Wydawca: MAG Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 492 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Śmiertelna groźba - Jim Butcher

Harry Dresden w swej karierze mierzył się już z wyjątkowo przerażającymi wrogami: gigantycznymi skorpionami, niewyżytymi seksualnie wampirami, psychotycznymi wilkołakami... Tak bywa, kiedy człowiek jest jedynym profesjonalnym magiem w książce telefonicznej Chicago.

Jednakże przez wszystkie te lata praktyki detektywa nigdy nie spotkał się z czymś takim: świat duchów wpadł w obłęd. W całym mieście duchy sprawiają kłopoty - i to nie duchy z rodzaju tych, które tylko trzaskają drzwiami albo krzyczą: „Buuu!”. Te duchy są udręczone, gwałtowne - i śmiertelnie groźne. Ktoś - albo coś - świadomie je drażni, by wywołać nadprzyrodzony chaos. Ale dlaczego? I czemu tak wiele ofiar ma powiązania z Harrym?

Jeśli Harry nie rozwiąże szybko tej zagadki, sam może stać się duchem...

Opinie o ebooku Śmiertelna groźba - Jim Butcher

Fragment ebooka Śmiertelna groźba - Jim Butcher

Tytuł oryginału:Dresden Files. Grave Peril

Copyright © 2008 by Jim Butcher Copyright for the Polish translation © 2012 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Joanna Figlewska

Korekta: Urszula Okrzeja

Ilustracja na okładce: Chris McGarth

Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

ISBN 978-83-7480-597-1 Wydanie III

Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa tel. 22 813 47 43, fax 22 813 47 60 e-mail kurz@mag.com.plwww.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Jacek Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

Rozdział pierwszy

Są powody, dla których nie lubię szybko jeździć. Przede wszystkim Niebieski Chrabąszcz, połatany volkswagen garbus, którym tłukę się po mieście, zawsze grzechocze irzęzi niebezpiecznie, gdy tylko przekraczam sześćdziesiąt mil na godzinę. Po drugie, niezbyt dobrze układa mi się ztechniką. Cokolwiek wyprodukowanego mniej więcej po drugiej wojnie światowej, wmojej obecności jest podatne na niespodziewane awarie. Zatem zreguły, jak już prowadzę, to rozsądnie iostrożnie.

Dzisiejsza jazda była jednak wyjątkiem od tej reguły.

Opony Chrabąszcza zapiszczały wproteście, gdy mijaliśmy zakręt, wyraźnie wbrew stojącemu na rogu zakazowi skrętu wlewo. Samochód warknął groźnie, jakby wyczuwając, że gra toczy się owysoką stawkę, inadal terkotał mężnie, grzechocząc izgrzytając cicho, gdy mknęliśmy po jezdni.

– Możesz przyśpieszyć? – spytał Michael.

Nie narzekał. Po prostu zapytał spokojnym tonem.

– Tylko przy sprzyjającym wietrze, albo kiedy zaczniemy zjeżdżać zgórki – odparłem. – Ile jeszcze do szpitala?

Potężny mężczyzna wzruszył ramionami ipokręcił głową. Miał szpakowate włosy, ciemne ze srebrem – niektórzy faceci mają szczęście idziedziczą je po rodzicach. Natomiast broda nadal była solidnie kasztanowa. Na ogorzałej twarzy widziałem zmarszczki od trosk iod śmiechu. Szerokie pomarszczone dłonie spoczywały na kolanach, które podciągnął do góry, żeby zmieścić się przy desce rozdzielczej.

– Dokładnie nie wiem – odpowiedział. – Może ze dwie mile?

Mrużąc oczy, spojrzałem przez okno na gasnące światło dnia.

– Słońce już prawie zaszło. Mam nadzieję, że się nie spóźnimy.

– Robimy co można – odparł spokojnie Michael. – Jeśli taka będzie wola Boża, zdążymy na czas. Jesteś pewien swojego... – skrzywił się zniesmakiem – ...źródła?

– Bob jest irytujący, ale rzadko się myli – odparłem, wciskając mocno hamulce iwymijając śmieciarkę. – Jeśli powiedział, że duch tam będzie, to będzie.

– Niech Bóg nas wspomaga – rzekł Michael iprzeżegnał się. Poczułem, jak wokół niego budzi się jakaś potężna, ale łagodna energia: moc wiary. – Harry, jest coś, oczym już dawno chciałem ztobą porozmawiać.

– Tylko nie ciągnij mnie znowu na mszę – odparłem nieco skrępowany. – Wiesz, że itak odmówię.

Typ wczerwonym taurusie zajechał mi drogę imusiałem gwałtownie zjechać na pas do skrętu, żeby go wyprzedzić. Dwa koła Chrabąszcza uniosły się nad asfaltem.

– Dureń! – wrzasnąłem przez okno.

– To nie wyklucza pytania – stwierdził spokojnie Michael. – Ale nie. Chciałem zapytać: kiedy masz zamiar ożenić się zpanną Rodriguez?

– Do licha, Michael – jęknąłem. – Od dwóch tygodni jeździmy po całym mieście iwalczymy zkażdym duchem iupiorem, który nagle postanowił wystawić swój paskudny łeb. Wciąż nie wiemy, co sprawia, że cały duchowy świat dostał amoku.

– Pamiętam otym, Harry, ale...

– Wtej chwili – przerwałem mu – ścigamy jakąś paskudną starą babę wszpitalu Cook County, która może nas zabić, jeśli nie będziemy skoncentrowani. Aty pytasz omoje sprawy sercowe.

Michael zmarszczył czoło.

– Sypiasz znią, prawda? – spytał.

– Nie dość często – warknąłem izmieniłem pas, wyprzedzając autobus.

Rycerz westchnął.

– Akochasz ją? – pytał dalej.

– Michael – jęknąłem. – Daj mi spokój. Skąd ci się biorą takie pytania?

– Czy ją kochasz? – naciskał.

– Staram się prowadzić.

– Harry – rzekł zuśmiechem. – Kochasz tę dziewczynę czy nie? To nie jest trudne pytanie.

– Ekspert się wypowiedział – burknąłem.

Przejechałem obok radiowozu, mniej więcej dwadzieścia mil powyżej dopuszczalnej prędkości. Zauważyłem, że policjant za kierownicą mruga zdziwiony irozlewa kawę. Zerknąłem wlusterko izobaczyłem, jak budzą się do życia niebieskie światła na dachu.

– Niech to diabli, mamy przerąbane. Zaraz zjawią się po nas gliny.

– Nie przejmuj się nimi – odparł Michael. – Odpowiedz mi na pytanie.

Zerknąłem na niego. Twarz miał szeroką iszczerą, mocny podbródek iroziskrzone szare oczy. Włosy nosił ścięte krótko, jak żołnierz, ale miał też krótką, starannie przystrzyżoną brodę wojownika.

– Chyba tak – przyznałem po chwili. – Tak.

– Więc możesz to powiedzieć?

– Co powiedzieć? – Zaciąłem się.

– Harry – zganił mnie izłapał się fotela, kiedy podskoczyliśmy na jakiejś dziurze wasfalcie. – Nie zachowuj się jak dziecko. Jeśli kochasz kobietę, powiedz to.

– Dlaczego? – spytałem.

– Nie powiedziałeś jej, prawda? Nigdy tego nie powiedziałeś.

Rzuciłem mu gniewne spojrzenie.

– Ico ztego, jeśli nawet nie? Ona wie. Co wtym takiego ważnego?

– Harry Dresdenie – powiedział. – Ty, bardziej nawet niż inni, powinieneś rozumieć potęgę słów.

– Ale ona wie – oświadczyłem. Wcisnąłem na chwilę hamulce, apotem wdusiłem pedał gazu do podłogi. – Dałem jej kartkę.

– Kartkę? – zdziwił się Michael.

– Urodzinową.

Westchnął.

– Chcę usłyszeć, jak to mówisz.

– Co?

– Powiedz – zażądał. – Jeśli kochasz tę kobietę, czemu nie możesz tego powiedzieć?

– Nie mówię tego komu popadnie, Michael. Wielkie nieba, to po prostu... Nie mógłbym, rozumiesz?

– Nie kochasz jej. Rozumiem.

– Wiesz, że nie oto...

– Powiedz to, Harry.

– Jeśli tylko dasz mi wtedy spokój – odparłem idałem Chrabąszczowi każdą odrobinę mocy, jaką jeszcze dysponował. Pomiędzy samochodami ztyłu widziałem ścigającą nas policję. – No dobra. – Rzuciłem Michaelowi wściekłe magiczne spojrzenie ipowiedziałem: – Kocham ją. Teraz wystarczy?

Michael się rozpromienił.

– No widzisz... To jedyne, co was dzieli. Nie jesteś osobą, która zdradza, co czuje. Unikasz introspekcji, Harry. Czasami powinieneś spojrzeć wlustro iprzyjrzeć się temu, co widzisz.

– Nie lubię luster – burknąłem.

– Mimo wszystko, musiałeś sobie uświadomić, że kochasz kobietę. Myślałem, że po Elaine tak mocno się odizolujesz, że już nigdy...

Poczułem napływ gniewu izłości.

– Nie rozmawiam oElaine, Michael. Nigdy. Jeżeli nie potrafisz bez tego żyć, to wysiadaj zmojego auta ipozwól mi pracować samemu.

Michael zmarszczył brwi, oburzony bardziej moim doborem słów niż czymkolwiek innym.

– Mówię oSusan, Harry. Jeśli ją kochasz, powinieneś się znią ożenić.

– Jestem magiem. Nie mam czasu na ożenek.

– Za to ja jestem rycerzem – odparł Michael. – Amam czas. Warto zadać sobie trud. Za długo jesteś sam, Harry. To zaczyna być widoczne.

Znowu spojrzałem na niego niechętnie.

– Co to niby znaczy?

– Jesteś spięty, gderliwy. Wciąż coraz bardziej izolujesz się od ludzi. Potrzebujesz kontaktu zczłowiekiem, Harry. Zbyt łatwo byłoby ci podążyć tą mroczną ścieżką.

– Michael – warknąłem. – Nie potrzebuję wykładu. Nie potrzebuję nawracania. Nie potrzebuję kazania wstylu „odrzuć złe moce, zanim cię pochłoną”. Potrzebuję ciebie, żebyś osłaniał mi plecy, kiedy stanę przed tym upiorem.

Szpital pojawił się wpolu widzenia izawróciłem wbrew przepisom, żeby wprowadzić Chrabąszcza na pas wjazdu dla karetek.

Michael rozpiął pas zanim się zatrzymaliśmy. Sięgnął na tylne siedzenie iwziął ogromny miecz, pełne pięć stóp długości wczarnej pochwie. Wysiadł zsamochodu iprzypiął go do pasa. Potem znów sięgnął do tyłu po biały płaszcz zczerwonym krzyżem na lewej piersi, zwprawą zarzucił go sobie na ramiona ispiął pod szyją srebrną klamrą, też wkształcie krzyża. Płaszcz kontrastował zjego flanelową roboczą koszulą, niebieskimi dżinsami iokutymi roboczymi butami.

– Nie mógłbyś sobie darować przynajmniej tego płaszcza? – poskarżyłem się. Otworzyłem drzwiczki, wysiadłem irozprostowałem nogi. Ztylnego siedzenia zabrałem własny sprzęt: nową laskę maga ieksplozywną różdżkę, obie niedawno wyrzeźbione iwciąż jeszcze pachnące świeżością.

Michael spojrzał na mnie urażony.

– Ten płaszcz określa mnie wtakim samym stopniu jak miecz. Poza tym nie jest śmieszniejszy od twojego.

Spojrzałem na mój czarny skórzany płaszcz, ten zopadającą na ramiona półpelerynką, falujący ociężale wokół nóg. Czarne dżinsy iciemna kowbojska koszula były półtora miliona razy bardziej stylowe niż kostium Michaela.

– Co masz przeciwko niemu?

– Pasuje raczej do planu zdjęciowego El Dorado – odparł Michael. – Jesteś gotów?

Spojrzałem na niego zwyższością, na co zuśmiechem nadstawił drugi policzek iobaj ruszyliśmy do drzwi. Przecznicę albo dwie od nas słyszałem zbliżającą się policyjną syrenę.

– Nie mamy wiele czasu.

– Więc się śpieszmy – odparł. Przerzucił płaszcz przez lewe ramię ipołożył dłoń na rękojeści wielkiego miecza. Potem schylił głowę, przeżegnał się iwyszeptał: – Miłościwy Ojcze, strzeż nas iprowadź, gdyż ruszamy do bitwy zciemnością.

Znowu poczułem wokół niego drgnienie energii, jakby wibracje muzyki słyszanej przez gruby mur.

Pokręciłem głową izkieszeni płaszcza wyjąłem skórzany mieszek, mniej więcej wielkości mojej dłoni. Przez moment musiałem żonglować nim, laską iróżdżką, askończyłem wefekcie zlaską wlewej ręce, jak należy, różdżką wprawej, imieszkiem wiszącym między zębami.

– Słońce zaszło – wymamrotałem. – Ruszajmy.

Przyśpieszyliśmy do biegu, rycerz imag, przez izbę przyjęć szpitala Cook County. Wiele osób spoglądało na nas ze zdziwieniem, gdy wpadliśmy do środka. Mój płaszcz rozwiewał się za mną jak czarna chmura, abiała peleryna Michaela unosiła się jak skrzydła anioła zemsty, którego był imiennikiem. Przebiegliśmy kawałek iprzyhamowaliśmy na pierwszym skrzyżowaniu chłodnych, sterylnych izatłoczonych korytarzy.

Chwyciłem za ramię pierwszego pielęgniarza, którego dostrzegłem. Zamrugał, wytrzeszczył oczy, apotem zmierzył mnie zdumionym wzrokiem od nosków kowbojskich butów do ciemnych włosów na czubku głowy. Dość nerwowo zerknął na laskę, różdżkę oraz na wiszący mi na piersi srebrny amulet zpentagramem; przełknął ślinę. Apotem zobaczył Michaela, wysokiego, oszerokich barach, zcałkowicie spokojną twarzą, jakby wkontraście zbiałym płaszczem imieczem uboku. Cofnął się nerwowo.

– Wczym mogę pomóc?

Przebiłem go swym najbardziej groźnym mrocznym uśmiechem irzuciłem przez zęby, zaciśnięte na skórzanym mieszku:

– Dobry wieczór. Czy mógłby nam pan wskazać, gdzie jest oddział noworodków?

Rozdział drugi

Pobiegliśmy schodami pożarowymi. Michael wie, jak na mnie reaguje technika, aprzecież żaden znas nie chciał utknąć wzepsutej windzie, podczas gdy gdzieś gasły niewinne żywoty. Michael prowadził; trzymając jedną ręką poręcz, adrugą rękojeść miecza, stawiał kroki wrównym rytmie.

Podążałem za nim, sapiąc idysząc. Michael zatrzymał się przy drzwiach iobejrzał na mnie; biały płaszcz owijał jego kostki. Potrzebowałem kilku sekund, by, zasapany, stanąć obok niego.

– Gotów? – zapytał.

– Wrghgh – odparłem ikiwnąłem głową, wciąż ściskając wzębach skórzany mieszek.

Zkieszeni płaszcza wygrzebałem zapałki ibiałą świecę. Żeby ją zapalić, musiałem odłożyć różdżkę ilaskę.

Michael zmarszczył nos, gdy poczuł dym. Pchnął drzwi. Szedłem za nim ze świecą wjednej ręce iróżdżką zlaską wdrugiej. Na przemian rozglądałem się iobserwowałem płomień.

Widziałem tylko kolejne szpitalne pomieszczenia. Czyste ściany, czyste korytarze, mnóstwo kafelków ijarzeniowych lamp. Długie rury jarzeniówek migotały słabo, jakby wszystkie naraz traciły moc, iwefekcie korytarz był słabo oświetlony. Długie cienie rozciągały się od zaparkowanego przy drzwiach wózka inwalidzkiego, zbierały pod rzędem niewygodnych zwyglądu plastikowych krzeseł na skrzyżowaniu korytarzy.

Na czwartym piętrze panowała absolutna cisza, jak na cmentarzu albo na dnie studni. Nie dochodził tu nawet trzask ztelewizora czy radia. Nie brzęczały interkomy. Nie szumiała klimatyzacja. Nic...

Szliśmy długim korytarzem, anasze kroki rozbrzmiewały wyraźnie, choć staraliśmy się zachowywać cicho. Na ścianie, ozdobiona pajacykiem plastikowa tabliczka „Oddział położniczy inoworodków” wskazywała strzałką kolejny korytarz.

Zajrzałem do niego tuż za Michaelem. Kończył się parą wahadłowych drzwi. Tutaj też panowała cisza, astanowisko pielęgniarek było puste. Światło nie migotało, lecz zgasło zupełnie, więc otaczała nas niemal całkowita ciemność, azewsząd wynurzały się cienie imgliste kształty. Zrobiłem krok naprzód, przed Michaela, ipłomień mojej świecy natychmiast zmniejszył się do punktu błękitnego światła.

Wyplułem rzemień iwcisnąłem mieszek do kieszeni.

– Michael – powiedziałem, zduszonym inaglącym głosem. – To tutaj. – Odwróciłem się trochę, żeby zobaczył światło.

Opuścił wzrok na świecę, apotem znów spojrzał wciemność.

– Wiara, Harry.

Prawą ręką sięgnął do boku iwydobył zpochwy Amorakiusa, co dodało mi odwagi bardziej niż jego słowa. Wielka klinga zpolerowanej stali lśniła słabo, gdy Michael stanął wciemności obok mnie. Powietrze niemal brzęczało od mocy – wiary Michaela wzmocnionej tysiąckrotnie.

– Gdzie są pielęgniarki? – spytał chrapliwym szeptem.

– Może uciekły – odszepnąłem cicho. – Amoże to jakiś urok. Przynajmniej nie wchodzą nam wdrogę.

Zerknąłem na miecz – długą smukłą klingę, umieszczoną wprostej krzyżowej gardzie. Może to tylko moja wyobraźnia, ale wydawało mi się, że wciąż widzę na niej plamki czerwieni. Pewnie rdza, pomyślałem. Na pewno rdza.

Postawiłem świecę na podłodze, gdzie nadal jarzyła się jasnym punktem, co wskazywało na obecność upiora. Potężnego upiora. Bob nie kłamał, kiedy mówił, że duch Agathy Hagglethorn to nie jest drobna zjawa.

– Zostań ztyłu – powiedziałem. – Daj mi minutę.

– Jeśli prawdą jest to, co powiedział twój duch, to ten stwór jest groźny – odparł Michael. – Pozwól mi wejść pierwszemu. Będzie bezpieczniej.

Skinąłem głową wstronę jasnej klingi.

– Uwierz mi, ten upiór poczuje zbliżający się miecz, zanim jeszcze dotrzesz do drzwi. Najpierw sprawdzę, co da się zrobić. Jeśli zdołam posypać go pyłem, będzie po walce, zanim się naprawdę zacznie.

Nie czekałem na odpowiedź. Wziąłem wlewą dłoń eksplozywną różdżkę ilaskę, aprawą zacisnąłem na mieszku. Rozplątałem prosty supeł rzemienia, którym był związany, iruszyłem wciemność.

Stanąłem przed wahadłowymi drzwiami ibardzo powoli uchyliłem jedno skrzydło. Przez dłuższy czas stałem nieruchomo.

Usłyszałem śpiew. Kobiecy głos. Łagodny. Piękny.

Śpij, dziecinko, śpij, słodkie oczka zmruż, Mama ci przyniesie śliczne płatki róż.

Obejrzałem się na Michaela iwsunąłem się do wnętrza, wabsolutną ciemność. Nic nie widziałem, ale nie na darmo jestem magiem. Pomyślałem opentagramie na mojej piersi, nad sercem – srebrnym amulecie, który odziedziczyłem po matce. Przeżył już swoje ibył nieco pogięty, podrapany ipokrzywiony od działań, do których nie był przeznaczony, ale wciąż go nosiłem. Pięcioramienna gwiazda wewnątrz kręgu była symbolem mojej magii – tego, wco wierzyłem. Znakiem działających wharmonii pięciu sił wszechświata, objętych ludzką kontrolą.

Skupiłem się, wpuściłem wniego odrobinę woli iamulet zaczął się jarzyć srebrzystobłękitnym blaskiem, który rozlał się przede mną delikatną falą, ukazując kształty przewróconego krzesła idwóch pielęgniarek przy biurku, zgłowami opartymi oblat. Oddychały spokojnie.

Cicha kołysanka rozbrzmiewała ciągle, kiedy się im przyglądałem. Magiczny sen, nic nowego. Były nieprzytomne; nigdzie się nie ruszą inie warto tracić czasu ienergii, próbując złamać czar, który je trzymał. Ten cichy śpiew rozlegał się nadal, aja odruchowo sięgnąłem po przewrócone krzesło, zamierzając ustawić je, usiąść wygodnie ichwilę odpocząć.

Zamarłem imusiałem sobie przypomnieć, że byłbym idiotą, gdybym pod wpływem tej nieziemskiej piosenki choćby na chwilę usiadł. Delikatna, ale bardzo silna magia. Nawet wiedząc, czego mogę się spodziewać, ledwie wyczułem jej dotknięcie.

Ominąłem krzesło iruszyłem do pokoju pełnego wieszaków izawieszonych na nich pastelowych szpitalnych fartuchów. Śpiew był tutaj głośniejszy, choć wciąż dryfował po pomieszczeniu, jakby pozbawiony źródła. Jedna ze ścian była właściwie niczym więcej jak płytą zpleksiglasu. Za nią znajdował się pokój, który wyglądał na sterylny iprzytulny jednocześnie.

Cały był zastawiony szeregami małych przezroczystych łóżeczek na stojakach. Spały wnich iśniły swoje niemowlęce sny dzieci ze szpitalnymi rękawiczkami na całkiem nowych paznokciach iwmalutkich szpitalnych czapeczkach na łysych główkach.

Amiędzy nimi, widoczne wblasku mojego magicznego światła, przechadzało się źródło tego śpiewu.

Agatha Hagglethorn nie była stara, kiedy umarła. Teraz miała na sobie bluzkę zwysokim kołnierzem, jaką wypadało nosić damie zjej sfery wdziewiętnastowiecznym Chicago, oraz długą ciemną spódnicę. Widziałem poprzez nią małe łóżeczko, ale poza tym wydawała się całkiem solidna irzeczywista. Twarz miała ładną, choć pełną napięcia, owysokich kościach policzkowych. Prawą dłonią obejmowała kikut lewego nadgarstka.

Słowik słodkie bajki będzie śpiewać już, tylko śliczne oczka, dziecko moje, zmruż...

Miała naprawdę czarujący głos. Dosłownie. Kiedy nuciła swoją kołysankę, wypuszczała wpowietrze energię, która pogrążała słuchaczy wcoraz głębszym śnie. Gdyby pozwolić jej kontynuować, mogłaby wciągnąć dzieci ipielęgniarki wsen, zktórego nigdy by się nie zbudziły, awładze uznałyby, że to skutek zatrucia tlenkiem węgla czy czegoś innego, wygodnie normalniejszego niż złowrogi upiór.

Podkradłem się bliżej. Miałem dość duchowego pyłu, żeby unieruchomić Agathę ijeszcze zdziesięć takich widm jak ona, apotem dać szansę Michaelowi, by pozbył się jej szybko przy minimum bałaganu izamieszania. Pod warunkiem, oczywiście, że nie chybię.

Przygarbiłem się i, luźno trzymając wprawej dłoni mieszek zpyłem, wsunąłem się do sali pełnej śpiących dzieci. Wydawało się, że duch mnie nie zauważył; duchy nie są zbyt spostrzegawcze, prawdopodobnie śmierć daje im zupełnie nową perspektywę.

Wszedłem do sali, agłos Agathy Hagglethorn uderzył mnie jak narkotyk; zamrugałem izadrżałem. Musiałem utrzymać koncentrację, musiałem skupić się na chłodnej mocy magii przepływającej przez mój pentagram iwidocznej jako widmowe światło.

Brylantowe oczko cudnie zamigocze...

Oblizałem wargi. Patrzyłem, jak pochyla się nad jednym złóżeczek. Uśmiechnęła się łagodnie izmiłością, itchnęła piosenkę wstronę dziecka. Niemowlę sapnęło lekko, jego powieki zadrgały... inie wciągnęło już powietrza.

Śpij, dziecinko...

Widealnym świecie po prostu obsypałbym ducha pyłem. Ale nasz świat nie jest idealny iduchy nie muszą grać według reguł rzeczywistości, adopóki nie uznają, że człowiek przy nich stoi, trudno, ale to bardzo trudno na nie wpływać. Konfrontacja to jedyny sposób, aiwtedy zauważą człowieka tylko wtedy, gdy zna tożsamość widma igłośno wymówi jego imię. Dodatkowo, większość duchów nie jest wstanie nikogo usłyszeć; do bezpośrednich połączeń ztamtym światem potrzebna jest magia.

Wyprostowałem się ikrzyknąłem, wlewając wgłos wolę:

– Agatho Hagglethorn!

Drgnęła, jakby usłyszała jakieś dalekie wołanie. Odwróciła się wmoją stronę. Szeroko otworzyła oczy. Przerwała śpiew.

– Kim jesteś? – spytała. – Co robisz wmoim pokoju dziecinnym?

Usiłowałem nie pomylić szczegółów, które przekazał mi Bob.

– To nie jest twój pokój dziecinny, Agatho Hagglethorn. Minęło ponad sto lat od twojej śmierci. Nie jesteś prawdziwa, jesteś duchem. Jesteś martwa.

Wyprostowała się ispojrzała na mnie zchłodną, arystokratyczną pogardą.

– Mogłam się domyślić. Benson cię przysłał, czy tak? On często robi coś tak okrutnego imałostkowego, apotem nazywa mnie obłąkaną. Obłąkaną! Chce odebrać mi dziecko.

– Benson Hagglethorn od dawna nie żyje, Agatho Hagglethorn – odparłem izamachnąłem się prawą ręką. – Tak samo jak twoje dziecko. Ity. Te maluchy tutaj nie są twoje, nie możesz dla nich śpiewać ani ich stąd zabierać.

Przygotowałem się do ataku izacząłem przesuwać rękę do przodu.

Spojrzała na mnie zwyrazem zagubienia izmieszania. To było najtrudniejsze wstarciach znaprawdę potężnymi iniebezpiecznymi upiorami – były niemal ludzkie. Wydawało się, że potrafią odczuwać emocje, że do pewnego poziomu są świadome. Duchy nie żyją, nie tak naprawdę – są jak odcisk stopy na skale, jak skamieniały szkielet. Mają kształt oryginału, ale nim nie są.

Niestety, zawsze daję się złapać na numer znieszczęśliwą damą. Nieodmiennie. To słaby punkt mojego charakteru, rys rycerskości, na milę szeroki idwa razy głębszy. Zobaczyłem ból isamotność na twarzy ducha Agathy inagle zbudziło się we mnie współczucie. Moja ręka znieruchomiała. Gdybym miał szczęście, to może mógłbym ją jakoś przekonać. To się czasem zdarza. Wystarczy przedstawić im ich realną sytuację isię rozpływają.

– Przykro mi, Agatho – powiedziałem. – Ale nie jesteś tym, kim ci się wydaje. Jesteś duchem. Odbiciem. Prawdziwa Agatha Hagglethorn zmarła ponad sto lat temu.

– Nie – oświadczyła drżącym głosem. – To nieprawda.

– Prawda. Zmarła tej samej nocy, co jej mąż idziecko.

– Nie – jęknął duch izamknął oczy. – Nie, nie, nie chcę tego słyszeć.

Znowu zaczęła śpiewać, cicho irozpaczliwie, tym razem bez żadnych czarów, żadnych nieświadomych aktów zniszczenia. Tylko że ta mała dziewczynka włóżeczku wciąż nie mogła oddychać, ajej wargi siniały.

– Posłuchaj mnie, Agatho – powiedziałem, wkładając wmój głos więcej woli, przetykając go magią, by duch mógł mnie usłyszeć. – Wiesz kim jesteś. Umarłaś. Pamiętasz to. Twój mąż cię pobił. Byłaś przerażona, że pobije też twoją córkę. Akiedy mała zaczęła płakać, zakryłaś jej usta dłonią.

Czułem się obrzydliwie, tak na zimno przypominając kobiecie przeszłość. Duch czy nie, cierpienie na jej twarzy wyglądało realnie.

– Nieprawda – jęknęła Agatha. – Nie skrzywdziłam jej.

– Nie chciałaś jej skrzywdzić – mówiłem, sięgając do informacji, których dostarczył mi Bob. – Ale on był pijany, aty przerażona. Kiedy spojrzałaś na nią, mała nie żyła. Mam rację?

Oblizałem wargi izerknąłem na niemowlaka. Jeśli szybko nie załatwię tej sprawy, dziewczynka umrze. To niesamowite, jak była nieruchoma – jak gumowa lalka.

Coś jakby iskra pamięci zapłonęła nagle woczach zjawy.

– Pamiętam – syknęła. – Siekiera. Siekiera, siekiera, siekiera. – Proporcje jej twarzy uległy zmianie, wyciągnęły się, stały się bardziej kościste, wychudzone. – Wzięłam moją siekierę, siekierę, siekierę iuderzyłam nią mojego Bensona dwadzieścia razy.

Duch rozrastał się, rozszerzał, widmowy wiatr dmuchnął od jego postaci izaszeleścił wpokoju, pachnący żelazem ikrwią.

– O, szlag – mruknąłem iprzygotowałem się, by skoczyć do niemowlaka.

– Mój aniołek odszedł! – wrzasnął duch. – Benson odszedł! Apotem ta ręka, ręka, która ich oboje zabiła! – Uniosła kikut. – Nie ma, nie ma!

Odchyliła głowę wtył iwrzasnęła. Ogłuszający zwierzęcy ryk zatrząsł ścianami pokoju.

Skoczyłem naprzód, wstronę leżącego bez tchu dziecka. Wtej samej chwili zaczęła krzyczeć reszta niemowlaków. Dopadłem dziewczynki iklepnąłem ją wmałą wypiętą pupę. Gwałtownie otworzyła oczy, nabrała tchu iprzyłączyła się do chóralnego płaczu.

– Nie! – krzyknęła Agatha. – Nie, nie, nie! On cię usłyszy! Usłyszy cię!

Kikut lewej ręki wysunął się wmoją stronę. Poczułem cios zarówno cieleśnie, jak iduchowo, jakby wbiła mi wpierś odłamek lodu. Siła uderzenia cisnęła mną ościanę jak zabawką, dostatecznie mocno, żebym wypuścił laskę iróżdżkę, które stuknęły opodłogę. Chyba jakimś cudem wciąż trzymałem wręku mieszek zduchowym pyłem, ale głowa mi wibrowała jak uderzony dzwon, apo ciele przebiegały fale zimnych dreszczy.

– Michael – wyrzęziłem najgłośniej jak mogłem, ale już słyszałem, jak otwierają się drzwi, jak stukają opodłogę ciężkie robocze buty.

Wstałem zwysiłkiem ipotrząsnąłem głową, by odzyskać równowagę. Wiatr wzmógł się do mocy huraganu, ałóżeczka na małych kółkach potoczyły się po pokoju. Musiałem osłonić oczy przed wichurą. Niech to licho! Przy takim wichrze pył będzie bezużyteczny.

– Śpij śpij dziecinko, śpij śpij dziecinko, śpij śpij dziecinko... – Duch Agathy znów pochylił się nad łóżeczkiem dziewczynki iułożył kikut ręki na jej ustach. Przejrzyste ciało wnikało gładko wskórę dziecka.

Dziewczynka szarpnęła się iprzestała oddychać, choć wciąż próbowała płakać.

Wykrzyczałem nieartykułowane wyzwanie iskoczyłem na ducha. Jeżeli nie zdołam rzucić na nią pyłu przez cały pokój, to przynajmniej mogę wcisnąć skórzany mieszek wjej upiorne ciało iunieruchomić ją od wewnątrz – prawdziwa udręka, ale niewątpliwie skuteczna.

Agatha gwałtownie odwróciła głowę wmoją stronę, warknęła ioderwała się od dziecka. Wicher rozwiał jej włosy, falujące teraz wokół twarzy niczym groźna grzywa, dobrze pasująca do tej maski wściekłości, która przesłoniła jej delikatną twarz. Zamachnęła się lewą ręką inagle, tuż ponad odciętym przegubem, pojawił się krótki ciężki toporek. Krzyknęła izamachnęła się.

Upiorna stal brzęknęła po uderzeniu wprawdziwe żelazo – klinga Amorakiusa zapłonęła bladym błękitem. Michael przesunął stopy po podłodze, zacisnął zęby inie dopuszczał, by widmowa broń dotknęła mojego ciała.

– Dresden! – krzyknął. – Pył!

Ztrudem, walcząc zwiatrem, przesunąłem się naprzód, wcisnąłem pięść wlewe ramię Agathy iwytrząsnąłem ze skórzanego mieszka odrobinę pyłu.

Stykając się zjej niematerialnym ciałem, drobinki zapłonęły jaskrawymi punktami szkarłatnego światła. Agatha wrzasnęła iszarpnęła się do tyłu, lecz jej ramię zostało wmiejscu, nieruchome, jakby odlane zbetonu.

– Benson! – krzyknęła Agatha. – Benson! Cicho, maleńka!

Apotem po prostu oderwała się od swojego ramienia izniknęła. Ręka itoporek upadły na podłogę wkałużę przejrzystej, półpłynnej galarety, resztki duchowego ciała po zniknięciu ducha – ektoplazmę, która szybko wyparuje.

Wichura ucichła, chociaż światła nadal mrugały. Moje błękitnobiałe magiczne światło irozjarzona klinga Michaela były jedynymi stałymi źródłami oświetlenia. Wuszach mi dzwoniło od nagłego braku dźwięku, chociaż kilkanaście niemowlaków włóżeczkach nadal wydawało zsiebie chóralne płaczliwe jęki.

– Dzieci są bezpieczne? – spytał Michael. – Gdzie ona uciekła?

– Chyba tak. Duch musiał przejść na drugą stronę. Wiedziała, że nie ma szans.

Michael odwrócił się powoli, zmieczem wpogotowiu.

– Czyli odeszła?

Rozejrzałem się po pokoju.

– Nie sądzę – odparłem ipochyliłem się nad łóżeczkiem zmałą dziewczynką, którą ocaliłem przed uduszeniem.

Na opasce widniało imię inazwisko: Alison Ann Summers. Pogładziłem ją po policzku, aona przesunęła buzię do mojego palca idziecięce wargi zacisnęły się na jego czubku. Płacz ucichł.

– Zabierz palucha zjej ust – upomniał mnie Michael. – Jest brudny. Ico teraz?

– Rzucę ochronę na ten pokój – odparłem. – Apotem spróbujemy się stąd wynieść, zanim zjawi się policja, żeby nas aresz...

Alison Ann szarpnęła się iprzestała oddychać. Małe rączki inóżki zesztywniały ipoczułem, jak spływa na nie coś chłodnego. Usłyszałem dalekie, jednostajne dźwięki obłąkanej kołysanki.

Śpij, dziecinko...

– Michael! – zawołałem. – Ona wciąż tu jest. Zjawa! Ona sięga tutaj zNigdynigdy.

– Chryste, uchowaj. Harry, musimy tam przejść.

Serce zamarło mi na samą myśl.

– Nie – powiedziałem. – Wykluczone. To potężny duch, Michael. Nie mam zamiaru wchodzić nago na jego teren iproponować rozgrywki do dwóch wygranych.

– Nie mamy wyboru – rzucił Michael. – Patrz.

Spojrzałem. Niemowlęta cichły jedno po drugim. Cichł ich płacz, zduszony nagle wpół oddechu.

Śpij, dziecinko...

– Michael, ona rozedrze nas na strzępy. Ajeśli nawet nie, zrobi to moja matka chrzestna.

Potrząsnął głową, marszcząc brwi.

– Nie, na Boga. Nie dopuszczę, by to się stało. – Popatrzył na mnie. – Ity też nie, Harry Dresdenie. Zbyt wiele dobra masz wsercu, by pozwolić tym dzieciom umrzeć.

Zerknąłem na niego niepewnie.

Przy pierwszym spotkaniu Michael uparł się, żebym spojrzał mu woczy. Kiedy mag patrzy komuś woczy, to jest poważna sprawa. Widzi całe wnętrze, wszystkie mroczne sekrety iukryte lęki duszy. Ale wzamian pokazuje swoje. Omało się nie popłakałem, widząc duszę Michaela. Chciałbym, by moja tak wyglądała. Byłem jednak wściekle pewien, że nie wygląda.

Zapadła cisza. Wszystkie dzieci umilkły.

Zawiązałem mieszek widmowego pyłu ischowałem go do kieszeni. WNigdynigdy do niczego mi się nie przyda.

Obejrzałem się na laskę iróżdżkę, wyciągnąłem rękę irzuciłem:

– Ventas servitas.

Powietrze poruszyło się, apotem cisnęło laskę iróżdżkę wmoje otwarte dłonie.

– No dobra – rzuciłem. – Wyrwę okno, ito da nam pięć minut. Mam nadzieję, że moja chrzestna matka nie zdąży mnie znaleźć. Po tym czasie albo będziemy martwi, albo zpowrotem tutaj.

– Masz dobre serce, Harry Dresdenie – odparł Michael, rozciągając wargi wgroźnym uśmiechu. Stanął tuż przy mnie. – Bóg zradością spojrzy na ten wybór.

– Tak. Poproś go, żeby nie robił zmojego mieszkania Sodomy iGomory, awyrównamy rachunki.

Michael spojrzał na mnie zrozczarowaniem, aja na niego zirytacją. Położył mi dłoń na ramieniu iścisnął.

Wyciągnąłem rękę, czubkami palców pochwyciłem rzeczywistość iwysiłkiem woli oraz słowem „Aparturum” wybiłem otwór między tym światem asąsiednim.

Rozdział trzeci

Nawet takie dni, których kulminacją jest wielka bitwa przeciwko obłąkanemu duchowi ipodróż między światem rzeczywistym anadprzyrodzonym, zaczynają się całkiem zwyczajnie. Ten na przykład zaczął się od śniadania, apotem pracy wbiurze.

Moje biuro mieści się wbudynku niedaleko centrum Chicago. To stara konstrukcja inie wygląda najlepiej, zwłaszcza od zeszłego roku, kiedy nastąpił wypadek zwindą. Nie obchodzi mnie, co mówią ludzie, bo to nie była moja wina. Kiedy ogromny skorpion rozmiarów irlandzkiego wilczarza wyrywa sobie drogę przez dach kabiny do wnętrza, to człowiek nie ma oporów przed zastosowaniem środków ostatecznych.

Wkażdym razie, moje biuro jest małe, jednopokojowe, ale to pokój narożny, więc ma kilka okien. Tabliczka na drzwiach informuje lakonicznie: HARRY DRESDEN, MAG. Wewnątrz, tuż za drzwiami, jest stolik zasypany broszurami otakich tytułach jak: Magia ity czy Dlaczego czarownice nie toną szybciej niż inni– spojrzenie maga.

Sam napisałem większość znich. Uważam za ważne, żebyśmy my, praktykujący Sztukę, dbali onasz dobry wizerunek publiczny. Wszystko, byle tylko uniknąć kolejnej inkwizycji.

Za stołem jest umywalka, pulpit istary ekspres do kawy. Biurko stoi na wprost drzwi, aprzy nim stoją dwa wygodne fotele. Klimatyzacja trochę grzechocze, wentylator przy suficie piszczy przy każdym obrocie, azapach kawy wżarł się wściany idywan.

Wtoczyłem się do środka, nastawiłem kawę igdy ekspres bulgotał cicho, przejrzałem pocztę. List zpodziękowaniami od Campbellów, za to, że przegoniłem zich domu ducha. Jakieś ulotki. Bogu dzięki, czek od miasta za ostatnią pracę dla chicagowskiej policji. To była paskudna sprawa, prawdę mówiąc. Przywoływanie demona, ludzka ofiara, czarna magia – jak zwykle.

Nalałem sobie kawy ipostanowiłem zadzwonić do Michaela, by zaproponować, że podzielimy się honorarium, chociaż to głównie ja się męczyłem, aon ijego Amorakius wkroczyli dopiero wfinale. Ja zająłem się magiem, on załatwił demona izwycięstwo przypadło tym dobrym. Przesłałem swoje wyliczenia iza pięćdziesiąt dolców na godzinę zgarnąłem eleganckie dwa koła. Michael na pewno odmówi pieniędzy (zawsze odmawiał), ale wydawało się uprzejme, bym złożył ofertę, zwłaszcza że ostatnio spędzamy razem bardzo wiele czasu, próbując wyśledzić źródło wszystkich tych duchowych zjawisk wmieście.

Telefon zadzwonił, zanim sięgnąłem po słuchawkę, żeby wybrać numer Michaela.

– Harry Dresden – powiedziałem.

– Witam, panie Dresden – usłyszałem ciepły kobiecy głos. – Zastanawiałam się właśnie, czy mógłby mi pan poświęcić chwilkę.

Osunąłem się na fotelu ipoczułem, że na twarzy rozlewa mi się uśmiech.

– Czyżby to panna Rodriguez? Nie jest pani przypadkiem tą wścibską reporterką zArcane? Tego taniego szmatławca, który publikuje historie oczarownicach, upiorach iyeti?

– IElvisie – dodała. – Nie zapominajmy oKrólu. Amam umowę na przedruki, więc na całym świecie magazyny owątpliwej reputacji zamieszczają moje artykuły.

Roześmiałem się.

– Jak się dziś czujesz?

Głos Susan stał się oschły.

– No cóż, mój chłopak wystawił mnie wczoraj wieczorem, ale poza tym...

Skrzywiłem się lekko.

– Tak, wiem. Przepraszam, ale Bob znalazł dla mnie trop, który nie mógł czekać.

– Aha – odpowiedziała swoim uprzejmym zawodowym tonem. – Nie dzwonię do pana, żeby rozmawiać osprawach osobistych, panie Dresden. To sprawa zawodowa.

Poczułem, że uśmiech powraca. Susan była absolutnie wyjątkowa, że ze mną wytrzymywała.

– Och, proszę owybaczenie, panno Rodriguez. Niech pani mówi dalej.

– No więc pomyślałam sobie, że krążą plotki, jakoby zeszłej nocy miał miejsce kolejny przejaw aktywności duchów. Pomyślałam, że może zechce pan przekazać czytelnikom Arcane kilka szczegółów.

– Hmm. To nie byłoby profesjonalne zmojej strony. Takie sprawy uważam za poufne.

– Panie Dresden – odparła. – Nie chciałabym posuwać się do desperackich środków.

– No cóż, panno Rodriguez. – Wyszczerzyłem zęby. – Aczy jest pani osobą zdesperowaną?

Niemal widziałem jak unosi brew.

– Panie Dresden. Nie chcę. Ale musi pan zrozumieć, że jestem zaprzyjaźniona zpewną młodą damą, która często panu towarzyszy, iże mogłabym zadbać oto, by sprawy między wami ułożyły się bardzo niezręcznie.

– Rozumiem. Gdybym jednak podzielił się zpanią tą historią...

– Chcę materiał na wyłączność, panie Dresden.

– Gdybym podzielił się wyłącznie zpanią – poprawiłem się – czy to przekonałoby panią, by nie sprawiać mi kłopotów?

– Może nawet przekażę jej jakieś dobre słowo wpana sprawie – odparła Susan wesoło, apotem jej głos opadł do niższych, bardziej gardłowych tonów. – Kto wie, może będzie pan miał szczęście.

Zastanawiałem się przez chwilę. Ten upiór, którego Michael ija załatwiliśmy wczoraj wnocy, był wielkim zwierzęcym potworem, przyczajonym wpiwnicy uniwersyteckiej biblioteki. Nie musiałem wymieniać żadnych nazwisk ludzi wto zamieszanych ipewnie uniwersytet nie będzie zachwycony, ale raczej nie zaszkodzi mu zbytnio, jeśli jego nazwa pojawi się wmagazynie, który większość ludzi kupuje razem zinnymi tabloidami wkolejce do kasy wsupermarkecie. Poza tym, sama myśl okarmelowej skórze Susan ijej miękkich ciemnych włosach pod moimi palcami... Mniam.

– Trudno odrzucić taką propozycję. Ma pani pióro?

Miała, inastępne dziesięć minut opowiadałem jej oszczegółach. Notowała wszystko, wrzucając czasem krótkie pytania, iwyciągnęła ze mnie całą historię wczasie krótszym, niż wydawało się to możliwe. Naprawdę jest dobrą reporterką, uznałem. Właściwie szkoda, że cały czas poświęca na pisanie osprawach nadprzyrodzonych, wktóre ludzie od stuleci nie chcą wierzyć.

– Bardzo dziękuję, panie Dresden – powiedziała, gdy już wycisnęła ze mnie ostatnią kroplę informacji. – Mam nadzieję, że między tą młodą damą apanem wszystko dobrze się ułoży. Upana. Odziewiątej.

– Może ta młoda dama zechciałaby porozmawiać ze mną opewnych możliwościach – zaproponowałem.

Zaśmiała się chrapliwie.

– Może by ichciała – przyznała. – Ale teraz dzwoni wsprawie zawodowej.

Roześmiałem się.

– Jesteś okropna, Susan. Nigdy nie rezygnujesz, prawda?

– Przenigdy – przyznała.

– Naprawdę byłabyś wściekła, gdybym ci nic nie powiedział?

– Harry – rzuciła. – Wczoraj wieczorem wystawiłeś mnie bez słowa. Zwykle nie zgadzam się na takie traktowanie przez jakiegokolwiek mężczyznę. Gdybyś nie miał dla mnie dobrej historii, pomyślałabym, że poszedłeś gdzieś pić zkumplami.

– Tak, zMichaelem. – Zaśmiałem się. – Prawdziwy zniego imprezowicz.

– Kiedyś będziesz musiał mi onim opowiedzieć. Aczy wogóle zbliżyłeś się do rozwiązania zagadki, co się właściwie dzieje ztymi duchami? Może to chwilowe?

Westchnąłem iprzymknąłem oczy.

– Nie itak. Wciąż nie mogę wykombinować, dlaczego nagle wszystkie jakby dostały szału. Żadnego znich nie udało mi się przytrzymać na tyle długo, by mu się lepiej przyjrzeć. Mam nowy przepis, który zamierzam dziś wypróbować. Może teraz się uda. Ale Bob jest pewien, że to nie ma związku zHalloween. To znaczy, wzeszłym roku nie mieliśmy otej porze żadnych duchów.

– Nie. Mieliśmy wilkołaki.

– To zupełnie inna sytuacja – zauważyłem. – Zmuszam Boba do pracy wnadgodzinach, żeby miał oko na świat duchów iwypatrywał podejrzanej aktywności. Jeżeli cokolwiek jeszcze ma zamiar wyskoczyć, będziemy otym wiedzieć.

– Dobra. – Zawahała się, po czym dodała: – Harry, ja...

Czekałem, ale milczała, więc spytałem:

– Co takiego?

– Ja, no... Chciałam się tylko upewnić, że wszystko uciebie wporządku.

Miałem silne wrażenie, że zamierzała powiedzieć coś innego, ale nie naciskałem.

– Jestem zmęczony – przyznałem. – Mam kilka sińców po tym, jak pośliznąłem się na jakiejś ektoplazmie iupadłem na skrzynkę katalogową. Ale poza tym wszystko dobrze.

Zaśmiała się.

– Właśnie sobie to wyobraziłam. To do wieczora.

– Już nie mogę się doczekać.

Wydała zsiebie odgłos zadowolenia, zawierający odrobinę więcej niż sugestię seksualności, ito było jej pożegnaniem.

Dzień mijał bardzo szybko, wypełniony zwykłymi sprawami. Ułożyłem zaklęcie, żeby znaleźć zagubioną obrączkę, odesłałem klienta, który chciał, żebym rzucił urok miłosny na jego kochankę (moje ogłoszenie wksiążce telefonicznej wyraźnie stwierdza „Żadnych napojów miłosnych”, ale zjakiegoś powodu ludzie zawsze uważają, że ich przypadek jest szczególny). Poszedłem do banku, odesłałem dzwoniącego klienta do znajomego prywatnego detektywa, spotkałem się zpoczątkującym piromantą istarałem się go nauczyć, jak zapanować nad przypadkowymi podpaleniami własnego kota.

Zamykałem już biuro, kiedy usłyszałem, że ktoś wysiada zwindy irusza korytarzem wmoją stronę. Ów ktoś stawiał ciężkie kroki iszedł dość szybko..

– Pan Dresden? – rozległ się kobiecy głos. – Czy pan Harry Dresden?

– Tak – potwierdziłem, zamykając drzwi na klucz. – Ale właśnie wychodzę. Może umówimy się na jutro?

Zatrzymała się kilka stóp ode mnie.

– Proszę, panie Dresden. Muszę zpanem porozmawiać. Tylko pan może mi pomóc.

Westchnąłem, nie patrząc na nią. Powiedziała dokładnie te słowa, których potrzebowała, by rozbudzić rycerską cechę mojego charakteru. Ale wciąż mogłem odejść. Wielu ludzi wierzy, że magia może wydobyć ich zkłopotów, kiedy już zrozumieją, że nie zdołają się znich wyrwać sami.

– Zprzyjemnością, proszę pani. Zsamego rana.

Zamknąłem drzwi na klucz izacząłem się odwracać.

– Proszę zaczekać – powiedziała.

Wyczułem, że podchodzi bliżej, apotem chwyciła mnie za rękę.

Ciarki przebiegły mi od nadgarstka aż po łokieć. Zareagowałem natychmiast iinstynktownie: podniosłem fizyczną barierę, wyrwałem rękę zjej palców icofnąłem się okilka kroków.

Wciąż czułem dreszcze wdłoni iprzedramieniu po otarciu się oenergię jej aury.

Była drobną dziewczyną wczarnej sukience, czarnych glanach izwłosami ufarbowanymi na gładką matową czerń. Rysy twarzy miała delikatne isłodkie, askórę bladą jak kreda, zwłaszcza wokół zapadniętych podkrążonych oczu, błyszczących iczujnych niczym upodwórzowego kota.

Zacisnąłem irozprostowałem palce, unikając patrzenia jej woczy dłużej niż ułamek sekundy.

– Praktykuje pani Sztukę – powiedziałem spokojnie.

Przygryzła wargę, odwróciła wzrok ikiwnęła głową.

– Potrzebuję pańskiej pomocy. Powiedzieli, że pan mi pomoże.

– Udzielam lekcji osobom, które nie chcą nikogo zranić niekontrolowanym talentem. Czy oto pani chodzi?

– Nie, panie Dresden. Nie do końca.

– Więc dlaczego ja? Czego pani chce?

– Chcę pańskiej ochrony. – Uniosła drżącą dłoń izaczęła nerwowo pociągać kosmyki włosów. – Jeśli nie... to nie jestem pewna, czy przeżyję dzisiejszą noc.

Rozdział czwarty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział piąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział szósty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział siódmy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział ósmy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dziewiąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dziesiąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział jedenasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwunasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzynasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział czternasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział piętnasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział szesnasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział siedemnasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział osiemnasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dziewiętnasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty pierwszy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty drugi

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty trzeci

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty czwarty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty piąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty szósty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty siódmy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty ósmy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty pierwszy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty drugi

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty trzeci

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty czwarty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty piąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty szósty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty siódmy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty ósmy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty dziewiąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.