie zjem tego - powiedział Leopold.

- Przecież lubisz kaszę manną.

Na twarzy babci zagościł wyrzut.

- Nie z algami. Wybacz babciu – wstał od stołu i chciał podejść do lodówki, ale Mariola mu drogę zastawiła.

- To będziesz głodny. Twoja sprawa.

- To będę!

Potrafili go wyprowadzić z równowagi. Niezrównoważona psychicznie rodzina. Sam zresztą zawarczał na babcię, jak ich buldog Sonia. Musiał bardzo mocno nad sobą panować, żeby przetrwać dzień bez ataku. Buldog był już dawno martwy, ale on tego warczenia Sonii nie potrafił zapomnieć, skoro wychodziło mu naśladownictwo. Nawet pies rozumiał, że z tą rodziną nie było wszystko w porządku. Leopold wychodził już z kuchni, gdy dostrzegł, że siostra mu język pokazała. Czasami miał wrażenie, że go podmienili w szpitalu. Ubrał buty i kurtkę, a plecak zarzucił na ramię. Zaplanował już w myślach zakup drożdżówek w piekarni, bo nie cierpiał jak mu w brzuchu burczało na lekcji. Kiedy ta Mariola miała zamiar się wynieść? Oby dzisiaj. Wyszedł szybko, bo Zenon dał mu sygnał, że już czeka na niego w aucie. Jak zwykle zaparkował zaraz obok bramy. Ciekawe, że rodziców Zenona było stać na auto. Czwórka dzieci, dwupokojowe mieszkanie, a Zenon autem jeździł. Leopolda jednak cieszył taki stan rzeczy, bo nie musiał korzystać z komunikacji miejskiej, prawie zawsze szwankującej. Do rozkładów jazdy podchodził tak, jak jego ojciec do prognozowanych wyników finansowych. Słowem, z powątpiewaniem. Leopold włożył dłonie do kieszeni spodni, żeby sprawdzić, czy nie zapomniał drobniaków. Na szczęście kasa dla Zeonona zabrzękała mu w dłoni. Leopold zawsze tłumaczył przyjacielowi, że daje więcej, żeby uwzględnić amortyzację auta. Z takim niewielkim sponsoringiem było mu lżej na duszy. Zenon nie lubił się przyznawać do swojej biedy, więc tylko dobrze umotywowany datek mógł bezboleśnie przełknąć.

- Angol dzisiaj powtarzamy – powiedział Zenon i odpalił silnik.

Leopold nie zamierzał z Nosem przebywać, w dodatku powtarzając angielski. Musiałby się z tego wyplątać. Zenon był niestety urzeczony Lidią, ale Leopold nie wierzył, że ze swojej własnej woli, w którą nie ingerowały siły nieczyste. Lidia była obeznana w czarach i magicznych rytuałach. Na pewno też miała receptę na jakiś miłosny napój.

*****

W klasie, po dzwonku, nadal panował gwar. Nic się nie zmieniło nawet po pojawieniu się nauczycielki. Dopiero jak przyłożyła w stół masywnym podręcznikiem, to młodzież się uspokoiła.

- Pan Leopold nam wiersz przeczyta - powiedziała pani z polskiego i rzuciła mu promienny uśmiech.

Nie miał nic przeciwko tej kobiecie. Koledzy z klasy wiecznie czuli się urażeni. Dla niego jej uśmiech był na tyle rozbrajający, że mógł przymknąć oko na inne niedostatki i wady charakteru. Na jej zbyt wysokie wymagania, nadmierną skrupulatność i oczywiście tolerowanie Romana, który ciągle raczył ich malunkami na tablicy. Mogłaby pastę do zębów reklamować. Leopold naprawdę widział te błyski między zębami, gdy ona się uśmiechała. Geograf miał dla odmiany paskudne uzębienie. Od razu by go zidentyfikowali po szczęce. Zamiast jedynki wyrósł mu kieł, a w miejscu kła najprawdziwsza szóstka. Ktoś musiał temu geografowi nieudolnie koronę włożyć. Rany boskie, jak jego polonistka się uśmiechała. Geograf też nie należał do marudnych ludzi i uśmiechał się hojnie. Może był dumny z tej swojej szóstki w miejscu kła? Ludzie cenili sobie indywidualizm, nikt nie zamierzał ginąć w tłumie i być takim cieniem człowieka, nie rzucającym się w oczy i przeciętnym. Ludzie byli też z różnych rzeczy dumni, że seplenią byli dumni, że aparat na zębach noszą. Znów go pochłonęły własne myśli i pani przypomniała Leopoldowi, że miał czytać wiersz. I przeczytał. Piękny był ten wiersz. Nauczycielka z polskiego mu kiedyś powiedziała, że powinien rozwijać swój talent aktorski. Kiedyś rozwinie, jak mu przyjdzie się przed matką i ojcem przyznać, że jest biseksualny. Wtedy rozwinie swój talent aktorski.

- Gdyby na maturze wystarczyło wiersz przeczytać, to byś miał szóstkę murowaną – powiedziała mu jeszcze nauczycielka i Karolowi kazała czytać.

Wszyscy im ciągle przypominali o tej maturze. Matura to, matura tamto, jakby ona jakąś osobą była. Jego siostra zdała na same piątki, ale Leopold nie wierzył, że uczciwie. Chodziła w klasie maturalnej z takim Damianem, którego ojciec był w kuratorium. Leopold nie chciał jej bezpodstawnie oskarżać, ale jego siostra nie wykazywała szczególnych uzdolnień w żadnej dziedzinie. Nigdy nie miała dobrych stopni, a tu nagle zdała na same piątki. Wprawdzie nie pisała matury rozszerzonej, ale i tak jej wyniki były imponujące w porównaniu chociażby z jego zeszłorocznym świadectwem, na którym znalazła się dwója i jedna trója. W tym roku miało być podobnie. Dwója z wychowania fizycznego. Złej oceny z tego przedmiotu, to ani matka przetrawić nie umiała, ani ojciec. Nie wystarczały im tłumaczenia, że pan wuefista się na niego uparł, co rzeczywiście było prawdą. I to wszystko przez głupią koszulkę. Raz ją jedyny założył. Na koszulce była jego twarz, a nad jego głową, na tej koszulce, napis - I am a champion. Mieli w tym dniu skakać przez kozioł. Gdy przyszła jego kolej, wuefista się zaczął śmieć i powiedział, że jak ładnie skoczy to dostanie tytuł C.I.B.P. I, wszyscy się z niego wówczas śmiali, nawet Zenon. Od tego czasu wuefista go wzrokiem miażdżył i ciągle go do najgorszej drużyny przydzielał. Do wszystkiego się przyczepiał, że źle rzucił piłkę, źle odbił, krzywo przewrotkę zrobił, niestabilnie na głowie stał. A jak można stać stabilnie na głowie? Wuefista życie mu uprzykrzał cale dwa lata tak, że Leopold już nie miał szans na poprawę tej dwói.

- Karol duka. Zauważyłeś? – szepnął mu do ucha Zenon – On jeszcze czytania nie opanował. Masakra jakaś.

Karol faktycznie dukał. Pani już miała taki wyraz twarzy, jakby cytrynę jadła.

- Po co ona nam karze czytać?

Zenon wzniósł ramiona. Nie wiedział, po co.

- Nos do mnie przyjdzie angielski kuć.

- Wiem – powiedział Leopold - Ale ja nie mam czasu dzisiaj.

- Nie musisz nas tak ostentacyjnie samych zostawiać. No przestań – zaparzył się Zenek.

- Jakoś za Lidią nie przepadam. Jej towarzystwo mnie peszy.

- Bo ty się boisz, że ona cię jakąś klątwą czarno magiczną potraktuje.

- Uroki to fakt. Ja tam wolę z daleka. Strzeżonego Pan Bóg strzeże.

- Co się tak boisz? Pewno sam wlazłeś księdzu w strumień, jak ci dom wodą święconą pryskał.

- Nie bądź taki dowcipny.

Karol przestał dukać i Roman poszedł do tablicy.

- A ten, co znowu? - Zenek się zastanawiał.

Tyle lat z Romanem do klasy chodzili, a Zenon się zastanawiał, po co on do tablicy podszedł. W czytanym przez Karola utworze było słowo warzecha. I teraz tę warzechę, Roman im namaluje na tablicy. Dlaczego on wybierał same takie dziwne słowa? I Roman namalował. Pani już się przestała denerwować na te przerywniki. Tego się wytępić nie dało, jak zarazy.

*****

Ojciec był nie w sosie, bo nie dość, że mu policja węszyła na zakładzie, to jeszcze detektyw. Pani Krumska się uparła przy swoim i zrobiła, co obiecała. Ten detektyw miał skromną gażę, bo to, że śledzi, widoczne było jak na dłoni. Przynajmniej tak twierdził ojciec. Musiał go ten detektyw nieprzyzwoicie wkurzyć, skoro starszy pojawił się w domu o tak wczesnej porze. Może takie były te nowoczesne metody śledcze, że nie wymagały dyskrecji, a wręcz przeciwnie. Detektyw nazywał się Rzepca i miał około pięćdziesiątki.

- Jak zaparkowałem samochód przy zakładzie, to ten gość się krył właśnie za naszym dostawczakiem – żalił się ojciec - Nie dość, że policja mi węszy na zakładzie, to teraz jeszcze dodatkowo ten detektyw mnie wkurza swoją obecnością.

Ojciec faktycznie musiał być wściekły, bo jadł to zaserwowane przez Mariolę danie, jakby to co najmniej był jakiś rarytas. A nie był, tego Leopold mógł być pewny. Naprawdę zdarzały się niespodziewane sytuacje w jego życiu, ale to, że babcia ugotuje coś smacznego, byłoby dla niego większym zaskoczeniem, niż apokalipsa.

-To jest faktycznie dziwne - skwitował Leopold, patrząc na ojca zajadającego się potrawą, będącą czymś pomiędzy bigosem a kapuśniakiem. Nie miało w każdym razie konsystencji ani zupy, ani dania głównego. Swoją drogą kapuśniaku się chyba zepsuć nie dało, bigosu też nie. Podszedł do wielkiego gara przy piecu i nałożył sobie płytką chochlę.

- A matka w pracy? Pewno ma z tonę pozwów rozwodowych. Zima idzie, trzeba się rozwieść, żeby można sobie do wiosny nową gołąbeczkę przygruchać – powiedział, siadając obok ojca i kosztując kapustę.

- Leopold nie bądź sarkastyczny. Matka ciężko pracuje.

- No pewnie, przecież potrzebujemy pieniędzy, długi, kredyty, udam, że nie wiem nic o tych trzech samochodach w garażu, wartych łącznie z ponad milion.

- O co ci chodzi? - ojciec spojrzał na niego z powagą - Raczej nie potrzebujesz już mamusi, by cię do piersi przytuliła.

- Ani ty żony, jak widać.

- Przeginasz - ojciec patrzył gniewnie.

Właściwie to Leopold nie miał już ochoty na żadną rozmowę, poza tym danie Marioli było obrzydliwe. Wstał i po opróżnieniu do kosza zawartości talerza, wyszedł z kuchni.

*****

Następnego dnia Leopold miał swoją zwyczajową sesję u psychoanalityczki. Nawet je lubił, bo dzięki nim powoli oswajał się z odrzuceniem przez Amandę. Flora jak zwykle kazała mu się odprężyć. Niby się odprężał, ale był jednak spięty. Nie potrafił tak na zawołanie zaordynować swojemu ciału luzu. To tak nie działało. Bo albo człowiek był zrelaksowany, albo nie był.

- Leopold spróbuj się odprężyć.

- Tak, spróbuję.

- Wprowadzę cię dzisiaj w stan hipnozy. Odpręż się i patrz na mój zegarek.

Zegarek na łańcuszku i jej monotonny głos. Ciągle coś mówiła, pomyśl, przypomnij sobie, zapamiętaj, cofnij się, wróć. Co widzisz? Leopold nie zauważył, kiedy to się stało, a był już wspomnieniami we wczesnym dzieciństwie. Chwilę później zapanował mrok. Woda pojawiła się dookoła niego i stan nieważkości przywołujący zapomniane obrazy i uczucia. Zegar tykał, a ten dźwięk był podobny do bicia serca. Leopold otworzył szeroko oczy i patrzył się na embrion obok niego, który poruszał dłonią, próbując łapać wodę. Zamknięte powieki, małe rączki, pofałdowana skóra i bardzo długie paznokcie u nóg. Nagle z ust embrionu wysunął się długi język i Leopold wybudził się z wrzaskiem. Ledwo łapał oddech, a Flora patrzyła na niego w szoku, ona się nie spodziewała takiej reakcji. Podała mu papierową tytkę, żeby do niej oddychał, ale nie pomogło. Leopold się dusił. Flora musiała wstrzyknąć mu zastrzyk, żeby się uspokoił, a do jego płuc napłynęło powietrze. Pół godziny później leżał na kanapie, a ona stawiała przed nim kubek z herbatą na mały okrągły stolik. Czy miał bliźniaka? Leopold patrzył na Florę szeroko otwartymi oczami. Czy to było możliwe? Co się z nim w takim razie stało? Czy umarł? Ten język, te paznokcie, to ciało. Leopolda przeszył dreszcz. Śmierć jednego z bliźniąt, wada genetyczna, potworne zniekształcenie i ten dziwny język. Czy zdarzały się takie przypadki? Na pewno. Jedno z bliźniąt zawsze było słabsze.

- Co widziałeś Leopold? – spytała psychoanalityczka ze szczerym zainteresowaniem.

Nie chciał jej tego powiedzieć. Flora była przyjaciółką matki, a on nie zamierzał zdradzić się z tym, co odkrył. Na pewno nie jej. Musiał spytać ojca. Był jedyną osobą w rodzinie, której Leopold ufał. Flora nadal patrzyła na niego przeszywającym wzrokiem.

- Widziałem, jak oblewam maturę – powiedział i napił się herbaty.

*****

Gdy wrócił z sesji, Mariola nadal panoszyła się w ich domu. Matka nie wróciła jeszcze z pracy i pewnikiem nie zamierzała przed ósmą. Ojca też nie było. Brali ją z matką na przeczekanie. Jak zawsze. Rodzice dupę w troki, a dzieci cierpiały katusze. Mariola mu usmażyła kotlety sojowe i zaserwowała jakąś sałatę. Matka z ojcem zajadali się kebabem albo czymś lepszym, zaserwowanym w jednej z tych drogich restauracji, a Leopold miał jeść kotlety sojowe. Wielce zapracowani. Na pewno symulowali. Zawsze to samo. Dobrze, że Mariola przyjeżdżała tylko raz w roku. Swoją drogą Leopold miał nadzieję, że tym razem babcia przeniesie się do hotelu.

- Ta soja, mam nadzieję niemodyfikowana?

- Ale, o co tobie chodzi?

Babcia stanęła przed nim w rozkroku.

- Babcia dobrze wie, o co mi chodzi.

- Dziecko. Soja to soja. Zdrowa jest i syta.

Ciekawe, że soja była nagle taka zdrowa. Gdzieś przeczytał w Internecie, że jedzenie soi wpływało na żywotność plemników. Aktualnie nie powinno mieć to dla niego znaczenia, ale bez względu na pobudki, żadnej soi jeść nie zamierzał. Poza tym wspomnienia z okresu płodowego, które odżyły w nim podczas sesji u Flory, totalnie pozbawiły go apetytu.

- Nie będę jadł. Idę do pokoju.

Babcia szykowała ripostę, a wybuchła płaczem. Odwrócił się w jej stronę, obserwując spływający jej z łzami tusz. Czarne strużki znakowały jej oba lica, sprawiając, że wyglądała niezwykle żałośnie.

- Ja wam w ogóle nie jestem potrzebna. Wy byście chcieli mnie już do ziemi pochować.

- Ale babciu...

- Wy byście mnie skremowali nawet, żeby na czuwanie nad trumnę nie musieć przychodzić.

Denerwowały go takie insynuacje, nie poparte niczym, poza kunsztownym wyrzutem. Tego nie lubił u kobiet, wyolbrzymiania i robienia tragedii z pesymistycznych urojeń. Nie rozumiał, jak można najpierw coś sobie wmówić, a potem konsekwentnie, do bólu, przekonywać samego siebie, że jest to prawda. Zachowanie babci było tego przykładem. Założyła z góry, że rodzina życzy jej śmierci. To jedno. Ale babcia poszła jeszcze o krok do przodu, zarzucając im niezadbanie o należyty pochówek. Tak się przecież nie dało żyć. Babcia wyszła z kuchni, by oddawać się rozpaczy w drugiej części domu. Zapewne chciała przywołać z piętra siostrę, bo jej szloch był coraz donośniejszy. Nie lubił grania na emocjach w tak marnym wykonaniu, ale chwilę później też wyszedł z kuchni, żeby sprawdzić, dlaczego w sekundę zrobiło się cicho. Babcia ubierała buty w korytarzu. Nawet walizkę zdążyła spakować. To musiała akurat zrobić podczas lamentowania, no chyba, że ta walizka była pusta. Nie chciał jej tego udowadniać, ani sam się przekonywać jak było naprawdę, więc nie proponował pomocy gdy ją chwyciła i ostentacyjnie podeszła do drzwi.

- Babciu, a ty wyjeżdżasz? - zapytał tylko zaczynając się martwić, że ona faktycznie nie symulowała.

- Wyjeżdżam. Nie szanuje się mnie w tym domu.

Naprawdę źle się z tym poczuł. Wszyscy mu będą wdzięczni, że babcia się wyniosła, ale tak obiektywnie na to patrząc, dlaczego to zawsze on miał być tym najgorszym. Matka powinna ją wyprosić, albo ojciec.

- Babciu nie mam apetytu, bo się zakochałem nieszczęśliwie.

Nieczyste zagrania bywały skuteczne. Mariola na niego spojrzała.

- A w kim?

- W Karolu.

Tafla jeziora może być granatowa, w zależności od tego, jak promienie słoneczne ją oświetlą. Niebo bywało granatowe. Jeansy i wyświetlacz jego smartfona też. Jego ulubione cukierki były w granatowym sreberku i z marcepanem.

- Karol to chłopak.

Cudownie przemyślany wniosek. Babci należały się brawa.

- Mężczyzna już raczej.

Poprawił ją, żeby nie była taka z siebie dumna. Głupota też niezmiennie go wkurzała.

- Leopold, ale od kiedy?

- Od zawsze dla ścisłości.

- Miałeś dziewczynę.

- Żeby życie miało smaczek, raz dziewczynka raz chłopaczek.

Powinien był sobie darować to urocze powiedzonko.

- Twoja sprawa – powiedziała babcia, ale ściągnęła buty – Rodzice wiedzą?

Chociaż raz Mariola zachowała się z klasą. Brawa, brawa dla babci. Za ten spokój z jakim przyjęła od niego ten prawdziwy dowód zaufania.

- Czyli że nie wyjeżdżasz?

- Nie.

Wrócił do kuchni, żeby wygrzebać sobie z lodówki coś do jedzenia. To, że nie miał apetytu, nie znaczyło, że zamierzał umrzeć z głodu.

- Dla mnie coś się znajdzie? - usłyszał głos siostry.

- Możesz moje zjeść – wskazał jej palcem na swój talerz - Ja nie jestem głodny.

- Obśliniłeś. Ja nie wiem, jakiego ty tam obleńca hodujesz. Wybacz.

Westchnął. Musiałby zrobić siostrze wykład na temat możliwych metod zarażenia się takim obleńcem, ale nie miał na to sił.

*****

Zenon nie podziela jego zdania na temat soi. Przez Internet rozmawiali. Zenon zaklikał do niego rozanielony, że był naprawdę bliski pocałowania Lidii.

- Ona miała super krótką spódniczkę i kozaczki – uszczegółowił.

- Jezu – skwitował Leopold.

- Ty w ogóle nie dostrzegasz, jakie ona ma zgrabne nogi.

- Nie jest to porywający widok jak dla mnie.

- Ale Amanda też była niezła – zauważył Zenon.

- Możemy o niej nie rozmawiać. To przeszłość.

- Nadal się nie odzywa?

- Nie odzywa się – powiedział Leopold.

- Dramatyzujesz.

Kolejny. Ciekawe, która z jego wypowiedzi nasunęła mu taki wniosek?

- Myślisz, że ktoś się przejmuje takimi sprawami. Pierwsza, druga, trzecia. - Karol się do nas dołączył, ale posiedział dwie godziny i poszedł do kina. Musiałbyś do niego wpaść przez weekend. Jego coś trapi.

- A co może trapić Karola? Kolejna dziewczyna go porzuciła?- zadrwił Leopold.

- To chyba coś gorszego. W kinie był na dramacie.

- Strach się bać, ale dobra, wpadnę do niego jutro.

*****

Karol miał na sobie granatową koszulkę. Ten granat Leopolda prześladował niezmiennie od dwóch lat. Westchnął tylko i zaczął ściągać buty, co okazało się nie lada wyczynem, bo w domu Karola znajdował się bardzo wąski korytarz, a przyjaciel najwyraźniej uznał, że ta czynność, którą wykonywał Leopold, wymaga wnikliwej analizy i całej jego uwagi, tak, że stał nad nim i asystował stojąc. Swoją drogą architekt, który im zrobił projekt domu, musiał być fanem Alternatyw. W dodatki na ścianach wisiało z czterdzieści ramek ze zdjęciami. Potęga kiczu była przereklamowana.

- Czemu wy wieszacie zdjęcia na ścianach? To wygląda wieśniacko - spytał Leopold.

Już wcześniej chciał o to spytać, ale łaskawie milczał. Karol wzruszył ramionami i odpowiedział, że nie wie.

- A kto je robił?

- Ja, matka, różnie.

- Tobie faktycznie coś dolega.

Poszli do pokoju Karola. Odkąd firma jego ojca się rozrosła i przynosiła olbrzymie zyski, dom Karola nie wydawał mu się już taki luksusowy. Ale to nie luksus tworzył dom szczególnym. Nowo wybudowaną willę rodziny Leopolda urządzała jakaś znana dekoratorka, a wystrój był kompletnie bez wyrazu. Zimny i obcy. W domu Karola czuł kiczowaty dotyk miłości, ale przynajmniej coś czuł. Drwił wprawdzie z tego, ale bardziej z zazdrości niż faktycznego zniesmaczenia. Taki słoik, który stał na półce w pokoju Karola też do niego przemawiał. Leżały w nim zeschnięte kwiaty. Wielokolorowe wypełnienie słoja i sam ten słój, było tak kiczowate, że aż strawne. Od kiedy to w ogóle Karol miał taki barwny pokój? I ta kapa na łóżku? To był patchwork. Naprawdę fatalnie.

- Coś się chyba przytrafiło temu wnętrzu – zauważył Leopold.

- Matka – westchnął znów jego przyjaciel.

- Mój teren, moje zasady. Nie tak to działa?

- Mój rak, jej zasady – powiedział Karol.

- Znowu? Co tym razem?

- Tym razem chyba jest prawdziwy.

Leopold siadł na kanapie. To dodane chyba, było pocieszające.

- Ale badania ci robili?

- Robili.

- I co na to matka?

- Że w porządku.

Westchnął z ulgą. Trochę mu jednak puls przyspieszył.

- To, co mnie straszysz - przywalił Karolowi poduszką, która aż się o to prosiła swoją za małą poszewką. Wyglądała jak napompowana. Karol usiadł obok niego.

- No właśnie, że nie jest ok. Matka nigdy nie mówiła, że jest po prostu ok. Było w miarę, nieciekawie, do powtórki za jakiś czas i do powtórki natychmiastowej. Nigdy nie było w porządku, ani tym bardziej ok. Matka też nigdy nie zachowywała się jak teraz. Ona mi pokój ozdobiła i dała tę koszmarną narzutę. Każe mi na życie patrzeć z uśmiechem. Wczoraj mi powiedziała, że jestem młody, że powinienem się każdą chwilą cieszyć, bo życie mi tak szybko ucieknie.

To raczej wskazywało, że matce Karola się coś przytrafiło, a nie jego przyjacielowi.

- Twoja matka się dziwnie zachowuje?

- No przecież mówię.

Karol był jasnym blondynem o niebieskie oczach i ślicznej twarzy. Zenon też miał jasne włosy, ale bardziej białe, niż żółte. Albo jakaś wada genetyczna, albo Zenon za dużo myślał. Karol był drobny i sporo niższy od Zenona. Leopold nie miał ochoty oglądać swojego drobnego przyjaciela w trumnie, w dodatku niesionej przez ojca Romana. Absolutnie mu ta wizja nie pasowała.

- Masz jeszcze jakieś przykłady, poza słojem i narzutą? – zapytał.

- Kwiaty wszędzie. Ona zaczęła kupować takie świeże. Ciągle się do mnie uśmiecha, jakby mi chciała osłodzić moje ostatnie dni na tej ziemi. To jest straszne.

- Coś jeszcze dziwnego?

- Z ojcem się ciągle kłócą. Pewno jak są sami, to jej nerwy puszczają. Przede mną udaje, a przed ojcem wymięka.

- No, ale nie sądzisz, że gdybyś był chory na raka, to byś musiał mieć jakąś terapię?

- Myślę, że jest za późno na terapię. Matka się mnie często pyta, czy się dobrze czuję.

- To znaczy?

- Karolu, a miałbyś siły na to, czy tamto. Albo wczoraj. To było mistrzostwo. Karolu a bóli wzrostowych ty nie masz? Jakbym był czterolatkiem.

- Mistrzostwo to nie było. Fakt, czterolatki mogą mieć bóle wzrostowe, ale to raczej przypadłość nieco starszych dzieci.

Karol spojrzał na niego z mordem w oczach, więc się zamknął.

- Zrozum ideę. Ona takie podchody robi, wypytuje mnie ciągle o samopoczucie.

- I myślisz, że by cię nie ciągali po lekarzach? No wiesz. Innowacyjne terapie wszelakie, znachorzy. Jakoś mi to nie gra.

Karol też zaczął nad tym myśleć.

- Chciała mnie zabrać na pijawki tydzień temu, ale powiedziałem, że po moim trupie. Matka wówczas pobladła.

Pogłaskałby Karola po głowie, ale mogłoby to zostać źle odczytane.

- Karol, a nie możesz jej otwarcie spytać?

- A zrobiłbyś to za mnie?

- Pewnie.

- Podczas kolacji?

- Jest godzina pierwsza.

Lubił towarzystwo Karola, ale nagle mu się śpieszyło, żeby mieć tę niewiedzę z głowy. Wizja niesienia trumny z Karolem przez ojca Romana, stawała się coraz wyraźniejsza. Jego wyobraźnia już zaczęła płatać mu figle. Niby podświadomie wiedział, że to nie jest możliwe, ale nutka niepokoju brzdękała mu przy uchu. Uznał, że od razu wyjaśni to nieporozumienie. Swoją drogą Karol jak zwykle udowodnił, że jest dorosłym mężczyzną. Czasami miał wrażenie, że jego jajka się ścięły. Wyszedł z pokoju i zszedł po schodach na parter. Leopold nie lubił w samotności chodzić po czyimś domu, to się zaliczało do wścibstwa i było w złym tonie. Matki Karola nie odnalazł w kuchni, ani w salonie, ani w łazience. Pukał ze dwa razy, ale bez rezultatu. Do sypialni nie odważył się dobijać, od razu skierował więc swoje kroki w kierunku ogrodu. I tam ją znalazł. Nie była sama, tylko z niskim mężczyzną w wieku jego babci, z którym ochoczo wymieniała ślinę.

- Karol nie masz raka, ale twój ojciec ma rogi.

Powiedział od progu, gdy wrócił z parteru i wpatrywał się w zmieniające się oblicze przyjaciela. Karol momentalnie wwiercił też w niego swój wzrok.

- Twoja matka się całuje z jakimś starym gościem w ogrodzie. No wiesz, w tej tajniackiej altanie na tyłach domu – uszczegółowił.

Karol wystrzelił się jak pocisk w kierunku ogrodu. Leopold nie był w stanie za nim nadążyć. W dodatku Karol nie zamierzał być tak dyskretny jak on. Właściwie to Karol w ogóle nie zamierzał być dyskretny. Wbiegł do ogrodu na kulminację sceny prawie rozbieranej. Matka momentalnie zastygła w bryłę gipsową. To samo się tyczyło tego gościa, będącego wujkiem Karola.

- A ja myślałem, że mam raka – zawarczał Karol na matkę – Jak mogłaś mi to zrobić. Tygodniami nie sypiam. Myślałem, ze umieram.

- Ale...Dlaczego?...Dlaczego ty jesteś w domu?

Matka nie zrozumiała.

- Co dlaczego? Co dlaczego? – Karol kontynuował rzewny wywód - Ja myślałem...A ty się po prostu gździsz.

- A to wcale nie tak źle? – matka zapyta totalnie zszokowana, a dłońmi zasłoniła odkrytą pierś.

Leopold czuł się niezręcznie, tak stojąc za Karolem. Jego obecność w tamtym miejscu była tak potrzebna jak piąte koło u wozu, nie przemyślał tego. Teraz matka Karola wiedziała, że był zamieszany. Jego przyjaciel zaczął nagle skakać do góry ni z gruchy, ni z pietruchy, jakby był jakąś sprężyną. Leopold zaczynał się martwić o jego zdrowie psychiczne. Sam chodził do psychoanalityka, a czasem miał wrażenie, że był najnormalniejszy z nich wszystkich.

- Karol chodź.

Nie wytrzymał tego. Karol oddalił się skocznie. Po schodach też wskakiwał, a Leopolda szlag trafiał. Kiedy Karol będzie miał dzieci, one na pewno w tatusiu autorytetu mieć nie będą, Leopold właśnie uznał, że żona Karola będzie musiała to wziąć na swoje barki.

- Kocham cię normalnie – Karol był gotowy się na niego rzucić.

Wprawdzie hormony Leopolda buzowały, ale to nie był dobry moment na nic innego, poza spokojną ewakuacją. Karol uznał w efekcie, że przyjaciel ma rację i nawet był potem wdzięczny Leopoldowi, że pozwolił mu w samotności pomyśleć, co zrobić z posiadaną wiedzą o zdradzie matki.

*****

Dowiedzenie się, że zamiast śmierci będzie rozwód rodziców, to niecodzienna wiedza. Zresztą o rozwodach Leopold słyszał na okrągło. W klasie, w autobusie, ciągle ktoś o tym wspominał. Jego siostra też podejrzewała rodziców o zdradę. Tak na zmianę, raz ojca, a raz matkę. Dlatego właśnie Leopold był ostrożny i po nieudanym związku wolał się na razie nie angażować. Jego relacje z Karolem były takie pół na pół. Ni to przyjaźń ni to kochanie. Karol zawsze umawiał się z dziewczynami, dopiero jak Amanda wyjechała, coś zaczęło ich ku sobie przyciągać i w końcu się przyciągnęli. Orbitowali wokół siebie, naprzemiennie zbliżając się i oddalając. Leopold nie czuł się zagrożony przez te wszystkie dziewczyny, które otaczały Karola, bo ich związek był, jaki był. Miewał wprawdzie czasami napady zazdrości, ale je skutecznie zwalczał, poza tym, Karol też nie wydawał się mieć coś przeciwko jego zainteresowaniu dziewczynami. Wchodził już do domu, gdy nasunęła mu się potworna myśl - A co, jak Karol trafi na stałą dziewczynę, której akurat zacznie przeszkadzać taki stan rzeczy? Leopold nagle zrobił się głodny i zszokowany własnymi myślami. Wybór. Teraz go nie było, bo ani on, ani Karol nie mieli dziewczyny na poważnie. A co jak takowa się faktycznie pojawi? Ściągnął buty, ubrał klapki i wszedł do kuchni, celem namierzenia jakiejś przekąski, a dostał w twarz zasłyszaną rozmową.

- Może jest biseksualny – mówiła Mariola – Powinieneś z nim porozmawiać. Sądzę, że to nawet objaw stresu przed maturą. W końcu, żeby się dostać na medycynę, trzeba się trochę napocić.

Czy Mariola mu nie mówiła aby, żeby się do tego nie przyznawał?

- Nie ma szans – napuszyła się siostra – Jest za cienki.

Czy oni sobie konwersowali o jego preferencjach? Mariola z ojcem i jego koszmarną siostrą? Nigdy by nie przypuszczał, że poczuje jak mu się krew w żyłach gotuje.

- To się okaże. Ja myślę, że szanse na medycynę ma duże. Leopold jest inteligentny i pracowity – powiedział ojciec.

- Ale to ja będę studiowała medycynę. On się nie nadaje.

- O tym raczej nie ty decydujesz – powiedział ojciec – Zamiast tutaj konwersować, powinnaś się uczyć. Co to jest retikulum endoplazmatyczne?

- Dopiero zaczynam zakuwać biologię. Z chemii mnie spytaj – odburknęła siostra – Chemię mam lepiej opanowaną. A te dwa przedmioty są równoważne. Myślałam o fizyce, ale na nasz wydział nie można.

Leopold był trochę zszokowany tą wiedzą. Przecież szukał w Internecie, że można fizykę lub chemię.

- Ja zdaję fizykę na maturze – powiedział, ujawniając swoją obecność i przyprawiając Mariolę o palpitację serca – Myślałem, że punkty z fizyki się liczą?

- Chcesz stąd wyjechać? Akademik ci się marzy? Nieźle brat, nieźle.

Nie miał w planach wyjazdu, ale skoro to prawda, co ona mówiła, to chyba nie będzie miał wyboru. Za dużo zdrowia na tę fizykę już stracił i czasu. Czytanie o tych wszystkich czarnych dziurach, dynamika, optyka, zadania, wzory. Wszystko miał na blachę wykute praktycznie. No, ale jak on mógł być tak głupi, że nie sprawdził, które przedmioty z matury biorą pod uwagę na tę konkretną Akademię? Myślał, że wszędzie są takie sam zasady. Jednak był idiotą. Wielu rzeczy nie brał pod uwagę, jak się okazuje.

- Leopold, akademik nie wchodzi w grę – powiedziała Mariola, jakby była osobą decydującą. Babcia nie miała w tym temacie prawa głosu.

- Ja też się bujałem w koledze – wtrącił tata.

I on i Mariola spojrzeli na ojca z otwartymi ustami. Nie, ojciec tego nie powiedział.

- Przejdzie ci synu. Zawsze możesz też olać tę medycynę i pracować u mnie – ciągnął tata.

Ojciec lubił łączyć wątki w swoich odpowiedziach. To przejdzie ci, chyba dotyczyło zadurzenia w koledze. Najwyraźniej ojciec chciał temat zmienić.

- Wybacz tato, ale ja nie chcę być królem donic, tylko leczyć.

- To idź na weterynarię – podpowiedziała mu siostra – Gdybyśmy mieli weterynarza w rodzinie, to Sonia zapewne nadal byłaby między nami.

- Wypchaj się. Sama idź na weterynarię.

- A jakim chcesz być lekarzem? – spytał siostra.

Dlaczego ona się nie chciała odczepić?

- Ja zostanę pediatrą – powiedziała z dumą – Będę twoje dzieci leczyć, więc lepiej bądź miły.

Leopold naprawdę miał ochotę ją zdzielić. Nigdy by nie podniósł ręki na kobietę, ale Kinga sama nieraz go tłukła, bo jego siostra biła się akurat nieźle.

- Onkologiem zostanę. Raka ci wyleczę.

Teraz to wszyscy pobledli. No fakt. O raku zapewne nikt z nich nie pomyślał. A to przecież plaga była dwudziestego pierwszego wieku. I też się tego nie dało wytępić, jak Romana.

- Kochanie – babcia spotulniała – A dlaczego akurat onkologia?

- Bo tak. Przyjaciel choruje.

- Który?! - siostra na niego z wybałuszonymi oczami spojrzała - Ale nie Karolek?

Na twarzy siostry widniało przerażenie. Nigdy wcześniej nie widział jej w takim stanie.

- Karolek właśnie – potwierdził.

Jego siostra z płaczem wybiegła z salonu, ale Mariola z ojcem pozostali na swoich miejscach. Ojciec na kanapie, a ona w fotelu. Ojciec zmrużył oczy i zaczął mu się wnikliwie przyglądać.

- To jest poważna sprawa – podsumował, drapiąc się instynktownie po brodzie. Ojciec zawsze tak robił, kiedy się zastanawiał.

- Bardzo poważna – potwierdził Leopold.

Mariola się nie odzywała, siedząc tylko w fotelu i gładząc podłokietnik.

- A na co dokładnie choruje twój kolega?

Leopold nie wiedział, co odpowiedzieć. Przecież to było kłamstwo. Nie powinien był się tak zachować, ale siostra go wkurzyła, a on wiedział, że ona się kochała w Karolku. To było okrutne z jego strony. Wykorzystał sytuację i zachował się jak ostatnia świnia. Szkoda, że powiedzianych słów nie dało się cofnąć.

- Melanoma in situ – powiedział – I nie chcę o tym gadać.

- Melanoma – powtórzył ojciec.

- Melanoma – odezwała się Mariola.

Teraz będą myśleli, że Karolek miał czerniaka, ale on im dokładnie to po łacinie powiedział, a że końcówki nie zapamiętali, to już nie jego problem. Jeszcze sobie muszą to z łaciny przetłumaczyć, a czy zdołają, też nie jego problem.

- Idę do pokoju, muszę się uczyć.

- Kochanie, ale jesteś pewny? To nie są dobre pobudki, które cię zmuszają byś na medycynę zdawał. Robić przez całe życie coś, tylko dlatego, że chcesz przyjaciela uratować.

- A nie to robi lekarz? Chce kogoś ratować? Nie po to się idzie na medycynę? Przecież nie po to, by mieć lekarza w rodzinie. Prawda?

Mariola poczerwieniała, a ojciec coś w myślach kalkulował.

- Zapłacę ci medycynę wieczorową, jak się zgodzisz do firmy przyjść po maturze.

On spojrzał na ojca wielkimi jak spodki oczami.

- Przemyślę to – powiedział.

Mariola się właśnie ocknęła z szoku i próbowała coś powiedzieć, ale szybko do pokoju umknął. Właściwie to Leopold miał w planach coś zjeść, ale propozycja ojca pozbawiła go apetytu i na pewno nie dlatego, że była nieciekawa. Wręcz przeciwnie. Nigdy by się nie spodziewał takiego pozytywnego zakończenia tej chamskiej z początku rozmowy. Obgadywali go i dostał sowitą rekompensatę.

*****

Karol i Zenon patrzyli na niego zszokowani, gdy Leopold z przejęciem opowiadał im o wypadkach, które miały miejsce w zakładzie ojca.

- I co o tym myślicie? - spytał, wpatrując się w przyjaciół.

- Myślę, że to dziwne i trochę śmieszne. No ale zapewne jest jakieś sensowne wytłumaczenie, tylko że my go nie znamy - powiedział Karol.

- Ale jakie? No pomyślcie, jakie może być wytłumaczenie czegoś takiego?

- Wiesz, ludzie robią dziwne rzeczy dla kasy. Może facet sobie sam tego palca odrąbał, żeby ubezpieczenie wyłudzić - zasugerował Zenon.

- Zenon, a ty myślisz, że ile on by kasy dostał z takiego ubezpieczenia? Nie był znanym pianistą, żeby sobie palec na miliony ubezpieczyć, tylko pracownikiem produkcji, w dodatku zboczonym.

- A to chyba nie ma znaczenia, czy zboczony, czy nie. Facet zaginął. To jedyny fakt - zauważył Karolek z buńczuczną miną.

- Zniknął - poprawił go Zenon.

- A może chciał zniknąć - szepnął Karol - No wiesz? Moja matka zdradza ojca, to zapewne też nieraz pomyślała, że dobrze by było tak zniknąć. Rozumiesz? Z nowym kochasiem.

- Jakoś mi to nie gra - powiedział Leopold, wpatrując się w Zenona, który zrobił wielkie oczy, bo słyszał tę rewelację po raz pierwszy. Karol z reguły się nie zwierzał.

- Nie wiem Leopold. Raczej wytłumaczeń zbyt wiele tutaj nie dopasujesz - powiedział wreszcie.

- Sam wiem - stęknął Leopold.

-A dlaczego ty się tym interesujesz? - spytał Karol - Nie powinna tego policja analizować?

- Powinna i pewno analizuje, jeszcze dolicz do tego detektywa zatrudnionego przez żonę tego pracownika, do kolekcji.

Karol się zaśmiał i poszedł porozmawiać z Romanem, który go właśnie zawołał.

- Nos się zajebiście całuje - powiedział mu Zenek, wykorzystując fakt, że byli sami. Karol nie lubił rozmawiać o dziewczynach, więc Zenon nie zaczynał przy nim takich tematów.

- Coś ty. W życiu bym nie podejrzewał.

Zabuczał. Też mu