Śmiertelne wyliczanki. Chodzi lisek koło drogi - Hanna Greń - ebook
Opis

ŚMIERTELNE WYLICZANKI

Kiedy do gry wkracza zespół bielskich policjantów,

oznacza to, że zabawa się skończyła.

W okolicach Bielska-Białej ktoś w niezwykle brutalny sposób morduje prostytutki. Narzędziem zbrodni okazuje się skórzany pas z ciężką klamrą, jednak tym, co szczególnie zwraca uwagę podkomisarz Marioli Koniecznej, jest mała figurka lisa, zostawiana przy zwłokach jako swego rodzaju „podpis” sprawcy.

Podczas śledztwa Mariola odkrywa, że pierwsza z ofiar uczestniczyła krótko przed śmiercią w imprezie urodzinowej odbywającej się niedaleko miejsca zbrodni. Policjantka bierze na cel pozostałych gości tej imprezy, jednak sytuacja komplikuje się, kiedy wychodzi na jaw, że jest wśród nich dwoje policjantów. Konieczna przy pomocy komisarza Sokołowskiego wpada na trop, który prowadzi ją do trudnego wyboru pomiędzy przyjaźnią a obowiązkiem.

Greń doskonale zna realia policyjnej roboty. Wciągająca lektura!

Katarzyna Puzyńska

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 465

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Podziękowania

Dziękuję całej ekipie Wydawnictwa Replika za trud włożony w wydanie tej książki.

Jak zawsze dziękuję mojemu mężowi Ryszardowi, który nie pozwala mi na zbytnią dowolność w kwestiach policyjnych i krytycznie ocenia tekst.

Agnieszce Lis – za wsparcie, za ocenę tekstu i cenne uwagi.

„Mieszkankom” naszej chatki na NaNoWriMo – za dopingowanie do pracy nad tekstem.

Wszystkim członkom fanowskiej grupy „Kryminalny kącik Hanny Greń”, a zwłaszcza adminkom Agacie Legun i Gosi Wypych – za wsparcie w chwilach zniechęcenia i za nieustające promowanie moich książek.

Rozdział 1.

Nieznany brat

20 czerwca–5 października 2016

Dziewczyna przechadzała się po pokoju nerwowym krokiem, co rusz przystając i biorąc do ręki jakiś przedmiot, po to tylko, by natychmiast go odłożyć i podjąć tę wędrówkę donikąd. Od czasu do czasu obrzucała chmurnym wzrokiem mężczyznę tkwiącego nieruchomo w fotelu i spoglądającego na nią z rozbawieniem stojącym w rażącej sprzeczności z powagą omawianego tematu.

Przystanęła przy oknie, a odbite w szybie czerwcowe słońce zamigotało nad jej głową jak złocista aureola. Zachwycił go ten widok, lecz nie zdążył się nim nacieszyć, gdyż dziewczyna poruszyła się, zwracając twarz w jego stronę.

– Czemu nic nie mówisz?! – wykrzyknęła, nie mogąc doczekać się żadnej reakcji.

– Czekam, żebyś wreszcie się uspokoiła, usiadła i podjęła cywilizowaną dyskusję – odparł chłodno, a rozbawienie zmieniło się w grymas dezaprobaty. – Nie zamierzam wrzeszczeć czy przemawiać do twoich pleców.

Westchnęła głośno, zatrzymując się w pół kroku, wymamrotała pod nosem niezbyt parlamentarne słowo, znów westchnęła i podeszła do drugiego fotela.

– No dobrze. – Wiedziała, kiedy należy się poddać. Usiadła naprzeciw mężczyzny i skierowała na niego gniewne spojrzenie niebieskich oczu. – Uważam, że powinien się dowiedzieć już teraz, i zdania nie zmienię. Przecież jej już nie ma.

– To bez znaczenia – mruknął, a po chwili dorzucił niechętnie: – Niepotrzebnie opowiedziałem ci tę historię. Trzeba było zostawić sprawy samym sobie.

Dziewczyna aż poderwała się z fotela na to oświadczenie, oznaczające, że do mężczyzny nie dotarło ani jedno słowo z jej wcześniejszej, wykrzyczanej mu prosto w twarz wypowiedzi. Nerwowym gestem założyła za ucho niesforne pasmo blond włosów, usiadła na powrót i sięgnęła po papierosy, ignorując pełne niezadowolenia syknięcie.

– Miałam prawo wiedzieć, i on też ma prawo. Jeśli ty mu nie powiesz, ja to zrobię. Nie mam zamiaru stawiać go przed faktem dokonanym.

– Nic nie zrobisz – warknął, po raz pierwszy podczas tej rozmowy porzucając dystyngowaną pozę. – Zabraniam ci kontaktować się z nim, dopóki ja żyję. Czy to jasne? Tak czy nie?! – powtórzył ostrzej, ujrzawszy na tej młodziutkiej twarzy wyraz buntu. – I odłóż tego papierosa, gówniaro!

– Dżizas! – jęknęła i demonstracyjnie wzniosła oczy ku sufitowi, ale zaraz posłusznie zgasiła papierosa, nie chcąc zaostrzać sytuacji. – Nic już nie rozumiem. – W geście bezradności wbiła palce w sprężynki włosów. – Po co w takim razie mi to powiedziałeś? Myślałam, że chcesz, żebym się z nim spotkała…

– Nawet nie próbuj! – warknął, znów bezwiednie podnosząc głos.

Sięgnął po szklaneczkę whisky i jednym haustem wypił zawartość. Patrzyła ze zgrozą i niedowierzaniem, gdy ponownie wziął do ręki butelkę i wlał do szklanki bursztynowy płyn. Nigdy dotąd nie widziała, by wypijał więcej niż jednego drinka, a ten był już czwarty. Gdy znów podniósł naczynie do ust, nie zdołała powstrzymać się od zwrócenia mu uwagi.

– Nie powinieneś pić alkoholu. Przecież bierzesz lekarstwa…

– Nie biorę lekarstw. – Upił kilka łyków i spojrzał znad szklanki na dziewczynę. Zauważył, jakie wrażenie wywarła na niej ta informacja, i uśmiechnął się smutno. – Po co mam faszerować się lekami, które i tak mnie nie uratują? Odmawiać sobie wszystkiego, żeby przedłużyć życie o dwa lub trzy miesiące? Wolę odejść na moich warunkach.

– A ja?

W tych dwóch krótkich, wypowiedzianych zdławionym głosem słowach zawarła cały swój żal do losu, który najpierw odebrał jej matkę, a teraz wyciągał swoje macki po ojca, skazując ją na życie w samotności, bez nikogo bliskiego. Zawarła w nich również urazę, że ojciec w swoich planach całkowicie pominął osobę córki. Nie przyszło mu do głowy, że te zlekceważone przez niego kilka miesięcy życia dla niej znaczyły bardzo wiele.

Zauważył w końcu jej minę i łzy, które na próżno usiłowała powstrzymać, i żachnął się, gniewnym tonem przykrywając bezradność.

– Joanno, zrozum, nie mogę inaczej. Te lekarstwa działają otępiająco i osłabiająco, zamieniłyby mnie w żywego trupa. To już wolę być martwym trupem. – Wysilił się na uśmiech, lecz córka go nie odwzajemniła. Westchnął i wrócił do poprzedniego tematu: – To dobry człowiek, chociaż miał matkę dziwkę i złodziejkę.

– W ogóle nie rozumiem, jak mogłeś tyle lat ignorować jego istnienie?

– Właśnie dlatego. Przez nią. Nie chciałem mieć z nimi nic wspólnego i teraz też nie chcę, ale ty nie będziesz miała innego wyjścia, bo musisz mieć kogoś, kto przejmie nad tobą opiekę. Przecież już to mówiłem!

Joanna zlekceważyła poirytowany głos ojca, usiłując jakoś uporządkować informacje. Zagryzła wargi, nie chcąc pokazać, jak bardzo czuje się zraniona. Miała wrażenie, że wszystko, w co do tej pory wierzyła, legło w gruzach, i gdyby nie świadomość, że ojca już niedługo nie będzie, powiedziałaby mu, co sądzi o jego postępowaniu, nie zważając na niestosowność takiego zachowania. Szacunek należny rodzicom? Powinni na niego zasłużyć, a to, co zrobił ten mężczyzna, teraz spokojnie popijający whisky, było czymś obrzydliwym. A jego zachowanie wyraźnie świadczyło, że nie odczuwa najmniejszych nawet wyrzutów sumienia.

– Myślisz, że on się zgodzi? – Spojrzała z powątpiewaniem. – Ja na jego miejscu odmówiłabym bez wahania.

– Dlatego musisz powiedzieć mu prawdę o matce. Wtedy zrozumie.

Westchnęła i już się nie odezwała, wiedząc, że żadne argumenty nie są w stanie wpłynąć na ojca. Postanowił i na pewno nie zmieni zdania. A ona? Nad nią niech się zlitują niebiosa. I nad tamtym nieszczęśnikiem również.

*

W zimne wrześniowe popołudnie Joanna wstrząsnęła się i schowała zmarznięte dłonie w kieszenie polarowej bluzy, ani na moment nie spuszczając wzroku z wejścia do klatki schodowej, na którą znów nie została wpuszczona. Od trzech dni przyjeżdżała tu po szkole i wciskała na domofonie guzik odpowiadający wskazanemu przez ojca numerowi mieszkania, lecz ani razu nikt nie zareagował. Czyżby tym razem zawiodła niemal legendarna dokładność taty i podał mi zły adres? – myślała, coraz bardziej przygnębiona. Nie była przygotowana na taką ewentualność i nie miała pojęcia, co robić. Bała się, że nauczyciele w szkole w końcu uświadomią sobie, w jakiej sytuacji się znalazła, i zaczną interweniować chociażby w pomocy społecznej, a wtedy na pewno wymyślony przez ojca plan weźmie w łeb.

– Wiedziałam, że to się nie uda – szepnęła z rozpaczą, czując, że wilgotnieją jej oczy. – Trzeba było go uprzedzić… – Pociągnęła nosem.

– Czemu płaczesz? – usłyszała tuż obok dziecięcy głos. – Jesteś głodna? Bo ja zawsze płaczę, jak chce mi się jeść, a oni nie chcą mi dać.

Dziewczynka wyglądała na jakieś siedem, osiem lat. Miała niebieskie, błyszczące wesołością oczy, bardzo jasne włosy spięte w nieporządny kucyk, z którego wysunęły się luźne kosmyki, i najbardziej poobijane kolana, jakie Joanna w życiu widziała. Ale oprócz tych obrażeń, wyglądających raczej na skutek własnych działań niż cudzej przemocy, dziecko sprawiało wrażenie zadbanego i dobrze odżywionego, co stało w rażącej sprzeczności z jego słowami.

– Czemu nie chcą ci dać jedzenia? – spytała, bardziej po to, by oderwać się od niewesołych myśli, niż z rzeczywistej troski.

– Bo jak ta mała cholera mówi, że jest głodna, to zawsze chodzi jej o słodycze, a nie o prawdziwe jedzenie.

Głos dochodził z tyłu, więc Joanna obróciła się na ławce i zobaczyła chłopaka wyglądającego na jakieś siedemnaście, osiemnaście lat, równie niebieskookiego i jasnowłosego jak dziewczynka. Podobieństwo rysów świadczyło o pokrewieństwie.

– Merci są prawdziwe – odpowiedziała dziewczynka z godnością. – Rafaello też. I nie jestem żadna cholera, tylko Zosia. Powiem mamie, że się przezywasz, zobaczysz, że powiem! – Rzuciwszy tę pogróżkę, usadowiła się na ławce obok dziewczyny i popatrzyła na nią z uwagą. – Na pewno jesteś głodna, dlatego płaczesz – powtórzyła diagnozę. – Nie masz w torebce jakiegoś batonika? Mogłabyś mi dać gryza…

– Zośka, uspokój się! – rzucił chłopak, ale w jego głosie nie było gniewu, tylko śmiech. – Sorki – zwrócił się do Joanny. – Posiadanie młodszej siostry powinno być zakazane. – Westchnął demonstracyjnie, uśmiechnął się i usiadł, robiąc w stronę dziewczynki groźny grymas. – Jak masz na imię?

– Joanna. – Również się uśmiechnęła, rozbawiona zachowaniem rodzeństwa.

– A jo Alek – przedstawił się słowami starego dowcipu, czym rozśmieszył ją jeszcze bardziej. – Czekasz na kogoś? – spytał z nieskrywaną ciekawością, miał bowiem pewność, że wczoraj też ją tu widział. Przedwczoraj również.

– Na pewnego faceta – odparła nieco niepewnie, nie mając odwagi nazwać rzeczy po imieniu, żeby nie zapeszyć. – Ale chyba znowu nie ma go w domu.

– Możesz poczekać u nas – zaproponował, zauważywszy, że dziewczyna kuli się z zimna. – Lato, niech to szlag. Przez dwa tygodnie lato, a reszta ciulato.

– Od wczoraj jest jesień – zauważyła ze śmiechem, potem pokręciła głową. – Dzięki za zaproszenie, ale muszę patrzeć, kto wchodzi.

– Nie masz do niego numeru telefonu? – zgorszyła się Zosia. – To głupie, a ty nie wyglądasz na idiotkę.

– Nie wtrącaj się, smarkata – skarcił ją Alek. Spojrzał na zegarek i skrzywił się, potem wstał. – Musimy iść, zaraza powinna zażyć lekarstwo i położyć się do łóżka. Niedawno poważnie chorowała i jeszcze nie całkiem doszła do siebie, ale tak jęczała, że pozwoliłem jej na chwilę wyjść z domu. Dasz mi swój numer, Ty-anno?

Zawieranie znajomości było ostatnią rzeczą, na jaką Joanna miała ochotę, ale ten chłopak swoim poczuciem humoru i miłym obejściem poruszył w niej jakąś ukrytą strunę. Jeszcze nie wiedziała jaką, ale chciała się dowiedzieć. W dodatku ta mała jest wyjątkowo sympatyczna…

Podyktowała Alkowi numer, potem zapisała w swoim telefonie nowy kontakt i pożegnała rodzeństwo, które zdążyła już polubić. Posiedziała jeszcze pół godziny na ławce, mimo że zaczęło już zmierzchać, w końcu zdecydowała się na powrót do mieszkania, drżąc na samą myśl o spotkaniu z zarządcą. Ten niesympatyczny mężczyzna chyba specjalnie na nią czatował, ponieważ od kilku dni pojawiał się na korytarzu, ledwo przekroczyła próg. I ciągle pytał o jedno, a ona nie mogła dać mu żadnej odpowiedzi, dopóki nie spotka się z człowiekiem, którego ojciec wybrał na jej opiekuna.

Przechodząc obok klatki schodowej, bezwiednie skręciła w jej stronę, a ręka sama sięgnęła do domofonu i nacisnęła dzwonek. Joanna cofnęła ją natychmiast i już miała odejść, gdy w głośniku zatrzeszczało, a potem rozległ się przyjemny, męski głos:

– Kto tam?

Z zaskoczenia zabrakło jej tchu i stała tam jak wmurowana, nie mogąc wydobyć żadnego dźwięku. Dopiero gdy zniecierpliwiony mężczyzna powtórzył pytanie, udało jej się sformułować odpowiedź.

– Dobry wieczór, czy zastałam Joachima Wolfa?

– To ja. Pani w jakiej sprawie?

– Musimy porozmawiać. Nazywam się Joanna Wolf.

Nastąpiła chwila ciszy, potem rozległo się buczenie oznajmiające, że blokada drzwi została zwolniona. Joanna pchnęła je i weszła, kierując się w stronę schodów. Windy tu nie było. Wolno wspięła się na drugie piętro, niepewna, jakie przyjęcie ją czeka. On już tam był, wysoki, przystojny, z krótko ostrzyżonymi ciemnymi włosami i ciemnymi, niemal czarnymi oczami. Wiedziała, że jest od niej o osiem lat starszy, co dziwnie ją onieśmielało.

– Proszę wejść. – Odsunął się na bok, robiąc przejście. Gdy go mijała, napotkała zaskoczone spojrzenie. – Ile masz lat? – spytał, zamykając za nimi drzwi, i pojęła, że oczekiwał kogoś starszego.

– Szesnaście.

Ta zwięzła odpowiedź go nie zadowoliła. Wskazał jej fotel, sam również usiadł i wrócił do indagacji.

– Mamy to samo nazwisko, więc domyślam się, że jesteśmy rodziną, ale nigdy o tobie nie słyszałem. Kim jesteś i po co tu przyszłaś?

– Jesteśmy rodziną – potwierdziła. – Mój tata miał na imię Waldemar.

– Nie znam. – Obojętnie wzruszył ramionami. – Mogłabyś się streszczać? Jestem zmęczony i nie mam nastroju do zgadywanek. Powiedz szybko, o co ci chodzi, i znikaj. Chcę się położyć.

Dorosły facet chodzący spać o szóstej wieczorem? To nie mogło się Joannie pomieścić w głowie. Może należy do jakiejś ortodoksyjnej sekty, nakazującej swoim wyznawcom układać się do snu tuż po zmroku?

– Mój tata miał na imię Waldemar – powtórzyła i zagryzła wargi. – Sorry, tego nie da się powiedzieć oględnie – szepnęła, bawiąc się nerwowo zamkiem kurtki, przesuwając go w górę i w dół. – On był też twoim ojcem.

Wreszcie to z siebie wyrzuciła. Nie miała odwagi spojrzeć na Joachima, nie wiedziała, jak zareaguje na tę rewelację. Dotychczas łudziła się, że on doskonale wie, iż ma przyrodnią siostrę, ale nagła zmiana rytmu oddechu świadczyła o zaskoczeniu. Nagle usłyszała głośny śmiech i wreszcie podniosła oczy. Brat zaśmiewał się, lecz był to śmiech bardziej urągliwy niż oznaczający rozbawienie, gdyż w oczach nie pojawił się nawet cień wesołości.

Siedziała bez ruchu, czekając. Śmiech wreszcie ucichł, poczuła uścisk na ramieniu. Popatrzyła na mężczyznę i napotkała pełen złości wzrok.

– Kto cię tu przysłał, gówniaro?

– Tata – wyszeptała, przestraszona jego gniewem. – Mówiłam mu, że to bez sensu, ale nie chciał słuchać.

Rozpłakała się z upokorzenia. Przewidywała, że nie będzie chciał jej znać, lecz odrzucenie jednak zabolało. Wstała gwałtownie, chcąc odejść, i oślepiona łzami ruszyła przed siebie. Zatrzymało ją silne ramię.

– Siadaj. – Głos nie był już wrogi, choć przyjazny też nie. – Nie becz, nie zamierzam cię torturować, chcę tylko wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi.

Wyjęła chusteczkę z kieszeni, osuszyła łzy i wytarła nos, zbierając myśli, pod wpływem stresu rozpierzchnięte i chaotyczne.

– W czerwcu tata powiedział, że jest umierający – odezwała się po długiej chwili, nie mogąc dłużej odwlekać wyjaśnień. Widziała, że Joachim z trudem panuje nad zniecierpliwieniem. – Miałam tylko jego. Mama i dziadkowie zginęli w wypadku, gdy miałam siedem lat. A tata wychował się w domu dziecka, nie miał rodziny.

Joachim mruknął coś, co można było wziąć za wyrazy współczucia, potem dał znak, by mówiła dalej. Opowiedziała więc o tym, jak ojciec zdecydował, że rezygnuje z terapii, oraz o tym, że szukał sposobu na zapewnienie córce bezpiecznej przyszłości. Co jakiś czas zerkała na brata, lecz z jego twarzy nie umiała nic wyczytać.

– Kiedy zmarł twój ojciec? – odezwał się wreszcie.

– Tydzień temu. Przychodziłam tu codziennie od trzech dni, ale ciebie nie było.

– Miałem robotę – mruknął, nie dodając nic więcej. Widocznie uznał, że jej to nie dotyczy. – Naprawdę nie masz żadnych krewnych? A rodzina matki?

– Była jedynaczką. Podobno miała jakichś kuzynów, ale nie utrzymywała z nimi kontaktów. Tata nigdy z nimi nie rozmawiał. – Zawahała się, lecz mężnie brnęła dalej. – Dlatego kazał mi przyjść do ciebie. Joachim, proszę. – Po raz pierwszy użyła jego imienia. – To tylko dwa lata! Niecałe, bo urodziłam się w maju.

Wpatrywał się w nią uważnie, na jego twarzy malował się brak zrozumienia. Sięgnął po papierosy, zrobił ruch, jakby chciał ją poczęstować, lecz zaraz zrezygnował. Zapaliwszy, zaciągnął się głęboko i wypuścił z ust wąską strużkę dymu.

– Czego ty właściwie ode mnie chcesz? Pieniędzy? Alimentów? W takim razie źle trafiłaś, bo moja pensja…

– Przestań! – Wytrącił ją z równowagi, pozbawiając resztek opanowania. – Nie potrzebuję twoich pieniędzy, tata zostawił mi dosyć, żebym miała z czego żyć przez kilka lat. Potrzebuję opiekuna – dokończyła już spokojnie.

Zakrztusił się dymem. Kaszlał spazmatycznie, rzucając jej jednocześnie spojrzenie pełne… niedowierzania? Zaskoczenia? Przerażenia? Nie wiedziała, jak je odczytać. Niespodziewanie zrobił ruch, jakby chciał klepnąć się w czoło.

– Masz na myśli opiekuna prawnego?

– No raczej! – prychnęła Joanna, odzyskując trochę pewności siebie. – Chyba nie myślałeś, że proponowałam ci rolę alfonsa?

Coś w jego oczach powiedziało jej, że właśnie o tym pomyślał. Parsknęła śmiechem, który zaraz ścichł, zmrożony zimnym głosem Joachima.

– Przykro mi, że znalazłaś się w takiej sytuacji, ale ja ci nie pomogę. Nie możemy być rodzeństwem, bo dzieli nas osiem lat różnicy wieku, a mój ojciec zmarł, gdy miałem trzy lata. Więc sorry, ale nawet gdybym się zgodził, żaden sąd tego nie kupi.

Jeśli oczekiwał nowego potoku łez, musiał się zawieść, gdyż Joanna tylko się uśmiechnęła i spokojnie sięgnęła po leżącą na stoliku paczkę rothmansów. Wysupłała jednego i zmierzała zapalić, lecz Joachim trzepnął ją po ręce ze słowami: „Zostaw to, smarkulo”. Nie zaprotestowała, żeby go niepotrzebnie nie drażnić, i posłusznie odłożyła papierosa. Wyjęła z torebki plik spiętych zszywaczem kartek, rozprostowała i jęła studiować.

– Twój tata też miał na imię Waldemar i urodził się w Porąbce, prawda? Piątego lutego tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego szóstego roku. Imiona rodziców to Stanisława i Józef, tak?

– Tak – potwierdził obojętnie. – I co z tego?

– Jak myślisz, skąd to wiem?

– Pewnie twój ojciec zdobył skądś te informacje. – Wzruszył ramionami. – Czego niby ma to dowodzić?

– A jak myślisz? – Joanna odpowiedziała pytaniem. Nie dodała nic więcej, tylko wyjęła z torebki drugi plik kartek i mu podała.

Patrzyła na Joachima czytającego jej akt urodzenia. Widziała coraz głębiej rysującą się zmarszczkę między brwiami, widziała minę najpierw pełną niedowierzania, potem szoku, usłyszała wymówione półgłosem „o kurwa”, ale nie czuła satysfakcji, że będzie musiał uznać swoją pomyłkę. Wyobrażała sobie, co teraz przeżywał, i było jej go żal.

– Matka mówiła mi, że tata umarł – odezwał się po długiej chwili milczenia. Złożył dokumenty na pół i oddał Joannie. – Nie miałem powodu w to nie wierzyć. Mówiła, że był kierowcą na TIR-ach, że miał wypadek za granicą i został tam pochowany, dlatego nie jeździmy na jego grób. – Ze złością uderzył się pięścią w kolano. – Do głowy mi nie przyszło, żeby to sprawdzić.

– Jak mógłbyś to sprawdzić, mając kilka lat? – spytała, jakby to było teraz najważniejsze.

– Miałem na myśli teraźniejszość, mądralo. – Spojrzał spod oka, po zasępionej twarzy przeleciał cień uśmiechu. – No dobra, panno Joanno, wychodzi na to, że jednak mam siostrę. – Jeszcze raz na nią spojrzał, tym razem lustrując od stóp do głów. – I to nawet całkiem niczegowatą.

Joanna odwzajemniła się nieśmiałym uśmiechem i podała mu wizytówkę otrzymaną od ojca. Nie czekając na pytanie, wyjaśniła:

– Wykonują badania DNA. Można zamówić ekspresowe. Po to, żebyś nie miał żadnych wątpliwości.

– Widziałem twój akt urodzenia i wyrok rozwodowy, więc nie mam wątpliwości. – Wzruszył ramionami. Podał jej wizytówkę, lecz zanim ją ujęła, cofnął rękę. – Te badania to nie jest głupi pomysł. Wynik przyda się w sądzie, bo raczej nie będzie łatwo. Ale tym pomartwimy się później. Teraz powiedz mi, z czym masz problem, bo widzę, że masz.

– Nie z czym, tylko z kim – sprostowała. – Jest taki jeden facet, który nie daje mi spokoju. Chyba chce ode mnie pieniędzy.

– Od ciebie? – Zdumiony Joachim zapatrzył się w świeżo pozyskaną siostrę. – Musiałaś chyba coś pokręcić. Przecież ty nie pracujesz, więc skąd mogłabyś mieć pieniądze?

– Po ojcu – odparła krótko. – Zaraz ci wyjaśnię, o co chodzi.

Waldemar Wolf wraz z córką zajmowali mieszkanie służbowe w eleganckim apartamentowcu. Na pogrzebie Wolfa zjawiła się delegacja z zakładu pracy, co Joanny wcale nie zdziwiło, tym bardziej że to właśnie współpracownicy ojca pomogli jej załatwić wszystkie formalności, a także zorganizowali ceremonię pogrzebową. Pojawił się na niej również prezes, będący zarazem właścicielem firmy. Po złożeniu kondolencji oraz dłuższej rozmowie zapewnił, że dziewczyna może zajmować mieszkanie do końca roku, zdawał sobie bowiem sprawę, że nie będzie mogła się wyprowadzić, dopóki nie porozumie się z bratem. Tymczasem wbrew tym ustaleniom już następnego dnia gospodarz domu nakazał natychmiast opuścić mieszkanie, twierdząc, że takie jest polecenie właściciela. Wówczas go zlekceważyła, lecz gdy codziennie na nią czatował i za każdym razem powtarzał to polecenie, zdesperowana Joanna usiłowała porozumieć się z prezesem. Bezskutecznie, okazało się bowiem, że mężczyzna wyjechał do filii zakładu we Francji i wróci dopiero na Boże Narodzenie. Inni pracownicy natomiast nic o sprawie nie wiedzieli i niespecjalnie kwapili się do jej wyjaśnienia, tłumacząc, iż to akurat mieszkanie znajduje się w wyłącznej gestii prezesa.

– Dziwne – mruknął Joachim, wysłuchawszy słów siostry. – Oni nic nie wiedzą, a byle cieć miałby się orientować w sprawie? Chociaż… – zamyślił się, po czym spojrzał na siostrę z uwagą. – Jakie stanowisko zajmował twój… nasz ojciec?

– Był dyrektorem do spraw transportu. Dlatego dostał to mieszkanie.

– Hmm. W takim razie może rzeczywiście sam prezes decyduje, kto ma je zajmować? Ale mówiłaś, że cieć chciał pieniędzy. Zażądał ich tak wprost?

Joanna wychwyciła powątpiewanie w głosie brata i spojrzała z urazą.

– Oczywiście, że nie wprost. Ale ciągle powtarza, że może załatwić z prezesem, żebym mogła jednak zostać do końca roku, tylko że… Że na świecie nie ma nic za darmo i że muszę mu się w odpowiedni sposób odwdzięczyć, inaczej palcem nie kiwnie. Widocznie domyślił się, że tata zostawił mi pieniądze.

Joachim omal się nie roześmiał, w pierwszej chwili pomyślał bowiem, że siostra żartuje. Przecież to niemożliwe, żeby w szesnastym roku życia mogła być tak naiwna. Ale gdy popatrzył na jej buzię, stwierdził, że ona naprawdę nie ma pojęcia, na jaką zapłatę liczył dozorca, i dłonie same zacisnęły mu się w pięści.

A to skurwiel – wściekał się w myślach. – Sprytnie to wymyślił. Zaszczuć dziewczynę, przerazić tak, by ze strachu przed wyrzuceniem na bruk przystała na jego warunki, i swobodnie wykorzystywać ją przez trzy miesiące. A potem wyrzucić jak śmiecia, bo przecież z końcem roku kończył się termin wyznaczony przez prezesa. Tylko że sukinsyn nie wiedział o tym, że Joanna wcale nie została na świecie sama.

– Nie przejmuj się tym dupkiem, młoda. Teraz masz brata, a starsi bracia powinni chronić swoje młodsze siostry.

*

Z zewnątrz apartamentowiec prezentował się niezwykle wytwornie. Joanna otworzyła drzwi. Weszli do eleganckiego hallu, czystego jak szpitalne korytarze. W powietrzu unosił się delikatny, cytrynowy zapach środka czyszczącego. Dziewczyna skierowała się w stronę korytarza, pod drzwi oznaczone numerem jeden i tabliczką z napisem „Opiekun obiektu”. Na ten widok Joachim parsknął cichym śmiechem i odezwał się z rozbawieniem, w którym pobrzmiewała nutka pogardy:

– Oni naprawdę myślą, że cieć przestanie być cieciem, jeżeli nazwą go bardziej wymyślnie? – Przystanął w odległości około metra od drzwi, starając się przylgnąć płasko do ściany. – Załatwmy to – zwrócił się do Joanny. – Dzwoń.

Dziewczyna zajęła taką pozycję, żeby osoba, która jej otworzy, nie mogła wyjrzeć na korytarz. Delikatnie dotknęła przycisk dzwonka. Ich uszu dobiegł przeraźliwy jazgot imitujący dźwięk zegarowego kuranta, a po chwili rozległ się szczęk zamka i drzwi się uchyliły.

– Dzień dobry – odezwała się Joanna, powściągając niechęć.

Ten mężczyzna, mimo że wyglądał całkiem zwyczajnie, od pierwszej chwili wzbudzał w niej jakąś obawę, chociaż nie potrafiła określić przyczyn. Zachowywał się przyjaźnie, kiedyś nawet pomógł jej wnieść zakupy. A jednak była zdania, że coś z nim jest nie tak. Może sprawiały to jego ukradkowe, taksujące spojrzenia, a może nadmiar uśmiechów, serwowanych przy każdym spotkaniu? Odnosiła wrażenie, że nie są całkiem szczere, poza tym uważała za nienaturalne, by ktoś ciągle był w doskonałym humorze.

– Dzień dobry, Asiu. W czym mogę ci pomóc?

– Myślałam nad tym, co pan mówił. Nie bardzo rozumiem, dlaczego muszę się natychmiast wyprowadzić. Na pogrzebie rozmawiałam z prezesem i on powiedział, że mogę tu zostać do końca roku – powtórzyła to, co Joachim kazał jej powiedzieć.

Mężczyzna zrobił zakłopotaną minę.

– Wiesz, jak to jest. To był przecież pogrzeb twojego ojca. Pewnie prezes uznał, że masz już dość jak na jeden dzień. Nie chciał ci dokładać. – Wzruszył ramionami i urwał w oczekiwaniu na jakiś komentarz. Joanna milczała. Nie odrywała wzroku od jego twarzy i zauważyła, że żachnął się niecierpliwie. Dalej milczała i to on pierwszy nie wytrzymał przeciągającej się ciszy. – Przecież wiesz, że to jest mieszkanie służbowe. Firma potrzebuje go dla następcy twojego ojca. Prezes prosił mnie, żebym załatwił to jak najszybciej. Ale może dałoby się to odwlec na jakiś czas? – Potarł dłonią brodę, rozmyślając nad czymś, a jego wzrok błądził od twarzy dziewczyny do jej piersi, przeniósł się na ładnie zaokrąglone biodra, by znów wrócić do twarzy. – Ładniutka jesteś. Myślę, że mógłbym ci pomóc. Wejdź.

Odsunął się od drzwi, lecz Joanna stała w miejscu jak wmurowana. Jaka ze mnie debilka, rozmyślała, nareszcie pojmując, dlaczego Joachim życzył sobie, żeby doprowadziła do konfrontacji. Widocznie on domyślił się od razu, o co tak naprawdę temu facetowi chodziło, tylko ja jestem jakaś opóźniona.

– Nie mogę teraz – bąknęła, improwizując, gdyż ułożony scenariusz nie obejmował wszystkich detali. – Spieszę się, mam randkę.

Na twarz mężczyzny wypłynął grymas złości.

– Nie jestem z Caritasu – warknął. – U mnie nie ma nic za darmo. Będziesz dla mnie miła, to ja też będę miły. A jak nie, to wypierdalaj na ulicę albo pod most. Przestaniesz być taka mądra, jak cię raz i drugi zerżną w bramie. Zastanów się. Masz czas do jutra. Przyjdziesz do mnie i będziesz robić to, co każę, albo stąd wylatujesz.

– Już się zastanowiłam. – Mocniej ścisnęła dłoń, w której cały czas trzymała mały dyktafon. – Jeszcze dziś porozmawiam z prezesem, bo jakoś panu nie wierzę. Chyba mnie pan wkręca. Do widzenia.

– Z nikim nie będziesz rozmawiać, ty mała dziwko!

Mężczyzna złapał dziewczynę za rękę i szarpnął, wciągając za próg. Był nadspodziewanie silny i tak szybki, że nie zdążyła stawić oporu. Chciała krzyknąć, lecz pchnął ją na ścianę, jedną ręką zasłaniając jej usta. Drugą usiłował zamknąć drzwi. Nie zdążył, gdyż oto skrzydło ponownie się rozwarło, z takim impetem, że trafiło mężczyznę w ramię, odrzucając o dobry metr. Do mieszkania wszedł Joachim. Kopnął drzwi, które zamknęły się za nim z hukiem, podszedł do ciecia i celnym lewym prostym w szczękę posłał go na podłogę.

– W porządku? – Spojrzał z troską na siostrę. Skinęła głową, pocierając przegub ręki, na którym palce agresora zostawiły ciemniejące ślady.

Leżący mężczyzna jął się podnosić z podłogi, popatrując w ich stronę przerażonym wzrokiem. Dźwignąwszy się do pionu, usiłował przybrać minę pełną godności.

– Jakim prawem wdarł się pan do mojego mieszkania? Proszę natychmiast wyjść!

– Bo co? – Joachim podszedł bliżej i dźgnął go palcem w pierś. – Nie wiesz, że w naszym kraju gwałt jest karalny?

– Kurwa, jaki gwałt? Sama do mnie przyszła. – Cieć uśmiechnął się złośliwie. – Myślałeś, że zaliczysz, a dziunia wybrała mnie. Co za pech – użalił się fałszywie.

– Wybrać to by cię mogła co najwyżej na okazaniu na komisariacie – prychnął Joachim z pogardą i spojrzał na Joannę. – Chodźmy stąd, szkoda czasu na tego szczura.

Podszedł do stojącej nieruchomo siostry i pociągnął delikatnie, chwyciwszy za nadgarstek. Syknęła z bólu. Spojrzał. Na jasnej skórze widniały sinoczerwone ślady, pozostawione przez duże, silne palce opiekuna obiektu. Nie powiedział nic. Puścił dłoń Joanny, znów się odwrócił i ponownie stanął przed mężczyzną. Długą chwilę patrzył na niego nieruchomym wzrokiem, potem jednym ruchem złamał mu rękę. Mężczyzna zawył z bólu, z oczu pociekły mu łzy. Dyszał ciężko, przytrzymując drugą ręką uszkodzoną kończynę.

– Kurwa, człowieku! Odjebało ci?! Zaraz zadzwonię nagliny…

– Zadzwoń. Wtedy moja siostra da im posłuchać bardzo ciekawego nagrania. Na pewno chętnie posłuchają. – Wolf posłał mu zimne spojrzenie. – Potem zabiorą cię na komisariat i tam ci powiedzą, gdzie popełniłeś błąd. Reszty dowiesz się w sądzie, a czego nie skumasz, to koledzy pod celą chętnie wytłumaczą.

Nie poświęcając mu już nawet jednego spojrzenia, Joachim ponownie ujął pobladłą Joannę za rękę. Wyszli, zostawiając płaczącego mężczyznę w przedpokoju.

– Musiałeś tak? – szepnęła dziewczyna, gdy skierowali się w stronę schodów. – Przecież nic mi nie zrobił.

– Nie bądź głupia – warknął. – Nie zrobił ci nic, bo wszedłem za wami. A wiesz, co by się stało, gdyby mnie z tobą nie było? Leżałabyś teraz pod tym wieprzem, a on…

– Przestań! – Słowa brata uświadomiły jej z całą jasnością, czego uniknęła, i nagle poczuła mdłości. Przełknęła ślinę i przyspieszyła kroku. – Zaraz się porzygam.

– To rzygaj. – Uśmiechnął się w odpowiedzi. – Sprzątanie rzygowin należy do obowiązków opiekuna obiektu.

To ją tak rozweseliło, że zapomniała o nudnościach. Chwilę później znaleźli się w mieszkaniu, w którym przez wiele lat mieszkała z ojcem.

– Zdecyduj, co chcesz stąd zabrać. – Joachim rozglądał się z zaciekawieniem po dość skromnie urządzonym wnętrzu. – Musimy jak najszybciej ogarnąć temat, bo nie chciałbym więcej oglądać mordy tego pieprzonego zboka. Mogę nie wytrzymać i złamać mu jeszcze coś do kompletu.

Siostra skinęła głową i przystąpiła do analizowania stanu posiadania.

*

Kostek Nakański uniósł głowę znad czytanego protokołu i przyjrzał się zapatrzonemu w okno Wolfowi. Zamyślony młody mężczyzna marszczył brwi, mrucząc coś pod nosem, i Kostek uprzytomnił sobie, że kolega od kilku dni zachowuje się nietypowo. Nie żartował jak zwykle, nie rzucał ciętych ripost i lekceważył okazje do docinków. Zamiast tego siedział pogrążony w myślach lub wychodził z pokoju i spacerował po korytarzu, konferując z kimś ściszonym głosem przez przyciśniętą do ucha komórkę.

Joachim był raczej skryty, nie miał zwyczaju opowiadać o prywatnych sprawach i Nakański naraz uświadomił sobie, że nie ma pojęcia, jak wygląda jego sytuacja rodzinna, gdzie dokładnie młodszy kolega mieszka ani nawet, czy ma jakieś hobby.

– Wilku – odezwał się, nie do końca przekonany, czy postępuje słusznie. – Może to nie moja sprawa, ale czy masz jakiś problem?

– A ty co, dresem zostałeś?

Kostek parsknął śmiechem. Rzeczywiście, pytania nie sformułował najszczęśliwiej. Najrozsądniej byłoby się teraz wycofać, lecz mimo to brnął dalej. Przez te kilka miesięcy wspólnej pracy polubił Wolfa i wyraźnie widział, że coś jest nie w porządku.

– Powiedzmy, że spala mnie chęć bezinteresownej pomocy. A jeżeli to kłopoty służbowe, to zgodnie z poleceniem naczelnika mam obowiązek cię wspomóc.

– Nie chodzi o robotę – burknął Joachim.

– To o co? – Kostek wstał, przespacerował się po pokoju, po czym przysiadł na rogu biurka kolegi i pochyliwszy się ku niemu, powiedział ściszonym głosem: – Wilku, jak chcesz mojej pomocy, to powiedz to teraz. Potem mnie nie będzie. Dostałem się do Szczytna i pod koniec października znikam na pięć miechów.

– Byłeś na egzaminie? – Joachim wreszcie wykazał jakieś zainteresowanie. Podekscytowany poderwał się z krzesła. – Czemu nic nie mówiłeś?

– Nie chciałem zapeszyć. To jak, powiesz, co się dzieje?

Wolf wzruszył ramionami i przybrał obojętną minę, maskując w ten sposób zakłopotanie.

– Wolę teraz nie ruszać tego tematu.

– Jak chcesz. – Kostek pożałował, że w ogóle zaczął tę rozmowę. – Nie chcesz, to nie mów, to nie areszt wydobywczy, żebym cię miał zmuszać.

– Nie o to chodzi, tylko że zaraz będę miał gostka do słuchania. Może po robocie skoczymy na piwo? Masz czas?

– Jak na piwo, to najpierw musimy odwieźć samochody. Ty mieszkasz na dolnym Beskidzkim, prawda? Może pójdziemy do Wrzosowej Chaty? Mielibyśmy obaj blisko.

Po służbie Nakański podjechał pod dom, zostawił auto i mimo że matka kusiła go opowiadaniem o wyśmienitym smaku pieczeni w sosie z własnoręcznie zbieranych borowików, zrezygnował z obiadu. W ciągu dnia wyskoczył na schabowego z frytkami, więc nie czuł głodu, ale wolał o tym nie wspominać. Zdaniem matki, jeśli potrawa nie została przyrządzona w domu, nie była warta uwagi.

Do Wrzosowej Chaty miał bliżej niż Joachim, toteż pojawił się tam pierwszy. Zajął stolik w sali z kominkiem i zamówił dwa piwa, wyliczywszy, że Wolf powinien pojawić się lada moment. Nie omylił się, kolega bowiem stanął w wejściu chwilę po tym, jak kelnerka przyniosła dwie wysokie szklanki wypełnione złocistym płynem. Joachim usiadł, z cichym westchnieniem przytknął naczynie do ust i pociągnął solidny łyk. Obtarł usta z resztek piany i znad szklanki posłał Kostkowi ponure spojrzenie.

– Naki, muszę załatwić przyznanie opieki nad małoletnią. Pomożesz?

– Co to znaczy, że musisz? – zdenerwował się Nakański. – Ktoś cię czymś szantażuje? Komu masz to załatwić?

– Sobie – odparł spokojnie Wolf. – Ta małoletnia to moja siostra.

Zaskoczony Kostek milczał kilka chwil, wreszcie odezwał się, starając się nadać głosowi obojętne brzmienie. Nie chciał być nachalny.

– Nigdy nie pytałem, bo nie lubię się wpierdalać w cudze życie, ale wydawało mi się, że jesteś jedynakiem…

Zawiesił głos w oczekiwaniu odpowiedzi. Joachim znowu upił łyk piwa i odstawił szklankę.

– Mi też się wydawało, że jestem jedynakiem – odparł ze złością. – Matka rozwiodła się, gdy miałem trzy lata. Potem tata umarł. Tak mi mówiła, a kiedy zapytałem, gdzie jest pochowany, powiedziała, że gdzieś w Hiszpanii. Był kierowcą naTIR-ach, wychował się w domu dziecka, nie miał żadnej rodziny, więc nie było powodu, żeby sprowadzać zwłoki do Polski. Tak wytłumaczyła brak grobu w Polsce, a ja uwierzyłem, bo czemu nie? Nie miałem podstaw, żeby to kwestionować.

– A jaka jest prawda? – Kostek wyjął z kieszeni paczkę papierosów i dał znak, by wyszli na zewnątrz. – Znalazłeś grób?

Joachim wstał posłusznie i poszedł za kolegą. Stanęli przed budynkiem i zapalili.

– Grobu nie było dlatego, że ojciec przez cały ten czas żył i miewał się całkiem dobrze. Po prostu pożarli się do tego stopnia, że zerwali wszystkie kontakty. Podobno miał wątpliwości co do swojego ojcostwa, więc rozumiesz…

– No właśnie nie rozumiem – odparł skołowany Nakański. – Rozumiem tylko, że się pożarli. On pewnie twierdził, że dziecko nie jest jego, a ona poczuła się urażona posądzeniem do tego stopnia, że nie chciała go więcej oglądać. Ale co z pieniędzmi? Nie płacił na ciebie alimentów?

Wolf zaklął szpetnie i zgasił niedopałek w przepełnionej popielniczce ustawionej obok wejścia do lokalu.

– Całe życie słyszałem, jaka to mama jest biedna, bo nie ma znikąd pomocy finansowej. Gdy trochę podrosłem, dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak renta po zmarłym rodzicu, i zapytałem, dlaczego się o nią w moim imieniu nie postarała. Ale matka i na to znalazła wytłumaczenie. Powiedziała, że przekracza o parę złotych limit zarobków, więc ZUS odrzucił wniosek. Nie znałem się na tym, więc przyjąłem to za prawdę. A potem zdałem maturę, przyjąłem się do policji i sprawa stała się nieaktualna.

Kostek także zgasił niedopałek. Wrócili do sali.

– Jak było naprawdę? Płacił?

Wolf z ponurą miną przytaknął.

– Przez cały czas. Aż do mojej pełnoletniości, a nawet dłużej. Pewnie mu nakłamała, że poszedłem na studia.

– Jak matka to wytłumaczyła?

– Nijak. Zmarła w grudniu ubiegłego roku, a w jej dokumentach nie znalazłem kompletnie nic. O całej sprawie dowiedziałem się niedawno, tak samo jak o tym, że mam siostrę. To ona mi powiedziała.

– Wilku – Nakański oparł łokcie na stoliku i wsparł dłonie na pięściach – skąd masz pewność, że ta dziewczyna nie kłamie? Domyślam się, że jest siostrą przyrodnią, pewnie z drugiego małżeństwa. Ale skąd wiesz, jak jest naprawdę? Przecież jej nie znasz. Istnieje przecież możliwość, że to ojciec ją okłamał, nie chcąc wyjść w oczach córki na skurwysyna, który wyrzekł się własnego dziecka.

– Nie kłamał, i ona też nie kłamała. – Joachim przywołał kelnerkę i zamówił po drugim piwie. – Naki, byłem w ich mieszkaniu, gdy pomagałem Joannie się spakować. Pokazała mi gruby plik przekazów pocztowych, adresowanych na nazwisko mojej matki. Potem dorwałem listonosza. Obsługuje nasz rewir, odkąd pamiętam. Potwierdził, że doręczał matce pieniądze, zawsze do rąk własnych, bo tak sobie zastrzegła.

– No dobra – mruknął Kostek. – Zyskałeś dowód. Ale dalej nie rozumiem, o co chodzi z tą opieką? Czemu ty masz być opiekunem? Ojciec nie może?

– Zmarł we wrześniu. Rak wątroby, nieoperacyjny. Przed śmiercią wyznaczył mnie na opiekuna. Załatwił to na piśmie, u notariusza, jako akt ostatniej woli. Podobno powiedział, że dobry ze mnie człowiek. – Joachim roześmiał się gorzko. – Ale ta opinia nie wystarczyła, żeby chciał się ze mną spotkać. I tak żyłem sobie w nieświadomości, dopóki Joanna nie zadzwoniła do moich drzwi. Ona też nie wiedziała, że ma brata. Powiedział jej o mnie dopiero w czerwcu, kiedy zrozumiał, że nie wyzdrowieje, ale zabronił kontaktowania się ze mną, dopóki żył. Nie wiemy dlaczego.

– Pewnie czuł się winny i nie miał odwagi spojrzeć ci w oczy. – Kostek ocenił sytuację. – Ile lat ma ta twoja nieznana siostra?

– Szesnaście. Nie jest tak źle. – Joachim się uśmiechnął. – Ojciec krótko ją trzymał. Wychowywał ją sam, odkąd skończyła siedem lat, i chyba był chwilami trochę nadopiekuńczy. Ale wyszło jej to na dobre, nie jest taka rozwydrzona jak niektóre dziewczyny w jej wieku. Myślę, że damy sobie radę, tylko boję się, czy sąd zaakceptuje taki układ. Nie znasz tam kogoś, żeby szepnąć za mną słówko?

– Niech się zastanowię. Sierżant, etat w dochodzeniówce… – rozmyślał głośno Nakański. – Pensja wprawdzie nie powala, ale jest pewna, a to się liczy. Nagan i kar nie było, za to jest obiecana pochwała za Ambroziaka… Uważam, że się uda, ale na wszelki wypadek pogadajmy ze Skalskim. Nie wierzę, że nasz szef nie ma tam żadnego znajomka.

– Naki, jesteś gigant! – zawołał ucieszony Wolf. – W ogóle nie przyszło mi do głowy, żeby pójść z tym do naczelnika. – Ale – zawahał się, nagle niepewny – myślisz, że inspektor będzie chciał zajmować się problemami zwykłegosierżanta?

– Nie bój ty się! – uspokoił go Kostek. – Skalski zalicza się do starej szkoły. Uważa, że brak problemów w życiu osobistym przekłada się na większą wydajność w pracy, więc przełożony powinien zadbać, żeby podwładni tych problemów nie mieli. Pójdziemy do niego jutro i przedstawimy sprawę, okej?

Kostek wypytał jeszcze kolegę o szereg spraw, szczerze zainteresowany jego nietypową sytuacją rodzinną. Wszystko to wyglądało trochę jak z brazylijskiej telenoweli, prócz tego podejrzliwa policyjna natura kazała Nakańskiemu doszukiwać się podstępu. A jeśli ta Joanna wcale nie jest siostrą Joachima? Nie, to niemożliwe, skarcił się natychmiast. Skoro dane ojca były identyczne na obu aktach urodzenia, nie ma mowy o pomyłce czy celowym oszustwie. Ale zachodziła jeszcze jedna możliwość i po długim wahaniu postanowił podzielić się z Wolfem swoimi wątpliwościami.

– Wspomniałeś, że twoi rodzice się rozstali, bo twój ojciec nie miał pewności co do swojego ojcostwa. Nie obraź się, ale… – Urwał, wyraźnie zakłopotany. Nie lubił ingerować w cudze życie.

– Nie ma sprawy, domyślam się, o co ci chodzi – uspokoił go Joachim. – Też mi to przyszło do głowy, że facet mógł mieć rację, tym bardziej że w jego szpargałach znalazłem dokumenty rozwodowe, a wśród nich kilka zdjęć. Słabej jakości, jak to zdjęcia robione z ukrycia, ale rozpoznałem na nich matkę. Są dość jednoznaczne, jeśli wiesz, co mam na myśli. Wolałbym więcej o nich nie mówić.

Nakański spojrzał na zarumienione policzki i pokiwał głową ze zrozumieniem. Każdy widzi w swojej matce świętą i wolałby nie musieć weryfikować tej opinii.

– Wiesz, że gdyby tak było, nie miałbyś żadnych obowiązków względem tej dziewczyny? – zauważył, pewny, że Joachim nie dostrzegł tej możliwości.

– Wysłaliśmy próbki do badania DNA. Ale co by się nie okazało, i tak zamierzam jej pomóc – oznajmił Wolf stanowczo. – Polubiłem ją. Jest niegłupia, ogarnięta i ma poczucie humoru. Ma też sporo kasy w gotówce, a jeśliby dostała innego opiekuna, mogłoby być różnie. Wiesz, jak jest.

Kostek skinął potakująco i zaproponował trzecie piwo, lecz Wolf odmówił. Kolejny raz wyszli na papierosa.

– Czemu w gotówce? – Nakański nie wytrzymał, by nie zapytać.

– Jest nieletnia. Gdyby pieniądze leżały na koncie, mogłaby mieć problemy. Postępowanie o nabycie spadku i tak dalej, a w przypadku nieletniej wszystko by się komplikowało i pewnie zyskałaby dostęp do szmalu grubo po osiemnastce. O ile wyznaczony przez sąd opiekun nie zaopiekowałby się przede wszystkim kasą. – Joachim strzepnął popiół w okolice popielniczki i naraz się uśmiechnął. – Mimo wszystko ojczulek miał łeb. Przed śmiercią zlikwidował konto i pobrał pieniądze w gotówce, żeby dziewczyna miała z czego żyć. Wiedzieli o tym tylko oni dwoje, więc rozwiązanie było całkiem bezpieczne.

– Tak tego dużo? Skąd kierowca TIR-a miał takie oszczędności? – W Kostku znów odezwała się zawodowa nieufność.

– Już dawno przestał być kierowcą. Najpierw został kierownikiem bazy, a ładnych parę lat temu awansował na dyrektora. – Wolf wymienił nazwę dużego przedsiębiorstwa transportowego. – Miał wysoką pensję, piękne mieszkanie, za które nie płacił ani grosza, bo stanowiło własność firmy, miał też służbowy samochód do wyłącznej dyspozycji. Wydawał tylko na utrzymanie siebie i córki, w dodatku był skąpy. Joanna określiła go jako oszczędnego w stopniu ocierającym się o patologię.

Roześmieli się, zgasili niedopałki i wrócili na salę. Mieli zamiar jeszcze chwilę pogadać, lecz przeszkodził im telefon, wibrujący w kieszeni Wolfa. Mężczyzna odebrał, słuchał przez chwilę, po czym zmełł przekleństwo i oznajmił, że zaraz będzie na miejscu. Nakański obserwował to z zainteresowaniem, zadowolony, że to nie jego oderwano od zaplanowanych na popołudnie zajęć.

– Musisz jechać na zdarzenie? – spytał, gdy Joachim schował telefon do kieszeni.

– Na szczęście nie, ale dałem plamę. Zapomniałem, że umówiłem się z Silą.

Sila, czyli posterunkowa Sylwana Krasa, miesiąc wcześniej zatrzymała mężczyznę będącego podejrzanym w sprawie prowadzonej przez Nakańskiego i Wolfa. Od tamtej pory Joachim bywał częstym gościem w jej komisariacie i w końcu zebrał się na odwagę, by zaproponować randkę. Dzisiejsze spotkanie miało być ich trzecim.

– Jak kocha, to poczeka. – Kostek zlekceważył problem.

Wolf nie wyglądał na przekonanego.

– Już wcześniej namieszałem, bo planowaliśmy iść do kina. Ale wyskoczyła ta sprawa z Joanną i poprosiłem Silę, żeby przyszła do nas do domu. Nie chciałem tak od razu zostawiać siostry samej, żeby nie pomyślała, że mi w czymś przeszkadza. No i tkwią tam teraz we dwie i pewnie obie głupio się czują.

– Przesadzasz z tą rolą brata. Jak znam życie, siedzą w najlepszej zgodzie, obrabiają ci dupę i wcale za tobą nie tęsknią.

Nakański roześmiał się na widok miny młodszego kolegi, walnął go w ramię i dał znać kelnerce, że prosi o rachunek. Machnięciem ręki zbył Joachima, chcącego zapłacić za swoje piwo, i wskazał mu drzwi. Po chwili wręczył kelnerce zapłatę wraz z napiwkiem i opuścił lokal. Idąc do domu, rozmyślał o pokręconych ludzkich losach i tajemnicach rodzinnych, skrywanych skrzętnie przed oczami bliskich.

Ciąg dalszy w wersji pełnej