Opis

 

Śmierć brata zmieniła wszystko w życiu Drew Napiera. Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo jego świat się potrzaskał! 

 

Żeby uniknąć takiej katastrofy w przyszłości, Andrew skupił się na dwóch najważniejszych rzeczach: na pilnowaniu swojej rodziny i unikaniu posiadania nowej. To ostatnie jeszcze do niedawna nawet nie przyszłoby mu do głowy, bo kto normalny chciałby trzymać się z dala od Susany Dołhoruki? 

Zdaniem Andrew sytuacja jednak się zmieniła i dlatego kapitan Napier rzadko pojawiał się w Rzymie. 

 

Susana zacisnęła zęby i skupiła się na tym, na co mogła mieć wpływ: na wynikach swoich i drużyny. Roma D była blisko najważniejszego piłkarskiego trofeum globu i trzeba się było przyłożyć. Jeszcze kilka meczów i finał Ligi Mistrzów należy do zespołu ze Stadio Olimpico! 

 

Niestety, w życiu zwykle dostaje się to, czego się nie zamawiało. Przekonają się o tym i Andrew, i Susana, i cała ich rodzina. Oraz Rodzina Dołhorukich.

 

Susanie grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Ktoś bardzo chce, żeby jej zespół nie zagrał w finale. Wataha Yi Hyeon Ju znowu musi interweniować w Rzymie. Czy uda się uratować życie Susany? Czy zakochany w niej Andrew Napier przeżyje skupioną na nich uwagę Irishmana? Jeśli tak, czy przetrwa to, co czeka na niego później?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1183

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


ŚMIERTELNIE POWAŻNA ROZRYWKA

DROGA SMOKA, TOM 7

MONIKA LECH

Published by Monika Lech

ISBN 978-83953592-8-6

Szacowni Czytelnicy,

Kilka razy słyszałam jużpytanie, dlaczego kobiety w moich książkach mają"takie" doświadczenia. Niektórzy zadająje z większąbezpośredniością: "cośtakiego" ci sięprzytrafiło? Nikt oczywiście nie używa słów "gwałt" czy "molestowanie", bo w naszym języku oba sąuznawane za "brzydkie" i odbierają"honor" ofierze, nie sprawcy. Lepiej więc uważać, prawda?

Nie, na szczęście gwałt nie byłmoim udziałem, ale spotkałkogoś, kogo znam. Siedzi we mnie twarz tej osoby, kiedy opowiada mi swojąhistorię.

A molestowanie? Powiesz z rękąna sercu,że nigdy go nie doświadczyłaś?

Pamiętajcie proszę,że "Śmiertelnie poważna rozrywka" to romans paranormalny,NIE PORADNIK RADZENIA SOBIE Z CIĘŻKIMI TRAUMAMI!Żadna książka nie zastąpi wizyty u psychologa. Bardzo proszę,żebyście mieli to na uwadze i nie postępowali jak bohaterowie mojej książki.

Moje postaci to gaduły, które nie mająfiltra między mózgiem a narządem mowy. Aniżadnym innym narządem, tak prawdęmówiąc…

Ze względu na drastycznośćjęzyka i obrazów niniejsza książka jest przeznaczona wyłącznie dla dorosłego odbiorcy.

"Śmiertelnie poważna rozrywka" jest wytworem fikcji literackiej. Jakiekolwiek podobieństwo do osób czy wydarzeńjest całkowicie przypadkowe.

Credits:

ゥMonika Lech 2020

Cover photos by xresch from Pixabay.com

Książka, którąmasz w ręku jest dziełem twórcy i wydawcy, którzy prosząo przestrzeganie ich praw do dzieła, które stworzyli i wydali. Książka nie może byćpowielana i przekazywana bez zgody Autora. Cytowanie i omawianie musząodbywaćsiębez ingerencji w jej treść.

Chapter 1: Najgorsze jużza tobą, Susa

Rzym, Republika Włoska, 1- 14 kwietnia - 2063

Wstępniak w La Gazzetta dello Sport

Poniedziałek, 2 kwietnia 2063

W ciągu ostatnich dwudziestu lat Marcello Contardino nie opuściłani jednego meczu rozegranego na Francesco Totti i na Stadio Olimpico. Byłna stadionie nawet tego dnia, kiedy miałmu sięurodzićsyn. Na szczęście jegożona, Amalia, znając miłośćMarcello do calcio, zdecydowała sięwydaćnaświat potomka później, niżlekarze przewidywali.

Ostatni mecz, który Marcello dla nas relacjonował, byłmeczem Romy z SSC Napoli, w którym Giallorossi pokonali drużynęz Campanii 2:1.

Piszemy "ostatni", bo Marcello nie pójdzie jużnażaden mecz Serie A, nie pokibicuje Serie A Donne. Nie będzie komentowałdla nas Ligi Mistrzów. Nie napisze nam, jak bardzoźle wypadła męska drużyna i jak dobrze radzi sobieżeńska AS Roma. Nie będzie narzekałna kawie na formęgrupy Bora na Tour de France. Nigdy nie zobaczycie jegołysej głowy na trybunach, w naszym studiu telewizyjnym, a koledzy nie będąz niegożartowaćna konferencjach prasowych.

Marcello umarł, robiąc to, co kocha, a kochałnie tylko calcio, ale i kolarstwo. Jak pamiętacie, odgrażałsię,że przejedzie trasęTirreno Adriatico.

Zginąłna zjeździe z Castellina Maritima do San Martino.

Miał40 lat, zostawiłdwunastoletniego syna.

Aby uczcićMarcello i jego pracę, nasza redakcja i redakcje innych mediów sportowych we Włoszech rozpoczynająakcję: "Bezpieczni na drodze". Będziemy walczyćo to, abyżaden kolarz, nieważne w jakim wieku i jak zaawansowany, nie zginąłjużw naszym kraju pod kołami samochodu!

Jesteśmy krajem kolarzy!

Nie możemy wierzyćw sukcesy naszych ciclisti, jeśli zapaleńcom kolarstwo będzie siękojarzyćz wypadkami iśmiercią, jak ta, jakśmierćnaszego Marcello!

Kierowcy! Kolarz to skarb narodowy Włoch, to zdrowie naszego kraju, to jego siła!

Uważajcie, co robicie!

Niechaj tragedia Marcello Contardino będzie momentem otrzeźwienia.

Susana

Zacisnęłam uda i zgięłam sięwpół, opierając sięościanę. W tej pozycji przez sekundębolało mniej, pewnie dlatego,że miałam, co zaciskać. Jestem zawodowym piłkarzem. Gram w ataku. Mam uda jak niektóre laski talie. Potężne mięśnie. One mnie niosąpo boisku. Nie mam z tym kłopotów, z tym, jakie sąi jak wyglądają. Próżnośćnie jest w moim menu.

Ból był.

Madonna Santa, jak boli.

Wsiadłam do windy. Nie pamiętam,żebym kiedykolwiek niąjechała. Może kiedy byłam niemowlakiem? Mamma pewnie pakowała sięze mnąi z torbąz moimi rzeczami do windy, ale tego nie pamiętam. Od kiedy zaczęłam samodzielnie chodzić, zawsze wdrapywałam się, a później wbiegałam na te schody. Teraz wiedziałam, dlaczego wybierałam samodzielność: winda była szybka jakżółw z reumatyzmem i trzeszczała jak wiklinowy kosz, kiedy dostojnie pięła sięna czwarte piętro.

Prawie krzyknęłam, kiedy spróbowałam zacisnąćpośladki. Zaciskanie tyłka bolało. No, to przestałam próbować. Było takźle,że nie sądziłam,że to pogorszy sytuację.

Wciągnęłamłzy. Smakowały, jak zwykle smakująsmarki - solą.

Kiedyśto było mieszkanie nonny Lucii Giacommini, babci ze strony mammy. Teraz należy mammy, to jej azyl w centrum Trastevere. Cała kamienica jest jej, ale to piętro jest dla niej jakośwyjątkowe, chyba dlatego,że tutaj dorastała.

Mamma może sobie siedzieći odpoczywaćna swoim San Cosimato, pićwino i gadaćz ciotkami i w ogóle: odpoczywaćod taty i od bycia na widoku.

Tata bywa trudny, jak to biznesmen. Popieram ideęodpoczynku od niego. Od każdego trzeba czasem odpocząć.

Znam sięna tym, jestem osobą, od której ktośwłaśnie "odpoczywa".

Madonna, niech jużnie boli…

Mammy nie było na San Cosimato, była dzisiaj w centrum, w Campusie przy Via Olona. Rodzice mieli miećgościa z Francji na kolacji i mamma była w ogniu przygotowań. Miałam miećtutaj spokój.

Taki byłplan i wżyciu chyba tak z planów sięnie cieszyłam.

Zacisnęłam zęby i uda mocniej, ale krew i cośjeszcze i tak pociekło mi po nogach. Podarte rajstopy niczego nie wchłaniały, ale rozmazywały. Tusz teżchyba miałam rozmazany. I szminkę. I w ogóle. I czułam swój smród. Powstrzymałam wymioty i przestałam zaciskaćzęby. Jeden wyplułam na dole, cholera wie, ile z nich sięledwo trzyma?

Wiedziałam,że płaczę. Czułam przecieżciepłełzy na policzkach, chociażjedna częśćtwarzy rwała mnie tak, jakbym nie miała na niej skóry. Strasznie piekło, kiedy beczałam. Bolały mnie teżżebra i brzuch, taki mocny, tępy ból. Nie mogłam porządnie oddychać, ani sięwyprostować. W całym ciele czułam tylko ból. I tękrew. I gówno.

Nie musiałam sięzastanawiać, jak zdołam dopasowaćklucz do dziurki, bo drzwi sięsame otworzyły. Stałw nich, oświetlony od tyłu przez jednąz secesyjnych lamp, doskonale mi znany olbrzym.

Kurwa mać.

Zapomniałam,że Oleg jest do jutra w Rzymie iśpi na San Cosimato.

Fuck, fuck. Fuck.

- Susa?

Byłzaniepokojony i to bardzo. Wiedziałam,że czuje i krew, iłzy, i ból, i wstyd, i mojąpanikę, którąledwo trzymałam przy sobie, i zmęczenie, i tęcałąresztę. Wszystko.

Całątękatastrofę.

Ale to Oleg, co miałam przed nim ukrywać? Pieluchy mi zmieniałtyle razy,że podobno przestałkręcićnosem, nawet jak walnęłam kupę-giganta. Przynajmniej on tak mówił. Nie wiem, czy wspominanie, jak mu obsikałam najlepszy garnitur, miało mi dodaćodwagi, czy zawstydzićmnie naśmierć?

Lubiłopowiadaćanegdotki o tym, jak to było, kiedy byłam dzieckiem. Wszyscy sięwtedyśmiali.

Zgredy.

Sekundępóźniej z pokoju wyszedłon.

Zakała, przekleństwo, miłośći koszmar mojegożycia od dziesięciu lat. Najdroższy. Znienawidzony. Ukochany. Wstrętny. Jedyny. Kretyn. Pocieszenie i radość. Złośliwy. Uroczy. Andrew Napier.

Kapitan Andrew Duncan Napier.

Szkot. Wysoki, przystojny, wyglądający, jakby kolekcjonowałguzy i dziwki. Kochałam go od dwunastego rokużycia, kiedy…

- Małpka? Sus?

No, i wyleciałz tym debilnym przezwiskiem. I z troską. Ból mnie szarpnął. Byłabym sięosunęła, ale Oleg złapałmnie i podniósłjak piórko.

Mam 1, 71, ważę66 kilogramów, wszystko to mięśnie, oprócz biustu, oczywiście. Nie jestem poręczna ani przenośna, w każdym razie - nie dla normalnych facetów.

No, ale Oleg nie jest "normalnym facetem" i w dodatku ma metr dziewięćdziesiąt z hakiem i kucykiem. Popłynęłam z nim do salonu, ale zawróciłi weszliśmy do ogromnejłazienki.

Delikatnie posadziłmnie na wannie i wreszcie popatrzyłmi w oczy. Byłblady, widaćto było mimo tej jego rudej brody. Zacisnąłszczęki.

Santa Madonna, zaraz mu szkliwo pęknie.

Z korytarza usłyszałam huk.

Pewnie to secesyjne paskudztwo, to udające stolik, uderzyło wścianęi nie wytrzymało impaktu. Nie miało prawa. Inżynierięmateriałowąjeszcze pamiętam. Drewniana konstrukcja nie ma prawa wyjśćzwycięsko z gwałtownego starcia ześcianą.

Skrzywiłam się, kiedy jeszcze cośuderzyło w tynk.

Andrew, a raczej jego pięść.

- Niech tu wejdzie - szepnęłam cichusio, jak nie ja.

Jak wstyd cięzalewa od góry na dół, to co masz robić?

Szeptać. Czułam się, jakbym nie miała prawa mówićgłośno. Jakbym mogła zwrócićna siebie uwagę, a to byłoby… złe.

Oleg podniósłmojątwarz, zmuszając,żebym na niego popatrzyła. Nie chciałam, ale on nie jest z tych, którym sięmówi "nie" bez posiadania argumentów.

Popatrzyłna mnie, zastanowiłsię.

- Jesteśpewna?

Nie byłam, Santa Clara, jak bardzo nie byłam!

Ale może wreszcie będzie miałswój pretekst,żeby mnie "uniknąćdefinitywnie"? Półroku szuka i szuka wymówek,żeby sięze mnąprzypadkiem nie zobaczyći wymiksowaćsięz Rzymu i okolic.Życie mu wreszcie zadanie ułatwi.

Wciągnęłamłzy, smakowały obrzydliwie, kiwnęłam głową.

- Drew, tutaj.

Oleg nie musiałkrzyczeć. Andrew słyszałi jego, i mnie. Dobry miałsłuch jak na kogoś, kto non stop strzela albo do kogo strzelająrównieżbez przerwy.

Wszedł.

Nie nawet musiałam patrzeć, gdzie stanął. Miałam na niego kompas nastawiony, jakby byłmojąprywatnąGwiazdąPolarną. Nawet jak siedziałna trybunach i oglądałmecz, to wiedziałam, gdzie drańsiedzi. Stadion mógłby byćwypchany po brzegi, jak wtedy, kiedy byłfinałSerie A Donne i skutecznie realizowałyśmy plan skopania dup laskom z Mediolanu.

Przyszedłi on, i wszyscy jego piekielni bracia, i reszta mojej przyszywanej rodziny. Nie powiedzieli mi,że będą, ani gdzie będą, ale od razu wiedziałam, gdzie siedzi. Później, jak miałam sekundęna otarcie potu z czoła, to zobaczyłam wszystkich tych dewiantów, nieludzi, psycholi i nadopiekuńcze, mordercze kwoki. Ale kompas zadziałałna niego.

Kurwa, siara straszna, nie?

Tyle lat.

Jak pindzia jakaś.

Niewiarygodne,że człowiek, mając pod rękąwszystkich facetów w Rzymie, nie daje rady sięodkochaćod dwunastego do dwudziestego pierwszego rokużycia.

Żenada.

Oparłsięościanęza plecami Olega i patrzyłna krew rozmazanąna moich udach. No, to czas na tango…

- Okres? - zapytałpoważnie, aczkolwiek dobrze przecieżznałodpowiedź.

Zaprzeczyłam.

Wiedziałprzecież,że to nie miesiączka. Miałnos. Ale pytał, a niektórzy na jego miejscu pewnie by mi jużze trzy razy wytłumaczyli, co mi sięprzydarzyło.

Za to go kochałam. Między innymi za to.

Andrew nie byłdebilem, dla którego krwawiąca samica była pretekstem dożartów. Nigdy nie słyszałam,żeby sięz tego nabijał. A kilka razy miałz czego, bo i ja, i Andrea, i Liz, i nawet uporządkowana Nina, miałyśmy dzieńz gatunku: "o nie, fuck, to dzisiaj?". Okres to nie zaćmienie Księżyca, czasem sięzdarza znienacka. Wam sięnigdy nie zdarzyło, czy co?

Co prawda myślałam,że Drew nie zapyta od razu o płyny ustrojowe, miałam nadzieję,że jakośzłagodzi pytanie,że zada je po swojemu, na przykład: czy jakaślaska mi rozmazała szminkęna udach i czy ma z niąporozmawiaćo szacunku, dystansie i w ogóle.

No co? Piłkarki, jak siatkarki, mająswojąreputację.

Przełknęłamżółć, która podniosła mi siędo gardła na samąmyśl o …

Skoro jużsięstało i byli tu obaj, to powiem im wszystko. Przy nich nie maściemniania,żaden detektor kłamstw nie równa sięz nimi. Mająnosy. Czująnie tylko krew, czująte wszystkie substancje, prawda? Sama na sobie czujękupę… i to drugie.

Co ryzykuję, mówiąc?

Oleg zrozumie, a Drew? Skoro mnie unika, to pewnie mnie nie chce widzieć, proste.

Tak sięmówi: proste, ale stracićgo, nie miećmożliwości kochania go, to byłby dla mnie koniecświata, ale i z tego ludzie siępodnoszą, nie?

- Ja… mnie…

Poczułam sięnagle bardzo słabo. Bardzo. I zrobiło mi sięniedobrze, bo te inne zapachy znienacka wybiły sięna pierwszy plan i przypomniałam sobie, co miałam w ustach, i dotarło do mnie ze zdwojonąsiłą, gdzie mnie najbardziej bolało.

Szarpnęło mną. Oleg otworzyłkibel, pochyliłam i zaczęłam wymiotować. Andrew trzymałmi włosy z dala od muszli i gładziłmnie po plecach z jakąśnieśmiałościąi z czułością.

Nie chcętego. Chcę,żeby zacząłsobie robićjaja. Jak zwykle. Niech będzie jak zwykle!

Gówno, on przecieżtaki jest. Kwaśno-słodki. Jak najlepszeżelkiświata.

Zwymiotowałam po raz kolejny. Nie miałam jużczym rzygać. Te suche wymioty sąnajgorsze. Wywracającięna drugąstronęjak rękawiczkę, a nie dajążadnej ulgi. Najmniejszej.

Gardło mnie bolało, jakbym je czymśpodrapała, oczy mnie piekły. Wytarłam usta. Szklanka z wodąpojawiła sięprzede mną. Wypłukałam raz, potem drugi. Potem sięnapiłam i zaczęłam płakać.

Naciągnęłam sukienkęna kolana, nałydki, schowałam sięw niej, zwinęłam sięw kłębek na podłodze. Przeklęta sukienka.

Chciałam jużnic nie musieć. Chciałam, na serio, chciałam usiąśćporządniej. Tylkoże znowu mnie szarpnąłból. Tożałosne, nawet siedziećnie móc. Przestraszyłam się,że cośzłego mogło mi sięstać.

Oleg podniósłmnie z podłogi i zaniósłdo salonu. Siadłna kanapie ze mnąna kolanach. Wtuliłam twarz w jego zielonkawąkoszulę. Zasmarkam mu ciuch za 300 euro.

Zasmarkam, jak zasmarkam. Wszystko mu zrujnuję.Ślady tuszu zostawię, a wodoodporny sięnie spierze. Nie zapominajmy też,że Oleg będzie miałmojąkrew na spodniach. I całąresztę.

A szlag by to trafił, staćgo. Mnie też, zamówięmu tuzin garniturów na następne urodziny. Powiem Issaiemu,żeby zaszalałz materiałami.

Andrew chciałwyjść.

- Zostań!

Przecieżjużraz powiedziałam,żeby był, nie? Co z nim jest,że nie umie słuchać?

- Nie włączaj, proszę.

Zatrzymałam Olega, kiedy jużprawie miałwłączyćlampę.

Zaczerpnęłam haust powietrza.

Andrew usiadłna dywanie przy nogach Olega, nie przy mnie. Dawałmi przestrzeńczy czułobrzydzenie?

Nie chciałam wiedzieć.

Andrew

Nie miałem najmniejszej ochoty przyjeżdżaćdo Rzymu. Od półroku nie miałem na to ochoty. Odśmierci Lachiego starałem sięnie ruszaćz Katanii i byćcały czas z rodziną, z braćmi.

Nie, nie chcęwam o tym opowiadać.

Nie będęo tym mówićz nikim!

Minęło dopiero półroku.

Jeszcze na wszystko jest za wcześnie.

Nie będęo tym rozmawiać!

Nie miałem ochoty na zwiedzanie, ale dostałem jednoznaczny rozkaz wyjazdu od mojego pułkownika, Charlesa chrzanionego Francisa Napiera, skądinąd mojego najstarszego brata i zakały mojegożycia.

Jednej z dwóch zakałmojegożycia.

Nie, jużnie powiem o nikim "zakała". Nie.

Czasem darłem ryja na Lachiego, klnąc na niego i wrzeszcząc, a teraz go nie ma. Ludzie szybko znikają. Odchodzą, nawet jeśli nam sięwydaje,że sąwieczni.

Do Rzymu mi sięnieśpieszyło przez drugąosobę, którąkiedyśnazwałbym "zakałą", przez SusanęGiacommini, dziedziczkęRodziny Dołhorukich, potężnej, europejskiej Rodziny mafijnej. Gówniara zalazła mi za skóręjużw momencie, kiedy jąpoznałem, a potem właziła głębiej i głębiej, ażowinęła mi sięgdzieśkoło szpiku kostnego i reszty witalnych organów, w tym - koło mózgu.

Kiedy jąpoznałem, miała dwanaście lat. Jużwtedy była przekorna, uparta i charakterna. Była małym, wrednym geniuszem, przeskakującym klasy w podstawówce i grającym w piłkę. Pokazała mi język, nazwała mnie "paskudnym pulpetem" i nie zakochała sięwe mnie od razu, jak to robiły wszystkie normalne przedstawicielki piękniejszej płci w wieku od dwu do stu dwu lat.

Później było tylko gorzej. Podcinała mi nogi na piłce, znieważała w czasie gry w pokera, obrażała mojąinteligencję, kiedy dyskutowaliśmy o matematyce. Zakładała pułapki, które wylewały trudnozmywalnąfarbęna mnie lub na moje drugie ja. Czasemśmierdzieliśmy rozpuszczalnikiem cały dzień, nim zapach sięrozwiał. Miała prawie dwanaście lat i zero szacunku dla starszych.

Uwielbiałem ją, chyba dlatego,że była jednąz dwóch kobiet, które niełapały sięna lep mojego czaru. Zawsze traktowała mnie jak człowieka, nie kogośna kogo siętrzepoce rzęsami.

OK, może teżtrochęchciałem jej pomóc?

Jako nastolatka nie byłaładna. Teraz jest zachwycająca, ale w tamtych czasach? Miała duże usta i prosty nos. Niesymetrycznąbuzię. Za długie nogi, za długie ręce, byle jak obcięte włosy, bo warkocze ciachnęła jej koleżanka w kiblu,żeby młoda mogła wyjśćze szkoły z jednym z jej porywaczy iżeby jej nikt nie zauważył. Długa historia, nie na teraz.

W dodatku nie była specjalnie lubiana, bo to i kujon, i sportowiec jednocześnie.

Byłem, przynajmniej na początku, jak jej "plus sto do zajebistości", byłem jej ulubionym "kuzynem z Londynu, który przyjeżdżałw odwiedziny", na którego gapiły sięjejładniejsze kumpele i którego nienawidzili młodzi i zbyt bogaci smarkacze z jej szkoły.

Kiedy miała naście lat, zaczęła sięprowadzaćz jakimiśkogucikami, którzy nie wytrzymywali z niąnawet tygodnia, bo Susa miała jaja jak balony i nie miała zamiaru udawać,że jest cicha i słodka. Trzeba byćmężczyzną,żeby dotrzymaćjej kroku.

Dlatego często płakała.

A ja jej pozwalałem ryczećna swoim ramieniu i tłumaczyłem jej,że czternastolatkowie nie sąnajmądrzejszymi z ludzi iże z wiekiem nam, facetom, zazwyczaj sięw głowach układa. Nie dodawałem,że niektórym układa siętak po setnych urodzinach. Wiedziałem,że sama dojdzie do tej części prawdy.

Zdajęsobie sprawę,że zachowywałem sięwtedy jak idiota, ale wkurzali mnie ci durni gówniarze, którymi nudziła siępo tygodniu, bo Susa miała przecieżmózg jak brzytwa, a ich były jak galaretka z kiwi.

Że nie da sięzrobićgalaretki z kiwi? No, a co ja właśnie powiedziałem, hamishe?

Dodatkowo gówniarze chyba po prostu chcieli wiedzieć, jak to jest "chodzićz tąGiacommini" i mieli ją, jako człowieka, w nosie. Przyciągało ich to,że ona strzelała gole dla AS Roma, a oni mogli co najwyżej kupićsobie bilet na mecz albo koszulkęz "4" i jej nazwiskiem.

Wtedy jeszcze pilnowałem jej jak upierdliwej, młodszej siostry i jak młodszej siostrze doradzałem jej w kwestiach sercowych, mimo iżmój przyjaciel Oleg i Alex, jego partner, jużwtedy patrzyli na mnie jak na stracony przypadek i klepali po ramieniu pocieszająco.

Jeszcze nie wiedziałem, czemu to robią.

Potem to do mnie dotarło. Niedługo później.

Pocieszam się,że prawdopodobnie i tak nie wyszedłem na większego idiotęniżSaszka i mój syn, Wojtek, którzy w kategorii emocjonalnej padaki sąmistrzami kontynentu.

Do 2057 jeszcze nie zauważałem tego, co jużwidzieli Oleg i Alex i kiedy tylko byłem w Rzymie, zawsze słuchałem opowieści Susany o kolejnym giorgio, luigi czy michele, którzy znowu stwierdzili,że dziewczyna musi nosićobcasy, musi umiećtańczyć, nie powinna pokazywać,że zna sięna czymślepiej niżjej chłopak albo, co mi utkwiło szczególnie w pamięci,że mamma powiedziała,że dziewczynie piłka nożna nie jest potrzebna do niczego.

Sporo tego było.

Susa zawsze w końcu wzruszała ramionami, mówiąc "nie ten, to inny" i wyciągała mnie na boisko. Ma w sobie coś, co poprawia mi humor i nawet teraz, myśląc o niej, sięuśmiecham. A nie jest miłatwo sięśmiać.

Czasami dużo czasu upływa, nim sięuśmiechnędo kogokolwiek. Tak, kiedyśtak nie było.

Tak na serio, to zakochałem siędopiero w szesnastolatce, która na boisku sprytnie podcięła nogi przeciwniczce, przeskoczyła nad niąi strzeliła gola, nie zatrzymując sięprzy tym oraz ogrywając paręzdesperowanych obrończyń.

W dziewczynie, która z podniesionągłowączekała, ażsędziowie zobacząreplaya i zweryfikują, czy byłfaul, o którym wrzeszczały zawodniczki Bolonii i kibice gości. W wysokiej walkirii, która stoi i całąsobąmówi,że jej piękny gol zostanie uznany.

Dookoła stadion szaleje i tupie, wrzask "Roma, Roma, Roma" miesza sięz gwizdami gości z Bolonii. Ona, tylko szesnastolatka powtarzam, stoi cały czas z rękami na biodrach i z neutralnym wyrazem twarzy, jakby to nie chodziło o wynik meczu decydującego o mistrzostwie Włoch.

Wtedy sięw niej zakochałem.

Bo dotarło do mnie,że tylko taki ktośmoże znieśćmnie i moich braci oraz pozostałączęśćmojej rodziny, wraz z całym klanem Napier na dokładkę. Tartany, CarlottęEugenięi całątęresztęw to wliczam.

Wtedy teżnazwała mnie "wapniakiem" i "dziwkarzem". Długa historia i zawiera w sobie dwie farbowane blondynki. Nie będące w moim towarzystwie.

Przypadek, słowo.

Nawet ja nie jestem ażtakim idiotą!

Mój brat, Frederick, szczęśliwie osiedlony i usidlony, poklepałmnie tamtego wieczora po plecach i powiedział: "If ye like the nut, crack it", czyli po ludzku, nie po naszemu, jeśli chcesz miećwżyciu cośdobrego, to musisz siękoło tego zakręcić.

Wie, co mówi. Trzy razy sięoświadczałi chyba wziąłw końcu Mary na litość. Family man, wujek dobra rada.

Potem poklepał, klepacz przemądrzały, Susanępo ramieniu i powiedział,żeby po prostu jasno wyartykułowała, czego ode mnie wymaga.

Wymaga. Szesnastolatka. Ode mnie.

Brat. Idiota, nie brat.

Co powiedziała Susana?

Że chce niewiele, ale jest to i tak zgoła niewykonalne:żebym uważał, gdzie wkładam wacka, bo mi odpadnie. Iżebym sięzdecydował, czy chcęprzeleciećwszystko, co chodzi, nie pełza, czy jednak wolęcoś, co ma jakąśwartość.

Cytujęwiernie jej słowa.

Powiedziała to na głos. Wszyscy nasi to słyszeli i wszyscy sięśmiali z mojej miny.

Gdybym sięw niej nie zakochałte kilka godzin wcześniej, na finale Serie A Donne, to zakochałbym sięwtedy, na rodzinnym celebrowaniu mistrzostwa Włoch.

Czemu?

Jak to czemu?!

Bo wreszcie zauważyła,że jestem istotąobdarzonąpenisem! Mężczyzną!

Dwa lata później powiedziała mi,że mnie kocha. Susa miała wtedy osiemnaście lat i oznajmiła mi to na weselu Andy, Alexa i Olega.

Oświadczyła mi sięwyraźnie, bez obawy i zażenowania, tak jak robiła wszystko do tej pory. Nie tylko Smok to słyszał.

Susa nie ma talentu do podstępu i działańukrytych, co może w przyszłości utrudnićjejżycie.

Że mnie kocha, to wiedziałem. Wszyscy wiedzieliśmy. To sięczuje. Puls sięzmienia, zapach sięzmienia,źrenice reagująinaczej, drobne naczyńka krwionośne w skórze działająinaczej.

Ja teżjąkochałem, uwielbiałem i ziemię, po której chodziła, gotów byłem całować. Jestem Szkotem i charakter doceniam u kobiet. Oprócz ud, biustu i bioder. I oprócz… nieważne.

Charakter.

Od tych kilku lat, od 2053, byłem z powodu Susany przedmiotem dzikiej radości moich braci i reszty naszej dysfunkcyjnej rodziny. A jużod tego wesela, to szczególnie. Wszyscy słyszeli, jak Susana mówi,że jestem najbardziej upierdliwym, dokuczliwym i wrednym idiotą, jakiego zna.Że jestem irytujący, pociągający, czarujący i idealny, ale ma ochotęmnie zabićprawie za każdym razem, kiedy mnie widzi.Że nie wie, czemu kocha takiego starego grzyba jak ja, ale kocha. Ale to nie znaczy,że będzie jak te inne moje pindzie, które nogi rozkładająprzede mną, ile razy tylko mrugnę.

Muszęprzyznać,że pogorszyłem swojąsytuację, mówiąc głośno, wyraźnie i kilkukrotnie,że ja wżyciu bym nie chciał,żeby ona dla mnie…,że ja nie chcęjej…,że wżyciu bym jej… no, wiecie, w sensie biblijnym.

Kłamałem, ale ona tego nie wiedziała, bo brzmiałem szczerze, jakbym jej nie chciał, wiecie… cieleśnie.

No, burza, która przyszła po moich zaprzeczeniach… powiem tak: przeżyłem tylko dlatego,że mieliśmy widownię.

Nie mrugnąłem nażadną… damęod tamtej pory i dlatego jestem powodemżartów i docinków. A niektórzy moi "przyjaciele", szczególnie ci medycznie wykształceni, powtarzająz nieźle udawanątroską,że jakby co, to sąjużcałkiem niezłe leki na blue balls, zwłaszcza w tak ostrej postaci jak moja.

For the record: seks uwielbiam, ale… czasem nie smakuje.

No, tak, no.

Susana

Zaczęłam mówić.

- Dziewczyna z drużyny namówiła mnie na imprezę. Nie chciało mi sięiść- wzruszyłam ramionami.

Kto jak kto, ale oni najlepiej wiedzieli,że nie imprezuję. A jużna stówę- nie z moimi rówieśnikami. Nie chciałam,żeby za dużo o mnie wiedzieli.

- Ale tak strasznie namawiała,że machnęłam ręką. Czwartek, po meczach, jej dwudzieste pierwsze urodziny, okazja porządna, dziewczyna nie jest durna, no to siępoddałam. I tak miałam tu przyjechaćpo treningu, nie spaćna via Olona. Pierwszy raz szłam na imprezęod lat, to pożyczyłam cośod ciotki Sofii. Miało być"normalne" towarzystwo: dziewczyny z drużyny, kumpele, znajomi z uczelni, chearliderki i chłopaki, które sięzwykle przy nich kręcą. Studenciaków płci obojga było najwięcej, bo okazało się,że każdy mniej więcej zaproszony przyszedłz jakimśtłumem znajomych. W sumie nas, z Romy, była garstka. Nawet jubilatka wyglądała, jakby sięw tym tłumie trochępogubiła, ale i tak udawała,że siębawi. Znam ją, wiem, kiedyściemnia,że jest OK - dodałam.

Ciepło rozchodziło sięod Olega jak od ogromnego pieca, miałam wrażenie,że tam, gdzie dochodzi, jestem znów sobą, Susąsprzed… tego.

- Impreza jak impreza - powiedziałam, bo w końcu obaj kiedyśbyli młodzi i wiedzą, jak takie cośwygląda, nie?

Dla mnie nuda, ale inni ponoćlubią.

- Jak zwykle była rozmowa o tym, kto sięnawalił, gdzie i czym, o ciuchach, facetach, dziewczynach, gdzie jechaćna wakacje i takie tam duperele. Przyplątało siędo mnie dwóch kolesi. Jeden blondyn, akcent z miałBolonii. Medycynęstudiuje czy cośtakiego. Drugiego znałam. Przychodziłstale na mecze. Kuzyn jednej z rezerwowych bramkarek. Namawiali,żebym sięnapiła z nimi i zapaliła trawkę.

Zaschło mi w gardle.

Andrew, który sięnie ruszał, podałmi butelkęmojej ulubionej mineralnej. Skąd jąwziąłi kiedy jądorwał, nie miałam pojęcia.

Byłam mu wdzięczna za wodę, za bezruch, za ciszę. Za to,że byłprzy mnie. Miałam nadzieję,że pod mojąkrwią, bólem i wstydem czuje całąresztęmoich uczuć. Chciałam,żeby jączuł, zwłaszcza teraz.

- Ja przecieżnie piję. Większośćz dziewczyn nie pije. Tylko niebywale głupie to robią.

Po co i komu ja to tłumaczę?

Wiedzieli.

Szklanka wina raz za czas to wszystko, na co sobie pozwalam. Jestem, do kurwy nędzy, sportowcem. Nie mogępić, bo alkohol odczuwam. Po prostu. Mam prawie dwadzieścia dwa lata, racja, i mocny metabolizm, teżracja, ale alkohol to trucizna iśmierć. Sportowa.

Chciałabym pograćjeszcze paręlat.

- Upierali sięstrasznie, jakby ich to miało zbawić. Wkurwili mnie, bo najpierw zaczęli,że sięboję, a później uderzyli w nutę,że jestem baba. Powiedziałam im, co mogązrobići gdzie .

Oleg prychnął, a ja znowu wciągnęłamłzy i smarki.

Kraciasta chusteczka pojawiła sięprzed mojątwarzą. Santa Madonna, jak ona jest w tartan Napierów, to umręześmiechu.

Wysmarkałam się. Porządnie. Prawie sięprzy tym posikałam, bo okazuje się,że miałam pełny pęcherz. Dobrze,że kiszki miałam puste, bo… mięśnie po tym wszystkim nie trzymały, jak powinny. Bolało, ale udało siębez dalszej kompromitacji.

- Odpuścili w końcu, bo na mnie takie gierki nie działają. Gdyby działały, to bym przy was wszystkich umarła, bo jesteścieścierwojady pierwsza klasa. Teżjestem - dodałam,żeby nie wyjśćna hipokrytkę.

Rodzina, do której byłam dokooptowana za sprawąOlega, jegożony i jej męża, była co najmniej dziwna i trudna. Słabi duchem w niej ginąi sązjadani, a ich kości bielejąna pustyni.

Nie byłam słaba i od kilku lat udawało mi sięz nimi nie zwariować.

- Marco, ten kuzyn koleżanki, odpuściłpierwszy, więc ten drugi teżi nawet poszedłpo sok dla mnie.

Obaj zamarli.

Nie przestawałam płakać. I nie przestawało mnie boleć. Tyłek, brzuch, twarz, ramiona, plecy, wszystko mnie strasznie, strasznie bolało.

Rwało.

Zimny pot mnie oblał. Zaczęłam siętrząść.

Nie mogłam sięopanować. Nie mogłam.

Andrew wstałi wróciłpo chwili z kocem. Otuliłmnie.

Miałam twarz w koszuli Olega. Koszula miała plamy. Widziałam tylko je i nic więcej.

- Wiecie, co było dalej.

Oleg westchnął.

- Opowiedz.

Szloch mnąszarpnął.

- Oleg - Andrew miałzduszony głos - ona…

- Powinna to powiedzieć. Zaufaj, Drew. To pomoże.

Kiwałam głową, jakby mówiłdo mnie. Tak czułam,że muszęto wypluć, jak wyrzygałam wcześniej pustkęi wstyd.

Musiałam.

- To było ostatnie, co pamiętam. Ten pieprzony sok pomarańczowy. Potem ocknęłam się, kiedy… miałam czyjegośfiuta w gardle i miałam cofkę. To było, jakbym sięobudziła. Nie byłam nieprzytomna, ani bezwładna, tylko… wróciłam do siebie. I zobaczyłam, co mi robią. Byłam… na kolanach przed kimś.

Przełknęłam z bólem i obrzydzeniem, starając sięnie zwymiotowaćkolejny raz.

Rozumiałam, co mi robi Oleg. To sięnazywa "debriefing po akcji", to oswojenie traumy, przejrzenie faktów i zapamiętanych szczegółów, czas na dostrzeżenie,że siężyje, na zmierzenie sięz rzeczywistościątaką, jakąjest.

Jak mi to kiedyśtłumaczyła Saszka po ludzku, nie po wojskowemu: "rany na duszy sięszybciej gojąi nie ropieją, jak opowiesz, co przeżyłaś, a i w głowie lepiej sięukłada. Człowiek czasem patrzy, a nie widzi".

Wiedziałam to, na meczach czasem było podobnie. Dopiero z nagrania widzę, jak wszystko wyglądało.

Musiałam powiedzieć.

- Nie ma Susany, jest Susana. Tak to było.

Trzęsłam siędalej.

Andrew podszedłbliżej, zawahałsię. Wyciągnęłam rękęspod koca i podałam mu ją. Może z nimi oboma będzie mi cieplej?

Kiedy stanąłbliżej, dreszcze ustały.

Oleg, który widzi takie rzeczy, podałmnie wprost na wyciągnięte ramiona Drew. Jak jakiegośgigantycznego niemowlaka, owiniętego w koc. Tylko nogi mi wystawały. Widziałam błoto na gołych stopach.

Znowu zrobiło sięniedobrze, ale nie miałam czym rzygać. Jużnie, jużnie chciałam.

Przypomniałam sobie,że wymiotowałam po drodze tutaj. Gdzie? Gdzie to było? W jakichśkrzakach.

Andrew usiadłna dywanie, umościłmnie i przycisnąłusta od mojego czoła.

Trochęinaczej sobie wyobrażałam nasz pierwszy pocałunek.

- Ugryzłam go mocno. Wyłstraszliwie. Ktośmnie uderzyłw głowę. Straciłam przytomność, ale chyba na krótko. Jak jąodzyskałam, nikogo jużnie było. Potem przyszłam tutaj. Nic nie pamiętam. Boli mnie, Oleg. Boli mnie strasznie. Jakby mi pupa pękła wśrodku.

Nie wstydziłam siępowiedziećtego na głos. Mająswoje lata, wiele widzieli, takie przypadki jak mój pewnie też.

Znowu zaczęłam płakać, tym razem zżalu.

- To byłmój pierwszy raz. Pierwszy raz w ogóle - płakałam nie nad straconącnotą, ale nad tym,że nie wiedziałam, nie czułam, nie miałam wyboru - A ja nic nie pamiętam. Nic, a chyba nie ma rzeczy, której mi nie zrobili. Wszystko mnie boli.

Ręce mi siętrzęsły.

Może i chowałam cnotędla tego jedynego, ale nie jestem pierwsza naiwna. Jestem córkąszefa ruskiej mafii. Tata nie wierzyłw trzymanie mnie pod kloszem. Ani on, ani ta moja druga rodzina w takie rzeczy nie wierzą. Mądrzy są. Nie musiałam szukaćodpowiedzi na swoje pytania i zaciekawienia w necie. Wżyciu tego nie zrobiłam. Zawsze po prostu mogłam zapytać. Tatę, mamę, Olega, ciotki, póżniej dottoressęMary, Andreę, chłopaków. Kogo tylko chciałam i komu ufałam.

No, to pytałam. O, Madonna Santa, ale ja pytałam!

O wszystko. Z akcentem na "wszystko". I każdąodpowiedźdostawałam. Dostosowanądo mojego wieku, a od kiedy skończyłam szesnaście lat, dawali mi każdą, jużbez owijania w bawełnę.

O moim pierwszym razie dyskutowałam z dottoressąMary i z Hyeon Ju, moim przyjacielem. Lekarz-kobieta potrafi powiedzieć, co/jak/na co uważać. Technicznie i teoretycznie wszystko wiedziałam, bo Mary miała do mnieświętącierpliwość.

Żadna z nas nie przewidziała tego.

Łzy wsiąkały w koc.

- Chciałabym,żeby przestało boleć, Oleg. Bo boli. Wszędzie. Na zewnątrz, wśrodku, wszędzie. I brzuch mnie strasznie boli. Mam wrażenie, jakby mi sięw nim cośurwało. Nie mogęgłęboko odetchnąć. Bojęsię,że mogli mi zrobićcośbardzo złego. To nie powinno tak krwawić, prawda? Ani tak boleć?

Popatrzyłam na jednego, potem na drugiego, zupełnie bez wstydu iżenady. Obaj pokręcili głową. Mieli doświadczenie. Jeden miałpod pięćsetkę, drugi jakośkoło dwustu lat. Na pewno o seksie wiedzieli więcej niżja.

Oleg pocałowałmnie w czoło.

- Jesteśdzielna, Susa. Jesteśniebywale dzielna. Najgorsze jużza tobą. Nie jesteśjużsama.

- Tak?.

Łzy lały mi siępo policzkach, a cośmokrego wsiąkało w koc. Nie chciałam wiedzieć, co to było.

- Najgorsze za tobą, Susa.

Andrew powtórzyłsłowa Olega i kołysałsięze mnąw przód i w tył, w przód i w tył.

- Tak sięcieszę,że jesteś- powiedziałi mocniej przygarnąłkokon, w który byłam zawinięta, jakby nie czułtych wszystkich smrodów, które mnie otaczały - Sus, jak to dobrze,że jesteś.

Dałabym głowę,że miałłzy w głosie, ale Andrew Napier nie płakałnigdy.

Nie, stop.

ŚmierćLachiego zmieniła wszystko.

Wspomnienie sprawiło,że zwiotczałam i pozwoliłam sięprzytulić.

Nasz Lachie zginął. Teżmogłam nie wrócić. Wżyciu nie ma czasu na cierpiętnictwo, bywa za to czas na cierpienie. Jużwiem, jaka jest różnica między jednym a drugim. Młoda jestem, ale wiem.

ŚmierćLachlana Muira Napiera takie rzeczy mi pokazała w odpowiednimświetle.

- Załatam cię. Nie idziemy z tym nigdzie, oprócz twojego ojca i naszych, ale…

Oleg delikatnie dotykałmojego oka, tego zamkniętego i spuchniętego.

- Ale jeśli Liz będzie chciećumieścićinformacjęo gwałcie w danych Interpolu, zrobimy to - rzuciłna mnie okiem.

Przełknęłam i skinęłam. Nie chciałam tego, ale jeśli to samo przydarzy sięinnej dziewczynie? Jeśli jużsięprzydarzyło? Jeśli to ci sami… Chcę,żeby ich złapano.

Puls mi podskoczył, jakbym biegła za… tamtymi mężczyznami. Miałam wrażenie,żeżołądek wywróciłmi siędo góry nogami. Nie podskakiwałz radości.

- Nie będziemy cięnękać, ale umawiamy sięna współpracę, tak? - mrugnął, choćwidziałam,że nie byłto gest, który przyszedłmu złatwością.

Pokiwałam głową.

- Z Liz? Tak. Tylko nie dziś, nie dziś, Oleg. Proszę, nie dzisiaj - wtuliłam w Andrew ten "lepszy" policzek.

Było mi coraz cieplej. Uświadomiłam sobie,że Oleg pomagałmi jużwcześniej, ale dopiero teraz to zauważyłam. Nawet czułam,żełatwiej mi sięoddycha. Zacząłmnie leczyć. Byłnaszym Uzdrowicielem. Miałogromnąmoc.

Tak, nie jestem sama.

- Ilu? - zapytałam, jakbym naprawdęchciała to wiedzieć.

Chciałam i nie chciałam.

Znowu zamarli. I słowa nie powiedzieli.

La Gazzetta dello Sport

by CS piątek 6 kwietnia 2063

Poniedziałkowa informacja ośmierci Marcello Contardino wstrząsnęła wami, naszymi drogimi Użytkownikami.

To zaszczyt pracowaćdla takich kibiców jak wy!

W mailach do nas piszecie,że chcecie wiedzieć, jak to sięstało,że nasz kolega, dziennikarz, były sportowiec, zginąłw tak cywilizowanej części naszego pięknego kraju? Teżchcielibyśmy to wiedzieć!

Polizia locale wraz z polizia stradale prowadządochodzenie. Na razie, prawie tydzieńpo zdarzeniu, wiadomo tylko tyle,że samochód osobowy, srebrny, nieznanej na razie marki, uderzyłw rower, którym jechałnasz redakcyjny kolega. Marcello zostałwręcz katapultowany z drogi i spadłw dółzbocza. Kiedy przebijały go gałęzie, na szczęście jużnieżył.

CCTV, z którego tak dumne sąnasze władze lokalne, oczywiście nie działało tamtego dnia i w tamtym miejscu.

Gdybyśmy byli kolegami z "Il Manifesto", piszącymi o spiskach koncernów, o mafii, o "skorumpowanych" politykach, napisalibyśmy,że to nie jest przypadek! Krzyczelibyśmy głośno, mówiąc,że takie rzeczy nigdy nie sąprzypadkami.

Ale my, dziennikarze sportowi, doskonale wiemy, ile przypadków zdarza sięw normalnymżyciu. Dlatego zamiast krzyczeć: spisek!; krzyczymy: dołączcie do naszej akcji "Bezpieczni na drodze", która ma na celu chronienieżycia kolarzy, trenujących na szosach naszego kraju.

Tego chciałby nostro carissimo Marcello, dla którego sport i wartości, które sport reprezentuje, były tak ważne jak rodzina.

Andrew

Martwiła mnie zawsze różnica wieku między Susąa mną. Tyleże, jak to mówi moja platoniczna miłość, Andy Niwiński, mogęczekaćnawet sto lat, a różnica wieku sięnie zmniejszy, a "Susana jest po pierwsze: pełnoletnia, po drugie: pozornie inteligentna, więc na chuj czekasz, to nie wiem".

To jest cytat,żeby nie było,że Szkoci to wieśniaki. Bo nimi nie jesteśmy. Krakusy za to - owszem, tak.

Wiedziałem,że po tej wpadce z rozmowąprzy ognisku muszęSusędo siebie przekonać. Nie tylko poderwaćją, ale skłonić,żeby przestała we mnie widziećcasanowę.

Te trzy lata od wesela Smoka były dla mnie trudne, bo Susana grała coraz więcej i coraz lepiej, a jeśli nie grała, to spędzała czas w Afryce, gdzie moja rodzina budowała bardzo specjalne miejsce: Azyl, cośw rodzaju połączenia sanatorium i domu wczasowego na wysokim poziomie.

Susa pracowała tam najpierw jak my wszyscy, jako prosty robotnik budowlany, a po półroku od zakończenia studiów, kiedy jej dyplom stałsięważny, zaczęła obsługiwaćogromnąbetoniarkę. Kochała tęstertężelastwa, słowo daję, bardziej niżmnie.

Teżspędzałem mnóstwo czasu w Afryce, ale Susa miała chody w managemencie budowy. Nina i Sasza zawsze wstawiały jąna zmiany tak,żebyśmy sięmijali.

Spisek białogłów przeciw mężczyznom tegoświata.

Co prawda nie wróciliśmy do naszej rozmowy o miłości, ale przestałem sięprowadzaćz każdąchętnąpanią, a Susa w ogóle przestała udawać,że miewa chłopaków czy narzeczonych.

Nie mieliśmy jednak okazji pogadać, mimo iżchciałem tego jak diabli. Wszystko mnie bolało z niemożliwości przytulenia jej do siebie, z braku możliwości całowania do utraty tchu tych jej szerokich ust.

Z drugiej strony, była ta cholerna różnica wieku.

Z trzeciej strony… nikt nie może byćpewny niczego. Jednego dnia jesteś, drugiego cięnie ma. Jakie znaczenie ma różnica wieku, jeśli kogoś, kogo kochasz, może za moment nie być?

Kiedy Lachie… odszedł, Susa była ze mnącały czas, przez cały ten najgorszy okres miałem jąprzy sobie i czułem ją. Jąi jej miłość.

Późnej, jakbyśmy sięumówili: ona do Rzymu, ja do Katanii.

No, to tak sięsprawy właśnie między nami mają.

Mam… sporo lat.

Urodziłem sięw Edynburgu, w maju 1620 roku.

Łatwo sobie obliczyć, jakim jestem starcem, ale ułatwiężycie cierpiącym na pozornądyskalkulię: mam czterysta czterdzieści trzy lata. Wszystkie systemy, jak to mówi Geordie LaForge, mam w pełni sprawne. W warp wchodzębez kłopotów i potrafiępociągnąćw nim trochę. Długo. Stamina nie jest dla mnie, dla nas, kłopotem.

Ona, Susa, ma dwadzieścia jeden lat. No niechby i dwadzieścia dwa! Dwadzieścia dwa lata!

Kiedy byłem w jej wieku, walczyłem w wojnie trzydziestoletniej, dopóki mądry Charles nie wyciągnąłnas wszystkich z tego piekła i nie popłynęliśmy do Kolonii. Dwadzieścia dwa lata!

Niemowlę.

No, przeszkadza mi to. Przeszkadza, dlatego właśnie postępujęz tąmiłościąjak ze złośliwąi nieoczekiwanąerekcją: staram sięjąrozchodzić. Może przejdzie. Zniknie. Sama z siebie.

Nie jestem pierdolnięty, jestem Zmiennym, a konkretnie jestem Kotem. Dla niektórych to pewnie synonim słowa "pierdolnięty", ale kto by siętam Wilkami przejmował?

Oleg teżjest Zmiennym. I wszyscy moi bracia. I Alex niestety. I Andrea, i Ninka, i Yoshi, i Wojtek, i reszta nas. Wszyscy mamy dwie natury: ludzkąi magiczną. Składamy sięz Człowieka i Bestii, której formęmożemy przybierać, której magięmożemy wykorzystywać.

Szybka regeneracja, prawie nieśmiertelność, zero starzenia się- to zalety bycia nami. Wady to samotność. Tak, do niedawna to byłdla mnie kłopot. Można czućgłębokąsamotność, nawet jak sięma sześciu braci.

Pięciu braci.

Jestem Pumą. Nietypowym, bo właściwie czarnym Pumą. Jak mówi Andy, wyglądam, jakby na ciało cętkowanego Kota ktośnaciągnąłczarną, ledwie przejrzystąpończochę. Cętki i jaśniejsze futro widać, jeśli sięktośprzygląda. Jeśli sięnie przygląda, to jestem czarnym Kotem.

W formie mojej Bestii ważęprawie trzysta kilogramów. Byćmoże przy pięciuset pięćdziesięciu kilogramach Olega i czterystu Charlesa, to jestem waga piórkowa, ale przy Wilkach, to i tak jest to dobre pięćdziesiąt kilo więcej. No chyba,że sięjest Alexem. Skurczybyk jest potężny i waży grubo ponad trzy setki.

To dlatego Andy go wolała ode mnie i reszty chłopaków.

Nie jestem najmniejszy. Mój syn, Wojtek, jest tak duży jak ja. Michał, Pantera Mglista, jest mniejszy i lżejszy. Wrony Andrei sąmniejsze!

A, i jeszcze Ninka jest połowęlżejsza ode mnie, a jest przecieżNiedźwiedziem Polarnym.

"Mama Bear" - tak jąnazywamy, jeśli marzy nam sięwyjątkowo trudny trening z jej partnerem, szefem Wydziału Wewnętrznego Preternatural Bureau of Investigation, Akanishi no Yoshitsune.

Ruda Ninka jest naszym malutkim Niedźwiadkiem, a w zasadzie to ciężarnym Misiem.

Uśmiecham się, myśląc o nich.

Susana

- Przecieżwiem,że czujecie. Ilu było tych bastardi?

Nie odpuszczałam. Nigdy nie odpuszczam, bo jestem zawzięta. Nie "uparta", proszęmnie nie obrażać. Zawzięta.

- Wymiana. Zrobimy wymianę.

Oleg zabrałw końcu dłońz mojej głowy i poczułam sięlepiej. Jeszcze niedoskonale, ale jużlepiej.

Santa Madonna, jaka to ulga.

Wymiana była OK, wymiana była uczciwa.

Miałam wrażenie,że głowa pływała mi osobno od reszty mnie, ale trzymałam sięfaktów, przyssałam siędo bólu i do obecności chłopaków,żeby nie odpłynąćza daleko. Najgorsze, co może sięzdarzyć, to pity party.

Nikt i nigdy nie będzie sięlitowałnad SusanąGiacommini. Nawet ona sama.

- Jaka wymiana?

Powieki mi opadały, byłam padnięta, ale bałam siękoszmarów. Jużwolałabym,żeby mnie uśpił.

Powiedziałam to na głos.

- Oczywiście,że cięuśpię, Sus. Nina będzie ciępilnować,żadnych koszmarów nie będzie - pocałowałmnie w czoło.

Miałciepłe usta, kłułi pachniałciepłym chlebem i całkiem niedawno wypitym koniakiem.

Uświadomiłam sobie,że zapach ciepłego chleba, taki jego i tylko jego zapach, szorstkośćjego brody, jego ogrom,śmiech, stałość, poczucie bezpieczeństwa, czasem ten zapach koniaku - to były pierwsze ważenia, z którymi mi siękojarzyła męskość.

Pierwszy człowiek, który nie byłmoim tatą, a którego postrzegałam jako mężczyznę. Moja pierwsza miłość, Oleg Tsun.

To teżmu powiedziałam. I to,że szkoda,że z niego wyrosłam.

- I tak mnie kochasz - powiedziałpo prostu, bezżadnego puszenia się.

Ich sięnie dało okłamać, więc nawet nie próbowałam.

- Ale jużnie najbardziej naświecie. Najbardziej naświecie kocham tego idiotę- czułam sięjak na lekkim rauszu.

Tak właśnie zawsze, ale to zawsze na mnie działa leczenie Olega. Ale było OK, wspomniany idiota i tak wiedział,że go kocham. Przecieżsama go o tym poinformowałam.

Oleg zaśmiałsiętymśmiechem, który powoduje,że powietrze robi sięlżejsze.

- Nie, nie najbardziej. I wiem,że kochasz Andrew. Wszyscy to wiemy. Wrzeszczeliście na siebie na cały regulator. Nie wiedzieliśmy, czy sięinformujecie o swojej wielkiej miłości, czy planujecie sięzabićna miejscu, rujnując moje wesele.

- Teżtego nie wiedzieliśmy - powiedziałwspomniany wcześniej osobnik.

Zamknęłam oczy, wtulona w wiadomego idiotę.

- Wymiana? - wydukałam, siłąwoli otwierając oczy.

Andrew zaklął.

Pewnie myślał,że szybciej zasnę, niżzapytam.

Niedoczekanie jego.

- A, wymiana, no tak. Porozmawiasz z Andreą- mówiłOleg, jakby zapomniałi właśnie sobie przypominał.

Nice try.

Pokręciłam głową.

Nope. Nope. Nope. Andrea była tym, kim chcębyć, jak dorosnę. Jak mam jej powiedzieć,że…

- Andy wie, czym jest gwałt, Sus. Została zgwałcona w wojsku. Później, mniej więcej w czasie, kiedy poznała Alexa, zgwałciła jąteżtrójka naszych. Gwałt i jego następstwa rozumie jakżadne z nas, Małpko. Wie, jak sięprzez takątraumęprzechodzi. Załatałem cięjako tako, ale zdrowienie to więcej niżposklejanie porozrywanych tkanek. Słuchasz mnie, Susa?

- Andy zgwałcono? - zapytałam z niedowierzaniem w głosie.

Andrea była najsilniejsząosobąnaświecie. Nawet Oleg bywałod niej słabszy. I jąktośskrzywdził?

- Andy zgwałcono? - Andrew zapytałw tym samym momencie.

Brzmiał, jakby chciałzabijać. I jakby nie wiedział, co zrobićz wiedzą, którąwłaśnie posiedliśmy.

- Ona tego nie ukrywa. Nigdy sięnie wstydzi tego, co jej zrobiono. Ona przecieżnie zawiniła.

Kiwnęłam głową.

- Porozmawiam, obiecuję. Kiedy jązobaczę, to porozmawiam - odetchnęłam gotowa na najgorsze - Ilu?

Kilka sekund milczenia i głos Andrew. Lodowaty.

- Trzech.

Trzech. Trzech. Trzech. Trzech.

- Zmyjcie ich ze mnie - zdążyłam jeszcze powiedzieć, nim czary Olega zadziałały i spałam.

Sen byłcichy bez koszmarów. Ale to pewnie dlatego,że ktośstałna warcie i mojego snu pilnował.

Ninka była dreamwalkerem. I to ta wariatka totalna opiekowała sięmną!

Mną!

Rano jąochrzanię, ma termin na jutro! Urodzićma! Powinna spać, nie może tracićtyle sił.

"Śpię, tylkośpięz tobą, kalafiorze jeden. Małe sobie pływa i jakośmu sięnieśpieszy na zewnątrz. Mary, Eleuthia i Asklepios sąna miejscu. Mam wrażenie,że zaraz przyjedzie tu połowa szamanów ze Stanów i z Tybetu,żeby mi pomagać. Jak masz wyrzuty sumienia, to podrzucęci Kamęna dwa dni, zęby jej idąi potrzebuje dobrego gryzaka. Twardziele sąpodobno najlepsi, tak mi mówi pyskata sroka, kiedy daje sięprzeżuwaćmałej. Odrobisz mi to, nie martw się. Jużja cięzmuszę"- odezwałsiędo mnie jej głos i poczułam, jak mała, kobieca ręka klepie mnie po głowie.

"Śpij porządnie, koprze rzymski, bo jak nie, to zacznęciśpiewać".

Nikt w tej rodzinie nie rzuca czczych gróźb, więc zapadłam w sen jak w głębokąwodę.

Obudziłam siędwa dni później.

Andrea siedziała z kompem na kolanach i nogami na moimłóżku.

Andrew

Nie, nie unikałem Susany.

Bullshit.

Unikałem. Odśmierci Lachiego robiłem wszystko,żeby mi przeszło,żeby jej nie widzieć,żeby znowu kogośnie… .

Unikanie jej w Rzymie jest trudne, bo wiem,że jak rano przypadkiem wpadnęna stadion, to jązobaczę, będęświadkiem, jakćwiczy, jak gra. Wiadomo, gdzie jest Susana, jeśli nie jest z nami, czy ze swojąRodziną.

Gra w nogę.

Dodatkowo doskonale wiedziałem,że Stary, czyli ojciec Susany, ma dzisiaj imprezęi pewnie ona sama będzie musiała iśći sięuśmiechać, stojąc koło matki, Franki, do gości, których Dołhorucy przyjmująkolacją.

Nie chciałem,żeby sięuśmiechała do innych.

Chciałem miećjej uśmiech tylko dla siebie.

Dlaczego jej unikałem? Bo nie jestem tępy hamish!

Bo zasługiwała na to,żeby nie miećmnie cały czas na głowie. Bo może… może znajdzie kogoś, kogo będzie wolećode mnie? Szlag mnie trafiałna samąmyśl o tym.

Wiem,że chcętylko ją, bo wszystkiego, co było wżyciu do posmakowania, posmakowałem. Czy ona miała tęszansę?

Nie, nie miała.

Jakby miała, to by sięnie zakochiwała w heilan coo, w szkockim byczku, dziwkarzu iżołnierzu, proste.

Mamy niebezpieczneżycie, my, Napierowie. My, Zmienni. Zawsze nas na jakieśrubieże wysyłająi zawsze czyhająna nas jacyśBorgowie i inne zagrożenia. Jean-Luc Piccard miałłatwiejsze misje niżmy.

Czasem wracaliśmy w mniejszych kawałkach, niżwyjeżdżaliśmy.

Dlatego przyjechałem do Rzymu bez fanfar, ale zadzwoniłem do Olega, który w Rzymie pracowałgrube dziesiątki lat i który wie, w jakim hotelu mogęmiećanonimowość, spokój i ciszę. Przekimaćsię, nie zwracaćna siebie uwagi i wracaćdo Londynu, a potem do domu, do Katanii.

Takie były moje rozkazy, to sięich trzymam jak pijany płotu. Jestem od wieków zawodowymżołnierzem. Czasem myślę,że to jużza długo, ale co mam robić? Wszyscy wiedzą,że wbrew złośliwościom i pogłoskom rozsiewanym przez Andy, jestem w tym dobry. Mam jakiśMBA, ale jeszcze nie dojrzałem do robienia pieniędzy.

Henry jest dobry w finansach i dzięki niemu, oraz dzięki sławnej oszczędności Szkotów, na brak pieniędzy nie narzekam.

Miałem szczęście, tak przynajmniej myślałem, kiedy rudy Rosjanin powiedziałmi,że przecieżteżjest w Rzymie i siedzi z błogosławieństwem Franki w jej mieszkaniu na San Cosimato. Miejsca tam wystarczy dla kompanii wojska. Zmieszczęsię.

Sprawdzaliśmy to przecieżkilka lat temu.

Zrobiłem zatem, co miałem zrobić: spotkałem sięz jakimśmakaroniarzem z jednostek specjalnych, wymieniliśmy klucze do storage’u dokumentów, poinformowaliśmy sięco u nas, pokiwaliśmy głowąnad głupotącywili i sięrozeszliśmy, każdy do swojej roboty.

Na San Cosimato zdążyłem wziąćprysznic.

Ledwie zdołaliśmy sięrozwalićz Rudym na sofach, ze szklaneczkami w ręku i komputerami z odpalonąrobotądla naszego szefa, Yi Hyeon Ju, wróciła Susana.

Susana normalnie pachnie… jak dym jałowcowy i mięta pieprzowa. Oba zapachy sąostre i zdecydowane, oba jednocześnie kojąi drapiąmnie w duszę.

Mój zapach jest spokojniejszy, bardziej miękki. Wyprawiona skóra i jabłka w zimie, w momencie, kiedy ich zapach jest skoncentrowany, a one same mająpomarszczonąskórkę.

Zupełnie, jakby nasze zapachy pokazywały, kto jest twardzielem w tym związku, kto jest komandorem naszego Enterprise, a kto kadetem. Iżadnego związku naturalnie nie ma.

Kiedy poczułem ten jej zapach, a sekundępóźniej krew, inne płyny ustrojowe i substancje, jej ból, gniew,łzy - cośwe mnie pękło kompletnie.

Kiedy poczułem… te inne zapachy na niej, kiedy Oleg podniósłjąz podłogi i zaniósłdołazienki, nie mogłem sięutrzymaćna wodzy.

Nie mogłem.

OdkupięFrance stolik. Dziesięćstolików jej odkupię. I zapaćkam tędziuręwścianie. Później, jak jużprzestanęzabijać.

~~*~~

Susana spała w najmniejszej sypialni. To był"jej" pokój. Obwieszony plakatami, fotosami gwiazd piłki, kilkoma jej zdjęciami, które powiesiła tam Franca, paroma pucharami. Tutaj miała zapas ciuchów i jakieśswoje kosmetyki.

Oleg wykąpałją, jak tylko zasnęła. Wlazłz niąpod prysznic, zdjąłz niej teśmierdzące ubrania i puściłwodę.

Dziwne?

Nie. My, Zmienni, jesteśmy… mamy inne podejście do intymności niżLudzie. Ludzie zrobili siędziwni teraz, po tym konserwatywnym odrodzeniu, które sobie zafundowali. Wszystko im siękojarzy. Jest jak za nieboszczki królowej Wiktorii. Duszno, głupio i opresyjnie, tylko mniej inspirująco. Gorsety, halki i pantalony były czymś, za czym czasem tęsknię.

Oleg znałSusęod pieluch, ufała mu, wiadomym było,że to on zmyje z niej "to". Tych mężczyzn.

Ich zapachy. Ich dotyk. Ichślady na niej.

Siedziałz niądługo pod tym prysznicem.

Czekałem zaścianą, po drugiej stronie niezamkniętych drzwi.

Jestem prostym hamishem, zgoda, ale wżyciu, nawet w momentach, kiedy naprawdębyłem durny i kiedy mój Kot chciałprzeleciećwszystko, co ma dziurkę,łącznie z dziurką