Śmiertelne kłamstwa - Sarah A. Denzil - ebook

Śmiertelne kłamstwa ebook

Sarah A. Denzil

3,8

22 osoby interesują się tą książką

Opis

Szokujące zniknięcie. Miasteczko pełne sekretów.

Dziesięć lat temu w cichym Buckthorpe zaginął chłopak, Samuel Murray. Od tamtej pory nikt go nie widział.

Rosie Sharpe opłakiwała zaginięcie przyjaciela przez wiele tygodni, ale jej młodsza siostra, Heather, wie, że łzy Rosie skrywały prawdę. Tej samej nocy, której zaginął Samuel, Heather widziała siostrę wślizgującą się przez okno z powrotem do ich wspólnej sypialni – z podartą kurtką, oszalałym spojrzeniem, drżącą ze strachu.

Heather nigdy nie powiedziała nikomu, co widziała, ale sekrety nie mogą pozostać pogrzebane na zawsze…

Dziesięć lat później Rosie i Heather wracają do rodzinnego domu. Ale powoli staje się oczywiste, że ktoś ze zwartej społeczności wioski nie chce ich tutaj.

Kłamstwa z przeszłości zaczynają się wreszcie ujawniać i obie kobiety znajdują się w niebezpieczeństwie…

Pełny nieoczekiwanych zwrotów akcji, wciągający thriller autorki sprzedanej w milionach kopii powieści „Milczące dziecko”.
Nie odłożycie tej książki aż do ostatnich, szokujących stron. Idealne dla fanów „Za zamkniętymi drzwiami” i „Dziewczyna z pociągu”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 332

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

Droga Rosie,

dopóki żyję, nigdy nie przeczytasz tego listu. Nie mam pojęcia, dlaczego w ogóle go piszę. Wiem tylko, że muszę uwolnić te słowa z moich myśli, zanim całkowicie strawią moją duszę. Zamierzam napisać coś, co jest nie do pomyślenia, ale muszę to z siebie wyrzucić. Chociaż raz. Pozwolę sobie na to.

Myślę, że kogoś zabiłaś.

Tak. Powiedziałam to. Myślałam tak przez wiele lat, ale nigdy nie odważyłam się zapisać tych słów ani wymówić ich na głos.

Nikt nigdy o tym nie usłyszy. Pamiętasz, jak naplułyśmy na kamienie obok łąki z niebieskimi dzwonkami i złożyłyśmy sobie obietnice? Dotrzymałam ich wszystkich, nieprawdaż? Teraz też mogę przyrzec, że nikomu nie powiem.

Rosie, jak mogę patrzeć na Twoją piękną twarz i myśleć o czymś tak potwornym? Czasami nawet kiedy jestem z Tobą, ta myśl krzyczy, przedziera się przez mój umysł, aż wreszcie zagłusza wszystko inne. To okropne, podejrzewać kogoś o coś takiego, zwłaszcza kogoś, kogo kocham nad życie.

Nie sądzę, żebyś wiedziała, co krąży mi po głowie. Niczego nie podejrzewasz. Czy zastanawiasz się, dlaczego się od siebie oddaliłyśmy? Sądzisz pewnie, że to przez Twoje uzależnienia i wybuchowy charakter, ale to nieprawda. Pomogłabym Ci. Poszłabym z Tobą na odwyk, przytrzymywała Ci włosy przy wymiotowaniu, wylewałabym alkohol do zlewu i przetrząsała twoje ciasne mieszkanko w poszukiwaniu pigułek. Ale tego nie zrobiłam. Zachowałam się niewybaczalnie. Odwróciłam się od Ciebie. Pierwszy raz w życiu.

W dzieciństwie byłyśmy nierozłączne, świat należał do nas. A potem przyszedł dzień, kiedy się rozdzieliłyśmy, i nigdy nie znalazłyśmy sposobu, aby odbudować naszą relację. Zawsze miałam poczucie, że coś było nie tak – zupełnie jakby ktoś wyrzucił solniczkę od kompletu, ale zatrzymał pieprzniczkę. Nie mogę jednak zrzucać całej winy na tę noc, gdy zaginął Samuel. Tak naprawdę wszystko zaczęło się dużo wcześniej. Pamiętasz? Kiedy dziadek miał z nami zamieszkać, błagałyśmy rodziców, żeby nie zmuszali nas do gnieżdżenia się w jednym pokoju. Próbowałaś nawet przekonać tatę, żeby urządził dla Ciebie sypialnię na poddaszu. Dziadek mógłby wtedy mieszkać na parterze, a ja miałam zająć pokój obok sypialni rodziców. Wiem, jak bardzo nienawidziłaś pająków na poddaszu, ale jeszcze bardziej nie chciałaś dzielić ze mną pokoju. Teraz wiem dlaczego – po to, by po zmroku bez przeszkód wymykać się z domu.

Ale to rodzice ustalali panujące w domu prawa, więc do sypialni na parterze zostały wciśnięte dwa łóżka. Na Twoje szczęście sen miałam dość głęboki. Miałam swoje własne problemy. Pamiętasz moje lunatykowanie, prawda? To, jak kiedyś dziadek znalazł mnie przed śniadaniem w lesie, śpiącą na warstwie ciemnozielonej od mchu ściółki. Nic nie zdołało mnie obudzić. Wierzyłam wtedy (i nadal tak jest, kiedy od czasu do czasu lunatykuję), że we śnie byłam zdolna przemierzyć wiele kilometrów, może nawet prowadzić rozmowy i nie zdawać sobie z tego sprawy. Czasami słyszy się o somnambulikach wchodzących na klify lub na autostradę. To mogłam być ja.

Ale ten list nie jest o mnie, tylko o Tobie i o tamtej nocy dziesięć lat temu. Miałaś siedemnaście lat, a ja – niespełna szesnaście. Nie, nie obudziłam się, gdy wymykałaś się z domu. Znów miałaś szczęście, bo dziadek okazał się zbyt dumny, żeby zająć sypialnię na parterze, tak jak to planowali rodzice. Dzięki temu było Ci łatwiej wychodzić przez okno i wracać do domu tą samą drogą.

Nie wiesz jednak – bo nigdy Ci tego nie powiedziałam – że tamtego poranka widziałam Cię wspinającą się do domu przez okno. Dostrzegłam Twoje ubłocone ubranie, zanim naciągnęłam kołdrę na głowę i zaczęłam Cię obserwować przez cienką poszewkę. Słońce już wzeszło i w pokoju było jasno. Światło bez trudu przenikało przez starą, zużytą bawełnianą tkaninę. Rozebrałaś się szybko i wepchnęłaś wszystko do torby, którą ukryłaś w głębi szafy. Potem umyłaś ręce i twarz w malutkiej umywalce, którą miałyśmy w pokoju. Cała dygotałaś. Chciałam nawet wstać, żeby Cię pocieszyć, ale widziałam, jak zerkasz w kierunku mojego łóżka, upewniając się, że nadal śpię.

Nie chciałaś, żebym Cię zobaczyła.

Zamiast więc Ci pomóc, udałam, że śpię, dopóki nie przyszła pora śniadania. Mama zapukała do naszych drzwi o ósmej, żeby nas obudzić. Na początku byłam ostrożna. Czekałam, aż zdecydujesz się mi powiedzieć, gdzie byłaś. Spotkałaś się z chłopakiem? Wymknęłaś się na prywatkę? Gdzie Cię poniosło, Rosie?

Szłyśmy do kuchni w milczeniu, a ja przez cały czas się spodziewałam, że pociągniesz mnie nagle na bok i wyszepczesz mi do ucha swoje tajemnice. Ale tego nie zrobiłaś. Mama spytała, czy dobrze spałyśmy, a Ty pokiwałaś głową, odrywając skórkę z tostu. Na pytanie, co chciałybyśmy zrobić w sobotę, odpowiedziałaś wzruszeniem ramion. Ponieważ milczenie stawało się dla mnie coraz bardziej niewygodne, powiedziałam mamie, że zamierzam zabrać Damę na przejażdżkę po lesie. Spytałam Cię, czy chcesz się ze mną wybrać, ale w tej samej chwili rozległ się dzwonek do drzwi i nie miałaś szansy odpowiedzieć.

Przed wejściem stała Lynn Murray, mama Samuela. Usłyszałam jej jękliwy, cichy głos, kiedy zaczęła rozmawiać z mamą, i cała zesztywniałam. Wtedy już przywykłam do tego, że Murrayowie oznaczają złe wieści. Po kilku chwilach zorientowałam się, że coś jest nie w porządku. Głos Lynn był jeszcze bardziej piskliwy niż zazwyczaj, a mama wydała z siebie stłumiony okrzyk. Dziwne, że Lynn w ogóle się u nas pojawiła, zważywszy na to, co się stało kilka tygodni wcześniej. Dlaczego tu przyszła i co takiego miała do powiedzenia?

Mama wróciła do kuchni blada jak mleko w mojej misce z płatkami śniadaniowymi. Nigdy nie zapomnę tamtej chwili. I nigdy nie zapomnę, jak wbiłaś wzrok w stół, jakbyś wiedziała, co się za chwilę wydarzy.

– Samuel Murray zaginął – powiedziała mama pospiesznym, chrapliwym szeptem i zasłoniła dłonią usta. – Boże! A co, jeśli uciekł?

W tej chwili wstałaś od stołu i wybiegłaś z kuchni z powrotem do naszego pokoju. Mama westchnęła i oparła się o blat, potrząsając głową. W oczach miała łzy.

Nie wiedziałam, co robić. W głębi duszy miałam ochotę za Tobą pobiec, ale widziałam, jak zareagowałaś. Nie byłaś zaskoczona nowinami Lynn Murray. Przenikliwe zimno strachu przeszyło moje ciało. Wstałam i zamierzałam podejść do mamy, ale ona zaczęła szykować się do wyjścia.

– Idę na farmę Murrayów – powiedziała. – Może nie powinnam, zważywszy na wszystko, co się wydarzyło między naszymi rodzinami, ale muszę. Może będę w stanie jakoś pomóc. – Zdenerwowana, szukała kluczy pod stertą prania. Wreszcie znalazła je na lodówce. – Twój tata dziś pracuje, ale możesz zostać z siostrą albo… – zerknęła w kierunku drzwi kuchennych – z dziadkiem.

Pamiętam, że stałam spięta przy drzwiach, kiedy mama szybko pocałowała mnie na odchodne. Zwichrzyła mi przy tym włosy, więc musiałam je poprawić. Pamiętam, że obserwowałam, jak wsuwa stopy w buty i znika w ogrodzie. Pamiętam też moje myśli – o tym, jakie to dziwne, że Samuel Murray zaginął, a Ciebie, mojej siostry Rosie, nie było zeszłej nocy w domu. Ścisnęło mnie w żołądku. Wylałam płatki do zlewu, opłukałam miseczki i zostawiłam je na suszarce. Powoli ruszyłam korytarzem do naszej sypialni, ale się zawahałam. Serce waliło mi jak młot. On wróci, prawda? Samuel nie zniknął na długo. Ktoś go odnajdzie. Musi wrócić. Wciąż miałam przerażająco szybkie tętno. Nie chciałam myśleć o alternatywie i o tym, co by oznaczała dla mnie i dla Ciebie, Rosie. Odchyliłam się, spoglądając na schody i dalej, do naszej sypialni. Siedziałaś tam, sama ze swoimi sekretami.

Ale ja nie potrafiłam się zdobyć na zapytanie, ile wiesz. Na samą myśl o tym czułam mdłości. Gdybym cię zapytała, czy otrzymałabym odpowiedź?

Zamiast tego wyszłam na dwór, skierowałam się do siodlarni i wyciągnęłam siodło i cugle Damy. Potem poszłam do stajni i głaszcząc miękki pysk mojej klaczy, nakarmiłam ją poranną miętówką, którą zawsze wkładałam do kieszeni dżinsów. Kiedy poprawiałam Damie ogłowie, żeby znalazło się we właściwej pozycji, buchnęła mi ciepłą parą z pyska prosto w ucho. Byłyśmy już wtedy niemal za duże na kucyki, prawda? Rok później przestałyśmy na nich jeździć. Tata chciał je sprzedać, ale płaczem zmusiłyśmy go, aby pozwolił im zostać w padoku. Dopiero kilka lat temu… no wiesz. Nie przyjechałaś, ale zdajesz sobie sprawę, że musiały zostać uśpione.

Dama machnęła ogonem, kiedy zacisnęłam popręg, i położyła po sobie uszy, gdy wspięłam się na siodło. Jak zwykle dla uspokojenia poklepałam ją lekko po szyi. Potruchtała uprzejmie za bramę, w kierunku lasu. Tamtego poranka chciałam puścić się galopem, opuścić wioskę już na zawsze. Czułam na sobie ciężar tej złej rzeczy. Chciałam uciec daleko od Ciebie, mamy, taty i dziadka – ale przede wszystkim od Ciebie. Nie w pełni rozumiałam wagę całej tej sytuacji, ale instynkt podpowiadał mi, że ciąży na mnie odpowiedzialność za utrzymanie Twojej tajemnicy, a to był nieznośni ciężar.

Oczywiście, nie pogalopowałam przed siebie. Nigdy tego nie robię. Galop to twój żywioł, Ro. Ja jestem tą ostrożną siostrą, a Ty – dziką, nieposkromioną. Sprowadziłam Damę do stępa, chociaż prychała niezadowolona, czując ściągnięte wodze. Ruszyłyśmy drogą do jazdy konnej w stronę lasu Buckbell. Przez cały czas trzymałam Damę krótko, jadąc w równym tempie żeby lepiej widzieć, co się dzieje dookoła. Szukałam Samuela. Miałam nadzieję, że ukrywa się w lesie. Całą sobą tęskniłam za jego widokiem. Musiałam go zobaczyć.

Dama wreszcie się odprężyła i poluzowałam wodze, żeby mogła wyciągnąć szyję. Jej ciało poruszało się pode mną rytmicznie: łopatki miarowo się obniżały i unosiły. Postawione do przodu uszy podskakiwały w rytm jej kroków. Pociągnęła lekko wodze, próbując skubnąć trochę trawy, skoro nie mogła pokłusować. Nachyliłam się, żeby skrócić wodze, i wtedy to zobaczyłam.

Małe i nieistotne. Może nikt inny by tego nie dostrzegł. Ale ja zauważyłam.

Kwiecień powoli dobiegał końca, to była już trzecia sobota miesiąca i zakwitły dzwonki. Znajdowałam się na samym brzegu pola. Stałam na ścieżce jeździeckiej, a Dama zwróciła łeb ku polance. Za nią znajdowała się ta koszmarna chatka, której obie nienawidziłyśmy. Na ziemi, kilka kroków przed kopytami Damy, zalśnił w słońcu mały obiekt.

Nachyliłam się, wysunęłam stopy ze strzemion i przełożyłam nogę nad siodłem, po czym zeskoczyłam na wilgotny grunt. Ostrożnie, żeby Dama nie zdołała niczego podeptać, pociągnęłam ją za sobą i ruszyłam do przodu. Upewniłam się, że jestem tu sama, i dopiero wtedy podniosłam to, co leżało na ziemi. Schowałam znalezisko do kieszeni. Wspięłam się z powrotem na grzbiet Damy i pozwoliłam jej puścić się galopem w drogę powrotną.

Twoja bransoletka ciążyła mi w kieszeni jak ołów. Srebrna, z breloczkiem, mama podarowała Ci ją na jedenaste urodziny. Obie miałyśmy takie same – a raczej prawie takie same. Na Twojej wisiały małe różyczki, na mojej – emaliowane breloczki z wrzosami. Cała mama, prawda? Zawsze taka dosłowna[1].

Po powrocie Dama była gotowa na porządne wytarcie, ale nie zrobiłam tego od razu. Poszłam prosto do domu, do naszego pokoju, gdzie znalazłam Cię leżącą na łóżku ze słuchawkami na uszach i zaczerwienionymi oczami. Obserwowałaś mnie z ponurą miną, leżąc z jedną nogą zgiętą w kolanie, a drugą wyprostowaną. Podeszłam do Twojej komody, wepchnęłam rękę do kieszeni i wyciągnęłam Twoją bransoletkę. Kiedy położyłam ją na blacie, nie powiedziałaś ani słowa.

Nigdy o tym nie mówiłaś. A ja nigdy nie pytałam.

Samuel był moim przyjacielem – najlepszym, jedynym przyjacielem. Nigdy nie zapytałam, bo nie chciałam wiedzieć. Przez pierwsze kilka lat wyobrażałam sobie, że znów ktoś puka do naszych drzwi, tylko tym razem to nie będzie Lynn Murray, lecz Samuel. Samuel, który zdecydował się wrócić. Ale nie powinnam sobie wyobrażać takich rzeczy, prawda? I dobrze wiesz dlaczego.

Pamiętasz tamten dzień, kiedy powiedziałaś, że chciałabyś, aby Samuel zdechł? Nie mogę przestać o tym myśleć. Nie mogę zapomnieć o wszystkim, co robiłaś przez ostatnie tygodnie przed jego zniknięciem. Samuel nigdy nie wrócił. Nie został odnaleziony – żywy ani martwy. Oczywiście w sprawę została zaangażowana policja, ale Samuel pozostał zaginionym szesnastolatkiem, zawieszonym w czasie. Twarzą na plakacie z latarni.

W głębi duszy myślę, że nie chciałam dowiedzieć się prawdy, bo mogłaby mnie zabić. Nigdy nie byłam odważna, prawda, Ro? Koniec końców przestałam szukać mojego przyjaciela i nigdy nie zażądałam od Ciebie wyjaśnień. Poddałam się. Próbowałam żyć dalej, co zresztą kompletnie mi nie wyszło.

Pytania bez odpowiedzi w końcu stworzyły między nami mur i odsunęły nas od siebie. Już nie plułyśmy na kamienie. Dorosłyśmy. W zasadzie byłyśmy już wtedy prawie dorosłe.

Nieco ponad rok później wyjechałaś na studia i wkrótce przestałaś wracać do domu na lato. Potem nie pojawiłaś się również na Boże Narodzenie. Na pogrzebie dziadka byłaś pijana. Przyjechałaś spóźniona, z jakimś facetem, świeżym tatuażem na nadgarstku i brudnymi włosami. Umyłaś się przed stypą. Jeszcze gorzej było na pogrzebie taty pięć lat temu.

Co się z Tobą stało, Rosie? Z utalentowanej studentki stałaś się stażystką w agencji reklamowej, a potem zaczęłaś pracować w restauracji, w barze, pożyczałaś pieniądze od mamy i… nie mam pojęcia, kim teraz jesteś. Jaka osoba zasypia pijana za kanapą na pogrzebie własnego ojca?

A teraz mama umiera, Rosie, i chce cię zobaczyć.

Problem w tym, że ja nie chcę.

Bo uważam, że jesteś morderczynią.

 

Twoja młodsza siostra,

Heather

 

 

 

[1] Bransoletki nawiązują do znaczenia imion bohaterek: Rose – róża, Heather – wrzos (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

 

 

 

 

Heather

Teraz

Czasami mam wrażenie, że moje dzieciństwo przydarzyło się komuś innemu. Buckthorpe mogłoby być zmyślonym miejscem, które pojawia się w snach albo w bajkowym świecie z książki. Idylla mojego wiejskiego życia rozpływa się we mgle – spoglądając na Ivy Cottage, mam tylko niewyraźne wrażenie déjà vu. Spędziłam w tym miejscu osiemnaście lat, dorastałam tu. Tysiące razy otwierałam i zamykałam czerwone drewniane drzwi, czyściłam stajnie przylegające do tyłu domu. Pomagałam mamie pielić ogród, aż na rękach robiły mi się bąble, i co rano machałam tacie na pożegnanie, siedząc przy stole w kuchni. Wszystkie te wspomnienia są teraz rozmazane.

Może to dobry sposób na powroty do dzieciństwa – jakby było tylko snem. Może nic nie dzieje się naprawdę, dopóki nie osiągamy dorosłości, i wszystko to, co wydarzyło się przedtem, jest jedynie nocną bryzą wpadającą do środka przez zasłony.

Chyba że chcę, aby to nie było prawdą: pobożne życzenie kobiety na wieki uwięzionej w przeszłości, bo jedną część mojego dzieciństwa nadal pamiętam wyraźnie, chociaż wcale tego nie chcę. Moje myśli wciąż powracają do tej chwili sprzed dziesięciu lat. A konkretnie do dnia, w którym zniknął Samuel Murray, i tego, co moja siostra Rosie być może zrobiła tamtej nocy.

Ivy Cottage jest dość małym domkiem z trzema sypialniami, kuchnią połączoną z pokojem jadalnym i przytulnym salonikiem, w którym często przesiadywaliśmy po turecku na dywanie, żeby oglądać telewizję z całą rodziną. Kilka lat przed zaginięciem Samuela do sypialni obok pokoju rodziców wprowadził się dziadek i dom zaczął niemal pękać w szwach. Mimo to teraz, kiedy mieszkam tu sama, wydaje się niemal gigantyczny.

W drodze do znajomych drzwi chwytam płaszcz przeciwdeszczowy i kluczyki do samochodu. Ruszam drogą w kierunku lasu. Joan i Bob Campbellowie, nasi najbliżsi sąsiedzi, mieszkają zaledwie kilka minut drogi od Ivy Cottage. To para cichych emerytów, którzy trzymają się z dala od innych. Bob dawniej uczył w miejscowej podstawówce. Pamiętam, jak naśmiewaliśmy się z jego coraz szerszej talii w taki sposób, jaki tylko dzieciom może się upiec.

Mijam ich dom i wchodzę do lasu Buckbell, trzymając się ścieżki jeździeckiej – tej samej, którą jechałam dziesięć lat temu na Damie i na której znalazłam bransoletkę Rosie. Nic się tu nie zmieniło: dzwonki są w pełnym rozkwicie, jak zwykle na przełomie kwietnia i maja. Miałam nadzieję, że ich widok przyniesie mi ukojenie, ale wcale się tak nie stało. Kiedyś to było moje ulubione miejsce na świecie, ale teraz spędzanie tu czasu przychodzi mi z trudem, chociaż nieustannie coś mnie tutaj przyciąga. Zatrzymuję się na chwilę i wpatruję w ciemny las. Nie chcę zostawać tu na dłużej – nie w tym miejscu. Wiem, kto się tutaj plącze.

Od domu dzieli mnie dobra godzina marszu. To doskonały moment, żeby zawrócić, spoglądam więc po raz ostatni przebiegam wzrokiem po łące dzwonków.

Nagle rozlega się dzwonek mojego telefonu i z pobliskiego drzewa zrywa się do lotu spłoszony ptak. Serce przyspiesza mi gwałtownie. Nachylam się i oddycham głęboko, zanim odbiorę.

– Halo, Heather? – Natychmiast rozpoznaję ten głos i serce bije mi jeszcze szybciej. Moja rozmówczyni jest jedną z pielęgniarek zajmujących się mamą w szpitalu i być może ma dla mnie złe nowiny. Ostatnio przez cały czas szykuję się na wiadomość, że mama umarła we śnie, w nocy, albo że właśnie nadeszła chwila, aby rzucić wszystko i być przy niej, dotrzymywać jej towarzystwa w ostatnich momentach jej życia.

– Przy telefonie – odpowiadam. – Czy wszystko w porządku?

– Z pani mamą wszystko w porządku. – Susie rozumie moje obawy. – Po prostu pytała o panią dziś rano. Powiedziałam jej, że zamierza ją pani odwiedzić, ale chciałam sprawdzić, czy się nie pomyliłam.

– Przyjadę – odpowiadam. – Wyszłam na spacer, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza, ale dzisiaj po południu będę w szpitalu.

– Och, to dobrze. Tak właśnie myślałam, ale… cóż, pani mama jest dzisiaj trochę poruszona.

– Jest pani pewna, że wszystko z nią w porządku? – Zaciskam dłoń mocniej na słuchawce. Nowotwór mamy osiągnął nieuleczalne stadium i nic już nigdy nie będzie z nią w porządku. Mimo to bez przerwy łapię się na zadawaniu tego pytania.

– Nie pogorszyło się jej – odpowiada Susie dobrotliwie i tak taktownie, jak tylko może. – Pytała też o kogoś innego. Rosie? Czy to imię coś dla pani znaczy?

– Tak. – Powietrze uchodzi mi z płuc. Rosie. – To moja starsza siostra.

– Ojej, nie wiedziałam, że pani ma siostrę.

– Nie widziałyśmy się od bardzo długiego czasu. Rosie ma… problemy.

– Ach. Pewnie dlatego pani mama o niej myśli.

Bezwiednie potakuję głową.

– Zapewne ma pani rację.

– W każdym razie pracuję dziś do późna, więc do zobaczenia wkrótce.

Żegnamy się, kończę połączenie i zaczynam iść z powrotem w stronę domu.

 

Po powrocie mam jeszcze godzinę do czasu odwiedzin w szpitalu. Moje myśli znów zaczynają krążyć wokół rozmowy z Susie i tego, że mama pytała o Rosie. Kiedy stan mamy się pogorszył, nabrałam przekonania, że będzie chciała zobaczyć się z córką. To oczywiste. A to znaczy, że będę musiała to dla niej załatwić. Można nawet powiedzieć, że czekałam na nadejście tej chwili. Siadam przy stole kuchennym, wyciągam telefon z kieszeni dżinsów i przeglądam listę kontaktów. Znajduję Rosie i wybieram numer. Sygnał oczekiwania na rozmowę, a potem nic. Ten numer jest nieaktywny. Cóż, wiedziałam, że tak to się może skończyć. Nie widziałam się z Rosie od pogrzebu taty. Pięć lat to w jej przypadku cały wiek. Niektórzy ludzie nigdzie by się nie ruszyli, nie zmienili numeru telefonu, mieszkaliby w tym samym domu, a przynajmniej w tym samym kraju. Ale nie Rosie. Ona może być gdziekolwiek. Pamiętam, że ostatnim razem mieszkała w kawalerce w Brighton.

Ale Brighton jest daleko, a mama nie ma zbyt wiele czasu, więc chociaż próbowałam już tego wcześniej (zaraz po tym, jak mama zachorowała), wysyłam wiadomość na ostatni znany mi adres e-mailowy Rosie. Potem próbuję szczęścia na Facebooku – idealnym miejscu do kontaktu między ludźmi, rzadko wykorzystywanym właśnie w tym celu. Zamiast tego większość z nas na Facebooku daje upust własnej próżności i od czasu do czasu szpieguje byłych partnerów. W okienku wyszukiwania wpisuję imię i nazwisko Rosie, a jej profil wyskakuje na pierwszym miejscu listy. Na szczęście na Facebooku nadal jesteśmy znajomymi, ale rzadko kiedy zaglądam na ten portal, więc nie mam pojęcia, co porabia moja siostra. W zasadzie to nie logowałam się na moje konto od kilku miesięcy, czyli odkąd Simon ze mną zerwał. Nie mam odwagi sprawdzić, czy nadal jest moim znajomym i – co gorsza – czy znalazł sobie kolejną kobietę. Nie – opieram się toksycznej potrzebie poznania nowin z jego życia i koncentruję się na Rosie.

Nagle słyszę w głowie dźwięczny, wyraźny głos mojej siostry: „Odkładanie nagrody na później zawsze dobrze ci szło”. Opuszki palców zaczynają mnie świerzbić na te słowa. Rosie często podśmiewała się z mojej pedantyczności. Różniłyśmy się od siebie jak ogień i woda. Ona była dzika, odważna, a ja byłam cichą myszką, tą posłuszną. To ja powinnam być różą – poprawną i porządną – a ona dziko rosnącym wrzosem. Mama pomyliła się przy wyborze imion.

Na profilu Rosie znajduję otagowane zdjęcie sprzed miesiąca, ale poza tym od dłuższego czasu nie dodawała niczego nowego. Klikam fotografię. Jest nijaka: dwie młode kobiety raczą się kawą przy kawiarnianym stoliku. Rosie uśmiecha się do obiektywu, jej ciemne włosy spływają na blat. Ten widok zapiera mi dech w piersiach – wygląda tu jak sobowtór mamy. Jej oczy mają ten sam odcień błękitu, jej włosy są czarne jak nieskończone nocne niebo nad wioską Buckthorpe, a jej skóra ni to blada, ni opalona – ma kremowy odcień. Kiedy widziałam ją po raz ostatni, była przynajmniej dwanaście kilo lżejsza niż na tym zdjęciu, miała woskowożółtą skórę i zaczerwienione, podkrążone oczy. Krótko mówiąc, wyglądała jak siedem nieszczęść.

Ale tutaj tryska zdrowiem. Na jej twarzy maluje się szczery uśmiech, a w jej oczach widzę inteligencję, której zawsze mi brakowało, gdy moja siostra pogrążała się w uzależnieniach.

Przeglądam starsze fotografie, chronologicznie, od najnowszych do najstarszych, śledząc drogę od trzeźwości do uzależnienia. Jednak szybko przestaję, nie mogę dłużej znosić bólu emanującego z ekranu.

Czy odwiedzi nas przed śmiercią mamy? A jeśli tak, o czym będziemy rozmawiać? Minęło tak wiele czasu, od kiedy dobrze się rozumiałyśmy. Teraz ledwie ją znam. Może być całkowicie inną osobą niż ta, którą pamiętam. Myśl o tym sprawia, że włosy stają mi dęba. Oddycham głęboko, próbuję nie wpaść w paniczny wir myśli. Nie mam na to czasu. Muszę jechać do szpitala, do mamy.

Kiedy wstaję i zaczynam szykować się do wyjścia, w mojej skrzynce pocztowej pojawia się nowy e-mail, na którego widok gwałtownie nabieram powietrza w płuca. Nie spodziewałam się, że mi odpisze, a przynajmniej nie od razu. To zupełnie nie w stylu Rosie. Po śmierci taty musiałam ją odnaleźć przez szereg znajomych, dzięki którym dotarłam do schroniska młodzieżowego w Tajlandii. Ta Rosie sprawdza swoje e-maile od razu, jak większość zwykłych ludzi. Ale moja siostra nie jest zwykłą osobą.

Nawet moje serce reaguje na widok jej imienia na ekranie i na falę emocji, która zalewa całe moje ciało. Najpierw pojawia się radość i podniecenie na myśl, że Rosie mnie zauważyła. Jako młodsza siostra zawsze będę pragnęła jej akceptacji. Potem jednak przychodzi refleksja o ponownym wpuszczeniu jej do mojego życia, która budzi we mnie niepokój. Aż wreszcie pojawia się strach.

*

Wsiadam do mojego volkswagena golfa i ruszam do szpitala, a e-mail Rosie nadal tkwi w skrzynce, nieprzeczytany. Stara, dobra nieśmiała Heather, uciekająca do mamy zawsze, kiedy ma problem. Czuję głuche łomotanie w piersi, jakby pięść uderzała w żebra. To bolesne przypomnienie, że mamie nie zostało już dużo czasu. Nowotwór, który pojawił się trzy lata temu w jej lewej piersi, teraz rozprzestrzenił się do innych narządów i układu krwionośnego. Jest wszędzie i nic już nie można z tym zrobić. Przyszedł czas, aby zapewnić jej jak największy komfort, zanim przyjdzie moment jej spokojnego odejścia.

Tylko że nie ma w tym żadnego komfortu ani spokoju. Nawet kiedy się do mnie uśmiecha, nie może ukryć wyzierającego z oczu bólu. Często odpływa gdzieś myślami. Mama nauczyła się na pamięć wszystkich sonetów Szekspira, potrafiła cytować Tennysona od końca i kończyła sudoku szybciej niż którakolwiek ze znanych mi osób. Teraz jest tak nafaszerowana środkami przeciwbólowymi, że często mnie nie rozpoznaje. Czasem nazywa mnie Lily (tak miała na imię jej matka) albo Rosie.

Po zaparkowaniu robię to, co zwykle: oddycham głęboko, zamykam oczy, otwieram je i wysiadam z samochodu. Czasami płaczę. Upewniam się wtedy, że wszystko ze mnie wypłynie, zanim się spotkam z mamą.

Idę labiryntem szpitalnych korytarzy, witam się z pielęgniarkami i wręczam im plastikowy pojemnik z ciasteczkami, które upiekłam.

– Jesteś niesforna, Heather Sharpe – gani mnie Susie. – Te ciastka mają przynajmniej dziesięć „grzeszków” w Slimming Worldzie.

– Zjedz część teraz, a drugą później. Wtedy zarobisz tylko połowę „grzeszków” – wzruszam ramionami.

Susie chichocze i bierze ciastko.

To z pewnością miły gest, ale tak naprawdę piekę ciasteczka po to, żeby mieć jakieś zajęcie, kiedy jestem sama w domu. Krzątanie się po kuchni z radiem grającym na cały regulator sprawia, że czuję się mniej samotna. Nadal przyzwyczajam się do ciszy po życiu w Londynie przez ostatnie kilka lat. Buckthorpe jest upiornie cichą wioską, przez brak latarń na okolicznych wiejskich drogach spowitą mrokiem.

Moje nieliczne i niewyraźne wspomnienia ze spędzonego tutaj dzieciństwa są pełne życia i hałasu. Mieliśmy dwa kucyki, zagrodę pełną kur oraz maminego golden retrievera, Bustera. Teraz nic już nie zostało z tej menażerii, a pustki w gospodarstwie jedynie zwiększają moje poczucie wyobcowania. Przynajmniej szpital jest pełen gwaru i ruchu.

Mama ma teraz pokój tylko dla siebie. Leży wsparta na poduszkach, a jej wychudzona twarz na tle szpitalnej pościelowej bieli wydaje się niemal bez wyrazu. Już od jakiegoś czasu nie farbowała włosów, więc ma pięciocentymetrowe siwe odrosty. Mama i Rosie zawsze miały ten sam kolor włosów i nawet kiedy mama zaczęła siwieć, farbowała włosy na swój naturalny odcień. Zawsze zazdrościłam im tych bujnych ciemnych czupryn. Moje włosy dla odmiany zawsze były cienkie i mysiego koloru.

– Czy to ty, Rosie? – chrypi.

Podchodzę do łóżka, chwytam ją za rękę i opadam na fotel, przygotowany specjalnie dla odwiedzających. Pozwalam mojej torebce upaść na podłogę.

– Heather, mamo.

– Hej, kochanie. – Wyciąga rękę, żeby pogładzić mnie po twarzy, ale jej ramię nagle wiotczeje. Chwytam je w samą porę i ostrożnie układam z powrotem na łóżku.

– Susie mówiła, że wypytywałaś dzisiaj o Rosie.

– Powinna tu być – mówi mama. – Chcę z nią porozmawiać.

„Powinna tu być”, myślę z goryczą. Ale Rosie nigdy nie odwiedza domu. Przed jej odpowiedzią na mój dzisiejszy e-mail, pisałam do niej kilkakrotnie – zawsze bez odzewu – zaraz po tym, jak u mamy wykryto raka. Nie podzieliłam się z nią tą informacją, wolałam, żeby nie wiedziała, że jej starsza córka zignorowała moje wielokrotne prośby o odwiedziny. Mama nigdy się nie dowie, dlaczego Rosie tak nienawidzi wracać do domu. Myślę, że jestem jedyną osobą, która zna prawdę.

– Dostałam od niej dzisiaj e-mail, mamo. – Puszczam jej rękę, sięgam do torebki i wyciągam telefon.

– Tak? – Ożywia się nieco. Znów słyszę ten lekko schrypnięty cichy głos, który pamiętam z dzieciństwa.

Dobrze, że akurat się nad nią nie nachylam, bo nawet cień ożywienia w głosie mamy przypomina mi o przeszłości. O tym, jak wołała nas na dół na obiad albo przepędzała Bustera z kuchni. O jej śmiechu, którego nie słyszałam już od wielu tygodni.

– Tak. – Szybko ocieram łzę. – Chcesz, żebym ci go przeczytała?

– Oczywiście – odpowiada, wciąż podekscytowana.

Znajome uczucie nerwowego łaskotania rozlewa się po mojej skórze, kiedy otwieram skrzynkę. Obecność mamy dodaje mi odwagi, żeby wreszcie spojrzeć na odpowiedź Rosie. Szybko przeglądam list, sprawdzając, czy nie ma w nim czegoś, co powinnam przed nią ukryć – chociaż wątpię, aby Rosie fatygowała się z odpowiedzią, gdyby nie zamierzała przyjechać. Potem zaczynam czytać na głos.

– „Hej, Heather! Bardzo Cię przepraszam, że nie wysłałam Ci mojego nowego numeru telefonu. Nie zdawałam sobie sprawy, że rzeczy mają się tak źle, i bardzo mi przykro, że nie skontaktowałam się z Tobą wcześniej. W moim życiu wiele się poprawiło. Nie piję od sześciu miesięcy i emocjonalnie jestem w dużo lepszej formie. Myślę, że czuję się wystarczająco dobrze, aby wrócić do Buckthorpe. Tęskniłam za Tobą i za mamą i bardzo chcę się z Wami zobaczyć. Ucałowania, Rosie”.

Mama otwiera usta ze zdumienia, kiedy odczytuję ostatnią linijkę wiadomości. Skóra wokół jej ust jest niesamowicie delikatna i pęka w kącikach. Wyciągam balsam do ust i delikatnie nakładam go na jej wargi. Oczy mamy są pełne łez.

– Och, Heather – mówi. – Wyglądasz zupełnie jak twój ojciec.

Potrząsam lekko głową.

– Cóż, chyba mam jego oczy.

Odwraca głowę, a po policzku ściekają jej łzy.

– Musisz dopilnować, żeby Rosie tu przyjechała. To ważne.

– Wiem. Zrobię, co w mojej mocy, mamo.

Znów spogląda na mnie.

– Nie, ty nie rozumiesz, Heather. Nie możesz zostać sama w tym domu po mojej śmierci. Pamiętasz wszystkie instrukcje, które ci zostawiłam, prawda?

Zakręcam balsam, marszcząc brwi.

– Tak.

– Wszystko jest w szufladzie biurka. Mój testament. Akt własności domu. Wszystko. Nie zostawaj tutaj, Heather. Sprzedaj dom i zamieszkaj gdzie indziej. To miejsce jest… – Przerywa, jakby chciała powiedzieć coś więcej. Wpatruje się we mnie tymi przeszywającymi błękitnymi oczami, ale w tej chwili do pokoju wchodzi pielęgniarka i nastrój pryska.

 

ROZDZIAŁ DRUGI

 

 

 

 

 

Rosie

Wtedy

Można powiedzieć, że to wszystko moja wina, bo to ja wywołałam serię niefortunnych wydarzeń. Wszystko dlatego, że chciałam jechać szybciej. Poruszałyśmy się zbyt wolno. Zacisnęłam łydki na bokach Mroka i przesunęłam ramiona w górę jego szyi, żeby mógł swobodnie galopować, z czego radośnie skorzystał. Zaczął przeć do przodu, aż wreszcie pofrunęliśmy wzdłuż trawiastego pobocza. Żałowałam, że założyłam kask, bo galopowanie z rozwianymi od pędu włosami jest dużo fajniejsze, ale za każdym razem, gdy to robiłam, mama dostawała palpitacji. Zawsze jej się wydawało, że spadnę, chociaż nigdy do tego nie doszło. To Heather zwykle lądowała na ziemi, bo ciągle się czegoś bała.

Szczerze mówiąc, to nie była do końca jej wina. To ja zmuszałam nas do szybkiej jazdy wzdłuż szosy okrążającej las Buckbell. Droga nie była ruchliwa, przez Buckthorpe przewijało się niewielu przejezdnych, ale tak czy owak, ściganie się po niej na lękliwych zwierzętach nie było najbezpieczniejszym pomysłem.

Trawiaste pobocze się urywało, więc ściągnęłam Mroka z powrotem do powolnego truchtu. Na początku próbował przyspieszać, ale w końcu się zorientował, że miękka trawa się skończyła i jesteśmy z powrotem na twardej powierzchni drogi. Z niezadowolonym parsknięciem zwolnił do marszu, sapiąc z wysiłku.

Nazywam się Rose i od dzieciństwa nienawidzę tego imienia. Róże są zbyt ułożone. Poza tym to typowe kwiaty na walentynki. Często rozmawiałyśmy z Heather o tym, że mama nadała nam imiona odwrotnie, bo ja jestem bardziej jak wrzos, a ona – jak róża, ale niestety, stało się. Przynajmniej tata odpowiednio wybrał nasze kuce. Mrok, charakterny szary wałach wysoki na czternaście dłoni[2], od początku miał należeć do mnie. Dama, dereszka w czerwone cętki, brązowooka i leniwa, była wręcz stworzona dla Heather. To nie moja siostra, tylko ja zawsze pragnęłam galopować z całych sił, gdy tylko kopyta kuca dotykały trawy.

– To było idiotyczne. – Czerwona na twarzy Heather spojrzała na mnie gniewnie, ganiąco, jak to miała w zwyczaju. Nadal ma takie krytyczne spojrzenie. Nikt by nie pomyślał, że z nas dwóch to ona jest młodsza. Nawet w dzieciństwie zachowywała się jak dorosła osoba. Beształa mnie częściej niż mama.

– Przecież nic się nie stało. – Przewróciłam oczami, kiedy zrównała się ze mną, podprowadzając Damę z prawej strony.

– A gdyby jechał tędy jakiś samochód albo traktor? Mrok zaraz by spanikował.

Chciałam jej powiedzieć, żeby przestała być taką straszną marudą, ale nagle zauważyłam, że głos jej drży, a jej oczy wypełniły się łzami.

– Nigdy nie jechałam na Damie tak szybko. – Heather gwałtownie otarła wilgotne oczy. – Nie mogłam jej zatrzymać.

– Przepraszam – powiedziałam na poły szczerze, a na poły sarkastycznie. Chyba nie chciałam, żeby dostrzegła moje zawstydzenie. Przyznanie się do jakichkolwiek emocji, kiedy człowiek ma trzynaście lat, jest wręcz niewykonalne.

– Nie masz za co przepraszać – wycofała się szybko Heather, odwracając głowę.

Rozpięłam górne guziki bluzki, żeby się nieco ochłodzić. Był już drugi tydzień letnich wakacji i trzeci dzień niespodziewanej fali upałów, przez którą wszyscy chodzili w szortach, wachlując się dłońmi. Mrok sapał i dyszał pode mną, zmęczony, ale jednocześnie podniecony niedawnym biegiem, prychając i żując wędzidło.

Kiedy dotarłyśmy do zakrętu, przy którym rosło drzewo o dziwacznym kształcie, mój kuc zdołał już wyrównać oddech, ale teraz to ja zaczęłam odczuwać znużenie. Drzewo pozwalało schować się przed słońcem – wielka powyginana gałąź wisiała w poprzek nad drogą. Gdy tylko Heather dostrzegła drzewo, wyprostowała się w siodle jak struna i ściągnęła wodze. Dama była bardzo spokojnym kucykiem, ale z jakiegoś powodu nienawidziła tego miejsca.

– Wyluzuj – powiedziałam. – Ona czuje twoje zdenerwowanie.

– Jestem wyluzowana – warknęła Heather, nadal sztywna jak deska.

Pamiętam, że przewróciłam oczami na te słowa. Dziadek, który uczył nas jazdy konnej na polach za domem, setki razy jej powtarzał, żeby się rozluźniła, ale ona nie potrafiła, zwłaszcza kiedy widziała to głupie drzewo. Biedna stara Dama zawsze się przy nim płoszyła, bo Heather nie potrafiła powstrzymać stresu. Teraz dereszka zarzuciła głową i zaczęła poruszać się w bok, jak krab, odsuwając się od pnia. Kiwała głową, wyraźnie zdenerwowana, oddychając szybko, płytko i chrapliwie. Heather nachyliła się do przodu.

Gdybym nie puściła się galopem na Mroku, Dama by się tak nie zmęczyła. Nagle poczułam się naprawdę podle.

– Możemy zsiąść, jeśli chcesz – zasugerowałam. – Przeprowadzimy kuce obok drzewa, a potem znów ich dosiądziemy. Mogę przejąć od ciebie Damę.

Ale Heather potrząsnęła głową. Chwyciła się mocno siodła, kiedy Dama zaczęła tańczyć, wypuszczając gorące powietrze z chrapów i wysoko unosząc kolana. Zastanawiałam się nawet, czy nie chwycić lejców Heather, na wypadek gdyby jej kucyk zdecydował się na ucieczkę, ale już prawie udało nam się minąć stare drzewo, więc miałam nadzieję, że wkrótce będzie po wszystkim. Biedna Heather była blada i spięta. Trzymała wodze napięte jak struny skrzypiec.

– Oddychaj głęboko, Hev – powiedziałam.

Pokiwała głową i powoli zaczęła rozluźniać ramiona. Widziałam jednak, że Dama nie idzie jej śladem. W jednej chwili zrozumiałam, że za chwilę jej odbije. Sięgnęłam w bok, usiłując złapać wodze, ale Dama odskoczyła. Heather opadła gwałtownie na szyję kuca, wydając z siebie cichy jęk, kiedy jej ciało nabiło się na siodło, a twarz uderzyła w muskularny kark Damy. Wypuściła wodze. Dama spanikowała i kłusem oddaliła się od drzewa. Jej kopyta klekotały o twardy asfalt. Szybko zareagowałam, ściągając lejce i ściskając nogami boki Mroka. Puściłam się w pogoń za moją biedną siostrą.

– Trzymaj się siodła, Hev – krzyknęłam.

Dama wymknęła się spod kontroli. Galopowała środkiem szosy, a moja siostra kurczowo trzymała się kucyka. Zauważyłam, że jedna noga wypadła jej ze strzemienia i Heather na poły wisi nad kłębem Damy, ale nie byłam w stanie ocenić, czy moja siostra nadal trzyma się siodła, czy nie. Serce waliło mi w piersi jak młot. Jeżeli Heather cokolwiek by się stało… To ja byłam starszą siostrą i to ja powinnam się nią opiekować, chociaż nigdy tak naprawdę tego nie robiłam, prawda? Wypuszczałam się na moje własne przygody i oczekiwałam, że Heather będzie mi dotrzymywała kroku, chociaż zdawałam sobie sprawę, że nie była w stanie za mną nadążyć.

Wszystkie złe słowa, których mama zabroniła mi wypowiadać, przeleciały mi przez głowę. „Proszę, niech Heather nic się nie stanie”, pomyślałam. Nic nie wskazywało na to, że Dama zamierza zwolnić, a na dodatek właśnie przejeżdżałyśmy obok farmy Murrayów. Boże! Nawet w najlepsze dni było tu wystarczająco głośno, żeby spłoszyć nasze kuce. W głowie pojawiły mi się przeróżne tragiczne scenariusze. Co, jeśli z podwórka nagle wyjedzie traktor? To będzie koniec. Dama całkiem oszaleje. Heather przynajmniej nie krzyczała. W jakiś sposób udało jej się zachować milczenie, gdy rozpaczliwie starała się utrzymać na grzbiecie Damy. Nie jestem pewna, czy byłabym równie spokojna, gdybym to ja znalazła się w takiej sytuacji.

Łomotanie kopyt Damy musiało narobić sporo hałasu, bo nagle z podwórka na drogę wybiegł Colin Murray ze swoim synem Samuelem. Stanął na środku szosy z kubełkiem w dłoniach i zaczął lekko potrząsać jego zawartością. Sprowadziłam Mroka do łagodnego cwału. Usłyszałam grzechotanie karmy w kubełku i zrozumiałam, że pan Murphy zgadł, iż na drodze pojawił się przerażony koń.

Dama, nawet pogrążona w panice, nigdy nie zrezygnowałaby z przekąski. Dostrzegłam, że uszy kucyka zareagowały na odgłos i wyprężyły się w kierunku kubełka. Dereszka zwolniła do truchtu, a potem zatrzymała się tuż przed panem Murrayem i wsadziła nos do kubła. Heather nie marnowała czasu. Przerzuciła nogę nad grzbietem kucyka i zeskoczyła na asfalt. Przez chwilę stała obok niego, łapiąc oddech, z rozwartymi szeroko ze strachu oczami i przerażeniem wypisanym na twarzy. Potem wręczyła lejce panu Murrayowi i odeszła na bok, w stronę Samuela, którego obie znałyśmy ze szkoły. Był o rok młodszy ode mnie, uczył się z Heather oraz innymi dwunastolatkami. Byłam w starszej klasie, więc raczej nie zadawałam się z tymi samymi osobami co oni. Nie żeby Samuel miał jakichś przyjaciół. W szkole absolutnie nikt nie chciał być widziany w jego towarzystwie. Uważałam wtedy, że Samuel jest dziwakiem. Niestety, jako trzynastolatka nie byłam zbyt miłą osobą.

Sprowadziłam Mroka do truchtu, potem do marszu, aż wreszcie go zatrzymałam i zeskoczyłam z jego grzbietu.

– Wszystko w porządku? – spytał łagodnie Samuel moją siostrę, lekko się nad nią nachylając. Już wtedy był bardzo wysoki.

– Hev?

– Wszystko w porządku – odparła drżącym głosem. Widziałam, że z całych sił powstrzymuje łzy. Byłam jednak pewna, że się nie rozpłacze, nie w obecności obcych.

– Spokojnie, spokojnie. – Pan Murray delikatnie gładził spoconą szyję Damy. Tam, gdzie wodze ocierały się o sierść zwierzęcia, pojawiły się smugi piany. – Jest bardzo pobudzona i musi ochłonąć. Mamy na farmie kilka pustych zagród w stajniach. Możemy ją postawić w jednej z nich i pozwolić jej odpocząć. Zadzwonię do waszych rodziców i powiem im, że tu jesteście.

– Dobrze – zgodziłam się.

Pamiętam, że pan Murray był wyższy i chudszy od taty. Miał też mniej włosów. Nosił jeden z tych granatowych kombinezonów, w których gustowali chyba wszyscy farmerzy. Często się zastanawiałam, czy robią zakupy w tym samym sklepie. Podejrzewam, że często na siebie wpadali.

– Pewnie trochę zejdzie, zanim wasze kuce ochłoną – powiedział pan Murray. – Samuel może was oprowadzić po gospodarstwie. Wiem, że chodzicie do tej samej szkoły.

Chciałam zasugerować, żebyśmy weszli do domu, ale Samuel zaczął mówić pierwszy.

– Pokażę wam moje gady, jeśli chcecie – rzucił z zapałem. – Mam kilka węży i jaszczurek. Wcale nie są straszne.

– Nie jestem pewna, czy Heather poczuje się dzięki temu lepiej – odparłam, prowadząc Mroka na podwórze.

– Dlaczego nie? Węże są super! – nalegał Samuel, co tylko mi przypomniało, dlaczego nikt w szkole nie chciał się z nim kumplować.

– Chcę zobaczyć węże. – W głosie Heather pojawił się znów cień radości. Przerażenie powoli znikało z jej twarzy, a na policzki powrócił rumieniec.

– Pod warunkiem, że nie powiesz nikomu w szkole – odparłam, zła, że Heather wydaje się tak zaintrygowana. Pomyślałam wtedy – dobrze to pamiętam – że jedynie udaje zainteresowanie, aby odwrócić uwagę od tej wstydliwej historii z Damą. – Nie chcę, żeby ludzie się dowiedzieli, że oglądałyśmy twoje głupie węże.

– One wcale nie są głupie – obruszył się Samuel. Skrzywił się, jakby zaraz miał wybuchnąć płaczem.

Stojący obok nas pan Murray potrząsnął głową.

– Dziewczyny, rany Boga!

Zaprowadziłyśmy kucyki do stajni, ściągnęłyśmy im siodła i wędzidła, a potem dałyśmy trochę wody. Dama rzuciła się na nią łapczywie, nadal zestresowana i zmęczona po napadzie paniki. Pan Murray musiał powstrzymać ją od zbyt szybkiego picia. Na chwilę odwrócił jej głowę od koryta, zanim znów pozwolił się jej nad nim pochylić.

– No już, uspokój się, mała – powiedział łagodnie.

– Jak się nazywają? – Samuel stał oparty o framugę stajennych drzwi. Miał na sobie sztruksy wsunięte w kalosze i kraciastą koszulę z rękawami podwiniętymi do łokci. Heather stała tuż obok niego, z dala od kuców.

– Dama – odpowiedziała. – I zazwyczaj zachowuje się jak dama. Ale nie dzisiaj.

– Damy biegają – skomentowałam, wkurzona zwyczajową pruderią mojej siostry. – Jest wiele kobiet sprinterek.

– Zamknij się, Rosie. Wiesz, o co mi chodzi – warknęła.

Pan Murray skierował się do wyjścia.

– Kiedy skończycie, możecie przyjść do domu na herbatę i ciasto. Zaraz zadzwonię do waszej mamy. Pewnie się martwi.

Heather wzruszyła ramionami.

– Wątpię. – Ale powiedziała to szeptem i nie sądzę, żeby pan Murray, który już wychodził na dwór, ją usłyszał. Za to Samuel – owszem.

– Dlaczego wasza mama miałaby się o was nie martwić? – zwrócił się do Heather.

– Jest zbyt zajęta rozpaczaniem – odparła. – Zawsze „na chwilkę się kładzie”, chyba że musi iść do pracy.

Pokiwałam głową niemal nieświadomie.

– Rzeczywiście, mama często się tak kładzie, ale nie przez cały czas. Po prostu masz zły humor.

Heather spojrzała na mnie gniewnie, a potem chwyciła jedno ze zgrzebeł, żeby wyczyścić sierść Damy. Teraz, kiedy ochłonęła, pienisty pot zaczął się już zestalać.

– To wszystko twoja wina, Rosie – powiedziała Heather. Jej klacz skubała siano. – Gdybyś nie zmusiła nas do galopu wzdłuż brzegu łąki, Dama by się tak nie zdenerwowała.

– Nie. To ty powinnaś ją oswoić z tym drzewem – odparłam. – Zamiast tego za każdym razem się spinasz i Damie oczywiście odbija. Powinnaś się nauczyć, jak jej pomóc.

Samuel spoglądał na nas z zakłopotaną miną.

– Czy wy ciągle się tak kłócicie?

Jednocześnie wzruszyłyśmy ramionami.

– Jak już skończycie, mogę was oprowadzić po farmie, jeśli chcecie – zaproponował.

– Ale pokażesz nam też swoje węże, co? – spytała Heather.

– Co ty się tak uparłaś na te węże? – warknęłam.

– Przestań być takim cykorem, Rosie.

Szczęka mi opadła. Co za bezczelność. Miałam ochotę ją za to popchnąć, ale się rozmyśliłam, bo nie chciałam znów przestraszyć Damy.

– Jak się nazywa twój kucyk? – Samuel spojrzał na mnie.

Wyciągnęłam rękę i pogładziłam jedwabisty pysk Mroka, dumna z mojego chłopca.

– Mrok.

– Ale przecież on jest biały – zdziwił się Samuel.

– Nie biały, tylko szary. Widzisz? Jego pysk jest ciemny. A nazywa się Mrok, bo najlepiej widać go w nocy, w pełni księżyca. Sierść lśni mu wtedy jak srebro.

Samuel zmarszczył czoło, najwyraźniej nie nadążając za moją logiką.

– Chodźmy obejrzeć twoją farmę – zasugerowała Heather i zrównała krok z chłopakiem.

Nie miałam pojęcia, co w nią wstąpiło. A może po prostu byłam trochę zazdrosna przez ten jej nowy tajemniczy uśmieszek na ustach. Nagle cała ta przerażająca historia z Damą przestała się liczyć – zupełnie jakby nigdy się nie wydarzyła. Byłam przyzwyczajona do tego, że Heather wszędzie za mną chodziła, usiłując wtrącać się w moje rozmowy z przyjaciółmi. Teraz to ja czułam się jak piąte koło u wozu, próbując za nimi nadążyć, chociaż Samuel starał się od czasu do czasu zwracać bezpośrednio do mnie, żebym nie poczuła się wyobcowana.

Obeszliśmy dojarnię, gdzie Samuel pokazał nam dziwaczne urządzenia, które przyczepiało się do wymion. Potem odwiedziliśmy owce, a chłopak opowiedział nam o sezonie na kocenie i o swoim owczarku collie, który pilnował stada. Z tego, co pamiętam, myślałam wtedy, że poza szkołą Samuel jest dużo fajniejszy – nie żebym w budzie specjalnie zwracała na niego uwagę. Zauważyłam jedynie, że często niezbyt delikatnie bawił się z młodszymi dzieciakami, zwłaszcza z dziewczynkami. W zasadzie to byłam pewna, że kiedyś został po lekcjach za karę, bo zrobił krzywdę jakiejś uczennicy. Poza tym zdarzyło się, że wezwali jego ojca, by zabrał go ze szkoły. Zawsze zakładałam, że to dlatego Samuel nie przyjaźnił się z żadnymi swoimi rówieśnikami. Jeśli nie przebywał w towarzystwie młodszych dzieci, zawsze był samotny.

– Tutaj jesteście – powiedział pan Murray, podchodząc do kurnika, gdzie przyglądaliśmy się kurczakom. – Rozmawiałem z waszą mamą. Przyjedzie po was z przyczepą na kucyki i zabierze was do domu. Nie martw się. – Spojrzał na Heather. – Nie będziecie musiały wracać na ich do domu. Powiedziała, że będzie tu za mniej więcej godzinę. Może chcecie się czegoś napić? Poza tym moja żona wczoraj upiekła tartę Bakewell.

Obie entuzjastycznie pokiwaliśmy głowami. W tej samej chwili podszedł do nas mały, dziewięcio- lub dziesięcioletni chłopczyk, szurając kaloszami po trawie.

– Kim jesteście? – spytał nieuprzejmie.

Jego również pamiętałam ze szkoły. Peter Murray, zawsze niechlujny, z jasnobrązowymi włosami opadającymi na oczy i z naburmuszoną miną.

– Idź sobie, Peter – warknął Samuel.

– Hej! – Ostra nuta w głosie pana Murraya sprawiła, że wszyscy stanęliśmy prawie na baczność. W jego tonie nie było nawet cienia żartobliwości. – Mówiłem ci, żebyś nie krzyczał na brata.

Samuel spuścił wzrok.

– Przepraszam.

–