Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
Przez Stany Zjednoczone i Europę przetacza się fala koszmarnych morderstw. Tylko przypadek sprawia, że Tweed i Paula Grey z SIS dostrzegają w nich wspólny element, wskazujący na działanie seryjnego zabójcy. Rozpoczyna się wyścig z czasem i władzami próbującymi zablokować śledztwo. A podejrzanych jest kilku – cała rodzina Arbogastów, która wzbogaciła się dzięki inwestycjom w przemysł chemiczny i zbrojeniowy, a także sam wiceprezydent Stanów Zjednoczonych, wędrujący po Anglii krok w krok za Arbogastami. Co ich łączy? Dlaczego giną ludzie po dwóch stronach oceanu? I wreszcie, kto jest zabójcą i dlaczego pozbawia swoje ofiary głów? Podczas pełnego napięcia pościgu Tweed i Grey nie tylko szukają odpowiedzi na te pytania, muszą też chronić własne życie, ponieważ sami stają się celem mordercy.
Cykl: Tweed, t. 19
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Gminna Biblioteka Publiczna w Cegłowie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 444
Rok wydania: 2008
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Śmiertelneostrze
Tego samego autora polecamy:
COLINFORBES
Śmiertelneostrze
Przełożył Krzysztof Masłowski
Prószyński i S-ka
Tytuł oryginału
THE VORPAL BLADE
Copyright © Colin Forbes, 2001
All Rights Reserved
Ilustracja na okładce
Dariusz Kocurek
Redakcja
Renata Bubrowiecka
Redakcja techniczna
Elżbieta Urbańska
Korekta
Jolanta Tyczyńska
Łamanie
Anna Nieporęcka
ISBN 978-83-7469-824-5
Warszawa 2008
Wydawca
Prószyński i S-ka SA
02-651 Warszawa, ul. Garażowa 7
www.prószyński.pl
Druk i oprawa
Drukarnia Naukowo-Techniczna
Oddział Polskiej Agencji Prasowej SA
03-828 Warszawa, ul. Mińska 65
Wszystkie postaci przedstawione w tej książce są wymyślone przez autora i nie odpowiadają żadnym rzeczywistym osobom. Tak samo tworem czystej wyobraźni są rezydencje, miejscowości i mieszkania oraz amerykańskie i europejskie firmy.
Jeżeli brakuje głowy, to skąd wiesz, że to ciało Adama Holgate’a? - spytał Tweed.
Była mglista londyńska noc, jak zwykle na początku grudnia. Tweed siedział obok nadinspektora Roya Buchanana, który prowadził po opustoszałych ulicach nieoznakowane policyjne volvo. Wycieraczki przecierały przednią szybę, by zapewnić jakąś widoczność. Siedząca na tylnym siedzeniu Paula Grey, zaufana asystentka Tweeda, milczała, choć pytania cisnęły się jej na usta.
- Po prostu - odpowiedział Buchanan - otworzyłem zamek błyskawiczny worka z ciałem na tyle daleko, aby sięgnąć do kieszeni marynarki. Miał przepustkę ACTIL-u ze zdjęciem. To wielka instytucja, dla której pracował od czasu, jak od ciebie odszedł.
- Holgate nie uzyskał od nas zbyt wielu ważnych informacji - zauważyła Paula. - Nigdy nie był w naszej siedzibie na Park Crescent. Howard miał przynajmniej tyle zdrowego rozsądku, by umieścić go w łączności z dala od Crescent.
- Z Bray, gdzie go znaleziono, niedaleko do Tamizy - zauważył Tweed. - Co, u diabła, Holgate robił w tak oddalonym miejscu? Przypuszczam, że wyciągnięto go z wody. Tak?
- Niezupełnie. Ciało zostało wrzucone do płytkiego strumienia. Znalazł je jakiś facet spacerujący z psem i zadzwonił z komórki do Yardu.
- A ty załatwiłeś przesłanie ciała do profesora Saafelda w Holland Park. Zapewne dlatego, że to najwybitniejszy z naszych patologów.
- Tak - odparł Buchanan ponuro. - Było to szczególnie brutalne morderstwo i chciałem, aby sekcję zrobił najlepszy specjalista. Zadzwoniłem do ciebie i zabrałem cię po drodze. Holgate pracował kiedyś u ciebie.
Mówiąc to, spojrzał na Tweeda, dobrze zbudowanego mężczyznę w ciemnym płaszczu i w nieokreślonym wieku, z gęstymi, ciemnymi włosami, gładko wygoloną twarzą i sporym nosem wystającym zza okularów w rogowej oprawie. Z jego twarzy trudno było cokolwiek wyczytać i łatwo można go było minąć na ulicy, nie zauważając, co stanowiło cechę przydatną w pracy na stanowisku zastępcy dyrektora SIS1.
Buchanan był wyższy, szczupły, nawet chuderlawy, po czterdziestce. Miał przystrzyżone wąsy i sztywny wygląd wprawiający podwładnych w zakłopotanie. Zdaniem znającego się na rzeczy Tweeda był najbardziej kompetentnym policjantem w kraju. Obaj mieli do siebie bezgraniczne zaufanie.
Skręcił w boczną drogę i podjechał pod wysoką bramę z kutego żelaza. Rezydencja była ukryta za ciemnymi, wiecznie zielonymi drzewami i krzewami obrastającymi obie strony drogi podjazdowej. Tweed wyskoczył z samochodu, podszedł do domofonu z metalową kratką wpuszczoną w jeden z kamiennych, utrzymujących bramę słupów i nacisnął guzik.
Po jej obu stronach z niskiego muru wyrastało nowe, wysokie na dwa i pół metra, ogrodzenie. Dzisiejszy Londyn był dżunglą, a jego mieszkańcy instalowali wszelkiego rodzaju reflektory oświetlające teren, gdy ktoś poruszał się za drzwiami, mocne kraty w nisko położonych oknach i najbardziej wyszukane alarmy przeciwwłamaniowe. Można było odnieść wrażenie, że to wielkie miasto przeżywa stałe oblężenie, co zresztą było prawdą.
Ruszyli pieszo podjazdem, z Buchananem wyciągającym swe długie nogi na czele. Siedzibą i miejscem pracy Saafelda był dwupiętrowy dom z kamienia. Tweed zauważył, że od czasu jego ostatniej wizyty okna przyziemia zostały zamurowane. Do czego to doszło, pomyślał, nim otwarło się jedno skrzydło podwójnych drzwi i ostre światło niemal oślepiło Paulę, zmuszając ją do osłonięcia oczu.
Jest w złym nastroju, pomyślała Paula. Nigdy go takim nie widziała. Saafeld był niskim, potężnie zbudowanym mężczyzną dobrze po pięćdziesiątce. Włosy już mu bielały, ale twarz miał rumianą, a ruchy szybkie i zwinne. Weszli do wielkiego holu z wieloma drzwiami i podłogą wyłożoną parkietem.
Witając się z Paulą, Saafeld złagodniał. Przyjrzał się jej od stóp do głów. Miała sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu. Starannie uczesane czarne włosy opadały na ramiona, a linia podbródka znamionowała upór. Nic nie zdołało umknąć jej niebieskim oczom, a gdy się uśmiechała, wielu mężczyzn było gotowych zrobić dla niej wszystko. Szczupła i zgrabna, miała na sobie ciemny kostium i jedwabną chustę wokół długiej szyi. Puściwszy ją, Saafeld odwrócił się i spod krzaczastych brwi spojrzał na mężczyzn.
Idąc przez hol, wyjął kartę kodową. Kilka stopni niżej umieścił ją w ciężkich drzwiach prowadzących do małego pomieszczenia od podłogi po sufit chronionego szkłem pancernym. Gdy znaleźli się w środku, Saafeld zamknął zewnętrzne drzwi i wsunął kartę w kolejny otwór, po czym poprowadził ich dalej do wielkiej sali w podziemiu kostnicy.
Nozdrza Pauli natychmiast wychwyciły znajomy zapach formaliny. Pod ścianą zobaczyli rząd metalowych szuflad do przechowywania ciał. Na środku stał wielki, pusty stół z metalowym blatem. Nad nim wisiała kamera umieszczona na ramieniu teleskopowym. Saafeld wskazał na pusty stół.
Tweed zaczął przechadzać się po przestronnym pomieszczeniu i rozmyślać. Saafeld otworzył zamek szuflady i wyjął wielką kopertę z kartonowym spodem. Paula wyciągnęła rękę.
Saafeld zawahał się.
Uśmiechnęła się.
Zanim wyjęła kolorowe odbitki, włożyła podane przez Saafelda lateksowe rękawice, aby nie zostawić odcisków palców. Bardzo ostrożnie ułożyła fotografie na stole. Newman przysunął się do niej i aż go zatkało.
Na kryjącej stół białej plastikowej płachcie leżało bezgłowe ciało Holgate’a z ramionami ułożonymi wzdłuż tułowia. Było nadal ubrane w zmięty granatowy garnitur, gdyż Saafeld chciał przy robieniu pierwszych zdjęć uniknąć naruszenia jego górnej części.
Ponad kołnierzem wystawał gruby kikut prawie całej szyi. Zdumiewające, że pokryta brązowawą zaschniętą krwią tkanka była w miejscu dekapitacji tylko lekko postrzępiona. Paula przypuszczała, że głowa została odcięta tuż pod podbródkiem.
Obejrzała pozostałe odbitki. Saafeld zrobił zdjęcia pod różnym kątem. Gdy spojrzała na pierwsze, poczuła lekkie mdłości. Znała Holgate’a, chociaż powierzchownie. Pochylając się, przełknęła ślinę, aby nikt nie zauważył jej reakcji. Zdawała sobie sprawę, że Buchanan stoi w pobliżu.
Pokręciła głową i wróciła do zdjęcia, które oglądała na początku. Było na nim najwięcej szczegółów. Marszcząc brwi, wyprostowała się, nadal spoglądając na fotografię.
Saafeld nie spytał dlaczego. Poprowadził ją do drugiego stołu, na którym stało spore urządzenie z rewolwerowym uchwytem pozwalającym sterować położeniem soczewek. Paula usiadła na biurowym krześle, wyregulowała jego wysokość i spojrzała przez okular, a Saafeld umieścił pod obiektywem metalową płytę na stelażu i na niej fotografię.
Powiedziawszy to, wrócił do pozostałych. Doceniła to, gdyż trudno byłoby się jej skupić, gdyby ktoś zaglądał jej przez ramię. Kółko sterujące było tak czułe, że musiała zdjąć rękawiczkę, aby nim operować.
Bardzo wolno przekręciła je w przód, a potem nieco z powrotem. Część odciętej szyi, w którą wycelowane były soczewki, nagle ukazała się ze zdumiewającą dokładnością. Przyglądała się uważnie, aby mieć pewność. Potem obróciła się na krześle twarzą do pozostałych.
Saafeld szybko podszedł do niej. Wstała z krzesła i odsunęła się, uważając, by nie poruszyć kółkiem regulacyjnym. Profesor zajął jej miejsce, włożył okulary w złotej oprawie i spojrzał w okular. Po chwili wstał i spojrzał najpierw na Paulę, a potem na Tweeda.
Teraz Newman spojrzał przez szkło, potem Tweed, a na końcu Buchanan, który z powodu swojego wzrostu musiał zmienić ustawienie krzesła. Przynajmniej przez minutę wpatrywał się w obraz, po czym powoli wstał i przesunął palcem po przystrzyżonym wąsie. Paula już wcześniej zaobserwowała, że ten gest wykonuje zawsze, gdy w sprawie pojawiają się nowe okoliczności.
Saafeld w lateksowych rękawicach ponownie otworzył szufladę. Wyciągnął dwie koperty. W jednej umieścił zdjęcie, które właśnie oglądali, do drugiej włożył duplikat. Jedną kopertę wręczył Tweedowi.
Drugą podał Buchananowi.
Dopóki przedmieścia nie zostały za nimi, nikt nie odezwał się słowem. Gdy jechali przez Windsor, niebo się przejaśniło i w słabym świetle księżyca Paula zauważyła potężną sylwetkę zamku. Wkrótce znaleźli się na otwartym terenie, na drodze biegnącej wśród płaskich pól i obramowanej czarnymi bezlistnymi szkieletami drzew.
Paula sprawdziła swoją, świecąc na podłogę. Wyjrzała przez okno i zobaczyła kolejne posępne pola i kolejne ogołocone z liści drzewa.
Buchanan skręcił z głównej szosy w prawo i ruszył wąską boczną drogą.
W świetle reflektorów Paula zobaczyła piękne stare domy stojące w pobliżu krętej drogi. Przez zasłony w oknach tliło się światło, ale nigdzie nie było żywego ducha.
Buchanan ponownie skręcił w prawo w jeszcze węższą drogę, osłoniętą z obu stron żywopłotami. Gdy Bray zostało za nimi, nawierzchnia stała się nierówna i częściej można było zobaczyć trawę porastającą pola rozciągające się po obu stronach drogi. Zatrzymali się na skraju szosy i Paulę zaskoczyła gwałtowna cisza. Cisza była dziwna i przerażająca, przerywana jedynie dźwiękiem kropel wody spadających z drzew i niewyraźnym poszumem rzeki.
Gdy wszedł na pole, pojawił się umundurowany policjant. Za nim znaczny obszar ziemi wokół miejsca zbrodni był otoczony policyjną taśmą przyczepioną do gałęzi wetkniętych w podmokły grunt. Paula ucieszyła się, że przed wyjazdem z Park Crescent włożyła buty do kolan.
Zbliżył papiery do policjanta, oświetlając je latarką. Mundurowy sięgnął po nie, ale Buchanan nie wypuścił ich z ręki.
Zdezorientowany funkcjonariusz posłuchał i uniósł taśmę, a Buchanan ruszył w stronę miejsca, z którego dochodził szum rzeki. Poziom wody był wysoki. Z rękami w kieszeniach przeciwdeszczowego ganneksa Tweed podążył za Paulą i Buchananem.
Paula rozejrzała się wokół. Teren był zarzucony kawałkami pni, prawdopodobnie ściętych na opał. Odeszła nieco w górę rzeki i wybrała pień odpowiednich rozmiarów. Uniosła go, by ocenić wagę, i zdecydowała, że będzie odpowiedni. Przeniosła więc pień nad brzeg. Teraz miała do wykonania najtrudniejszą część zadania: zaczerpnęła głęboko powietrza, uniosła drewno jeszcze wyżej i jak najdalej wrzuciła do rzeki.
Pień wylądował w wodzie około dwóch metrów od brzegu. Silny prąd uchwycił go i poniósł daleko w dół rzeki, aż zniknął z pola widzenia. Minął boczną płyciznę, nawet się do niej nie zbliżając.
Pot spływał jej po plecach, a ramiona bolały, gdy wracała do miejsca, skąd Buchanan i Tweed obserwowali próbę.
Ruszyła przed siebie, uniosła taśmę wyznaczającą obszar policyjnych poszukiwań i szła dalej, z wolna przesuwając światłem latarki po polu. Wokół walało się wiele kawałów drewna, niektóre sterczące jak dziwaczne statki marsjańskie tuż po wylądowaniu. Kilka minut później jej latarka oświetliła coś innego: krąg wygniecionej, jakby wydeptanej trawy. W środku tkwiła dziwna gałąź z dwoma sterczącymi ramionami, które od dołu łączyła gładka drewniana podstawa, szeroka mniej więcej na piętnaście centymetrów i okorowana.
Paula powoli skierowała się w tamtą stronę, jeszcze staranniej oświetlając miejsca, w których postawić miała stopy. Zgniecionej trawy przybywało. Wkroczyła do kręgu i wycelowała latarkę w puste miejsce na gładkiej części pnia łączącej oba ramiona. Niedawno okorowane drewno powinno być białe, na tym zobaczyła brązowe plamy.
Buchanan i Tweed przykucnęli, by dokładnie obejrzeć gładką podstawę. Newman robił zdjęcia.
Jakieś czterysta metrów dalej znajdowało się jedyne w promieniu kilku kilometrów wzniesienie, na którego szczycie widać było wielką piętrową rezydencję w stylu Tudorów bez śladu żywego ducha.
Policjant zaczął biec w ich stronę z wyrazem znudzenia na twarzy. Wtem upadł twarzą w trawę. Paula wiedziała dlaczego, jej buty były porządnie umazane błotem i badając teren, musiała poruszać się bardzo ostrożnie. Mężczyzna jakoś się pozbierał i stanął na nogach, gdy Buchanan wrzasnął, aby się pośpieszył. Wyprężył się przed nim w mundurze umazanym błotem.
Ruszyli z powrotem, ale Buchanan zauważył, że Paula została w tyle i przypatrywała się ponuremu domowi.
Następnego ranka Tweed siedział za biurkiem w swym wielkim biurze na pierwszym piętrze budynku przy Park Crescent, skąd widział w oddali Regent’s Park. Tu mieściła się rzeczywista kwatera główna Secret Intelligence Service, a ten okropny modernistyczny gmach nad brzegiem Tamizy był tylko wizytówką firmy, w większej części zajętą przez administrację. Kierownictwo operacyjne znajdowało się tutaj.
Paula siedziała w rogu pomieszczenia, na wprost Tweeda, i właśnie starała się ukryć ziewanie, gdy zjawił się Newman.
- Jak ci się podoba twoje nowe, a może powinnam powiedzieć stare, bo przecież antyczne, biurko? - zawołała do Tweeda.
Przy finansowym wsparciu reszty personelu kupiła je na Portobello Road. Było w stylu georgiańskim z pokryciem z zielonej skóry. W szuflady wstawiono nawet nowe zamki.
- Zaczynam się do niego przyzwyczajać - uśmiechnął się Tweed. - Nawet zaczynam je lubić.
- No to masz szczęście - wtrąciła Monica, jego wieloletnia sekretarka, z siwymi włosami zawiązanymi w kok - bo kosztowało nieco grosza. - Uważnie dobierała słowa, aby nie powiedzieć czegoś niestosownego.
- Jestem wam bardzo wdzięczny - zapewnił Tweed.
- Przespałaś się chociaż trochę po wczorajszych przeżyciach? - spytał Newman Paulę.
Spojrzała na niego. Po czterdziestce, prawie metr osiemdziesiąt wzrostu, dobrze zbudowany, z głową doskonale dopasowaną do reszty ciała, gęstą czupryną, gładko wygoloną szczęką, która samym widokiem odstraszała lumpów - ten niegdyś najsłynniejszy międzynarodowy korespondent od spraw zagranicznych, namówiony przez Tweeda do pracy w SIS, był dla nich bardzo cennym nabytkiem.
Tweed z taką samą niechęcią myślał o jej odejściu, jak o rezygnacji ze stanowiska zastępcy dyrektora. Była przecież coraz lepsza.
W pokoju oprócz biurek był dywan w kolorze pieczarkowym, rozciągający się od ściany do ściany, oraz trzy fotele dla gości. W jednym z nich, swoim ulubionym, Newman czytał właśnie „International Herald Tribune”. Teraz podniósł wzrok.
Monica podniosła słuchawkę, nachmurzyła się i wdała w krótką wymianę zdań. Potem zakryła dłonią mikrofon i spojrzała na Tweeda.
Newman wstał, podszedł do drzwi, otworzył je i stanął w połowie drogi. Zjawił się Morgan i wchodząc do biura, starał się zepchnąć go na bok. Newman uśmiechnął się i z wolna odsunął.
Gość wpadł do pokoju. W białym prochowcu z szerokimi klapami, który nadawał mu wojskowy wygląd, pomaszerował wprost do biurka Tweeda. Był mocno zbudowany, miał wielką kwadratową głowę, czarne włosy i takie brwi nad nosem boksera, wąskie usta oraz wydatną szczękę. Brutal, pomyślała Paula.
Morgan odwrócił się i po raz pierwszy zobaczył Paulę. Od razu zmienił zachowanie. Podszedł do jej biurka i z głupawym uśmiechem wyciągnął w jej kierunku wielką jak bochen dłoń.
Paula spojrzała na niego lodowatym wzrokiem. Jedną ręką otworzyła szufladę i wyciągnęła butelkę dettolu. Nie spuszczając wzroku z Morgana, postawiła ją przed nim na biurku.
Morgan otworzył usta i zamknął je bez słowa. Odwrócił się i krótkim, grubym palcem wskazał Newmana.
Newman, z kamienną twarzą, spojrzał przed siebie. Przemówił za to Tweed:
Złośliwość znikła z twarzy Morgana. Rozejrzał się wokół niepewny, co powinien zrobić, po czym zasiadł w fotelu.
Paula spodziewała się eksplozji. Tweed był zwykle spokojny i ostrożny, ale skutki jego wybuchów bywały straszliwe. Morgan sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, starając się ją odnaleźć pod prochowcem, i wtedy otworzyły się drzwi, a do środka wszedł Marler.
Miał sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu i około czterdziestu lat. Był szczupły, jak zawsze nienagannie ubrany, tym razem w stylowy bladoszary garnitur i białą koszulę z krawatem Valentino. Miał wiele talentów i cieszył się sławą śmiercionośnego Strzelca wyborowego, najlepszego w Europie Zachodniej. Przeszedł spokojnie przez pokój i stanął obok biurka Pauli w swej ulubionej pozie, jak zwykle oparty o ścianę. Miał płowe, krótko przycięte włosy. Ze złotej papierośnicy wyjął długiego papierosa i zapalił. Morgan odwrócił się i spojrzał na niego.
Morgan ponownie otworzył usta i zamknął je bez słowa. Nadal walczył z kieszenią marynarki, wyraźnie zbity z tropu własnym przedstawieniem. Wszyscy czekali w milczeniu. Wreszcie wyciągnął kopertę, a z niej dokument ze stemplem ministra spraw wewnętrznych na szczycie.
Wręczył pismo Tweedowi, a ten szybko przebiegł po nim wzrokiem i wrzucił je do szuflady, mówiąc do Pauli:
Tweed wstał powoli, wsadził ręce do kieszeni spodni i z wolna obszedł biurko. W jego ruchach było coś tak groźnego, że zdezorientowany Morgan zerwał się z fotela na równe nogi i już stał, gdy Tweed zbliżył się do niego. W głosie Tweeda zabrzmiała wyraźnie twarda nuta:
Newman wstał i z szerokim uśmiechem otworzył drzwi.
Morgan, idąc w stronę Newmana, starał się wyprostować swój prochowiec. Już w drzwiach odwrócił się, by wymierzyć pożegnalny cios:
Po wyjściu obu mężczyzn zamknął teczkę z dokumentami i zwrócił się do Pauli:
Tutaj zawsze jest korek, a do tego pada - zrzędził Newman. - Ale jesteśmy już prawie na miejscu - odezwała się Paula z tylnego siedzenia. - Tweed, zdziwisz się, gdy zobaczysz siedzibę ACTIL-u. To najwyższy budynek w Canary Wharf, a nawet w Londynie, i do tego na szczycie ma piramidę. Wydaje mi się, że nie bywasz w tej części City, prawda?
- Nie lubię zagłębiać się w te kamienno-betonowe wąwozy. Bóg jeden wie, jak ludzie tu pracują.
- Szybciej byłoby pójść na piechotę - narzekał Newman.
Posuwali się metr po metrze. Tuż za chodnikami wystrzeliwały w górę ściany biurowców. Jak w betonowej dżungli, pomyślał siedzący obok Newmana Tweed. Paula klepnęła go w ramię.
- To tu. Nazywają go „Obeliskiem”. Plany, jak mówią, nakreślił sam Arbogast i aby zakończyć budowę w rekordowym czasie, sprowadził robotników z Niemiec.
Tweed spojrzał na olbrzymi walec sterczący w rozwidleniu ulic, okrągły kolos, którego szczytu wzrok nie sięgał. Wszędzie wokół śpieszyli się ludzie ukryci pod parasolami jak cała armia małych, ruchliwych, zestresowanych ciągłym biegiem stożków. Zupełnie jak w Ameryce. Nic dziwnego, że słowo stress przywędrowało stamtąd.
- Coraz lepiej. Teraz przed wejściem zatrzymała się wielka limuzyna - zrzędził Newman.
Paula spojrzała przed siebie i zobaczyła wychodzącą z budynku postać w płaszczu z wielbłądziej wełny. Jakiś szczupły i ciemnowłosy osobnik stanął na szczycie schodów i zamachał rękami. Za nim, po jego bokach i przed nim stali mężczyźni w szarych garniturach.
Właśnie wtedy Straub zbiegł zwinnie ze schodów i skierował się do swojego auta. Jeden z szaro odzianych jegomościów przytrzymał dla niego drzwi, a następnie zamknął natychmiast, gdy tylko wiceprezydent znalazł się w środku. Kilku członków ochrony osobistej również wsiadło do auta. Newman obserwował ich przez lornetkę.
Patrolowy samochód torował drogę limuzynie, a przed nim mundurowi policjanci odsuwali ludzi na bok i wstrzymywali ruch, aby wiceprezydent miał wolną drogę. W końcu limuzyna zniknęła za jednym z narożników „Obeliska”.
Gdy pojazdy ruszyły, Newman mógł w końcu podjechać mercedesem do krawężnika przed wejściem do ACTIL-u. Paula i Tweed wysiedli, a do Newmana podbiegł portier w liberii z prośbą, by ten podjechał kilka metrów dalej.
Patrzył na niekończącą się różową ścianę, wznoszącą się nad nim niczym Himalaje. Odległy wierzchołek drapał przepływające chmury, rozpraszając je i ukazując stożkowy, połyskujący brązem szczyt. Nawet w Nowym Jorku nie widział czegoś takiego.
Newman wręczył portierowi kluczyki, prosząc, by zaopiekował się autem do ich powrotu. Tweed i Paula zaś ruszyli szerokimi kamiennymi schodami w stronę zewnętrznych drzwi obrotowych. Szturchnęła go, by wszedł pierwszy. Drzwi wolno się obróciły, lecz zatrzymały się, gdy Paula zrobiła krok w ich stronę. W tym czasie szklana komora z Tweedem w środku dotarła już na wprost wejścia do holu recepcyjnego. Zaskoczona Paula zamachała ręką. Wówczas jakiś głos znikąd powiedział:
Drzwi znów się obróciły, wpuszczając ją do środka. Za nią czekał już Newman, który zrozumiał zasadę wchodzenia. Skrzyżował ręce na piersiach, spojrzał w górę na kratkę domofonu i powiedział:
Newman pomachał ręką do kamery.
W środku Tweed, czekając na nich, gapił się na przestronny hol, solidne marmurowe ściany i takież podłogi. Podszedł z Paulą do wielkiej lady, zza której uśmiechała się atrakcyjna czerwonowłosa dziewczyna. Nim zdążył cokolwiek powiedzieć, obok nich wyrósł wysoki, muskularny osobnik w garniturze od Armaniego.
Brązowa czupryna osłaniała nieco jego rysy wykute z kamienia. Był po trzydziestce, z długim ostrym nosem, złowrogimi oczami, cienkimi wargami i wystającym podbródkiem. Paula wątpiła, czy w ogóle potrafi się uśmiechać. Jego wygląd mówił: „Nie wchodź mi w drogę”.
Tweed swobodnie skinął głową.
Newman podszedł do Clary, która w podnieceniu przysłuchiwała się rozmowie. Po raz pierwszy widziała, by ktoś tak zlekceważył Brodena. Gdy Newman wyjął smith & wessona i usunął naboje, poprowadziła go za ladę. Tam za pomocą klucza matki i drugiego dodatkowego otworzyła jedną z wielu metalowych szuflad. Włożył do niej broń i zamknął, a ona przekręciła oba klucze i jeden z nich mu wręczyła.
Luksusową kabinę otaczały z trzech stron złote poręcze. Paula chwyciła jedną z nich i obserwowała wyświetlające się obok drzwi numery pięter. Boże, było ich aż sto pięć. Numery migały tak szybko, że nim sobie to uświadomiła, dotarli już na najwyższe.
Skierowali się do drzwi na wprost windy, które Broden otworzył tą samą kartą, której użył w holu, i weszli do wielkiego pokoju, gdzie czterech mężczyzn pisało na maszynach IBM Selectric. Nie używali komputerów, nie było śladu Internetu. Broden otworzył teraz ciężkie dębowe drzwi znajdujące się po drugiej stronie sali i stanął obok nich.
Newman spojrzał na szefa ochrony. Czy to możliwe, by jego twarz przybrała jeszcze bardziej lodowaty wyraz? Lepiej nie mieć takiego za towarzysza podróży.
Przekraczając próg, Paula niemal wstrzymała dech. Pokój z zaokrąglonymi ścianami i oknami od podłogi do sufitu przypominał raczej salon. Na grubym szarym dywanie stały rozproszone pluszowe fotele i sofy. Przestrzenie między oknami zdobiły oprawne w pozłacane ramy krajobrazy. W odległym końcu pomieszczenia widać było masywne biurko w stylu regencji, za którym na - jak się wydawało - wygodnym rzeźbionym krześle siedział wysoki, pulchny i brzydki mężczyzna. Przypuszczała, że był po sześćdziesiątce, ale to przede wszystkim jego nalana twarz przyciągnęła jej uwagę: zimne jak lód niebieskie oczy, na wpół ukryte w fałdach tłuszczu, krótki szeroki nos, a pod nim grube mięsiste wargi. Poniżej widać było potężne podgardle i kosztowny zmięty garnitur. Gdy powstał i wyciągnął w ich stronę tłustą rękę z krótkimi i grubymi palcami, jego prawe oko zadrgało kilkakrotnie.
Gdy usiedli, stał nadal w pobliżu, masywny, ze skrzyżowanymi ramionami. Spoglądał na nich z góry, lekko przekrzywiając głowę.
Drzwi pokoju otworzyły się i jedna za drugą weszły dwie kobiety. Newman nie mógł się powstrzymać, by nie spojrzeć na pierwszą.
Jej chód był spokojny i elegancki. Paula oceniła, że była nieco po trzydziestce. Zdumiała ją jej uroda. Wysoka i szczupła, ze złotymi lokami przyciętymi tuż poniżej uszu, miała wyjątkowo kształtną budowę i nos znamionujący siłę oraz szerokie usta, w których górna cienka warga w dziwny sposób kontrastowała z pełną dolną. Ale Paulę zahipnotyzowały przede wszystkim jej oczy, zielonkawe, z tęczówkami nieprzesłoniętymi powiekami, co pozwalało im na niezwykłą penetrację. Jej nieco sztywny wygląd znikł, gdy z ciepłym uśmiechem podeszła do Pauli i podając smukłą dłoń, przytrzymała jej rękę dłużej niż przy zwykłym powitaniu.
Druga kobieta także była wysoka. Miała gęste i ciemne włosy, zadarty nos, czoło wysokie, oczy szare i zimne, a rysy ostre, niemal agresywne. Pauli natychmiast przyszło na myśl, że córka w duecie z bratanicą grała drugie skrzypce. Nie dlatego, że Marienetta starała się dominować, tylko jej osobowość odsuwała córkę na drugi plan. Gdy Arbogast ją przedstawiał, uśmiechnęła się przyjaźnie do Sophie.
Miała na sobie dobrze dopasowaną zieloną suknię ze złotym paskiem na smukłej talii i zielone buty na średnim obcasie. Sophie była w golfie, szarej plisowanej spódnicy i czerwonych szpilkach. Kontrast między kobietami był wyraźny i nie było wątpliwości, która miała lepszy gust.
Paula spostrzegła, że Arbogast otworzył usta, by coś powiedzieć, lecz gdy Marienetta spojrzała nań, marszcząc brwi, zamknął je, nie rzekłszy słowa.
Arbogast spojrzał na Sophie. Spuściła wzrok i szybko zaciągnęła się dymem.
Gdy goście wstali, otworzył szufladę.
Gdy opuścili rozległe biuro, Marienetta ujęła Tweeda pod ramię i spojrzała nań z uśmiechem.
Wchodząc do windy, Paula obejrzała się. Newman szedł obok Sophie, opowiadając coś i żartując, ona zaś - jak Pauli się wydawało - kroczyła w milczeniu ze spuszczoną głową. Marienetta otworzyła drzwi kartą chipową i nacisnęła guzik sto trzeciego piętra.
Znaleźli się w przestronnym pokoju z niebieskim, włochatym i połyskującym dywanem, który dodawał wnętrzu ciepła. Pomieszczenie było w połowie przedzielone panelami. Zaokrąglone ściany uświadomiły Pauli, że nadal są na szczycie „Obeliska”. Wokół stały wygodne fotele i staroświeckie stoły. Marienetta skierowała się w stronę przegrody, wyciągając z torebki kolejną kartę.
Newman powiedział coś o nadziei na późniejsze spotkanie, lecz Sophie przeszła obok niego, nawet nie spojrzawszy w jego stronę.
Zdumieli się na widok części pokoju skrytej za przegrodą: białej kafelkowej posadzki, roboczych stołów z na wpół ukończonymi rzeźbami, wielkich mis gipsu i mnóstwa różnorodnych narzędzi. Z tyłu stały sztalugi z nieoprawionym portretem Romana Arbogasta, na którym wyglądał jak żywy. Obok leżała paleta z rozmazanymi farbami i wielki garniec ze stłoczonymi pędzlami o długich trzonkach.
Podniosła młotek i uderzyła nim w kamienną rzeźbę mężczyzny w pozycji na wpół siedzącej. Odpadł duży fragment. Marienetta wzruszyła ramionami i odrzuciła młotek na metalowy blat stołu.
Gdy Tweed ostrożnie odstawiał ją na kominek, Paula podeszła do sztalug z portretem Arbogasta.
Paula ostrożnie chwyciła deskę i odwróciła ją, ukazując wszystkim odwrotną stronę portretu. Spojrzała i zaskoczona odsunęła się o krok.
Było to zupełnie inne przedstawienie Romana, przerażająca wizja stryja Marienetty. W otwartych ustach, których nie przesłaniały wykrzywione wargi, błyskały ostre zęby. Wielkie podgardle było skręcone w przeciwną stronę, a całość sprawiała wrażenie morderczego szału. Ciało było nabite, głowa nieproporcjonalna, a jedno okrutne oko położone poniżej od drugiego. Pauli wydawało się, że głowa zaraz wyskoczy z ram obrazu i wpije się zębami w jej twarz. Poczuła przyspieszone bicie serca. Obraz przerażał.
Marienetta zaśmiała się i długo nie mogła dojść do siebie. Wyciągnęła w końcu jedwabną chusteczkę, zakryła nią usta i odwróciła się do Newmana.
Paula spojrzała do tyłu na Newmana. Tweed zachował idealny spokój. Miał najbardziej ponurą minę, jaką Paula kiedykolwiek u niego widziała.
Marienetta zjechała z nimi windą. Gdy wychodzili, zatrzymała się, by zamienić kilka słów ze strażnikiem. Tweed z Paulą ruszyli prosto do wyjścia, tylko Newman podszedł do recepcji, aby odebrać swój rewolwer. Ukazał się Broden, tym razem w wełnianej sportowej marynarce i sztruksowych spodniach wpuszczonych w sięgające do kolan buty. Wygląda jak łowczy, pomyślała Paula.
- Mam nadzieję, że przypadła państwu do gustu sesja z Kocim Okiem - warknął.
- Kocim Okiem? - spytała Paula.
- Tak nazywamy tutaj Marienettę. Jasper już poszedł po pański samochód, panie Newman.
- Myślę, że nie uświadamiasz sobie, jak daleko niesie twój głos - powiedziała Marienetta, dołączając do nich i szeroko uśmiechając się do Brodena. - Czy teraz mógłbyś wyjść na zewnątrz i sprawdzić, czy podjazd jest wolny, aby pan Tweed z kompanią mogli odjechać?
Broden zacisnął wargi i odszedł. Po minucie przyzwał ich skinieniem. Jedno za drugim zaliczyli tę samą co poprzednio procedurę przejścia przez obrotowe drzwi. Broden był na chodniku, gdy na szczycie schodów Paula dotknęła ramienia Tweeda.
- Ta kobieta wciąż czeka po drugiej stronie ulicy.
- Kobieta? - Tweed błądził myślami daleko.
- Ta mała, w jasnozielonym płaszczu i futrzanej czapce.
- Jak już mówiłem, w Londynie spotkasz wszelkiej maści przyjezdnych.
- Która to? - spytał Broden. Zdążył już ponownie wbiec na schody. - O, już ją widzę. Stała tam, gdy przyjechaliście?
- Nie jestem pewna - odpowiedziała Paula szybko. - Może to ona.
Ochroniarz zniknął wewnątrz budynku, a Tweed zszedł po stopniach do samochodu, gdzie usiadł na miejscu dla pasażera. Paula spoglądała na drugą stronę ulicy dopóty, dopóki Newman nie odjechał.
Stali unieruchomieni w korku. Z przodu, jak okiem sięgnąć, widać było jedynie zbitą masę pojazdów stłoczonych zderzak w zderzak. Ulicę z obu stron otaczały ponure kamienne gmaszyska, a na chodnikach tłoczyli się piesi. Była pora lunchu. Kobiety i mężczyźni nawzajem się potrącali, podążając swoją drogą. W drzwiach i przejściach stały dziewczyny, zajadając z otłuszczonych papierowych toreb tłuste fast foody.
Zamknęła okno. Ciężkie chmury wisiały nisko nad City, a ich ciśnienie wtłoczyło w powietrze mieszaninę benzynowych i dieslowskich spalin.
Zbita masa samochodów zaczęła się toczyć po jezdni i wkrótce skręcili w Park Crescent. Na stopniach prowadzących do ich siedziby siedział mężczyzna. Newman jęknął:
Tweed wysiadł pierwszy i gdy ruszył na schody, reporter wstał nagle i rzucił gwałtownie w jego stronę:
Słysząc to, Tweed się zatrzymał. Zamiast nacisnąć dzwonek, spojrzał na reportera.
Nacisnął dzwonek.
Widząc to, Paula zerknęła na Newmana. Podniósł oczy do nieba, jakby chciał powiedzieć: „Niech to szlag trafi”. Szturchnął ją palcem w ramię i szepnął:
W biurze Monica uderzeniami w klawisze znęcała się nad komputerem. Tweed wskazał gościowi fotel, a sam usiadł za biurkiem.
Snyder uśmiechnął się. Był dziwną postacią z jastrzębią, jakby trupią twarzą i nosem, który przypominał Pauli dziób lodołamacza. Gdy siedział sztywno w fotelu, jego ciemne oczy pozostawały w bezruchu, a donośny głos wydawał komendy. Trudno było określić jego wiek. Miał może czterdzieści, a może i sześćdziesiąt lat. Gdy potem Paula spytała Newmana, ten stwierdził, że Snyder zawsze był poza wiekiem. Newman nie cierpiał jego arogancji, ale doceniał jego siłę przebicia.
Zadzwonił telefon. Odebrała Monica. Słuchała przez chwilę i gestem poprosiła Tweeda. Podnosząc słuchawkę, przesunął krzesło w pobliże ściany. Snyder wstał i ignorując Newmana, stanął w pobliżu biurka Pauli, gdzie zaczął studiować wiszącą obok rycinę. Przyglądała się jego ubraniu. Miał na sobie porządnie znoszoną marynarkę i takież spodnie. Pod szyją zawiązał krawat z rysunkiem wesołych lisów. Był to raczej strój wieśniaka niż londyńskiego reportera.
Tweeda zaskoczył gardłowy głos Romana Arbogasta:
Głos z drugiej strony zamilkł. Roman nie należał do ludzi tracących czas na puste konwersacje. Gdy Tweed skończył krótką rozmowę, Snyder wrócił na fotel.
Tweed zabawiał się piórem.
Snyder wstał i wyszedł, znajdując bez pomocy drogę powrotną. Przez kilka minut nikt się nie odzywał. Ciszę przerwała w końcu Paula.
Zadzwonił telefon. Monica odebrała i spojrzała na Tweeda.
Tweed powtórzył pozostałym słowa Buchanana. Paula wpadła we wściekłość:
