Śmiertelne wyliczanki. Mam chusteczkę haftowaną - Hanna Greń - ebook
Opis

Aspirant Konstanty Nakański prowadzi sprawę zabójstwa. Śledztwo przebiega opornie, gdyż policjant nie może znaleźć żadnego powodu, dla którego ktoś miałby pozbawić życia pewnego młodego mężczyznę. Jedyny ślad stanowi znaleziona na miejscu zbrodni chusteczka z ozdobnym haftowanym monogramem.

Po śmierci rodziców Eliza Rogowska odnosi wrażenie, że całkiem straciła kontrolę nad swoim życiem. Okazuje się, że matka i ojciec ukrywali przed nią wiele tajemnic, także związanych z przeszłością dziewczyny. Eliza postanawia odkryć te tajemnice, w czym wydatnie przeszkadza jej fakt, że człowiek, z którym zamierzała związać swoją przyszłość, po śmierci jej rodziców uznaje, że nie musi już odgrywać roli czułego, opiekuńczego mężczyzny. Pewny, że ma Elizę w swojej władzy, ukazuje prawdziwe oblicze.

Przypadek sprawia, że drogi Kostka i Elizy się krzyżują, a wówczas okazuje się, że odpowiedzi, których poszukują, są częścią tej samej układanki.

Mroczna zagadka z przeszłości i rzeczywistość jak zły sen. Klasyczny kryminał z podbudową psychologiczną i mocnym wątkiem obyczajowym. Trzyma w napięciu od początku do końca!

Anna Klejzerowicz

Bywa okrutnie, czasami brutalnie, niekiedy niepokojąco, ale też zabawnie i wzruszająco. Ta książka wciąga i dostarcza przedniej rozrywki! Polecam.

Klaudia Skiedrzyńska, Nowe horyzonty

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 556

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Podziękowania

Dziękuję Katarzynie i Aleksandrowi Szablińskim, Joannie Pawłowskiej oraz pozostałym pracownikom Wydawnictwa Replika za trud włożony w wydanie tej książki.

Dziękuję także wszystkim, którzy mieli udział w powstawaniu, a później doskonaleniu tekstu:

Mojemu mężowi – za pierwszą ocenę tekstu i wykreślenie wszystkich fragmentów, w których poniosło mnie przy opisywaniu pracy policjantów.

Kasi Bieńkowskiej i Darii Skibie – za użyczenie moim bohaterkom swoich „twarzy”.

Agnieszce Lis – za ocenę tekstu i cenne uwagi.

Basi Spychalskiej-Granicy – za pomysł, by opowiadanie Czterdzieści metrów samotności stało się prologiem powieści.

„Mieszkankom” naszej chatki na NaNoWriMo – za dopingowanie do pracy nad tekstem.

Wszystkim członkom fanowskiej grupy „Kryminalny kącik Hanny Greń” – za wsparcie w chwilach zniechęcenia i za nieustające promowanie moich książek.

Prolog

Rok 1996

– Rozkwitały pąki białych róż…

Przez dochodzący z łazienki szum wody przebija się kobiecy śpiew. To ona. Ma piękny głos i lubi, gdy inni jej słuchają i ją chwalą. Masz ochotę powiedzieć, jak bardzo podoba ci się ta piosenka, lecz jeden rzut oka na zachmurzoną twarz mężczyzny powoduje, że kulisz ramiona, chcąc w ten sposób stać się mniejszą, może nawet niewidzialną. Wiesz, że on cię nie lubi, że przeszkadza mu twoje istnienie.

Odrywasz wzrok od ekranu, widząc, że wyszła z łazienki. Obserwujesz ją spod zmrużonych powiek, przeczuwając, co zaraz nastąpi. Nie na darmo założyła nową bluzkę z cekinami i dużym dekoltem. Krótka spódniczka podkreśla piękną figurę i zgrabne nogi obute w czarne czółenka na wysokich obcasach.

On również na nią patrzy, lecz w jego wzroku nie ma zachwytu, tylko irytacja.

– Dosyć już tego marudzenia! – warczy. – Pospiesz się, klient nie będzie czekać w nieskończoność.

Jej uśmiech mógłby zmiękczyć skałę, ale nie tego zagniewanego mężczyznę o złym spojrzeniu i zaciętej twarzy.

– Nie ma innego sposobu? Koniecznie muszę rozkładać się przed tym facetem?

– Wiesz dobrze, że nie mamy pieniędzy. Jak chcesz nakarmić dzieciaka i zapłacić czynsz? Chyba nie myślisz, że ja będę zapierdalać na budowie, żebyś ty mogła leżeć do góry dupą?!

Ze złością szarpie kobietę za rękę, ciągnąc w stronę drzwi. Zamykasz oczy, by tego nie widzieć. Chciałabyś móc zamknąć również uszy, by nie docierał do ciebie jego podniesiony, szczekliwy głos. Słyszysz stukot obcasów. Zbliża się zamiast oddalać. Otwierasz oczy i widzisz ją tuż obok. Pochyla się nad tobą i szepcze ci do ucha:

– Przykro mi, kochanie. Naprawdę muszę iść, ale nawet się nie obejrzysz, a już będę z powrotem. Za to jutro pójdziemy do parku…

Na zniecierpliwione syknięcie urywa gwałtownie i już nie zwraca na ciebie uwagi. Idzie za nim, piękna, mocno umalowana pani, której w gruncie rzeczy wcale nie znasz, mimo że jest całym twoim światem.

Drzwi zamykają się za nimi, słyszysz szczęk klucza obracającego się w zamku. Wzruszasz ramionami. Przecież tak naprawdę nie wierzyłaś, gdy przyrzekała, że już nigdy nie zostawi cię samej. Masz niecałe sześć lat, lecz zdolności rozpoznawania kłamstw mógłby ci pozazdrościć niejeden dorosły. Tyle ich słyszałaś w swoim krótkim życiu, że kilka więcej nie robi żadnej różnicy.

Ponownie wbijasz wzrok w maleńki ekran telewizora, z uwagą śledząc losy bohaterów. Nie przeszkadza ci czarno-biały obraz, skąd mogłabyś wiedzieć, że film jest kolorowy? Nigdy dotąd nie miałyście telewizora. Kupiła go dzisiaj. A może ukradła? Najważniejsze, że go przyniosła, a potem on, ten pan, który ostatnio tak często do niej przychodzi, jakimś sposobem sprawił, że stara, zniszczona skrzynka zaczęła działać.

Mijają minuty. Bajka już się skończyła, a ty jesteś głodna. Idziesz do kuchni, niewiele większej od toalety w przychodni. Mieszkanie ma czterdzieści metrów, lecz blisko połowę powierzchni zajmuje pomieszczenie, do którego nie macie prawa wstępu. Gospodarz trzyma tam swoje rzeczy i przed każdym wyjściem upewnia się, że zamknął drzwi na klucz. Wasz pokój jest niewielki, mieści się w nim szafa, komoda i dość duże łóżko, w którym sypiacie razem, bo drugiego nie byłoby gdzie wstawić. W kuchni stoi kilka szafek i wciśnięty w kąt wąski stolik. Gdy wysuwacie go na środek, żeby usiąść do obiadu, blokuje przejście do kuchenki gazowej. Ona zawsze się z tego śmieje, mówiąc, że dzięki temu jest szczupła, że gdyby przytyła, mogłaby się zaklinować i na zawsze zostać uwięzioną między stołem a kuchenką.

Zaglądasz do lodówki i krzywisz się, widząc niewielki wybór. Dotykasz lepkiej kiełbasy, ze wstrętem cofasz dłoń i wycierasz ją w nogawkę dżinsów, potem decydujesz się na żółty ser. Wygląda apetycznie. Zabierasz trzy plasterki i wraz z niedojedzoną rano kromką chleba zanosisz do taboretu, który w waszym pokoiku pełni funkcję stolika okolicznościowego. Patrząc na niezrozumiałe sceny na ekranie, zjadasz swoją kolację, popijając colą czerstwe pieczywo.

Pan i pani najpierw się kłócą, potem całują, wreszcie zaczynają się rozbierać.

– Będą robić seks – mruczysz sennie i przymykasz oczy.

Gdy on do niej przychodzi, musisz spać w kuchni na materacu i nie wolno ci ich podglądać. Kiedyś nie wytrzymałaś, cichutko wślizgnęłaś się do pokoju i obserwowałaś, dopóki cię nie zauważyli. Biła cię wtedy tak mocno, że aż musiał ją odciągnąć, ale dzięki temu wiesz, jak to jest, gdy ludzie robią seks.

Budzi cię dziwny szum. To telewizor tak szumi, a ekran migocze białymi punkcikami. Jest ci zimno, bo zasnęłaś na kołdrze. Drażni cię migoczący i szumiący odbiornik, lecz nie wiesz, jak go wyłączyć, więc naciągasz kołdrę na głowę i znów zapadasz w sen.

Po przebudzeniu sprawdzasz, czy wróciła. Nie ma jej. Wcale się nie boisz, bo to nie pierwszy raz. Przez chwilę patrzysz na panią z telewizora, ale wkrótce nudzi cię program, którego nie rozumiesz. Wyciągasz spod łóżka książkę i zaczynasz czytać. Czytałaś ją już wiele razy, lecz nie masz innej, a wymyślony dawno temu świat nieodmiennie cię fascynuje. Ponownie przeżywasz radości i smutki Sary Crewe, wyobrażając sobie, że jesteś nią. Chciałabyś być nią.

Nikt nie wie, że masz tę książkę. Nikt się nawet nie domyśla, że umiesz czytać i pisać. Liczyć też już umiesz, na razie do dziesięciu. Sama nie wiesz, jakim sposobem posiadłaś te umiejętności, lecz nie chcesz, żeby ktoś się o tym wszystkim dowiedział. Żeby ona się dowiedziała. Boisz się, że znowu będzie cię bić, jak wtedy, gdy przeczytałaś jej wierszyk o słowiku. Myślałaś, że się ucieszy.

– Nie cygań, smarkulo! – wysyczała, a jej śliczną twarz wykrzywił grymas odrazy. – Na pewno nauczyłaś się na pamięć tego pieprzonego wierszyka i myślisz, że dam sobie wcisnąć ciemnotę. Jesteś za mała na czytanie.

– Wcale nie cyganię. Ja naprawdę umiem go przeczytać! – Próbowałaś się bronić, lecz ona nie słuchała. – Nauczyłam się, kiedy ty mi go czytałaś.

– Zamknij się! Zamknij tę parszywą gębę! Nikt normalny sam się nie nauczy czytać. Słyszysz? Nikt! Oszukujesz!

Szarpała cię za ramię w takt swoich słów. Niebacznie pokręciłaś głową, chcąc zaprzeczyć, a wtedy zaczęła cię bić. Po twarzy, głowie, ramionach. Nie przestała nawet wtedy, gdy upadłaś. Bolało tak bardzo, że nawet nie zauważyłaś, kiedy usiadła obok, dopiero jej płacz, wtórujący twojemu, wyrwał cię z odrętwienia.

– Ja już nie będę! – Szlochałaś żałośnie, tuląc się do niej. – Naprawdę! Ja nie wiedziałam, że to brzydko tak robić.

– Nie płacz, dziecinko. – Objęła cię ramieniem, całując w zaczerwieniony, podbiegający opuchlizną policzek. – Już dobrze. Obiecaj, że nigdy więcej nie będziesz kłamać o czytaniu, bo ludzie pomyślą, że coś jest z tobą nie tak. Nie chcę, żeby mówili o tobie, że jesteś kłamczuchą. W tym roku pójdziesz do zerówki, tam nauczysz się czytać. Jesteś mądrą dziewczynką i na pewno będziesz się dobrze uczyć.

Potem kupiła ci książeczki do kolorowania i znowu było dobrze. Zapamiętałaś tę lekcję i od tamtej pory zawsze udawałaś, że tylko oglądasz obrazki, a potem prosiłaś, żeby ci poczytała.

Kiedyś pani doktor z przychodni powiedziała do pielęgniarki, że jesteś nieprzeciętnie zdolna. Nie wiedziałaś, co to oznacza, a gdy ci wytłumaczyła, błagałaś, szlochając rozpaczliwie, żeby nikomu o tym nie mówiła. Żeby nie powiedziała jej. Obiecała, że będzie milczeć. Nie uwierzyłaś i przez następne dni bałaś się tak, że aż wymiotowałaś ze strachu, lecz ku twojemu zdziwieniu pani doktor dotrzymała obietnicy.

Książkę o Sarze Crewe znalazłaś na śmietniku, gdy poszłaś opróżnić kubeł. Nie ma okładki i trzech pierwszych kartek, ale i tak ją czytasz, gdy jesteś sama. Marzysz o tym, że kiedyś dowiesz się, jaki nosi tytuł.

Znowu jesteś głodna. Dojadasz ser, tym razem bez chleba. Kiełbasę wyrzucasz do kosza, śmierdzi. Cola już się skończyła. Podstawiasz szklankę pod kran, potem popijasz ser kilkoma łykami wody, wracasz na łóżko i wyobrażasz sobie, że ona zaginęła jak tatuś Sary. Niedługo się odnajdzie. Wróci, a wtedy pójdziecie do parku karmić wiewiórki. Tylko wy dwie, bez niego. Z nim nie byłoby przyjemnie, bo ciągle by się złościł i niecierpliwił.

Marzysz, żeby sobie poszedł i nigdy już nie wrócił. Nie chcesz, by z wami mieszkał, by na ciebie krzyczał. Nie chcesz, żeby ją bił.

Godziny mijają. Czytanie cię znudziło, więc teraz zabierasz się do rysowania. Szkoda, że zapomniała o naostrzeniu brązowej kredki. Zastanawiasz się, jakim kolorem narysować pień drzewa. Decydujesz się na czerwony, potem leciutko muskasz pień czarną kredką i śmiejesz się z zachwytu, widząc, że uzyskany w ten sposób kolor bardzo przypomina brąz.

Nadal nie wróciła. Przysuwasz taboret do okna, wspinasz się na niego i spoglądasz przez szybę. Chcesz zobaczyć, czy ona nie nadchodzi, lecz jest już zmierzch, a koło domu nie ma latarni i nie jesteś w stanie niczego dojrzeć. Odchodzisz od okna ze skulonymi ramionami. Tęsknisz.

Bajka nie jest taka ładna jak wczoraj, lecz i tak ją oglądasz. Potem wsuwasz się pod kołdrę i zamykasz oczy. Jesteś głodna, a w lodówce została tylko konserwa, której nie potrafisz otworzyć. I chleb w reklamówce, ale nie umiesz go pokroić. Chcesz spać, żeby nie czuć ssania w żołądku. Chcesz spać, żeby nie tęsknić.

Budzisz się głodna i spragniona. Biegniesz do kuchni i łapczywie pijesz wodę z kranu, potem wyciągasz chleb z reklamówki. Sięgasz po nóż i przez chwilę usiłujesz sobie przypomnieć, jak ona to robiła. Boisz się wielkiego ostrza, przed którym tyle razy cię ostrzegała.

– Nie dotykaj – mówiła – bo się skaleczysz i będzie ci leciała krew.

Odkładasz nóż i zębami szarpiesz skórkę, usiłując dostać się do miąższu. Obgryzasz chleb, chichocząc, bo wyobraziłaś sobie jej minę, gdy zobaczy twoje dzieło. Pewnie powie:

– Ojej, co mu się stało? Czemu jest taki łysy?

Dławisz się starym pieczywem i znów podstawiasz kubek pod kran. Wolałabyś ciepłą herbatę, lecz nie wolno ci włączać kuchenki gazowej. To niebezpieczne.

Wracasz na łóżko i oglądasz telewizję. Niewiele z tego rozumiesz. Jacyś panowie kłócą się, krzyczą i machają rękami. Wyglądają tak pociesznie, że śmiejesz się głośno, żałując, że ona nie śmieje się razem z tobą.

Potem stoisz na taborecie przy oknie i spoglądasz na ulicę. Nie chcesz przegapić jej powrotu. Po pewnym czasie zaczynają cię boleć nogi. Klękasz na taborecie, opierasz łokcie o parapet i tak trwasz, aż wreszcie, pokonana, powłócząc zdrętwiałymi nogami, znów kładziesz się do łóżka. Nie masz ochoty czytać o mglistym Londynie. Bezmyślnie wpatrujesz się w ekran, zastanawiając się, czy ona dzisiaj wróci. Powieki opadają, lecz uparcie walczysz ze snem. Chcesz być przytomna, gdy ona stanie w drzwiach.

Jednak zasnęłaś. Gdy się budzisz, za oknami jest już ciemno.

Obgryzłaś chleb do reszty. Pozbawiony skórki przywodzi ci na myśl oskubanego kurczaka i, chichocząc, odrywasz spory kawałek. Dojadasz go przed ekranem, bo właśnie zaczęła się bajka. Przypominasz sobie jej słowa, że będziecie razem oglądać telewizję. Walczysz z dławiącym cię płaczem, lecz łzy płyną same, nieposłuszne i uparte. Wtulasz buzię w poduszkę, nie chcesz, żeby sąsiedzi usłyszeli twój płacz, bo wtedy będzie krzyczała. Zmęczona łkaniem, znów zasypiasz.

Budzi cię czyjś głos. Zrywasz się z łóżka. Jesteś taka pewna, że wróciła, tak bardzo pewna! Ale to tylko pani z telewizora coś mówi. Nienawidzisz jej za to, że nie jest nią.

Czujesz się brudna, już tyle czasu się nie myłaś i nie przebierałaś. Wyciągasz ze starej komody czyste majtki, przystawiasz taboret do szafy, by móc dosięgnąć do półki z ubraniami.

W łazience rozbierasz się i po chwili drżysz z zimna pod strugami lodowatej wody. Bojler jest wyłączony, by niepotrzebnie nie pobierał prądu, a ty nie potrafisz go uruchomić. Po kąpieli, mimo przenikającego na wskroś chłodu, czujesz się lepiej. Cieszysz się na myśl o jej pochwałach, gdy dowie się, że tak dobrze potrafisz o siebie zadbać.

Na chlebie pojawiła się pleśń. Ma gorzki, obrzydliwy smak, więc zdrapujesz ją łyżeczką. Gdy zaspokoiłaś głód, niewiele już zostało z jeszcze niedawno całego bochenka. Nie przejmujesz się tym, przecież dzisiaj na pewno wróci!

Po wypiciu dwóch kubków wody znowu drżysz z zimna. Zagrzebujesz się w kołdrę, wyobrażając sobie, że jesteś nieszczęśliwą Sarą Crewe, drepczącą w dziurawych bucikach po zabłoconych ulicach Londynu.

– Jestem księżniczką, a księżniczki nie płaczą – powtarzasz jej słowa w poduszkę. Mimo to po chwili poszewka jest mokra od łez.

Z płytkiej drzemki wyrywa cię kobiecy głos. Wyskakujesz spod kołdry i po chwili siadasz ciężko, jak stara, zmęczona kobieta. To tylko sąsiadka przemawiała do swojego jamnika, to nie ona! Przez chwilę korci cię, żeby zawołać przez zamknięte na klucz drzwi. Wtedy nie czułabyś się taka samotna. Już otwierasz buzię, ale zamykasz ją, nie wydawszy żadnego dźwięku, gdyż zbyt dobrze pamiętasz słyszane wielokrotnie słowa: „Gdyby ktoś się dowiedział, że zostajesz sama w domu, zamknęliby cię w domu dziecka, a tam jest strasznie! Dzieci chodzą głodne i smutne, a panie wychowawczynie codziennie je biją!”.

Dziwi cię, że jest już ciemno. Nigdy tyle nie spałaś, nie jesteś przecież dzidziusiem. I dlaczego jest tak zimno? Wkładasz kurtkę, zaciągasz zamek wysoko pod szyję i idziesz do kuchni. W ustach czujesz niesmak, boli cię gardło. Woda gasi pragnienie, lecz przez nią ogarnia cię jeszcze większy chłód. Każdy krok sprawia ci ból. Pojękując, sięgasz po reklamówkę i widzisz, że żałosna resztka chleba cała jest pokryta pleśnią. Mimo to próbujesz go jeść, zbyt jesteś głodna, by wybrzydzać, lecz próba przełknięcia pierwszego kęsa wywołuje wymioty. Wyrzucasz chleb do kosza. Płaczesz.

Po kilku godzinach skręca cię z głodu. Wyjmujesz konserwę z lodówki, podważasz łyżeczką uchwyt wieczka i zaczynasz ciągnąć. Odgięło się leciutko, na tyle dużo, byś mogła poczuć cudowny zapach mięsa, lecz zbyt mało, byś mogła się do niego dostać. Próbujesz ponownie, mocno zaciskając małe paluszki na uchwycie. Szarpiesz niecierpliwie, widząc coraz mocniej odchylające się wieczko, i nagle puszka wyślizguje się z rąk, zahaczając o lewą dłoń.

Krzyczysz z bólu i szoku, patrząc na krew spływającą na podłogę i wpół otwartą konserwę. Nie masz odwagi sprawdzić, jak mocno się zraniłaś. Owijasz dłoń ścierką do naczyń i wracasz do pokoju, przed telewizor, bo właśnie zaczęła się bajka. Jest ci tak zimno, że dodatkowo naciągasz kaptur na głowę, a gdy na ekranie pokazują się napisy, zwijasz się w kłębek pod kołdrą i zasypiasz niespokojnym snem, przerywanym co chwilę jękiem bólu, gdy urażasz się w zranioną dłoń.

Rano zastanawiasz się, jak długo już jesteś sama. Usiłujesz to obliczyć ilością oglądanych bajek, ale nie jesteś pewna, czy było to cztery, czy pięć razy. Nie masz ochoty wychodzić z łóżka, lecz męczy cię pragnienie. Drepczesz do kuchni, dziwiąc się, dlaczego twoje nogi są tak słabe, że musisz przytrzymywać się ściany, żeby nie upaść. Nalewasz wodę do kubka, a po namyśle zdejmujesz z kuchenki czajnik i podstawiasz pod kran. Dzięki temu będziesz mogła napełnić kubek bez konieczności wychodzenia z łóżka. Z trudem udaje ci się zanieść czajnik do pokoju, jest zbyt ciężki dla twojej małej ręki, mimo że napełniłaś go tylko w połowie. Niezdarnie przytrzymujesz go drugą ręką, tą, która owinięta zakrwawioną ścierką nieustannie pulsuje tępym bólem. Stawiasz kubek i czajnik na taborecie i ściągasz kurtkę. Już nie czujesz zimna. Jest ci gorąco, tak bardzo, że strumyczki potu spływają ci po plecach, a mokra bluzka lepi się do ciała. To obrzydliwe!

Zestawiasz na podłogę kubek i czajnik, przenosisz taboret ku szafie, wspinasz się, by dosięgnąć ubrań. Udało się! Wyszarpujesz bluzkę, opuszczasz rękę i wtem nagły zawrót głowy sprawia, że tracisz równowagę. Przy niezdarnej próbie uchwycenia się czegoś uderzasz głową o kant szafy. Gdy padasz na podłogę, słyszysz dziwny trzask, jakby pękała gałązka. Chcesz się podnieść i wtedy zauważasz, że twoja prawa ręka jest wygięta pod nieprawdopodobnym kątem. Dopiero wtedy przychodzi ból, potworny i niewyobrażalny. Mdlejesz.

Znowu jest zimno. Wiesz, że powinnaś położyć się do łóżka, lecz nie masz siły wstać, możesz jedynie się czołgać, ignorując ból ręki i głowy. Twoja bluzka jest poplamiona krwią, bo róg szafy przeciął skórę na skroni, i boisz się, że ona będzie krzyczeć, kiedy to zobaczy.

Doczołgałaś się do łóżka. Próbujesz się na nie wdrapać, jednak nie masz dość sił, by wystarczyła do tego jedna ręka, w dodatku rana od puszki znowu zaczęła krwawić. Druga ręka zwisa bezwładnie, każdy ruch wywołuje falę bólu. Bezradnie zwijasz się w kłębek pod ściągniętą z łóżka kołdrą.

Zasypiasz, budzisz się, zasypiasz. Tak bardzo męczy cię pragnienie, że aż ciężko ci oddychać. Próbujesz dosięgnąć czajnika, stoi bliżej niż kubek i jesteś pewna, że się uda. Prawie już czujesz smak chłodnej wody w ustach. Trącasz go dłonią, a potem z rozpaczą patrzysz, jak się przewraca, zahaczając o kubek, a upragniony płyn wycieka z obu naczyń i wsiąka w wykładzinę. Czołgasz się ku kałuży i zlizujesz wilgoć, spluwając przez zęby paprochami.

I znów na zmianę zasypiasz i budzisz się, zagubiona w tym dziwnym czasie jawy-snu, zobojętniała na wszystko. Nie czujesz już bólu i pragnienia, nie czujesz tęsknoty. Nie czujesz nic.

Odwiedza cię Sara Crewe i głaszcząc po brudnych, zlepionych potem włosach, szepce słowa otuchy. Nie chcesz tego słuchać, bo co ona może wiedzieć o prawdziwym życiu? Jest tylko wymyśloną postacią, jak jej lalka Emilka. Miejsce Sary zajmują zwierzątka z ostatniej bajki, uśmiechnięte i rozszczebiotane, zapraszające do wspólnej zabawy. Irytuje cię ich beztroska, drażnią wesołe igraszki. Krzyczysz, by odeszły, a gdy nie reagują, grozisz im pięścią, wywołując tym ruchem falę bólu.

Otwierasz oczy, zdziwiona, że pokój wiruje, jakbyś siedziała na karuzeli, a wszystko jest tak zamazane jak wówczas, gdy dla zabawy naciągnęłaś na głowę foliową torbę. Przymykasz powieki, a kiedy ponownie je otwierasz, widzisz ją. Pochyla się nad tobą i bierze w ramiona. Wdychasz zapach jej perfum i tym razem nie przeszkadza ci, że jest odrobinę zbyt mocny. Z cichym westchnieniem wtulasz się w nią, zapominając o strachu i samotności. Tak bardzo ją kochasz.

– Wiedziałam, że wrócisz, mamo. Przecież obiecałaś…

Rozdział 1.

Światło świec

Gdzieś poza oknami mrok dawno już zapadł

Noc ciemna nabrzmiała złem.

Wiatr w liściach szeleści…

Cicho i tak strasznie tutaj, gdy gaśnie światło świec.

To tak dawno było, gdy umarł dzień.

Pozostało tylko zimne światło świec

I nocy szept, gorzka łza…

Ciemna otchłań bez dna.

7–8 kwietnia 2016

Ciało zdążył już zasypać śnieg. Mężczyzna w ogóle nie zwróciłby uwagi na podłużny wzgórek leżący koło jednej z ławek, gdyby nie jego czworonożny przyjaciel. Kundelek tym razem nie zamierzał załatwić się pod swoim ulubionym drzewem. Gdy tylko pan odpiął smycz, pies pobiegł ku wzgórkowi i zaczął rozgarniać śnieg drobnymi łapkami. Dopiero wtedy mężczyzna dostrzegł, że pod śniegiem leży człowiek. Sięgnął po telefon i drżącymi ze zdenerwowania palcami zaczął wystukiwać numer alarmowy.

*

Aspirant Konstanty Nakański z niesmakiem spoglądał w lustro. Po wczorajszej imprezie u kuzynki był zmęczony, skacowany i niewyspany, i niestety wyglądał dokładnie tak, jak się czuł. Wczorajsze uczestnictwo w imieninowym przyjęciu tej bliskiej i lubianej krewnej stanowiło dla niego ciężką próbę. Nie znosił męża kuzynki i choć wiele razy się nad tym zastanawiał, dalej nie potrafił pojąć, co ładna i inteligentna dziewczyna widziała w tym ograniczonym bufonie.

Kostek już dawno odkrył, że jedynym sposobem na spędzenie w jego towarzystwie kilku godzin bez wywołania rodzinnej awantury jest solidne znieczulenie się za pomocą twardego alkoholu. Dzięki temu potrafił ignorować dobre rady przemądrzałego mężczyzny o możliwościach inwestowania, próby naciągnięcia go na pożyczkę (oczywiście bezzwrotną, bo przecież są rodziną) i, przede wszystkim, opowiadane ku uciesze innych stołowników wątpliwej jakości dowcipy o policjantach. Na trzeźwo raczej by tego nie zniósł. Nazwałby go debilem lub jeszcze gorzej i opuścił przyjęcie w atmosferze skandalu, co zdarzyło mu się już kilkakrotnie. Zgodził się przyjść tylko i wyłącznie z powodu matki, gdyż nie chciał jej zrobić przykrości odmową, wiedział bowiem, że bardzo jej zależy, by utrzymywał kontakt z rodziną ojca. I teraz za to płacił.

Wcale nie planował tak wczesnego wstawania, ale znowu w paradę weszło mu własne miękkie serce. Kiedy kuzynka spojrzała błagalnie, prosząc, by zawiózł ją o siódmej rano na ważne badanie, nie potrafił jej odmówić, pozbawiając się w ten sposób możliwości odespania zarwanej nocy. Wstał o tak bezbożnej godzinie, żeby doprowadzić wygląd do ładu, wypić kawę i przede wszystkim zjeść porządne śniadanie, gdyż to ostatnie zawsze pomagało mu zlikwidować skutki nadmiernego spoufalania się z alkoholem. Potem jeszcze jedna kawa i może uda mu się przetrzymać czas trwania badań.

Pocieszał się, że zaczyna służbę dopiero po południu. Nikt normalny nie lubi drugiej zmiany, ale czasami i ona bywa przydatna. Przy odrobinie szczęścia zdąży przespać się chwilę po powrocie z poradni, liczył też, że w trakcie służby nie zdarzy się nic wymagającego opuszczenia komendy i może nawet uda się chwilę podrzemać nad aktami. Pomyślał, że jakoś to przetrzyma. Nie powinno być źle.

Przez szum wody przebił się sygnał telefonu. Aspirant zaklął, gdy z zaskoczenia drgnęła mu ręka trzymająca maszynkę i po policzku popłynęła krew zmieszana z pianką do golenia. Wytarł twarz, na krwawiącą obficie rankę przylepił skrawek papieru toaletowego i wyszedł z łazienki. Telefon uparcie dzwonił. O tej porze? Po co ktoś miałby dzwonić do niego po czwartej rano?

– Nakański, słucham! – warknął w słuchawkę, nie próbując nawet silić się na grzeczność.

– Cześć, Naki.

Ze zdziwieniem skonstatował, że rozmówcą jest dyżurny oficer.

– Czemu do mnie dzwonisz? Mam dzisiaj drugą zmianę.

– Musisz ruszyć dupę już teraz, trup na ciebie czeka. I tęskni – dorzucił dyżurny z uciechą. Bardzo lubił takie żarty.

– Wal się. To zmiana Mitrasa, jego sobie wezwij. Albo niech jadą ci z komisariatu.

– Mitras jest na innym zabójstwie i szybko tam nie skończy, a chłopaki z komisariatu też są zajęci. Nie mam kogo wysłać. Sorry, stary, ale twoja zmiana właśnie się zaczęła.

– Kurwa! Kastelik ma dyżur domowy, czemu nie zadzwonisz do niego?

– Bo Skalski kazał wezwać ciebie. Nic nie poradzę, że masz specjalne względy u szefa.

Aspirant powstrzymał cisnącą się na usta wiązankę, rozumiejąc, że dyżurny nie mógł inaczej. Skoro naczelnik życzył sobie obecności Nakańskiego, to Nakański musi wykonać rozkaz i już. Przez moment korciło go, żeby powiedzieć, że jest pijany, w związku z czym nie może wykonywać czynności służbowych, ale natychmiast odpędził pokusę. Dyżurny na pewno prędzej czy później wygadałby się, że rozmówca wcale nie sprawiał wrażenia pijanego, a wtedy w miarę przyjazne stosunki z szefem z pewnością uległyby zmianie. Skalski był ogólnie lubiany przez podwładnych. Nie traktował ich jak bezmyślnych automatów do wykonywania rozkazów, nie dręczył przesadnym zważaniem na dyscyplinę i nie czepiał się szczegółów, ale nie znosił uchylania się od obowiązków. Leserzy i wszelkiej maści kombinatorzy usiłujący różnymi sposobami wymigać się od pracy nie zagrzewali zbyt długo miejsca w wydziale. Pozbywał się ich przy lada sposobności.

– Niech to jasny szlag! Gdzie ten trup? – Nakański już pogodził się z myślą, że na święty spokój przyjdzie mu jeszcze trochę poczekać.

– Róg Głębokiej i Konfederatów Barskich. Mały placyk z ławeczkami, a koło jednej z nich leży twój klient. Ruchy, na randkę nie należy się spóźniać.

Kostek ze złością rzucił komórkę na stolik i poszedł obudzić brata, żeby scedować na niego obowiązek dotrzymania kuzynce towarzystwa po zabiegu kolonoskopii. Na szczęście Hubert bez protestów zgodził się zastąpić go w roli kierowcy i opiekuna i Nakański mógł z czystym sumieniem udać się na wskazane przez dyżurnego miejsce. Przed wyjściem na wszelki wypadek użył alkomatu. Wynik wskazywał, iż może zasiąść za kierownicą bez obaw, że we krwi znajdują się jeszcze jakieś uparte promile. Ale wiedział, że jego refleks nie zalicza się dzisiaj do najlepszych, toteż wolał nie prowokować losu nieostrożną jazdą.

Zanim zdążył dojechać do wspomnianego rogu ulicy, miejsce zdarzenia zostało już doszczętnie zadeptane, najpierw przez psa i jego właściciela, a później przez obsługę ambulansu, który pojawił się, zanim skierowani do zabezpieczenia terenu policjanci zdążyli tam przybyć.

– Musieliście łazić koło niego jak kotka koło gówna? – pieklił się Kostek, przewidując reakcję prokuratora. Dla niego winni będą oczywiście policjanci, ze wskazaniem na osobę odpowiedzialną za oględziny. Czyli aspiranta Nakańskiego.

Na obsłudze ambulansu jego wybuch nie zrobił specjalnego wrażenia.

– A niby jak inaczej mieliśmy ustalić, czy facet nie wymaga pomocy? Teleportować się i nad nim zawisnąć? Zresztą i tak nic by pan nie znalazł, bo wszystko, łącznie z ciałem, było dokładnie przysypane tym białym obrzydlistwem! – Ratownik z niesmakiem zatoczył ręką, wskazując na bezustannie prószący śnieg, który najwyraźniej pomylił wiosnę z zimą.

– No dobra. Co z nim? – spytał Kostek pojednawczym tonem, wskazując denata.

Wiedział, że nie mogli określić jego stanu inaczej jak poprzez badanie, i zrobiło mu się głupio, że tak z marszu naskoczył na ratownika. Młody mężczyzna pochylił się ku niemu i, zniżywszy głos, odparł konfidencjonalnym tonem.

– Nie żyje.

Policjant nie wytrzymał i parsknął śmiechem. Konflikt został zażegnany.

– No dobrze. Skoro udało się to panu ustalić, to sprawę stwierdzenia zgonu mamy z głowy.

Nakański zawiesił głos w nadziei, że mężczyzna przytaknie, lecz ten zdecydowanie zaprzeczył.

– Jestem ratownikiem medycznym, nie lekarzem – oświadczył. – Zadzwoniłem już, żeby przyjechała doktorka, która ma dzisiaj dyżur. Specjalista gastrolog.

– Temu facetowi chyba już nie grożą kłopoty z trawieniem – mruknął Kostek. – Niech doktorka sobie będzie i ginekologiem, bylebym dostał dokument. Dzięki.

Niemal równo z odjazdem ambulansu pojawił się technik, a chwilę później prokurator, na którego widok Nakański odetchnął z ulgą. Paweł Grzela wprawdzie nie raz naraził się policjantom, spychając na nich zadania, które sam powinien wykonywać, ale z drugiej strony nie męczył ich nadmierną kontrolą, ograniczając nadzór do przeglądania notatek z wykonanych czynności. Nie pomagał, ale też nie przeszkadzał, co w przypadku innych prokuratorów nie zawsze było oczywiste, a Kostek nie czuł się dzisiaj na siłach, by brać udział w słownych przepychankach.

Technik zaczął od sporządzania dokumentacji fotograficznej, pomstując przy tym na ekipę ambulansu i pozostawione przez nią ślady stóp wokół ciała.

– Kankana tu tańczyli czy co? Nie można było podejść ostrożnie i sprawdzić, czy facet jeszcze dycha?

Spojrzał na prokuratora, jakby oczekiwał, że ten natychmiast go poprze i obieca, iż wyciągnie jakieś konsekwencje wobec niefrasobliwych ratowników, Grzela jednak tylko wzruszył ramionami i obrócił się w stronę Nakańskiego.

– Kiedy przyjedzie ta doktorka? Trochę się spieszę.

Kostek zerknął na zamszowe półbuty prokuratora zaczynające już ciemnieć pod wpływem wilgoci i stłumił cisnący się na twarz uśmiech. Pewnie, że się spieszysz. Do ciepełka. Ale to jeszcze nie tak prędko, pomyślał. Potem zauważył, że w ich stronę zmierza wyglądająca na czterdzieści kilka lat kobieta, dostrzegł wystający spod kurtki biały fartuch i pożałował, że już się pojawiła. Niechby Grzela poczuł, jak to jest przyjemnie, gdy trzeba godzinami stać w zimnej, półpłynnej brei.

Lekarka przywitała się krótkim „dzień dobry” i stanęła obok Nakańskiego, oczekując na zakończenie sesji fotograficznej. Technik wreszcie skończył i gestem przywołał jednego z mundurowych. Wspólnymi siłami obrócili ciało na wznak, odsłaniając śnieg zabarwiony na czerwono w miejscu, gdzie przed chwilą znajdował się tors denata. Na jasnej kurtce również widniała wielka krwawa plama.

Technik znów przystąpił do fotografowania, a po chwili podszedł do oczekujących.

– Zapraszam, pani doktor. Oddaję pacjenta w pani ręce.

– Sądząc po usytuowaniu rozcięć na kurtce, pomoc gastrologa jest mu niezbędna – odparowała. Kostek dostrzegł, że kurtka denata została w kilku miejscach przecięta i że wszystkie te ślady znajdują się mniej więcej na wysokości żołądka.

Z odrazą spojrzał na z każdą chwilą bardziej rozmiękły śnieg, zauważając przy tym, że prokurator stoi na suchym, wąskim skrawku chodnika, tam, gdzie przechylony kosz na śmieci stworzył naturalną zasłonę przed opadami. Z ciekawości spojrzał przez ramię do tyłu i musiał zagryźć wargi, żeby nie wybuchnąć śmiechem – na czarnym płaszczu mężczyzny widniały niezbyt estetyczne ślady zetknięcia się z koszem, ubrudzonym jakąś obrzydliwie wyglądającą substancją. Wyobrażał sobie, jaką minę będzie miał ten przesadnie dbający o wygląd mężczyzna, gdy zauważy stan swojej garderoby.

Sam nie miewał takich problemów. Bojówki i nieco już wyblakła od częstego prania bluza, do tego wytarta do granic możliwości dżinsowa kurtka z podpinką były jego ulubionym strojem służbowym, i choć naczelnikowi niezbyt podobał się taki styl ubierania, Kostek nie zamierzał rezygnować z wygody na rzecz nikomu niepotrzebnej elegancji. „Moi klienci nie oczekują, że będę w garniturze i pod krawatem” – zbywał uwagi przełożonego i pozostawał przy swoim.

– Panowie, mogę was prosić?

Podszedł do wzywającej ich lekarki, zauważając przy tym, że prokurator posuwa się wolno, ostrożnie stawiając kroki. Znów poczuł rozbawienie, widząc, że lekarkę również rozśmieszył widok postawnego mężczyzny drobiącego jak gejsza. Tylko że ona nie kryła uśmiechu.

Szybko odwrócił od niej wzrok, żeby prokurator nie dostrzegł tej wymiany spojrzeń, i przeniósł go na denata. Zakrwawiony przód kurtki i ślady świadczące, że ostre narzędzie kilka razy przecięło materiał, zagłębiając się w ciało, mówiły wyraźnie, w jaki sposób pozbawiono mężczyznę życia. Aspirant już miał to skomentować, gdy oczy mimowolnie pobiegły w stronę twarzy.

– O w mordę! – wyrwało mu się, a obserwująca go lekarka uśmiechnęła się jeszcze szerzej, z wyraźną aprobatą.

– Zauważył pan. A pan? – popatrzyła na Grzelę, stojącego znacznie dalej. – Niech pan tu podejdzie. Śmiało, on nic panu nie zrobi.

Prokurator spojrzał na brudną maź, w którą zmienił się rozdeptany śnieg, i skrzywił się z niechęcią.

– Nie ma sensu, żebym i ja wchodził w to błoto – mruknął. – Wszystkiego dowiem się po sekcji.

– Nie chce pan już teraz wiedzieć, jak zginął?

– Tak jak mówiłem, dowiem się tego z protokołu. Z tym, że sądząc po stanie kurtki, to chyba oczywiste. – Cofnął się o krok i spojrzał na Nakańskiego. – Aspirancie, niech pan przyjdzie do mnie jutro rano z protokołem oględzin, pierwszymi ustaleniami i oczywiście z planem śledztwa. Ja niestety muszę już iść, obowiązki czekają. Tu ma pan wszystkie potrzebne na chwilę obecną kwity, resztę załatwimy jutro. Do widzenia.

Skłonił się lekko w stronę lekarki i odszedł szybkim krokiem. Obserwowali go w milczeniu, a gdy zniknął za rogiem budynku, kobieta wykrzywiła usta z dezaprobatą.

– Nie odniosłam wrażenia, żeby śmierć tego biedaka zbytnio go poruszyła. Czy przypadkiem nie powinien był zostać tu do końca?

– Nie jest taki zły. – Kostek wzruszył ramionami. – Można przy nim w spokoju robić swoje, bo nie czepia się na każdym kroku. Niech mi pani wierzy, mogło być gorzej. – Zamilkł, po czym znów się odezwał. – On został uduszony. Mam rację?

– Tak. Być może te rany też spowodowałyby śmierć, ale zabójca chyba wolał mieć pewność.

Po dokładniejszych oględzinach potwierdziła swoją wcześniejszą opinię – bezpośrednią przyczyną zgonu z pewnością było uduszenie poprzez zadzierzgnięcie, o czym świadczyła obecność bruzdy poziomo okrążającej szyję oraz krwawe wybroczyny na twarzy i w gałkach ocznych ofiary.

Telefon wzywający lekarkę do zwykłych obowiązków odciągnął ją od dalszych oględzin, dalece wykraczających poza czynności zazwyczaj wykonywane przez lekarzy wezwanych do stwierdzenia zgonu. Pożegnała się z wyraźnym żalem i odeszła, a policjanci ponownie skupili się na osobie denata.

– Mam nadzieję, że ma przy sobie dokumenty – zauważył technik.

Wydobył z wewnętrznej kieszeni nieco sfatygowany portfel i zajrzał do środka. W przegródce na banknoty znajdowało się sześćdziesiąt złotych w dwudziestkach, w drugiej, przeznaczonej na bilon, trzynaście złotych i osiemdziesiąt sześć groszy.

– Nie za bogato – mruknął Kostek. – Ale z drugiej strony, w dzisiejszych czasach mało kto nosi przy sobie gotówkę.

Jacek Dobija oderwał na moment wzrok od portfela i spojrzał na aspiranta z lekkim zdziwieniem.

– Naki, ile ty masz lat? Pewnie koło trzydziestu. To co ty możesz wiedzieć o innych czasach?

– Mam dokładnie trzydzieści – odparł Nakański, wstając z kucek, żeby rozprostować stężałe w niewygodnej pozycji mięśnie. – I mam też dobrą pamięć. Gdy byłem nastolatkiem, mało kto posługiwał się kartą, a w większości sklepów nie było terminali.

– Może masz rację. – Technik kiwnął głową. – Zresztą, czy to ważne? Facet ma w portfelu niecałą stówę, kartę wydaną przez mBank i dokumenty. Przedstawiam ci Bartosza Ambroziaka, ale na uścisk dłoni raczej nie masz co liczyć.

Kostek nie zareagował na komentarz, który słyszał już z ust Jacka wielokrotnie, choć korciło go, by rzucić jakąś uwagę o starych dowcipach. Zamiast tego skupił się na tożsamości ofiary.

– Gdzie mieszkał? Trzeba będzie powiadomić bliskich.

– Przy Bystrzańskiej.

Dobija podyktował dokładny adres. Nakański zanotował, osłaniając kartkę przed mżawką, w którą zamienił się prószący jeszcze niedawno śnieg, i ponownie przykucnął obok ciała, lustrując je uważnym spojrzeniem.

Zmarły z pewnością nie zaliczał się do tak zwanego elementu, o czym świadczyły zadbane dłonie, modnie przystrzyżone włosy i odzież, wprawdzie bez naszywek renomowanych firm, ale wyglądająca na porządną, z wyższej półki.

– Ciekawe, co tu robił w środku nocy? – powiedział cicho, bardziej do wtóru własnym myślom. Technik widocznie wziął to pytanie do siebie, gdyż natychmiast zaczął snuć spekulacje.

– Ta doktorka mówiła, że wnioskując z plam opadowych i stężenia pośmiertnego, zgon nastąpił mniej więcej przed czterema, pięcioma godzinami, co daje porę około północy. Mógł tędy przechodzić w złej godzinie, mógł się z kimś spotkać. Na przykład randka na ławeczce…

– Taa – przerwał mu Kostek z ironicznym prychnięciem. – Nie ma nic przyjemniejszego od siedzenia z panną na ławeczce pośród psich gówien, przy temperaturze minus dwa i mokrym śniegu sypiącym za kołnierz. Ile ten gościu miał lat? Mnie się zdaje, że koło trzydziestki. Może już nie pamiętasz, ale w tym wieku człowiek pragnie chociaż odrobiny komfortu.

Dobija obrzucił wzrokiem oświetlony rozstawionymi reflektorami placyk, na którym rzeczywiście można już było dostrzec liczne psie kupy wyłaniające się spod powoli topniejącego śniegu. Niechętnie skinął głową.

– Dwadzieścia osiem – stwierdził, znów zerknąwszy na dowód osobisty denata. – Do domu tędy nie szedł, przechadzać się tutaj też raczej nie miał po co – zaprzeczył swoim wcześniejszym słowom. – W pobliżu nie ma postoju taksówek, a samochodem chyba nie przyjechał, bo w portfelu nie ma dowodu rejestracyjnego i prawa jazdy, a w kieszeni kluczyków od auta. Są tylko te.

Uniósł dłoń, by aspirant mógł zobaczyć zawieszone na palcu kółko z dwoma kluczami wyglądającymi na pasujące do typowych zamków montowanych w drzwiach. Kostek przyjrzał im się i popadł w zamyślenie.

– Nie ma co tracić czasu na spekulacje – odezwał się po chwili. – Skończmy tutaj, a potem przejedziemy się na Bystrzańską. Może rodzina powie nam o nim coś więcej, bo to nie jest przypadkowe zabójstwo. Ktoś go musiał bardzo nie lubić.

Ciąg dalszy w wersji pełnej